Plaża na kościach
1
"Tego jeszcze nie było - Wilno będzie mieć plażę w samym centrum miasta, na placu Łukiskim. Już od jutra" - oznajmił w mediach społecznościowych mer litewskiej stolicy Remigijus Šimašius.
Był koniec czerwca 2020 roku, czwarty miesiąc pandemii COVID-19. Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła ją 11 marca, akurat w dniu, gdy Litwini obchodzą jedno z dwóch Świąt Niepodległości. Wtedy zagrożenie wydawało się jeszcze odległe, choć w kraju odnotowano pierwsze trzy przypadki zachorowań. Nie powstrzymało to Litwinów przed udziałem w uroczystościach. Jak co roku przez Wilno przemaszerowała niepodległościowa parada. Kilka tysięcy ludzi przeszło aleją Giedymina prowadzącą od budynku Sejmu w stronę wileńskiej katedry i dalej - Starego Miasta - niosąc długą na czterysta metrów żółto-zielono-czerwoną flagę.
Następne miesiące wywróciły wszystko do góry nogami. W ciągu kilku dni po święcie władze zaczęły wprowadzać kolejne etapy lockdownu: zakaz organizacji imprez w przestrzeniach zamkniętych, kontrole graniczne, zamknięcie barów i restauracji, najpierw zalecane, później już obowiązkowe maseczki. Litwini, jak wszyscy, musieli zmienić swoje przyzwyczajenia: wielu z nich przestawiło się na pracę zdalną, zrezygnowali z rozrywek na mieście i przerzucili się na korzystanie z usług serwisów streamingowych, na kilka miesięcy pożegnali się też z wyjazdami zagranicznymi. Ale wraz z nadejściem lata wydawało się, że sytuacja zaczyna się stabilizować, a wirus jest już w odwrocie. 17 czerwca rząd zdecydował o odwołaniu stanu ogólnokrajowej kwarantanny.
Wyposzczeni i stęsknieni za podróżami Litwini zaczęli rozglądać się za najbardziej dogodnymi wakacyjnymi wyjazdami. Firmy turystyczne notowały rekordowe zainteresowanie, a ceny rosły. Choć w wielu europejskich krajach zaczęło się luzowanie obostrzeń, to duża część urlopowiczów rezygnowała z podróży zagranicznej na rzecz odpoczynku w kraju. Zapowiadało się, że litewskie kurorty nad Bałtykiem, jak Połąga (Palanga) czy Nida, nie pomieszczą wszystkich chętnych. Jeśli wierzyć Remigijusowi Šimašiusowi, na pomysł usypania plaży w samym centrum stolicy wpadł on właśnie powodowany troską o tych, którzy musieli odmówić sobie przyjemności wyjazdu na litewską riwierę. Wilnianie nie mogą pojechać nad morze? W takim razie morze przyjedzie do Wilna.
23 czerwca na plac Łukiski (Lukiški? aikšt?) zjechały ciężarówki z transportem trzystu metrów sześciennych piasku. Imitacji nadmorskiej atmosfery dopełniły: boisko do siatkówki, przebieralnie, ekran wyświetlający obraz szumiących bałtyckich fal, wieżyczki ratowników i tabliczki ostrzegające przed... rekinami. Piarowcy z urzędu miasta zadbali, aby informacja o otwarciu plaży dotarła do zagranicznych mediów. "Wilno wymyśliło kilka kreatywnych sposobów zadbania o szczęście i zdrowie mieszkańców w czasie pandemii"1 - zachwalał litewską stolicę branżowy portal "Travel + Leisure", przypominając o wcześniejszych pomysłach władz Wilna na urozmaicenie narodowej kwarantanny: kawiarniach i restauracjach pod gołym niebem czy "tygodniu mody maseczkowej".
Szybko jednak okazało się, że na Litwie nie wszyscy podzielają zachwyt nad pomysłowością mera Wilna. To, co zapowiadało się tylko jako sezonowa atrakcja, stało się przyczyną najgorętszej burzy politycznej tamtego lata.
2
"Burzy piaskowej" nad Wilnem pewnie by nie było, gdyby nie lokalizacja plaży. Plac Łukiski to największy plac Wilna, położony u zbiegu reprezentacyjnej alei Giedymina i prowadzącej w stronę Wilii ulicy Tumasa-Vaižgantasa (Tumo-Vaižganto g.). Prestiżu dodaje mu bliskie sąsiedztwo kilku ważnych instytucji, w tym Sądów: Konstytucyjnego, Apelacyjnego i Okręgowego, Ministerstw: Spraw Zagranicznych i Gospodarki, oraz Akademii Muzyczno-Teatralnej. Od północy panoramę placu wieńczą wieże barokowego kościoła Świętych Jakuba i Filipa. W odległości około pięciuset metrów mieści się Sejm. Zwykli wilnianie przychodzą tu na spacery albo by w upalne letnie popołudnie schronić się w cieniu drzew. Latem można tu skorzystać z biblioteki pod gołym niebem, zimą - z lodowiska. Malkontenci narzekają, że potencjał placu nie jest w pełni wykorzystany, a władze samorządowe nie mają pomysłu, jak go zagospodarować.
Łukiszki, od których nazwę wziął plac, były w przeszłości peryferiami Wilna. W XVII wieku w krajobrazie okolicy dominował wspomniany już kościół, zbudowany jako drewniany w 1624 roku. W 1655 roku padł ofiarą pożaru, który ogarnął miasto po wkroczeniu do niego wojsk rosyjskich. Był to dramatyczny moment w historii Wilna, obca armia zajęła litewską stolicę po raz pierwszy od czasów krzyżackich. Po wyparciu Rosjan z Wilna zaczęła się odbudowa. Odnowiono także drewniany kościół na Łukiszkach, w którego miejscu kilkadziesiąt lat później postanowiono wznieść świątynię murowaną. Budowę kościoła pod wezwaniem apostołów Jakuba i Filipa ukończono w 1737 roku. Przez długi czas była to jedyna murowana budowla w okolicy. Wybudowany wraz z kościołem klasztor dominikanów przekształcono w szpital, który działał aż do pierwszych lat XXI wieku.
Pod koniec lat trzydziestych XIX wieku na Łukiszkach wzniesiono więzienie, które przetrwało do czasów niepodległej Litwy, by w ostatnich latach zostać przekształcone w przestrzeń sztuki. Nieopodal stał też drewniany meczet, własność społeczności tatarskiej, osiadłej na ziemiach litewskich w czasach wielkiego księcia Witolda. Przyszły plac Łukiski aż do połowy XIX stulecia służył głównie jako pastwisko i teren ćwiczeń dla rosyjskiego wojska. Znaczenia nabrał wraz z rozbudową miasta i wytyczeniem prospektu Gieorgijewskiego (Świętojerskiego), biegnącego od placu Katedralnego w stronę leżącego na drugim brzegu Wilii Zwierzyńca (Žv?rynas), dzielnicy znanej z drewnianej zabudowy. Ulica ta stanie się wkrótce prestiżową aleją, zmieniając nazwę wraz z przynależnością państwową Wilna: po przyłączeniu do Polski będzie nosić imię Mickiewicza, w czasach radzieckich - Lenina, w niepodległej Litwie - Giedymina.
