Rozdział trzeci
Yareth Ghanatan, to miasto wciąż stoi,
Pierwsze i ostatnie, a tam, gdzie stara grobla
Zatacza półokrąg, wznoszą się wieże
Z piasku, w którym roją się imperia
I maszerujące armie, złamane skrzydła chorągwi,
A pomordowani leżący na chodnikach
Wkrótce stają się kośćmi gmachów - zarówno
Wojownicy, jak i budowniczowie. Ale miasto wciąż stoi
I jest domem dla rojów owadów, ach, te wieże,
Wznoszą się tak dumnie niczym sny pod
Gorącym tchnieniem słońca, Yareth Ghanatan.
Miasto jest cesarzową, żoną i kochanką,
Staruchą i dzieckiem Pierwszego Imperium,
A ja również trwam, razem z całą rodziną,
Kości w ścianach, kości
Pod podłogą, kości, które rzucają
Ten delikatny cień - pierwszy i ostatni.
Widzę, co nadchodzi, widzę wszystko, co było,
A glina mojego ciała poczuła dotyk waszych dłoni,
Dawne ciepło życia, albowiem miasto,
Moje miasto wciąż stoi i stoi,
I stoi bez ruchu.
Kości w ścianach
fragment ze steli, circa czasy Pierwszego Imperium,
autor nieznany
- Mogę być tą urną.
- Nie chciałabyś tego.
- Ona ma nogi.
- Krótkie i nie wygląda na to, żeby się poruszały. Są tylko na pokaz.
Pamiętam takie przedmioty.
- Ale jest ładna.
- Ona do niej sika.
- Sika? Jesteś tego pewna? Widziałaś, jak to robiła?
- Przyjrzyj się, Serwatka. W środku są jej siki. Nie chciałabyś być tą
urną. Potrzebujesz czegoś żywego. Naprawdę żywego, z funkcjonującymi
nogami. Albo skrzydłami...
Nadal do siebie szeptały, gdy Apsalar wyjęła z okna ostatnią kratę i postawiła ją na podłodze. Potem wspięła się na parapet i obróciła
bokiem, by chwycić za najbliższy słupek dachu.
- Dokąd się wybierasz? - zapytała Telorast.
- Na dach.
- Mamy iść z tobą?
- Nie.
Dziewczyna podciągnęła się w górę i już po chwili przykucnęła na
spalonej słońcem glinie. Nad jej głową świeciły gwiazdy. Do świtu
zostało niewiele czasu, a miasto na dole było ciche i nieruchome, jakby
noc zesłała mu śmierć. Ehrlitan. Pierwsze miasto, do którego przybyli w tej krainie, w tym mieście zaczęła się ich wędrówka. Ich grupa musiała
się rozpaść pod ciężarem dźwiganych brzemion. Kalam Mekhar, Skrzypek,
Crokus i ona. Och, Crokus bardzo się rozgniewał, gdy się okazało, że ich
towarzysze mają ukryte motywy, że nie chodzi im tylko o to, by
odprowadzić ją do domu i naprawić dawną krzywdę. Był okropnie naiwny.
Zastanawiała się, jak mu się powodzi. Pomyślała, że mogłaby zapytać o to
Kotyliona, gdy bóg znowu ją odwiedzi, ale doszła do wniosku, że lepiej
tego nie robić. Nie byłoby dobrze, gdyby chłopak nadal ją obchodził.
Nawet myśląc o nim, nie osiągała wiele więcej niż otworzenie bram przed
tęsknotą, pożądaniem i żalem.
Musiała myśleć o innych, pilniejszych sprawach. O Mebrze. Życzenie Tronu
Cienia się spełniło, stary szpieg nie żył, choć Apsalar nie miała
pojęcia, dlaczego bóg tego pragnął. Co prawda, Mebra pracował na
wszystkie strony, w jednej chwili służąc Imperium Malazańskiemu, a w następnej sprawie sha'ik. A także... komuś innemu. Tożsamość tej
trzeciej strony była ważna. Apsalar podejrzewała, że to właśnie ona
wpłynęła na decyzję Tronu Cienia.
Bezimienni? Czyżby semkowskiemu skrytobójcy rozkazano zatrzeć ślady?
Bardzo możliwe. To miało sens. Semk powiedział, że miał nie zostawić
świadków. Świadków czego? Jakiego rodzaju usługi mógł świadczyć
Bezimiennym Mebra?
Na razie wstrzymajmy się z poszukiwaniem odpowiedzi. Kto jeszcze wchodzi
w grę?
W Siedmiu Miastach z pewnością przetrwali wyznawcy dawnego kultu Cienia,
niedobitki pozostałe po czystkach towarzyszących podbojowi. Oni również
mogli korzystać z licznych uzdolnień Mebry i wydawało się bardziej
prawdopodobne, by przyciągnęli uwagę Tronu Cienia i sprowokowali jego
gniew.
Rozkazano jej zabić Mebrę. Nie powiedziano jej, dlaczego, ani nie
mówiono, by rozpoczęła śledztwo na własną rękę. Sugerowało to, że Tron
Cienia uważał, iż wie wystarczająco wiele. To samo dotyczyło Kotyliona.
Albo na odwrót, obaj byli żałośnie nieświadomi, a Mebra po prostu
przeszedł na inną stronę o jeden raz za dużo.
Na jej liście znajdowały się też inne cele, na pozór przypadkowa
kolekcja imion, bez wyjątku znanych jej ze wspomnień Kotyliona.
Spodziewała się, że będzie po prostu przechodzić od jednego celu do
następnego, zostawiając sobie najtrudniejszy na sam koniec... ale do
tego zapewne zostało jej jeszcze wiele miesięcy. Będzie potrzebowała
mnóstwa zręcznych manewrów, by się do niego zbliżyć. To był bardzo
niebezpieczny osobnik i należało go podchodzić powoli i ostrożnie. Nie
czuła też wobec niego wrogości.
Na tym właśnie polega zajęcie skrytobójcy. A opętanie przez Kotyliona
uczyniło mnie skrytobójczynią. Tym i nikim więcej. Zabijałam już i będę
zabijała w przyszłości. Nie muszę myśleć o niczym innym. To jest proste.
To powinno być proste.
Postara się, by takie było.
Jednakże z jakiego powodu bóg postanawiał zabić jakiegoś skromnego
śmiertelnika? Irytujący kamyk w mokasynie. Gałązka uderzająca w twarz na
leśnej ścieżce. Któż by się zastanawiał nad wyrzuceniem z buta kamyka
albo nad złamaniem gałązki?
Wygląda na to, że ja, bo to właśnie ja jestem ręką boga w tej sprawie.
Dość już tego. Nie mogę dłużej tolerować tej słabości... tej...
niepewności. Wykonaj zadanie, a potem odejdź. Zniknij. Znajdź sobie nowe
życie.
Ale... jak to się robi?
Był ktoś, kogo mogłaby o to zapytać. Przebywał niedaleko stąd. Wiedziała
o tym, bo wydobyła jego tożsamość ze wspomnień Kotyliona.
Podeszła do skraju dachu i usiadła na nim z nogami zwieszonymi w dół.
Nagle zorientowała się, że ktoś siedzi obok.
- I co? - zapytał Kotylion.
- Semkowski skrytobójca pracujący dla Bezimiennych wykonał zadanie
przede mną.
- Dzisiejszej nocy?
- Natknęłam się na niego, ale nie zdążyłam wypytać.
Bóg skinął powoli głową.
- Znowu Bezimienni. To niespodziewane. I niepożądane.
- A więc to nie z ich powodu chcieliście zabić Mebrę.
- Nie. Stary kult znowu odżywa. Mebra miał ambicje zostać wielkim
kapłanem. Był najlepszym kandydatem. Pozostałymi się nie przejmujemy.
- Robicie porządki.
- Konieczne porządki, Apsalar. Czeka nas bijatyka. Na wielką skalę.
- Rozumiem.
Przez pewien czas milczeli. Wreszcie Kotylion odchrząknął.
- Nie miałem jeszcze czasu go odwiedzić, ale wiem, że jest zdrowy, choć
ze zrozumiałych powodów przygnębiony.
- W porządku.
Na pewno wyczuł, że wolałaby na tym poprzestać, gdyż znowu umilkł.
- Uwolniłaś dwa duchy... - dodał po chwili.
Wzruszyła ramionami.
Kotylion przesunął z westchnieniem dłonią po ciemnych włosach.
- Czy wiesz, kim kiedyś były?
- Przypuszczam, że złodziejkami.
- Tak, tym również.
- Tiste Andii?
- Nie, ale siedziały w tych dwóch ciałach przez długi czas i...
przesiąknęły pewnymi esencjami.
- Aha.
- Są teraz agentkami Chodzącego po Krawędzi. Ciekawi mnie, co mogą
planować.
- Na razie wygląda na to, że zadowalają się dotrzymywaniem mi
towarzystwa.
- Tak. Mam wrażenie, że Chodzący po Krawędzi interesuje się tobą z uwagi
na nasz dawny... związek, Apsalar.
- Przeze mnie dotrze do ciebie.
- Najwyraźniej przyciągnąłem jego uwagę.
- Chodzący po Krawędzi. Ten duch sprawia wrażenie raczej biernego -
zauważyła.
- Pierwszy raz spotkaliśmy go w noc naszej ascendencji - rzekł z namysłem Kotylion. - Wtedy, gdy przeszliśmy do królestwa Cienia. Na jego
widok przebiegły mi po plecach ciarki i przebiegają do tej pory.
Zerknęła na niego.
- Zupełnie się nie nadajesz na boga, Kotylionie. Wiedziałeś o tym?
- Dziękuję za wotum zaufania.
W geście zbliżonym do pieszczoty musnęła dłonią jego żuchwę. Zauważyła,
że nagle zaczerpnął tchu i szeroko otworzył oczy. Nie chciał jednak na
nią spojrzeć. Apsalar opuściła dłoń.
- Przepraszam. To był mój kolejny błąd. Ostatnio popełniam ich mnóstwo.
- Nic nie szkodzi - odparł. - Rozumiem.
- Naprawdę? Ach tak, oczywiście rozumiesz.
- Ukończ swą misję, a nie będę już od ciebie żądał nic więcej. Ani ja,
ani Tron Cienia.
W jego tonie pojawiło się coś, co przyprawiło ją o lekki dreszcz. Coś,
co brzmiało jak... wyrzuty sumienia.
- Rozumiem. To dobrze. Czuję się zmęczona. Tym, kim jestem, Kotylionie.
- Wiem o tym.
- Zastanawiałam się, czy nie nadłożyć trochę drogi. Przed następnym
zadaniem.
- Tak?
- Chciałam zajrzeć na przybrzeżny trakt. Na wschodzie. Przez Cień to
będzie tylko kilka dni.
Spojrzał na nią. Zobaczyła na jego ustach blady uśmieszek i z jakiegoś
tajemniczego powodu ucieszyło ją to.
- Ach, Apsalar... to powinno być zabawne. Pozdrów go ode mnie.
- Mówisz poważnie?
- Jak najbardziej. Trzeba nim trochę potrząsnąć. - Wstał. - Muszę już
znikać. Zbliża się świt. Bądź ostrożna i nie ufaj tym duchom.
- Kłamią bardzo kiepsko.
- Znam pewnego wielkiego kapłana, który stosuje podobną taktykę, by zbić
przeciwników z tropu.
Iskarala Krosta. Tym razem to Apsalar się uśmiechnęła, ale nie
powiedziała nic, bo Kotylion zdążył już zniknąć.
Horyzont na wschodzie stanął w płomieniach od blasku wschodzącego
słońca.
***
- Gdzie się podziała ciemność? - zapytała Serwatka.
Apsalar stała przy łóżku, sprawdzając swój zestaw ukrytych broni.
Wkrótce będzie musiała trochę się przespać - być może dziś po południu -
ale na razie zamierzała wykorzystać światło dnia. W zabójstwie Mebry
przez Semka kryło się coś istotnego. Kotylion był wyraźnie wstrząśnięty
tym faktem. Choć bóg nie prosił jej o zbadanie sprawy, zamierzała
poświęcić na to co najmniej dzień albo dwa.
- Wstało słońce, Serwatka.
- Słońce? Na Otchłań, w tym świecie jest słońce? Czy oni oszaleli?
Apsalar zerknęła na skulonego ducha. Rozpuszczał się w bladym świetle.
Zwinięta w pobliskim cieniu Telorast patrzyła na to oniemiała z przerażenia.
- Kto oszalał? - zapytała Serwatkę Apsalar.
- Oni! Ci, którzy stworzyli to miejsce!
- Zanikamy! - wysyczała Telorast. - Co to oznacza? Czy przestaniemy
istnieć?
- Nie wiem - przyznała Apsalar. - Zapewne utracicie część realności,
zakładając, że ją macie, ale to będzie przejściowe. Lepiej zostańcie
tutaj i siedźcie cicho. Wrócę przed zmierzchem.
- Zmierzchem! Tak jest, znakomicie, zaczekamy na zmierzch. Na noc, z którą nadejdą ciemność i cienie, na coś, co będziemy mogły opętać. Tak,
straszliwa kobieto, zaczekamy tutaj.
Zeszła na dół, zapłaciła za następną noc i wyszła na zakurzoną ulicę.
Pełno już na niej było zmierzających na targ obywateli, poganiaczy z porykującymi zwierzętami, handlarzy prowadzących za sobą objuczone muły,
wozów obładowanych śpiewającymi ptakami w klatkach, połciami solonego
mięsa, albo beczułkami z oliwą, zwierzęcym tłuszczem bądź miodem.
Staruszkowie dźwigali drewno na opał albo kosze z gliną. Przepychająca
się przez tłum Apsalar zauważyła nagle dwa idące środkiem ulicy Czerwone
Miecze, które teraz, gdy imperium wróciło tu z całą mocą, znowu zostały
budzącymi lęk stróżami prawa i porządku. Mężczyźni zmierzali w tę samą
stronę, co ona i większość ludzi - ku rozległym obozom karawan położonym
za murami miejskimi, tuż na południe od portu.
Czerwone Miecze szły powoli i wszyscy omijali je szerokim łukiem. Ich
zawadiacki krok, dłonie w pancernych rękawicach spoczywające na
rękojeściach skrytych w pochwach, nieowiniętych w tkaninę jak podczas
pokoju, tulwarów - wszystko to świadczyło, że ich arogancja jest
celowym, prowokacyjnym afrontem. Mimo to nikt nie próbował rzucać im
wyzwania.
Gdy Apsalar prawie ich dogoniła, skręciła nagle w boczną uliczkę. Do
obozów karawan wiodła więcej niż jedna trasa.
Jakiś kupiec, który zatrudniał jako strażników Pardu i Grali, wykazywał
niezwykłe zainteresowanie obecnością w mieście Tancerki Cieni, co z kolei jego również czyniło interesującym. Być może po prostu handlował
informacjami, ale nawet to mogło okazać się użyteczne dla Apsalar,
aczkolwiek nie zamierzała mu płacić za żadne informacje. Zatrudniał
strażników pochodzących z plemion, co sugerowało, że odbywa długie
lądowe podróże po rzadko uczęszczanych szlakach łączących ze sobą różne
miasta. Taki kupiec z pewnością wiedział wiele.
Niewykluczone, że jego strażnicy również.
Apsalar dotarła na skraj pierwszego obozu. Gdyby spojrzeć na nie z lotu
ptaka, karawanowe miasto wyglądałoby jak naznaczone dziobami po ospie.
