Denton WelchMłodości, w tobie uciech siłaprzełożył Marcin Szuster
[ok. 1945]
1
Któregoś lata, na kilka lat przed wybuchem wojny, w hotelu nad Tamizą w hrabstwie Surrey zatrzymał się piętnastoletni chłopiec wraz z ojcem i dwoma starszymi braćmi. Hotel był niegdyś wiejską posiadłością, a wcześniej królewskim pałacem. Ale teraz główny dziedziniec oszklono, przeobrażając go w ogromny salon-herbaciarnię; na parterze lśnił rząd toalet, było też całkiem nowe skrzydło z salą balową i maleńkimi sypialniami powyżej.
Hotel stał w urokliwym parku o tarasowatych ogrodach i trawnikach schodzących do sztucznego stawu, niemal w całości otoczonego przerośniętymi krzewami jeżyn. Staw i jego brzegi były nieco zdziczałe; reszta terenu, z fontanną, grotą, rustykalnym domkiem orné i ekstrawaganckim cmentarzem zwierząt domowych, utrzymana była w nieskazitelnym stanie.
Chłopiec, Orvil Pym, zapuścił się w głąb tych wymuskanych ogrodów już pierwszego wieczoru. On i jego ojciec przyjechali do hotelu po południu jednym z tych wielkich, czarnych, lśniących daimlerów, które u ludzi podejrzliwych budzą nieodmiennie domysł, że zostały wynajęte.
Wcześniej pan Pym, który wrócił ze Wschodu na sześć miesięcy, wybrał się do Midlands, żeby odebrać Orvila ze szkoły. Przez kilka ostatnich dni w semestrze Orvil był chory. Przewrażliwiony i pełen egzystencjalnego niepokoju, jako jeden z pierwszych ujawnił oznaki zatrucia pokarmowego; wkrótce jednak dwie szpitalne sale pełne były chłopców z jego internatu zdradzających identyczne objawy. Lekka gorączka, lekkie mdłości, lekka biegunka, nic ponadto. Humor i fantazja dopisywały, chłopcy turlali po podłodze białe porcelanowe nocniki, rzucali mięsem, opowiadali anegdoty i molestowali się nawzajem wśród nocnej ciszy.
Zatrucie o wiele bardziej niż zatrutych poruszyło żonę dyrektora internatu. Przecież jedzenie w jej bursie było dobre, wiedzieli o tym chłopcy, wiedzieli wszyscy. Nie była sknerą; nie oszczędzała, żeby ukradkiem wsuwać mężowi pieniądze do kieszeni z myślą o emeryturze. Nie dalej jak w zeszłą niedzielę był łosoś z ogórkiem i bagatelka z prawdziwą śmietaną!
Chodziła zawstydzona, czerwieniąc się bez widocznego powodu. Skręcało ją na samą myśl o tym, co mówią żony dyrektorów pozostałych internatów. Te złośliwe na pewno są wniebowzięte, że właśnie ona, która karmiła tak suto, otruła połowę swoich podopiecznych; te życzliwe na pewno jej współczują. Zarówno wyobrażona satysfakcja, jak i wyobrażone współczucie były dla biednej żony dyrektora źródłem niewymownych cierpień.
"Co im mogło zaszkodzić?", pytała samą siebie. Może mielonka, którą podała na podwieczorek?
Orvil był wniebowzięty i poczuł ulgę, kiedy dowiedział się, że nareszcie jest chory. Pierwszy rok w prywatnym gimnazjum wprawił go w taki popłoch i rozstrój, że nieustannie tęsknił za cichym pomieszczeniem, gdzie mógłby się wyspać.
Na początku w infirmerii panował spokój i Orvilowi było dobrze; ale potem zaczęli się pojawiać inni chłopcy i oddział szybko przeobraził się w szczwalnię.
Któregoś wieczoru poczuł, że już dłużej nie wytrzyma. Jego twarz i ręce zsiniały i pokryły się szpetnymi czerwonymi plamami. Wynikało to z trzech czynników: zatrucia, niepokoju i końskiej dawki leku podanego przez pielęgniarkę, przypominającego aspirynę, tyle że mocniejszego. Wstał, jakby w transie, i zaczął skakać na czworakach wokół łóżka, skrzecząc: - Żaba jestem, żaba, jestem wielka biała żaba.
Na oddziale przez chwilę panowała cisza; potem jakiś wielki chłopak, któremu w nosie zaczęły właśnie rosnąć czarne włosy, wrzasnął przerażony: - Siostro, siostro, szybko. Pymowi szajba odbiła, skacze w kółko po podłodze i mówi, że jest żabą.
Wbiegła pielęgniarka, chwyciła Orvila w ramiona i podniosła. Choć była drobna, ciało miała mocne i twarde, i dźwignęła go z łatwością. Prowadząc go do łóżka, śmiała się cicho do samej siebie.
- Jesteś żabą, kto by pomyślał! - rzekła, próbując wygładzić jego grube, szorstkie, kręcone włosy i zapinając najwyższy guzik od piżamy, który Orvil zawsze pozostawiał odpięty. Zakrzątnęła się, żeby przynieść wodę i ręczniki do letniego masażu.
Orvil udawał pogrążonego w sennych rojeniach. Kiedy wróciła, usłyszał, jak chłopcy szepczą: - Pym majaczy, ma zwidy!
Pielęgniarka zdjęła mu górę od piżamy i zaczęła wycierać tors i ramiona gąbką nasączoną letnią wodą. Orvil nie otwierał oczu; nie chciał patrzeć, jak przygląda się jego klatce piersiowej. Delikatnie uniosła mu rękę, pozwalając, by woda spłynęła w dół i połaskotała go w pachę. Wzdrygnął się lekko, a ona się roześmiała.
- Lepiej się po tym poczujesz - powiedziała. - Będzie ci chłodniej.
Wytarłszy go starannie od pasa w górę, niemal jednym ruchem włożyła mu kurtkę od piżamy i ściągnęła spodnie; potem fachowo okryła go ręcznikiem i zaczęła myć pod spodem, między nogami. Orvil był tam rozgrzany i lepki; chłodny dotyk gąbki wprawiał go w drżenie, ale nie przeszkadzało mu, że szybkie dłonie pielęgniarki uwijają się pod ręcznikiem. W górze od piżamy czuł się bezpiecznie.
"Ciekawe, czy Florence Nightingale uczyła, żeby robić to w taki sposób. Czy to nie dziwne?", pomyślał.
- Przestań się trząść, w tej chwili! - powiedziała pielęgniarka, wymierzając mu teatralnego klapsa w udo; bo teraz Orvil to ściskał kolana, to je rozłączał, wykonując całym ciałem drobne konwulsyjne ruchy do przodu.
Próbował zapanować nad drżeniem ciała, ale wtedy zaczął szczękać zębami. Klekotały jak źle dopasowana szczęka, przygryzł sobie język i zakwiczał z bólu.
- A teraz kim jesteś? Wieprzkiem? - zasugerowała obojętnie pielęgniarka. Nie wiedziała, co się stało. Skończyła wycierać nogi, trochę za mocno zacisnęła mu w pasie pleciony sznurek od spodni i ponownie otuliła go pościelą.
- Teraz poczujesz się lepiej - powiedziała, i podała mu jeszcze dwie z tych tabletek, które sprawiły, że pokrył się czerwonymi plamami. Jeszcze raz spróbowała przeczesać mu włosy dłonią, ale zrezygnowała, śmiejąc się. - Są jak sierść teriera albo najwyższej jakości strzecha, sto lat gwarancji na wodoszczelność. - Potem dodała bardziej miękko: - Dobranoc, chłopcze - i odeszła.
""Chłopcze" brzmi dziwnie", pomyślał Orvil. "Jest pełne seksu". Zaczął dumać o słowach i uczuciach, jakie słowa w nim wzbudzają, aż w końcu zasnął.
?
Orvil poczuł dreszcz emocji, kiedy zobaczył swojego ojca w dużym czarnym samochodzie, który czekał pod głównym wejściem do infirmerii. Widok był tak niespodziewany, że wydał mu się bezpośrednim i magicznym spełnieniem jego pragnień.
"Nie potrzebuję aż takiej karety, żeby stąd uciec", pomyślał. "Ale Magia ma gest, nie przysłałaby małego austina".
Wybiegł na słońce, zakręciło mu się w głowie, poczuł nieznośne łaskotanie w uchu.