Pod koniec stulecia plac nabierał kształtu, w jakim jest znany obecnie. Wokół zaczęły wznosić się budynki, w których mieściły się kawiarnie i restauracje, pracownie rzemieślnicze i sklepy. W latach 1897-1899 przy prospekcie Gieorgijewskim wybudowano siedzibę sądu gubernialnego. Masywny, symetryczny budynek, wyróżniający się dekorowaną fasadą, stoi tu do dziś - obecnie mieszczą się w nim Sądy Apelacyjny i Okręgowy. Obok powstało gimnazjum żeńskie, gdzie obecnie znajduje się Akademia Muzyczno-Teatralna. Wzdłuż zamykającej plac od zachodu ulicy, noszącej teraz imię Juozasa Tumasa-Vaižgantasa, w latach 1911-1913 zbudowano kolonię dwudziestu dwóch modernistycznych domków szeregowych przeznaczonych dla inteligencji i urzędników. Sfinansował ją bankier i filantrop Józef Montwiłł.
W 1904 roku przeniesiono tu z placu Katedralnego doroczny Jarmark Kaziukowy - nazwany tak od imienia patrona Litwy, świętego Kazimierza. Tradycja organizowania targów na Łukiszkach przetrwała I wojnę światową i późniejszą dziejową zawieruchę, gdy miasto kilkakrotnie przechodziło z rąk do rąk. Jarmark Kaziukowy odbywał się tu także w czasach międzywojennych. Wtedy również plac nabrał cech reprezentacyjnych. Wielokrotnie odbywały się na nim defilady i przeglądy wojsk, jak choćby w kwietniu 1919 roku, gdy miasto zajęły oddziały polskie. Przeglądu wojsk dokonywał osobiście Józef Piłsudski. Po śmierci marszałka w maju 1935 roku wystawiono tu żałobny katafalk i wartę honorową, a rok później placowi nadano imię Piłsudskiego.
Plac Łukiski był jednak nie tylko miejscem jarmarków i defilad, ale także niemym świadkiem dramatycznej historii Wilna i Litwy. To tu wieszano powstańców styczniowych. W czasach radzieckich funkcję miejsca kaźni pełnił z kolei budynek dawnego sądu gubernialnego (w czasach II Rzeczpospolitej - wojewódzkiego), do którego wprowadziło się NKWD. Przetrzymywano tutaj, przesłuchiwano, torturowano i zabijano przeciwników reżimu stalinowskiego, uczestników ruchu oporu, inteligencję litewską i polską. Budynek nie zmienił swojego przeznaczenia w czasie okupacji niemieckiej, gdy mieściło się tu gestapo. Kiedy po zajęciu Wilna gmach ponownie zajęły służby radzieckie, stał się miejscem kaźni schwytanych uczestników partyzantki. W kolejnych latach represje zelżały, ale budynek pozostał w rękach KGB, które prowadziło w nim przesłuchania litewskich dysydentów.
Plac przebudowano na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Zwieńczeniem przebudowy w 1952 roku było odsłonięcie w centralnym miejscu posągu "wodza rewolucji" w rozpiętym płaszczu i z wyciągniętą ręką. Plac, któremu również wówczas nadano imię Lenina, stał się miejscem - jak pisali autorzy wydanego w czasach radzieckich przewodnika - "świątecznych manifestacji, defilad i wieców ludzi pracy miasta"2. Przechodziły tędy pochody pierwszomajowe, które z trybuny pozdrawiali dygnitarze z Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Litwy. Wbrew grozie i patosowi systemu pomnik Lenina stał się obiektem docinek ze strony wilnian. Jak pisze współczesny historyk powojennego Wilna Darius Pocevičius, "żartowano, że w Wilnie jest chłodniej niż w Kownie, dlatego w stolicy wódz był ubrany w płaszcz, a w drugim co do wielkości mieście - tylko w marynarkę"3, jedni mówili, że wyciągniętą ręką Lenin wskazuje siedzibę KGB, inni - że pobliską piwiarnię.
Po odzyskaniu przez Litwę niepodległości w dawnych kazamatach KGB urządzono muzeum, niegdyś noszące nazwę Muzeum Ofiar Okupacji, a obecnie - Okupacji i Walk o Wolność. Można zwiedzać w nim autentyczne pokoje przesłuchań i cele wykorzystywane przez służby okupacyjnych reżimów. Ekspozycja muzealna poświęcona jest głównie represjom, jakich Litwini doświadczyli w latach 1940-1990, deportacjom, walce partyzantki, działalności dysydentów i odzyskaniu niepodległości. Te tematy są też przedmiotem badań mającego siedzibę w tym samym budynku Centrum Badania Ludobójstwa i Ruchu Oporu Mieszkańców Litwy (LGGRTC). W 1994 roku na skwerze obok dawnej siedziby KGB pojawiła się usypana z kamieni piramida poświęcona ofiarom represji i deportowanym. W 2000 roku z inicjatywy rzeźbiarza Gitenisa Umbrasasa na cokole budynku sądu wykuto prawie dwieście nazwisk straconych tam ofiar represji stalinowskich.
Przeszłość placu i jego otoczenia sprawia, że środowiska patriotyczne traktują go przede wszystkim jako miejsce pamięci. Uważają, że w jego przestrzeni powinny dominować elementy symbolizujące państwowość i upamiętniające walkę o niepodległość.
Trudno byłoby sobie wyobrazić, że dysponując po raz pierwszy całkowicie suwerenną władzą nad naszą historyczną stolicą, nie zbudujemy na placu Łukiskim obelisku Wolności, który symbolizowałby zwycięstwo w wielowiekowej walce o niepodległość i który byłby - jak to się tradycyjnie rozumie - znakiem szacunku dla Największego Zwycięstwa Narodu. Wszystko inne może znaleźć miejsce w jego cieniu4
- pisał w 2007 roku filozof Romualdas Ozolas, niegdyś współzałożyciel Sąj?disu, później popularny w kręgach narodowo-konserwatywnych działacz i publicysta. W tych środowiskach panuje zgoda, że pomnik na placu Łukiskim powinien mieć kształt litewskiego godła, Pogoni, czyli pędzącego na koniu rycerza z mieczem w dłoni.