Kupcy przyjeżdżali i odjeżdżali, nowe obozowiska zastępowały stare, ze
szlaków prowadzących do miasta i z niego sączył się nieprzerwany
strumień wozów, uzbrojonych jeźdźców, pasterskich psów i wielbłądów.
Skraj miasta był mieszkaniem pomniejszych kupców, których pozycje
wyznaczała jakaś tajemnicza hierarchia. Centrum przypadało karawanom o najwyższym statusie.
Apsalar wyszła na główną aleję z bocznej ścieżki biegnącej między
namiotami i rozpoczęła długie poszukiwania.
Około południa znalazła tapu i usiadła przy jednym z małych stolików pod
markizą, by zjeść nadziane na rożen kawałki mięsa z owocami. Po jej
dłoniach spływał strużkami gorący tłuszcz. Zauważyła, że w kupieckich
obozach, które odwiedziła po przybyciu do miasta, panuje widoczne
ożywienie. Powstanie i wojna najwyraźniej kiepsko wpływały na interesy.
Powrót malazańskich rządów był błogosławieństwem dla handlu w całej jego
chciwej chwale. Ze wszystkich stron Apsalar otaczała euforia. Monety
płynęły tysiącem strumieni.
Jej wzrok przyciągnęły trzy postacie. Stały u wejścia do wielkiego
namiotu, najwyraźniej kłócąc się o klatkę ze szczeniętami. To były dwie
kobiety Pardu i jeden z Grali, których widziała w gospodzie. Miała
nadzieję, że są zbyt zajęci, by ją zauważyć. Wytarła ręce o uda, wstała
i ruszyła przed siebie. Wyszła spod markizy i oddaliła się od
strażniczek oraz namiotu kupca, trzymając się cieni.
Na razie wystarczy, że ich znalazła. Zanim spróbuje przesłuchać kupca
albo jego strażniczki, czekało na nią inne zadanie.
Długa droga powrotna do gospody minęła bez incydentów. Apsalar weszła na
schody i skierowała się do swego pokoju. Było już popołudnie i jej umysł
wypełniały myśli o śnie.
- Wróciła!
Głos Serwatki dobiegał spod drewnianego łoża.
- Czy to ona? - zapytała ukryta w tym samym miejscu Telorast.
- Poznaję mokasyny. Widzisz te wszyte brzegi z żelaza? Tamta takich nie
miała.
Apsalar, ściągając skórzane rękawice, zastygła w pół ruchu.
- Jaka tamta?
- Ta, która była tu przedtem, przed dzwonem...
- Przed dzwonem? - zdziwiła się Telorast. - Ach, to dlatego biją w te
dzwony, teraz rozumiem. Mierzą w ten sposób upływ czasu. Tak jest, Nie
Apsalar, przed dzwonem. Nic nie powiedziałyśmy. Nie wiedział, że tu
jesteśmy.
- A może to był oberżysta?
- Buty, wytarte od strzemion i wyszywane łuskami z brązu, szły tu i tam.
Przykucnął, by zajrzeć pod łóżko, ale oczywiście nas nie znalazł, w ogóle nic nie znalazł, bo nie masz ekwipunku, który mógłby przeszukać...
- A więc to był mężczyzna?
- Czy nie powiedziałyśmy ci tego wcześniej? Chyba powiedziałyśmy,
Serwatka?
- Z pewnością. Mężczyzna w butach, tak jest.
- Jak długo tu był? - zapytała Apsalar, rozglądając się po izbie. W pokoju nie zostawiła nic, co złodziej mógłby ukraść, zakładając, że
intruz rzeczywiście był złodziejem.
- Sto uderzeń jego serca.
- Sto sześć, Telorast.
- Tak jest, sto sześć.
- Czy wszedł i wyszedł przez drzwi?
- Nie, przez okno. Wyjęłaś kraty, pamiętasz? Zsunął się z dachu, zgadza
się, Telorast?
- Albo wdrapał się tu z zaułka.
- Albo może przyszedł z innego pokoju, po lewej albo po prawej.
Apsalar zmarszczyła brwi i skrzyżowała ramiona na piersiach.
- A czy w ogóle przyszedł przez okno?
- Nie.
- To znaczy, że przez grotę?
- Tak.
- I to nie był mężczyzna - dodała Serwatka. - To był demon. Wielki,
czarny, kudłaty demon z kłami i szponami.
- I w butach - dodała Telorast.
- Tak jest. W butach.
Apsalar rzuciła rękawice na stolik przy łóżku, a potem się położyła.
- Obudźcie mnie, jeśli wróci.
- Oczywiście, Nie Apsalar, możesz na nas polegać.
***
Kiedy się obudziła, było ciemno. Klnąc, usiadła na łóżku.
- Czy jest już bardzo późno?
- Obudziła się!
Obok unosił się cień Telorast, niewyraźna plama o lekko błyszczących
oczach, rysująca się w półmroku.
- Nareszcie! - wyszeptała Serwatka, która przycupnęła na parapecie na
podobieństwo maszkarona. Obróciła głowę, by spojrzeć na Apsalar. -
Minęły już dwa dzwony od śmierci słońca! Chcemy zbadać okolicę!
- Świetnie - zgodziła się Apsalar, wstając. - W takim razie chodźcie za
mną.
- A dokąd?
- Z powrotem do Jen'rahb.
- Och, to okropne miejsce.
- Nie zabawię tam długo.
- To dobrze.
Wzięła rękawice, ponownie sprawdziła ukryte bronie - ucisk około
dwudziestu pochew i gałek noży świadczył, że nadal są przytroczone na
swych miejscach - i ruszyła ku oknu.
- Czy pójdziemy drogą na grobli?
Apsalar zatrzymała się i popatrzyła na Serwatkę.
- Jaką drogą?
Duch przylgnął do parapetu i wskazał przed siebie.
- Tą.
U podstawy okna zaczynała się zrodzona z cienia wizja przypominająca
akwedukt, która biegła nad zaułkiem i budynkiem po drugiej stronie, a potem zakręcała, wiodąc ku sercu Jen'rahb. Wyglądała na zrobioną z kamienia. Apsalar widziała też leżące na niej kamyki oraz kawałki
zaprawy.
- Co to jest?
- Nie wiemy.
- Ona wywodzi się z Królestwa Cienia, tak? Z pewnością. W przeciwnym
razie nie mogłabym jej zobaczyć.
- Och tak. Tak sądzimy. Mam rację, Telorast?
- Z całą pewnością. Albo nie.
- Jak długo już tu jest? - zapytała Apsalar.
- Pięćdziesiąt trzy uderzenia twojego serca. Już się wybudzałaś. Prawda,
Serwatka? Wybudzała się.
- I jęczała. No, raz jęknęła. Cicho. To był stłumiony jęk.
- Nie - zaprzeczyła Telorast. - To byłam ja.
Apsalar wdrapała się na okno i - nadal trzymając się krawędzi muru -
weszła na groblę. Poczuła pod stopami twardą powierzchnię.
- Dobra - mruknęła wstrząśnięta, puszczając się ściany budynku. - Możemy
pójść tą drogą.
- Zgadzamy się.
Przeszły nad zaułkiem, budynkiem, ulicą, a potem nad ruinami. W oddali
majaczyły widmowe wieże. To było miasto cieni, ale zupełnie niepodobne
do tego, jakie widziała poprzedniej nocy. Pośród gruzów na dole rysowały
się niewyraźne zarysy - kanały, w których błyszczało coś
przypominającego wodę. Ich brzegi spinały ze sobą niskie mosty. W odległości kilku tysięcy kroków na południowy wschód wznosił się
potężny, zwieńczony kopułą pałac, a za nim było widać coś, co mogło być
jeziorem albo szeroką rzeką. Po wodzie płynęły smukłe statki o kwadratowych żaglach. Drewno, z którego je zrobiono, było czarne jak
noc. Apsalar zauważyła wysokie postacie, przechodzące przez most w odległości pięćdziesięciu kroków.
- Poznaję ich! - wysyczała Telorast.
Apsalar przykucnęła. Nagle poczuła się odsłonięta na tej wysokiej
grobli.
- Tiste Edur!
- Tak - wydyszała.
- Och, czy nas widzą?
Nie wiem.
Przynajmniej żaden nie wszedł na drogę, którą pokonywały... jak dotąd.
- Chodźmy, to niedaleko. Chcę stąd jak najprędzej zniknąć.
- Zgoda, och tak, zgoda.
Serwatka zawahała się.
- Ale z drugiej strony...
- Nie - sprzeciwiła się Apsalar. - Niczego nie próbuj, duchu.
- Och, dobra. Chodziło mi o to, że w kanale jest ciało.
Niech to szlag.
Apsalar podeszła do niskiego murku i spojrzała w dół.
- To nie jest Tiste Edur.
- Nie jest - potwierdziła Serwatka. - Z całą pewnością nie jest, Nie
Apsalar. Jest podobne do ciebie, tak jest, do ciebie. Tylko bardziej
rozdęte. Śmierć nastąpiła niedawno. Chcemy je...
- Jeśli przyciągniecie czyjąś uwagę, nie oczekujcie pomocy.
- Ona ma trochę racji, Serwatka. Chodź, oddala się od nas! Zaczekaj! Nie
zostawiaj nas tu!
Apsalar dotarła do stromych schodów i zeszła pośpiesznie na dół. Gdy
tylko znalazła się na jasnej, piaszczystej ziemi, widmowe miasto
zniknęło. Ujrzała za sobą dwa cienie opadające powoli ku niej.
- Okropne miejsce - zauważyła Telorast.
- Ale tam był tron! - zawołała Serwatka. - Wyczułam go! Nadzwyczaj
rozkoszny tron!
Telorast prychnęła pogardliwie.
- Rozkoszny? Chyba oszalałaś. Nic oprócz bólu. Cierpienia. Choroby...
- Cisza! - rozkazała Apsalar. - Opowiecie mi więcej o tym tronie, który
wyczułyście, ale później. Na razie strzeżcie wejścia.
- Potrafimy to zrobić. Jesteśmy bardzo dobrymi strażniczkami. Ktoś tam
na dole zginął, tak? Czy możemy dostać ciało?
- Nie. Zostańcie tutaj.
Apsalar weszła do częściowo zagrzebanej w ziemi świątyni.
Podziemna komora nie wyglądała tak, jak ją zostawiła. Ciało Semka
zniknęło, a zwłoki Mebry rozebrano do naga, rozcinając ubranie.
Nieliczne meble starannie zdemontowano. Apsalar zaklęła pod nosem i ruszyła ku wejściu do wewnętrznego pokoju. Wiszącą w nim przedtem
zasłonę zerwano. W małej izbie - pokoju mieszkalnym Mebry -
przeprowadzono równie staranną rewizję. Apsalar uważnie przyjrzała się
resztkom. Brak światła jej nie przeszkadzał. Ktoś tu czegoś szukał albo
celowo zatarł ślady.
Przypomniał się jej semkowski skrytobójca, który pojawił się wczoraj tak
nagle. Do tej pory sądziła, że widział, jak podbiegła do wejścia, i dlatego wrócił. Teraz jednak nie była już tego taka pewna. Być może
przysłano go z powrotem, wykonał bowiem jedynie połowę zadania. Tak czy
inaczej, nie pracował wczoraj sam. Postąpiła nieostrożnie, uważając, że
jest inaczej.
Z zewnętrznej komnaty dobiegł drżący szept.
- Gdzie jesteś?
Apsalar wróciła do większego pomieszczenia.
- Co tu robisz, Serwatka? Kazałam wam...
- Zbliża się dwóch ludzi. Dwie kobiety, takie jak ty. I jak my też.
Zapomniałam. Wszystkie tu jesteśmy kobietami...
- Znajdź cień i schowaj się w nim - przerwała jej Apsalar. - Telorast
też.
- Nie chcesz, żebyśmy je zabiły?
- A potraficie to zrobić?
- Nie.
- Schowajcie się.
- Dobrze, że postanowiłyśmy pilnować tych drzwi, co?
Ignorując ducha, Apsalar zajęła pozycję obok wejścia. Wyciągnęła noże,
oparła się plecami o pochyły kamień i czekała.
Usłyszała ich szybkie kroki, szuranie butami, gdy zatrzymały się przy
wejściu, oddechy. Potem pierwsza z nich weszła do środka, trzymając w rękach osłoniętą lampę. Po drodze trąciła jedno z obracających się na
zawiasach skrzydeł drzwi, wpuszczając do środka snop światła. Za nią
szła druga kobieta, dzierżąca w dłoni nagi bułat.
Strażniczki karawanowe Pardu.
Apsalar podeszła bliżej i wbiła sztych sztyletu w łokieć ręki
trzymającej szablę. Potem gałką drugiego noża uderzyła ją w skroń.
Kobieta padła na ziemię, podobnie jak jej bułat.
Druga odwróciła się błyskawicznie.
Apsalar wyprowadziła wysokie kopnięcie, trafiając ją w policzek. Kobieta
zatoczyła się do tyłu i wypuściła z rąk lampę, która uderzyła o ścianę.
Apsalar schowała noże, podeszła do oszołomionej strażniczki i uderzyła
ją w splot słoneczny. Kobieta zgięła się wpół, osunęła na kolana i zwaliła na bok, zwinięta z bólu.
- To bardzo dogodne, bo właśnie miałam zamiar zadać wam parę pytań -
zauważyła Apsalar.
Podeszła do pierwszej kobiety i sprawdziła jej stan. Zapewne nie odzyska
przytomności jeszcze przez pewien czas. Mimo to Apsalar odkopnęła bułat
w kąt, po czym zabrała kobiecie ukryte pod pachami noże. Następnie
wróciła do drugiej Pardu. Przyglądała się przez chwilę jęczącej, leżącej
bez ruchu strażniczce, a potem przykucnęła i podniosła ją na nogi.
Złapała kobietę za prawą rękę, w której przed chwilą trzymała broń, i gwałtownym ruchem wyrwała łokieć ze stawu.
Pardu krzyknęła z bólu.
Apsalar zacisnęła dłoń na gardle strażniczki i walnęła nią o ścianę.
Głowa kobiety uderzyła z trzaskiem o mur. Na rękawicę i nadgarstek
skrytobójczyni spłynęły wymiociny. Przycisnęła Pardu do ściany.
- A teraz odpowiesz na moje pytania.
- Proszę!
- Prośby nic nie pomogą. Słysząc je, staję się okrutna. Jeśli dasz mi
zadowalające odpowiedzi, może daruję tobie i twojej przyjaciółce życie.
Jasne?
Kobieta skinęła głową. Twarz miała usmarowaną krwią, a pod prawym okiem,
gdzie uderzył wzmocniony żelazem mokasyn, pojawiło się podłużne
obrzmienie.
Apsalar wyczuła bliskość duchów i obejrzała się przez ramię. Oba zawisły
nad nieprzytomną Pardu.
- Jedna z nas mogłaby ją opętać - wyszeptała Telorast.
- Z łatwością - zgodziła się Serwatka. - Jej umysł jest zamroczony.
- Nieobecny.
- Zagubiony w Otchłani.
- Zróbcie to - zgodziła się Apsalar po chwili wahania.
- Ja! - wysyczała Serwatka.
- Nie, ja! - warknęła Telorast.
- Ja!
- Ja byłam przy niej pierwsza!
- Nieprawda!
- Ja wybiorę - zaproponowała Apsalar. - Zgoda?
- Tak.
