Juli ZehCzas zerowyprzełożyła Sława Lisiecka
1
Rozmawialiśmy o kierunku wiatru, o falowaniu wody i spekulowaliśmy, jak minie listopad. Na wyspie również są pory roku, należy tylko dokładniej się przyjrzeć. W ciągu dnia temperatura rzadko spada poniżej dwudziestu stopni. Potem przyszła kolej na sytuację ekonomiczną. Bernie, Szkot, opowiedział się za uregulowaną prawnie upadłością Grecji. Laura pochodziła ze Szwajcarii i uważała, że należy wspierać małe kraje. Ja nie interesuję się polityką. Nie musiałbym emigrować, żeby całymi dniami czytać wiadomości w internecie. Laura i Bernie zgodzili się co do tego, że Niemcy są nową policją ekonomiczną Europy - silną, ale nielubianą. Spoglądali na mnie wyczekująco. Za granicą każdy Niemiec jest rzecznikiem prasowym Angeli Merkel.
Powiedziałem:
- Dla nas kryzys już dawno się skończył.
Niemcy i Brytyjczycy znowu wyjeżdżali na urlopy. Wiodło nam się lepiej, niektórym nawet dobrze.
Tekturowe tabliczki nosiliśmy wciśnięte pod pachę. Na tabliczce Berniego widniały napisy EVANS FAMILY i NORRIS FAMILY. U Laury były to imiona ANNETTE, FRANK, BASTI i SUSANNE. Ja miałem tego dnia tylko dwa nazwiska: THEODOR HAST i JOLANTHE AUGUSTA SOPHIE VON DER PAHLEN. Części składowe tego drugiego ledwie mieściły się na tabliczce. Tabliczki musiały być tak małe, żebyśmy w każdej chwili mogli je schować pod kurtkami. Obowiązujące na wyspie prawo chroniące taksówkarzy zabraniało nam odbierania klientów z lotniska. Gdyby nas na tym przyłapano, zapłacilibyśmy trzysta euro kary. Przed oszklonymi drzwiami hali przylotów stali taksówkarze i nie spuszczali nas z oczu. To z ich powodu braliśmy naszych osłupiałych klientów w ramiona niczym starych przyjaciół. Na tablicy informacyjnej znajdującej się nad naszymi głowami przeskoczył napis: 20 minutes delayed. Bernie pytająco uniósł brwi. Skinęliśmy głowami.
- With much milk - powiedziałem.
- Lots of - poprawiła mnie Laura.
Laura od dawna usiłowała nauczyć mnie angielskiego, chociaż nawet po hiszpańsku nie mówiłem płynnie. Berniemu, dopóki mnie rozumiał, moja kiepska angielszczyzna była obojętna. Wsunął ręce do kieszeni szortów i powlókł się do stoiska z kawą. Z pięciodniowym zarostem i kołyszącym się krokiem wyglądał zawsze tak, jakby znajdował się na pokładzie statku.
Wypiliśmy kawę, gdy właśnie pierwsi pasażerowie zaczęli przechodzić przez bramkę. Berniego otoczyła jakaś rodzina. Pięć osób. To się opłacało. Ja rozglądałem się za elegancką starszą panią w towarzystwie siwowłosego mężczyzny, który będzie prowadził wózek na bagaże z górą walizek dobranych pod względem kolorystycznym. Inaczej nie umiałem sobie wyobrazić Theodora i Jolante. Umówiliśmy się, że będą naszymi jedynymi podopiecznymi i ustaliliśmy sumę, którą mógł zapłacić wyłącznie ktoś, kto miał już za sobą sporą część życia.
Odbieranie nowych klientów z lotniska było zawsze bardzo ciekawe. Nigdy się nie wiedziało, kto zapragnie spróbować nauki nurkowania. Ja z większością osób nawet nie rozmawiałem wcześniej telefonicznie, ponieważ to Antje załatwiała wszystkie sprawy biurowe. Jak oni będą wyglądać, w jakim wieku, jakie zamiłowania, zawody, historie życiowe? Nad morzem jest podobnie jak w pociągu: ludzie poznają się zdumiewająco dobrze w bardzo krótkim czasie. Ponieważ nauczyłem się nie wydawać osądów, ze wszystkimi świetnie się dogadywałem.
Między pasażerów Air-Berlin wmieszali się ci z Madrytu. Byli niżsi, ubrani nie tak ciepło i nie tacy bladzi. Miałem wprawę w odgadywaniu przynależności państwowej. Niemców rozpoznawałem prawie w stu procentach. Zbliżała się do mnie para ludzi. Ojciec i córka, pomyślałem przez chwilę i, szukając Theodora i Jolante, patrzyłem ponad nimi, dopóki nie zatrzymali się przede mną. Dopiero gdy kobieta wskazała tabliczkę, którą trzymałem w ręce, zrozumiałem, że moi nowi klienci mnie znaleźli.
- Jolante, ale bez "h" - powiedziała kobieta.
- Czy pan Fiedler? - zapytał mężczyzna.
Taksówkarz obserwował nas, stojąc przy drzwiach obrotowych. Rozpostarłem ramiona i przyciągnąłem do siebie Theodora Hasta.
- Jestem Sven - powiedziałem. - Witamy na wyspie.
Theodor zesztywniał, a ja tymczasem całowałem powietrze z lewej i prawej strony jego twarzy. Lekki zapach lawendy i czerwonego wina. Potem przytuliłem kobietę. Była miękka jak pluszak. Przez chwilę myślałem, że gdy tylko ją puszczę, upadnie na ziemię.
- Hopla - powiedział Theodor. - Co za powitanie.
Cały ten teatr z powitaniem wytłumaczę im w samochodzie.
- Mój samochód stoi na zewnątrz - oznajmiłem.
Bernie zgromadził wokół siebie swoją drugą rodzinę, Laura stała w grupie młodych Niemców. Wszyscy milczeli i spoglądali w naszą stronę. Odwzajemniłem spojrzenia i pytająco uniosłem ramiona. Antje by mnie wyśmiała i znowu stwierdziła, że jestem "niekumaty". Theodor i Jolante chwycili za swoje walizki na kółkach i pomaszerowali w kierunku wyjścia. On w garniturze na miarę, bez koszuli i krawata, w jasnym T-shircie pod rozpiętą marynarką. Ona w wojskowych butach do sięgającej kolan, szarej lnianej sukienki bez rękawów. Czarne włosy spadające jej na plecy lśniły jak upierzenie wrony. Trącili się ramionami i z czegoś zaśmiali. Przystanęli i odwrócili się w moją stronę. Teraz i ja zobaczyłem, że nie wyglądają jak urlopowicze. Raczej jak modele z reklamy wakacji. Wydali mi się jakoś znani. Gapiło się na nich pół hali przylotów. Przyszły mi na myśl słowa: "wspaniałe okazy".
- No to dobrej zabawy - powiedziała Laura, patrząc na nogi pani von der Pahlen.
- Canalla - orzekł Bernie, szczerząc zęby w uśmiechu, i klepnął mnie po plecach, gdy go mijałem. Ty gnojku. Jego rodziny były rude. A to oznaczało poparzenia słoneczne i kapryśne dzieci.
Na parkingu otworzyłem moim klientom boczne drzwi volkswagena busa, ale oni uznali, że zabawniej będzie siedzieć ze mną z przodu, na siedzeniu z trzema miejscami; Theodor wcisnął się w środek. Moja goła noga w szortach wydawała się niestosowna przy jego spodniach od garnituru. Wrzucając bieg, musnąłem ręką lewe udo Theodora. Przez resztę jazdy miał ściśnięte kolana.
- Mówimy tu sobie po imieniu. Jeśli to wam odpowiada.
- Theo.
- Jola.
Podaliśmy sobie ręce. Palce Thea leżały ciepłe, ale wiotkie w mojej dłoni. Jola miała silny męski uścisk, sprawiał jednak wrażenie zdumiewająco zimnego. Uchyliła okno i wystawiła nos na wiatr. Okulary przeciwsłoneczne nadawały jej wygląd robaka. Miłego robaka, musiałem przyznać.
Arrecife oznaczało masę nieprzyjemności. Urzędy, sądy, policja, hotele, szpitale. Jeździ się tam tylko wtedy, gdy jest jakiś problem, mawiała Antje. Tego dnia jeszcze nie wiedziałem, że będę miał problem. Opuszczałem to miasto z przyjemnością, wcisnąłem gaz, wyjechałem na trasę wylotową i osiągnąłem prędkość kosmiczną. Przed nami roztaczał się krajobraz. Kilka brodatych palm na skraju drogi, za nimi wszystko czarne aż po horyzont. Wyspa nie była pięknością w klasycznym rozumieniu tego słowa. Gdy się patrzyło z samolotu, przypominała olbrzymią żwirownię. Brązowoszare wzgórza, w dolinach między nimi bodaj resztki śniegu. Podchodząc do lądowania, można było zobaczyć, że te jasne plamy to osady składające się z białych domów. Krajobraz bez roślinności godnej wzmianki przypominał zakłopotaną kobietę, która nie ma się w co ubrać. Od samego początku pokochałem tę wyspę właśnie za ów brak próżności.
Jak przebiegł lot, jaka pogoda w Niemczech?
Jak duża jest wyspa, ilu ludzi tu mieszka?
Wybrałem trasę przez winnice. Mnóstwo lejowatych niecek, na których dnie winorośl zawsze znajdowała osłonę i żyzną ziemię. Wciąż od nowa fascynowali mnie ludzie, którzy dla każdej poszczególnej rośliny wykopują w warstwach lapilli metrowy dół, umacniają jego brzegi niskim kamiennym murkiem i w ten sposób dziurawią pięć tysięcy hektarów niczym ser szwajcarski. Kratery Timanfaya błyszczały w oddali czerwonawo, żółto, fioletowo i zielonkawo od porostów, pokrywających skały wulkaniczne. Jedyną rośliną, która rosła w tej okolicy, był grzyb. Czekałem, kto pierwszy powie "jak na Księżycu".
- Jak na Księżycu - powiedziała Jola.
- Wzniośle - rzekł Theo.
Kiedy Antje i ja przybyliśmy tu przed czternastu laty, wyposażeni w dwa plecaki i plan, żeby sporą część przyszłości spędzić na tej wyspie, chociaż niekoniecznie wspólnie, to właśnie ona powiedziała na widok Timanfaya "jak na Księżycu". Ja pomyślałem coś w rodzaju "wzniośle", ale nie znalazłem na to właściwego słowa.
