Georges PerecZniknięciaprzełożyli René Koelblen i Stanisław Waszak
Zniknięcia
Czarny korpus tnący flamingowy lot
głos ciąży do gruntu (co chrzęst złocił tak
ongi tchu ziarnami) podrywa się wszak
unosząc łzę krwawą karbonowy grzmot
Kto żyw był odrzucił i blask ów i wzlot
rzęsa dziś z ołowiu dłoń sztywna jak lak
Nagi konik polny w ciszy znikł co jak
los kapryśny dławi rwąc busoli grot
alfy kruchy znak prawdy zmętlona moc
zgadłby kto (już czując (w głuchą mglistą noc
gdy zda się widać jak most w oddali gna)
żar odmowy którymś pióra ściszył zgrzyt)
iż tu (gdy umyka i zrywa się ślad)
nas do ataku hymn woła (mrok za świt)
J. Roubaud
PROLOG
Który pozwoli nam w przyszłości domyślić się,
iż tu oto zaczęła działać Klątwa
Triumwirat kardynałów, jakiś rabin, jakiś masoński mistrz, a pospołu z nimi trójka podrzędnych krzykaczy partyjnych na usługach anglosaskich trustów wystosowali na trzy strony świata, za pomocą radia i bilbordów, komunikat o ryzyku głodu i zgonów na masową skalę. Zrazu zdawało się, iż to jakaś bzdura, mówiono o sianiu fałszywych informacji, acz w końcu opinia publiczna dała się w to wciągnąć. Każdy uzbroił się w solidną pałkę. "Żądamy jadła", wołał lud, lżąc pracodawców, bogaczy i rząd. Roiło się od spisków i knowań. Nocą policja bała się wyjść na ulicę. W Mâcon zaatakowano urząd miasta. W Rocamadour ograbiono magazyny: odkryto w nich zapasy tuńczyka, nabiału, stosy wyrobów kakaowych i góry worków kukurydzy - acz wszystko zalatywało zgnilizną. W Nancy, na placyku przy skrzyżowaniu, zgilotynowano 32 sędziów i spalono biuro popołudniówki, którą oskarżano o przychylność dla władzy. W całym kraju szabrowano składy, hangary i spożywczaki.
Rychło zabrano się za Arabów, za Murzynów i za Żydów. Zgotowano pogromy w Drancy, w Livry-Gargan, w Saint-Paul, w Villacoublay i w Clignancourt. Dla zabawy zmasakrowano kilku Bogu ducha winnych poborowych. Na chodniku opluto księdza, gdy odpuszczał winy dowódcy oddziału C.R.S., z którym rozprawił się był jakiś łobuz, skracając go o głowę za pomocą jataganu.
Zabijano brata za miskę ryżu, kuzyna za bułkę, sąsiada za skórkę od bułki, kogo bądź za bądź okruszki.
W nocy między piątym a szóstym marca (z piątku na sobotę) naliczono 31 zamachów, w których użyty został plastik. Samoloty zbombardowały blok kontroli lotów na Orly. Paliła się Alhambra, dymił Instytut, płonął Szpital Saint-Louis. Od parku Montsouris po plac Nation nic tylko ruiny.
W Palais-Bourbon opozycja plugawo szydziła, szorstko kpiła i grubiańsko drwiła z rządzących, ci zaś obrażali się i choć trzęśli portkami, twardo udawali, iż panują nad sytuacją. Gdy w Quai d'Orsay mordowano z dwa tuziny strażników, w okolicy Latour-Maubourg obrzucono kostkami bruku konsula z Holandii, który dał się przyłapać, gdy kradł z baryłki tuszkę anchois. Przy placu Wagram zlinczowano markiza na karminowo-pomarańczowych obcasach, który z odrazą potraktował samą myśl, iż można być głodnym, gdy dogorywający charłak błagał go o grosz jałmużny. Opodal bulwaru Raspail potężny jasnowłosy Wiking na bułanym koniku o zakrwawionych chrapach szył strzałami z łuku w stronę wszystkich, co łypnęli nań krzywo.
Oszalały z głodu kapral dorwał bazookę i sprzątnął cały swój batalion - od dowódcy po prostych wojaków; vox populi okrzyknęła go Głównodowodzącym, a po chwili zakończył on żywot na ostrzu noża, jakim poczęstował go zazdrosny adiutant.
Zdjęty halucynacjami tani żartowniś rozlał napalm na sporą część ulicy Faubourg Saint-Martin. Zaś w granicach Lyonu zabito minimum milion osób; większość była chora na szkorbut lub tyfus.
Z mętnych przyczyn jakiś głupkowaty urzędnik z ratusza nakazał zamknąć bary, bistra, salki do bilarda i dansingi. I wówczas zaczęło brakować wody. Nadto Maj był gorący: ni stąd, ni zowąd spłonął autobus; raz po raz ktoś na ulicy padał od upału.
Jakiś as wioślarstwa wdrapał się na pawęż, czym wzbudził na chwilę zachwyt tłumu. Natychmiast uznano go za króla, proponując, by przyjął imię o nośnym wydźwięku; zaświtał mu Attyla III; stanęło, iż ma to być Fantomas XVIII. Był tym rozczarowany. Powalono go gołymi rękami. Na Fantomasa XXIII wybrano szybko inną łamagę. Wręczono mu szapoklak, szarfę i mahoniową laskę o złotych okuciach. Lud wcisnął go w palankin i poniósł w stronę Palais-Royal, acz zanim tam dotarli, jakiś rozkoszny chłoptaś wypatroszył go brzytwą, krzycząc: "Zabić Tyrana! Pomocy, Ravaillac!". Jakaś banda opętańców kilka dni profanowała - kto by tam zgadł z jakich powodów - kolombarium, w którym go pochowano.
Za jakiś czas pojawili się: król frankijski, hospodar, maharadża, dwóch Romulusów, ośmiu Alaryków, pięciu Ataturków, Mata Hari w ośmiu odsłonach, raz Caius Grakchus, raz Fabius Maksimus Rullianus, raz caryca Katarzyna, jakiś Danton, jakiś Saint-Just, takoż Pompidou i Johnson (Lyndon B.), armia Adolfów, dwóch Mussolinich, pięciu Carolusów Magnusów, nadto Washington i Othon, z którym po chwili rozprawił się jakiś Habsburg, Timur Chromy, który z łatwością wyrżnął półtora tuzina Pasionarii, poza tym piętnastu Mao i trzynastu Marxów (dwa razy Chico, trzy razy Karl, trzy razy Groucho i pięć razy Harpo).
Dla ratowania narodu jakiś Marat zakazał korzystania z wanny, acz zadźgała go w balii Szarlotka Corday.
I tak oto zlikwidowano władzę: minęły trzy dni, a już jakiś czołg pruł z lufy przy quai d'Anjou w stronę Baszty Sully-Morland, którą administracja obrała za swój ostatni bastion; jakiś radny wdrapał się na dach; ukazał się na nim, wymachując białą flagą, po czym ogłosił w radiu dobrowolną abdykację Służb Publicznych, proponując ofiarną pomoc w przywracaniu pokoju. Próżny czyn, gdyż potężny czołg, głuchy na błagania, ściął z cicha pęk Basztę do poziomu gruntu. Zaś tak zwany stan wyjątkowy - wprowadzony pod dyktando durnia, za którym stanął cały garnizon - okazał się wart funta kłaków, co pogorszyło tylko sytuację.
Sprawy przybrały zły obrót. Przy lada okazji mogli wyprawić cię na drugi świat. Ot, witasz się i po wszystkim. Napadano na autobusy, karawany, furgony poczty, składy wagonów sypialnych, taksówki i powozy - czy bryczka to, czy lando. Zaatakowano szpital, częstowano z knuta konających, którzy kurczowo trzymali się barłogu, strzałami z bliska skracano żywot powłóczących nogami gruźlików. Minimum trzy razy ukrzyżowano fałszywych Chrystusów. Wrzucono żulika do żytniówki, hutnika do surówki, hydraulika do kranówki.
Wyłapywano maluchów i gotowano ich ciała w kotłach, kominiarzy palono na żywca, adwokatami karmiono lwy, franciszkanom upuszczano krwi, maszynistki gazowano, młynarzy duszono, spuszczano manto klaunom, kuchcikom, dziwkom, węglarzom, drukarzom, bębniarzom, związkowcom, tuluzanom, rolnikom, marynarzom, milordom, typom w skórzanych kurtkach i wychowankom Saint-Cyr.
Grabiono, gwałcono, szlachtowano. Co gorsza: poniżano, zdradzano, mataczono. Brakło choćby krzty zaufania między ludźmi: nastała czysta wrogość do bliźnich.
I
Anton Voyl
ROZDZIAŁ 1
Który początkowo brzmi jak napisana ongiś historia
opowiadająca o osobniku, który cały czas spał
Anton Voyl na próżno usiłował zasnąć. Zapalił światło. Budzik marki Jaz wskazywał trochę ponad kwadrans po północy. Anton zadyszał ciężko i usiadł na łóżku, podparty poduszką. Sięgnął po książkę, otworzył ją i zaczął czytać. Zdała mu się czarną magią, wciąż potykał się o jakiś obcy mu wyraz.
Odłożył książkę na łóżko. Poczłapał do umywalki, zamoczył gąbkę, obmył czoło i szyję.
Puls dudnił mu w skroniach. Było mu gorąco. Uchylił lufcik i utkwił wzrok w mroku. Noc była łagodna. Z oddali dochodził jakiś mało klarowny odgłos. W pobliżu trzykroć zagrał karylion, dźwięk miał potężny jak dzwon, głuchy jak gong, buczący jak bąk. Smętny chlupot znad Kanału Saint-Martin zapowiadał nadpływającą łódź.
Spod klapy lufcika wychynął robak o tułowiu indygo, miał żądło koloru szafranu, ni to karaluch, ni to chrabąszcz, wyglądał jak jakiś żuk. Sunął noga za nogą, ciągnąc źdźbło halfy. Anton zbliżył się, chcąc zadać mu gwałtowny cios. Robak był szybszy: wzniósł się i zniknął pośród nocy, zanim nastąpił atak.