- Och tak, ty wybierz, najdroższa pani...
- Znowu się płaszczysz!
- Nieprawda!
- Serwatka - rzekła Apsalar. - Opętaj ją.
- Wiedziałam, że ją wybierzesz!
- Cierpliwości, Telorast. Noc się jeszcze nie skończyła.
Kobieta Pardu leżąca obok Apsalar zamrugała. W jej oczach pojawił się
wyraz szaleństwa.
- Z kim rozmawiasz? Co to za język? Kto tu jest...? Nie widzę...
- Twoja lampa zgasła. Mniejsza z tym. Powiedz mi, dla kogo pracujesz.
- Bogowie na dole, to boli...
Apsalar wyciągnęła rękę i ponownie szarpnęła wykręconą kończynę.
Kobieta krzyknęła, a potem osunęła się nieprzytomna pod ścianą.
Apsalar pozwoliła, by Pardu opadła do pozycji siedzącej. Potem wyjęła
manierkę i chlusnęła kobiecie wodą w twarz.
Strażniczka otworzyła oczy. Wróciła do nich świadomość, a wraz z nią
przerażenie.
- Nie chcę nic słyszeć o tym, że cię boli - oznajmiła Apsalar. -
Opowiedz mi o kupcu. Twoim pracodawcy. Czy mam spróbować raz jeszcze?
Druga Pardu usiadła przy wejściu, chrząknęła kilka razy, a potem
splunęła krwawą flegmą.
- Ach! - zawołała Serwatka. - Tak lepiej! Och, wszystko mnie boli! Och,
ramię!
- Cicho - rozkazała Apsalar, ponownie skupiając uwagę na siedzącej przed
nią kobiecie. - Nie słynę z cierpliwości.
- Gildia Kupiecka Trygalle - wydyszała strażniczka.
Apsalar przykucnęła powoli. To była zupełnie nieoczekiwana odpowiedź.
- Serwatka, wyłaź z tego ciała.
- Słucham?
- Natychmiast.
- I bardzo dobrze. Jest całe połamane. Ach, nareszcie koniec z bólem!
Tak jest lepiej. Byłam głupia!
Telorast parsknęła ochrypłym śmiechem.
- I nadal jesteś, Serwatka. Mogłam ci to powiedzieć. Ona nie była
odpowiednia dla ciebie.
- Dość gadania - rzuciła Apsalar.
Musiała się nad tym zastanowić. Centrum operacji Gildii Kupieckiej
Trygalle znajdowało się w Darudżystanie. Minęło wiele czasu, odkąd
kupiec odwiedził fragment Królestwa Cienia, dostarczając Skrzypkowi
pociski Moranthów. Zakładając, że to rzeczywiście była ta sama karawana.
Apsalar podejrzewała, że tak jest. Kupcy z Trygalle skupywali cenne
przedmioty i informacje i wydawało się teraz oczywiste, że mieli do
wykonania w Siedmiu Miastach więcej niż jedną misję. Z drugiej strony
być może po prostu wypoczywali w mieście - podróż przez groty była
bardzo męcząca - i będący zarazem magiem kupiec polecił swym
strażniczkom zdobywać wszelkie niezwykłe informacje. Nie mogła jednak
być tego pewna.
- Ten kupiec. Co go sprowadziło do Ehrlitanu? A może to była ona?
Wokół prawego oka Pardu zamykała się opuchlizna.
- On.
- Jak się nazywa?
- Karpolan Demesand.
Usłyszawszy to imię, Apsalar pozwoliła sobie na lekkie skinienie głową.
- Mieliśmy coś dostarczyć... hmm, my, strażnicy jesteśmy
udziałowcami...
- Wiem, na jakich zasadach działa Gildia Kupiecka Trygalle. Mówisz, że
mieliście coś dostarczyć.
- Tak, Coltaine'owi. Podczas Sznura Psów.
- To już dość dawno temu.
- Tak. Przepraszam, z powodu bólu trudno mi mówić.
- Jeśli nie będziesz mówić, będzie bolało bardziej.
Kobieta skrzywiła się. Minęła chwila, nim Apsalar uświadomiła sobie, że
to uśmiech.
- Nie wątpię, Tancerko Cieni. Tak, było coś więcej. Kamienie do ołtarza.
- Słucham?
- Gładzone kamienie do wyłożenia świętej sadzawki...
- Tu, w Ehrlitanie?
Kobieta pokręciła głową, a potem skrzywiła się z bólu.
- Nie, w Y'Ghatanie.
- Jedziecie tam czy wracacie?
- Wracamy. Do celu zawsze wędrujemy przez groty. Chcieliśmy... hmm...
odpocząć.
- To znaczy, że Karpolan Demesand tylko przelotnie zainteresował się
Tancerką Cieni?
- On stara się wiedzieć... wszystko. Informacja jest dla nas cenna. Nikt
nie lubi mieć tylnej straży podczas Jazdy.
- Jazdy?
- Przez groty. To... niebezpieczne.
Też tak sądzę.
- Przekażcie swemu pryncypałowi, że ta Tancerka Cieni nie życzy sobie
jego uwagi - zażądała Apsalar.
Pardu skinęła głową.
Apsalar wyprostowała się.
- To by było wszystko.
Oparta o ścianę kobieta wzdrygnęła się. Zasłoniła twarz lewym
przedramieniem.
Skrytobójczyni przyjrzała się jej, zastanawiając się, co ją tak
przestraszyło.
- Teraz już rozumiemy ten język - oznajmiła Telorast. - Sądzi, że ją
zabijesz. Zrobisz to, prawda?
- Nie. To powinno być oczywiste. Kazałam jej, żeby przekazała wiadomość
swojemu pryncypałowi.
- Ona nie myśli jasno - dodała Serwatka. - Poza tym, cóż mogłoby być
lepszym ostrzeżeniem niż dwa trupy?
Apsalar westchnęła.
- Co was sprowadziło tutaj? - zapytała kobietę. - Do Mebry?
- Chciałyśmy kupić informacje... - odparła strażniczka stłumionym przez
przedramię głosem. - Ale on nie żyje.
- Jakie informacje?
- Wszystkie. O tym, co się tu dzieje. Co tylko miałby na sprzedaż. Ale
ty go zabiłaś...
- Nie. Ja tego nie zrobiłam. By zawrzeć pokój z waszym pryncypałem,
powiem wam prawdę: Mebrę zamordował skrytobójca przysłany przez
Bezimiennych. Nie torturował go. To było proste zabójstwo. Bezimiennym
nie chodziło o informacje.
Jedyne widoczne oko strażniczki wyjrzało zza osłony nadgarstka,
spoglądając na Apsalar.
- Bezimienni? Niech nas Siedem Świętych broni!
- A teraz potrzebuję chwili - oznajmiła Apsalar, wyciągając nóż.
Uderzyła mocno kobietę w skroń gałką rękojeści noża. Oko Pardu uciekło w głąb czaszki, a ciało osunęło się bezwładnie.
- Będzie żyła? - zapytała Telorast, podpełzając bliżej.
- Zostaw ją w spokoju.
- Kiedy się ocknie, może nic nie pamiętać.
- Nie szkodzi - odparła Apsalar, chowając nóż. - Jej pracodawca i tak
wyciągnie z niej wszystko, co potrzebuje wiedzieć.
- Jest czarodziejem? Ach, wspominała, że wędrują przez groty. To
ryzykowne. Ten Karpolan Demesand z pewnością włada potężną magią.
Zyskałaś niebezpiecznego wroga.
- Nie sądzę, by chciał się na mnie mścić, Telorast. Darowałam jego
pracownicom życie i podzieliłam się z nim cenną informacją.
- A co z tabliczkami? - zapytała Serwatka.
- Jakimi tabliczkami? - zdziwiła się Apsalar, odwracając się w jej
stronę.
- Tymi, które są ukryte pod podłogą.
- Pokaż mi.
Cień przesunął się w stronę nagiego trupa Mebry.
- Pod nim. Pod kamieniem jest tajny schowek. Twarda glina, niekończące
się wykazy. To zapewne nic ważnego.
Apsalar przetoczyła zwłoki na bok. Kamień dało się łatwo wyrwać.
Zdziwiła ją niedbałość przeszukujących. Ale z drugiej strony być może
Mebra zdążył wybrać miejsce, w którym umrze. Leżał dokładnie na schowku.
Pod podłogą wykopano mały dół i wypełniono go glinianymi tabliczkami. W kącie stał wilgotny worek z mokrą gliną. Obok leżało sześć kościanych
rysików związanych sznurkiem.
Apsalar wstała i poszła po lampę. Gdy uderzyła nią o ścianę, osłona się
zamknęła i płomień nadal się palił. Dziewczyna pociągnęła za górny
pierścień, by unieść nieco zasłonę. Wróciła do schowka, wyjęła
kilkanaście tabliczek z wierzchu, usiadła ze skrzyżowanymi nogami w małym kręgu światła i zaczęła czytać.
Na Wielkim Spotkaniu Kultu Rashan byli obecni Bridthok z G'danisbanu,
Septhune Anabhin z Omari, Sradal Purthu z Y'Ghatanu oraz Torahaval Delat
z Karashimesh. Wszystko to głupcy i szarlatani, choć trzeba przyznać, że
Sradal jest niebezpiecznym głupcem. Torahaval to suka. Nie ma poczucia
humoru swego brata ani nie jest nawet w przybliżeniu tak groźna jak on.
Dla niej to tylko zabawa, ale będzie znakomitą figurantką. Do wielkiej
kapłanki o jej uwodzicielskim uroku akolici napłyną szerokim
strumieniem. Jeśli zaś chodzi o Septhune'a i Bridthoka, ten drugi jest
moim najgroźniejszym rywalem. Mocno polega na swym pokrewieństwie z tym
szaleńcem Bidithalem, ale znam jego słabości i wkrótce nieszczęśliwy
wypadek wyeliminuje go z ostatniego głosowania. Septhune to urodzony
podwładny. Nie ma potrzeby mówić o nim nic więcej.
Imiona dwojga spośród wymienionych członków kultu figurowały na liście
celów Apsalar. Zapamiętała sobie pozostałe, na wypadek gdyby nadarzyła
się okazja.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Dramatis Personae
Malazańczycy:
Cesarzowa Laseen: władczyni Imperium Malazańskiego
Przyboczna Tavore: dowodząca jedną z malazańskich armii
Pięść Keneb: dowódca dywizji
Pięść Blistig: dowódca dywizji
Pięść Tene Baralta: dowódca dywizji
Pięść Temul: dowódca dywizji
Nul: wickański czarnoksiężnik
Nadir: wickańska czarownica
T'jantar: adiutantka Tavore
Lostara Yil: towarzyszka Perły
Perła: szpon
Nok: admirał Floty Imperialnej
Banaschar: były kapłan D'rek
Hellian: sierżant straży miejskiej w Kartoolu
Urb: strażnik miejski w Kartoolu
Bezdech: strażnik miejski w Kartoolu
Obrażalski: strażnik miejski w Kartoolu
Szybki Ben: wielki mag
Kalam Mekhar: skrytobójca
Pędrak: znajda
Wybrani żołnierze z Czternastej Armii
Kapitan Milutek: Pułk Ashocki
Porucznik Pryszcz: Pułk Ashocki
Kapitan Faradan Sort
Sierżant Skrzypek/Struna
Kapral Tarcz
Mątwa
Flaszka
Koryk
Śmieszka
Sierżant Gesler
Kapral Chmura
Starszy sierżant Wyłam Ząb
Możliwe
Lutnia
Ebron
Sinn
Okruch
Sierżant Balsam
Kapral Trupismród
Rzezigardzioł
Masan Gilani
Inni
Barathol Mekhar: kowal
Kulat: wieśniak
Nulliss: wieśniaczka
Hayrith: wieśniaczka
Chaur: wieśniak
Noto Czyrak: cyrulik (uzdrowiciel) kompanii w Zastępie Jednorękiego
Hurlochel: zwiadowca w Zastępie Jednorękiego
Kapitan Słodka struga: oficer w Zastępie Jednorękiego
Kapral Futhgar: podoficer w Zastępie Jednorękiego
Pięść Rythe Bude: oficer w Zastępie Jednorękiego
Ormulogun: artysta
Gumble: jego krytyk
Apsalar: skrytobójczyni
Telorast: duch
Serwatka: duch
Samar Dev: czarownica z Ugaratu
Karsa Orlong: teblorski wojownik
Ganath: Jaghutka
Złośliwość: jednopochwycona, siostra Pani Zawiści
Corabb Bhilan Thenu'alas
Leoman od Cepów: ostatni dowódca buntowników
Kapitan Wróblik: strażniczka miejska z Y'Ghatanu
Karpolan Demesand: z Gildii Kupieckiej Trygalle
Torahaval Delat: kapłanka Poliel
Nożownik: dawniej Crokus z Darudżystanu
Heboric Widmoworęki: Boży Jeździec Treacha
Scillara: uciekinierka z Raraku
Felisin Młodsza: uciekinierka z Raraku
Szara Żaba: demon
Mappo Konus: Trell
Icarium: Jhag
Iskaral Krost: kapłan Cienia
Mogora: d'ivers
Taralack Veed: Gral, agent Bezimiennych
Dejim Nebrahl: d'ivers z czasów Pierwszego Imperium, t'rolbarahl
Trull Sengar: Tiste Edur
Onrack Strzaskany: niezwiązany T'lan Imass
Ibra Gholan: T'lan Imass
Monok Ochem: rzucający kości T'lan Imassów
Minala: głównodowodząca Kompanii Cienia
Tomad Sengar: Tiste Edur
Piórkowa Wiedźma: letheryjska niewolnica
Atri preda Yan Tovis (Pomroka): oficer w letheryjskiej armii
Kapitan Varat Taun: oficer służący pod rozkazami Pomroki
Taxilanin: tłumacz
Ahlrada Ahn: szpieg Tiste Andii między Tiste Edur
Sathbaro Rangar: arapayski czarnoksiężnik
Prolog
1164 rok snu Pożogi
Istral'fennidahn, pora D'rek, Robaka Jesieni
Dwadzieścia cztery dni po egzekucji sha'ik na Raraku
Wysoko w górze lśniły płachty pajęczyn łączących wieże. Ich potężne nici
drżały na lekkiej, wiejącej od morza bryzie i jak co rano podczas
Czystej Pory na Kartool opadała lekka mżawka.
Do większości rzeczy można się w końcu przyzwyczaić, a ponieważ to
pająki, paralty w żółte pasy, pierwsze zajęły okryte ongiś złowrogą
sławą wieże po podboju wyspy przez Malazańczyków, od którego to
wydarzenia minęły już dziesięciolecia, mieszkańcy Kartoolu mieli wiele
czasu, by do tego przywyknąć. Obecnie nawet widok mew i gołębi, które co
rano wisiały nieruchomo między dziesiątkami wież, czekając, aż wielkie
jak pięści pająki wyjdą ze swych kryjówek na wyższych piętrach, by
zabrać zdobycz, budził w tubylcach tylko lekką odrazę.
Niestety, sierżant Hellian, służąca w straży miejskiej w Dzielnicy
Septarchii, była wyjątkiem. Podejrzewała, że jacyś bogowie zwijają się w nieustannych konwulsjach ze śmiechu nad jej losem, za który z całą
pewnością byli odpowiedzialni. Urodziła się w tym mieście, obciążona
klątwą strachu przed wszelkiego rodzaju pająkami, i całe dziewiętnaście
lat jej życia było pasmem ciągłego przerażenia.