Nie wszyscy jednak podzielają ten pogląd. Dziś wilnianie traktują plac jako miejsce spacerów, rekreacji, odpoczynku i zdaniem wielu osób powinien on zachować taki charakter, pozostać przestrzenią spotkań, gdzie odbywają się imprezy kulturalne i rozrywkowe. Ani biblioteka pod gołym niebem, ani lodowisko, ani nawet plaża nie godzą według nich w historyczną pamięć tego miejsca. Darius Pocevičius, niekryjący się ze swoimi anarchizującymi sympatiami, idzie nawet krok dalej. W 2018 roku w rozmowie z portalem "15min" mówił, że w mieście jest już wystarczająco dużo upolitycznionych przestrzeni, gdzie można "schylać głowy i składać kwiaty". Na placu Łukiskim nie warto jego zdaniem tworzyć niczego podobnego. "Plac powinien żyć i zostać całkowicie przywrócony wilnianom. Mogą to zrobić także sami wilnianie, decydując się na udział w rozmaitych wydarzeniach, prosząc, a czasem nie prosząc o zgodę. Trzeba samemu zająć tę przestrzeń, a wtedy rzeczywiście stanie się własnością wilnian"5 - twierdził Pocevičius.
Politycy od początku uważali sprawę placu za zbyt ważną, by toczyła się własnym torem. W 1999 roku zdominowany przez prawicę parlament przyjął postanowienie, w którym zapisano, że plac ma spełniać funkcję "podstawowego reprezentacyjnego placu państwa litewskiego", na którym znajdą się "akcenty upamiętniające walkę o wolność". Rządowi i samorządowi Wilna zlecono opracowanie i realizację planu rozwoju placu. Sprawa na lata utknęła jednak w martwym punkcie, stając się przedmiotem przepychanek między władzami centralnymi i samorządowymi. Rekonstrukcję udało się przeprowadzić za rządów Remigijusa Šimašiusa. Prace zakończono jesienią 2017 roku. "Wytyczono i ułożono nowe ścieżki, ustawiono 40 tymczasowych ławek, zainstalowano 66 nowych latarni, wstawiono 9 studzienek komunikacyjnych, ułożono około 800 metrów rurociągów"6 - informował lokalny polskojęzyczny portal "Wilnoteka". Wkrótce planowano uruchomić fontannę multimedialną i place zabaw oraz zapowiedziano zasadzenie dwustu drzew.
Równolegle Ministerstwo Kultury przeprowadziło konkurs na pomnik, którego wyniki ogłoszono 27 listopada 2017 roku. Nie rozstrzygnęło to jednak sporu o przyszłość placu, a wręcz go pogłębiło. Zwycięska praca Andriusa Labašauskasa pod tytułem Wzgórze wolności przewidywała budowę skarpy, kształtem nawiązującej do partyzanckiego bunkra, w którym ukrywali się żołnierze antyradzieckiego ruchu oporu. W wizji Labašauskasa wzniesienie było od południa (od strony dawnej siedziby KGB) ścięte i zwieńczone ścianą w formie kompozycji rzeźbiarskiej, opartej na motywie drzew. Miały się one kojarzyć "z leśnymi bunkrami partyzanckimi i lasem, który dla Litwinów od dawien dawna jest ważny - zarówno pod względem strategicznym, jak i sakralnym"7.
Konkurencyjny projekt autorstwa rzeźbiarza Ar?nasa Sakalauskasa przewidywał budowę realistycznego pomnika rycerza na koniu. Wzbudził entuzjazm środowisk patriotycznych, między innymi Stowarzyszenia na rzecz Języka i Narodu oraz Funduszu Wsparcia Pogoni, którym nie przypadła do gustu zbyt awangardowa koncepcja Labašauskasa (uważano wręcz, że obraża pamięć partyzantów). Domagały się one jak najszybszej realizacji projektu Sakalauskasa. Ostrze krytyki kierowały nie tylko przeciwko wileńskiemu magistratowi, ale także przeciwko ówczesnemu rządowi, zdominowanemu przez tak zwaną partię chłopską, czyli Litewski Związek Rolników i Zielonych (Lietuvos valstieči? ir žali?j? sąjunga, LVŽS). "Kto się boi Pogoni?" - głosił podpis pod karykaturą przedstawiającą czołowych polityków partii rządzącej: jej lidera Ram?nasa Karbauskisa i premiera Sauliusa Skvernelisa, na plakacie, który przyniósł jeden z uczestników mityngu w obronie pomnika Pogoni, zorganizowanego na kilka dni przed ostatecznym rozstrzygnięciem konkursu.
Po ogłoszeniu wyników znów nastąpił pat. Zwolennicy Pogoni oprotestowali konkurs i chcieli unieważnić go z przyczyn formalnych. Sprawa trafiła do sądu, który w listopadzie 2019 roku oddalił skargę. Tymczasem Fundusz Wsparcia Pogoni porozumiał się z władzami Kowna, gdzie w lipcu 2018 roku odsłonięto rzeźbę według projektu Sakalauskasa. A zwycięska propozycja? Awantura wokół konkursu sprawiła, że Ministerstwo Kultury straciło zainteresowanie realizacją. Sprawa pozostała w rękach samorządu.
3
"Organizowanie rozrywek w takim miejscu to taniec na kościach powstańców! - stwierdził Audronius Ažubalis, były szef litewskiej dyplomacji i opozycyjny poseł, na wieść o otwarciu plaży na Łukiszkach. - To plac, na którym zabijano litewskich powstańców, a w podziemiach pobliskiej siedziby KGB więziono i rozstrzeliwano uczestników ruchu oporu. Otwierać w takim miejscu plażę - to nie ma nic wspólnego z szacunkiem dla bojowników o wolność. Takie prace trzeba natychmiast wstrzymać!"8 - grzmiał na zwołanej jeszcze tego samego dnia konferencji prasowej w Sejmie. Wtórował mu partyjny kolega Laurynas Kasči?nas z prawego skrzydła Związku Ojczyzny, partii założonej przez Vytautasa Landsbergisa, pierwszego przywódcę wolnej Litwy.
Za cztery miesiące miały się odbyć wybory parlamentarne. Kampania powoli nabierała tempa. Na razie jej głównym tematem było to, jak rząd radzi sobie z pandemią i co może zaoferować poszkodowanym przez lockdown. Litewski obywatel trzymający w ręku kartę do głosowania nie różni się od wyborców w innych krajach - myśli przede wszystkim o dobru własnym i swoich najbliższych, interesuje go, kto z walczących o mandaty zapewni mu najlepszy byt. Ale jednocześnie na Litwie jest całkiem sporo osób, dla których ważne są symbole, wartości, tradycje. W walce o głosy tych wyborców politycy prześcigają się w deklaracjach, który z nich jest większym patriotą, kto tak naprawdę stoi na straży narodowych tradycji, kto bardziej stanowczo upomina się o pamięć o poległych bohaterach i męczeństwie rodaków. Sprawa plaży na Łukiszkach nagle stała się idealnym narzędziem do tego, aby swój patriotyzm udowodnić.