Anton zabębnił bojowo palcami w podłużną framugę lufcika.
Otworzył wiszącą lodówkę, wyjął schłodzony ajran i wypił dużą filiżankę. Powoli się uspokajał. Przysiadł na skraju kanapy, wziął do ręki popołudniówkę i krótki czas kartkował ją, zajęty innymi myślami. Zapalił cygaro. Choć miało irytującą woń, wypalił do końca. Zakaszlał.
Włączył radio: nadawano jakiś utwór afro-kubański, a po nim walca, tango, fokstrota i kadryla w modnym aranżu. Dutronc zaintonował coś Lanzmanna, Barbara - balladę do słów Aragona, a Stich-Randall - arię z Aidy.
Musiał na chwilę przysnąć, gdyż naraz podskoczył. W radiu ogłoszono: "Słuchamy Aktualności". Żadnych ważnych faktów: w Valparaíso podczas inauguracji mostu zginęło 31 osób; w Zurychu Norodom Sihanouk podał do wiadomości, iż porzucił plan podróży do Waszyngtonu; w Pałacu Matignon Pompidou zaproponował związkom zawodowym kompromis polityczny, figę wskórał. Biafrę nękał konflikt rasowy; w Konakry zanosiło się na pucz. Nagasaki zaatakował tajfun, zaś nad wyspą Tristan da Cunha zapowiadano huragan uroczo nazwany Amandą i wywożono ludność samolotami cargo.
W końcu stadion Rolanda Garrosa. W rozgrywkach o Puchar Davisa Santana pokonał Darmona 6 : 3, 1 : 6, 3 : 6, 10 : 8, 8 : 6.
Anton wyłączył odbiornik. Kucnął na dywaniku pochodzącym z Aubusson, pooddychał chwilę, zrobił 8-9 przysiadów, szybko się zmęczył i usiadł skonany, wpatrując się tępo w intrygujący motyw, który pojawiał się lub znikał, gdy Anton spoglądał nań z różnych stron:
I tak, czasami był to okrąg tylko częściowo zamknięty, zakończony linią poziomą, który wyglądał jak duży inicjał G w lustrzanym odbiciu.
Albo wyłaniająca się z krystaliczych oparów, jakby białość z białości, podobizna króla, który ściska harpun.
Albo chaotyczny, mało wyrazisty szkic, układający się na krótko w trzy odcinki prostych: wystający surogat, bękarcka krawędź profilująca w czczym podrygu myśli trójpalcą Dłoń kpiarza Sardona.
Albo narzucający się z nagła obraz - ociężały lot bąka, który ma na czarnym tułowiu trzy stawy koloru lilii omal białych.
Wyobraźnia Antona Voyla bujała w obłokach. W miarę jak pochłaniała go analiza dywanika, ukazywało mu się 8, czasami 9 kombinacji 31-32 fascynujących, choć kuriozalnych bazgrołów, abstrakcyjnych lapsusów, mrocznych obrazów, którym nadawał coraz to inny szyk. Czyhał, aż pojawi się w nich znak doskonalszy, znak globalny, który zdołałby pojąć natychmiast. Znak, który mógłby go zadowolić, podczas gdy widział tylko całą masę dziwacznych motywów - coś na wzór siatki absurdalnych powiązań - z których każdy, jak mu się wydawało, przyczyniał się do tkania, do budowania konfiguracji praszkicu, który pozorował, kopiował, przybliżał, a mimo to wciąż pozostawiał ukrytym:
tarcza, dowódca, zawodowy żołdak;
krzak, sambucus, owoc łopianu;
utwór żałobny;
półgłos;
lub włókno w oku kaszalota o gigantycznych rozmiarach, który drwi z Jonasza, rani Kaina, wprawia w zachwyt Ahaba: awatary istoty życia, których promulgacja obracała się w tabu, substytuty o dwuznacznych bytach, co krążą wciąż wokół nauki, wokół władzy, którą obalono do szczętu, a którą chciałby przywrócić w całości, choćby pod groźbą obłędu.
Irytowało go to. Miraż wyłaniający się z dywanika wywoływał w nim dojmującą trwogę. Pod lawiną iluzji, których dostarczała mu co rusz wyobraźnia, zdawało mu się, iż widzi wznoszący się mglisty punkt nodalny, iż dotyka palcami jądra, a ono wciąż mu umyka, w chwili gdy wygrana już blisko.
Ciągnęło się to. Trwało. Trudno mu było uwolnić się od stanu fascynacji. Zdawało mu się, iż w głębi dywanika jakaś nić oplata mroczny punkt Alfa, obraz Świata, co szasta Otchłanią Kosmosu, prastary topos, skąd zrodzi się naraz jakaś globalna panorama, punktowa wyrwa limbusowa. Wyznaczał szaloną krawędź obcych obszarów, wpatrywał się w ich obrys, w zamęt, w wysoki mur, w loch, w ścianę, którą na próżno starał się pokonać...
Zadręczał się tak około tygodnia, słabnąc, tracąc rozum, więdnąc na podłużnym dywaniku, pozwalając, by wyostrzona wyobraźnia gnała wciąż do przodu; usiłował wczuć się, po czym nadawał wizji nazwę, przyozdabiając ją, kształtując, oplatając fabułą baśni. Był jak znudzony ordynans, co w majakach podąża za iluzją, chwilą nadprzyrodzoną, gdy wszystko rozpoczyna się od nowa, wszystko się przydarza.
Dusił się. Żadnych wytycznych, drogowskazów, latarni, za to blisko dwa tuziny kombinacji, z których na darmo próbował się wydostać, choć wciąż czuł, iż trąca, dotyka rozwiązania: czasami ono przybliżało się, kołatało: już miał posiąść tę mądrość (miał ją od początku, gdyż cały świat jawił się tak banalny, tak normalny, tak pospolity...) i wówczas wszystko gasło, wszystko znikało: pozostawał tylko ulotny szum, proroczy mamrot, rozproszony galimatias. Półmrok. Konfuzja.
Oddałby wszystko za minutę snu.
Starał się, jak mógł: kładł się o zmroku, wypiwszy swój napar, wyciąg z kozłka lub syrop z laudanum, albo wywar z opium lub z maku; nakrywał się po szczyt głowy kołdrą z madrasu; liczył w kółko barany.
W końcu przysypiał, zaczynał śnić. Naraz wydawało mu się, iż ogarnia go gwałtowna drgawka. Trząsł się. Pojawiała się mara, która go nękała, atakowała, gnębiła: w krótkich chwilach, zbyt krótkich, bywał świadom, widział, pojmował.
Wskakiwał, zbyt późno, wciąż zbyt późno, na swój dywanik: wszystko zdążyło zniknąć prócz irytacji, iż był już tak blisko finału, prócz frustracji, iż zabrakło mu tak mało, by zaspokoić głód poznania.
Wówczas, czujny jak ktoś, kto wyspał się do woli, opuszczał łóżko, snuł się po domu, coś popijał, wpatrywał się w mrok, czytał, włączał radio. Czasami narzucał coś na kark, wychodził na dwór, włóczył się, spędzał noc w jakimś lokalu, zaglądał do klubu. Albo wsiadał do auta (choć prowadził słabo) i krążył dość przypadkowo, to tu, to tam, poddając się inspiracji chwili: lądował w Chantilly albo w Aulnay-sous-Bois, w Limours albo w Raincy, w Dourdan, w Orly. Raz późną porą dotarł aż do Saint-Malo, i choć pozostał tam trzy dni, nadal dręczył go brak snu.
Robił wszystko, by zasnąć - na próżno. Zakładał to piżamę w groszki, to trykot, to rajstopy, to apaszkę, to tunikę od kuzyna spahisa, w końcu kładł się nago. Słał łóżko na sto różnych sposobów. Raz wynajął, za ciężką forsę, całą salę dormitorium, próbował tapczanu, futonu, pryczy, maty, koi, kanapy, sofy, hamaka.
Pozbawiony przykrycia trząsł się z zimna, zaś pod kołdrą się pocił. Używał to puchu, to puchowca. Starał się spać na wznak, na boku, w kucki. Zasięgnął porady u fakira, który zaproponował mu płytę nabitą gwoździami, a jakiś guru nakazał mu stosować pozycję z jogi: ramię na potylicy, pięta dociśnięta do dłoni.
Wszystko na nic. Na darmo. Wydawało mu się, iż zasypia, a tu coś topiło się w nim, tajało, bzyczało dookoła. Przytłaczało go to. Dusiło.
Zatroskany sąsiad zabrał go na konsultację do szpitala Cochin. Voyl podał nazwisko, okazał dowód osobisty. Zaordynowali mu auskultację, palpację i RTG. Zgodził się na wszystko. Zapytali: czy coś dokucza? Plus minus - oznajmił. Na co się uskarża? Na brak snu? Czy zażywał syropu? A alkoholu? Tak, popijał, i nic. Czy łzawiły czasami oczy? Chyba nigdy. A jama ustna bolała? Chyba tak. A głowa? Tak. A uszy? Nigdy, natomiast nocą nękał go brzęczący bąk. Dopytali: bąk czy osa? Czort znał.
Następny był laryngolog, chłop jowialny, krótkowłosy, z długimi rudymi bakami, nosił lorgnon, szarą, nakrapianą białymi groszkami muchę, palił cygaro, cuchnął wódą. Sprawdził puls, osłuchał, wsunął zaokrągloną szpatułkę do ust, dotknął małżowiny, zajrzał do ucha, obmacał krtań oraz gardło, prawą zatokę, ściankę nosową. Był bardzo dokładny, choć pogwizdywał podczas badania, co w końcu przyprawiło Antona o mdłości.
- Och, och, och - jęknął. - Boli...
- Ciii - syknął laryngolog. - Pójdźmy do pracowni RTG.
Położył Voyla na biały stół, lśniący i chłodny. Wcisnął trzy guziki, pociągnął jakąś gałkę, zgasił lampę, zrobił kilka zdjęć w całkowitym mroku, po czym zapalił światło. Voyl usiłował wstać.