- Serwus, tato - zawołał, przytrzymując ojcu drzwi od samochodu. Orvil widywał go ledwie raz na trzy lata; pan Pym kojarzył mu się głównie z czarnymi samochodami i ekscytującymi posiłkami w restauracjach. Prawie nie mieli o czym rozmawiać, ponieważ jedyny temat, jaki obu naprawdę interesował, objęty był zmową milczenia. Matka Orvila zmarła przed trzema laty; Orvil wiedział, że na najmniejszą wzmiankę o niej twarz ojca tężeje, głos staje się szorstki, okrutny i pogardliwy. Nie wolno było przywoływać jej w myślach ani wspominać - ponieważ tak bardzo ją kochano. Pokazywać, że znało się taką kobietę, było czymś odrażającym. Obowiązywała tak ostra cenzura, że kiedy mówiło się o przeszłości, należało sięgać po wyrafinowane eufemizmy.
- Serwus, mikrobie - powiedział pan Pym. Zawsze nazywał go w ten sposób, ponieważ Orvil był jego najmłodszym i najmniejszym dzieckiem. Czasami mówił "pędraku", ale w zasadzie "mikrobie".
- Lepiej się czujesz? Jesteś jeszcze trochę pstrokaty.
- O, mam się całkiem dobrze. Możemy już jechać? - rzekł Orvil, patrząc na niego przynaglająco. Pobiegł po torbę, a bezpieczny poczuł się dopiero wtedy, gdy wieś i szkolne budynki zostały daleko w tyle.
Szofer prowadził spokojnie i pewnie. Orvil przez chwilę czuł euforię z powodu odzyskanej wolności; potem ogarnął go niepokój, bo zaczęły się letnie wakacje i każda sekunda przybliżała początek nowego semestru.
Pan Pym zasugerował, że w drodze na południe powinni zanocować w Oksfordzie. Jeśli to zrobią, będą mogli sprawdzić, czy Charles, jego najstarszy syn, opuścił już kwaterę. Charles był naturą tak niezależną, że z zasady nie informował o swoich planach i nigdy nie pisał listów. Pan Pym musiał się bardzo starać, żeby czegokolwiek się o nim dowiedzieć.
Charlesa nie było. Gdy spytali o niego na kwaterze, konsjerżka powiedziała, że ulotnił się pod koniec semestru z dwoma innymi dżentelmenami. - Odjechali tym jego prychającym niebieskim autem - dodała z obrzydzeniem. Orvil nienawidził niebieskiego bugatti starszego brata niemal równie mocno jak konsjerżka. Skórzane pasy obejmujące wzdętą pokrywę silnika, plugawa rura wydechowa tak bardzo przypominająca zachłanny odkurzacz; te elementy budziły w nim szczególną odrazę.
Orvil i jego ojciec wrócili do Mitry i usiedli w wiklinowych fotelach pod szklanym dachem. Pan Pym zamówił dla siebie dżin z francuskim wermutem, a dla Orvila sok pomarańczowy. W milczeniu zaczął przeglądać magazyny leżące na stole. Orvila ogarnęło przygnębienie. Ojciec podniósł wzrok, wyjął z koktajlu wisienkę i podał mu ją tak jak wtedy, gdy Orvil był bardzo mały. Orvil chwycił jaskraworóżowy owoc zębami, a ojciec trzymał w palcach drugi koniec drewnianej wykałaczki. Orvil poczuł na podniebieniu nęcący smak esencji zapachowej, syropu i alkoholu; nagle znów miał osiem lat, siedział w piżamie przy kominku w bibliotece, pił gorące mleko, a ojciec sączył koktajl i czytał mu na głos, póki dwa uderzenia zegara nie oznajmiły, że jest wpół do ósmej.
"Ile wisienek nasączonych dżinem zjadłem do dziesiątych urodzin?", zastanawiał się Orvil.
- Chodźmy na kolację - powiedział pan Pym, wstając po wypiciu trzeciego dżinu z wermutem. Przed wejściem do jadalni puścił syna przodem. Orvilowi sprawiło to przyjemność.
Stał na środku sali trochę onieśmielony i wodził spojrzeniem po kolorowych herbach zdobiących ściany, czekając, aż ojciec wybierze stolik. Właśnie wypatrzył herb kolegium swojego brata, kiedy pan Pym zdecydował się na stolik w pobliżu starszej pani, która, jak się wydawało, jadła wyłącznie jaja na miękko. Na białym obrusie przed nią leżały już dwie skorupki. Kłapała jak dziadek do orzechów, mówiąc coś przykrego pochylonemu nad nią młodemu kelnerowi. W pewnej chwili gwałtownie uniosła rękę do ust i Orvil zobaczył, że skóra powleka jej kości jak przezroczysty arkusz żelatyny. Na palcu miała półobrączkę wysadzaną dużymi brylantami; rodzaj pierścienia, jaki kojarzy się z białą tkaniną okrywającą meble w sypialni, wieńcami z róż ozdobnych, plecionymi panelami z trzciny, srebrnym kruczkiem i łyżką do butów, anielskimi twarzyczkami Reynoldsa na utlenionych wiekach od pudernic.
Orvil obserwował ją niemal przez cały posiłek, co nie przeszkadzało mu w skupieniu oddawać się konsumpcji. Najpierw zjadł zupę pomidorową i górę grzanek melba; następnie zabrał się za pieczoną kaczkę z sałatką pomarańczową, purée ziemniaczane i szpinak ze śmietaną. Szpinak w tej postaci nieodmiennie coś mu przypominał. Skojarzenie było silniejsze od niego; próbował wyzwolić się od natarczywego obrazu, lecz ten powracał uparcie, ilekroć Orvil miał przed sobą rzeczone danie. Raz, na łące pełnej jaskrów, wdepnął w krowi placek. Spojrzał na swoją stopę, która przebiła twardą zewnętrzną skorupę. Tkwiła we wgłębieniu otoczona najciemniejszą, najbardziej soczystą zielenią. "Jaki wspaniały kolor!", pomyślał. "Zupełnie jak aksamit albo nefryt, albo szpinak ze śmietaną".
Teraz, gdy kelner nakładał mu na talerz kopiate łychy miękkiej pulpy, obraz pojawił się znowu. "Jem krowi placek, jem krowi placek!", myślał Orvil, zanurzając widelec w szpinaku.
- Na co masz ochotę później? - zapytał ojciec. Był człowiekiem, który lubi patrzeć, jak inni ludzie jedzą. Dla siebie zamówił tylko soczyste czarne grzyby na grzance. Grzyby o spłaszczonych, zdeformowanych blaszkach, które rozchodziły się promieniście od środka kapelusza, wyglądały jak skurczone azjatyckie skalpy o sztywnych włosach.
Orvil zajrzał do karty.
- P?che Melba - powiedział.
- Brzoskwinia nie będzie świeża - ostrzegł go ojciec.
- Chyba nigdy nie jadłem p?che Melba ze świeżą brzoskwinią - rzekł Orvil. - To zawsze była duża żółta brzoskwinia z puszki.
- No właśnie. Nigdy nie podają jej jak należy. Skoro nie robią jej ze świeżych brzoskwiń, nie powinni jej robić wcale. - Pan Pym wydawał się naprawdę oburzony, choć Orvil wiedział, że ojciec sam nie zjadłby p?che Melba za żadne skarby świata.
- Ale w Anglii świeże brzoskwinie potrafią kosztować pół korony za sztukę albo i drożej - powiedział Orvil, wytrwale broniąc p?che Melba z brzoskwinią z puszki.
Ojciec nie odpowiedział, tylko popijał małymi łyczkami whisky z wodą sodową.
Przyniesiono p?che Melba w czerwonym welonie z gęstego sosu Escoffier. Dwie połówki złączono tak, że owoc znów przypominał kształtem pośladki.
"Jak pupa amorka z celuloidu", pomyślał Orvil. "Ten amorek pękł i wyrzuca z siebie puszysty śnieg i ogromne skrzepy krwi".
Wziął na język trochę czerwonego sosu o metalicznym posmaku. Ojciec przyglądał mu się z uwagą i pobłażaniem, aż ostatni kawałek brzoskwini zniknął z talerza, po czym obaj wstali od stołu i wrócili na wiklinowe fotele pod szklanym dachem.
- Nalejesz? - zapytał ojciec, kiedy przyniesiono kawę. Ta propozycja, podobnie jak ustąpienie mu pierwszeństwa przed wejściem do jadalni, sprawiła Orvilowi wyjątkową przyjemność. Poczuł się ważny.
Ojciec wypił czarną kawę z trzema kosteczkami cukru w maleńkiej filiżance; potem niepostrzeżenie zapadł w sen. Orvil przyglądał się delikatnym ciemnoczerwonym żyłkom na jego nosie i policzkach. Przypominały mu wyciągnięte ku sobie nawzajem mikroskopijne purpurowe dłonie i palce. Zastanawiał się, czy ojciec nie palił aby znowu opium. Nic nie wiedząc o działaniu tego narkotyku, snuł takie domysły zawsze, kiedy pan Pym nagle zasypiał. Wiedział, że w przeszłości zdarzało się ojcu palić opium, bo kiedyś rzucił trochę zbyt jowialnym i nonszalanckim tonem: "Pewien jegomość z Jawy zasugerował, że któregoś wieczoru powinniśmy zapalić sobie pajpę, ale jedyne, co po tym czułem, to mdłości, więc nigdy później tego nie tknąłem".