U władzy była wtedy partia chłopska. Na jej czele stał Ram?nas Karbauskis, oligarcha, posiadacz ziemski i właściciel holdingu Agrokoncernas, pochodzący z Najsiów (Naisiai) na Żmudzi. W czasach rodzącego się kapitalizmu zbudował rolnoprzemysłowe imperium, handlując nawozami sztucznymi, sprzętem rolniczym czy środkami ochrony roślin. Początkowo bez większych sukcesów próbował sił w polityce, a gdy pod koniec lat dziewięćdziesiątych organizował protesty rolników, ochrzczono go nawet "litewskim Lepperem". Przeciwnicy, zwłaszcza patriotyczna i antyrosyjska prawica, ochoczo wytykali mu, że zbił fortunę na kontaktach biznesowych z Rosją i Białorusią, skąd między innymi importował nawozy. Gdy w 1996 roku kandydował do Sejmu, deklarował, że jego firma reprezentuje na Litwie między innymi rosyjski koncern Acron. Po latach związki z Acronem stały się kłopotliwe, zwłaszcza gdy jego właściciel Wiaczesław Mosze Kantor znalazł się w bliskim otoczeniu prezydenta Rosji Władimira Putina. W 2016 roku Karbauskis twierdził, że nie reprezentował na Litwie interesów Kantora, a jedynie handlował produktami Acronu.
Wtedy właśnie litewski oligarcha, po kilkunastu latach przebywania na marginesie wielkiej polityki, doprowadził wreszcie swoją partię do zwycięstwa, dyskontując rozczarowanie społeczeństwa klasą polityczną. Na swoją listę wyborczą wciągnął bardzo popularnego wówczas ministra spraw wewnętrznych i byłego szefa policji Sauliusa Skvernelisa. Wbił się klinem między dwie partie rozdające karty w litewskiej polityce od niemal ćwierć wieku: wywodzący się z pnia Sąj?disu Związek Ojczyzny i socjaldemokratów, na których mimo upływu lat ciążyło odium komunistycznego rodowodu.
Wyborcom "chłopi" obiecali rząd bezpartyjnych fachowców. Odwołując się do tradycyjnych i narodowych wartości, weszli na teren zarezerwowany dla konserwatystów, a zapowiedziami zatroszczenia się o najbiedniejszych i poszkodowanych przez reformy gospodarcze odebrali poparcie rządzącej wówczas partii socjaldemokratycznej, która zresztą zaszkodziła sama sobie, wprowadzając tuż przed wyborami poprawki do kodeksu pracy faworyzujące przedsiębiorców. W stuczterdziestojednoosobowym Sejmie LVŽS objął aż pięćdziesiąt cztery mandaty. Karbauskisa tym razem nie nazywano już "litewskim Lepperem", ale porównywano do Jarosława Kaczyńskiego, bo tak jak prezes Prawa i Sprawiedliwości zdecydował się na kierowanie rządem z tylnego siedzenia, funkcję premiera oddając w ręce Skvernelisa (który zresztą szybko się uniezależnił i pokazywał, że potrafi stawiać się szefowi popierającego go ugrupowania). Karbauskis zadowolił się stanowiskiem przewodniczącego sejmowej komisji kultury.
Wileńskie elity trochę pokpiwały z jego niekonwencjonalnych zainteresowań i kontrowersyjnych pomysłów. Karbauskis nie tylko nie wypierał się chłopskiego pochodzenia, ale wręcz się nim szczycił, fotografował się w tradycyjnym stroju ludowym, a nawet proponował, żeby takie stroje wprowadzić do szkół. Nie krył swoich fascynacji kulturą i wierzeniami dawnych Bałtów - do tego stopnia, że zaczęto go podejrzewać, że sam jest poganinem, choć dementował te pogłoski. "Powtórzę jeszcze raz: nie jestem poganinem. Gdy są pogańskie święta, zakładam na siebie ubrania, które odtwarzają kulturę z ósmego wieku. Może stąd są te mity o moim pogaństwie?"9 - mówił w 2019 roku "Przeglądowi Bałtyckiemu".
W rodzinnych Najsiach, niewielkiej wsi liczącej blisko pięciuset mieszkańców, położonej około piętnastu kilometrów na północny wschód od Szawli, Karbauskis stworzył coś w rodzaju litewskiego Disneylandu. W miejscowości działa kilka muzeów (literackie, historii lokalnej, rzeźb bóstw bałtyjskich, zielarstwa oraz... lilii wodnych i domków dla ptaków), są też nawiązujące do mitologii bałtyjskiej plac Słoneczny oraz Wzgórze Ofiarne. A przede wszystkim zdolna pomieścić dwadzieścia tysięcy widzów, długa na dwieście i szeroka na sto osiemdziesiąt metrów Arena Bałtów, gdzie odbywają się koncerty czy przedstawienia teatralne pod gołym niebem ("Arena Bałtów będzie tak duża jak rzymskie Koloseum"10 - zapowiadał Karbauskis w 2014 roku, gdy ruszała jej budowa). Wyidealizowany obraz wsi rozsławił wyświetlany przez kilka sezonów serial telewizyjny Naisi? vasara [Lato w Najsiach]. W postaci głównego bohatera dopatrywano się podobieństwa do Karbauskisa (sprawą w pewnym momencie zajęła się nawet Główna Komisja Wyborcza, która badała, czy serial nie był zakamuflowaną kampanią wyborczą LVŽS).
W Najsiach, które kiedyś były siedzibą kołchozu O Pokój, kierowanego przez Česlovasa Vytautasa Karbauskisa, ojca Ram?nasa, działa też jedna z firm wchodzących w skład Agrokoncernasu. Karbauskis był tu głównym pracodawcą i mecenasem, wspierającym działalność lokalnych instytucji, fundującym mieszkańcom wycieczki i prezenty. Ale rzeczywistość dalece odbiegała od idealnej. Gdy tuż po wyborach w 2016 roku miejscowość odwiedziła ekipa telewizji Lrytas.tv, w rozmowach z nią tylko niektórzy mieszkańcy zachwalali gospodarność Karbauskisa. Inni skarżyli się na niskie zarobki i brak perspektyw. Młodzi ludzie uciekali z Najsiów do miast i - jak wielu Litwinów - za granicę. A Karbauskis ojcowiznę odwiedzał tylko od święta.