- Stop! - zakrzyknął laryngolog. - Poczkaj pan, aż skończę, bo muszę ustalić, czy doszło do samozatrucia.
Włączył jakiś obwód, nacisnął na kość potyliczną za pomocą punktaka z irydową końcówką, który wyglądał jak gruby długopis, po czym odczytał wynik analizy cyrkulacji krwi na tarczy z wskazówką wprawianą w ruch wibracją wirnika:
- Zapis w górnych granicach normy. - Laryngolog zabębnił palcami po oprzyrządowaniu, podgryzając cygaro. - To zator zatok czołowych, musimy otworzyć.
- Otworzyć! - zafrasował się Voyl.
- Tak, powtarzam: otworzyć - przytaknął laryngolog. - Grozi panu krup.
Mówił to dość nonszalancko. Pal licho, czy były to żarty: tak czy owak, czarny humor doktora napędził Voylowi strachu. Wyjął chustkę, plując krwią i śliniąc się w złości:
- Co za Konował! - krzyknął w końcu. - Było mi pójść do okulisty!
- Oj tam, oj tam - bąknął laryngolog, próbując go udobruchać. - Jak zrobimy kilka immunotransfuzji, to nam się trochę rozjaśni. Najprzód zbadajmy to wszystko.
Wcisnął jakiś guzik. Pojawił się praktykant ubrany w fartuch lilaróż.
- Rastignac - huknął laryngolog - pędź do Focha, do Saint-Louis albo do Broca. Do południa ma tu być roztwór antykoagulacyjny.
Po czym zawołał maszynistkę i podyktował diagnozę:
- Imię i nazwisko: Anton Voyl. Konsultacja 8 IV: zwykły katar. Jama nosowo-gardłowa: autointoksykacja. Droga węchowa: za jakiś czas możliwość powikłań, zator w zatokach czołowych (strona prawa), podrażniona śluzówka aż do włosków podjęzykowych. Inokulacja krtani spowodowałaby krup. Propozycja ablacji zatoki, z uwagi na ryzyko utraty głosu w przyszłości.
Po czym jął podnosić Voyla na duchu: ablacja zatoki to czynność długa, wymagająca staranności, za to dość banalna. Stosowano ją już za czasów Ludwika XVIII. Voyl musiał się z tym pogodzić, po kilku dniach wszystko miało wrócić do normy.
Tak więc Voyl wylądował w szpitalu. Położono go na sali z 32 łóżkami. Na 31 z nich dogorywało tyluż charłaków w różnych stadiach agonii. Zaaplikowano mu potężną substancję uspokajającą (largactyl, procalmadiol, atarax). Nazajutrz rano obchód poprowadził sam Główny Pryncypał; otaczał go dwór asystujących stażystów, popijających na boku, gdy coś mówił, chichoczących, gdy się śmiał. Czasami podchodził do łóżka, w którym charczał któryś z konających; szturchał go w rękę, co wywoływało u kuracjusza łzawy grymas. Każdy mógł liczyć, iż usłyszy jakiś dowcip lub słówko otuchy; maluchom skarżącym się na kuku dawał landrynkę; mizdrzył się do mam. W paru cięższych przypadkach stawiał diagnozę i objaśniał ją kursantom: Parkinson, Wirus półpaśca, Wąglik, Choroba Guillain-Thaona, Śpiączka poporodowa, Syfilis, Drgawki, Kardiomiopatia, Kręcz szyi.
Minęły trzy dni. Voyla posadzono na wózku, po czym ułożono go na stoliku. Chloroformizacja. Laryngolog wtrynił mu do nosa trokar. Nacinając włókno narządu węchu, otrzymał rozstęp, co wykorzystał, tnąc ściankę za pomocą ostrza bistura. Przystąpił do skrobania, trzymając trzon dłuta, po czym zabrał się w try miga do okluzji, używając przyrządu, który wymyślił ostatnio jakiś bystry Anglik. Wziął strzykawkę i po mistrzowsku wykonał punkcję zatoki, skąd wyciągnął szczypcami złośliwą ziarninę, i mógł już sfinalizować ablację tkanki.
- Dobra - oznajmił w końcu adiuwatowi, który spocił się jak mysz. - Oksydacja chyba się powiodła. Po inflamacji ani śladu.
Przyłożył tampon, zaszył ranę nitką typu katgut, zaaplikował taśmę spajającą. Choć obawiano się, iż w nocy wystąpi jakaś trauma lub szok, rana goiła się prawidłowo.
Po tygodniu Voyl mógł opuścić szpital. Dodajmy, iż z zaśnięcia nadal były nici, acz ból stał się znośny.
ROZDZIAŁ 2
W którym kłopoty z rachunkami doprowadzają na skraj otchłani i pustki
Ból stał się znośny, a mimo to Anton wciąż słabł. Był ospały, pozostawał od świtu do nocy w łóżku, na tapczaniku, na bujaku, w kółko rysował na brystolowym kartoniku mglisty motyw z dywanika z Aubusson. Czasami nękały go majaki i plótł coś trzy po trzy.
Znajdował się w jakimś wysokim korytarzu. Pod ścianą ujrzał mahoniową szafkę, na półkach stały 32 książki. To znaczy miało ich być 32, gdyż brakowało tomu, na którym figurowała (czy miałaby figurować) cyfra 7. Skądinąd wszystko wyglądało w porządku: nic, co wskazywałoby na jaką bądź ułomność (jakaś zakładka, "ghost", jak mówią w National Library). Żadnych widocznych szpar, żadnych zbędnych luk. Poruszający był fakt, iż aranżacja całości banalizowała (lub co gorsza maskowała, ukrywała) ową anomalię: tylko po uważnych oględzinach zbioru można było ustalić, posiłkując się rachunkami (31 krawędzi z liczbami od 1 do 32, co dawało 32 - 31 = 1), ilu woluminów brakowało. Musiał mocno się przyłożyć, by wyjaśnić, iż chodziło o książkę siódmą z rzędu.
Gdy chciał wziąć do ręki któryś z albumów, otworzyć go (a nuż podczas czytania udałoby mu się przypadkowo, losowo trafić na jakiś istotny fakt, pomocną wskazówkę?), każdorazowo dłoń napotykała na próżnię, odstęp od ręki do półki był zbyt duży. Na darmo usiłował odgadnąć, o czym była ta publikacja: czasami wydawało mu się, iż widzi jakiś olbrzymi słownik, czasami był to Koran, Talmud albo Tora, Biblia, zatrważający bilans nauki okryty jakimś tabu...
Coś w tym szwankowało. Była jakaś wyrwa, pustka, dziura, zbyt głęboko ukryta, by ktoś zdołał, umiał, mógł, chciał ją zauważyć. Coś zniknęło. To coś zniknęło.
Albo oczyma wyobraźni widział w popołudniowym brukowcu jakąś absurdalną masę informacji:
ROZWIĄZAĆ PARTIĘ:
KOMUCHY WYP*****LAĆ Z PARYŻA!
Czym obwiązać paczkę: po co sznur? po co szpagat?
WIWAT SCOTCH!
KOMPROMITUJĄCY KRACH
PANOSZĄCYCH SIĘ SZMALCOWNIKÓW
Albo nękała go czasami koszmarna złuda: jakiś oszołom, zrzędzący wariat, świr o rozmiękczonych zwojach mózgowych, wciskający ludziom na ulicy kuriozalny słowotok: Okoliczny Przygłup. Naigrawano się, gdy nadchodził, obrzucano go kamykami. Jakiś chłopak przypiął mu do płaszcza ptaszka z kartonu, gdy krzyczał, darł się: "Zginęło miliard, sto miliardów piskląt!".
"Ty durniu", mruczał wówczas. A za chwilę dopadała go tak samo idiotyczna wizja osobnika, który włazi do baru:
Głos mężczyzny, który siada do stołu (ton gburowaty, wręcz buńczuczny): Barman!
Głos barmana (który zna swoich gości): Witaj, Wodzu.
Głos Wodza (rad, iż go zrozumiano, póki co kulturalny): Witaj, stary, witaj!
Głos barmana (który zaliczył kurs anglojęzyczny): What can I do for you?
Głos Wodza (zafafluniony): Zrób mi porto flip.
Głos barmana (z nagła smutny): Jak to? Porto flip?
Głos Wodza (przytakujący): Zgadza się, porto flip!
Głos barmana (jakby obolały): Tu... u nas... ni ma...
Głos Wodza (wzburzony): Co? Tylko w tym roku podano mi tu już trzy razy porto flip!
Głos barmana (słabiutki): Zabrakło... zabrakło...
Głos Wodza (nadąsany): Hola, wszak masz porto, prawda?
Głos barmana (gasnący): Tak... aliści...
Głos Wodza (wkurzony): No więc? No więc? Masz i parę żółt...
Głos barmana (dogorywający): Aaaaaaach!! O... uf!! O... uf!!
Zgon barmana.
Głos Wodza (konstatujący): Rigor mortis.
Wychodzi, okrywając mało obyczajnymi wyzwiskami barmana, który już zwiotczał.
Dowcip towarzyszył Voylowi z rzadka (przyjmijmy, iż w powyższym dialogu można mówić o czymś w rodzaju poczucia humoru). Czasami panikował. Miotał się w strachu, puls miał prędki. Czyżby czyhał nań jakiś przyczajony sfinks?
Godzina za godziną, doba za dobą majaki sączyły truciznę, podtrzymywały opiumowy głód jak krępujący ciało kaftan.
Raz o schyłku dnia dopadła go wizja chrabąszcza czy karalucha, który próbował na darmo wspiąć się na szpros lufcika. Ni stąd, ni zowąd odczuł głęboki dyskomfort. W ponurym robalu ujrzał symbol losu, jaki go dręczył.
