Wojownicy ze stali
To jest opowieść o jednej z najciemniejszych epok w długiej historii elfów. Do ich krainy wkroczył wróg ze swą potężną armią. Cel miał jeden - chciał odebrać elfom ziemię i wolność. Z wielu stron dochodziły wieści o jego nikczemnych czynach i rozmiarze zniszczeń! Rozpacz i przerażenie zapanowały w całym kraju, by wreszcie przerodzić się w gniew i chęć zemsty. Elfy postanowiły walczyć i wypędzić wroga. Wiedziały, że ważą się losy ich przyszłości i kolejnych pokoleń elfów.
Dąb na dziedzińcu zielenił się świeżymi delikatnymi liśćmi. Mała grupka elfów siedziała pod drzewem - wśród nich królowa Veronica. Mieszkała w zamku wraz z rycerzami, którzy zaprzysięgli bronić elfickiej ziemi przed zagrożeniem nadciągającym z Południa.
Dzisiaj królowa zgromadziła przyjaciół, by uczcić przyjście wiosny. Na stole przed nimi leżał świeżo upieczony chleb, piernik, suszone owoce i świeże jajka.
- To najcudowniejszy czas w roku - powiedziała królowa. - Kiedy wszystko się zieleni, moje serce przepełnia radość. W tym roku mam też ważniejszy powód do świętowania! Moje dzieci wróciły! A tak bardzo się bałam, że straciłam je na zawsze.
Uśmiechnęła się i czule spojrzała na córkę Daisy, a potem na syna Bramble'a. Niedawno wrócili do krainy elfów po niebezpiecznej podróży przez dzikie bezkresy.
- Obydwoje tak bardzo urośliście - zauważyła Carnation, ich niania. Faktycznie, Daisy była teraz prawie tak wysoka jak jej mama, a Bramble tylko nieznacznie ustępował wzrostem swojej siostrze.
- Słyszałem, Daisy, że świetnie władasz mieczem - odezwał się sir Hazel, mąż Carnation. Przed laty uczył Daisy fechtunku.
- Daisy jest mistrzynią! - oświadczył Bramble z taką pewnością w głosie, że dziewczyna zarumieniła się.
- Bramble ma rację! - potwierdził sir Blackthorn, młody rycerz, który towarzyszył dzieciom podczas ich długiej podróży. - Miałem zapewnić bezpieczeństwo tej dwójce. Ale z biegiem czasu to Daisy stała się naszą strażniczką i opiekunką.
Wszyscy się zaśmiali, a Bramble kolejny raz spojrzał z dumą na siostrę.
- A czy kiedyś będę mogła zostać rycerzem? - zapytała Daisy.
Hazel przytaknął, ale królowa pokręciła głową z lekkim niezadowoleniem.
- Bycie rycerzem to nie zabawa dla dzieci - powiedziała.
- Wiem! - gwałtownie przytaknęła Daisy - Ale ja nie jestem już dzieckiem!
- Nie, prawdopodobnie już nie jesteś - z rezygnacją potwierdziła jej mama i westchnęła ciężko.
W tym momencie usłyszeli tętent kopyt dochodzący przez otwartą bramę zamkową. Zlany potem, młody elf wjechał na dziedziniec.
- Wygląda jak ktoś, kto niesie ważne wieści - powiedział Hazel. Tymczasem elf zeskoczył z konia i podbiegł do królowej.
- Królowo! Biada nam! - wydyszał - Wróg najechał nasze ziemie. Mieszkańcy wiosek uciekają, ich domy się palą. To katastrofa!
- Co ty mówisz? - słabym głosem zapytała przerażona królowa.
Hazel wcisnął elfowi kubek wina i powiedział: - Uspokój się i mów, co się dzieje.
- Mam na imię Sambucus - zaczął elf. - Jestem strażnikiem granicznym daleko na północy, na samym krańcu ziemi elfickiej. Moi przyjaciele i ja pilnowaliśmy Pylistej Równiny. Nie jest to trudnym zadaniem, ponieważ Pylista Równina jest jałową pustynią, która ciągnie się przez wiele mil. Nic na niej nie rośnie i nigdy nie widziałem tam żadnych żyjących istot - prócz strażników.
- Ale dwa tygodnie temu przez Pylistą Równinę zaczęła przetaczać się ogromna chmura pyłu, a z niej wyłoniła się armia! Uderzyła w krainę elfów jak huragan. Nie mogliśmy ich powstrzymać. Ratowaliśmy życie ucieczką.