Lider LVŽS przedstawia swoją rodzinną wioskę jako miejsce, gdzie panuje harmonia, spokój i porządek, a ludzie - jak we wspomnianym serialu - żyją w zgodzie z naturą i tradycją, są serdeczni i pomagają sobie w potrzebie. Jego wizja była z jednej strony obiektem żartów i kpin, z drugiej - całkiem poważnych analiz w opiniotwórczej prasie. Wizyta w Najsiach grupy wileńskich badaczy zaowocowała artykułami opublikowanymi w jednym z numerów miesięcznika "Naujasis Židinys-Aidai". "Czy Najsie to idealne litewskie miejsce, litewskie marzenie, litewska utopia? Czy Najsie oznaczają idealną, choć jeszcze niezrealizowaną Litwę, Litwę w formie mikroskopijnej?"11 - pytała w swoim eseju Nerija Putinait?. Na miejscu okazało się, że Najsie idealne, rodem z serialu i pogadanek przewodników w lokalnych muzeach, tak naprawdę nie istnieją. Przypisywana wiosce historia, sięgająca czasów przedchrześcijańskich, jest mocno naciągana. Mieszkańcy mogą bezpłatnie korzystać z lokalnych atrakcji, lecz ceną jest finansowe uzależnienie od Agrokoncernasu, jedynego pracodawcy w okolicy, a ich wpływ na rozwój wsi jest ograniczony. O tym decyduje już sam Karbauskis.
Złośliwi komentatorzy pisali, że lider "chłopów" chciałby z całej Litwy zrobić wielkie Najsie, pomalować trawę na zielono, a mieszkańców poprzebierać w stroje ludowe. I co najważniejsze - zabronić im pić. Walka z alkoholem to bowiem kolejna idée fixe Karbauskisa. W Najsiach już za czasów jego ojca panował pod tym względem surowy rygor. Młodszy Karbauskis w swym zamiłowaniu do trzeźwości wzoruje się na biskupie żmudzkim Macieju Wołonczewskim (Motiejusie Valančiusie), który w połowie XIX stulecia zainaugurował działalność ruchów trzeźwościowych wśród chłopów. W 1860 roku do bractw trzeźwości należało ponad osiemdziesiąt procent parafian w całej diecezji. Z początku władze carskie patrzyły na ich działalność przychylnie (mając nadzieję na podkopanie pozycji polskojęzycznego ziemiaństwa, dla którego produkcja alkoholu była jednym z głównych źródeł dochodu), później jednak rozwiązały bractwa, zaniepokojone masowym charakterem ruchu.
Dlaczego idee dziewiętnastowiecznego biskupa okazały się aktualne w 2016 roku?
Odpowiedź przynoszą statystyki. Według danych Światowej Organizacji Zdrowia w 2016 roku dorośli Litwini wypili 18,2 litra czystego spirytusu na głowę, co uplasowało kraj na pierwszym miejscu na świecie pod względem ilości spożywanego alkoholu. Oznaczało to, że przeciętny Litwin wypija po dwa piwa każdego dnia lub dwa litry wódki na tydzień. Statystyki pokazywały też, że po mocne trunki chętniej sięgają mężczyźni niż kobiety. Z nadużywaniem alkoholu wiązano inne problemy: przemoc domową, znęcanie się nad dziećmi, gwałty, wypadki drogowe czy wreszcie wysoki współczynnik samobójstw (32,7 na sto tysięcy mieszkańców - również jeden z najwyższych na świecie). Problem dotykał zarówno mieszkańców miast, jak i wsi, chociaż w powszechnym odbiorze społecznym alkoholizm kojarzono zwykle z ubogą i pozbawioną perspektyw prowincją. Jedni upatrywali przyczyn w swobodnym, konsumpcjonistycznym stylu życia, promowanym przez media. Inni sięgali głębiej, dostrzegając strukturalne problemy litewskiego społeczeństwa, a w alkoholizmie - pokłosie wielopokoleniowych doświadczeń historycznych: okupacji, kolektywizacji, wykorzenienia, transformacji gospodarczej, zerwania więzi społecznych.
Sprawa była więc poważna i wszystkie siły polityczne zgadzały się, że potrzebne są działania prewencyjne. Nie wszyscy jednak popierali pomysły, które wprowadził rząd Skvernelisa. Od 1 stycznia 2018 roku ograniczono godziny sprzedaży alkoholu: do godziny dwudziestej w dni powszednie i do piętnastej w niedziele. Dolną granicę wieku uprawniającego do zakupu alkoholu podniesiono z osiemnastu do dwudziestu lat. Zakazano reklam napojów wysokoprocentowych i podwyższono akcyzę. Rządzący mogli sobie przypisać jako sukces, że w 2018 roku roczne spożycie na mieszkańca wyniosło 13,2 litra, a w 2019 roku - 12,8 litra. Entuzjaści zmian dostrzegali w tych danych wyraźną tendencję spadkową. Sceptycy uważali, że rządowe interwencje nie rozwiązują strukturalnych problemów społecznych, których skutkiem ubocznym jest alkoholizm.
Przeciwnicy rozwiązań wprowadzanych przez rząd utyskiwali, że osiemnastolatkowie mają prawo wziąć ślub, założyć firmę albo zadłużyć się w banku, ale nie mogą kupić sobie piwa. Podwyższenia wieku uprawniającego do zakupu alkoholu nie poparło między innymi centrowe, liberalne skrzydło Związku Ojczyzny. Jego politycy interpretowali tę inicjatywę jako sygnał, że rządzący nie mają zaufania do młodych obywateli. Krytycy forsowanej przez "chłopów" polityki antyalkoholowej uważali, że wynika ona przede wszystkim z uprzedzeń lidera partii, który nie znosi miejskiego stylu życia, nie toleruje swobodnie zachowującej się młodzieży, osób LGBT+ czy ludzi odbiegających od jego obrazu prawdziwego litewskiego patrioty. Max Daly, autor reportażu o walce rządu LVŽS z używkami opublikowanego na portalu "Vice", nazwał Karbauskisa "pseudopogańskim osiemnastowiecznym Donaldem Trumpem", którego cechuje "nieufność względem wszystkiego, co postrzega jako "nielitewskie", jak bycie gejem czy noszenie długich włosów"12.
Nie trzeba było też długo czekać na reakcję lidera partii chłopskiej na pomysł utworzenia plaży na Łukiszkach. Karbauskis, jak większość litewskich polityków komunikujący się ze swoimi wyborcami za pomocą Facebooka, uderzył w wysokie tony:
Na przestrzeni dziejów okupanci różnej maści wykorzystywali ten plac do upokarzania Narodu - zabijali powstańców i uczestników ruchu oporu, stawiali pomniki sławiące okupacyjną władzę, aby zatrzeć narodową pamięć. Przykro patrzeć, że dziś, zasłaniając się wywalczoną przez Naród wolnością, robi się dokładnie to samo - próbuje się zasypać piaskiem pamięć historyczną13.
4
Przeciwko Šimašiusowi zawiązała się nieoczekiwana koalicja. Szyki zwarli z jednej strony "chłopi", z drugiej - prawe skrzydło opozycyjnych konserwatystów. Pikanterii sporowi dodawał fakt, że Związek Ojczyzny współtworzył w wileńskim samorządzie koalicję z ugrupowaniem Šimašiusa, liberalną Partią Wolności. Delegowany przez konserwatystów zastępca mera Valdas Benkunskas oświadczył, że decyzja o otwarciu plaży nie była z nim konsultowana. "Wygląda na to, że i kierownictwo polityczne, i partnerzy koalicyjni, i administracja zostali postawieni przed faktem dokonanym"14 - mówił wtedy mediom Benkunskas.