- Jeśli ktoś lubi żwirowiska - powiedziała Jola.
- Nie masz zrozumienia dla estetyki jałowości - odparł Theo.
- A ty po prostu cieszysz się tylko, że jesteś już na stałym lądzie.
Jola zdjęła buty i rajstopy, zanim jednak oparła nogi o przednią szybę, rzuciła mi pytające spojrzenie. Skinąłem głową potakująco. Cieszyło mnie, gdy moi klienci odprężali się możliwie szybko. N i e mieli czuć się jak u siebie w domu.
- Ty też tak nie lubisz latać? - zapytałem Thea.
Jego spojrzenie było druzgoczące.
- Udaje, że śpi - powiedziała Jola. Wyciągnęła telefon i napisała esemesa. - Jak wszyscy mężczyźni, którzy mają pietra.
- Ja się jak najszybciej upijam - powiedziałem.
- Theo robi to już wcześniej.
Zapiszczał telefon komórkowy. Theo sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki. Przeczytał i odpowiedział.
- Często jeździsz do Niemiec? - zapytała Jola.
- Nie, jeśli mogę tego uniknąć - odparłem.
Teraz zapiszczał telefon Joli. Przeczytała i dała Theowi kuksańca w bok. Śmiejąc się, marszczyła nos jak mała dziewczynka. Theo wyjrzał przez okno.
- Podoba mi się ten krajobraz - powiedział. - Zostawia człowieka w spokoju. Nie chce, aby go ciągle podziwiano i zdumiewano się nim.
Dobrze rozumiałem, co Theo ma na myśli.
- Mnie przez najbliższe dwa tygodnie będzie interesowało wyłącznie to, co jest pod wodą - powiedziała Jola. - Nie chcę mieć nic wspólnego ze światem nadwodnym.
Rozumiałem również to.
Dotarliśmy do Tinajo, miasteczka pełnego białych domów z orientalnie wyglądającymi wieżyczkami na rogach płaskich dachów. Skręciliśmy w lewo przy księgarni, która wyglądała tak, jakby ją odremontowano, a potem zamknięto. Po kilkuset metrach zostawiliśmy za sobą ostatnie wypielęgnowane ogródki przed domami. Zaczęły się tarasowate pola wydarte kamieniom. Tu i ówdzie leżało na czarnej ziemi parę cukinii. Płaska szopa, na której dachu w pełnym słońcu był uwiązany owczarek, stanowiła ostatnią oznakę cywilizacji. Droga zmieniła się w szutrowy gościniec, który, oznakowany pobielonymi kamieniami, ciągnął się krętą wstęgą przez wulkaniczne pola. W tym miejscu większość klientów zaczynała się denerwować. Wołali żartobliwym tonem: "Dokąd ty nas wieziesz?" i "To przecież koniec świata!".
Jola powiedziała: Łał.
Theo powiedział: Ale czad.
Zrezygnowałem z udzielania im turystycznych wskazówek dotyczących historii i geologii. Nie powiedziałem o wybuchach wulkanu, które w ciągu sześciu lat zalały lawą ćwierć wyspy. Nie odzywałem się i pozwoliłem się im dziwić. Dookoła nic oprócz skał o dziwnych kształtach. Milczenie minerałów. Nie pokazał się choćby jeden ptak. Wiatr potrząsał autem, jakby chciał wedrzeć się do środka.
Kiedy okrążyliśmy ostatni wulkan, nagle objawił się Atlantyk, ciemnoniebieski z białym koronkowym obrębkiem i trochę niewiarygodny po takiej masie kamieni. Na przybrzeżnych skałach kipiel eksplodowała, wyrzucając wysoko w górę obłoki piany, jak na zwolnionym filmie. Niebo - kontynuacja oceanu innymi środkami, niebieskoszare, białe, potargane wiatrem.
- O kurczę - powiedziała Jola.
- Znacie tę historię - zapytał Theo - o dwóch pisarzach spacerujących po plaży? Jeden skarży się, że wszystkie dobre książki zostały już napisane. Popatrz, woła drugi i pokazuje morze, oto nadchodzi ostatnia fala!
Jola zaśmiała się krótko, ja wcale. Milczenie minerałów zawsze zwyciężało. Po kilku minutach jazdy dotarliśmy do Lahory. U wjazdu do tej miejscowości widniał znak: ruina, betonowy prostopadłościan na naturalnym kamiennym fundamencie o pustych jamach okiennych, które patrzyły na morze. Szutrowy gościniec zmienił się w pasmo śliskiego piasku, opadające stromo ku wsi. O ile słowo "wieś" było właściwe jako określenie grupy trzydziestu niezamieszkanych domów.
Kiedy zastanawiam się, jak najlepiej opisać Lahorę, zauważam, że o wyspie i wszystkim, co się na niej znajduje, mówię w czasie przeszłym. Nie minęły trzy tygodnie od czasu, gdy po raz pierwszy jechałem z Jolą i Theo do Lahory. Jak zwykle zatrzymałem się na klifie u końca miejscowości, żeby moi klienci mogli napawać się widokiem. Wyjaśniłem, że Lahora, inaczej niż twierdzi wiele przewodników turystycznych, bynajmniej nie jest starą wioską rybacką. Jest to raczej zbiorowisko domów weekendowych, zbudowanych przez bogatych Hiszpanów, którzy posiadają już w Tinajo piękną posiadłość, tylko bez widoku na morze. Administracja wyspy, ciągnąłem, oddała do użytku plac budowlany w środku jednego z największych obszarów wulkanicznych, nie dbając o jego uzbrojenie. Lahora nie ma planu zagospodarowania przestrzeni. Ani nazw ulic. Ani kanalizacji. Ściśle rzecz biorąc, Lahora nie ma też poza mną i Antje żadnych mieszkańców. Jest to pomieszanie ruiny budowlanej i miasta duchów, wariacja niejasnej granicy między jeszcze-nie-gotowe a już-podupadłe.
Hiszpanie istotnie dawno przestali majsterkować przy swoich na pół wykończonych domkach, zamiast tego siedzieli na tarasach ogrodzonych drewnem wyrzuconym na brzeg przez ocean, podczas gdy słony wiatr wyżerał tynk z murów. Drewniane bębny kablowe służyły jako stoły, ułożone jedne na drugich palety budowlane jako ławy do siedzenia. Lahora była punktem końcowym. Miejscem bezruchu. Zagraconym sprzętami, które gdzie indziej już dawno wylądowałyby na śmietniku. Końcem świata.
Siedzieliśmy w aucie i patrzyliśmy ponad płaskimi dachami, gdzie zgromadzono zbiorniki na wodę, fotoogniwa i anteny satelitarne, w dół, ku pierwszemu szeregowi domów, które w czasie przypływu niemal po pierwsze piętro stały w wodzie. W tej miejscowości, obiecywałem, oboje odnajdą wyjątkowy spokój. Właściciele domów przyjeżdżają tu, jeśli w ogóle, to tylko w weekendy.
Na zakończenie swojej krótkiej przemowy wygłosiłem dwie zasady pobytu: nie pływać i nie chodzić na spacery. Ta mała zatoka jest w każdych warunkach pogodowych jak kocioł czarownic, a niepoprawni wędrowcy regularnie łamią sobie na polach wulkanicznych nogi w kostkach. W Lahorze można siedzieć, patrzeć na ocean i leżące na północy wyspy, które niczym śpiące zwierzęta przycupnęły w mgłach między wodą a niebem. Poza tym przyjechali tutaj w końcu po to, żeby nurkować. Codziennie będziemy płynąć tam, gdzie najlepiej się nurkuje, a jeśli dodatkowo chcieliby zwiedzić kilka ciekawych miejsc, zgodnie z umową będę do ich dyspozycji jako szofer i przewodnik.
Wcale nie słuchali. Trzymali się za ręce, patrzyli na wieś i ocean i sprawiali wrażenie całkiem zatopionych w sobie. Nie pytali jak inni klienci, dlaczego osiedliłem się w tak odludnej miejscowości. Nie paplali o wcześniejszych przygodach z nurkowaniem. Kiedy Jola odwróciła się do mnie i zdjęła okulary przeciwsłoneczne, miała wilgotne oczy, jak myślałem, od wiatru, który dął przez boczne okno samochodu.
- Nadzwyczaj tu pięknie - powiedziała.
Miałem dreszcze, włączyłem silnik.
Dzisiaj wydaje mi się, że te pierwsze sceny rozegrały się wieki temu, w innym stuleciu albo w obcym wszechświecie. Chociaż kiedy to piszę, nadal widzę przez okno Atlantyk, ta wyspa nie ma już teraźniejszości. Żyję dosłownie na walizkach. Jeden kontener z całym moim sprzętem czeka w porcie Arrecife na zaokrętowanie do Tajlandii, gdzie pewien Niemiec ze Stuttgartu chce na jakiejś wyspie z palmami i białymi plażami otworzyć bazę nurkową. Drugi, z prywatnym dobytkiem, pozostał niemal pusty. Kiedy zastanawiałem się, czego mógłbym potrzebować w Niemczech, prawie nic nie przyszło mi do głowy. Po co w Zagłębiu Ruhry szorty, sandały, bulaje z zatopionych statków, a nawet własnoręcznie złowiona i wypreparowana ryba miecz? Jedynym odpowiednim miejscem na to wszystko jest przeszłość.
Powoli zjechaliśmy z drogi i skręciliśmy w lewo obok niskiego muru, dzielącego ze wzruszającą arogancją Atlantyk od stałego lądu. Moja posiadłość znajdowała się na końcu miejscowości. Na piaszczystym placu stały prawie naprzeciw siebie dwa domy w odległości rzutu kamieniem: dwupiętrowa Residenzia z rozległym tarasem, w której mieszkałem z Antje, i Casa Raya, nieco mniejszy dom wakacyjny. Dla obu budynków zrobiono miejsce, wysadzając czarne skały przybrzeżne. Stoją na podwyższeniu, na naturalnych kamiennych cokołach, którym kipiel nie może nic zrobić. Kupiłem je po korzystnej cenie i pracowicie odremontowałem, a Antje w ogrodach okalających domy zdziałała istne cuda. Całymi dniami wykłócała się z przedsiębiorcą budowlanym o właściwą głębokość wykopu, rysowała plany nawodnienia i upierała się, że trzeba nawieźć specjalną ziemię. Bardzo sumiennie sprawdziła siłę nawiewu wiatrów, nasłonecznienie i kierunek rozchodzenia się korzeni. Z biegiem lat powstała na skraju tej kamiennej pustyni oaza, której nawodnienie kosztowało mnie majątek. Płomień Afryki, hibiskus i oleander kwitły tu przez cały rok. Barwne kaskady bugenwilli spływały z murów, ponad nimi dwie araukarie wypuszczały w górę grubopalczaste iglaste wachlarze. Ten kwietny przepych na najdalszym krańcu Lahory był jak dziura wypalona w jałowej okolicy.