Późno w nocy uwidział coś jakby z Kafki: rzucał się w swym łóżku, zakuty w mosiężną kolczugę, niczym jaki marchołt czy inny karaczan, pozbawiony punktu oparcia. Pocił się. Choć krzyczał, pozostawał samotny. Było mu gorąco. Wymachiwał w próżni trójpalcą dłonią uzbrojoną w szpony. A w domu panowała cisza, słychać było tylko przytłumiony plusk kropli kapiących z kranu. Któż zrozumiałby tę sytuację? Kto potrafiłby uratować go, dziś i do końca świata? Czy istniała jakaś formuła, którą wystarczyłoby wymówić, by ulżyć mu w męczarniach? Oddychał ciężko. Powoli dusił się. Paliło go w płucach. Zdradliwy ból piłował mu krtań. Chciał ryknąć coś w rodzaju s.o.s. Z gardła wydobyła się tylko płaczliwa skarga. Na ustach pojawił się zwiastujący chorobę grymas, który znaczył mu czoło i szyję. Jęczał. Zgrzał się jak knur prowadzony na ubój. W dołku czuł potworny balast. Dyszał, dławił się. Wzrok miał wystraszony i zastygły, jakby miał wyzionąć ducha. Z gnijących uszu lała się czarna maź. Słabł, rzucał się i rzęził jak w agonii. Na prawym ręku wyrastał sporych rozmiarów czyrak, skąd raz po raz wypływała gęsta ropa.
Niknął w oczach. Ubywało mu minimum pięć kilogramów na dobę. Ramię wyglądało jak kikut. Rozogniona twarz, opuchła, obrzękła, obwisła i obolała chybotała się na wychudzonym karku. I było wciąż coś, co przygniatało mu tułów niczym podstępny młot, dręczący ucisk, okrutna garota węża Boa constrictor, pytona, co miażdży mu tors. Czasami jakby trzaskały mu stawy, pękały kości. Trudno było mu wyartykułować najcichszy dźwięk.
W końcu zrozumiał, iż kona. Nikogo dokoła. Nikogo, kto mógłby pojąć, jaki dławi go ból. Nikogo, kto mógłby ulżyć mu na ostatnim szlaku. Nikogo, kto jako kapłan mógłby odpuścić mu Winę.
Widział sępa, który krąży na lazurowych wysokościach. Dookoła łóżka kłębiło się skupisko różnych stworów - spasionych czarnych szczurów, nornic, myszy domowych, myszy polnych, karaluchów, ropuch, trytonów - rywalizujących w wypatrywaniu truchła i padliny. Widział już, jak spada nań sokół, jak dosięga go przybyły z głębi Sahary szakal.
Co rusz wyobraźnia budziła w nim lęk, choć i bawiła go: skończyć jako obiad szakala, kolacja norników lub pożywna przynęta dla krążących wysoko sępów (na bank pisał coś o tym Malcolm Lowry) - było to jak zachcianka Amfitriona, zrodzona z chlubnych zamiarów.
Intrygował go zwłaszcza pociąg do spraw związanych z chorobą. Próbował w tym zauważyć jakiś miarodajny znak, bliższy sygnał lub bodaj jakąś możliwą myśl inicjacyjną:
Coś prócz zgonu (choć zgon z każdą chwilą się zbliżał), prócz klątwy (choć klątwa wciąż mu się ukazywała), jakąś wyrwę, jakąś lukę, jakąś nazwę, jakiś brak:
Wszystko wygląda rutynowo, wszystko wygląda prawidłowo, wszystko wygląda zdroworozsądkowo, a mimo to, pod chybotliwą osłoną słowa, talizmanu naiwności, świątyni dziwaczności, widać, jak wyłania się, pojawia się makabryczny chaos: wszystko wygląda jak w przyjętym porządku i takim ma już pozostać, aliści za parę godzin, za parę dni, za parę tygodni, za rok wszystko musi zgnić: krok po kroku powiększy się otchłań, straszliwa pustka, studnia pozbawiona dna, inwazja białości. Powoli pogrążymy się w ciszy, aż do końca świata.
II
Anton Voyl jako Izmail i Aignan
ROZDZIAŁ 3
W którym wzdychający Robinson doświadcza okrutnych wyroków losu
Abstrahując, skąd przyszło mu to do głowy, poczuł się jak postać z książki, którą czytał dawnymi czasy. Książkę tę wydano w cyklu "La Croix du Sud", gdy był o 10 lat młodszy, napisał ją Isidro Parodi, chyba iż był to Honorio Bustos Domaicq, opowiadała o nadzwyczajnym, kuriozalnym, szalonym przypadku, który spotkał banitę, włóczęgę i pariasa.
Miał na imię Izmail, jak paru innych. Przybył dzięki quasi-nadludzkim wysiłkom na wyspę uznaną za opustoszałą. Na początku mało brakowało, by tam umarł. Schronił się w jakimś dołku i parę dni konał. Wił się, gasł. Puls mu słabł. Chwyciła go malaria. Wstrząsały nim drgawki, dusił się, opadał z sił.
Tylko wyjątkowa kondycja fizyczna sprawiła, iż po paru dniach mógł klęknąć. Schudł, a mimo to zdołał wyczołgać się z dołka, w którym dogorywał. Napił się wody. Wziął do ust jakąś żołądź, natychmiast ją wypluł. Stopniowo nauczył się unikać owoców i grzybów trujących: coś, co wyglądało jak brzoskwinia, wywołało na naskórku swędzącą purpurową wysypkę, za to rychło odkrył ananasy, kasztany, kaki i arbuzy.
Znalazł ostry kamyk, i gdy już szarzało, brał kij i robił na nim nacięcia. W ciągu dwóch tygodni z górą zbudował prymitywny szałas: ubity grunt, trzy ściany, drzwi, dach kryty lichą słomą. Na próżno szukał hubki, musiał więc żywić się surowizną. Czasami nachodził go lęk, iż zjawi się jakiś czworonożny gość. Aliści, tak się składało (jak sądził), iż wyspa była wolna od rysiów, pum, jaguarów czy bizonów. Raz tylko, już po zmroku, wydało mu się, iż zobaczył, jak w dali skrada się jakaś małpa. Atoli szałas wciąż odstraszał intruzów. Z mahoniowych zarośli wyciągnął tęgi drąg: wystarczyłby do obrony w przypadku ataku.
Po paru tygodniach, gdy odzyskał formę, Izmail zaryzykował wędrówkę po zakątkach wyspy. Jak jakiś Robinson odkrywający obcą wyspę Tristan da Cunha wziął kij i błądził od wschodu do zachodu słońca. U schyłku dnia przybył na szczyt, który królował nad wyspą. Zapadała noc choć oko wykol, rozbił więc obóz. O brzasku przyjrzał się okolicy. Na północy ujrzał rwący potok wpadający do bajorka, zadrżał, gdy opodal plaży wypatrzył kilka mogił. Zbliżył się po cichutku: zauważył dziwną machinę, coś jakby wskaźnik wiatru. Założył, iż aparatura ta uruchamia się, gdy nadchodzi przypływ - i miał rację.
Naraz, nim pojął wszystko do końca, natknął się na jakiś dom, na brodzik, na instalację radiową.
Posiadłość wydawała się opuszczona. Znalazł wyschniętą studnię, urzędowała tam trójka tłustych mrówkojadów. Brodzik pokrywał w całości żywy humus.
Dom miał 20 lat z górą, był skonstruowany tak, jak budowano w tamtych czasach. Wyglądał jak Kasyno w stylu rokokopodobnym, jak pałac kolonialny, bungalow z gorących krajów, arcykunsztowny lupanar.
Trójskrzydłowy portal z ażurową muszarabą przysłaniał wysoki korytarz o długości kilkunastu kroków, wychodzący na duży, okrągły salon: pośrodku był sporych rozmiarów dywan z Ankary, a dookoła - kanapy, sofy, otomany, poduszki, lustra. Schody na kształt ślimaka prowadziły ku balkonom. Sufit był wykonany z twardych bali (gwajakowych lub sandałowych), z których zwisała aluminiowa linka podwiązana na spiżowym haku o połysku godnym najznakomitszych majstrów. Linka utrzymywała japoński lampion, który roztaczał wokół łagodną opalizującą poświatę. Potrójny wykusz zdobiony złotymi wschodnimi witrażami wiódł z salonu na balkon, skąd rozciągał się imponujący widok.
Z drobiazgową dokładnością na granicy wścibstwa Izmail krok po kroku dokonał oględzin domostwa. Zbadał ściany, sufity, futryny. Otworzył każdą szufladę. Zajrzał w każdy kąt. W piwnicy rzucił mu się w oczy dziwny sprzęt: oscyloskop, lustro do polaryzacji, tuba fonograficzna, aparatura hi-fi, obrotowy statyw do wzmacniacza, ośmiokanałowy rack, lampa stroboskopowo-cykloidalna. Trudno mu było ogarnąć strukturę całości.
Brakło mu śmiałości, by zanocować w tym domu. Zabrał z sobą masę narzędzi, sagan, tasak, sito, zapalniczkę, baryłkę spirytusu, po czym zaniósł to wszystko do kryjówki, którą obrał zawczasu w zagajniku opodal. Odtąd poświęcał każdą wolną chwilę urządzaniu wnętrza, aż powoli uzyskało zadowalającą postać. Polował. Udało mu się zabić królika, złapać na lasso aguti. Zrobił zapas słoniny, smalcu, szynki, podrobów.
Czas płynął. Nastała pora monsunowa. Szarość chmur wyparła błękit: nad horyzont nadciągnęły strato-, nimbo-, a na końcu cirrocumulusy. Pojawił się silny prąd wznoszący. Nagły przypływ zastąpił przyjazny dotychczas odpływ. Rozpadało się.
Minęły trzy dni. O brzasku Izmail zauważył wpływający do zatoki jacht. Było na nim 8 czy 9 osób, zobaczył, jak zacumowali i udali się do kasyna. Po chwili usłyszał, jak jakiś jazz-band przygrywa fokstrota, standard zapomniany od 20 lat, zdziwił się, iż nadal ktoś go gra. I wówczas sprawy się pokomplikowały.