Šimašius rządził Wilnem od 2015 roku jako pierwszy mer stolicy wybrany w wyborach bezpośrednich, w których udało mu się pokonać dotychczasowego włodarza stolicy, Art?rasa Zuokasa. Obaj deklarowali się jako liberałowie, choć działali w różnych partiach (w pewnym momencie na litewskiej scenie politycznej działało kilka różnych partii mających w nazwie słowo "liberalny"). Zuokas potrafił zwracać na siebie uwagę, na przykład pokazując, że samochody zaparkowane w niewłaściwych miejscach można... rozjechać transportem opancerzonym, a zarazem cieszył się nie najlepszą opinią polityka sprzyjającego zaprzyjaźnionym biznesmenom, którzy korzystali na miejskich inwestycjach. Zuokasowi wytykano też utopienie samorządowych pieniędzy w nieprzemyślanych przedsięwzięciach w rodzaju miejskich linii lotniczych Air Lituanica. Šimašius zapowiadał więcej otwartości, efektywności i przejrzystości, obiecywał wprowadzenie nowych standardów i uzdrowienie finansów ratusza, starał się też budować wizerunek wolnościowca i progresywisty.
Mimo dość młodego wieku - miał dopiero czterdzieści jeden lat - Šimašius zdążył zdobyć niemałe doświadczenie polityczne. Prawnik z wykształcenia, pracował w jednym z największych litewskich think tanków, liberalnym Instytucie Wolnego Rynku, współpracował z antykorupcyjną organizacją międzynarodową Transparency International, wykładał na Uniwersytecie Wileńskim. Gdy miał dwadzieścia sześć lat, po raz pierwszy wybrano go do rady miejskiej Wilna, a jako trzydziestoczterolatek w 2008 roku został z ramienia Ruchu Liberałów ministrem sprawiedliwości w centroprawicowym gabinecie Andriusa Kubiliusa ze Związku Ojczyzny.
Przetrwał na tym stanowisku jeden z najpoważniejszych kryzysów w swojej karierze, gdy na początku sierpnia 2011 roku okazało się, że dane otrzymane z litewskiego Ministerstwa Sprawiedliwości (oraz polskiej prokuratury) posłużyły do zatrzymania na Białorusi Alesia Bialackiego, obrońcy praw człowieka, przyszłego noblisty. Bialacki kierował organizacją Wiosna, zajmującą się rejestrowaniem przypadków łamania praw człowieka i niesieniem pomocy ofiarom represji. Działała ona mimo formalnej likwidacji przez władze w 2003 roku. Bialacki był wielokrotnie zatrzymywany przez służby białoruskiego dyktatora Alaksandra Łukaszenki. Tym razem Bialackiemu postawiono zarzut uchylania się od płacenia podatków "w szczególnie dużych rozmiarach", powołując się na dane z zagranicznych kont bankowych Wiosny. Dzień po zatrzymaniu współpracownik Bialackiego, Walancin Stefanowicz, którego dane również trafiły do białoruskich służb, tłumaczył na konferencji prasowej w Wilnie, że środki zgromadzone na zagranicznych kontach nie służyły prywatnym celom, ale były przeznaczone na działalność organizacji, w tym wsparcie więźniów politycznych.
Wybuchł ogromny skandal, który nadszarpnął wizerunek Litwy jako kraju wspierającego demokratyczne aspiracje białoruskiego społeczeństwa. Walancin Stefanowicz nie krył rozgoryczenia sytuacją, choć podkreślał, że Białorusini są wdzięczni Litwie za okazywane wsparcie. Przekazanie danych przez litewskie ministerstwo nazwał "nieporozumieniem", które będzie "dużo kosztować". Resort sprawiedliwości potwierdził, że Litwa przekazała informacje o kontach czterystu obywateli białoruskich na podstawie wiążącej ją umowy z Białorusią o współpracy prawnej. W końcu głos zabrał też sam Šimašius.
"Bogu dzięki, wydaje się, że innych podobnych incydentów udało się uniknąć. Ministerstwo Sprawiedliwości nie przekazywało żadnych innych danych dotyczących dysydentów czy obrońców praw człowieka"15 - mówił w rozmowie z jedną z litewskich rozgłośni radiowych. Resort sprawiedliwości wstrzymał współpracę prawną z Białorusią. W Wilnie uznano, że doszło do nadużycia procedury do celów politycznych przez stronę białoruską. Wielu litewskich urzędników pospieszyło z przeprosinami. Audronius Ažubalis, który kierował wówczas Ministerstwem Spraw Zagranicznych, nazwał to wydarzenie "przykrym incydentem", zaplanowanym przez "siły niedemokratyczne" w odpowiedzi na wsparcie, jakiego Litwa udzieliła białoruskiej opozycji. Mimo krytyki, jaka spadła na niego w kraju, Šimašius zachował stanowisko. Jeszcze w listopadzie tego samego roku sąd skazał Bialackiego na cztery i pół roku kolonii karnej o zaostrzonym rygorze. Wyrok potępiła społeczność międzynarodowa, a także sam Šimašius, który stwierdził, że Bialacki zasłużył na Pokojową Nagrodę Nobla.
"Bez żadnych wątpliwości ja także ponoszę odpowiedzialność i jej z siebie nie zrzucam"16 - mówił Šimašius litewskim dziennikarzom w dniu wydania wyroku. Białoruski obrońca praw człowieka opuścił kolonię karną dopiero w 2014 roku.
Z kolejnym kryzysem Šimašiusowi przyszło się zmierzyć już po wybraniu na mera stolicy. Za jego partią ciągnął się cień afery korupcyjnej, w którą umoczony był dawny lider Eligijus Masiulis. Wiosną 2016 roku, na kilka miesięcy przed wyborami parlamentarnymi, partia zajmowała drugie-trzecie miejsce w sondażach, a Masiulisowi - przebojowemu byłemu ministrowi i rówieśnikowi Šimašiusa - wróżono nawet fotel premiera. Wszystko załamało się 12 maja 2016 roku. Tego dnia agencja antykorupcyjna ogłosiła, że wszczyna postępowanie w sprawie możliwego przyjęcia przez Masiulisa korzyści majątkowej. Miał on otrzymać ponad sto tysięcy euro od szefów koncernu MG Baltic Dariusa Mockusa i Raimondasa Kurlianskisa w zamian za działania na rzecz firmy w parlamencie. To był koniec marzeń liberałów o sukcesie wyborczym. Masiulis zrezygnował z mandatu poselskiego i funkcji lidera partii. W awaryjnym trybie zastąpił go Šimašius, a partii udało się uratować przed wypadnięciem z parlamentu. Afera zataczała jednak coraz szersze kręgi, dotykając kolejnych polityków ugrupowania. W październiku 2017 roku Šimašius zrezygnował z funkcji lidera, przekonując, że partia musi gruntownie się zmienić, jeśli chce odzyskać zaufanie wyborców. Później zapowiedział start w wyborach na mera z ramienia własnego komitetu obywatelskiego. Zrozumiał, że jeśli ma zostać ponownie wybrany, musi odciąć się od swojego ugrupowania. Drogi jego i Ruchu Liberałów ostatecznie się rozeszły.