Czemu po prostu stąd nie wyjechać? Towarzysze i znajomi zadawali jej to
pytanie więcej razy, niż mogła zliczyć. To jednak nie było takie proste.
W gruncie rzeczy było niemożliwe. W mętnych wodach zatoki unosiły się
wylinki, fragmenty pajęczyn, a tu i ówdzie również nasiąknięte wodą
truchła, z których sterczały kępy piór. Na lądzie było jeszcze gorzej.
Po ucieczce z miasta przed starszymi pobratymcami młode paralty
dorastały na wapiennych urwiskach otaczających Kartool. I choć nie
osiągnęły jeszcze dojrzałości, wcale nie były z tego powodu mniej
agresywne i jadowite. Kupcy i wieśniacy zapewniali Hellian, że można
wędrować ścieżkami i traktami wokół miasta przez całe dni, nie
napotykając ani jednego pająka, ale dziewczyny to nie uspokajało.
Wiedziała, że bogowie czekają. Tak samo jak pająki.
Gdy sierżant była trzeźwa, obserwowała otoczenie z pilną uwagą, jak
przystało miejskiej strażniczce. Choć nie była bez przerwy pijana,
całkowita trzeźwość zawsze groziła jej histerią. Dlatego Hellian była
zmuszona wiecznie stąpać po drżącej linie między trzeźwością a upojeniem. Z tego powodu nic nie wiedziała o niezwykłym żaglowcu, który
przed zachodem słońca zacumował w Wolnym Porcie. Na jego masztach
powiewały bandery wskazujące, że przybywa z Malazu.
Przypływające stamtąd statki same w sobie nie były czymś nadzwyczajnym,
nadeszła już jednak jesień i wiejące podczas Czystej Pory wiatry
sprawiły, że niemal wszystkie szlaki morskie na południu nie będą
żeglowne przez co najmniej dwa najbliższe miesiące.
Gdyby Hellian miała klarowniejsze spojrzenie, mogłaby również zauważyć -
pod warunkiem, że wybrałaby się do portu, do czego być może udałoby się
ją zmusić pod groźbą miecza - że nie była to zwykła barka czy statek
kupiecki, ani nawet wojenna dromona, lecz smukły lekki żaglowiec,
zbudowany w stylu nieużywanym przez imperialnych szkutników od
pięćdziesięciu lat. Ostry jak klinga miecza dziób zdobiły tajemnicze
płaskorzeźby. Wyobrażono na nich maleńkie węże oraz robaki, wyjątkowo
długie, sięgające prawie do połowy długości okrętu. Kwadratowa rufa była
dziwnie wysoka. Z boku zamontowano w niej wiosło sterowe. Złożona z kilkunastu ludzi załoga zachowywała się cicho jak na marynarzy. Żaden z nich nie miał zbytniej ochoty opuszczać pokładu kołyszącego się u nabrzeża żaglowca. Tylko jeden człowiek zszedł na ląd krótko przed
świtem, zaraz po opuszczeniu trapu.
Hellian poznała wszystkie te szczegóły dopiero później. Goniec, który ją
odnalazł, był miejscowym urwisem, który - gdy nie był zajęty łamaniem
prawa - wałęsał się po porcie w nadziei, że goście wynajmą go jako
przewodnika. Wręczył jej kartę papieru - sądząc po dotyku, wysokiej
jakości. Napisano na niej krótką wiadomość. Przeczytawszy ją, Hellian
skrzywiła się z niezadowoleniem.
- No dobra, chłopcze, opisz mi człowieka, który ci to dał.
- Nie potrafię.
Sierżant obejrzała się na trzech miejskich strażników, którzy zatrzymali
się za nią na rogu. Jeden złapał chłopaka za tył wystrzępionej bluzy,
uniósł go i potrząsnął nim lekko.
- Odświeżyłeś sobie pamięć? - zapytała Hellian. - Mam nadzieję, że tak,
bo nie zamierzam ci płacić.
- Nie pamiętam! Patrzyłem mu prosto w twarz, pani sierżant! Ale... nie
pamiętam, jak wyglądał!
Przez chwilę patrzyła uważnie na chłopaka, a potem odwróciła się od
niego z chrząknięciem.
Strażnik postawił urwisa na ziemi, ale nie zwolnił uchwytu.
- Puść go, Urb.
Chłopak umknął pośpiesznie.
Hellian skinęła dyskretnie na swych ludzi, nakazując im iść za sobą.
Dzielnica Septarchii była najspokojniejszą częścią miasta, choć nie na
skutek jakichś szczególnych starań Hellian. Było tam niewiele handlowych
budynków, a nieliczne mieszkalne kamienice zajmowali akolici i służba z kilkunastu świątyń wychodzących na główną aleję dzielnicy. Złodzieje,
którzy pragnęli zachować życie, nie okradali świątyń.
Sierżant weszła ze swą drużyną w aleję, po raz kolejny zauważając, że
wiele świątyń popada w ruinę. Paralty lubiły zdobną architekturę, kopuły
i niskie wieże. Wyglądało na to, że kapłani przegrywają tę wojnę. Gdy
strażnicy szli aleją, pod ich stopami chrzęściły chitynowe odpadki.
Przed wielu laty pierwsza noc Istral'fennidahn, która właśnie minęła,
byłaby sygnałem do obejmującej całą wyspę fety, pełnej ofiar składanych
bogini patronce Kartoolu - D'rek, Robakowi Jesieni. Arcykapłan z Wielkiej Świątyni, Półdrek, poprowadziłby przez miasto procesję kroczącą
po żyznych odpadkach, odkopując bosymi stopami oblepione robakami i czerwiami śmieci. Dzieci ganiałyby po zaułkach kulawe psy, a gdyby udało
się im któregoś złapać, ukamienowałyby go, wykrzykując imię bogini.
Skazanych na śmierć przestępców publicznie obdzierano by ze skóry i łamano im długie kości nóg. Potem nieszczęsne ofiary wrzucano by do
dołów rojących się od padlinożernych chrząszczy i czerwonych robaków
ogniowych, które pożarłyby je w ciągu jakichś czterech, pięciu dni.
Wszystko to, rzecz jasna, działo się przed malazańskim podbojem.
Zasadniczym celem cesarza stało się uderzenie w kult D'rek. Kellanved
świetnie zdawał sobie sprawę, że sercem potęgi Kartoolu jest Wielka
Świątynia, a najpotężniejsi czarodzieje wyspy są kapłanami i kapłankami
D'rek, wykonującymi rozkazy Półdreka. Co więcej, nie było przypadkiem,
że rzeź, do której doszło nocy poprzedzającej bitwę morską i lądowanie
malazańskich wojsk, kierowana przez osławionego Tancerza oraz Gburkę,
władczynię szponów, pochłonęła tak wielu czarodziejów kultu, w tym
również samego Półdreka. Arcykapłan Wielkiej Świątyni zdobył swą pozycję
dopiero niedawno, drogą nagłego przewrotu, a jego obalonym rywalem był
nie kto inny, jak Tayschrenn, podówczas nowy wielki mag cesarza.
Hellian znała owe uroczystości jedynie ze słyszenia, jako że ich
urządzania zakazano, gdy tylko malazańscy okupanci przykryli wyspę
imperialnym płaszczem. Mimo to często opowiadano jej o dawnych dniach
chwały, gdy wyspa Kartool stała u szczytu cywilizacji.
Wszyscy się zgadzali, że za jej obecny, żałosny stan winę ponoszą
Malazańczycy. Dla przygnębionych mieszkańców wyspy rzeczywiście nastała
jesień. W końcu zmiażdżono nie tylko kult D'rek. Zniesiono też
niewolnictwo, a doły straceń zasypano po uprzednim starannym
oczyszczeniu. W mieście był nawet budynek, w którym mieszkało około
dwudziestu sprowadzonych na złą drogę altruistów opiekujących się
kulawymi psami.
Minęli skromną świątynię Królowej Snów. Naprzeciwko niej przycupnęła
otaczana powszechną nienawiścią Świątynia Cieni. W dawnych czasach w Kartoolu uznawano tylko siedem legalnych religii, a sześć z nich
podlegało kultowi D'rek. Stąd właśnie wzięła się nazwa Dzielnicy
Septarchii. Soliel, Poliel, Beru, Pożoga, Kaptur i Fener. Od czasu
podboju zjawili się tu następni bogowie: wyżej wymienieni, a także
Dessembrae, Togg oraz Oponn. A Wielka Świątynia D'rek, choć nadal
pozostawała największym gmachem w mieście, była w żałosnym stanie.
Stojący na szerokich schodach przed wejściem mężczyzna był odziany w strój malazańskiego marynarza: wyblakłe, impregnowane skóry oraz cienką,
znoszoną koszulę z wystrzępionego płótna. Ciemne włosy związał w opadający na plecy kucyk. Nie nosił w nich żadnych ozdób. Nieznajomy
usłyszał kroki i zwrócił się w stronę nadchodzących. Był w średnim wieku
i miał zwyczajną, dobroduszną twarz, choć w jego oczach dostrzegało się
osobliwy błysk.
Hellian zaczerpnęła głęboko tchu, żeby rozjaśnić zamroczony alkoholem
umysł. Potem uniosła list.
- Ty to napisałeś, jak sądzę?
Mężczyzna skinął głową.
- Ty dowodzisz strażą w tej dzielnicy?
- Sierżant Hellian - przedstawiła się z uśmiechem. - Kapitan umarł w zeszłym roku z powodu zakażenia stopy. Nadal czekamy na następcę.
Nieznajomy uniósł brwi w wyrazie ironii.
- Nie liczysz na awans, sierżancie? To sugeruje, że ważną cechą kapitana
powinna być trzeźwość.
- Informujesz nas, że w Wielkiej Świątyni coś się dzieje - rzekła
Hellian, ignorując nieuprzejmą uwagę rozmówcy.
Odwróciła się, by spojrzeć na potężny gmach. Dwuskrzydłowe drzwi były
zamknięte. Zmarszczyła brwi na ten widok. W tym akurat dniu to było
całkowicie bezprecedensowe.
- Mam takie wrażenie, sierżancie - potwierdził mężczyzna.
- Czy przyszedłeś tu pokłonić się D'rek? - zapytała dziewczyna. Przez
spowijającą ją mgiełkę alkoholu zaczął się przebijać lekki niepokój. -
Czy drzwi są zamknięte? Jak się nazywasz i skąd pochodzisz?
- Jestem Banaschar z wyspy Malaz. Przypłynęliśmy do miasta dziś rano.
Jeden z towarzyszących jej strażników chrząknął. Hellian zastanowiła się
nad słowami Banaschara. Potem przyjrzała się mu nieco uważniej.
- Statkiem? O tej porze roku?
- Śpieszyliśmy się ze wszystkich sił. Sierżancie, jestem przekonany, że
musimy się włamać do Wielkiej Świątyni.
- Czemu po prostu nie zapukać?
- Próbowałem - odparł Banaschar. - Nikt nie otwiera.
Hellian zawahała się.
Włamać się do Wielkiej Świątyni? Pięść utnie mi cycki i usmaży je na
patelni.
- Na schodach leżą martwe pająki - odezwał się nagle Urb.
Wszyscy się odwrócili.
- Kapturze, błogosław - mruknęła Hellian. - Jest ich cała masa.
Zaciekawiona podeszła bliżej. Banaschar podążył za nią, a po chwili to
samo uczyniła reszta drużyny.
- Wyglądają na...
Potrząsnęła głową.
- Rozłożone - dokończył Banaschar. - Zgniłe. Sierżancie, weźmy się,
proszę, za te drzwi.
Hellian wciąż się wahała. Nagle przyszła jej do głowy pewna myśl.
Przeszyła mężczyznę nieufnym spojrzeniem.
- Napisałeś, że musimy tu dotrzeć jak najszybciej? Dlaczego? Czy jesteś
akolitą D'rek? Nie wyglądasz na to. Co cię tu sprowadziło?
- Przeczucie, sierżancie. Przed wielu laty byłem kapłanem D'rek... w jakatakańskiej świątyni na wyspie Malaz.
- Przeczucie sprowadziło cię aż do Kartoolu? Masz mnie za głupią?
W oczach mężczyzny błysnął gniew.
- Widzę, że jesteś zbyt pijana, żeby poczuć zapach, który ja czuję. -
Zerknął na pozostałych strażników. - Czy dzielicie niedostatki swojego
sierżanta, czy może jestem w tej sprawie osamotniony?
Urb zmarszczył brwi.
- Sierżancie, uważam, że powinniśmy rozwalić te drzwi - stwierdził po
chwili.
- To zrób to, do cholery!
Przyglądała się, jak jej ludzie wyważają drzwi. Hałas przyciągnął spory
tłumek i Hellian zauważyła, że na jego czoło wysunęła się wysoka kobieta
w szatach kapłanki, która z pewnością przyszła tu z którejś z pozostałych świątyń.
No tak. I co teraz?
Kobieta patrzyła jednak tylko na Banaschara. Ten również ją zauważył i odwzajemnił spokojnie jej spojrzenie. Jego nieruchoma twarz nic nie
wyrażała.
- Co ty tu robisz? - zapytała kobieta.
- Nic nie wyczułaś, wielka kapłanko? Widzę, że samozadowolenie jest
chorobą, która szybko się szerzy.
Kobieta przeniosła spojrzenie na rozwalających drzwi strażników.
- Co tu się stało?
Prawe skrzydło drzwi w końcu pękło i przewrócono je ostatnim kopniakiem.
Hellian skinęła na Urba, nakazując mu wejść do środka. Potem podążyła za
nim. Tuż za nią szedł Banaschar.
Smród był potworny. W półmroku było widać wielkie plamy krwi na
ścianach, ochłapy mięsa walające się na gładzonej posadzce oraz kałuże
żółci, krwi i kału, a także strzępki ubrań i kępki włosów.
Urb postawił tylko dwa kroki i stanął jak wryty, gapiąc się na to, w co
wdepnął. Hellian go ominęła. Jej ręka odruchowo sięgnęła po manierkę u pasa, ale powstrzymała ją dłoń Banaschara.
- Nie tutaj - powiedział mężczyzna.
Odtrąciła go brutalnie.
- Idź do Kaptura! - warknęła.
Wyciągnęła manierkę, wyjęła zatyczkę i pociągnęła trzy szybkie łyki.
- Kapralu, idź poszukać komendanta Charla. Niech przyśle oddział, który
zabezpieczy okolicę. Wyślij też wiadomość do pięści. Chcę tu zobaczyć
paru magów.
- Sierżancie, to sprawa dla kapłanów - sprzeciwił się Banaschar.
- Nie bądź idiotą. - Skinęła na pozostałych strażników. - Przeszukajcie
budynek. Sprawdźcie, czy ktoś ocalał...
- Wszyscy zginęli - oznajmił Banaschar. - Wielka kapłanka Królowej Snów
już nas opuściła, sierżancie. Z pewnością zawiadomi wszystkie świątynie.
Zaczną się dochodzenia.
- Jakie dochodzenia? - zapytała Hellian.
- Kapłańskie - odparł, krzywiąc się.
- A ty co zrobisz?
- Widziałem już wystarczająco wiele.
- Niech ci się nie zdaje, że gdzieś sobie pójdziesz - ostrzegła go,
przyglądając się miejscu rzezi. - Pierwsza noc Czystej Pory w Wielkiej
Świątyni. Kiedyś był to czas orgii. Wygląda na to, że zabawa wymknęła
się spod kontroli. - Pociągnęła jeszcze dwa szybkie łyki. Wabiło ją
błogosławione odrętwienie. - Musisz odpowiedzieć na mnóstwo pytań...