Zrazu Izmail chciał wziąć nogi za pas, zwiać do kryjówki. Aliści nazbyt intrygowało go to wszystko. Podczołgał się trochę. To, co ujrzał, poruszyło go do głębi: intruzi tańczyli opodal Kasyna, moczyli stopy w brodziku, choć nad stojącą wodą roztaczała się ohydna woń. Były tam trzy ślicznotki, tyluż mężczyzn i na dokładkę jakiś groom, który uwijał się z gracją pomiędzy tą cudaczną mafią, roznosząc na dużym okrągłym półmisku zakąski, napitki oraz cygara. Był wśród nich osobnik - maksimum 25 lat, wysoki, wysportowany, cały w skowronkach - ubrany w smoking w stylu Cardina, modny dawnymi czasy: stójka a la Mao, żadnych guzików. Obok stał trochę starszy brodacz, wyfraczony jak jaki burżuj. Popijał whisky. Po chwili dorzucił trzy kostki lodu i zbliżył się do laluni, która przysypiała w hamaku.
- To dla pani, Faustino - zagaił i pocałował ją w szyję.
- Thank you - odparła Faustina, ciut rozbawiona, ciut urażona.
- Ach, Faustino, marzę, by zawitała pani w moim łożu!
- Hola, odmówiłam już panu trzy razy, bądźmy tylko przyjaciółmi - zakomunikowała Faustina, podając mu na krótko rękę.
Izmail był zafascynowany Faustiną. Wciąż wodził za nią oczyma, choć obawiał się o swoją skórę - wszak czmychnął na tę wyspę, uchodząc zza krat. Któż by poręczył, iż banda była wolna od gliniarzy czy kapusiów? Za pomoc w schwytaniu go wyznaczono nagrodę. W kraju dostał wyrok zaoczny, musiał ulotnić się incognito, gdyż czyhał nań tyran słynący z czynów, przy których Kaligula czy Borgia jawili się łagodnymi barankami. Miał podstawy, by przypuszczać, iż ów skromniutki jacht przypłynął tu z misją porwania go. Acz ignorował to, odrzucał: pokochał Faustinę i pragnął ją zdobyć, nim dokona swych dni.
Od towarzystwa kompanów Faustina wolała wędrówki po górach i dolinach. Izmail nagabnął ją raz, gdy czytała książkę - Orlanda Virginii Woolf.
- Pani - wymamrotał - wybacz, proszę, mą śmiałość. Już mam dość marzyć tylko o spotkaniu z tobą, acz drogo mogę za to zapłacić.
I choć błagał ją na kolanach, Faustina pozostała obojętna.
Odtąd już wszystko było halucynacją: wydawało mu się, iż zatruł się czarnymi grzybami albo nadużył alkoholu; albo czuł się, jakby schudł do szpiku i w końcu zniknął: cudzy wzrok traktował go jak próżnię. Albo tracił rozum: popadał w obłęd, bzikował, w majakach widywał kasyno, jacht, brodacza, Faustinę, gdy rozpaczał przy swym zatęchłym bajorku.
No tak, a poza tym raz ujrzał, jak baobab się rozdwoił, to znaczy jak się zduplikował.
No tak, a poza tym po tygodniu ukazało mu się to, co już raz widział, to samo co do joty, toczka w toczkę: bal opodal bajorka, Louis Armstrong grający fokstrota...
No tak, a poza tym była gorsza sprawa (tu historia Izmaila karmiła omamy Voyla, tu było źródło związku, który łączył go z książką, i choć była to nić chaotyczna, jawiła się wyrazista, zatrważająca, acz ciężko było za nią nadążyć): czasami, idąc wzdłuż korytarza, Izmail widział, jak uchylały się drzwi: jakiś groom z tacą sunął prosto nań, ignorując go; instynkt nakazywał Izmailowi odskoczyć. Po czym służący znikał, położywszy dajmy na to jakiś album na komodę: Izmail dochodził do komody, sięgał ręką po album, myślał, iż zdoła go otworzyć: pod ręką wyczuwał twardy kształt, gładki, doskonały, acz każda próba wzięcia albumu musiała zakończyć się klęską, choćby usiłował to zrobić jakiś Tytan czy Goliat.
Wyglądało to tak, jakby jakiś złośliwy Troll, jakiś zły Kobold rozpylił wokół kasyna ulotną substancję, co spowodowało, iż wszystko skostniało, jakiś utrwalacz, który wnikał do wszystkich zakamarków, scalał się z atomami, z jonami, wsiąkał w głąb wszystkich ciał i w każdą pustkę.
Wszystko wydawało się w porządku, tak to pojmował, lub tak przypuszczał, dźwięki dźwięczały, zapachy pachniały. Widział, jak Faustina popada w zadumę, osuwając się na sofę, przygniatając pokaźnych rozmiarów poduszkę, wypchaną wyściółką. Po czym Faustina wychodziła, a na poduszkę opadał ciężki złoty naszyjnik, który zdobił adamantowy kaboszon. Izmail podrywał się. W tym, iż pozostawiła naszyjnik, upatrywał jakiś znak: Faustina kochała go, acz skrywała to w głębi duszy, gdyż mąż, druh bądź gach budził strach (każdy musiał podporządkować się Prawu, co czyniło z Izmaila pariasa, był objęty tabu, unikano go, miał całkowitą swobodę poruszania się, acz wszyscy go ignorowali, zawżdy i wszędy).
Dłoń trafiała na poduszkę bądź naszyjnik tylko na chwilę, Izmail natychmiast wycofywał się, przygnębiony, zmrożony, przybity: zamiast poduszki miał pod ręką jakąś zbitą, zwartą bryłę, grudę twardą jak skała: wyczuwał, iż wszystko to spaja gęsta magma: jakby zamknięty, skończony krąg, monolityczny korpus o doskonałych szlifach, z matową fakturą: w tym kręgu każdy byt, ludzki bądź nadprzyrodzony, zachowywał swą pozytywną moc: Faustina mogła otworzyć drzwi, opaść na sofę, towarzysz mógł podać whisky, można było posłuchać fokstrota, zobaczyć, jak nadpływa jacht, jak opada naszyjnik, jak wychodzi służący. Acz gdy się wyszło poza ów krąg - a wszystko wskazywało, iż Izmail go opuścił - było już tylko continuum, w którym próżno by szukać jakichś pęknięć czy skaz, był tylko monolit, spójny jak stiuk, jak gips, jak kit, jak portland; układanka pozbawiona szpar, solidność, sztywność, płaskość, masywność, ciężkość: każda część dopasowana do całości, ani śladu rozmycia, ani śladu ubytków.
Siadał na poduszkę, a ta była twarda niczym skała; wchodził na dywan, a ów pozostawał sprężysty, przyciski ignorowały nacisk palca. Był wyzbyty mocy sprawczych.
Izmail zrozumiał późno, zbyt późno, iż to, w czym się znalazł, to był tylko film: M., brodaty osobnik, który pożądał Faustiny, nakręcił go poza świadomością swych kompanów podczas paru dni wypadu na wyspę, gdy wszyscy byli o 20 lat młodsi.
I oto gdy jakaś paskudna zaraza atakowała baobaby, gdy humus, w którym roiło się od robali, pokrywał już cały brodzik, a stosy odpadów gniły w domu, wystarczyło, by nad horyzont nadciągnęły monsuny, aby przypływ zalał majdan, który Izmail ujrzał był na plaży, i uruchomił w piwnicy dziwaczną instalację, która od początku wydawała mu się zagadkowa, aby odpalił prądnicę, wyzwolił moc, wzbudził sygnał, aby natychmiast zaczęły powracać i powtarzać się, jota w jotę, słowo w słowo, miliony chwil minionych, acz wciąż żywych, jak w wynalazku Martiala Cantarala opartym na vitalium, który, ulokowany w chłodni, umożliwiał, by każdy zmarły mógł odtwarzać do końca świata któryś z istotnych wątków życia.
Wszystko wydawało się w porządku, acz wszystko wyglądało jak absurd. Wszystko wydawało się w porządku, acz tylko na początku, po czym pojawiała się nadprzyrodzoność, groza.
Chciał poznać, którędy prowadzi więź łącząca go z książką: gdy spoczywał na dywaniku, wyobraźnię atakowała co krok intuicja, iż walczy z jakimś tabu, wizja jakichś mrocznych mocy, jakichś nicości, jakichś manipulacji: wizja, czy to brak wizji nirwany, która rządzi wszystkim, gdy rozum śpi: wszystko wydawało się w porządku, tylko...
Tylko co?
Tracił grunt pod nogami.
ROZDZIAŁ 4
W którym wzory z dywanika rozmywają się z wolna
wśród halucynacji i farmazonów
Za jakiś czas, chcąc uzyskać większą jasność, zaczął prowadzić pamiętnik.
Wziął album. Otworzył go i zanotował u góry:
ZNIKNIĘCIA
po czym zapisał pozostałą część strony:
Ktoś zniknął. Kto zniknął? Lub co?
Wydało mi się (wydawało się, wydawałoby się, wydać by się mogło), iż dywanik skrywa jakiś wzór, a w dodatku jakąś mądrość, jakąś moc.
Wzór w dywaniku.
Czasami wygląda jak płótno Arcimbolda: jak sporządzona własną ręką podobizna albo jak wstrząsający obraz z postacią Doriana Graya w rozpaczy, jak złowrogi albinos. Zamiast morskich stworów lub różnorodnych owoców, słupków kwiatowych poskręcanych tak, iż składają się w czoło, szyję, brwi - skupisko kłębiących się saprobiontów, samoorganizujących się w tak wysublimowany sposób, iż od razu wiadomo: do wykonania malunku wystarczyło samo ciało, chociaż brakło możliwości, by uchwycić jakiś znak rozpoznawczy, bodaj na chwilę. To jasny sygnał, iż artysta usiłował stworzyć kompozycję, która raz po raz - albo i w tym samym odruchu - to odkrywałaby coś, to skrywała, wskazując, iż obowiązująca zasada musi pozostać tajna.
Z początku trudno zauważyć zmianę. Można domyślać się, iż wszystko sprowadza się do jakichś instynktownych zawirowań, obnażających sztuczność, dwuznaczność, trwożliwość. Po chwili widać już, albo tak to wygląda, iż w pobliżu wystąpi zaraz coś, co poruszy, pobudzi, pochwyci. I wówczas wszystko się rozkłada. Popadamy w stan konfuzji, apatii: rozum przysypia. Uparta, dojmująca udręka sprawia ból. Ogarnia nas halucynacja i tak ma być już do końca.