Šimašius nie krył, że jego ambicje polityczne sięgają poza wileński ratusz. Na początku 2019 roku uzyskał reelekcję, ponownie pokonując w decydującej turze Zuokasa. Nikogo nie zdziwiło, gdy niedługo po wyborach jego sojusznicy ogłosili powołanie nowej partii politycznej. Według przewodniczącej, trzydziestoletniej posłanki Aušrin? Armonait?, wcześniej członkini Ruchu Liberałów, Partia Wolności - bo taką przyjęła nazwę - miała stać się głosem wielkomiejskiego elektoratu, ludzi młodych, niezależnych i przedsiębiorczych, nieodnajdujących się w sporach między postsąj?disowską prawicą a postkomunistyczną lewicą, którym obcy był też populistyczny konserwatyzm spod znaku Karbauskisa. Partia postawiła na inkluzywność: w jej szeregach znalazło się miejsce dla prawniczki Eweliny Dobrowolskiej, litewskiej Polki działającej na rzecz praw mniejszości narodowych, poruszającej się na wózku Moniki Ošmianskien? czy działacza społeczności LGBT+ Tomasa Vytautasa Raskevičiusa. Wolnościowcy postanowili wprowadzić do politycznego mainstreamu tematy do tej pory niechętnie poruszane, jak prawa osób LGBT+ i legalizacja miękkich narkotyków.
To za rządów Šimašiusa w Wilnie zmienił się stosunek władz miasta do rodzącego się w bólach litewskiego ruchu na rzecz praw osób nieheteronormatywnych. Gdy w 2010 roku w Wilnie organizowano pierwszy Baltic Pride - festiwal społeczności LGBT+, odbywający się co roku w stolicy innego z krajów bałtyckich - chuligani obrzucili kilkuset uczestników parady równości kamieniami i petardami. Politycy prawicy i populiści nie stronili od homofobicznych wypowiedzi, a kilkudziesięciu posłów podpisało się pod wnioskiem do prokuratury o zablokowanie parady. Romualdas Ozolas pisał, że parada jest "przedstawieniem propagującym homoseksualizm w najbardziej agresywny sposób", godzącym w fundamenty życia społecznego, przed którym społeczeństwo ma prawo się bronić, tak jak broni się przed agresją "nazistów, syjonistów i bolszewików"17.
Tomas Venclova, zniesmaczony poziomem debaty publicznej, zareagował gorzkim esejem pod tytułem Duszę się, opublikowanym w miesięczniku "IQ" i przedrukowanym przez kilka portali, a później także przez "Gazetę Wyborczą". "Zabraniamy zabraniania, zabraniamy przymusu, chcemy demokratycznej normalności. Możecie nie zgadzać się z gejami, nawet ich nie lubić, ale nie można ich obrażać ani obrzucać kamieniami"18 - pisał. Zuokas jako mer Wilna nie krył swojej niechęci wobec Baltic Pride ("Więcej takich parad nam nie potrzeba"19 - mówił w czasie kolejnej edycji festiwalu w 2013 roku). Nastroje zmieniły się w ciągu niecałej dekady. Gdy w 2019 roku impreza po raz kolejny zawitała do Wilna, w paradzie wzięło udział już dziesięć tysięcy uczestników. Nie doszło też do żadnych poważniejszych incydentów. Šimašius był pierwszym włodarzem stolicy, który nie tylko otwarcie poparł organizację parady, ale sam wziął w niej udział.
Swoją deklarowaną otwartością i inkluzywnością Šimašius stawiał się w opozycji do rządu Sauliusa Skvernelisa i wspierającego go Litewskiego Związku Rolników i Zielonych Karbauskisa. Nie ukrywał też, że nie podoba mu się polityka antyalkoholowa rządu. W rozmowie z Maxem Dalym z "Vice" mówił, że nie rozumie, dlaczego zamiast walczyć z rzeczywistym problemem, jakim jego zdaniem jest spożywanie taniego alkoholu na wsi, władze uderzają "w każdego, kto lubi się napić". Krytykował naloty przeprowadzane przez policję w klubach nocnych i dyskotekach w poszukiwaniu narkotyków, nazywając je "nieproporcjonalną demonstracją siły".
"Wygląda na to, że ten rząd ma antagonistyczny stosunek do bardziej miejskiej części naszego kraju - mówił w "Vice" Šimašius. - Jesteśmy otwartym, przyjaznym miastem i w pewnym sensie rząd temu zagraża. To wbrew wolności"20.
Šimašius kreował obraz Wilna jako nowoczesnego, ciągle się rozwijającego miasta, chętnego gościć u siebie nie tylko turystów, ale także inwestorów. O stolicy zrobiło się głośno w zagranicznych mediach. Renomowane czasopisma i portale zachwalały jego walory turystyczne ("Wilno oferuje więcej, niż obiecuje"21 - pisano w "Lonely Planet"), smaczną litewską kuchnię, tętniące życiem puby i kluby nocne. W raporcie Global Cities of the Future 2018/19 [Globalne Miasta Przyszłości 2018/2019] opracowanym przez należący do "Financial Times" dwumiesięcznik "fDi Intelligence" doceniono jego "potencjał ekonomiczny", "kapitał ludzki i styl życia" czy "przyjazność dla biznesu"22. Malkontenci i krytycy mera kręcili jednak nosami. W zabiegach o międzynarodową uwagę dostrzegali więcej bicia piany niż konkretnych działań realnie przekładających się na poprawę życia mieszkańców. Uważali, że Šimašius, zamiast na poprawie miejskiej infrastruktury, remontach i inwestycjach, skupia się głównie na kreowaniu swojego wizerunku w mediach społecznościowych, a miejską przestrzeń traktuje jako własną powierzchnię reklamową.
5
Gdy wybuchła afera z plażą, nie brakowało takich, którzy widzieli w tym kolejną piarowską zagrywkę mera.