- To niemożliwe - powiedział Theo, pokręcił głową i roześmiał się cicho, jakby nie dowierzał własnym oczom. Jola znów nałożyła ciemne okulary i milczała.
Trafiali się klienci, którzy nie lubili Lahory, ale nikt, komu nie podobałaby się Casa Raya. W tym prostym białym sześcianie z pomalowanymi na niebiesko okiennicami była tylko sypialnia, łazienka i pokój dzienny z wnęką kuchenną, jednak mimo niewielkich rozmiarów miał on w sobie coś majestatycznego. Poniżej schodów prowadzących do drzwi domu Atlantyk rzucał się na skały lawowe. Nie bardzo wściekle, raczej rutynowo; robił to od kilku milionów lat. Co dwie minuty woda kołysała się w zatoce, aż dwudziestometrowa fontanna wystrzelała w niebo. Nie do wiary, że ten spektakl nie miał absolutnie nic wspólnego z nami, ludźmi. Po pobycie w Casa goście z Niemiec pisali, że to mityczne szaleństwo mieli w uszach jeszcze przez wiele dni. Odgłos, który bez reszty przepełniał człowieka.
Antje siedziała już na schodach prowadzących do Casa i czekała. Na masce białego citroëna spał jej cocker Todd. Jedyny we wszechświecie pies, który dobrowolnie leżał na gorącej blasze w pełnym słońcu. W ten sposób chciał uniemożliwić wyjazd dokądkolwiek bez niego. Tak mówiła Antje. Na nasz widok zerwała się i skinęła nam ręką. Jej sukienka była rozświetloną plamą. Miała całą kolekcję kolorowych sukienek bawełnianych, każdą w inny deseń. Do tego całą baterię japonek w odpowiednich kolorach. Tego dnia po jej ciele galopowały zielone koniki na czerwonym tle. Kiedy podała Joli rękę, wyglądało to tak, jakby dwie kobiety z różnych filmów zmontowano w jednym ujęciu trikowym. Theo, z rękoma w kieszeniach, wpatrywał się w morze.
Postawiłem bagaże na zakurzonej ziemi. Antje skinęła dłonią w podziękowaniu. Ledwie się przywitaliśmy. Nie lubiłem, kiedy dotykała mnie w obecności innych ludzi. Chociaż mieszkaliśmy razem od lat, nadal wydawało mi się dziwne, że mielibyśmy być parą. W każdym razie publicznie.
Zaniosłem puste butle nurkowe z przedpołudnia do garażu Residencii, żeby je tam napełnić, Antje tymczasem zaprowadziła naszych gości do domku wakacyjnego. Lokowanie klientów należało do jej kompetencji. Poza Casa było jeszcze w Puerto del Carmen kilka wakacyjnych apartamentów, którymi zarządzała na prośbę właścicieli. Większość jej gości uczyła się u mnie nurkować. Antje rezerwowała terminy, przekazywała klucze, rozliczała się z gośćmi, sprzątała, uprawiała ogrody, nadzorowała rzemieślników. Oprócz tego prowadziła mi biuro, aktualizowała stronę internetową i załatwiała całą papierologię i korespondencję z organizacjami płetwonurków. Już po niespełna dwóch latach od naszego przybycia na wyspę stała się nieodzowna. Dawała sobie nawet radę z tutejszą mentalnością spod znaku ma?ana.
Wrzuciłem używane kombinezony nurkowe do pralni znajdującej się w ogrodzie i wszedłem do domu. Nagle poczułem ochotę na aperitif. Campari z lodem. Normalnie piłem tylko wtedy, kiedy musiałem. W samolocie, na weselach albo w sylwestra. Campari jakoś pasowało do Joli i Thea. Powąchałem i posmakowałem drinka, nie wiedząc, czy Antje ma jeszcze jakieś zapasy. W lodówce znalazłem butelkę, nalałem sobie sowicie, ciesząc się z trzaskających kostek lodu. Wyszedłem ze szklanką na dolny taras. Kiedy postawiło się krzesło przy samej balustradzie i spojrzało w skos piaszczystego placu, można było zajrzeć przez okno do pokoju dziennego w Casa. Właśnie podniesiono zasłony. Za szybą pojawiła się kolorowa sukienka Antje. W tle zobaczyłem Jolę i Thea, w zamyśleniu oglądających wnękę kuchenną. Prawdopodobnie byli przyzwyczajeni do czegoś lepszego. Albo zastanawiali się, co oni tu w ogóle mają gotować, skoro w Lahorze nie ma nawet automatu z gumą do żucia. Tego pierwszego wieczoru Antje zaprosi ich na kolację, a jutro po nurkowaniu pojedzie z nimi na zakupy. Zawsze tak robiliśmy z gośćmi z Casa.
Antje instruowała ich, jak obsługiwać kuchenkę, mikrofalówkę i pralkę. Wydawało się, że Theo słucha, gdy tymczasem Jola opadła na sofę. Jej głowa podskakiwała w oknie to w górę, to w dół; najwyraźniej Jola sprawdzała sprężynowanie. Naszła mnie pokusa, by wyobrazić sobie, jak Theo rzuca ją na stół, podciąga jej sukienkę - i od razu wyrzuciłem z głowy tę wizję. Klientki stanowią tabu. Pracuję w branży, w której ubraniem roboczym są kąpielówki.
Dziennik Joli, dzień pierwszySobota, 12 listopada, po południu
Niewiarygodne miejsce. Białe fasady z zaryglowanymi okiennicami. Pełne słońce i czarny piasek. W każdej chwili zza rogu może wyłonić się Zorro. Chce się natychmiast rozpocząć pojedynek. Powietrze smakuje słono. Uważam, że jest tu genialnie, ale ponieważ Theowi też się podoba, muszę oczywiście twierdzić coś całkiem przeciwnego. Wzniosła estetyka jałowości! Wszystko jasne, stary. Po prostu się rozluźnij. Świat nie stanie się piękniejszy, gdy podlejesz go swoją poezją. Ani większy, ważniejszy czy lepszy. Po prostu odbijasz się od świata. Twoje słowa rozbryzgują się jak morze o skały i z powrotem wpływają w ciebie. Za dziesięć tysięcy lat może i zeszlifowałbyś jakiś kant, ale nie dożyjesz. Ty na pewno nie.
Ale trzymam buzię na kłódkę. Nie mówię o literaturze ani o umieraniu. Staramy się. To będzie piękny urlop. Nie będę starego prowokowała, a on nie da się sprowokować. Zawieszenie broni.
No tak, urlop: właściwie jestem tu dlatego, że chcę dostać tę rolę. Potrzebuję tej roli. Lotte jest moją ostatnią szansą. Wyrwałam zdjęcie Lotte z książki i przypięłam pinezkami w sypialni nad łóżkiem. Mogłabym na nią patrzeć przez cały czas. Dziewczyna z dna morza. W czerwonym kostiumie kąpielowym i staroświeckim rynsztunku nurka z całych sił trzyma się wraku. Oczy mocno umalowane pod maską do nurkowania. Długie włosy kołyszą się wokół jej głowy niczym jakaś roślina wodna. Jest taka piękna. I silna. Bojowniczka. Kuchnia i dzieci jej nie wystarczały. Szukała niebezpieczeństwa. Jej dziennik trzyma w napięciu jak kryminał. W latach pięćdziesiątych nurkowanie nie było sportem, lecz pracą pionierską. Próbą odwagi dla mężczyzn, nie dla kobiet. Lotte była pierwszą dziewczyną, która uparła się, że będzie pływać z rybami. Theo zauważył zdjęcie nad łóżkiem i ugryzł się w język.
Sven jest ciągle uśmiechnięty. Tylko dwa lata młodszy od Thea, ale inaczej zbudowany. Błony pławne między palcami u nóg, skrzela za uszami. W ogóle na mnie nie patrzy. Pewnie dlatego, że nie jestem rybą, którą dopiero ma ze mnie zrobić. Za to mu płacę, i to niemało.
Ta Svena... kto właściwie? Ma na imię Antje. Asystentka? Żona? Siostra? Sekretarka? Przedstawiła się jako "Antyjka". Jakby chodziło o wykonawczynię jakiejś czynności i określenie gatunkowe zarazem. Sven patrzył wtedy w powietrze. Najwyraźniej Antyjka jest dla niego kłopotliwa. Lubi się gapić jak smarkula, dużo gada i pachnie niveą. Jasnowłosa jak Szwedka. Nie wchodzi do wody. Oznajmiła nam to na samym początku. Woda to "stan skupienia" Svena. Chyba miała na myśli żywioł albo fach. Starego przenika to do szpiku kości. Jego dewiza brzmi: kto nie potrafi poprawnie mówić, niech nie gada. A już naprawdę nie znosi ludzi, którzy przedstawiając się, zdrabniają imiona. Jestem Antyjka, to jest Sveni. Tak mówią małe dzieci. Ale mimo to lubi patrzeć na Antyjkę. Lahora: W podręczniku do hiszpańskiego w szkole były takie dziwne przykłady. Zdania: Moje psy są pod łóżkiem. Słyszę siebie, jak krzyczę. Te llegó la hora: Wybija twoja godzina. Jak okiem sięgnąć ani żywego ducha. Żadnego samochodu poza autem Antje, z psem na masce, a bez auta w ogóle się tutaj nie dojedzie. Innymi słowy, jeśli nie liczyć nas, ta miejscowość jest pusta. To staremu od razu się spodobało: Tu powinna się rozegrać jakaś historia! - No to do roboty. Niech się rozegra. Napisz coś, zamiast tylko o tym gadać. Nic nie powiedziałam.