Chciałoby się jakoś to nazwać, nadać imię, chciałoby się zawyć: oto przyczyna, oto źródło kłopotów. Chciałoby się móc wyskoczyć, wyrwać z sybillicznych obrazów, z zawiłych kakofonii, z tautologicznych bulgotów. Acz brak już możliwości wyboru: pozostało tylko zgłębić wizję do cna.
Chciałoby się uchwycić punkt wyjścia, a tu wszystko jakby skryło się za mgłą, odpłynęło w dal...
Pisał pamiętnik około pół roku. Gdy zapadał zmrok, zaczynał drobiazgowo notować moc dyrdymałów: zapas alkoholu - skonsumowany, longplay dla kuzyna Julka, który ukończy szkołę za kilka tygodni - wybrany, płaszcz - skrócony, sąsiad, co ma psa Azora, który mi narobił na słomiankę - zaproszony na kawę. Nadto opisywał książkę, którą czytał, napomykał o przyjaciołach, z którymi się spotkał, przytaczał jakąś myśl lub sytuację, która go poruszyła (adwokat w gmachu Sądu, co męczył się z mową końcową; bandyta, co grzał do tłumu kapiszonami; szalony drukarz, co sabotował cały swój warsztat...).
Bywało, iż ponosiła go fantazja, gdy ściskał w ręku długopis i opowiadał, snuł autobiografię, samoanalizował się. Czasami rozwodził się o swych halucynacjach, pojawiała się w nich wyspa Izmaila.
ROZDZIAŁ 5
Kończący się historyjką o tym, jak ocalono od poruty tron św. Piotra,
gdy miał na nim zasiąść skruszony bękart
Raz wymyślił całą fabułę: w zamorskim kraju żył chłopczyk, który miał na imię Aignan. Miał pięć lat. Pałac, w którym się wychowywał, chylił się ku upadkowi. Raz niania wyznała mu:
- Ongiś było tu 31 twoich kuzynów. Panował wówczas pokój. Aż tu wszyscy w zagadkowych okolicznościach zaczęli znikać. Dziś i ty musisz się ulotnić. Gdybyś pozostał, oznaczałoby to dla nas zgon.
Aignan posłuchał i zniknął. Jak to bywa w tradycji historii obrazkowych, narracja rozpoczynała się krótką opowiastką moralną: gdy Aignan wychodził z lasu, dopadł go Sfinks.
- Coś mi mówi - ryknął baśniowy potwór - iż mamy tu znakomitą okazję, by wrzucić coś na ząb; od dawna brakowało w naszych stronach tak smakowitych i tłustych brzdąców.
- Zaraz, mości Smoku, zaraz! - zaoponował Aignan, który na wylot znał Lacana. - Powolutku, musisz najprzód uczynić swą powinność.
- Powinność? - zapytał zdumiony Sfinks. - Na co? Po co tu gmatwać? I tak moja zgadywanka była dla wszystkich zbyt trudna.
Po chwili dodał, skonfundowany:
- Czyżbyś potrafił ją rozwiązać?
- Się zobaczy - odparował Aignan zawadiacko.
- Podobasz mi się, fanfaronku, bękarciku - ciągnął przymilny Sfinks. - Będę więc fair-play, twoja odwaga osłodzi ci zgon; stawiam oto ultimatum:
Chwycił lutnię, na krótko zamyślił się i zanucił:
Cóż to za stwór,
Co ma korpus jak częściowo domknięty okrąg
Z dorysowaną linią prostą?
- To ja! To ja! - odkrzyknął Aignan.
Sfinks zachmurzył się.
- Tak sądzisz?
- Oczywista - odparł Aignan.
- No to masz chyba rację - oznajmił Sfinks z nutą smutku.
Na długą chwilę zapadła cisza. Akwilon dął w grogramowych lazurach.
- Zawżdym mówił, iż padnę z rąk małolata - gorzko poskarżył się Sfinks.
I gwałtowny szloch wyrwał mu się z krtani.
- Kończmy, mości Smoku - rzucił Aignan z ironią. W głębi duszy trochę żal mu było Sfinksa. Acz wziął się w garść i dodał: - Gdybym się był pomylił, skończyłbym w twym żołądku. A skorom zgadł, tom wygrał. Podług Prawa musisz zginąć.
I przybrał groźną pozę.
- Skacz w urwisko, podły Smoku.
- Och - wymamrotał Sfinks - czyżbyś pragnął, bym opuścił nasz padół?
- That's right! - wrzasnął naraz Aignan, zastanawiając się, skąd wpadł na pomysł, by wrzasnąć w obcym języku.
Chwycił kij, ogłuszył Sfinksa, który stracił równowagę i spadł w rozpadlinę, wirując jak liść. Rozniósł się dojmujący krzyk, coś jakby ryczący tygrys, zgryźliwy kot, kotłujący się bachor, chora istota, i wibrował tak nad kotliną półtora tuzina dni...
Na tym kończyła się ta dość dosadna przypowiastka, po czym dalsza fikcja, czyli fabuła, była już oczywista: Aignan wędrował po swym kraju górami i dolinami, zatrzymując się nocą w obskurnych wioskach; szukał zajęcia jako pomocnik kowala, rolnika czy zakrystiana. Rzucano mu kęs słoniny lub kawał bułki, który pałaszował z odrobiną czosnku. Nadal bywał głodny i spragniony, acz żyw.
Dorastając, Aignan mężniał, bystrzał, mądrzał, umacniał swój światopogląd, swój Anschauung. Obracał się wśród zajmujących ludzi. Każdy z nich wnosił coś w rozwój chłopca, dając mu to jakąś robotę, to dach nad głową, to horyzonty. Jakiś handlarz koni nauczył go zawodu. Gdy pracował jako murarz, wybudował dom; gdy podjął się fachu drukarza, założył pismo.
Upłynęło trochę czasu i rozwinął skrzydła. Przychodził doń cały gąszcz zagadkowych postaci, odgrywających toczka w toczkę, kropka w kropkę, oprócz konkluzji, Sagę o rozbudowanych wątkach, romans, który bawił go, acz był głęboki i poruszający, który dostarczył ongiś pomysłów do Ballady trubadurowi o nazwisku Hartmann, a sam Thomas Mann naśladował go, znajdując w nim inspirację aż trzy razy.
A więc najprzód okazało się, iż tatą Aignana był potężny Król noszący imię Willigis (zwany Willo). Sibylla kochała Willigisa miłością siostrzaną, która szybko stała się namiętnością (choć ich ulubiony Dog wył tak głośno u stóp łoża, aż padł). Minęły trzy kwartały i świat ujrzał narodziny Aignana.
Po tym wybryku Willigis, zwany Willo, postanowił odpokutować go, przypuszczając atak na Arabów, i dość rychło zginął w boju, tak jak pragnął.
Co zaś do Latorośli - chłopca, który zachował w swych żyłach gorszącą plazmę - Sibylla, mama Aignana, wrzuciła go do łodzi, która uniosła go na samą północ kraju, w jakiś kąt usiany smrodliwymi bajorkami, w którym tłoczyły się zastępy okrutnych kurdupli, a w dodatku przygłupów (powiadano, iż roczna konsumpcja alkoholu sięgała tam pięciu muidów), dziwnych gadów, groźnych jak diabli: był tam ponoć smok "który pożarł cały batalion", jak mawiano w lokalnym slangu w mordowni, dokąd chadzano po pracy, by coś chapnąć. Warto dodać, iż non stop panowała tam noc, a z chmur sączyła się wciąż dojmująca, lodowata mżawka. Można było łatwo dojść do wniosku, iż tylko jakiś wyjątkowy splot okoliczności (są tacy, co dopatrzyli się w tym działania potężnych boskich mocy: ani chybi mają rację, acz Narracja musi dawać choćby iluzję, iż coś mogłoby wykroczyć poza fatum, by było o czym opowiadać), krótko mówiąc - tylko jakiś wyjątkowy splot okoliczności zdołałby spowodować, iż w tak sprzyjających klimatach Aignan miałby szansę dożyć choćby kilkunastu lat. Acz trzymajmy się chronologii...
A więc minęło grosso modo 18 lat i Sibylla, pozostając w swym brabanckim bądź flamandzkim przybytku, nadal pamiętała o uroczym braciszku i odrzucała każdą propozycję zaślubin. Jakiś możny Arcyksiążę z Burgundii miał na nią chrapkę i zapragnął posiąść ją w swym łożu. Sibylla odmówiła. "Co?" - zagrzmiał Arcyksiążę, wpadając w ognistą furię. Spalił znaczną część prowincji Hainaut i ruszył na Cambrai.
I wówczas, na rodowodowym anglo-normandzkim rumaku wabiącym się Sturmi (maść siwa z odrobiną brązu), przybył do Cambrai, patataj, patataj, krasolicy paladyn. Przyjęto go w Pałacu. Zrazu przypadł Sibylli do gustu, a ona rozkazała mu zgładzić Arcyksięcia. - Robi się - odparł wasal, całując nadstawioną mu dłoń.
Sturmi miał po bokach blachy pod osłoną koloru indygo i złotą uprząż z opalowymi inkrustacjami, zdobiącymi płaty naczółka, nakarczka i nazadnika. Dosiadając go, nasz Adonis pojawił się na długim zamkniętym padoku. Gonfanon miał przyzdobiony w rybę. Klan brabancki wydał okrzyk, który zagłuszył do szczętu ordynarną burgundzką wrzawę.
Bój był krwawy; zbrojni przypuścili frontowy atak; walczyli wręcz. Okładali się kijami, kosami, harpunami, pilumami. Trwało to całą dobę. Po czym, zastosowawszy zręczną taktykę, nasz odważny chwat brabancki zwyciężył rywala: Arcyksiążę został pokonany, arcypokonany.