- On zniknął, sierżancie - przerwał jej Urb.
Hellian rozejrzała się wokół.
- Cholera! Czemu nie miałeś skurczybyka na oku, Urb?
Potężnie zbudowany mężczyzna rozpostarł dłonie.
- To ty z nim rozmawiałaś, sierżancie. Ja patrzyłem na tłum przed
wejściem. Obok mnie nie przechodził, to pewne.
- Roześlij rysopis. Chcę, żeby go znaleziono.
Urb zmarszczył brwi.
- Hmm. Nie pamiętam, jak on wyglądał.
- Ja też nie, niech to szlag!
Hellian podeszła do miejsca, gdzie przed chwilą stał Banaschar, i przyjrzała się śladom jego stóp we krwi. Donikąd nie prowadziły.
Czary. Nienawidziła czarów.
- Wiesz, co teraz słyszę, Urb?
- Nie.
- Słyszę pięść. On gwiżdże. Wiesz dlaczego?
- Nie wiem. Posłuchaj, sierżancie...
- Chodzi o patelnię, Urb. To miłe, słodkie skwierczenie bardzo go
cieszy.
- Sierżancie...
- Jak myślisz, dokąd nas wyśle? Do Korelu? Tam jest naprawdę paskudnie.
Albo może na Genabackis, chociaż tam trochę się uspokoiło. Może do
Siedmiu Miast. - Wysączyła ostatnią kropelkę gruszkowej brandy. - Jedno
jest pewne, Urb. Lepiej bierzmy się do ostrzenia mieczy.
Na ulicy rozległy się ciężkie kroki. Co najmniej sześć drużyn.
- Na okrętach nie ma zbyt wiele pająków, prawda, Urb? - Zerknęła na
boki, a potem spróbowała skupić wzrok i przyjrzała się przygnębionej
twarzy żołnierza. - Mam rację, tak? Powiedz, że mam rację, do cholery!
***
Około stu lat temu w potężną guldindhę uderzył piorun. Biały ogień wbił
się na podobieństwo włóczni w twardziel starego drzewa, rozszczepiając
szeroko pień. Poczerniałe ślady dawno już wyblakły w pustynnym słońcu,
bez chwili wytchnienia palącym swymi promieniami zrobaczywiałe drewno.
Płaty kory złuszczyły się i leżały teraz pod odsłoniętymi korzeniami,
które owijały się wokół szczytu wzgórza niczym wielka sieć.
Pagórek - ongiś kolisty, teraz pokracznie nieregularny - dominował nad
całą niecką. Wznosił się nad nią samotnie, jak wyspa ewidentnej
celowości w chaotycznym, niezaplanowanym krajobrazie. Ukryta pod
stertami głazów, piaszczystą ziemią i martwymi, wijącymi się korzeniami
pokrywa, która zamykała kiedyś komorę grobową o ścianach z kamiennych
płyt, pękła i runęła w dół, przygniatając swym ogromnym ciężarem
pochowane tam ciało.
Do owego ciała dotarło drżenie wywołane zbliżającymi się krokami. To
była rzadkość. Coś takiego zdarzyło się może z pięć razy w ciągu
niezliczonych tysiącleci. Z dawna uśpiona dusza ocknęła się, a potem
osiągnęła stan intensywnego skupienia. To nie była jedna para nóg, lecz
dwanaście. Intruzi weszli po stromym, kamienistym stoku i zatrzymali się
wokół rozszczepionego drzewa.
Sieć osłon spowijająca istotę była splątana i wypaczona, ale jej liczne
warstwy zachowały jeszcze moc. Ten, który ją uwięził, był dokładny.
Stworzył rytuały o niezwykłej wytrzymałości, nakreślone krwią i karmione
chaosem. Miały trwać wiecznie.
Podobne intencje świadczyły jednak o zarozumiałości, podobnie jak
niedorzeczne przekonanie, że w przyszłości śmiertelnicy nie będą znali
złej woli ani desperacji, że będzie ona bezpieczniejszym miejscem niż
brutalna teraźniejszość, a do tego, co minęło, nikt nigdy nie zechce
wracać. Dwanaścioro szczupłych przybyszy o ciałach spowitych w brudne,
wystrzępione płótno, zakapturzonych głowach i twarzach ukrytych za
szarymi zasłonami doskonale zdawało sobie sprawę z ryzyka wiążącego się
z pochopnymi uczynkami. Niestety, intruzi znali również desperację.
Wszyscy mieli przemówić podczas zgromadzenia, w kolejności ustalonej
przez pozycję rozmaitych gwiazd, planet i konstelacji. Choć na błękitnym
niebie nie było ich widać, znali ich położenie. Wszyscy zajęli
wyznaczone miejsca, a potem zamarli na długą chwilę w bezruchu.
- Po raz kolejny stanęliśmy w obliczu konieczności - zaczął wreszcie
pierwszy z Bezimiennych. - Pojawiły się z dawna przewidywane
regularności, świadczące, że wszystkie nasze wysiłki spełzły na niczym.
W imię groty Mockra przywołuję rytuał uwolnienia.
Gdy padły te słowa, ukryte w kurhanie stworzenie poczuło nagłe
szarpnięcie. Jego przebudzona świadomość natychmiast odnalazła swą
tożsamość. Istota nazywała się Dejim Nebrahl. Narodziła się w przeddzień
zagłady Pierwszego Imperium, gdy na ulicach pobliskiego miasta szalały
pożary, a krzyki świadczyły o bezlitosnej rzezi. Nadeszli T'lan
Imassowie.
Dejim Nebrahl, zrodzony z pełnią wiedzy, dziecko o siedmiu duszach,
które wylazło, drżące i usmarowane krwią, ze stygnącego ciała matki.
Dziecko. Monstrum.
T'rolbarahle były demonicznymi tworami samego Dessimbelackisa,
zrodzonymi na długo przed tym, jak w umyśle cesarza ukształtowały się
Mroczne Ogary. T'rolbarahle, pokraczne pomyłki, ktore wyeliminowano,
eksterminowano na rozkaz cesarza. Krwiopijcy i ludojady, a przy tym
istoty obdarzone niezwykłym sprytem, ktorego sam Dessimbelackis nawet
sobie nie wyobrażał. Dlatego siedem t'rolbarahli zdołało wymykać się
łowcom przez pewien czas, wystarczająco długi, by przekazać fragment
swych dusz śmiertelnej kobiecie, owdowiałej podczas trellskich wojen i pozbawionej rodziny. Jej umysł można było zniszczyć, a ciało zamienić w żywiciela i naczynie, w M'ena Mahybe, dla d'iversa o siedmiu twarzach,
małego t'rolbarahla, ktory dorastał w niej szybko.
Dejim narodził się nocą pełną grozy. Gdyby T'lan Imassowie go znaleźli,
nie wahaliby się ani chwili. Wyrwaliby z ciała siedem demonicznych dusz
i związaliby je w wiecznym bólu, by moc wyciekała z nich stopniowo,
karmiąc rzucających kości T'lanów w ich nieustannych wojnach z Jaghutami.
Ale Dejimowi Nebrahlowi udało się uciec. Jego moc rosła, gdy żerował co
noc na zgliszczach Pierwszego Imperium. Zawsze się ukrywał, również
przed garstką jednopochwyconych i d'iversów, którzy ocaleli z Wielkiej
Rzezi, gdyż nawet oni nie tolerowaliby jego istnienia. Pożarł niektórych
z nich, gdyż był od nich sprytniejszy i szybszy. Gdyby tylko Deragoth
nie wpadły na jego ślad...
Mroczne Ogary miały w owych czasach pana, sprytnego pana, mistrza
czarodziejskich pułapek, który, gdy postanowił coś zrobić, nigdy nie
dawał za wygraną.
Wystarczył jeden błąd i Dejim utracił wolność. Kolejne więzy odebrały mu
nawet świadomość, a wraz z nią wszelkie poczucie, że kiedyś było...
inaczej.
Ale teraz ją odzyskał.
- Na południowy zachód od Raraku znajduje się równina - odezwała się
druga z Bezimiennych, kobieta. - Ciągnie się ona na wiele mil we
wszystkie strony, ogromna i płaska. Gdy wiatr zdmuchnie piasek, odsłania
skorupy milionów garnków. Przejść tę równinę boso znaczy zostawić na
niej ślad krwi. W tym obrazie można dostrzec pewne bezwzględne prawdy.
Na drodze wyjścia z barbarzyństwa... trzeba rozbić niektóre naczynia. A wędrowiec musi zapłacić daninę krwi. Mocą groty Telas przywołuję rytuał
uwolnienia.
Dejim Nebrahl odzyskał poczucie ciała. Czuł przygniecione mięśnie,
przeciążone kości, ostry żwir, przemieszczający się pod spodem piasek,
spoczywający na nim ogromny ciężar. Cierpiał.
- My stworzyliśmy ten dylemat i my musimy podjąć kroki zmierzające do
jego rozwiązania - oznajmił trzeci kapłan. - Temu światu, i wszystkim
światom, które leżą poza nim, zagraża chaos. W morzach rzeczywistości
można znaleźć niezliczone warstwy. Jeden byt płynie po powierzchni
drugiego. Chaos może je zaburzyć sztormami, pływami i nieprzewidywalnymi
prądami morskimi, wywołując straszliwy tumult. Wybraliśmy jeden z tych
prądów, potworną, niepohamowaną siłę, i postanowiliśmy stać się jej
przewodnikami, kierować jej kursem niepostrzeżenie i bez żadnych
konkurentów. Naszym zamiarem jest użyć jednej siły przeciwko drugiej i doprowadzić do ich wzajemnego unicestwienia. Bierzemy na siebie wielką
odpowiedzialność, ale jedyna nadzieja na sukces leży w nas, w tym, co
zamierzamy dzisiaj uczynić. W imię groty Denul przywołuję rytuał
uwolnienia.
Ból, który dotąd czuł Dejim, ustąpił. D'ivers nadal był uwięziony i nie
mógł się poruszyć, ale czuł, że jego ciało zdrowieje.
- Musimy wyrazić żal z powodu nadchodzącej śmierci honorowego sługi -
oznajmił czwarty Bezimienny. - Niestety, nasza żałoba musi trwać krótko
i w związku z tym nie będzie godna nieszczęsnej ofiary. Rzecz jasna, nie
jest to dla nas jedyny powód do żalu. Ufam, że wszyscy pogodziliśmy się
już z tym drugim, gdyż w przeciwnym razie nie byłoby nas tutaj. W imię
groty D'riss przywołuję rytuał uwolnienia.
Siedem dusz Dejima Nebrahla oddzieliło się od siebie. Był d'iversem, ale
również czymś znacznie więcej. Nie był siedmioma, które są jednym - choć
to również można było uznać za prawdę - lecz siedmioma odrębnymi
tożsamościami, niezależnymi, ale połączonymi nierozerwalną więzią.
- Nie rozumiemy jeszcze wszystkich aspektów czekającej nas próby i dlatego nasi nieobecni kuzyni nie mogą zaprzestać poszukiwań - rzekła
piąta Bezimienna, która była kapłanką. - Nie wolno nam nie doceniać
Tronu Cienia. On zgromadził zbyt wielką wiedzę. O Azath, a być może
również o nas. Nie jest jeszcze naszym wrogiem, ale to nie czyni zeń
sojusznika. On mnie... niepokoi. Chciałabym, żebyśmy przy najbliższej
okazji zanegowali jego istnienie, choć zdaję sobie sprawę, że tylko
mniejszość wyznawców naszego kultu podziela tę opinię. Któż jednak
mógłby lepiej ode mnie zdawać sobie sprawę z wpływu Królestwa Cienia i jego nowego władcy? W imię groty Meanas przywołuję rytuał uwolnienia.
Dejim uświadomił sobie moc swych cieni, siedmiu zrodzonych zeń oszustów,
czekających dla niego w zasadzce podczas niezbędnych łowów, które
dostarczały mu pożywienia, a także wiele przyjemności, znacznie
wykraczającej poza pełen brzuch i świeżą, ciepłą krew w żyłach. Łowy
zapewniały... dominację, a dominacja była najwyższą rozkoszą.
- Wszystko, co dzieje się w królestwie śmiertelników, nadaje kształt
gruntowi, po którym kroczą bogowie - zaczęła szósta z Bezimiennych.
Miała niezwykły, nieziemski akcent. - Dlatego ich kroki nigdy nie mogą
być pewne. Nam przypada w udziale zadanie przygotowania gruntu,
wykopania głębokich, śmiercionośnych dołów, zastawienia pułapek i sideł.
To Bezimienni je ukształtują, albowiem jesteśmy dłońmi Azath,
wyrazicielami jej woli. Naszym zadaniem jest dopilnowanie, by wszystko
pozostało na swoim miejscu, uzdrowienie tego, co rozerwano,
doprowadzenie do unicestwienia albo wiecznego uwięzienia naszych wrogów.
Nie zawiedziemy. Wzywam moc Strzaskanej Groty, Kurald Emurlahn, i przywołuję rytuał uwolnienia.
Na świecie istniały szczególnie dogodne, fragmentaryczne ścieżki i Dejim
nieraz robił z nich dobry użytek. Będzie korzystał z nich znowu. Już
niedługo.
- Barghastowie, Trellowie, Tartheno Toblakai - odezwał się basem siódmy
kapłan. - To są ocalałe strużki krwi Imassów, bez względu na wszelkie
zapewnienia o czystości. Podobne zapewnienia są wymysłem, ale wymysły
również mają swój cel. Pozwalają odróżniać się od innych, zmieniają
kierunek drogi pokonanej w minionych czasach i drogi, która ma być
pokonana w przyszłości. Nadają kształt godłom na sztandarach we
wszystkich wojnach i w ten sposób usprawiedliwiają rzeź. Ich celem jest
potwierdzenie dogodnych kłamstw. Mocą groty Tellann przywołuję rytuał
uwolnienia.
W sercu zapłonął ogień, nagły werbel życia. Zimne ciało stało się
ciepłe.
- W mroku kryją się zamarznięte światy - rozległ się ochrypły głos
ósmego Bezimiennego. - A wraz z nimi ukrywa się tajemnica śmierci. Jest
ona jedyna w swoim rodzaju. Śmierć zjawia się jako wiedza. Uświadomienie
sobie, zrozumienie, akceptacja. Jest tylko tym, niczym więcej i niczym
mniej. Nadejdzie czas, być może już wkrótce, gdy śmierć odkryje własne
oblicze, jego niezliczone aspekty, i narodzi się coś nowego. W imię
Groty Kaptura przywołuję rytuał uwolnienia.
Śmierć. Ukradł mu ją pan Mrocznych Ogarów. Być może była czymś, czego
należało pragnąć. Ale jeszcze nie w tej chwili.
Dziewiąty kapłan zaśmiał się cicho.
- Gdzie wszystko się zaczęło, tam na końcu wróci - powiedział. - W imię
Kurald Galain, Groty Prawdziwej Ciemności, przywołuję rytuał uwolnienia.
- I mocą Rashan przywołuję rytuał uwolnienia! - wysyczał z niecierpliwością dziesiąty Bezimienny.
Dziewiąty kapłan znowu się roześmiał.