Stary nie spuszczał wzroku ze szwedzkiego biustu Antje i słuchał uważnie: żebyśmy nie wrzucali wykorzystanego papieru toaletowego do miski klozetowej, tylko do wiadra obok, bo inaczej zapychają się rury. Wychodząc z domu, wyłączać urządzenia elektryczne. Jeśli chcemy mieć ciepłą wodę, nie brać prysznica jedno po drugim. Nie pić wody z kranu. Nie stawiać mebli ogrodowych na wężach do nawadniania. Informować, jeśli chcemy połączyć się z internetem, żeby Sven mógł wyregulować antenę satelitarną. Nie pływać, nie chodzić na spacery - to już wiedzieliśmy.
Stałam potem długo w ogrodzie i przyglądałam się, jak morze bawi się samo ze sobą. Nagle stary stanął za mną, z kieliszkiem czerwonego wina w ręce. Objął mnie ramieniem, przytulił i pocałował w czubek głowy.
- Mała Jola - powiedział, nic więcej.
Oczy mi zwilgotniały. Mocno się w niego wtuliłam. Jak się postara, to można poczuć go naprawdę dobrze. Tak to jest zawsze: jedzie się setki kilometrów, aby mniej wygodnie spać i lepiej się rozumieć.
2
Typowy wieczór. Wszystkie okna otwarte. Ciepłe powietrze przepływało przez dom i niwelowało różnicę między wnętrzem a dworem. W kuchni Antje stukała garnkami. Odgłos tak miły jak deszcz uderzający o dach namiotu. Lubiłem siedzieć przy komputerze w naszym malutkim gabinecie, podczas gdy ona krzątała się obok przy kuchence.
384 000 rekordów w Google. To był szok. Chociaż, prawdę mówiąc, sam nie wiedziałem, co mnie tak przeraża. W tle miałem software do odczytu danych z komputera nurkowego. Gdyby Antje pojawiła się w drzwiach, mogłem się błyskawicznie przełączyć. Nie miałem ochoty wyjaśniać, co robię i dlaczego. Właściwie googlowanie klientów nie było w moim stylu.
Jola zdawała się zapełniać pół internetu. Notatka w Wikipedii, fanpages, profil na Facebooku, Twitter, doniesienia prasowe, YouTube. Setki zdjęć. Ile twarzy może mieć jeden człowiek. Im dłużej patrzyłem, tym szybciej się mnożyły. Ze strony na stronę, z linku na link. Było to fascynujące. I w pewien sposób odpychające.
"Jolante Augusta Sophie von der Pahlen, pseudonim artystyczny: Jola Pahlen, urodzona 5 października 1981 roku w Hanowerze, niemiecka aktorka. Von der Pahlen pochodzi z bałtyckiego rodu szlacheckiego. W wieku jedenastu lat nagrała CD z piosenkami dziecięcymi i wykonywała partię śpiewaną w inscenizacji Woyzcka w Teatrze Państwowym w Hanowerze. Pierwsze doświadczenia telewizyjne zbierała w latach 1995-1997 w programie dla dzieci "Toggo" w Super RTL. Od 4 grudnia 2003 roku von der Pahlen gra w SAT 1 w telenoweli Wzloty i upadki rolę Belli Schweig. Von der Pahlen jest partnerką pisarza Theodora Hasta. - Jola Pahlen w niemieckiej i angielskiej wersji Internet Movie Database".
Pod sufitem rozległ się świergot. Gekon wyszedł ze swojego legowiska za karniszem i szykował się na wieczorny połów owadów. Kiedy przed laty zobaczyłem go po raz pierwszy, miał trzy centymetry długości, był prawie przeźroczysty i nic nie wiedział o życiu. Z czasem stał się dłuższy niż mój palec wskazujący i zrozumiał, że nie musi się mnie bać. Nadałem mu imię Emil, chociaż Antje twierdziła, że to samiczka. Utrzymywała, że wśród tego gatunku gekonów w ogóle nie ma samców, a samiczki rozmnażają się przez klonowanie. Spoglądała przy tym na mnie, szczerząc zęby w uśmiechu, jakby chodziło o feministyczny ruch szachowy przyrody. No i w porządku. Lubiłem Emila. Miał cudowne nóżki i, wykorzystując nanotechnikę, chodził po suficie łebkiem w dół.
- Pani Pahlen, pochodzi pani ze szlacheckiego rodu. Jak dalece to panią ukształtowało?
- Pochodzenie kształtuje każdego człowieka. Ja nauczyłam się od mojej rodziny dbać o piękne przedmioty. Kiedy widzę, że ktoś stawia na stole biedermeierowskim szklankę wody bez spodka, odczuwam fizyczny ból. Niedbalstwo jest największym wrogiem piękna.
- Pani ojciec to odnoszący sukcesy producent filmowy. Pani rodzina jest bogata. Nie korci pani, żeby stworzyć coś własnymi siłami?
- Wszystko, co robię, robię własnymi siłami. Ani mój ojciec, ani moja matka nie stoją przed kamerą we Wzlotach i upadkach. To ja tam stoję.
- Ale mówi się, że to ojciec załatwił pani tę rolę.
- Sukces zawsze potrzebuje trochę szczęścia, pracy i talentu.
- Pani Pahlen, w ubiegłym tygodniu skończyła pani trzydzieści lat. Nie pora już odejść ze Wzlotów i upadków?
- Dlaczego? Myśli pan, że mając trzydzieści lat, jest się za starym na telenowelę?
- Na telenowelę nie, ale może warto byłoby zagrać pierwszą prawdziwą rolę w filmie?
- Mam już na oku konkretny projekt.
- Wobec tego, pani Pahlen, życzymy dużo szczęścia.
Delikatne tuptanie miękkich stópek. Emil pojawił się na monitorze, którego oświetlona powierzchnia przyciągała muszki. Siedział na środku twarzy Joli, przyglądał mi się czarnymi ślepkami i pokazywał język. W filmach ludzie, na których portretach siedzi gad, na koniec popadają w obłęd.
Theodor Hast miał w Google 12 400 rekordów. Większość z nich była związana z Jolą Pahlen. Notatka o nim w Wikipedii składała się z dwóch linijek, bez zdjęcia.
"Urodzony w 1969 roku w Reutlingen, niemiecki pisarz. Jego debiut powieściowy Budowle wolnostojące ukazał się w 2001 roku. Hast mieszka w Berlinie, Stuttgarcie i Nowym Jorku".
Trzy adresy budziły nieprzyjemne wspomnienia. Na studiach prawa uczono nas, żebyśmy literaturę fachową cytowali zawsze, podając wszystkie siedziby wydawcy. "Volker Schlӧn, Prawo papierów wartościowych ze szczególnym uwzględnieniem prawa handlowego papierów wartościowych, Berlin, Heidelberg, New York, wyd. 6". Taka książka kosztowała w księgarni 129 marek, a kiedy akurat trzeba było napisać pracę domową z odwołaniami do prawa papierów wartościowych, w bibliotece uniwersyteckiej nigdy nie udawało się zdobyć egzemplarza. W przypadku Thea to nie jego książka, ale on sam podobno mieszkał w trzech miejscach równocześnie.
"Drażniący klejnocik".
"Jasna zapowiedź przyszłych genialnych dzieł".
"Jest wielu ludzi, którzy mnie lubią, ale tylko jeden musi ze mną żyć. Ja sam. (Theodor Hast, Budowle wolnostojące, s. 23)".
Według tekstu na obwolucie widniejącej na stronie internetowej wydawcy rzecz dotyczyła bohatera o imieniu Martin i poszukiwania tożsamości. Brzmiało to zawile. Poza tym na stronie można było przeczytać próbkę powieści.
"Zastanawiał się, jak to możliwe, że Bóg stworzył świat przez sześć dni, a siódmego wziął sobie wolne - czy zanim Ziemia zaczęła się obracać wokół Słońca w rytmie dwudziestoczterogodzinnym, istniały już w ogóle dni? I dlaczego Bóg obstawał przy siedmiodniowym tygodniu? Musiało to oznaczać, że był gdzieś zatrudniony. Martin bardzo chciałby wiedzieć u kogo? Odstawił szklankę i spojrzał w górę. Rozdarte niebo śpieszyło na wschód, jakby tam było coś pilnego do załatwienia. Wyemigrować, pomyślał. Ale to miałoby sens tylko wtedy, gdybyśmy to nie my sami byli krajem, do którego uciekamy".
Antje mnóstwo czytała. Kiedy ja brałem do ręki jakąś powieść, zasypiałem nad nią.
Sycząca patelnia. Pachniało królikiem. Zostawiłem włączony komputer. Monitor był dla Emila fantastycznym rewirem łowieckim.
Antje nakryła dla czterech osób. Dla każdej postawiła też szklankę do wody i kieliszek do wina. Zauważyłem, że stoją bezpośrednio na tekowym drewnie stołu jadalnego. Poszukałem podkładek w szufladach komody.
Jola dużo mówiła. Jej ręce fruwały w powietrzu, jakby chciała przegonić jakieś owady. Długie włosy zdawały się jej przeszkadzać. Bez przerwy przekładała je z jednej strony głowy na drugą. Antje wniosła kanaryjskie ziemniaki w solonych łupinkach, pieczarki w oliwie z oliwek i trzy różne sosy mojo. Chodziło o ten film. Jola czytała właśnie książkę o Lotcie Hass i miała dziwaczne wyobrażenia o nurkowaniu: skacze się do wody w szykownym kostiumie kąpielowym i szybko opróżnia butlę, najlepiej oko w oko z rekinem wielorybim. Theo jadł ziemniaki, jeden po drugim, w równomiernym tempie, jakby wykonywał rutynową pracę.
Powiedziałem, że będę ich uczył ściśle wedle przepisów. Na pierwszym miejscu są w każdej sytuacji staranność i bezpieczeństwo. Nie chodzi o przygody, lecz o znajomość rzeczy i opanowanie techniki.
Jola wysunęła do przodu dolną wargę, udając małą dziewczynkę. Czy nie mogłaby się zaprzyjaźnić z rekinem wielorybim?
Powiedziałem, że zobaczymy inne rekiny: anioły morskie. Mają co najwyżej dwa metry długości i przez większość czasu leżą na dnie. Wtedy mała dziewczynka zmieniła się w stratega z wąskimi oczami i niebezpiecznym uśmieszkiem.
- Grunt, żebym na castingu mogła powiedzieć, że znam się na rekinach.
Pomyślałem, że wcale nie musi się tak zachowywać. Między siekaczami miała śliczną małą szparkę, tak że nie mogłem oderwać wzroku od jej ust. Nagle położyła mi rękę na ramieniu. Jej spojrzenie zdradzało wprawę. Czy nie sądzę, że byłaby dobrą Lottą?