Podpisano pokój. W każdym szynku urządzono bal, tańczono przy dźwiękach oboju, kobzy, bębna. Aby uczcić spryt paladyna, wznoszono kaskady gromkich owacji. Ofiarowano mu piękną zbroję i nadano tytuł Admirała. Junak wkroczył do Pałacu, by pokłonić się Sibylli. Sibylla spodobała mu się. A i on oczarował Sibyllę.
O ty, który czytasz, muszę w lot uświadomić cię, choć ani chybi domyślasz się, kim był ów zawadiaka na koniu zwanym Sturmi: tak, masz rację, był to nikt inny jak Aignan.
No tak, Aignanowi trudno było przypuszczać, iż to Sibylla wydała go na świat, jak to było w przypadku Ojdyposa. A i Sibylli trudno było rozpoznać w tym śmiałku syna. I Sibylla zapałała do Aignana miłością namiętną. A i Aignan zapałał do Sibylli miłością namiętną. I Aignan zaznał Sibylli. A i Sibylla zaznała Aignana.
Fatalny splot okoliczności ujawnił kochankom filiację, która ich łączyła.
Sibylla padła na kolana i kazała wybudować szpital, w którym włóczęgom zmyją brud z cuchnących stóp, a chorych uzdrowią gratis.
Aignan przyodział łachman wagabundy, szorstki trykot z włosia, i nosił go w ramach pokuty, zabrał tylko kij, a zostawił i torby, i aluminiowy bukłak. Szarzało, gdy opuszczał pałac, w którym doświadczył szczęścia. Wyruszył w siną dal. Pragnął sięgnąć dna. Chciał, by dopadła go boska kara. Nocami spał po lasach. Głód zaglądał mu w oczy. Po ciężkim marszu, który zajął mu aż trzy dni, dotarł nad zatokę. Zapukał do chaty rolnika. Otworzono mu.
- Czy znajdę tu - zapytał - jakiś Locus Solus, w którym mógłbym odkupić mą potworną Zbrodnię?
- Pośrodku zatoki - rzucił tępawy gospodarz - z wody wynurza się wyspa, taka skała, stromy szczyt, w sam raz, byś osiadł tam i trwał do woli w swym dojmującym bólu!
- Błagam, pokaż mi tę wyspę! - zawołał Aignan.
- Zgoda - odparł zdumiony kmiot - acz bądź świadom, iż musisz pozostać tam i gnić aż do Końca.
- W imię Ojca i Syna - zaintonował Aignan.
- Gloria Patri & Filio & Spiritui sancto - zawtórował mu chłop.
Udali się więc na wyspę Gwarancji Pardonu. Gospodarz założył Aignanowi na szyję uzdę, czy wręcz garotę. On zaś oddał się swym pokutnym rozmyślaniom. Nocą z bloków skalnych sączył się pożywny humus, który odtąd służył mu za pokarm. I tak tkwił, wystawiony na huragany, akwilony, przypływy, tajfuny. Chłodził go mistral, palił chamsyn, smagało sirocco. Łachmany wykruszyły mu się do cna, jak uschnięta hubka. Ostał się nagi. Bywało mu zimno, bywało mu gorąco; to ziąbł, to gorzał.
W końcu, choć Sam Bóg zsyłał mu w Swych łaskach życiodajny humus, wygłodzony i wyposzczony Aignan bardzo schudł, i chudł nadal. Stał się chudy jak szczapa. Acz postanowił wciąż chudnąć. Schudł tak znacząco, iż skarlał, skurczył się. Po prostu sklęsł; początkowo stał się niższy od krasnala, po czym zaczął wyglądać jak prawdziwy homunkulus, jak hipokorystyk, jak liliput o rozmiarach szkarłupnia...
Minęło 18 lat. Nastał czas, gdy dogorywał Sanctus Papa. Cały Watykan stanął na nogi, wrzało jak w ulu, usiłowano zagwarantować ciągłość władzy, ustanowić następcę. Po ośmiu głosowaniach okazało się, iż prowadził w nich to jakiś idiota, to obżartuch, to schizol, to muł. W Pałacu Konsystorskim panoszyła się korupcja: proponowano pontyfikat za milion. Wszystko kroczyło złą drogą. Nabożność zawodziła. Najświętszy Patron był odsądzany od czci i wiary.
Wówczas boska furia zmąciła lazury. W końcu On sam objawił się Kardynałowi, który zarządzał obradami. Przybrał postać Baranka, co krwią zbrukany pokładał się na łożu usłanym pachnącymi jaskrami.
- Posłuchaj, Synu - zabrzmiał Głos. - Masz Następcę. Jam dokonał wyboru. Ma na imię Aignan. Jam go wyznaczył, gdyż od półtora tuzina lat odprawia pokutę na skałach opływanych Moimi wodami.
- O Baranku Boży, O Sędzio Najwyższy - wymamrotał bogobojny Kardynał. - Bądź wola Twoja!
Zlustrowano każdy kąt, w którym mógłby gnić ów Aignan. Wysłannicy szukali tak długo, aż w końcu trafili nad zatokę; zapukali do drzwi gospodarza, który ongiś zawiózł Aignana na wyspę. Z początku chłop ociągał się:
- Jaki Aignan? - powtarzał. - Jaka wyspa? Ktoś tu widział wyspę?
Powoli, wykorzystując chciwość kmiota, poznali całą prawdę. Popłynęli na wyspę i zdołali wspiąć się na klif, acz był on wyjątkowo stromy. A tam u góry, ku rozpaczy kardynała, który zaczął wątpić w swą wiarę pomimo ukazania się Baranka, Aignana ani widu, ani słychu. Doprawdy zaginął, co oznaczało, iż Łaska Stwórcy ominęła go...
Mimo szacunku dla Thomasa Manna, moja konkluzja była jasna - oświadczył Anton Voyl, podsumowując baśń. W tym szkicu, to znaczy w notatkach - gdyż choć obmyślił bogatą narrację, brakowało wciąż kulminacji Historii - zapisał 31 czy 32 strony, rozwinął 8 czy 9 wątków: uchwycił Aignana w sposób godny podziwu; namalował porywający obraz Arcyksięcia ("wysoki bandyta, zarost gładki, para długich rudych bokobrodów": widać, iż zainspirował go doktor, który wszak postawił go na nogi); zarysował, acz nazbyt szczątkowo, zabawną gwarę, którą posługiwał się szczwany chłop, gdy zawoził go na wyspę ("O wciórności! Kurna Mania! Już tyn dziabuł draszować nam ni byńdzi, ani chliba, psia mać, wygniatać"); sporządził tak barwny opis igrzysk, iż na mur każdy Paul Morand, każdy Giraudoux czy Maupassant mógłby zapodać go w całości swym miłośnikom, trzymając fason. Acz akcja zatrzymała się: Anton złożył w swym pamiętniku samokrytykę, odwołując się w zaskakujący sposób do sylogizmu. Zważywszy - postulował a priori - iż historia mogła się zakończyć, warto było ją domknąć; atoli - zauważył - gdyby została domknięta, czy mogłaby ukazać morał tak jasny, tak czysty, tak dobitny, iż każdy, kto poznałby ją, musiałby natychmiast zginąć? Gdyż - ciągnął - zasady snucia fikcji wymagają, by Sfinksowi mógł stawić czoła tylko ktoś taki jak Aignan. A skoro Aignan zaginął, jaki triumfujący Logos zdołałby ukoić nas swą mocą? A więc - podsumował - każda fabuła powinna brać pod uwagę możliwość działania przypadku. Aliści - dopisał u dołu - wybór mamy ograniczony: musimy być świadomi tęgo, iż w każdym zakątku czyha na nas jakiś Sfinks; musimy być świadomi - czyżby nam to umknęło? - iż na każdym kroku wystarczy choćby słowo, dźwięk, zgoda lub odmowa, by go pokonać. Gdyż - jak nauczał Zaratustra - każdy Sfinks ma swą kryjówkę w Pałacu ludzkim...
ROZDZIAŁ 6
W którym, mimo aluzji do bąka,
Nikołaj Rimski-Korsakow pozostał poza narracją
Anton Voyl zaginął na Wszystkich Świętych.
Było to trzy dni po tym, jak czytając popołudniową prasę, natknął się na artykuł, który mocno go poruszył:
Jakiś osobnik - tożsamość utajniono z powodu groźnych, pokrętnych powiązań - dostał się nocą na Główny Komisariat i wykradł pismo - koronny dowód kompromitujący trójkę gliniarzy na wysokich stołkach w Psiarni. Aby uzdrowić sytuację, postanowiono zrobić wszystko, by odzyskać natychmiast ów kłopotliwy rękopis, gdyż zuchwały sprawca mógłby lada chwila upublicznić go. Choć wiadomo było, iż zbunkrował manuskrypt w swoim domu, ów pozostawał w ukryciu, mimo iż policja z dwa tuziny razy urządziła tam istny kipisz.
Grając o wszystko, Komisarz Romain Didot, wraz z ulubionym zastępcą o nazwisku Garamond, udał się do Dupina, który uchodził za najznakomitszy nos w okolicy.
- Co do zasady - oznajmił Didot - taki skok byłby dla nas sprawą dość błahą. Gdyby chodziło o papiór nazwijmy to normalny, gdyby rąbnięto nam jakiś protokół x czy y, byłaby to dla nas żadna strata. A tu ktoś palnął bąka i klops.
- Bąka? - zapytał zaintrygowany Dupin, który jak widać miał luki w słowniku.
- Pardon, to taki żargon - parsknął Didot. - Krótko mówiąc, owa strata ma dla nas olbrzymią wagę, gdyż czyni zbędną, czczą i diabła wartą całą naszą strukturę organizacyjną: osłabia naszą władzę w proporcji minimum raz do pięciu!
- Powiadasz - drążył Dupin - iż w domu łajdaka szukano rękopisu dwa tuziny razy?
- Tak - przyznał Didot - i każdorazowo dupa blada, choć węszono po wszystkich zakamarkach.