Odkąd Orvil usłyszał to zdanie, czekał, aż poczuje wokół ojca woń opium. Dobrze ją znał, bo kiedy miał dziewięć lat, ciotka, wiedząc o jego słabości do biżuterii i zabawek, podarowała mu starą chińską szkatułkę na opium. Wykonana była z kości słoniowej, którą narkotyk przyciemnił do barwy gniadego konia. Kiedy Orvil pierwszy raz uniósł wieko, poczuł jedyny w swoim rodzaju, nieznany wcześniej zapach. Brązowe resztki opium nadal oblepiały ścianki i dno szkatułki. Co wakacje, ilekroć sięgał do swojej szafki ze skarbami, zdejmował wieko i wdychał przedziwny zapach opium.
Raz jeszcze spojrzał na ojca. Orvil miał ochotę położyć się do łóżka i nie wiedział, czy go budzić. Wolałby nie, ale obawiał się, że jeśli tego nie zrobi, ojciec gotów okryć się hańbą pod szklanym dachem hotelowej herbaciarni. Mógł beknąć przez sen, chrapnąć, zakląć, albo zdradzić jakieś przerażające rodzinne tajemnice tym szczególnie niepokojącym głosem kogoś, kto mówi przez sen.
Dotknął lekko jego ramienia i powiedział: - Idę się położyć, tato.
Pan Pym otworzył oczy i spojrzał na niego bezmyślnie; po chwili oprzytomniał, jego oczy przestały przypominać ślepia gotowanego dorsza, i odrzekł: - Dobranoc, mikrobie. Pchły na noc. Karaluchy pod poduchy, a szczypawki do zabawki.
?
Orvil miał przedziwną noc. Pokusa, by zrobić coś nieprzystojnego, nawiedzała go raz po raz, ale mężnie stawiał jej czoło, czuł się wszechmocny i dobry, jakby sam Bóg był po jego stronie. Tej nocy jego sny były jeszcze bardziej przerażające i dziwaczne niż zwykle. Oto leżał wyciągnięty w wielkiej otwartej ranie. Gołe, miękkie, delikatnie pulsujące mięso było bardzo wygodne; wiedział jednak, że czyniąc choćby najmniejszy ruch powieką, zada straszliwy ból olbrzymowi, w którego poranionym krwawym łonie właśnie spoczywał. W innym śnie powiększone do groteskowych rozmiarów diamenty kołysały się na długich złotych drutach. Wyglądały jak kwiaty słonecznika rosnące rzędami w ogrodzie. Orvil był malutkim dzieckiem, które błąkało się pod poszyciem z ich sztucznych liści. Dął wiatr, diamenty huśtały się jak szalone, do przodu i do tyłu, a ich okrutne fasety siekły go po twarzy. Niczym połyskliwe, agresywne, lodowe futbolówki, kolosalne diamenty waliły go w głowę, szarpiąc ciało tak długo, aż oczy zalały się krwią, i Orvil poczuł, że adamantowe groty dzwonią o białą kość.
Obudził się z pieśnią miłosną Thais na ustach. Przynajmniej sam ją tak nazywał. Usłyszał ją w zeszłym semestrze z gramofonu jednego z nauczycieli. Teraz wydobywał z siebie triumfalne odgłosy bólu i cierpienia. Śpiewał głośno, próbując naśladować różne instrumenty w orkiestrze w paśmie poniżej i powyżej głównego tematu. W głębi duszy był przeświadczony, że można z powodzeniem śpiewać trzy partie jednocześnie, tak jak można ich jednocześnie słuchać.
Kiedy pierwszy raz usłyszał płytę z pieśnią Thais, nie zwrócił na nią szczególnej uwagi, ale trochę przerażający i ekscentryczny nauczyciel w dwu parach ciemnych okularów przybliżył mu jej walory, chodząc tam i z powrotem po pokoju i snując opowieść o niej, a potem puszczając nagranie jeszcze raz.
Okazją do gramofonowego recitalu był osobliwy podwieczorek wydany przez nauczyciela dla uczestników lekcji francuskiego. Orvil z przyjemnością wspominał niską jadalnię w opustoszałym domu, chłopca na posługi w mundurze skauta, ogromne, ciężkie od tłuszczu pączki z grubą warstwą lukru, kubki w rozmiarze dziecięcego nocnika i te malutkie, delikatne, stare łyżeczki, prawie niewidoczne na topornych spodkach.
Łyżeczki zapamiętał szczególnie dobrze - piękne, wczesnowiktoriańskie, o miseczkach w kształcie muszli przegrzebków, z herbami na trzonkach. Jakże pragnął mieć taką łyżeczkę! Ale zabrakło mu odwagi, by zwędzić choćby tę leżącą najbliżej, na jego spodku...
Orvil wyskoczył z łóżka i poszedł obejrzeć swoją twarz w lustrze. Bał się, że teraz, kiedy ma piętnaście lat, zacznie tracić urodę. Modlił się: "Boże, nie pozwól, żebym przeszedł mutację i żeby wyrosła mi broda". Ale Bóg nie usłuchał i obie rzeczy zaczęły się dziać. Kiedy Orvil śpiewał, głos załamywał mu się w wyższych rejestrach, a teraz, kiedy patrzył na swoje lustrzane odbicie, stwierdził, że nad górną wargą znów sypnął się złoty puszek. Zgolił go po kryjomu miesiąc temu brzytwą znalezioną u ciotki na strychu. Ciotka była żoną pastora i ludzie znosili jej rozmaite rupiecie z myślą o kolejnym kiermaszu dobroczynnym. Ilekroć Orvil u niej bywał, szedł na strych, gdzie składowano te rzeczy, i czymś się częstował. Ciotka nic o tym nie wiedziała; zawsze ukrywał to, co stamtąd wynosił.
Ostatnim razem znalazł staroświecką brzytwę, którą można by poderżnąć gardło, i jeden z tych ochraniaczy, jakie krykieciści zakładają na krocze. Zdumiał się, że w ogóle można oddać coś takiego na kiermasz; potem pomyślał, że to musiała być kobieta i że nie wiedziała, co to jest, tak jak on nie wiedział, dopóki nie zapytał swojego nauczyciela ze szkoły podstawowej.
Chwycił te dwa przedmioty i zbiegł z nimi do swojego pokoju. Tam przytroczył sobie o wiele za duży ochraniacz. Koźlęca skóra, sczerniała i wyświecona od potu, wpijała się w delikatną wewnętrzną powierzchnię jego ud jak twarda ludzka ręka. Stanął przed lustrem i zaczął golić górną wargę starą brzytwą.
Potem zszedł na dół, ciągle mając pod ubraniem przypięty ochraniacz. Kiedy rozmawiał z ciotką i kuzynami, płonął z podniecenia i satysfakcji. Czuł się bardzo bezpiecznie.
W ubiegłym semestrze zabrał brzytwę do szkoły i dwukrotnie jej użył, w tajemnicy. Zamknął się w ubikacji na piętrze (jedynej z drzwiami), stanął na sedesie, zanurzył brzytwę w rezerwuarze i postukał nią o dzwon spłuczki. Golił się bez lustra, delikatnie przesuwając palcem po wilgotnej wardze i dopiero potem przykładając ostrze...
Teraz, kiedy patrzył na siebie w lustrze, zastanawiał się, czy znowu powinien jej użyć. Bał się, że przez ciągłe golenie zarost stanie się mocniejszy i gęstszy; z drugiej strony, lubił go zeskrobywać. Postanowił, że tego ranka nie będzie nic robił, wmawiając sobie, że nikt nie zauważy delikatnego złotego meszku.
Próbował też sobie perswadować, że nikt nie zauważy sinych kręgów pod jego oczami. Wydawało mu się, że wyskakują na niego z lustra; sprawiały, że nie widział swojej twarzy. A to dlatego, że chłopcy w szkole czasem śmiali się i mówili znacząco: "Pym, aleś ty od rana sponiewierany. Coś ty tam wyczyniał?".
Wiedział, do czego piją, i dygotał pełen świętego oburzenia; przecież nic nie mógł poradzić, że ma podkrążone oczy. To była kwestia niepokoju i pobudzenia, które często nie pozwalały mu zasnąć w nocy, a także nadmiernej męczliwości oczu.