- Gwiazdy krążą po swych łukach, a napięcie narasta - oznajmił jedenasty
Bezimienny. - We wszystkim, co czynimy, jest sprawiedliwość. W imię
groty Thyrllan przywołuję rytuał uwolnienia.
Wszyscy czekali, aż przemówi dwunasta Bezimienna. Ona jednak nie
powiedziała nic. Wyciągnęła tylko szczupłą, rdzawoczerwoną, pokrytą
łuskami dłoń, która z całą pewnością nie była ludzka.
Dejim Nebrahl wyczuł czyjąś obecność. Zimną, bezwzględną inteligencję
przesączającą się do niego z góry. Nagle d'iversa ogarnął strach.
- Słyszysz mnie, t'rolbarahlu?
Tak.
- Uwolnimy cię, ale musisz za to zapłacić. Jeśli odmówisz zapłaty,
odeślemy cię z powrotem w ciemność i zapomnienie.
Strach przerodził się w przerażenie.
Jakiej zapłaty żądacie?
- Zgadzasz się?
Tak.
Wyjaśniła mu, czego od niego oczekują. To wydawało się proste.
Nieskomplikowane zadanie, które łatwo będzie wykonać. Dejim Nebrahl
poczuł ulgę. To nie potrwa długo. W końcu ofiary nie były daleko. Gdy
już d'ivers to zrobi, uwolni się od wszelkich zobowiązań i będzie miał
wolną rękę.
Dwunasta i ostatnia Bezimienna, znana ongiś jako Siostra Złośliwość,
opuściła dłoń. Wiedziała, że z dwanaściorga obecnych ona jedna przeżyje
uwolnienie srogiego demona. Albowiem Dejim Nebrahl będzie głodny. To
było niefortunne i równie niefortunna będzie trwoga, jaką pozostali
poczują na widok jej ucieczki na krótko przed atakiem t'rolbarahla.
Rzecz jasna, miała swoje powody. Pierwszy i najważniejszy z nich
wyglądał tak, że pragnęła zachować życie, przynajmniej jeszcze przez
pewien czas. A inne powody były wyłącznie jej sprawą.
- W imię groty Starvald Demelain przywołuję rytuał uwolnienia - rzekła.
Z jej słów zrodziła się przenikająca przez uschnięty korzeń drzewa,
przez kamień i piasek, rozpuszczająca kolejne osłony moc entropii, znana
światu jako otataral.
Dejim Nebrahl wydostał się do świata żywych.
Jedenaścioro Bezimiennych zaczęło odmawiać ostatnie modlitwy. Większość
nie zdążyła ich dokończyć.
***
Wytatuowany wojownik, siedzący ze skrzyżowanymi nogami w pewnej
odległości od ogniska, uniósł głowę, słysząc dobiegające z dali krzyki.
Spojrzał na południe i zobaczył smoka, który wzniósł się ciężko nad
widoczne na horyzoncie wzgórza. Jego cętkowane łuski błyszczały w słabnącym świetle zachodzącego słońca. Wojownik zmarszczył brwi,
patrząc, jak bestia wznosi się coraz wyżej.
- Suka - mruknął. - Powinienem był się domyślić.
Usiadł z powrotem. Krzyki już cichły. Coraz dłuższe cienie rzucane przez
skalne wyniosłości wokół jego obozu wydały mu się nagle nieprzyjemne,
gęste i brudne.
Taralack Veed, gralski wojownik, ostatni z krwi Erothów, zebrał w ustach
porcję flegmy i splunął na lewą dłoń, splótł ręce i rozsmarował ją
równomiernie, a potem wygładził czarne, zaczesane do tyłu włosy
wystudiowanym gestem, który sprawił, że masa obsiadających je much
zerwała się do lotu. Wkrótce jednak wróciły na miejsce.
Po pewnym czasie Taralack wyczuł, że stworzenie się nasyciło i ruszyło w drogę. Zgasił ognisko moczem, zebrał broń i podążył śladem demona.
***
Skupisko nędznych chat przy skrzyżowaniu dróg miało osiemnastu
mieszkańców. Trasa biegnąca równolegle do brzegu morza zwała się Traktem
Tapurskim. Trzy dni drogi na północ stąd leżało miasto Ahol Tapur. Druga
droga, niewiele więcej niż pokryta koleinami ścieżka, przecinała góry
Path'Apur, położone daleko od brzegu, a potem biegła na wschód, przez
kolejne dwa dni podróży, mijając ten przysiółek, aż wreszcie docierała
do traktu przybrzeżnego nad Morzem Otataralowym.
Przed czterema stuleciami była tu kwitnąca wioska. Ciągnącą się na
południe od niej serię wzgórz porastały drzewa o twardym drewnie i charakterystycznych pierzastych liściach. Obecnie wyginęły już one na
całym subkontynencie Siedmiu Miast. Ich drewno świetnie się nadawało do
rzeźbienia sarkofagów i osada słynęła z ich produkcji w miastach tak
dalekich, jak Hissar na południu, Karashimesh na zachodzie oraz Ehrlitan
na południowym zachodzie. Interes umarł razem z ostatnim drzewem.
Roślinność zniknęła w żołądkach kóz, a górną warstwę gleby porwał wiatr.
Wystarczyło jedno pokolenie, by wioska osiągnęła obecny żałosny stan.
Osiemnaścioro jej mieszkańców utrzymywało się z karawan - zaopatrywało
je w wodę, naprawiało uprzęże i tak dalej - ale popyt na te usługi był
coraz mniejszy. Przed dwoma laty przejeżdżał tędy malazański urzędnik,
mamroczący coś o nowym, biegnącym na podwyższeniu trakcie oraz o garnizonie, ale powodem tych planów był nielegalny handel surowym
otataralem, który od tego czasu znacznie się zmniejszył dzięki innym
imperialnym wysiłkom.
Niedawny bunt ledwie dotarł do świadomości mieszkańców. Słyszeli jedynie
pogłoski, czasami przynoszone tu przez posłańców albo banitów. Obecnie
jednak nawet oni nie odwiedzali już przysiółka. Tak czy inaczej, bunty
były dla innych.
Dlatego szybko zauważono pięć postaci, które niedługo po południu
wyłoniły się zza najbliższego wzniesienia na prowadzącym w głąb lądu
trakcie. Wkrótce wiadomość dotarła do nominalnego przywódcy
społeczności, kowala nazwiskiem Barathol Mekhar. Był on jedynym
mieszkańcem przysiółka, który się tu nie urodził. O jego przeszłości nie
wiedziano zbyt wiele, pomijając to, co oczywiste: jego czarna, niemal
onyksowa skóra świadczyła, że pochodzi z plemienia mieszkającego w południowo-zachodniej części subkontynentu, setki, być może tysiące mil
stąd. Spiralne tatuaże na policzkach sugerowały, że jest wojownikiem,
podobnie jak sieć blizn na dłoniach i przedramionach. Znano go jako
małomównego człowieka, niemającego żadnych poglądów - a przynajmniej
niewyrażającego ich głośno - co czyniło go dobrym kandydatem na
nieoficjalnego przywódcę przysiółka.
Barathol Mekhar wyszedł na jedyną ulicę osady i ruszył ku jej granicy.
Podążała za nim garstka dorosłych mieszkańców, którzy nie wyzbyli się
jeszcze ciekawości. Budynki po obu stronach drogi popadły w ruinę -
dachy były zapadnięte, ściany się osypywały, a u ich podstaw gromadziły
się sterty piasku. W odległości około sześćdziesięciu kroków przystanęło
pięć postaci. Zamarły w całkowitym bezruchu, tylko ich wystrzępione
futra falowały na wietrze. Dwie miały włócznie, a pozostałe trzy
dźwigały na plecach długie, dwuręczne miecze. Wydawało się, że niektórym
z nich brakuje kończyn.
Wzrok Barathola nie był już tak dobry jak kiedyś. Mimo to...
- Jhelim, Filiad, idźcie do kuźni. Powoli, nie biegiem. Za zasłoną stoi
kufer. Jest zamknięty na klucz. Wyłamcie zamek. Wyjmijcie topór, tarczę,
rękawice i hełm. Mniejsza z kolczugą. Nie ma na nią czasu. Ruszajcie.
Barathol mieszkał wśród nich już od jedenastu lat i przez cały ten czas
nigdy nie wypowiedział na raz tak wielu słów. Jhelim i Filiad wbili
zdumione spojrzenia w szerokie plecy kowala. Nagle ich trzewia wypełnił
strach. Odwrócili się i ruszyli w stronę kuźni, stawiając sztywne,
przesadnie długie kroki.
- To bandyci - wyszeptał Kulat, pasterz, który przed siedmiu laty
zarżnął swoją ostatnią kozę, by kupić od karawany butelkę trunku, i od
tego czasu nie robił absolutnie nic. - Może chodzi im tylko o wodę. Nie
mamy nic innego.
Gdy mówił, okrągłe kamyki, które trzymał w ustach, postukiwały.
- Nie chodzi im o wodę - zaprzeczył Barathol. - Idźcie poszukać jakiejś
broni. Czegokolwiek. Albo nie. Idźcie do chat i nie wychodźcie z nich.
- Na co czekają? - zapytał Kulat, gdy pozostali się rozpierzchli.
- Nie wiem - przyznał kowal.
- Nigdy jeszcze nie widziałem takiego plemienia. - Pasterz ssał przez
chwilę kamyki. - Te futra - dodał. - Czy nie jest za gorąco, żeby je
nosić? I te kościane hełmy...
- Są z kości? Masz lepsze oczy ode mnie, Kulat.
- Tylko one są jeszcze w porządku, Barathol. Krępe skurczybyki, co?
Poznajesz to plemię?
Kowal skinął głową. Usłyszał ciężkie dyszenie Jhelima i Filiada, którzy
biegli w jego stronę.
- Tak mi się zdaje - odpowiedział na pytanie Kulata.
- Będą kłopoty?
Pojawił się Jhelim, zgięty pod ciężarem dwuręcznego topora. Drzewce
broni było okute żelazem, z obciążonej gałki zwisała pętla z łańcucha, a areńska stal obu ostrz błyszczała srebrzyście w słońcu. Broń wieńczył
potrójny dziób, zaostrzony niczym grot bełtu. Młodzieniec gapił się na
broń, jakby była berłem poprzedniego cesarza.
Obok Jhelima zatrzymał się Filiad, który przyniósł żelazne łuskowe
rękawice, okrągłą tarczę oraz hełm z naszyjnikiem i zasłoną kratową.
Barathol włożył rękawice. Łuski osłaniały całe przedramiona, były
zakończone poruszającą się na zawiasach nałokcicą. Dolną stronę
zarękawia tworzyły pojedyncze żelazne pręty, czarne i poszczerbione.
Biegły od nadgarstków aż po łokcie. Mężczyzna wziął w ręce hełm i skrzywił się ze złością.
- Zapomnieliście o wyściółce. - Oddał hełm Filiadowi. - Daj mi tarczę.
Przytrocz mi ją do cholernego ramienia, Filiad. Ciaśniej. Teraz dobrze.
Kowal sięgnął po topór. Jhelim wykorzystał obie ręce i całą swą siłę,
unosząc oręż wystarczająco wysoko, by Barathol mógł wsunąć prawą rękę w pętlę. Następnie owinął sobie dwukrotnie nadgarstek łańcuchem, zacisnął
dłoń na drzewcu i na pozór bez wysiłku wziął broń z rąk Jhelima.
- Zmiatajcie stąd - rozkazał obu mężczyznom.
Kulat został na miejscu.
- Idą do nas, Barathol.
Kowal nie odrywał spojrzenia od nieznajomych.
- Nie jestem aż tak bardzo ślepy, starcze.
- Musisz być ślepy, skoro tu stoisz. Mówisz, że znasz to plemię? Może
przyszli po ciebie? Czy to jakaś stara wendeta?
- Niewykluczone - przyznał Barathol. - W takim przypadku nie powinno wam
nic grozić. Jak już mnie załatwią, to sobie pójdą.
- Skąd masz pewność?
- Nie mam. - Barathol uniósł topór, trzymając go w gotowości. - Z T'lan
Imassami nigdy nic nie wiadomo.
Rozdział pierwszy
W dzisiejszych czasach na ulicach aż kłębi się od kłamstw.
Wielki mag Tayschrenn podczas koronacji cesarzowej Laseen.
Zapisane przez
historyka imperialnego Duikera
1164 rok snu Pożogi
Pięćdziesiąt osiem dni po egzekucji sha'ik
Rankiem zbłąkane wiatry wypełniły powietrze obłokami pyłu i dlatego
ubrania oraz skóry wszystkich, którzy przyszli pod wschodnią bramę
Ehrlitanu, pokrywał kurz koloru czerwonych piaskowcowych wzgórz. Kupcy,
pielgrzymi, poganiacze bydła i wędrowcy pojawiali się jeden po drugim
przed obliczem strażników, jak wyczarowani. Wyłaniali się ze skłębionych
obłoków i kryli po zawietrznej stronie bramy, pochylając głowy i osłaniając przymrużone oczy fałdami brudnego płótna. Za poganiaczami
lazły pokryte rdzawą skorupą kozy; konie i woły zwieszały nisko łby, a ich nozdrza oraz oczy otaczały pierścienie pozlepianego pyłu. Ze szpar
między deskami składającymi się na dna wozów sypał się z szelestem
piach. Strażnicy gapili się na to wszystko, myśląc tylko o końcu służby,
kąpieli, posiłkach oraz ciepłych ciałach, które były należną nagrodą za
wykonany obowiązek.
Zwrócili uwagę na wędrującą na piechotę kobietę, ale z całkowicie
niewłaściwych powodów. Choć spowijały ją jedwabie, a głowę i twarz
skrywała pod chustą, warto było się za nią obejrzeć, choćby tylko z uwagi na grację, z jaką kroczyła, i na jej rozkołysane biodra. Strażnicy
jako mężczyźni byli niewolnikami swej wyobraźni i z łatwością dośpiewali
sobie resztę.
Zauważyła, że przyciągnęła na moment ich uwagę. Rozumiała, dlaczego tak
się stało, i nie przejmowała się tym. Gorzej byłoby, gdyby jeden ze
strażników - albo obaj - był kobietą. Kobiety mogłyby zadać sobie
pytanie, dlaczego przyszła do miasta na piechotę, i to akurat tą drogą,
która przez wiele mil wiła się przez spalone słońcem, niemal całkowicie
martwe wzgórza, a potem przez kolejne mile biegła krańcem bardzo rzadko
zaludnionego buszu. Jeszcze bardziej niezwykły był fakt, że nie miała
żadnych zapasów, a jej miękkie mokasyny wyglądały na niemal nowe. Gdyby
strażnicy byli kobietami, zatrzymaliby ją i zadali kilka trudnych pytań,
a ona nie czuła się gotowa odpowiedzieć na nie zgodnie z prawdą.
Mieli więc szczęście, że byli mężczyznami. Równie fortunny okazał się
dla nich rozkoszny wabik męskiej wyobraźni, dzięki któremu ich
spojrzenia śledziły ją, gdy szła ulicą, wolne od podejrzeń, lecz
namiętnie rozbierające przy każdym, tylko lekko przesadzonym ruchu
bioder.