- Jasna sprawa - zauważył Dupin. - Niuchasz po wszystkich kątach, badasz ściany i sufity, i nic. Nibyś bystry, a tu gapa! A coś powinno było ci podsunąć myśl, zakuta pało, iż twój gość na bank wybrał jakąś zmyślną kryjówkę: zamiast schować łup, przybrudził go tylko lub zmiął, jak to się robi z makulaturą, i wsadził w jakiś biuwar, a tyś go oglądał sto razy, sądząc, iż to banalny papiór, podczas gdy był to twój zakichany rękopis!
- Jaki biuwar? - zaoponował Didot. - Zlustrowaliśmy wszystko do cna i nikt żadnych biuwarów...
- Czyżby? - zadrwił Dupin.
Włożył płaszcz, wziął parasol i oddalił się, rzuciwszy:
- Pójdę tam. Zaraz przyniosę ci tę twoją bumagę.
Aliści, choć miał trochę racji w swym rozumowaniu, i ta akcja zakończyła się klapą.
- No i Po ptokach - mruknął.
Po czym, dla poprawy samopoczucia, zostawił gliny ich własnym frasunkom, a sam zajął się sprawą dwóch zabójstw, których dokonał był jakiś orangutan.
Skoro zawiódł sam Dupin, choć instynkt podsunął mu wszystko od A do Z, mam powody, by się bać, zapisał Anton Voyl w Pamiętniku.
Do przyjaciół wysłał kartkę z taką wiadomością: "Chciałbym tak bardzo wyspać się do woli. Uciąć solidną kimkę. A tu ktoś zniknął! Ktoś lub Coś! Bądź tu mądry! Zniknęło i już! Dziś pora na moją osobę, zbliżam się do końca, idę w białą próżnię, ku nicości. It is a must. Przykro mi. Moją ambicją było poznać to wszystko. Złamał mi ją straszliwy ból. Mój głos obrócił się w chrypliwy charkot. Agonio, bądź mi zapłatą za ów dziki obłęd. Anton Voyl".
U dołu było postscriptum, osobliwy przypis, który świadczył o tym, iż Anton Voyl postradał zmysły: "Pójść by z grogu pintą do radcy, co fiźnięty z żalu skończył w oparach dymu w zoo".
Na końcu widniał podpis: trzy razy pozioma linia (środkowa wydawała się krótsza), a na nim jakiś chaotyczny gryzmoł.
Zabił się? Odpalił kulę w skroń? Pociął się brzytwą w balii z gorącą wodą? Wychylił szklankę acqua toffana? Podprowadził samochód nad urwisko i dodał gazu, orbitując aż po noc Długich Dni, aż po dni Długich Nocy? Odkręcił gaz? Zrobił hara-kiri? Wziął prysznic z napalmu? Skoczył z mostu w czarną toń, która go pochłonęła?
Pozostało zagadką, czy sam wybrał sposób, w jaki chciał pozbawić się życia, i czy zginął.
Po kilku dniach, gdy bliski znajomy Antona, poruszony dziwną kartką, przybył go ratować, zastał pusty dom. Auto gniło w garażu. Ubrania wisiały w szafach, na których piętrzyły się walizki. Żadnych śladów krwi.
Tylko Anton Voyl zniknął.
Złudna Szansa dla Antona Voyla
Japonia pozbawiona kimona,
dymiący boa grający w curling,
czarny połysk,
ostry, nagi krzyk wśród dźwięków arii,
łagodny skorpion,
kilku bankrutów plujących na stos złota,
triumfalna zgryzota,
samum dmący w długim fińskim korytarzu,
głęboka chustka:
oto co mogłoby rozjaśnić umysł Antona Voyla...
kardynał-hipis gardłujący slogan antyrzymski,
brzytwa do cięcia soczystych cytryn,
trójka brytyjskich bandytów schwytanych w pociągu pocztowym,
prosty obwód,
blizna pępka, w którym tkwi tryskający męskością wulkan,
ojczysty kraj adopcyjny,
szalony mańkut oparty na ganku o zmroku,
krzyż wolny od chrystusa,
agawa sizalowa sącząca słodycz wina błaznom pozbawionym kolczugi;
oto co wystarczyłoby, by dać szansę Antonowi Voylowi...
paplanina odarta z galimatiasów,
tafla lustra zmatowiona sprośną gładką rybą,
wypas listopadowy,
pięć miar wódki dla włóczęgi, co symulował swój zgon,
kochany zabójca,
las falochronów zatopionych u przylądka-dobrych-fal,
lojalna fuzja,
biały swąd, korpus wyzuty z korpusu, pokój,
fałszywa nirwana,
oto co uratowałoby Antona Voyla...
acz jak utworzyć to w najgłębszym mroku północy, gdy rodzą się Zniknięcia?
IV
Hassan Ibn Abbou
ROZDZIAŁ 8
Który, gdy tylko uporamy się z wszystkimi zgromadzonymi notatkami,
zaprowadzi nas prosto na policję
Znajomy Antona Voyla nazywał się Amalryk Conson.
Miał ośmiu synów i córkę. Najstarszy - co za kaprys losu! - nosił imię Aignan i zginął w auli Oksfordu podczas Sympozjum Fundacji Martiala Cantarala, w którym wziął udział wybitny uczony brytyjski Lord Gadsby V. Wright. Od tamtych chwil minęło już minimum 28 lat. Drugi syn, Adam, zmarł z głodu w sanatorium w wyniku jadłowstrętu. Łańcuchowo nastąpiło parę dalszych zgonów: w okolicach Zanzibaru ogromna ryba połknęła Ądraszka; w Milano, gdy Luchino Visconti zaproponował Ęrykowi, by mu asystował, ów udławił się ostrą kością, która utknęła mu w tchawicy. W Honolulu nadmiar hirudyny wykończył Iwana, gdy olbrzymia pijawka wyssała mu pięć litrów krwi; skonał pomimo kilkunastu transfuzji. Trojaczki Odilon, Órszula i Urban dokonały żywota trzy dni po narodzinach. Mówiono, iż matka musiała wypić jakąś truciznę, niby łagodną w skutkach dla dorosłych, która, dostawszy się do pokarmu, okazała się zabójcza dla noworodków. Amalrykowi z potomstwa pozostał już tylko Yvon, acz Yvona darzył miłością słabszą, gdyż Yvon żył z dala od ojca i widywali się tylko trzy razy do roku.
Amalryk Conson obszukał każdy kąt willi Antona Voyla. Wstąpił do sąsiada, a ów opisał mu historię z ablacją zatoki. Zasięgał języka na każdy możliwy sposób.
Anton Voyl zajmował dość obskurny lokal. Żadnych luksusów, żadnych zbytków, żadnych cudów: na ścianach wapno zamiast farby, pod stopami jakiś utytłany, tani dywan, cały w strzępach. Salon był zagracony, pokój zapuszczony, jakaś nadgniła, nadpruta kanapa stała obok komody, która cuchnęła starą włoszczyzną. Rozlatująca się szafa straszyła paroma ohydnymi rycinami wiszącymi na plastrach. Z okna o matowych szybach sączyła się szara, blada poświata. Miast łóżka - klasztorna prycza, coś w rodzaju wyrka z poduszkami jak psu z gardła i zapyziałałą kołdrą. Wygódka w czarnym schowku, a tam dzban, nocnik, miska, brzytwa oraz szmata, którą szczur jakiś nadgryzł obiadową porą.
Na kilku rozchybotanych półkach walały się książki o sfatygowanych okładkach i usmarowanych bokach. Amalryk wziął do ręki kilka z nich. W każdym z woluminów było mnóstwo zapisków, marginaliów, na których zatrzymywał na chwilę wzrok, acz których logikę trudno było mu pojąć. Rzuciło mu się w oczy kilka pozycji, którym Anton Voyl musiał poświęcić większą uwagę: Sztuka i iluzja Gombricha, Kosmos Witolda Gombrowicza, Opoponaks Moniki Wittig, Doktor Faustus Thomasa Manna, Noam Chomsky, Roman Jakobson, Blanka, czyli utrata pamięci Aragona.
W końcu Amalryk trafił na duży karton, otworzył go. Było tam od groma szpargałów, z których można było wywnioskować, iż Anton miał pęd do nauki, gdyż drobiazgowo składał notatki z zajęć szkolnych. Pozwoliło to Amalrykowi zapoznać się fraza za frazą z godnym odnotowania curriculum studiorum Antona.
Na początku język francuski:
La o? nous vivions jadis, il n'y avait ni autos, ni taxis, ni autobus ; nous allions parfois, mon cousin m'accompagnait, voir Linda qui habitait dans un canton voisin. Mais, n'ayant pas d'auto, il nous fallait courir tout au long du parcours ; sinon nous arrivions trop tard : Linda avait disparu.
Un jour vint pourtant o? Linda partit pour toujours. Nous aurions d? la bannir a jamais ; mais voila, nous l'aimions. Nous aimions tant son parfum, son air rayonnant, son blouson, son pantalon brun trop long ; nous aimions tout.
Mais voila, tout finit : trois ans plus tard, Linda mourut ; nous l'avons appris par hasard, un soir, au cours d'un lunch.
Po czym filozofia:
Analizując intuicję aprioryczną, Kant zwątpił na chwilę w Cogito, domyślając się, iż przysłania ono sytuację, gdy Bóg, marząc o Monolityczności, mógłby wzmocnić Jaźń. "Czyżby Spinoza dokonał tą drogą transmutacji - pomyślał - zastępując imię Boga jakimiś mglistymi dźwiękami? Baruchu, żydowski księciu filozofów! Czyżby Siv pozwoliło ci otulić Naturę, zszyć ją (nasycić ją), osłaniając każdą lukę, dążąc do Absolutu?" Wówczas Kant, stronniczo antycypując platonizację, wrobił Spinozę w zbrodniczą filiację Nadświadomości. Wszak Platon, potępiwszy dawnymi czasy wszystkich archaizujących, zauważył brak wynikowości towarzyszący myśli o Monolitycznym Początku.
W ów sposób inicjalny Łuk wyostrzył się, wytrójkątniał, rysując linię wręcz sinusoidalną, co utworzyło na twarzy mędrca spiczasty szczyt, a ów oddał ducha, dopuszczając na krótko możliwość, iż w Cogito mogłoby zabraknąć Monolitu.