Miał nadzieję, że inni ludzie, jeśli zobaczą sińce, domyślą się tego. Ogarniało go przerażenie, że mogliby się nie domyślić - że będą mieć tak wulgarne skojarzenia jak chłopcy w szkole.
Wziął ręcznik i ruszył do łazienki. Przed wejściem stał automat z lekarstwami: aspiryną, chininą, Cascara Sagrada. Orvil miał teraz pieniądze, bo wczoraj w samochodzie ojciec wsunął mu do kieszeni wszystkie swoje drobniaki. Orvil, który podczas jazdy zapadł w drzemkę, wzdrygnął się nerwowo, zaskoczony nieoczekiwanym ruchem; po chwili poczuł, że twarde półkoronówki i pensy gniotą go w udo.
Wrócił do pokoju po trzy sześciopensówki. Wrzucił po jednej do każdego z otworów i zaniósł trzy małe pakiety do łazienki. Zanim pomieszczenie wypełniło się parą wodną, uważnie przestudiował wszystkie zalecenia. Leżąc na wznak w wannie, zażył po tabletce z każdej fiolki. Poczuł się znacznie lepiej - spokojny i odprężony.
Po śniadaniu zabłądził w drodze powrotnej do pokoju. Pokojówka zobaczyła go, jak wałęsał się po ciemnych, krętych korytarzach. Była to ładna, inteligentna dziewczyna, bardzo kobieca. - Zabłądził pan, sir? - spytała życzliwie. Orvil najpierw poczuł się owym "sir" miło połechtany, a potem zawstydzony. - Tak - powiedział. - Musiałem skręcić nie tam, gdzie trzeba.
Pokojówka patrzyła na niego wzrokiem, w którym nie było najmniejszego śladu wrogości.
- To miejsce jest jak prawdziwa chińska łamigłówka, nie sądzi pan? - zaśmiała się. Orvil pomyślał, że to bardzo pomysłowe i zabawne zdanie. Nigdy nie słyszał wyrażenia "chińska łamigłówka". Lecz nagle hotel wydał mu się przerażającym labiryntem, z Minotaurem czyhającym na niego gdzieś w ciemności.
?
Tamtego dnia udali się autem do Salisbury. Drugi syn pana Pyma, Ben, przebywał nieopodal na obozie szkoleniowym dla oficerów rezerwy.
Pozostawiwszy bagaż w hotelu, Orvil i jego ojciec ruszyli w stronę równiny. Pan Pym poinstruował szofera, by jechał, dopóki nie zobaczy lśniących białych namiotów. Orvil pierwszy dostrzegł błyszczące stożki. Szofer skręcił w ich stronę, ale okazało się, że musi zostawić samochód w pewnej odległości, przy głównej drodze, ponieważ trakt wiodący do obozu przypomina grzęzawisko pełne miękkiego, kleistego błota.
Pan Pym i Orvil wysiedli z samochodu i zaczęli brnąć przez błocko. Obaj milczeli. Czuli się winni, a zarazem szczęśliwi, że sami nie muszą znosić tego obozowego życia; jednocześnie na swój sposób tęsknili do niego.
Nagle ujrzeli przed sobą Bena. Wyglądał bardzo atrakcyjnie, lśnił od potu, minę miał naburmuszoną. Widocznie pełnił akurat dyżur, bo - ubrany w sztywne od brudu drelichy - dźwigał dwa kubły nieczystości z latryny, co krok bryzgając nimi na boki. Kiedy zobaczył ojca i młodszego brata, upuścił wiadra i chwilę stał osłupiały, po czym roześmiał się głośno, rozładowując sytuację. Tamci dwaj ruszyli biegiem, żeby się z nim przywitać, ale odegnał ich ruchem ręki, wołając: - Lepiej nie podchodźcie, bo wam żołądki podejdą do gardeł.
W istocie ów widok i smród zdążyły wywrzeć na Orvilu osobliwe wrażenie. Wydawało się, że kubły budzą w nim cokolwiek niepokojącą fascynację. Chciał wsadzić kij do wiadra i bełtać zawartością. Chciał bawić się dryfującymi bryłkami, nadziewać je na patyk i podrzucać wysoko do góry. Zarazem jego drugie ja, bardzo kobiece i wymagające, zaciekle walczyło z tymi rojeniami, mówiąc mu wprost, że piękny, niezwykle atrakcyjny brat będzie odtąd w jego oczach trwale zbrukany przez skojarzenie z tym plugastwem.
Pan Pym uzgodnił z Benem, że po zakończeniu dyżuru przyjedzie do Salisbury, a wieczorem, po wspólnej kolacji, wszyscy pojadą obejrzeć iluminowany capstrzyk.
Orvil spojrzał jeszcze raz na ukochanego brata, tak czarującego, białego i czystego pomimo zewnętrznej warstwy brudu. Natrętnie myślał o jego urodzie, by zatrzeć obraz Bena taszczącego wiadra z fekaliami.
Po powrocie do hotelu Orvil położył się na łóżku i próbował zasnąć. Cascara Sagrada zaczęła już w nim pracować, przepełniały go też cierpienia duchowe. Gdyby tak mógł umrzeć! - pomyślał. Albo gdyby mógł być wolny, całkiem wolny, i cieszyć się pełnią praw przysługujących dorosłemu; mieć trochę pieniędzy, trochę przestrzeni i pracę, którą uwielbia. Gdyby tak jego fascynująca, ogorzała od słońca matka mogła wstać z grobu i wrócić do niego w tej swojej dziwacznej, brzydkiej sukience w czerwono-zieloną kratę z błyszczącym paskiem - tej, którą kupiła w sklepie u swojej modnej przyjaciółki. Gdyby mógł jeszcze raz wsunąć jej na palce pierścionki i pomalować wieczorem brwi, tak zręcznie jak to czynił dawniej, malutkim czarnym pędzelkiem.
Zobaczył to wszystko w półśnie - jego matka wstała z grobu. Ale nie miała na sobie czerwono-zielonej sukienki; była w pomiętej brzoskwiniowej koszuli nocnej, oczy miała zamknięte, a włosy o barwie złocistych tostów były splątane i oklapłe od ziemi. Grudki ziemi sypały się z oczodołów; Orvil widział, jak jedna potoczyła się w dół i zniknęła między piersiami. Jej nos zgnił i odpadł!
- O rety! - krzyczał, nie mogąc znieść powracającego koszmaru. Widział matkę próbującą wydostać się z ziemi, póki nie przypominał sobie, że została skremowana; odtąd wydawało mu się, że krzyczy do niego obraz jej na wpół spalonego ciała w piecu.
Obudził się i przypomniał sobie, jak próbowała go stłuc szczotką do włosów z kości słoniowej. Goniła go po lśniącej łazience, w końcu dopadła za bladobłękitną umywalką i tam zaczęła okładać. Była tak wściekła, że zapomniała, której strony szczotki należy użyć. Lunęła na odlew, poczuł na skórze kłujące włosie. Uderzyła ponownie, próbował jej oddać. Zaczęli kręcić się w kółko na środku łazienki, wczepieni w siebie nawzajem, wymierzając sobie wściekłe razy.
Teraz obojgu chciało się śmiać, ale nie śmiali się. Tamtego wieczoru, gdy już sobie wybaczyli i matka przyszła zobaczyć go w kąpieli, leżał na plecach i nie odwracał się, żeby nie zobaczyła purpurowych śladów po twardym włosiu, którym pokłute były jego pośladki...
Drzwi otworzyły się bezszelestnie i do pokoju wszedł Ben. Orvil w półśnie myślał przez chwilę, że jakiś piękny nieznajomy pomylił sypialnie, bo Ben miał na sobie mundur z błyszczącymi guzikami, a jego rozjaśnione od słońca włosy były białe, delikatne i połyskliwe jak mika.
Podszedł do łóżka, położył się obok Orvila i zaczął mówić. Na zewnątrz, na hotelowym dziedzińcu, krople wody z zatkanej rynny kapały na płyty chodnikowe daleko w dole. Orvil czekał kolejnych plumknięć przypominających dźwięki fletu, a jednocześnie słuchał opowieści brata o życiu w obozie.
Ben mówił o setkach sardynek, które psuły się w otwartych puszkach, zanim podano je na kolację; o chłopcu, którego uznano za nieboszczyka, kiedy zwalił się na niego namiot; o ludziach ze śmierdzącymi nogami, którzy chrapią przez całą noc; o ekscytujących manewrach nocnych, kiedy rezerwiści godzinami leżą obok siebie w spowitych mrokiem okopach. Ostatnia historia dotyczyła jakiegoś młodego nieszczęśnika, którego tłuczono po głowie pobijakiem, aż z ust trysnęła mu jasnozielona flegma.
Ben rechotał zachwycony własnymi opowieściami. Był osobą życzliwą, ale wesołość okazywał tylko wtedy, kiedy mówił o przemocy.