Theo spojrzał znad talerza.
- Weź się w garść - powiedział.
Słowa te zabrzmiały jak policzek. Antje drgnęła, jakby to ją miał na myśli. Wiatr poruszał zasłonami w otwartych okach; trochę się ochłodziło. Zegar ścienny pokazywał kilka minut przed siódmą. Noc już wypełzała z kątów pokoju. Wstałem, żeby zapalić światło i zamknąć okna.
- Nie lubisz ziemniaków? - zapytała Antje.
- Lubię - odparła Jola, szybko wyłowiła ręką najmniejszy z miski i wsunęła go do ust. - Ale nie czuję się głodna.
- Zaburzenia trawienne - wyjaśnił Theo, wypił do dna drugi kieliszek wina i dolał sobie. - Jest i tak za stara do tej roli. A jeśli jeszcze przytyje, to w ogóle nie będzie miała szans.
Roześmiał się jak ze świetnego żartu. Antje poszła do kuchni po królika. Jola wpatrywała się w swój pusty talerz. Z klientami było tak jak z członkami rodziny. Nie wybierało się ich. W oczekiwaniu na danie główne przerwałem milczenie, wyjaśniając jeszcze raz, jakie są nasze wzajemne życzenia. Oni chcieli dwutygodniowej ekskluzywnej opieki przez całą dobę, z nieograniczoną liczbą nurkowań, tytułu Advanced Open Water Diver plus certyfikatu po kursie nitroksowym, ponadto - mieszkać w Casa Raya, korzystać z ekwipunku oraz transportu samochodem do wszystkich punktów nurkowania i miejsc, które warto zobaczyć. Ja chciałem czternastu tysięcy euro. Zazwyczaj łączyłem kilkoro klientów w grupy. Jola i Theo płacili za to, że przez najbliższe dwa tygodnie nie przyjmę żadnych innych zleceń. Trochę to kosztowało, ale całkowicie należałem do nich. Podaliśmy sobie ręce. Zapiszczał telefon Joli. Przeczytała, uśmiechnęła się i wystukała odpowiedź. Wróciła Antje, trzymając w dwóch ręcznikach parujący rondel.
- Conejo en salmorejo - powiedziała.
Z rago?t wystawały kości. Zapiszczał telefon Thea. Uśmiechnął się i położył rękę na udzie Joli. Naprawdę wysyłali do siebie esemesy, siedząc w tym samym pokoju. Antje podzieliła królika. Jej cocker Todd przyszedł z kuchni, gdzie płaszczył się przed kuchenką, wybadał sytuację i zajął miejsce obok Joli. Najwyraźniej uznał ją za najsłabsze ogniwo łańcucha. Skosztowałem potrawy, zachwaliłem ją i przypomniałem o swoim jedynym warunku: w środę za dwa tygodnie, 23 listopada, muszę mieć wolne. Theo dopytywał, dlaczego tej szczególnej środy muszą zrezygnować z moich usług. Królik mu smakował. Także wino, które praktycznie pił sam. Szybkim spojrzeniem powstrzymałem Antje od przyniesienia kolejnej butelki. Jola zauważyła naszą wymianę spojrzeń i po raz pierwszy tego wieczoru roześmiała się całkiem naturalnie.
- Co? - zapytał Theo.
- Nic - odparła Jola.
Nie pasujecie do siebie, pomyślałem i natychmiast zabroniłem sobie tej myśli. Prywatne życie moich klientów mnie nie obchodziło. Wyjaśniłem, o co chodzi z dwudziestym trzecim listopada. Późnym latem, podczas połowu dalekomorskiego, odebrałem na sonarze niebywale silny sygnał. Przedmiot leżał na dobrych stu metrach głębokości i mierzył ponad osiemdziesiąt metrów długości. Może była to dziwacznie uformowana kupa kamieni. Albo jakieś sensacyjne znalezisko. W ostatnich latach na całym świecie właściwie nie odnaleziono żadnych nowych wraków, a już na pewno nie w rejonie nadającym się do nurkowania. Zaznaczyłem współrzędne na GPS-ie; odnalezienie tego miejsca nie powinno nastręczać większych trudności. Ale pierwsze nurkowanie do wraku spoczywającego na stu metrach głębokości - zwłaszcza w pojedynkę - to nie bagatela. Przygotowywałem się do tego od wielu tygodni, obliczałem mieszanki gazu, łamałem sobie głowę, jak przedłużyć czas pobytu na dnie do ponad dwudziestu minut i nie robić przed wynurzeniem w sumie ponad trzygodzinnych przystanków dekompresyjnych. Poza tym zamówiłem specjalne suche rękawice i zacząłem już instalować w swoim kombinezonie system grzewczy. Bernie obiecał, że wraz z Dave'em, jego kumplem również ze Szkocji, stworzą mi na "Aberdeen" pływającą bazę. Były to profesjonalne warunki na potrzeby profesjonalnego przedsięwzięcia.
Jola słuchała tak, jakby z moich ust dobywały się słowa Boga. W jej wielkich oczach zaczął się odbijać mój własny zachwyt. Trudno mi było skończyć.
Dwudziestego trzeciego listopada kończę czterdzieści lat. Chciałem obejść swoje urodziny sto metrów pod poziomem morza. Sam. Albo jeszcze lepiej: w towarzystwie frachtowca z czasów drugiej wojny światowej, który zniknął przed siedemdziesięciu laty.
- To ja też chcę popłynąć - powiedziała Jola. - Żeby wzmocnić załogę łodzi.
- To jest ekspedycja, a nie wycieczka - powiedziałem. - Każdy ruch musi być dopracowany.
Spojrzała na mnie natarczywie.
- Wychowałam się na statkach.
- Jej ojciec posiada jacht Benetti Classic - powiedział Theo.
Musiałem przełknąć tę informację. Używany benetti kosztuje tyle, ile luksusowy penthouse. I to na Manhattanie.
- Mimo to - powiedziałem. - Przykro mi.
- Albo wytrenujesz mnie tak, żebym mogła nurkować na tej głębokości i zanurkuję z tobą. Lotcie by się to podobało.
Wbrew własnej woli nie mogłem powstrzymać śmiechu.
- Proszę! - zawołała Jola. - Mamy całe dwa tygodnie!
- Potrzebne byłyby co najmniej dwa lata - odparłem. - Gdybym spróbował zabrać cię ze sobą w tę głębinę, trafiłbym do więzienia.
- Na jak długo? - zapytał Theo, nie spuszczając oka z błagalnej miny Joli.
- Na resztę życia - powiedziałem. - Za morderstwo.
- Skończcie już - odezwała się Antje, której ta rozmowa się nie podobała. - Z takich ekspedycji tylko profesjonalni nurkowie wychodzą cało. Kto chciałby sorbetu z fig kaktusowych?
- Z wielką chęcią poszedłbym na parę lat do więzienia - powiedział Theo takim tonem, jakby zmieniał temat. - Mógłbym wreszcie spokojnie pisać.
Antje cofnęła rękę, którą wyciągnęła po jego pusty talerz.
- Ale w tym celu musiałbyś kogoś zranić.
- To jest zaleta, a może nie? - Theo odwrócił butelkę i wytrząsnął ostatnią kroplę do kieliszka. - Kto tak czy owak chce iść do więzienia, ma jeden strzał za darmo. Musi tylko zdecydować, kto ma być celem.
Jola trzonkiem noża zsunęła z talerza resztki królika. Todd złapał je w powietrzu.
- Nie słuchajcie Thea - powiedziała. - Szokowanie to jego zawód. Niestety w ostatnich latach woli to robić przy kolacji niż przy komputerze.
- To i tak lepsze - powiedział Theo - niż blamować się kretyńskimi zdaniami przed kamerą.
Jola nagle wstała i podeszła do okna.
- Moimi kretyńskimi zdaniami - powiedziała, odwrócona plecami do nas - opłacamy nasz czynsz.
W kinkiecie ćma, bzycząc i skwiercząc, spaliła się na śmierć. Włókna królika między zębami przyprawiały mnie o dyskomfort całego ciała. Antje uniosła głowę i spojrzała na Thea ze współczuciem.
- A dlaczego przestałeś pisać?
Czasem mógłbym ją zabić.
Dziennik Joli, dzień pierwszySobota, 12 listopada, noc
Ci dwoje są tacy mili. Jasnowłosi, przyjaźni, down to earth. Ten królik z ziemniakami w ich białym domku. Normalni i jacyś tacy... zdrowi. A my wobec tego jacy jesteśmy - anormalni i chorzy? Nawet nie podziękowaliśmy za kolację jak trzeba. Staremu nagle zaczęło się śpieszyć do wyjścia, jeszcze przed deserem. Sorbet z fig kaktusowych. Stopień trudności: skomplikowane. Czas przygotowania: dwie godziny. Według iPhona. Biedna Antje. Czekam teraz, aż stary zaśnie. Nie lubi zasypiać, kiedy leżę obok niego. Mam dobry sen, on sypia kiepsko. Sen zmienia cię w trupa, mówi. Jak mam się odprężyć, mając trupa obok siebie?
Piszę do niego esemesa: "Śpij dobrze, Theo. Kocham cię".
Jego telefon piszczy w sypialni. Słyszę go przez cienką ścianę. Nie ma odpowiedzi. Na dworze jest ciemno choć oko wykol. Od czasu do czasu zaszczeka jakiś pies. Od pierwszego wieczoru sama na tapczanie w pokoju dziennym. Tak zaczyna się nasza naprawdę ostatnia próba przywrócenia równowagi.
3
"Są jacyś dziwni".
Nazywałem to "obrabianiem". Ledwie jakaś osoba wychodziła z pokoju, a już rozpoczynała się gorąca dyskusja o nieobecnym lub nieobecnej. Porównywano oceny, korygowano szczegóły tych ocen i ze spekulacji wyłaniał się spójny psychogram. Antje i jej przyjaciółki były ekspertkami w tej dziedzinie. Ja natomiast na partnera w obrabianiu nadawałem się jak najgorzej. Jeśli Antje mimo to podejmowała taką próbę, sprawa musiała być nagląca.