Dotarła do skrzyżowania, skręciła w lewo i po paru chwilach zniknęła im
z oczu. W mieście wiatr był słabszy, choć tu również z nieba sypał się
pył, pokrywający wszystko jednobarwną warstewką. Kobieta przedzierała
się przez tłum, powoli, ulica za ulicą, kreśląc spiralę zacieśniającą
się wokół Jen'rahb, centralnego telu Ehrlitanu. W ogromnych,
składających się z wielu warstw ruinach mieszkały tylko szkodniki,
czworo- i dwunożne. Gdy wreszcie ujrzała przed sobą zawalone budynki,
znalazła pobliską gospodę, skromnie wyglądający przybytek, który nie
miał ambicji stać się czymś więcej niż lokalem dla miejscowych. W pokojach na piętrze mieszkało tu kilka kurew, a w pomieszczeniu na dole
siedziało kilkunastu stałych bywalców.
Przy wejściu do gospody znajdowała się zwieńczona łukiem brama
prowadząca do małego, niezbyt zadbanego ogrodu. Kobieta weszła do bramy,
żeby strzepać kurz z ubrania, potem zbliżyła się do płytkiej, pełnej
mulistej wody niecki znajdującej się pod tryskającą sennie fontanną.
Odwinęła chustę i spryskała sobie twarz, żeby oczy przestały ją
szczypać.
Potem weszła do gospody.
Panował tam półmrok, a dym z kominków, lamp oliwnych i rdzawego liścia
unosił się aż pod sklepienie. Lokal był wypełniony w trzech czwartych i przy każdym stoliku ktoś siedział. Jakiś młodzieniec opowiadał zdyszany
o swojej przygodzie, z której ledwie uszedł z życiem. Przechodząc obok
chłopaka, kobieta pozwoliła sobie na blady uśmieszek.
Znalazła miejsce przy szynkwasie i wezwała gestem obsługującego.
Mężczyzna podszedł, przyglądając się jej uważnie. Zamówiła butelkę
ryżowego wina, posługując się ehrlijskim bez śladu akcentu.
Szynkarz, usłyszawszy zamówienie, wsunął rękę pod kontuar. Rozległ się
brzęk butelek.
- Mam nadzieję, że nie liczysz na coś godnego tej nazwy, dziewczyno -
powiedział po malazańsku. Wyprostował się, strząsnął kurz z glinianej
flaszki i spojrzał na zatyczkę. - Ta przynajmniej jest zamknięta.
- Niech będzie - zgodziła się, nadal mówiąc w miejscowym dialekcie.
Położyła na blacie trzy srebrne półksiężyce.
- Masz zamiar wypić całą butelkę?
- Będę musiała się doczołgać do jakiegoś pokoju na górze - odparła,
wyciągając zatyczkę. Obsługujący postawił na barze blaszany kielich. -
Takiego z zamkiem - dodała.
- Oponn się do ciebie uśmiechnęli. Właśnie jeden się zwolnił.
- To świetnie.
- Jesteś z armii Dujeka? - zapytał.
Napełniła kielich bursztynowym, lekko mętnawym płynem.
- Nie - odparła. - Czemu pytasz? Czy jest tutaj?
- Mała jej część - wyjaśnił. - Główne siły wymaszerowały przed sześcioma
dniami. Oczywiście zostawili tu garnizon. Dlatego się zastanawiałem...
- Nie służę w żadnej armii.
Uciszył go jej ton, dziwnie zimny i bezbarwny. Po paru chwilach szynkarz
przeszedł do następnego klienta.
Zaczęła pić. Powoli wykończyła całą butelkę. Na dworze stopniowo robiło
się coraz ciemniej, w gospodzie było coraz tłoczniej, ludzie mówili
głośniej, a łokcie i barki potrącały ją coraz częściej. Ignorowała
obmacujące ją w przelocie ręce oraz spojrzenia rzucane na trunek w jej
kielichu.
Wreszcie wysączyła ostatnią kroplę, odwróciła się, przeszła niepewnym
krokiem przez tłum i po chwili dotarła do schodów. Weszła na nie
ostrożnie, jedną ręką trzymając się chwiejnej poręczy. Zdawała sobie
niejasno sprawę, że ktoś za nią idzie, co raczej nie było zaskoczeniem.
Weszła na pomost i oparła się plecami o ścianę.
Nieznajomy podszedł do niej. Na jego twarzy nadal malował się głupi
uśmieszek, który zniknął nagle, gdy sztych sztyletu dotknął jego skóry
tuż pod lewym okiem.
- Wracaj na dół - rozkazała.
Po policzku mężczyzny spłynęła krwawa łza, która zatrzymała się w kąciku
żuchwy. Nieznajomy drżał. Wzdrygnął się z bólu, gdy nóż wbił się jeszcze
głębiej.
- Proszę - wyszeptał.
Kobieta zachwiała się lekko, niechcący rozcinając mu policzek. Na
szczęście cięcie poszło w dół, nie w stronę oka. Mężczyzna krzyknął i zatoczył się do tyłu, unosząc dłonie do twarzy, by zahamować krwawienie.
Potem zszedł, potykając się, na dół.
Dobiegły stamtąd krzyki, a potem ochrypły śmiech.
Kobieta przyjrzała się nożowi, który trzymała w dłoni, zastanawiając
się, skąd się wziął i czyja krew po nim spływa.
Nieważne.
Poszła szukać swojego pokoju i po pewnym czasie go znalazła.
***
Potężna burza piaskowa miała naturalne pochodzenie. Zrodziła się na Jhag
Odhan i zmierzała po lewoskrętnej spirali, ku sercu subkontynentu
Siedmiu Miast. Wichura przemieszczała się w kierunku północnym po
wschodniej stronie wzgórz, skalnych wyniosłości i starych gór
otaczających Świętą Pustynię Raraku - która obecnie przerodziła się w morze - a na terenie samego pasma rozpętała się wojna piorunów, widoczna
aż w miastach Pan'potsun i G'danisban. Potem burza zawróciła na zachód i rozpostarła skłębione ramiona. Jedno uderzyło w Ehrlitan, a później
rozproszyło się nad Morzem Ehrlitańskim, drugie dotarło do miasta Pur
Atrii. Tymczasem zasadniczy ośrodek burzy zawrócił w głąb lądu, znowu
przybrał na sile i runął na północne zbocza Thalasu, ogarniając miasta
Hatras i Y'Ghatan. Następnie po raz ostatni skierował się na południe.
To była naturalna burza, być może ostatni dar prastarych duchów Raraku.
Uciekająca armia Leomana od Cepów radowała się z niego. Ludzie gnali z wiatrem całymi dniami, które przechodziły w tygodnie. Otaczający ich
świat stał się tylko ścianą wiszącego w powietrzu piasku. Ten widok był
tym bardziej gorzki, że przypominał uciekinierom ich umiłowane Tornado,
młot sha'ik i Dryjhny Apokaliptycznej. Jednakże nawet w goryczy można
odnaleźć życie i zbawienie.
Malazańska armia Tavore nie przestawała ich ścigać. Malazańczycy nie
śpieszyli się już jednak z tak nierozważną głupotą, jak w pierwszych
dniach po śmierci sha'ik i rozbiciu buntu. Łowy były teraz przemyślanym,
zgodnym z zasadami taktyki pościgiem za ostatnią zorganizowaną siłą
przeciwstawiającą się imperium. Siłą, która ponoć posiadała Świętą
Księgę Dryjhny, artefakt będący ostatnią nadzieją dla rozbitych
buntowników z Siedmiu Miast.
Leoman od Cepów nie miał tej księgi, lecz mimo to przeklinał ją
codziennie. Wywarkiwał przekleństwa z niemal religijnym zapałem i przerażającą pomysłowością. Na szczęście zawodzący ochryple wicher
unosił słowa i słyszał je tylko Corabb Bhilan Thenu'alas, jadący obok
swego dowódcy. Gdy Leoman męczył się tą tyradą, zajmował się knuciem
wymyślnych planów zniszczenia woluminu, jeśli tylko wpadnie w jego ręce.
"Ogień, koński mocz, żółć, zapalające środki Moranthów, brzuch smoka" -
wyliczał wszystkie te pomysły, jeden po drugim, aż wreszcie wyczerpany
nieustającą litanią Corabb poganiał słabnącego wierzchowca, by dołączyć
do innych, rozsądniejszych buntowników.
Ci z kolei zasypywali go pełnymi lęku pytaniami, spoglądając z niepokojem na Leomana. Co on mówił?
Corabb odpowiadał im, że to modlitwy. Nasz dowódca całymi dniami modli
się do Dryjhny. Leoman od Cepów to pobożny człowiek, zapewniał.
Tak pobożny, jak można się było tego spodziewać. Bunt się załamywał,
odpływał z wiatrem. Miasta kapitulowały jedno po drugim, gdy tylko
pojawiały się imperialne armie i okręty. Obywatele zwracali się
przeciwko sąsiadom, poszukując z zapałem zbrodniarzy, których można
będzie oskarżyć o niezliczone okrucieństwa popełnione podczas powstania.
Niedawnych bohaterów wydawano powracającym okupantom, podobnie jak
drobnych tyranów. Wszyscy łaknęli krwi. Takie to złowrogie wieści
przynosiły im karawany, które napotykali na drodze ucieczki. Z każdą
podobną wiadomością twarz Leomana posępniała coraz bardziej, jakby ze
wszystkich sił starał się spętać narastający w nim gniew.
To skutek rozczarowania, powtarzał sobie Corabb, za każdym razem
podkreślając tę myśl przeciągłym westchnieniem. Ludzie z Siedmiu Miast
bardzo szybko wyrzekli się wolności zdobytej kosztem tak wielu ofiar.
Była to w rzeczy samej gorzka prawda, trafny komentarz na temat podłości
ludzkiej natury. Czyżby więc wszystko to miało pójść na marne? Jak
pobożny wojownik mógłby nie poczuć palącego duszę rozczarowania? Ile
dziesiątek tysięcy ludzi zginęło? I w imię czego?
Corabb przekonywał sam siebie, że rozumie swego dowódcę. Rozumie, że
Leoman nie może jeszcze dać za wygraną. Niewykluczone, że nigdy nie
będzie to dla niego możliwe. Uporczywe trzymanie się marzenia nadawało
sens wszystkiemu, co wydarzyło się przedtem.
To były skomplikowane myśli. Corabb musiał przez wiele godzin skupiać
się z zasępioną miną, by je sformułować, dokonać niezwykłego skoku do
ciała i umysłu drugiego człowieka, spojrzeć na świat jego oczyma, choćby
tylko przez moment, nim się wycofa, zdezorientowany i upokorzony.
Uświadomił sobie wówczas, co czyni ludzi wielkimi wodzami albo
przywódcami państw. Pojął na krótką chwilę elastyczność ich
inteligencji, zdolność zmieniania perspektywy, spoglądania na rzecz ze
wszystkich stron. Prawdę mówiąc, sam potrafił tylko trzymać się jednej
wizji - swej własnej - pośród całego chaosu, jakim otaczał go świat.
Corabb świetnie zdawał sobie sprawę, że gdyby nie jego dowódca, czułby
się całkowicie zagubiony.
Leoman uniósł urękawicznioną dłoń i skinął na niego. Corabb popędził
konia kopnięciem i dołączył do dowódcy.
Ukryta w cieniu kaptura, osłonięta płótnem twarz zwróciła się w jego
stronę, ukryte w skórzanej rękawicy palce zdjęły z ust brudny jedwab.
- Gdzie jesteśmy, w imię Kaptura?! - wykrzyknął Leoman, by Corabb mógł
go usłyszeć.
Corabb rozejrzał się wokół, mrużąc powieki, a potem westchnął.
***
Źródłem dramatu stał się jej palec, który wyżłobił szokujący rów na
dobrze wydeptanej ścieżce. Zbite z tropu mrówki kręciły się jak szalone.
Samar Dev przyglądała się, jak protestują wściekle przeciwko tej
zniewadze. Żołnierze unosili głowy i rozchylali szeroko żuwaczki, jakby
chcieli rzucić wyzwanie bogom. Albo, w tym przypadku, umierającej powoli
z pragnienia kobiecie.
Leżała na boku w cieniu wozu. Przed chwilą minęło południe i pogoda była
bezwietrzna. Upał całkowicie pozbawił jej członki sił. Nie wydawało się
prawdopodobne, by była w stanie kontynuować swój atak na mrówki. Ta myśl
wypełniła ją na moment żalem. Sianie chaosu w ich przewidywalnym,
ograniczonym i nędznym życiu wydawało się wartościowym zajęciem. No cóż,
może niekoniecznie wartościowym, ale z pewnością interesującym. Jej
ostatni dzień pośród żywych miał się zaznaczyć godnymi bogów myślami.
Wtem uwagę Samar przyciągnął jakiś ruch. Coś wzbiło obłoki pyłu.
Słyszała coraz głośniejszy grzmot, niosący się echem niczym bicie w podziemny bęben. Biegnący przez Ugarat Odhan szlak, przy którym leżała,
nie należał do uczęszczanych. Wywodził się z dawnych czasów, gdy
licznymi traktami wędrowały tu karawany, przewożące towary między
kilkunastoma wielkimi miastami, a ich sercem był starożytny Ugarat.
Wszystkie te miasta poza samym Ugaratem oraz zbudowanym na brzegach
rzeki Kayhumem były martwe od co najmniej tysiąca lat.
Niemniej jednak mogło się okazać, że jeden jeździec to i tak o jednego
zbawcę za dużo, jako że Samar była kobietą o obfitych, atrakcyjnych
kształtach, a do tego była tu sama. Opowiadano, że czasami z tych niemal
całkowicie zapomnianych szlaków korzystają bandyci i łupieżcy,
przemieszczający się między trasami karawan. Tego rodzaju ludzie nie
słynęli z wielkoduszności.
Tętent kopyt był coraz bliższy i głośniejszy. Potem zwierzę zwolniło,
nad Samar Dev przetoczyła się chmura gorącego pyłu, a po chwili rozległo
się końskie parsknięcie, brzmiące dziwnie drapieżnie. Następnie
usłyszała, że jeździec zeskoczył na ziemię i ruszył cichutko w jej
stronę.
Kto to może być? Dziecko? Kobieta?
Na ziemi, za cieniem rzucanym przez wóz pojawił się drugi cień. Samar
Dev odwróciła głowę, spoglądając na nieznajomego, który wyszedł zza
pojazdu i spojrzał na nią.
Nie, to nie było dziecko ani kobieta. Przemknęło jej przez głowę, że to
może w ogóle nie jest człowiek. Na niewiarygodnie szerokie plecy zjawa
miała narzucone wystrzępione białe futro. Wisiał na nich krzemienny
miecz o rękojeści owiniętej w niewyprawioną skórę. Samar zamrugała,
próbując wypatrzyć więcej szczegółów, ale utrudniało jej to jasne niebo
za plecami przybysza. Olbrzym kroczący cicho jak pustynny kot, wizja
rodem z koszmaru, halucynacja.
Nagle przemówił, ale z całą pewnością nie do niej.
- Będziesz musiał zaczekać na posiłek, Havok. Ona jeszcze żyje.
- Havok żywi się martwymi kobietami? - zapytała ochrypłym głosem Samar.
- Z kim podróżujesz?
- Nie z kim - poprawił ją olbrzym. - Na kim. - Podszedł bliżej i przykucnął obok Samar. Trzymał coś w dłoniach - bukłak z wodą - ale
kobieta nie mogła oderwać spojrzenia od jego twarzy, której ostre,
symetryczne rysy zamienił w szalony chaos tatuaż rozbitego szkła, piętno
zbiegłego niewolnika. - Widzę twój wóz - oznajmił nieznajomy, mówiąc z dziwnym akcentem w języku pustynnych plemion. - Ale gdzie jest zwierzę,
które go ciągnęło?