Uniósł rękę nad głową. Naskórek wokół jednego z paznokci był postrzępiony.
- Co z tym zrobić? - zapytał. - Siepie się i boli za każdym razem, kiedy używam tego palca.
Orvil spojrzał na wystrzępione skórki. Wydawało mu się, że to drobnostka.
- Najlepiej spytajmy tatę - stwierdził zdawkowo.
Wstali z łóżka i zeszli na późny podwieczorek; później pan Pym zabrał ich do mydlarni, gdzie nabył kobiecy krem do pielęgnacji skórek z myślą o palcu Bena.
Orvil, który przespał całe popołudnie, czuł się niedobrze i był jakby nieobecny; ale gdy z tacki pełnej barwnych kosmetyków na stoisku dla pań stoczyła się szminka, błyskawicznie zanurkował, podniósł ją i schował do kieszeni, zanim dobrze pojął, co robi.
- Co tam spadło? - zapytał ojciec. Orvil odpowiedział całkiem spokojnie.
- Nie jestem pewien, chyba szminka, ale wtoczyła się pod ladę.
Młoda ekspedientka opadła na czworaki, a oni wyszli ze sklepu.
Kiedy weszli z powrotem do hotelu, żylasty mężczyzna z haczykowatym nosem wychynął zza gazety, po czym ruszył w ich stronę z wyciągniętą ręką.
- Serwus, Pym, jaka miła niespodzianka! - powiedział.
Pan Pym rozpoznał w nim kogoś, kogo spotkał na Dalekim Wschodzie. Nigdy jakoś szczególnie się nie przyjaźnili i nie widzieli się od lat, ale teraz serdecznie uścisnęli sobie dłonie.
Mężczyzna był w Salisbury, ponieważ jego syn również przebywał na obozie szkoleniowym dla oficerów rezerwy.
Wydawało się, że ma zupełnego fioła na punkcie tego chłopca. Opowiadał podnieconym głosem drobne anegdotki. Oczy mu pląsały i szczerzył ładne białe sztuczne zęby. Opisał brawurę syna i jego niezwykle atrakcyjny wygląd. Na koniec powiedział udawanym cockneyem, choć w gruncie rzeczy całkiem serio: - Głupio tak mówić, ale klawy chłopak z tego Jima.
Orvil był mocno zaskoczony tą demonstracją uczuć. Nie sądził, że ojcowie mogą okazywać synom cokolwiek innego prócz chłodnej tolerancji i rozdrażnienia. Nagle poczuł zazdrość o Jima i żeby pozbyć się tego uczucia, powiedział sobie, że obsesja ojca stawia ich obu w groteskowym świetle.
Opuścili mężczyznę, żeby udać się na kolację, i przy wejściu do jadalni stało się to, na co Orvil czekał. Mężczyzna odwrócił się do jego ojca i powiedział pośpiesznie: - Słuchaj, tak mi było przykro, kiedy usłyszałem o twojej...
Pan Pym przerwał mu brutalnie, zanim padło ostatnie słowo.
- W sumie dobrze się stało - rzekł z satysfakcją. - Gdyby przeżyła, byłaby kaleką, i możesz zgadnąć, jak by się z tym czuła! - dodał wyjątkowo paskudnym, agresywnym tonem. Mężczyzna poczerwieniał ze wstydu, żałując, że powiedział coś, czego wcale nie chciał powiedzieć.
Bardzo staroświecki kelner z platfusem, kępkami rzadkich włosów i zatłuszczoną serwetą na przedramieniu zaprowadził ich do stolika. Orvil spoglądał na niego jak na frapujący relikt. Nie chciał myśleć o nim jak o człowieku, zepsułoby mu to posiłek. Nieszczęsna kondycja kelnera docierała do niego falami, które odpędzał, próbując skupić się na karcie dań.
Ben zamówił piwo. Tak naprawdę chciał whisky z wodą sodową, ale silne poczucie przyzwoitości mówiło mu, że siedemnastolatek pijący whisky wyglądałby głupio, a Ben nigdy nie sprzeciwiał się swojemu poczuciu przyzwoitości.
Kiedy po posiłku wsiedli do samochodu, szofer wydawał się nadąsany. Orvil usiadł z przodu, obok niego, jak to czasami lubił robić.
- Nie chcesz obejrzeć capstrzyku? - zapytał, próbując go obłaskawić.
- Wszystko pięknie, tyle że ja też mam swoje sprawy - odparł wyniośle szofer. Jak dotąd miał wszystkie wieczory wolne i mógł codziennie, za każdym razem w innym mieście, pójść do pubu i poderwać miejscową dziewczynę. Lubił tę szybką degustację w przelocie i był rozgoryczony, że tego wieczoru pozbawiono go swobody. Oznaczało to, że nie skosztuje kobiet z Salisbury -no, chyba że przygruchałby sobie jakąś na capstrzyku. -Może tak się stanie. -Wyobraził sobie, że leży na pagórku i czuje dotyk szorstkiej trawy na dłoniach i twarzy.
Orvil przyglądał mu się uważnie i dumał o tych wszystkich dziewczętach z książek, które ulatniają się z szoferami swoich ojców. Teraz rozumiał, co je tak pociąga. Nie tyle szofer jako taki (ten obok był różowy i przypominał knura), ile zawrotna prędkość; mundur budzący skojarzenia z jakąś tajemniczą, nieznaną armią; wspólnota w odosobnieniu, jak na bezludnej wyspie; poczucie lekkości towarzyszące ucieczce.
Samochód zatrzymał się i przez pewien czas musieli błądzić w błocie i ciemności, zanim udało im się znaleźć swoje miejsca na drewnianej trybunie.
Capstrzyk nie rozpoczął się jeszcze, ale reflektor przeciwlotniczy oświetlał tęgiego mężczyznę w bieli, który przewodził wspólnym śpiewom. Mężczyzna wymachiwał rękami i pocił się obficie. Tłum odpowiadał cicho i powściągliwie. Grubas z zapałem kręcił biodrami. Kiedy odchylił się do tyłu, brzuch mu spęczniał, i Orvil przestraszył się, że zaraz pęknie. (Wyobrażał sobie, że przy rozerwaniu powłoki brzusznej flaki tryskają z rozdartego ciała. Bał się, że zobaczy na białych spodniach i koszuli rozlewającą się czerwoną plamę). Brzuch, jak bukłak pełen wina, kolebał się niebezpiecznie z boku na bok. Orvil zamknął oczy, a potem znów je otworzył. Mięśnie piersiowe grubasa były tak luźne i pokryte sadłem, że przypominały piersi ładnej, dorastającej dziewczyny. Orvil widział, jak tańczą i podskakują pod białą bawełną; zobaczył je wyraźniej, kiedy wychynęły spod rozchełstanej koszuli.
Śmiać mu się chciało. Wyglądały niedorzecznie, jak dwie ożywione babki z puddingu.
Śpiewy przerwało nagle monotonne walenie w bęben. Szperacze okręciły się jak na komendę i sztywne snopy ich świateł spotkały się w narożniku pola.
Z początku Orvil nie widział nic, później zobaczył, jak z ciemności wyłania się biała koza. W świetle reflektorów wydawała się niemal zielona; za jej małą sylwetką podążały jak szeroko rozlana rzeka kolejne orkiestry wojskowe.
Pomyślał, że to jedna z najcudowniejszych scen, jakie widział. Nie mógł oderwać wzroku od posągowych mężczyzn podrzucających srebrne buławy, i tych podobnych do gladiatorów w lamparcich skórach, bijących w szkarłatne bębny o rozmiarach ogromnych serów. Miarowy stukot i falowanie tej rozlanej rzeki wprawiły go w stan upojenia. I jeszcze ta stąpająca lekko kózka-szelma z piękną, upudrowaną, rozwianą sierścią, przewodząca setkom karnych mężczyzn w pysznych szkarłatnych strojach zdobionych futrem i złotym szamerunkiem.
Orvil pomyślał o kolegach ze szkoły, którzy tak często czynili kozy przedmiotem niewybrednych żartów i groteskowych historyjek. Teraz, kiedy oglądał capstrzyk, nie potrafił uwolnić się od wspomnienia tych szyderstw. Wyobrażał sobie kózkę wykorzystywaną haniebnie przez pułk żołnierzy. Owładnięci szałem profanowali swój święty symbol, aż w końcu padał martwy na ziemię.
"Nie myśl, nie myśl, nie myśl", powtarzał w rozpaczy Orvil, próbując skupić uwagę na tym, co rzeczywiście miał przed oczami.