Stałem przy zlewozmywaku, zdrapywałem resztki jedzenia z talerzy i starałem się ignorować Todda, który przewiercał mnie spojrzeniami. Nie tylko wabił się tak samo jak nieżyjący już pies moich rodziców, lecz również tak samo wyglądał - od samego początku było to dla mnie niesamowite. Antje głęboko wierzyła w to, że zabiliśmy pierwszego Todda, zostawiając go w Niemczech. Obawiałem się, że równie głęboko wierzy w jego wskrzeszenie przez ponowne użycie imienia Todd. Drugi Todd byłby więc reinkarnacją pierwszego.
- Nie uważasz?
Odwróciłem się do niej i do psa plecami. Nienawidziłem, kiedy ludzie oceniali się wzajemnie. To było uzależnienie. Przekleństwo. Wyjechałem z Niemiec, bo nie mogłem dłużej znieść życia we wszechogarniającej sieci wzajemnych ocen. Osądzający i osądzani znajdowali się w permanentnym stanie wojny i każdemu, w zależności od sytuacji, przypadała jedna lub druga rola. Wszystko, co opowiadali moi klienci o swoich domach, to były relacje z frontu ferowania ocen. Co myślą o szefie. Co myślą o nich koledzy. Co sądzą o pani kanclerz. Co myślą o innych nurkach. Po pierwszych trzech piwach również o tym, co wyprawiają w łóżku ich żony. A pod koniec urlopu notowali na taucher.net, co myślą o mnie. Jakby człowiek musiał się bać, że bez oceniania na zawsze oniemieje.
- Jola czasem patrzy tak nieruchomo przed siebie - powiedziała Antje. - Jakby była nieobecna. I nic nie je. Nie zauważyłeś tego?
Był powód, dla którego czułem niechęć do oceniania. Zanim w sylwestra 1997 roku wyjechałem z Niemiec, studiowałem przez pięć lat prawo. Należałem do pokolenia uczniów, które nie chciało, żeby szkoła się skończyła. Zdana matura nie była dla nas radosnym wydarzeniem. Większość z nas nie miała pojęcia, co począć ze swoim życiem. W szkole wszystko było proste. Wiedziało się, jak należy się zachowywać i na ile buntu można sobie pozwolić. A jak coś było nie tak, w razie wątpliwości wina spadała na nauczyciela. Przedłużyłem sobie służbę wojskową o rok w inżynieryjnym oddziale nurków, a potem zdecydowałem się na studia prawnicze, bo tam, jak mówiono, wszystkie możliwości stoją otworem. Już niebawem nauczyłem się kochać ten fach. Znowu znalazłem coś, w czym byłem dobry. Dopóki robiłem notatki na wykładach i trzy wieczory w tygodniu spędzałem w bibliotece, miałem przyjemne uczucie, że jestem po bezpiecznej stronie. Z egzaminów pisemnych dostawałem na ogół ponad dziewięć punktów. Zazdrość kolegów sprawiała, że w nic nie wątpiłem.
Po pięciu latach studiów wyszedłem z pisemnego egzaminu końcowego z oceną, która pozwalała przypuszczać, że egzamin ustny będzie czystą formalnością. Kupiłem parę butów, wyszukałem odpowiednią wodę po goleniu i poszedłem do fryzjera. W dniu egzaminu pojechałem do ministerstwa sprawiedliwości lekko zdenerwowany, ale z uczuciem, że będę mógł cieszyć się z triumfu.
Czterech profesorów za długim pulpitem. Przed nimi ja i jeszcze jeden student, którego kiepska ocena wstępna wypełniała swoim zapaszkiem całe pomieszczenie. Im dłużej wałkowali go profesorowie, tym niespokojniej wierciłem się na krześle. Usiadłem na dłoniach, żeby niechcący nie wyrwać się jak kujon z ręką do góry. Starałem się nawiązać z egzaminatorami kontakt wzrokowy i zasygnalizować ruchami brwi, że znam odpowiedź na każde pytanie. Krótko mówiąc, zachowywałem się jak kompletny idiota.
Karnista Brunsberg zwrócił się wreszcie do mnie. Był znany z tego, że cuchnęło mu z ust. Podobno rozmawiając ze studentami, celowo chuchał im prosto w twarz, i cieszył się, że ze strachu przed kiepskimi ocenami nie odwracają głów.
- Panie Fiedler - powiedział profesor Brunsberg - jako że wiele pan wie, z pewnością znane jest panu nazwisko Montesquieu.
Jak za naciśnięciem guzika wystąpił mi na czoło pot. Teoria polityczna nie odgrywała żadnej roli przez całe studia prawnicze. Mieliśmy się nauczyć, czym jest błędne przekonanie co do zaistnienia warunków, które w razie rzeczywistego wystąpienia stanowią okoliczność usprawiedliwiającą działanie. A nie tego, co nieżyjący filozofowie opowiadali o funkcjonowaniu państwa. Nie pozostało mi nic innego, jak powoli potakująco skinąć głową.
- Dobrze, panie Fiedler. Proszę przeliterować.
- Słucham?
- Czy mówię niewyraźnie? Proszę przeliterować nazwisko Montesquieu!
Oczyma duszy ujrzałem zamazany szereg liter: "q", kilka razy "u", ileś "e". Zacząłem. "Montes" poszło gładko, potem następowało "qu", a reszta spoczywała w rękach Boga.
- Montes-q-u-e-u-e - powiedziałem.
Brunsberg z zadowoleniem uderzył otwartą dłonią w stół.
- "Queue" jak kij bilardowy, tak, panie Fiedler? Czy właśnie to robił pan przez minione lata? Grał pan w bilard?
Zrozumiałem, że nie da mi spokoju. Chciał mnie załatwić.
- Druga próba, panie Fiedler. Nie jesteśmy wszak potworami.
Koszula pod marynarką lepiła mi się do pleców. Pewne miejsce na tyłku swędziało tak nieznośnie, że rozum odmówił mi posłuszeństwa. Wyprodukowałem jakąś mieszaninę liter, która miała niewiele wspólnego z "Montesquieu". W jednej chwili Brunsbergowi zepsuł się humor. Jego koledzy ze znudzeniem wyglądali przez okno. Kilka gołębi kłóciło się o najlepsze miejsca na gzymsie.
- Dobrze, panie Fiedler, a raczej niedobrze. Teraz druga część pytania. Chyba chciałby pan dostać chociaż pięćdziesiąt procent z tego egzaminu, prawda? Proszę więc szybko powiedzieć mi, jak ma na imię papież nauki o prawie państwowym.
Nie śpieszyłem się. Wykułem na pamięć schematy egzaminacyjne dotyczące czternastu rodzajów powództw. Znałem wyrok Trybunału Konstytucyjnego w sprawie traktatu z Maastricht. Podczas gdy kłótnia gołębi stawała się coraz głośniejsza, dziwiłem się, że Voltaire chyba też, tak jak Montesquieu, nie ma imienia. W przypadku Thomasa Hobbesa i Johna Locke'a imiona są integralną częścią ich nazwisk.
Czułem się spokojny, gdy głośno i wyraźnie powiedziałem "Friedrich". Było to imię Brunsberga. Reszta egzaminu utonęła we mgle.
Kiedy dwie godziny później wezwano nas do sali, gdzie mieliśmy odebrać wyniki, byłem już innym człowiekiem. Nie rozumiałem samego siebie. Czy naprawdę po to wydałem cztery tysiące marek na repetytoria, codziennie spędzałem osiem godzin w bibliotece i co tydzień pisałem sześciogodzinne prace zaliczeniowe, aby teraz zostać członkiem Klubu Dupków? Wyobrażenie, że przez resztę życia będę należał do przedsiębiorstwa, w którym decyzje podejmują ludzie pokroju Brunsberga, przyprawiało mnie o mdłości.
Może życie mimo to potoczyłoby się po prostu dalej, gdyby za żałośnie słaby egzamin odliczyli mi pół punktu od oceny ogólnej. Zdenerwowałbym się, drugi egzamin zdałbym lepiej i dostałbym przyzwoitą pracę w jakiejś kancelarii. Ale lekko się poprawiłem. Akurat Brunsberg dał mi prawie pełną liczbę punktów. Ściskając mi rękę, wyszczerzył zęby z radości.
- Panie Fiedler, jest pan dobrym prawnikiem - powiedział. - Jeśli zajmie się pan trochę filozoficznym tłem jurysprudencji, będzie pan jeszcze lepszy.
Fakt, że prawdopodobnie mówił to życzliwie, włączył w mojej głowie czerwoną lampkę. Cały promieniałem od takiego uznania. Otoczyli mnie przyjaciele, żeby mi pogratulować. Ten drugi kandydat nie zdał egzaminu, stał sam przy oknie i płakał. Nie słyszałem, o czym rozmawiano. W głębi duszy już wyjechałem z tego kraju.
Charles-Louis de Secondat, baron de la Br?de et de Montesquieu. Od tej pory nie było problemu, którego nie dałoby się rozwiązać za pomocą tej formułki. "Montesquieu" nie dopuścił do tego, bym wyrokował o innych ludziach, wtrącał się w ich życie czy choćby udzielał im życzliwych rad. Nie chciałem mieć więcej do czynienia z Niemcami, które odtąd nazywałem "teatrem wojny". Kiedy nieco później zacząłem nowe życie na wyspie, "trzymanie się z dala" stało się fundamentem, na którym zbudowałem swój światopogląd.
- Może jest narkomanką? - zastanawiała się Antje. - Wiele aktorek ma problemy z narkotykami.
Zamknąłem klapę zmywarki i nadepnąłem na łapę Toddowi, który stanął mi na drodze.
- Nie gadaj bzdur - powiedziałem.
Zabrzmiało to surowiej, niż zamierzałem. Nie chcąc przyznać, że mój ton był niewłaściwy, następne zdanie musiałem wygłosić równie ostro.
- Kto zażywa narkotyki, nie może nurkować. Miałaby obowiązek powiedzieć mi o tym.
Antje i Todd mieli ten sam nawyk: kiedy się ich opieprzało, spoglądali dobrodusznie.
- Wiesz, co myślę? - zapytała. - Takiej kobiecie jak Jola dobrze by zrobiło dziecko. Pomyśl o Luisie. Albo o Valentinie. Jakie zawsze były nerwowe. I jak się uspokoiły po urodzeniu dzieci.
Antje miała wiele przyjaciółek w Hiszpanii, które zazdrościły jej jasnych włosów i które wszystkie bez wyjątku albo miały dzieci, albo spodziewały się dziecka, albo jedno i drugie. Bezgranicznie denerwowało mnie, że przy każdej okazji okrężną drogą daje mi znać, jak bardzo pragnie dziecka.
