ZDJĘCIE
Wszystko zaczęło się od zdjęcia. Mama zobaczyła je u kolegi na fejsie i przepadła. Tak przynajmniej twierdzi Misiek. Wcześniej, ile razy prosiłam ją o psa, słyszałam, że nie ma mowy, bo to kolejny obowiązek. Dla mamy.
- Pies oznacza wczesne wstawanie, pogryzione rzeczy, sierść na kanapie, wieczny bałagan i spacery w deszczu - mówiła.
Z czasem zrezygnowałam z próśb. Doszłam do wniosku, że może faktycznie niepotrzebny nam pies, skoro nawet z własnym bałaganem mieliśmy problem. Właśnie wtedy mama zobaczyła zdjęcie Lotty i zmieniła zdanie. Misiek mówi, że to było zakochanie od pierwszego wejrzenia. Jeśli tak, nie chcę się nigdy zakochać. Bo mama całkiem straciła rozum. Przestała mówić o obowiązkach, za to snuła wizje pełnego czułości, niezmąconej niczym harmonii życia z psem.
- Wyobraźcie sobie miękkie uszy o zapachu suchych grzybków - mówiła rozmarzonym głosem znad patelni z siekaną cebulą. - Stukot pazurków na podłodze... Wierny pysk gotowy zawsze cię pocieszyć... Wyobraźcie sobie...
- Wczesne wstawanie, pogryzione rzeczy, sierść na kanapie, wieczny bałagan i spacery w deszczu - przerwał jej Misiek.
- Co tam wstawanie! - zawołała mama. - Co tam bałagan! Na kanapę nie pozwolimy jej wchodzić, a czymże jest odrobina deszczu, gdy towarzyszy ci wierny pies? Ćwiczenie woli i radość nieznanej przygody. Oto co nas czeka!
- A co z obowiązkami, które na ciebie spadną, mamo? - spytałam. Tak z czystej ciekawości.
- Obowiązki? Phi! - Mama uniosła ręce w geście pogardy dla mojej sugestii, rozchlapując smażoną cebulę na ścianie. - Czym są obowiązki, gdy w grę wchodzi miłość!
- To koniec, Zośka - szepnął Misiek. - Nasza matka oficjalnie zwariowała.
Skinęłam głową. Wyglądało na to, że tak właśnie się stało. Dla usprawiedliwienia powinnam dodać, że mama nigdy nie była wcieleniem rozsądku. No i mogę pokazać zdjęcie Lotty - to, które wszystko zmieniło. Oto ono:
Powinnam chyba przyznać, że i my po zobaczeniu zdjęcia zaczęliśmy rozumieć szaleństwo mamy. Do tego stopnia, że jeszcze tego samego dnia wydaliśmy jej pozwolenie na psa.
Następnego dnia kupiliśmy obrożę, smycz, posłanie i karmę dla szczeniaków, a potem pojechaliśmy po Lottę. Mama prowadziła i tak się spieszyła, że na niektórych zakrętach baliśmy się o nasze bezpieczeństwo.
- Tak właśnie działa miłość - rzucił Misiek, gdy po raz kolejny zderzyliśmy się głowami.
W końcu dojechaliśmy na miejsce i dopiero wtedy okazało się, że z mamą naprawdę nie jest dobrze.
- Boję się wejść - oznajmiła, gdy stanęliśmy przed blokiem, w którym mieszkali opiekunowie Lotty. - Bo co, jeśli ona nas nie polubi?
Misiek westchnął i po prostu nacisnął guzik domofonu.
W korytarzu przywitali nas czarna Tekla, mama Lotty, i jej ludzie. Wszyscy wyglądali na zmęczonych. Tekla właśnie odchowała dziewięć szczeniaków. Lotta była spośród nich ostatnia i jako jedyna nie znalazła jeszcze domu.
- Nie rozumiem dlaczego - powiedziała mama. - Przecież jest najpiękniejsza.
Potem dowiedzieliśmy się, że w czasie naszej krótkiej rozmowy z opiekunami Lotta zdążyła zjeść płytę CD i nadgryźć nogę od krzesła. Na nasz widok pomachała ogonem, podbiegła, pośliznęła się i usiadła. Tylne łapki jej się rozjechały, a uszy wywinęły na drugą stronę.
- Czy ona nie jest wspaniała?! - zawołała mama.
Lotta przekrzywiła głowę i zsikała się pod siebie. Chyba z wrażenia. Mama uznała to za niezbity dowód akceptacji.
W samochodzie Lotta władowała mi się na kolana. Wciąż była mokra od tyłu, ale przy uszach naprawdę pachniała suszonym grzybkiem.
- Jesteś Śmierdziulinką, wiesz? - szepnęłam jej prosto w to śmieszne ucho.
A ona starannie wylizała mnie po twarzy. I znowu się zsiusiała. Tym razem na moje kolana.
- Jesteś Śmierdziulinką, wiesz? - szepnął do mnie Misiek.
Nie przejęłam się tym. Wiedziałam, że mi zazdrości.
Na miejsce dojechaliśmy po zmroku. Lotta wyglądała na zmęczoną, więc mama wniosła ją do mieszkania i położyła na posłanku. Piesa uniosła brewki i spojrzała na nią zdumiona. "Chyba nie myślisz, że będę tu spać?" - zdawała się mówić. Otrzepała się i pobiegła prosto do kanapy. Chwilę jej zajęło, zanim się na nią wspięła. Udeptała poduszkę i ułożyła się na niej z westchnieniem.
- I ty jej na to pozwolisz? - Misiek z niedowierzaniem spojrzał na mamę.
A ona zawahała się chwilę, po czym stanęła nad Lottą i powiedziała stanowczym tonem:
- Idź na posłanie!
I wiecie co? Śmierdziulinka jej posłuchała. Zwlokła się z kanapy i z najnieszczęśliwszą na świecie miną powlokła się na posłanie. Tam usiadła i przyjrzała się nam oskarżycielsko. Wyglądała jak najbardziej pokrzywdzony pies świata.
- Widzicie to spojrzenie? - spytała mama słabym głosem.
- Chyba nie zamierzasz jej ustąpić? - zdziwił się Misiek. - Kiedy ja robię takie miny, nie dajesz mi słodyczy.
Mama westchnęła.
- Oczywiście, że nie ustąpię. Pies musi wiedzieć, gdzie jest jego miejsce - powiedziała. I żeby psicy nie było smutno, położyła się obok niej na posłanku.
Misiek przewrócił oczami.
- Widzisz, do czego prowadzi zakochanie? - szepnął ostrzegawczo.
Mamie to chyba nie przeszkadzało, bo leżała na posłanku tak długo, aż dobiegło nas pochrapywanie. Lotty, nie mamy. Dopiero wtedy poszła robić z nami kolację.
Aha, jeśli chodzi o wczesne wstawanie, niepotrzebnie się martwiliśmy. Lotta wstała dopiero po dziewiątej. Być może dlatego, że w nocy przeniosła się na kanapę.