Orkiestry wojskowe znikały teraz w ciemności po drugiej stronie oświetlonej połaci. Wtem reflektory obróciły się, oświetlając inny fragment terenu. Z mroku wyskoczyła miejska brama i brunatny mur obronny. Dziwni ludzie przypominający Arabów rzucali się w dół jak rażeni gromem. Inni maszerowali przed siebie, a potem padali, zwijając się w agonii. Brytyjscy żołnierze skradali się w swoich wiktoriańskich hełmach. Obłoczki dymu z ich strzelb wisiały w powietrzu jak białe piłki. Zwycięzcy wznosili wojenne okrzyki i wiwatowali. Pokonani pełzali w kurzu, żebrząc o litość.
Kiedy było już po wszystkim, i Ben ruszył w drogę powrotną do obozu, Orvil zwrócił się do szofera.
- No i jak się bawiłeś?
- Doskonale, dziękuję bardzo - brzmiała uprzejma, gładka odpowiedź.
Orvil spojrzał na zarys okrągłej twarzy szofera. Wydawała się teraz pogodna. Szofer żartował z nim przyjaźnie, mówiąc: - Ładna ta kózka, prawda, panie Orvilu? - Ten "pan" bardzo Orvila zaskoczył. Szofer był tak niezależny i tak demokratycznie usposobiony, że kiedy się dąsał, nawet do pana Pyma nie chciał mówić "sir".
Orvil siedział obok niego w ciszy i myślał o jutrzejszym dniu, kiedy mieli dotrzeć do hotelu, gdzie spędzą resztę wakacji.
2
Samochód skręcił z drogi między wysokie kamienne filary bramy wjazdowej. Orvil spojrzał na kolumny zwieńczone gotycką tarczą herbową, którą okalały rzymskie hełmy i trofea. Tu sterczał złamany grot włóczni, tam zwisał smętny wieniec laurowy.
Przy bramie stała stróżówka. Za nią panoszyła się masa starych rododendronów. Takie same krzewy obrastały i zacieniały drogę wiodącą do zabudowań.
Ładną, otynkowaną, "elżbietańską" stróżówkę opatrzono datą 1846 wypisaną dużymi czarnymi cyframi. Nad datą widniał wypukły relief przedstawiający książęcą koronę, dwa godła i klejnot herbowy. Wyglądało na to, że w tamtych czasach raczej nie zdawano się na przypadek.
Przez ostatnie dziewięćdziesiąt lat, w miarę rozrastania się rododendronów, droga stawała się coraz węższa. Teraz była nad wyraz kręta dla dużych samochodów, które jeździły nią w obie strony. Świeżo wysypany różowy żwir nadawał jej nieco nowobogacki wygląd; do wnętrza tunelu spomiędzy ciemnych liści przenikało zielonkawe światło.
Kiedy samochód wyjechał wreszcie na rozległą murawę, Orvil z przyjemnością popatrzył na rezydencję, która przed nim wyrosła. Był to duży budynek z jasnej cegły, z końca osiemnastego wieku.
Przesuwne okna o delikatnych szprosach były tym niższe, im wyższa kondygnacja; te na strychu przypominały wąskie paski, te na parterze miały co najmniej czternaście stóp wysokości.
Ten sam wczesnowiktoriański diuk, który wybudował stróżówkę, ewidentnie wzniósł także grube kamienne porte-coch?re nad urokliwymi drzwiami wejściowymi. Z jednej strony starego domu sterczało nowe skrzydło z salą balową. Wybudowano je z delikatnie barwionej cegły, której nie sposób było określić mianem czerwonej. W kontraście do zainstalowanych tutaj małych okien skrzynkowych ze szkła ołowiowego wysokie smukłe skrzydła okienne wyglądały piękniej niż kiedykolwiek.
[z rodzicami i starszymi braćmi, ok. 1918]
Rozsiane przed domem smukłe cedry tworzyły jakby wybrakowany wzór, który świadczył niezbicie, że niektóre spośród drzew umarły ze starości.
Kiedy samochód zatrzymał się przed budynkiem, po schodach wiodących do hotelu zszedł portier z liścikiem w ręku.
- Przepraszam, pan Pym? - zapytał.
Pan Pym przejął i przeczytał liścik. Charles informował, że przybył do hotelu poprzedniego dnia i nie zastawszy nikogo z rodziny, opuścił go ponownie, by pofruwać z przyjacielem; obaj wrócą tego dnia na kolację.
Orvila aż skręciło. Poczuł, jak kurczą mu się trzewia. Pustka wezbrała w nim, opadła, po czym zastygła w bolesnym zawieszeniu. Pociły mu się dłonie, jedna z powiek zaczęła drgać. Bardzo się bał najstarszego brata.
Charles zawsze potrafił sprawić, że Orvil czuł się mały, infantylny, zniewieściały, gorszy, tchórzliwy, niewdzięczny. Czasem zasypywał go osobliwymi dowodami miłości - wczesnym rankiem w zaciszu sypialni, albo nocą, kiedy siedzieli sami w samochodzie - ale w świetle dnia, w obecności innych ludzi, nie szczędził mu drwin i pogardy. A te jego napady furii były po prostu straszne. Ni z tego, ni z owego wyrzucał z siebie potok okrutnych słów, które sprawiały, że Orvil zamierał na kilka dni w wewnętrznym przykurczu. Wybuchowy temperament był najbardziej przerażającą z jego cech. Orvil nie nauczył się jeszcze radzić sobie z brakiem poczucia bezpieczeństwa w obecności drugiej osoby. Charles budził w nim obezwładniający lęk - okropne uczucie, przeciwko któremu Orvil zaciekle się buntował.
Nigdy nie mieszkał z Charlesem przez dłuższy czas; sześć lat różnicy sprawiało, że nigdy nie byli w tej samej szkole. Orvil z pokorą dziękował za to Bogu, a teraz modlił się, żeby Charles nie wrócił tego dnia na kolację. Wyobraził sobie katastrofę samolotu; po chwili ogarnął go strach, że modlitwa zostanie wysłuchana.
"Cofnij to, cofnij!", skamlał w milczeniu do Boga.
Pan Pym, w przeciwieństwie do Orvila, ucieszył się, że jego najstarszy syn przybył do hotelu. W głębi serca żywił wielki sentyment do Charlesa, głównie ze względu na jego rzeźwą ekstrawagancję i nieobliczalność. Zawsze był podekscytowany, kiedy otrzymywał niezapłacone rachunki Charlesa ze sklepów i zakładów usługowych w Oksfordzie i Londynie.
Chłopiec hotelowy powiódł ich na główny dziedziniec przykryty szklanym dachem, gdzie młoda kobieta w czarnym atłasowym kostiumie i wiedeńskich perłach od Ciro czekała, by zaprowadzić ich do pokoi. Idąc za nią, Orvil zobaczył, że perły, które dotykają białej skóry na karku, nieco zmatowiały od lepkiego brudu.
- Obawiam się, że widok z okna nie jest zbyt efektowny - powiedziała, otwierając drzwi do przestronnego pokoju na pierwszym piętrze. Były w nim dwa łóżka, więc Orvil zrozumiał, że to pokój dla niego i dla Bena. Ale Ben wróci z obozu dopiero za kilka dni. Orvil podszedł do okna i spojrzał na inne skrzydło budynku po przeciwnej stronie dziedzińca. Poniżej widać było gąszcz dachów rozmaitych przybudówek, wyglądających jak pralnia albo generator prądu.
Młoda kobieta spojrzała na Orvila i odezwała się łobuzerskim tonem: - Ale chłopców nie obchodzi, czy mają widok z okna, czy nie, prawda?
Pan Pym musiał uśmiechnąć się i skinąć głową za Orvila. Orvil tylko odwrócił się z grymasem niezadowolenia. Nie znosił, kiedy inni wyobrażali sobie, że wiedzą, co myśli, tylko dlatego, że jest chłopcem. Słowa kobiety sprawiły, że ponury widok z okna wydał mu się ohydny. To była potwarz.
Jego ojciec podążył za kobietą do pokoju w nowym skrzydle i Orvil został sam. Zająwszy łóżko bliżej okna, rozpakował walizkę i ukrył skradzioną szminkę pod papierem na plecach szafki z pot de chambre. Czasem lubił określać ten przedmiot owym pompatycznym mianem. Przypominało mu się wtedy dzieciństwo, kiedy razem z przyjacielem lubili odgrywać dorosłą scenkę, udając nobliwe damy na balu. Jeden mówił: "Jakiejż to wybornej perfumy, jeśli wolno spytać, raczyła dzisiaj użyć diuszesa?".
Drugi trzepotał nieistniejącym wachlarzem, uśmiechał się kokieteryjnie i odpowiadał: "To Pot-de-Chambre, ostatni zapach Guerlaina, moja droga hrabino. A czy wolno spytać, jaką to zachwycającą woń czuć od pani?".