- Nie myślisz, że dobrze by wyglądała z dzieckiem?
Powiedziałem:
- Wiesz dobrze, że nie chcę dzieci. Więc skończ tę gadkę.
Antje spuściła głowę. Zostawiłem ją obok zmywarki i poszedłem do łóżka. Ale jakieś złe uczucie nie pozwalało mi zasnąć. Kiedy Antje wśliznęła się pod kołdrę, zamknąłem oczy i odwróciłem się do ściany.
4
Morze było ciche; powietrze nieruchome i jak na godzinę ósmą rano nadzwyczaj ciepłe. Martwa cisza zaniepokoiła mnie. Kto tak milczy, ten coś knuje.
Ujrzałem tych dwoje z tarasu na dachu, skąd zabrałem sandały i dwa ręczniki. Stali przed Casa Raya, czekając na mnie. Theo wyciągnął rękę w stronę Joli. Dwoma palcami ścisnął wiotką skórę pod jej ramieniem. Kiedy Jola chciała się wyrwać, szczypnął mocniej; zobaczyłem ból na jej twarzy. Trzymał mocno fałd skóry, a drugą ręką głaskał Jolę po policzku i coś do niej mówił. Słyszałem jego głos, ale nie rozumiałem słów.
Kiedyś przyłapałem Antje na tym, jak podnosi rękę przed lustrem w łazience i z markotną miną ocenia swój triceps: problematyczne miejsce.
Theo puścił ramię Joli, ale złapał ją powyżej kości biodrowej, gdzie u wszystkich kobiet niecierpiących na anoreksję znajduje się poduszeczka tłuszczu. Ścisnął ją dwa razy i puścił, żeby zapalić papierosa.
W samochodzie zapytałem, co to jest czas zerowy. Jola odpowiedziała, że chodzi o liczbę minut, które wolno spędzić pod wodą. Theo dodał, że ma to coś wspólnego z azotem.
Jak zawsze przed pierwszym nurkowaniem Antje przy śniadaniu udzieliła mi informacji o tym, jak zaawansowani są nowi klienci. Theo i Jola przed laty podczas podróży do Wietnamu ukończyli kurs i zdobyli stopień Open Water Diver - to było wszystko. W ich dokumentacji odnotowano nie więcej niż dziesięć nurkowań. A więc odrobina teorii im nie zaszkodzi. W gruncie rzeczy nurkowanie nie jest niebezpiecznym sportem, jeśli człowiek przyswoi sobie kilka zasad. Większość początkujących uczy się do egzaminu na nurka kilku zdań i formułek na pamięć, po czym od razu je zapomina. Może umieją zacytować, że czas zerowy to okres, w którym człowiek może nurkować na określonej głębokości bez zagrożenia dla zdrowia przy natychmiastowym powrocie na powierzchnię. Ale jedynie nieliczni potrafią to sobie wyobrazić. Przede wszystkim większość nie chce przyjąć do wiadomości, że od obliczenia czasu zerowego może istotnie zależeć ich życie. Nie bez poczucia dumy uważałem się w tej kwestii za sumiennego nauczyciela.
Jadąc w kierunku Puerto del Carmen, przystąpiłem do standardowych wyjaśnień. Wysokie ciśnienie pod wodą prowadzi do odkładania się azotu w organizmie - we krwi, w tkankach i w kościach. To jest trochę tak jak z butelką wody gazowanej; dopóki pozostaje zamknięta i pod ciśnieniem - nie ma problemu. Ale co się dzieje, kiedy ktoś zbyt szybko ją otworzy? Coś podobnego następuje w organizmie, gdy przekroczy się czas zerowy i zbyt szybko wróci na powierzchnię. Nic miłego.
Nagle Jola krzyknęła:
- Zatrzymaj się!
Gwałtownie wcisnąłem hamulec. Jola uniosła się do połowy na miejscu dla pasażera.
- Widziałeś, co było na drodze?
Wychyliłem się przez okno i spojrzałem do tyłu.
- Nikogo nie ma! - krzyknąłem.
- Wszystko jest wolą - powiedziała Jola. - Wielkimi literami, nasprejowane w poprzek asfaltu.
Odetchnąłem, położyłem ręce na kierownicy, skupiłem się na opuszczeniu ramion.
- Zwariowałaś, żeby mnie tak straszyć?
Jakiś samochód wyprzedził nas, trąbiąc.
- Przesłanie - powiedziała Jola. - Dla mnie. I to akurat po niemiecku!
- Brzmi jak bardzo niemiecka idea. - Theo trzymał na kolanach notatnik i pisał. - Dobry tytuł.
- Dam radę zagrać Lotte - powiedziała Jola. - To tylko kwestia woli.
- Dopiero jak się dowiesz, co to jest czas zerowy - powiedziałem. - Zanim dojedziemy do Puerto del Carmen, wszystko zrozumiecie.
Wrzuciłem bieg i wcisnąłem gaz.
Najpierw zeszliśmy bez sprzętu drogą do Playa Chica. Pokazałem im boję, leżącą na wodzie w odległości około siedemdziesięciu metrów od brzegu.
- Po prostu tam i z powrotem? - zapytała Jola.
- W nieśpiesznym tempie - powiedziałem.
- Mamy już doświadczenie w nurkowaniu - zaprotestował Theo.
- Chcę tylko wyrobić sobie pogląd o waszej kondycji - wyjaśniłem.
Jola już ściągnęła przez głowę koszulkę bez rękawów, wyskoczyła z dżinsów i została w bikini. Theo rozejrzał się, jakby szukał kamerdynera. Albo przynajmniej przebieralni. Wziąłem od niego lnianą marynarkę od garnituru.
Podskakiwał na jednej nodze, żeby zdjąć spodnie, a ja tymczasem patrzyłem na jego przyjaciółkę. W swoim zawodzie stale obcowałem z cielesnością. Większość klientów przebierała się w pseudokryjówce za moim busem. Stali tam w szarych skarpetkach i rozciągniętych majtkach. Patrzyli w ziemię, wstydząc się swoich rozstępów, fałd i plam. Ale Jola się nie ukrywała. Stała pośrodku nabrzeża, mrużyła oczy i patrzyła na horyzont. Była doskonała, żywy posąg. Wytrenowana, a mimo to miękka. Zapewniałem sam siebie, że nie feruję ocen. Wiedziałem, ile kosztuje takie ciało. Wymaga nie tylko czasu, pieniędzy i dyscypliny, lecz także właściwej miary rzeczy. Wiedzy, że piękna należy szukać nie w ekstremach, a w równowadze. Jola kształtowała swoje ciało jak artystka. Szczerze podziwiałem rezultat. Najchętniej wygłosiłbym jego pochwałę, jak ekspert wobec ekspertki, ale groźba nieporozumienia była zbyt duża.
- Zejdź ze słońca - powiedział Theo do Joli. - Widać twoją pomarańczową skórę.
Jola uklęknęła i, zanim zdołałem przywołać ją do porządku, skoczyła z nabrzeża głową w dół. Zastanawiałem się, czy nie powinienem przerwać ćwiczenia i wygłosić wykładu o bezpieczeństwie. Jako żeglarka Jola potrafiła prawdopodobnie ocenić, jak głęboka jest woda przy przystani. Mimo to sprawdzenie tego przed skokiem należało do rutynowych czynności. Postanowiłem nie wygłaszać reprymendy; był to ich pierwszy dzień. Theo, z ręką na poręczy, powoli schodził schodami do wody.
Jola płynęła kraulem, wykonując spokojne ruchy, Theo zaś ćwiczył na zmianę żabkę i grzbiet. Jola przebyła już połowę drogi powrotnej, gdy on dopiero dotarł do boi. Odwróciła się na plecy, żeby na niego poczekać.
- No, ślamazaro! - zawołała, wiosłując nogami i pryskając mu wodą w twarz. A potem uciekła ze śmiechem, nie z powrotem do nabrzeża, lecz kawałek dalej w stronę plaży. Dogonił ją dopiero w płytkiej wodzie. Broniła się, piszczała, uderzała na oślep rękami; złapał ją w pasie. Nie interweniowałem. Sprawiali wrażenie szamoczących się dzieci. Zdawało mi się, że słyszę ich śmiech. Potem Theo podniósł ją wysoko i rzucił przed siebie. Jola krzyknęła. W płytkiej wodzie znajdowały się skały, gęsto usiane jeżowcami. Theo wyszedł z wody, włożył na mokre ciało lniany garnitur i poszedł przez promenadę w stronę publicznych toalet.
Przestraszyłem się na widok kulejącej Joli. Podchodząc do mnie, uniosła rękę uspokajającym gestem. Usiedliśmy na ławce przy nabrzeżu, położyłem sobie jej nogę na kolanie. Kolec jeżowca wbił się w podeszwę stopy i złamał. Otworzyłem scyzoryk; starałem się trzymać jej nogę jak przedmiot. Kiedy uchwyciłem kolec i wyciągnąłem go, spojrzała mi prosto w oczy.
- Od teraz koniec z głupotami - powiedziałem. - Bardzo łatwo może się coś stać.
- Uwierz mi. - Potarła stopę. - To było celowe.
Parkingi wokół Playa Chica zostały podzielone według niepisanego prawa. Biały transit Berniego z napisem WonderDive parkował na zakazie zatrzymywania się przy schodach prowadzących na promenadę; Bernie i jego ludzie byli już w wodzie. Mój samochód stał jak zwykle na podjeździe domu starego Hiszpana, który wychodził raz dziennie na zewnątrz, aby mnie poinformować, co ze mną zrobi, jeśli uszkodzę jego płot. Theo czekał oparty o busa. Wyjął papierosa z ust, aby pocałować Jolę w czoło, na co ona przytuliła się do niego. Od tej chwili koniec żartów, wyjaśniłem, a oni skinęli głowami, jakby zrozumieli, co mówię. Rozpostarłem plandekę na ziemi i rozłożyłem mokre skafandry, kamizelki ratowniczo-wypornościowe, butle, płetwy i maski. Ściągnąłem szorty i wsunąłem sandały. Jola musnęła spojrzeniem moje kąpielówki.
- Popatrz - powiedziała do Thea - to się nazywa ekwipunek.