- Co wiesz o najeźdźcach? - zapytał Hazel.
- To wszystko, co wiem - odpowiedział Sambucus. - Najszybciej jak mogłem, wyruszyłem po pomoc. A w tym czasie moi przyjaciele zebrali grupkę odważnych elfów. Mają powstrzymywać wrogą armię do czasu, kiedy przybędą rycerze. Jechałem dzień i noc, aby dostać się do zamku i was ostrzec. Teraz wszystko jest w twoich rękach, królowo Veronico!
- Wrogowie są na naszej ziemi. Musimy ich jak najszybciej powstrzymać! - wykrzyknęła królowa. - Hazelu i Blackthornie, zbierzcie rycerzy z zamku. Wyślijcie posłańców do każdego, kto posiada broń i konie. Wyruszamy jutro.
- Ja też jadę z wami! - zadeklarowała Daisy.
- Absolutnie nie! - przerwała jej matka.
- Muszę! - wykrzyknęła Daisy. - Kiedy elfy walczą o swoje życie, nie mogę chować się w domu!
- Ale...- zaczęła królowa.
Carnation położyła rękę na ramieniu królowej i powiedziała:
- Daisy ma rację. Kiedyś to ona będzie królową elfów. Stanie na ich czele, kiedy będą w niebezpieczeństwie. Nie powstrzymuj jej.
Królowa głęboko westchnęła i przytaknęła. Wszyscy ruszyli w stronę zamku.
- Dziękuję! - wyszeptała Daisy, gdy mijała nianię.
- Nie dziękuj mi - odpowiedziała zasmucona Carnation. - Jeśli cokolwiek ci się stanie, będę tego żałować do końca życia.
Następnego dnia armia elfów wyruszyła na północ. Rycerze jechali na przedzie. Za nimi podążało ponad tysiąc elfów, uzbrojonych w siekiery i włócznie. Promienie słońca odbijały się od ich wypolerowanych zbroi i mieczów. Konie rżały i potrząsały głowami - zadowolone, że wreszcie mogą rozprostować nogi po długiej zimie spędzonej w stajniach.
Elfy poruszały się cicho, a w ich szeregach wyczuwało się napięcie. Wiedziały, że czeka ich ciężka walka. Daisy jechała w straży przedniej, razem z Hazelem i Blackthornem. Dwaj rycerze strzegli jej jak oka w głowie.
Królowa znajdowała się za nimi w kolejnych szeregach armii. Była nieuzbrojona, ale jej obecność dodawała odwagi pozostałym. Towarzyszył jej sir Armstrong. Mimo że był trollem, królowa Veronica przyjęła go do zamku i uczyniła swoim rycerzem. Nigdy o tym nie zapomniał. Był gotowy oddać za nią życie. Na jego plecach błyszczał złowrogo naostrzony topór - tak ciężki, że żaden z elfów nie był w stanie go podnieść.
Wyprawa trwała wiele dni. Elfy odpoczywały w krótkie wiosenne noce i ruszały dalej, gdy tylko pojawiało się pierwsze światło świtu. W południe jeźdźcy zatrzymywali się, by napoić swoje konie. Przed nimi rozpościerały się otwarte przestrzenie pól i łąk. Na wschodzie znajdował się rozległy las, a za nim wypiętrzały się góry.
Daisy, Hazel i Blackthorn jechali przodem, wypatrując niebezpieczeństwa.
- Ktoś nadciąga! - zauważyła Daisy i wskazała ciemne punkty na horyzoncie.
- Wojownicy? - spytał Hazel.
Ale była to tylko mała grupka chłopów, która szybko się do nich zbliżała.
- Ratujcie! - wydyszał pierwszy, który dobiegł do Daisy. - Tam jest z tysiąc wojowników. Pojawili się w naszej wsi jak jakieś gradobicie. Ledwie uszliśmy z życiem!
- Jakim cudem dotarli tutaj tak szybko? - zapytał Blackthorn.
- Bezlitośnie okładali swoje konie, zmuszając je do szaleńczego biegu - tłumaczył jeden z chłopów. - Biedne zwierzęta, aż spływały krwią. To był paskudny widok.
- Już ich widzę! - krzyknęła Daisy.
Na polach, rząd za rzędem, pojawiali się wojownicy na czarnych koniach. Okuci w stal od stóp do głów - a ich zbroje były czerwone jak ogień i żółte jak siarka.
Na czele wojsk jechał król w rydwanie ciągniętym...