"Oczywiście, diuszeso; jestem zaszczycona, że przypadła pani do gustu. To Vase-du-Nuit, najświeższy wyrób Chanel". Język był zawsze niezwykle oficjalny, afektowany i sztuczny.
Zabawa ta, w niezliczonych odmianach, potrafiła trwać całymi popołudniami.
Orvil odkrył te dwie francuskie frazy dzięki jednemu z niezobowiązujących pytań, jakie uwielbiał zadawać matce. "Mamusiu, o co musiałbym poprosić, gdybym nagle obudził się w środku nocy we Francji?" Kiedy matka powiedziała mu, jak powinien zawołać, uderzyło go podobieństwo tych fraz do nazw perfum, jakich używała. I tak wykluła się cała zabawa. Żeby poznać kolejne nazwiska perfumiarzy, Orvil przetrząsał toaletę matki. Uznał, że "Veet" i "Odorono" muszą być bardzo rzadkimi kosmetykami ze Wschodu, skoro ukryto je tak głęboko; a zastrzeżona nazwa handlowa pewnego ręcznika zajmowała w jego umyśle miejsce równie ważne jak nazwiska słynnych projektantów mody, Wortha i Elsy Schiaparelli. Pojął, że nie może oczekiwać, by matka dostarczyła mu całej listy francuskich nieprzyzwoitości, które nadawałyby się na wyimaginowane nazwy perfum, toteż wespół z drugim dzieckiem uznali, że nie pozostaje im nic innego, jak przestudiować podpisane karty dań z minionych przyjęć. Znaleźli tam nazwy tak podniecające jak "Bisque d'écrevisses" czy "Baba a I'Impératrice". Ta ostatnia wydawała się cudownie pikantna i nieprzyzwoita, ponieważ Orvil przetłumaczył ją z wielkim przekonaniem jako "Balony Cesarzowej", "balony" zaś to infantylne miano, jakim jego pierwsza niańka określała piersi...
Orvil zatrzasnął drzwiczki od nocnej szafki i opuścił pokój. Przeszedł korytarzem i znalazł się u szczytu szerokich schodów. Poniżej, na dziedzińcu, zobaczył grupki osób siedzących w fotelach. Nosili bardzo smutne twarze ludzi, którzy, nie mając nic do roboty, czekają, aż przyjdzie pora, by przebrać się do kolacji.
Odwracając wzrok, przemknął do głównego wejścia. Nie mógł patrzeć na bijące od nich przygnębienie i nudę. Wystarczyło, że na chwilę stanęły mu przed oczyma, i od razu poczuł, jak spowija go gęsta melancholia.
Na początku tej historii wspomniałem, że Orvil już pierwszego wieczoru w hotelu zapuścił się w głąb tamtejszych ogrodów. Właśnie dotarliśmy do tego punktu.
Podążając krętą różową alejką, wszedł między gęste zarośla. Choć lato było jeszcze w pełni, wieczorne powietrze przenikała już aura minionej glorii. Łagodność, z jaką słońce głaskało jego twarz, była wymowna i smutna.
Orvil wyszedł spomiędzy mrocznych zarośli i znalazł się na tarasie, gdzie roztańczony strumień fontanny wpadał do dużego okrągłego basenu. W basenie pływały cudowne pomarańczowe karpie. Ich ogony i płetwy połyskiwały za białą kurtyną z deszczu. Orvil zastanawiał się, jak znoszą tę ciągłą nawałnicę. Wypatrywał w basenie ich złotych ciał, aż monotonny szmer wody wprawił go w stan bliski otępienia; wtedy poszedł się oprzeć o balustradę tarasu. Z kamiennej elewacji zwisały pieniące się masy kwiecia. Piękna sceneria budziła w nim podniecenie, nerwowość i zniecierpliwienie. Wytężył wzrok i spojrzał w dal po przeciwnej stronie doliny, gdzie rzeka wiła się między kępami krągłych drzew.
Pełen znużonej ekscytacji zbiegł po płaskich stopniach tarasu, skręcił i znalazł się w skalnym wgłębieniu, z góry zupełnie niewidocznym. Do jednej z urwistych ścian przytulony był malowniczy domek; obok, tajemnicze, nabite ćwiekami drzwi zdawały się prowadzić do serca skały.
Domek orné wybudowano na początku dziewiętnastego wieku. Miał delikatne lancetowe okna wypełnione krwistoczerwonymi, fioletowymi i pomarańczowymi postaciami świętych; kunsztowny miniaturowy portyk z rzędami kolumienek i wachlarzowym sklepieniem z gipsu; grube fioletowo-błękitne dachówki w kształcie rybich łusek. Na środku stał komin w kształcie spiralnego karmelka ze słodu, nadając domkowi wygląd olbrzymiego, pięknie zdobionego kałamarza.
Orvil był oczarowany nim i całą zalesioną kotlinką; myśl, że nigdy nie będzie mógł się nim zaopiekować, sprawiała mu dotkliwy ból. Domek zawsze będzie wydany na pastwę włóczęgów z hotelu, a obojętni właściciele w każdej chwili będą mogli go zburzyć.
Podszedł, żeby sprawdzić, czy da się wejść do środka, ale drzwi były zamknięte na klucz, a okna na zasuwkę. Próbował zajrzeć do wnętrza, lecz szybki pokryte były grubą warstwą brudu i mocno barwione. Pojął, że gdyby chciał zwiedzić domek, musiałby to zrobić ukradkiem. Wiedział, że kiedy okna nie są zbyt szczelne, skobelek można podważyć tępą stroną noża. Nie może to być jednak scyzoryk. Raz próbował użyć go w tym celu i ostrze nagle się złożyło, głęboko kalecząc go w palce. Postanowił wrócić tu któregoś wieczoru, uzbrojony w jeden z noży hotelowych.
Orvil przeszedł pod ścianę miniaturowego klifu, gdzie ze skalnych występów i szczelin zwisały romantycznie girlandy zielska. Był niemal pewien, że nabijane ćwiekami drzwi też będą zamknięte, ale kiedy ze zgrzytem przekręcił żelazny pierścień, otworzyły się, uwalniając odór nietoperzych odchodów, zielonego szlamu i ziemi. Z ciemności dobiegał odgłos kapiącej wody, który przypominał delikatne dzwonienie. Rozdrażniony, że nic nie widzi, ruszył w czarną głąb niemal ze złością, aż jego wyciągnięta ręka natrafiła na oślizgły, ostro zakończony przedmiot. Wtedy ogarnął go strach; wybiegł na zewnątrz i zatrzasnął za sobą drzwi. Nagle poczuł paniczny lęk przed nietoperzami i wyobraził sobie, że musiały wisieć nad jego głową w tej ciemnej jaskini. Myślał o wstrętnych bobkach, które spadają mu na włosy i grzęzną w czaszce. Widział robactwo, od którego roiły się ciała nietoperzy.
Po przebiegnięciu na drugą stronę kotlinki i pokonaniu kolejnego odcinka płaskich schodów Orvil znalazł się jeszcze niżej. W cieniu cisów natknął się na równe rządki maleńkich kamieni nagrobnych. W pierwszej chwili pomyślał, że pochowano tu niemowlęta z jakiejś wielodzietnej rodziny. Wyobraził je sobie chore na jakąś śmiertelną chorobę, ich głupie zwieszone główki, ślinę kapiącą z otwartych usteczek. Ale gdy podszedł do nagrobków, zdumiały go wypisane na nich dziwne imiona.
Przylepa, Flejtuch, Rykoszet, Zgrywus - co to mogły być za dzieci? Dotarło do niego, że to imiona zwierząt domowych, i uważnie przeczytał każdą inskrypcję.
"Pamięci BĘCWAŁA, najukochańszego mopsa.
19 marca 1814"
"Tu leży PUSZEK, mój słodki Kiciuś.
Zamordowany 5 czerwca 1831"
Nagle Orvil oderwał wzrok od nagrobków i zobaczył, że zachodzi słońce. Pojął, że spóźni się na kolację, że nie zdąży się przebrać. Interesujące odkrycia, jakich dokonał, a także lęk przed ponownym spotkaniem z Charlesem, spowodowały, że włóczył się po terenie ponad godzinę. W pośpiechu opuścił cmentarz dla zwierząt i ruszył biegiem przez trawnik.
Orvil stał przed lustrem w jednej z toalet na parterze, usiłując przyczesać włosy. Przylizał je na mokro i szybko tego pożałował. Niesforne loki zamieniły się w zesztywniałe od zimna szczurze ogony.