Sposób, w jaki podkreśliła słowo "to", mógł pogrzebać męskie ego. Ale Theo nadal patrzył ze zmarszczonym czołem na automaty oddechowe i węże inflatorów, usiłując sobie przypomnieć, jak te rzeczy działają. W obszernych szortach, które od brzucha w dół wszystko tuszowały, z trudem wciśnie się w kombinezon neoprenowy.
Żeby odświeżyć ich wiedzę, przerobiłem z nimi cały program dla początkujących. Pokazałem, jak mają pompować inflatorem powietrze do jacketów i ponownie je wypuszczać. Jak się przypina automaty oddechowe, przez które będą oddychać i które redukują ciśnienie powietrza w butli do poziomu ciśnienia w otoczeniu. Jak mocować butle do jacketów i zarzucać sobie wszystko na plecy. Szczególną wagę przykładałem do podstawowych zasad: staranności, przewidywania i współpracy nurkujących partnerów. Słuchali, zadawali pytania i pomagali sobie wzajemnie nałożyć sprzęt.
Godzinę później dryfowali w nadmuchanych jacketach niczym dwa korki w wodzie. Wyjaśniłem sens znaków dawanych rękami, kazałem odczytywać na próżniomierzu stan napełnienia butli i wydmuchiwać wodę z maski. Ćwiczyliśmy, jak w razie konieczności zaopatrywać się wzajemnie w powietrze, podając sobie tak zwany oktopus, drugi automat oddechowy, przez który można oddychać z butli partnera. Dobrze wykonywali te zadania. Wypłynęliśmy kawałek w głąb zatoki. Utworzyłem z kciuka i palca wskazującego kółko: sygnał "ok". Powtórzyli ten gest na znak, że wszystko jest w porządku. Zanurkowaliśmy.
Na trzech metrach głębokości uklękliśmy na dnie. Oboje oddychali nieco za szybko i każde przytrzymywało automat do oddychania ręką, jakby mógł im wypaść z ust. Ale u początkujących było to normalne. Większość klientów doznawała lekkiego szoku, gdy po raz pierwszy oddychali pod wodą. Potem już mieli podzielone zdania. Jedni przeżywali niewiarygodną euforię, swego rodzaju umysłowy orgazm, wynikający z faktu, że za pomocą techniki mogą wywieść w pole wrogi żywioł. Całkowicie otoczeni wodą, a mimo to oddychający swobodnie jak ryby. Z wizytą w obcym uniwersum. Inni czuli się niedobrze. Mieli poczucie, że nie są częścią tego świata, nie dowierzali aparatowi zaopatrującemu ich w tlen, prześladowało ich wrażenie, że natychmiast muszą wrócić na powierzchnię. Takim ludziom brakowało pod wodą spokoju. Dobrymi nurkami stawali się dopiero po wielu ćwiczeniach.
Od razu wiedziałem, które z tych dwojga należy do jakiej kategorii. Na twarzy Thea mimo maski zobaczyłem promienny uśmiech. Kolanami lekko dotykał dna i już poddawał się nieważkości. Śledził spojrzeniem papugorybę, która zbliżyła się powoli, zmierzyła nas wzrokiem, jeszcze raz badawczo wpatrzyła się w maskę Thea i wreszcie odpłynęła w stronę zakrzepłych rzek lawy. Wiedziałem, co Theo czuje. Był to jeden z najszczęśliwszych momentów w jego życiu.
Natomiast Jola kręciła gwałtownie głową w tę i we w tę, jakby z każdej strony mógł nastąpić atak. Płetwami wzbijała piach, który mącił jej widzenie. Jedną ręką trzymała mocno automat do oddychania, drugą wykonywała zamaszyste ruchy, aby zachować równowagę. Podpłynąłem tuż do niej i pokazałem znak "ok". Przez kilka sekund patrzyła na mnie nierozumnie i dopiero potem odpowiedziała na mój sygnał. Aby skierować jej uwagę na coś innego, kazałem jej wykonać kilka drobnych zadań. Przepłynąć parę metrów, obsłużyć inflator, odczytać wskazania próżniomierza i głębokościomierza. Pokazałem, jak dzięki kontrolowanym wdechom i wydechom może balansować w wodzie. Pokazałem też kilka sardynek, które w pewnej odległości od nas przemykały w wodzie jak migotliwe błyski. Niepostrzeżenie zeszliśmy głębiej. Wreszcie uśmiechnęła się, skinęła głową.
Przywołałem Thea skinieniem, aby włączyć go do ćwiczeń. Zaczęliśmy od hoveringu, zawiśnięcia w toni, czyli próby utrzymania się bez ruchu przez minutę albo dłużej. Leżeli tuż obok siebie, ze skrzyżowanymi rękami i skupiali się na tak spokojnym oddychaniu, żeby ilość powietrza w płucach nie pozwoliła im ani wypłynąć na powierzchnię, ani utonąć. Spojrzałem na zegarek, aby dać znak, że minuta już minęła, gdy Theo nagle chwycił automat do oddychania i wykonał kilka gwałtownych obrotów. Wyrwał oktopus z uchwytu, poprowadził go do ust i natychmiast odrzucił. Oczywiście nie miał jeszcze takiej rutyny, żeby dać właściwy znak - ale i tak zrozumiałem, że przez żaden ustnik nie dostaje powietrza. Zanim zdołałem do niego dotrzeć, żeby dać mu swój oktopus, jak to omówiliśmy na wypadek konieczności, odbił się od dna i wystrzelił ku powierzchni. Nie miałem szansy, żeby go zatrzymać. Przy głębokości ośmiu metrów nie stanowiło to problemu. Przy większych głębokościach taka akcja w najgorszym wypadku mogła kosztować życie.
Wypłynąłem szybko na powierzchnię i dałem znak Joli, żeby podążyła za mną. Z wielkim trudem powstrzymałem Thea, żeby kaszląc, nie połykał jeszcze więcej wody. Mając u pasa osiem kilogramów ołowiu, leżał w moich ramionach jak betonowy kloc. Kiedy podjąłem bezskuteczną próbę napełnienia jego jacketu powietrzem, domyśliłem się, co się stało. Patrząc na Jolę, która trzęsła się ze śmiechu, zrozumiałem, że wszelkie wyjaśnienia są zbyteczne. Podczas hoveringu sięgnęła mu za plecy i zakręciła zawór.
Zanim dotarliśmy do plaży, moja złość wzmogła się do tego stopnia, że musiałem zacisnąć zęby, aby nie zacząć krzyczeć. Ledwie znaleźliśmy się na brzegu, wszystko się ze mnie wylało. Tylko raz powiem, co następuje: Od teraz mają ostatnią szansę. Jeśli któreś z nich jeszcze raz ośmieli się odwalać takie gówno, coś tak dziecinnego, a poza tym niebezpiecznego, natychmiast skończę z nimi trening, bez względu na to, kim są, za kogo się uważają i ile zapłacili. Na lądzie mogą sobie wzajemnie rozwalać łby, ale pod wodą obowiązują moje reguły. Mają się tam zachowywać jak dorośli. Pod wodą są partnerami, zdanymi na siebie na śmierć i życie.
Milczeli skonsternowani. Również Theo patrzył z przerażeniem. Prawdopodobnie nie spodziewali się po mnie takiego wybuchu. Oznajmiłem, że idę napić się kawy. W międzyczasie mogą się zastanowić, czy zamierzają trzymać się zasad, czy też natychmiast chcą zakończyć współpracę ze mną. Co powiedziawszy, zostawiłem ich samych. W kawiarni Wunder Bar był niemiecki sernik. Czasem tego potrzebowałem. Wściekłość ustępowała bardzo powoli.
Dziennik Joli, dzień drugiNiedziela, 13 listopada, po południu
Wpadł w furię. Ledwie weszliśmy do domu, odstawiliśmy torby i powiesiliśmy mokre ręczniki, łapie mnie za ramię i ciska mną przez pokój. Nie z powodu zaworu. Nie z powodu zdania o ekwipunku. Tylko dlatego, że skompromitowałam go podczas pływania. A co miałam zrobić, stary? Specjalnie płynąć wolno? Żebyś nie wyszedł na ślamazarę? Oboje wiemy, mówi, że nie przepuszczę żadnej okazji, aby go ośmieszyć. Mam go przeprosić, bo inaczej mnie strzeli w pysk. Mówię, i tak mnie strzelisz, wcześniej czy później. Chwyta mnie za włosy. Boję się o włosy. Włosy są częścią mojego kapitału. Mówię: Przepraszam. Puszcza mnie, ale nadal ma to spojrzenie.
Kompletnym idiotyzmem jest pomysł, że urlop może coś zmienić. Stary już przed laty napisał: "Wyemigrować. Ale to miałoby sens tylko wtedy, gdybyśmy to nie my sami byli krajem, do którego uciekamy". Jak ja go kocham za takie zdania. Właśnie dlatego nie pozwala mi niczego czytać. W ten sposób odbiera mi siebie. Zachowuje się tak, jakby nie pracował. Kasuje swoje rzeczy. Ukrywa je. Niczego nie publikuje. Okłamuje mnie. Bo nie pozwala mi żyć z pisarzem. Zasługuję na nieudacznika, na nikogo więcej.
Jak tutaj cicho. Brak ludzi w Lahorze to jak oddychanie pod wodą. Piękne, ale trochę niesamowite. Nie mam nawet auta, żeby stąd wyjechać. Rilke: Kto, gdybym krzyczał, by mnie usłyszał...? Odpowiedź: Co najwyżej Sven. Postaram się, żeby zawsze był w pobliżu. Jakie to przykre, że tak go wkurzyliśmy! Jego mikry instruktorski świat legł w gruzach, a on stał wśród nich i trząsł się ze złości. Wytrąciło mnie z równowagi to, że był wytrącony z równowagi. Bo zrozumiałam, że nas nie rozumie. Sven jest człowiekiem, który nikomu nie zakręciłby powietrza. Nie wiedział nawet, że są ludzie, którzy robią takie rzeczy. Nagle poczułam swego rodzaju tęsknotę. Postaram się, dla niego. I dla Lotty. Pod wodą byłam tak blisko niej. Czujna i ruchliwa jak ryba. Podczas gdy Theo dryfował jak worek kartofli.
Nie musimy mieć urlopu. Stary mógłby napisać książkę o wyspie. Ja mogę trenować, żeby zagrać Lottę. To jest właśnie urok zawodów artystycznych. Wszystko można nazwać pracą, a potem uznać, że to gówno, i nie czuć rozczarowania.