W ocenie Moniki Gimbutait?, wówczas publicystki kulturalnej "15min", jednego z najpoczytniejszych litewskich portali informacyjnych, plac Łukiski stał się w okresie niepodległości miejscem, w którym "zderzają się bardzo różne poglądy, nierzadko wywołujące konflikty w przestrzeni publicznej - rozmaite paradygmaty estetyczne, różne spojrzenia na pamięć historyczną, różne wyobrażenia o tym, kto i jak powinien decydować, czym ten plac powinien być"23. Kolejna debata, wywołana sporem wokół plaży, zaowocowała - jak nazwała to Gimbutait? - "dziwną, niezrozumiałą i absurdalną w wielu miejscach" ustawą.
29 czerwca, a więc ledwie tydzień od momentu, gdy na plac wjechały ciężarówki z piaskiem, Sejm uchwalił ustawę w sprawie specjalnego statusu placu Łukiskiego jako "miejsca pamięci" na podstawie projektu złożonego wcześniej przez grupę posłów z Karbauskisem na czele. Zapisano w niej, że dominującym akcentem w przestrzeni placu ma być "symbolizujący państwowość pomnik Pogoni wraz z memoriałem upamiętniającym poległych za wolność Litwy", a wszelkie działania publiczne na jego terenie nie mogą naruszać "porządku publicznego" i "dobrych obyczajów". Za ustawą zgodnie głosowali posłowie partii Karbauskisa i połowa frakcji konserwatystów. Co ciekawe, do nagonki na mera stolicy nie przyłączył się lider Związku Ojczyzny Gabrielius Landsbergis, wnuk historycznego przywódcy partii. Nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni dał o sobie znać podział konserwatystów na skrzydła "postępowe" i "zachowawcze".
"Myślę, że to obustronna akcja piarowska, która ani nie pomoże w lepszym zrozumieniu pamięci historycznej, ani nie przyczyni się do upiększenia miasta. Nie uważam za rozsądne brania udziału w tej bitwie dwóch partii w piaskownicy"24 - tłumaczył po głosowaniu Landsbergis, mając na myśli "chłopów" i Partię Wolności. "Okazuje się, że na Litwie istnieje monopol na stosunek do historii. Usankcjonowany prawem i biurokratycznymi metodami, jedynie słuszny sposób traktowania pamięci. Nie podskakujcie, nie cieszcie się, zamknijcie się"25 - tak z kolei we wpisie na Facebooku oceniła uchwalenie ustawy liderka wolnościowców Aušrin? Armonait?. Podobnie w facebookowym komentarzu wypowiedział się Šimašius. "Sejm pokazał samorządowi, jak należy, a jak nie należy żyć. Dziękuję partii chłopów za taką troskę o miasto"26 - ironizował. I już w poważniejszym tonie przekonywał, że plaża "nie godzi w dobre obyczaje", a motyw Pogoni jest już uwieczniony na placu - na ogromnej fladze powiewającej na maszcie stojącym w jego centrum.
Gotowa ustawa trafiła na biurko prezydenta Gitanasa Naus?dy. Ten były ekonomista i bankowiec w przeszłości uchodził za liberała, ale gdy zasiadł w prezydenckim fotelu, zaczął zdradzać coraz bardziej konserwatywne poglądy. W ważnych sprawach często jednak hamletyzował, co krytycy zrzucali na karb jego niewielkiego doświadczenia politycznego. Naus?da starał się tworzyć wrażenie, że przed każdą istotną decyzją rozważa starannie wszystkie "za" i "przeciw". Tak było i tym razem - prezydent udał się nawet we własnej osobie na plac, by sprawdzić, czy plaża nie narusza dobrych obyczajów, i ku zdumieniu stronników mera Wilna, którzy apelowali o prezydenckie weto, 10 lipca ogłosił, że ustawę podpisze. Niektóre fragmenty długiego facebookowego wpisu, w którym uzasadniał swoją decyzję, wywołały złośliwe komentarze. "Można wdać się w scholastyczne rozważania, czy pomnik Pogoni nie został już zrealizowany w postaci flagi albo czy zgodnie z tradycją historyczną Pogoń w ogóle może istnieć w formacie 3D, a nie 2D?" - zastanawiał się Naus?da. Pisał też, że gdyby zawetował ustawę, to plac stałby się "ciastem warstwowym, w którym byłoby trochę piasku, trochę wody, trochę ognia, trochę pamięci historycznej, trochę dobrego obyczaju, trochę złego, a koniec końców - nie byłoby niczego"27.
Przyjęta w ekspresowym tempie ustawa nie rozwiązała sporu, sprawiła jedynie, że obie zaangażowane strony okopały się na swoich pozycjach. Przeciwnicy plaży, w tym lider "chłopów" Ram?nas Karbauskis, stroili się w szaty obrońców tradycji i porządku. Jej pomysłodawca, mer Remigijus Šimašius, przekonywał zaś, że plaża w tym miejscu ma pokazać, iż Litwini potrafią cieszyć się z odzyskanej wolności. A może jedni byli warci drugich? Filozof Viktoras Bachmetjevas, nie mogąc się nadziwić tej debacie, pisał w komentarzu dla portalu mediów publicznych LRT, że plaża Šimašiusa jest w istocie tym samym, co wyimaginowane Najsie Karbauskisa - produktem marketingowym, imitacją rzeczywistości.
- Przyjdzie jesień i plaża się skończy - rzucił w stronę dziennikarzy Saulius Skvernelis, gdy ci podpytywali go, czy rząd zamierza podjąć jakieś działania w sprawie Łukiszek.
Wkrótce stało się dokładnie tak, jak powiedział premier, choć nie z woli rządu. Sezon letni dobiegł końca, plaża spełniła swoje zadanie. 1 września na plac ponownie wjechały ciężarówki. Rozmontowano instalacje wizualne, przebieralnie i wieże ratowników. Trzysta metrów sześciennych piasku, dzięki którym wilnianie mogli w środku miasta poczuć się jak nad morzem, przewieziono na kąpieliska nad rzekami i jeziorami Wilna.
6
Piasek wywiozły ciężarówki, a polityczni bohaterowie tej opowieści zamienili się rolami. Nie zmiotła ich ani piaskowa burza, ani wiatr historii, tylko werdykt wyborców. W wyborach parlamentarnych w 2020 roku triumfowali konserwatyści i liberałowie, którzy utworzyli rząd, Gabrielius Landsbergis został ministrem spraw zagranicznych, a Ram?nas Karbauskis i Saulius Skvernelis przeszli do opozycji. W 2023 roku po dwóch kadencjach z funkcji mera Wilna odszedł Remigijus Šimašius, ale ostatniego słowa w krajowej polityce na pewno jeszcze nie powiedział. Prezydent Gitanas Naus?da szykował się do walki o reelekcję.
Pozostał plac Łukiski. Jedno z wielu miejsc - podobnie jak nieodległe więzienie, które stało się przestrzenią sztuki - na mapie Wilna i całej Litwy, gdzie splatają się różne wątki z najnowszej historii tego kraju, a rozmaite narracje na temat przeszłości wchodzą ze sobą w dyskusję.