Szedł szerokim korytarzem wyłożonym białą boazerią, aż dotarł do przeszklonych drzwi jadalni. Usłyszał brzęk naczyń i gwar rozmów. "Czy kiedykolwiek ich znajdę w tej wielkiej sali?", zastanawiał się. Patrzył przez fazowane szkło tak długo, aż dostrzegł gładko uczesaną, szpakowatą głowę ojca. Gorliwy kelner gwałtownie otworzył drzwi i po chwili Orvil szedł między stolikami. Krew uderzyła mu do głowy; znów miał spocone dłonie.
"Nie podam ręki, nikomu nie podam ręki", przysięgał sobie.
Usiadł przy stole, z pąsową twarzą całą w uśmiechach, ale nie miał odwagi podnieść wzroku. Zajął się serwetą: rozłożył ją na kolanach, starannie wcisnął pod uda i wodził palcem po wzorze na adamaszku.
Kiedy w końcu podniósł oczy, zobaczył, że twarz kolegi jego brata pokryta jest bliznami. Urocza twarz w kolorze bladej owsianki, z błyszczącymi brwiami; ale przeplatające się linie w kolorze przełamanej bieli i ołówka kopiowego tworzyły na kremowej skórze osobliwy wzór. Kolega robił wrażenie osoby spokojnej i małomównej, był bardzo męski.
Właśnie kończyli posiłek. Pan Pym zapytał: - Gdzieś ty się podziewał, mikrobie? Czemu się spóźniasz? - Ale zanim Orvil zdążył naprawdę odpowiedzieć, zniecierpliwiony Charles przerwał mu w pół słowa i przedstawił znajomego, mówiąc, że to Ted Wilkie. Ted powiedział cichym amerykańskim głosem: "Miło cię poznać, synu", a Charles podjął przerwaną opowieść, jak to pół roku wcześniej Ted musiał awaryjnie lądować i wypadł z kokpitu prosto na twarz. Orvil zrozumiał, skąd te blizny. Wyobraził sobie, jak maszyna składa się w harmonijkę, wystrzelony z niej Ted ryje ziemię, a ostre kamienie kaleczą mu twarz.
- Czy to był bardzo zły czas? Okropnie cierpiałeś? - zapytał odruchowo. Ted uśmiechnął się, próbując ukryć zakłopotanie.
- Och, nic wielkiego się nie stało. Przez jakiś czas nie wiedziałem, co się dzieje, a jak odzyskałem przytomność, byłem już połatany. Niczego nie złamałem.
Kelner nachylił się nad Tedem, mówiąc: - Coś wytrawnego na koniec, proszę pana?
- Nie, napiję się tylko kawy - odparł Ted.
Kelner bezczelnie udał zaskoczonego. - Nie zrobi pan tego w salonie, jak każe zwyczaj? - zapytał.
Orvil poczuł złość na kelnera za to, że ten próbował zrobić głupka z Teda.
Inni wstali od stołu, a Orvil w samotności kończył posiłek. Kiedy dołączył do nich na dziedzińcu, pili brandy z dużych kieliszków. Charles zanurzył w swoim nos. Parskał jak koń. - Rozkosz! - powiedział. Orvil znów podziwiał lśniące pasma jego ciemnych, zaczesanych do tyłu włosów. Podziwiał policzki w kolorze pyłu ceglanego, małe jasne oczy i delikatny nos. Wiedział jednak, że Charlesowi śmierdzą nogi. Próbował o tym myśleć zawsze, kiedy czuł się skrępowany w jego obecności.
Tak szybko, jak to było możliwe, uciekł do swojego pokoju, mówiąc, że jest śpiący po długiej podróży z Salisbury.
?
Nazajutrz rano, po przebudzeniu, Orvil poczuł się chory; lekko bolała go głowa. Spojrzał na tacę z herbatą, którą mu przyniesiono. Obok pękatego imbryka stał dzbanuszek z mlekiem. Orvil pomyślał, że mógłby się poczuć lepiej, gdyby wypił mleko jednym haustem; tak często słyszał o jego ozdrowieńczych właściwościach. Podniósł dzbanuszek i wychylił zawartość; potem oblizał wargi, próbując się pozbyć lekko zwierzęcego posmaku. Raptem żołądek zrewoltował się i mleko wróciło do ust w postaci kwaśnych grudek i serwatki. Orvil był zaskoczony, ale w sumie raczej zadowolony z wyniku eksperymentu niż zaniepokojony. Zyskał ciekawy temat do rozmyślań i stopniowo zapominał o bólu głowy.
Wstał, szybko umył się, ubrał i zszedł na śniadanie. Ojciec i brat jeszcze się nie zjawili, więc siedział sam, jedząc rogaliki i jajecznicę. Pod koniec posiłku odruchowo przyspieszył, mając nadzieję, że zdoła uniknąć spotkania z tamtymi. Kiedy zerwał się z miejsca, żeby wyjść z hotelu, ciągle jeszcze nie zeszli na dół. Nie miał żadnego planu; chciał tylko zostać sam i przez resztę dnia badać okolicę.
Opuściwszy tarasowate ogrody, szedł na przełaj polami, kierując się w stronę rzeki. Nie biegła tędy żadna ścieżka, musiał przedzierać się przez żywopłoty i skakać przez bramki, nim dotarł do drogi wydeptanej przez flisaków. Zwisające nad wodą gałęzie rzucały gęsty zielony cień. Woda była w kolorze khaki, owady śmigały po niej tam i z powrotem. Słońce przenikało przez gęstwinę, tworząc na powierzchni okrągłe plamy, które drżały jak meduzy. Orvil położył się na wznak w trawie, zadowolony, że może po prostu kontemplować ten widok.
Po pewnym czasie w oddali usłyszał śpiew. Dźwięk stopniowo się przybliżał i Orvil rozpoznał morską szantę "Rio Grande". Czekał niecierpliwie, gotów w każdej chwili wycofać się przez żywopłot, gdyby wygląd śpiewaków nie przypadł mu do gustu.
Nagle zza zakola rzeki wyłoniło się szkarłatne czółno. Załoga składała się z młodego mężczyzny i dwóch chłopców mniej więcej w wieku Orvila. Mieli na sobie szorty khaki, a ich ramiona i torsy były brązowe jak palony cukier. Orvil zobaczył grdyki, które unosiły się i opadały w rytm żarliwej piosenki. Pod jej osłoną szczerzyli zęby, śmiali się i obrzucali wyzwiskami. Jeden z chłopców dla żartu ochlapał mężczyznę, a ten przywołał go do porządku uderzeniem mokrego pagaja. Rozległy się wrzaski i piski; chłopiec zerwał się na nogi, czółno omal się nie przewróciło, a dwaj pozostali rugali go, dopóki nie usiadł z powrotem. Kiedy chłopiec wstał, Orvil zobaczył, że ma na sobie skórzany skautowski pas, przy którym dynda finka o rękojeści z chropowatego rogu. Zauważył, że wszyscy trzej do lekkich szortów khaki założyli takie same ciężkie pasy. Nogi mężczyzny nagle stały się błyszczące jak jedwab; słońce padło na złote włoski, w jego świetle zwyczajne ludzkie nogi wydawały się lśniące i sprężyste jak nogi dzikiego zwierza.
Żaden z nich nie zauważył Orvila. Wcisnął się plecami w żywopłot i pożerał ich wzrokiem, dopóki nie zniknęli za kolejnym zakrętem.
Orvil czekał, zastanawiając się, co robić. Tęsknił do życia, jakie wiedli dwaj chłopcy i mężczyzna z czółna, wyobrażając je sobie jako niemal pełnię szczęścia. Nagle wezbrała w nim paląca gorycz, bo uprzytomnił sobie, że takie życie nigdy nie będzie jego udziałem, że zawsze będzie musiał mieszkać w hotelach, albo u krewnych, albo siedzieć uwięziony w szkole jak przestępca w kryminale. Marność własnego żywota przeraziła go.
Wielkie pragnienie wolności kazało mu stanąć na nogi. Ruszył biegiem ścieżką wzdłuż rzeki, mając nadzieję, że znajdzie jakieś miejsce, w którym on także będzie mógł wypożyczyć czółno. Przebiegł kawał drogi i niemal bez tchu dotarł do kamiennego mostu; obok, tuż nad wodą, stała pomalowana budka i hangar. Drzwi hangaru były otwarte, na zewnątrz wystawały dzioby łódek, które przypominały pyski rekinów tnące fale.
Orvil podszedł do budki. Na kontuarze stały kolorowe butelki z wiśniowym i cytrynowym napojem. Na haczykach sterczących z sufitu wisiały jaskrawoczerwone kąpielówki i sprzęt wędkarski. Pochylony mężczyzna szukał czegoś na półce pod kontuarem. Orvil słyszał ciężki oddech, jego wzrok spoczął na szerokich plecach, w miejscu gdzie puścił szew przepoconej kamizelki.