- Leży w środku - wyjaśniła.
Postawił bukłak u jej boku, wyprostował się, podszedł do wozu i zajrzał
do niego.
- Tam jest martwy mężczyzna.
- Tak, to on. Nie wytrzymał.
- Ciągnął ten wóz? Nic dziwnego, że umarł.
Zdołała zacisnąć dłonie na szyjce bukłaka. Wyjęła zatyczkę i uniosła
naczynie do ust. Ciepła, pyszna woda.
- Widzisz te dwie dźwignie obok niego? - zapytała. - Poruszając nimi,
napędza się wóz. To mój wynalazek.
- Dlaczego do tak ciężkiej pracy wynajęłaś staruszka?
- To był potencjalny inwestor. Chciał się sam przekonać, w jaki sposób
to działa.
Olbrzym chrząknął. Zauważyła, że przygląda się jej uważnie.
- Dobrze sobie radziliśmy - zapewniła. - Z początku. Niestety,
najsłabszy element nie wytrzymał. Nasza wyprawa miała trwać tylko pół
dnia, ale on odjechał za daleko, a potem padł trupem. Chciałam wrócić na
piechotę, ale złamałam stopę...
- Jak to się stało?
- Kopnęłam koło. Tak czy inaczej, nie mogę chodzić.
Wciąż gapił się na nią jak wilk na rannego zająca. Pociągnęła kolejny
łyk wody.
- Czy zamierzasz zachować się wobec mnie brutalnie? - zapytała.
- To krwawy olej popycha teblorskich wojowników do gwałtów. Ja go nie
mam. Już od wielu lat nie wziąłem kobiety siłą. Jesteś z Ugaratu?
- Tak.
- Muszę się dostać do miasta, unikając kłopotów.
- Mogę ci w tym pomóc.
- Nie chcę przyciągać niczyjej uwagi.
- Nie jestem pewna, czy to możliwe.
- Obiecaj, że mi to umożliwisz, a zabiorę cię ze sobą.
- To nie jest uczciwa propozycja. Jesteś o połowę wyższy od przeciętnego
mężczyzny. Masz tatuaże. Jeździsz na koniu, który żywi się ludźmi,
zakładając, że to koń, nie enkar'al. Mam też wrażenie, że nosisz futro
białego niedźwiedzia.
Odwrócił się od wozu.
- Zgoda! - zawołała pośpiesznie. - Coś wymyślę.
Znowu do niej podszedł, wziął bukłak i zarzucił go na ramię, a potem
złapał jedną ręką Samar za pas i uniósł ją. Prawą nogę kobiety przeszył
ból. Złamana stopa zwisała bezwładnie.
- Na Siedem Ogarów! - wysyczała. - Czy chcesz mnie zupełnie pozbawić
godności?
Wojownik bez słowa zaniósł ją do czekającego konia. Samar zobaczyła, że
nie jest to enkar'al, ale również nie do końca koń. Wielkie, chude
zwierzę o jasnej sierści miało srebrną grzywę i ogon, a oczy czerwone
jak krew. Nie nosiło siodła ani strzemion i miało tylko jedną wodzę.
- Stań na zdrowej nodze - polecił olbrzym, unosząc ją do pionu. Potem
złapał za zakończony pętlą sznur i wskoczył na koński grzbiet.
Zdyszana, oparta o konia Samar Dev przebiegła wzrokiem wzdłuż podwójnego
sznura i zorientowała się, że jeździec wlecze coś za sobą. Dwa ogromne,
gnijące łby. Należały do psów albo niedźwiedzi, tak samo
nieproporcjonalnie wielkich jak on.
Wojownik wyciągnął rękę, bezceremonialnie podciągnął Samar w górę i posadził za sobą. Znowu zalały ją fale bólu. Poczuła zbliżającą się
ciemność.
- Nie chcę przyciągać uwagi - powtórzył.
Samar Dev obejrzała się na dwa odcięte łby.
- To się rozumie samo przez się - mruknęła.
***
W izdebce było ciemno, pachniało stęchlizną i potem. Dwa wąskie,
prostokątne otwory w ścianie tuż pod niskim sufitem przepuszczały do
środka powiewy chłodnego nocnego powietrza, przywodzące na myśl
westchnienia czekającego świata. Na zwiniętą na podłodze obok wąskiego
łóżka kobietę świat będzie jednak musiał poczekać jeszcze przez dłuższą
chwilę. Oplotła ręce wokół uniesionych kolan, opuściła głowę otoczoną
wieńcem czarnych, pozlepianych od tłuszczu włosów i zaczęła płakać. A płacz jest całkowitym zamknięciem się w sobie, w wewnętrznej przestrzeni
znacznie bardziej bezlitosnej i niemiłosiernej niż wszystko, co można
znaleźć na zewnątrz.
Płakała nad mężczyzną, którego opuściła, by uciec przed bólem, jaki
widziała w jego oczach. Miłość do niej kazała mu podążać za nią, śledzić
jej kroki, ale nigdy nie zdołał się do niej zbliżyć. Nie mogła mu na to
pozwolić. Zdobne wzory na skórze kapturowego węża miały hipnotyzujący
urok, ale to nie znaczyło, że jego ukąszenie nie jest śmiertelne. Ona
była taka sama. Nie było w niej nic, co byłoby warte przemożnego daru
miłości. A przynajmniej ona czegoś takiego w sobie nie dostrzegała. Nic,
co byłoby jego godne.
Uczynił się ślepym na tę prawdę, i to właśnie była jego wada,
niedoskonałość, którą cechował się zawsze. Chęć, być może potrzeba,
uwierzenia w dobro, tam gdzie nie można go było znaleźć. Nie była w stanie znieść jego miłości. Nie pozwoli, by podążył za nią jej ścieżką.
Kotylion to rozumiał. Bóg wniknął wzrokiem w tę śmiertelną ciemność
równie łatwo, jak sama Apsalar. W słowach i chwilach milczenia, które
wymieniała z boskim patronem skrytobójców, nie było nic skrywanego.
Rozumieli się nawzajem. Zadania, jakie przed nią postawił, miały naturę
zgodną z jego aspektem i pasującą do jej talentów. Gdy kogoś uznano już
za winnego, nie mógł się oburzać na wyrok. Ona jednak nie była boginią,
nie oddaliła się od człowieczeństwa tak daleko, by znajdować w amoralności pocieszenie, azyl przed własnymi uczynkami. Coraz trudniej
było jej to wszystko znosić.
Nie będzie za nią tęsknił długo. Stopniowo otworzą mu się oczy.
Dostrzeże inne możliwości. W końcu towarzyszyły mu teraz dwie kobiety.
Dowiedziała się o tym od Kotyliona. Tak jest. Rany się zagoją i nie
będzie sam długo. Była tego pewna.
To z nawiązką wystarczało, by skłonić ją do jeszcze intensywniejszego
użalania się nad sobą.
Niemniej jednak miała do wykonania parę zadań i nie mogła sobie pozwolić
na zbyt długie uleganie tej niepożądanej słabości. Apsalar uniosła
powoli głowę i przyjrzała się przez łzy wnętrzu skromnej izby. Usiłowała
sobie przypomnieć, jak się tu znalazła. Głowa ją bolała, a w gardle
miała pustynię. Otarła łzy z policzków i wyprostowała się powoli. Za
oczyma czuła pulsujący ból.
Z dołu dobiegały typowe dla gospody dźwięki: liczne głosy, pijacki
śmiech. Apsalar znalazła płaszcz z jedwabnym podszyciem, odwróciła go na
lewą stronę i zarzuciła na ramiona. Potem otworzyła drzwi i wyszła na
korytarz. We wnękach w ścianie paliły się migotliwym płomieniem dwie
lampki oliwne. Na końcu widać było poręcz i schody. Z pokoju naprzeciwko
dobiegały stłumione odgłosy miłości. Krzyki kobiety brzmiały zbyt
melodramatycznie, by można je było uznać za autentyczne. Apsalar
słuchała ich jeszcze przez chwilę, zastanawiając się, co w ich brzmieniu
tak ją niepokoi. Potem ruszyła przez roztańczone cienie ku schodom i zeszła na dół.
Było już późno, zapewne dobrze po dwunastym dzwonie. W gospodzie
siedziało około dwudziestu osób, połowa z nich nosiła liberie strażników
karawanowych. Z pewnością nie byli oni regularnymi klientami, jako że
reszta gości spoglądała na nich z wyraźnym niepokojem. Gdy Apsalar
podeszła do szynkwasu, zauważyła, że trzej mężczyźni to Grale, a dwie
kobiety to Pardu. Oba plemiona nie należały do sympatycznych. Tak
przynajmniej poinformowały ją z cichym szelestem niepokoju wspomnienia
Kotyliona. Ich członkowie byli zwykle hałaśliwi i natarczywi. Strażnicy
śledzili ją wzrokiem. Postanowiła zachować się ostrożnie i odwróciła
spojrzenie.
- Już myślałem, że umarłaś - przywitał ją oberżysta. Wyjął spod kontuaru
butelkę ryżowego wina i postawił ją przed Apsalar. - Nim się do niej
zabierzesz, dziewczyno, chciałbym zobaczyć trochę pieniędzy.
- Ile ci jestem winna?
- Dwa srebrne półksiężyce.
Zmarszczyła brwi.
- Myślałam, że już ci zapłaciłam.
- Za wino. Ale potem spędziłaś w pokoju noc, dzień i wieczór. Muszę ci
też policzyć za dzisiejszą noc, bo jest już za późno, żeby wynająć pokój
komuś innemu. Na koniec jest jeszcze ta butelka.
- Nie powiedziałam, że ją chcę - zauważyła. - Ale jeśli zostało ci coś
do jedzenia...
- Coś znajdę.
Wyciągnęła mieszek i wyjęła z niego dwa półksiężyce.
- Masz. Zakładając, że to pokryje też koszt dzisiejszej nocy.
Skinął głową.
- To znaczy, że nie chcesz wina?
- Nie chcę. Sawr'ackie piwo, jeśli łaska.
Zabrał butelkę i odszedł.
Nagle z obu jej stron pojawiły się dwie postacie. Kobiety Pardu.
- Widzisz tych Grali? - zapytała jedna z nich, wskazując głową na
pobliski stolik. - Chcą, żebyś dla nich zatańczyła.
- Nie chcą - odparła Apsalar.
- Chcą - potwierdziła druga kobieta. - Nawet ci zapłacą. Chodzisz jak
tancerka. Lepiej ich nie denerwować...
- W rzeczy samej. Dlatego właśnie dla nich nie zatańczę.
Ta odpowiedź wyraźnie zdziwiła obie kobiety. Tymczasem zjawił się
obsługujący z kuflem piwa oraz blaszaną miską pełną koziej zupy. Z warstwy tłuszczu na powierzchni sterczały białe włosy stanowiące dowód
jej autentyczności. Dodał do zupy pajdę razowego chleba.
- Może być?
Skinęła głową.
- Dziękuję. - Spojrzała na kobietę, która odezwała się pierwsza. -
Jestem Tancerką Cieni. Powiedz im to, Pardu.
Obie kobiety odsunęły się nagle. Apsalar oparła się o kontuar,
wsłuchując się w szmer rozchodzących się po gospodzie szeptów. Nagle
otoczyła ją wolna przestrzeń.
I bardzo dobrze.
Oberżysta wrócił. W jego oczach pojawił się wyraz niepokoju.
- Jesteś pełna niespodzianek - zauważył. - Ten taniec nie jest legalny.
- To prawda.
- Pochodzisz z Quon Tali - ciągnął cichszym głosem. - Chyba z Itko Kan,
sądząc po skośnych oczach i czarnych włosach. Nigdy nie słyszałem o Tancerce Cieni z Itko Kan. - Pochylił się. - No wiesz, urodziłem się pod
Gris. Służyłem w regularnej piechocie w armii Dassema, ale w pierwszej
bitwie oberwałem włócznią w plecy i to był koniec mojej kariery
wojskowej. Nie byłem w Y'Ghatanie, za co codziennie dziękuję Oponn.
Rozumiesz. Nie widziałem śmierci Dassema i cieszę się z tego.
- Ale i tak masz o czym opowiadać - zauważyła Apsalar.
- To prawda - potwierdził, kiwając głową. Nagle przyjrzał się jej
uważniej. Po chwili chrząknął i się oddalił.
Apsalar jadła zupę, popijając ją piwem, i ból głowy powoli mijał.
Po pewnym czasie wezwała skinieniem oberżystę.
- Wychodzę - oznajmiła. - Ale chcę zatrzymać pokój. Nie wynajmuj go
nikomu.
Wzruszył ramionami.
- Zapłaciłaś za niego. Zamykam o czwartym dzwonie.
Wyprostowała się i ruszyła ku drzwiom. Strażnicy karawanowi odprowadzali
ją wzrokiem, ale żaden nie próbował za nią podążyć. Przynajmniej nie
natychmiast.
Miała nadzieję, że posłuchają jej niewypowiedzianego ostrzeżenia. I tak
miała zamiar dzisiejszej nocy zabić jednego człowieka i uważała, że to
wystarczy.
Po wyjściu na dwór Apsalar zatrzymała się na chwilę. Wiatr się uspokoił.
Na niebie widniały niewyraźne plamki gwiazd, przeświecających przez
obłoki opadającego powoli po burzy pyłu. Nieruchome powietrze wypełniał
chłód. Otuliła się płaszczem i zasłoniła dolną połowę twarzy jedwabną
chustką, a potem skręciła w lewo i ruszyła przed siebie. Przy wylocie
wąskiego, cienistego zaułka weszła nagle w półmrok i zniknęła.
Po paru chwilach pojawiły się tam dwie kobiety Pardu. Zatrzymały się
przy wejściu do zaułka, spoglądając na jej kręty ślad. Nie było tu
nikogo.
- Mówiła prawdę - wysyczała jedna z nich, kreśląc znak chroniący przed
złem. - Potrafi chodzić w cieniach.
Druga skinęła głową.
- Musimy zawiadomić naszego nowego pryncypała.
Kobiety się oddaliły.
Apsalar obserwowała je z Groty Cienia jeszcze przez kilkanaście uderzeń
serca. Wyglądały jak widma, to się pojawiające, to znowu znikające.
Zaciekawiło ją, kim może być ich pryncypał, ale tym tropem ruszy jakiejś
innej nocy. Odwróciła się i przyjrzała zrodzonemu z cieni światu, w którym się znalazła. Ze wszystkich stron otaczało ją martwe miasto, w niczym nieprzypominające Ehrlitanu. Architektura była tu prymitywna i surowa, nakryte potężnymi kamiennymi nadprożami bramy wiodły do wąskich
uliczek, biegnących w prostej linii między wysokimi murami. Po ich bruku
nikt nie chodził. Budynki były najwyżej piętrowe i miały płaskie dachy.
Nigdzie nie zauważyła okien. Wysokie, wąskie drzwi były plamami czerni w półmroku.
Nawet wspomnienia Kotyliona nie mogły jej nic powiedzieć na temat tego
przejawu Królestwa Cienia, w tym jednak nie było nic niezwykłego.
Wydawało się, że składa się ono z niezliczonych warstw, a fragmenty
Strzaskanej Groty były znacznie rozleglejsze, niż można by się tego
spodziewać. Królestwo pozostawało w wiecznym ruchu, kierowane jakąś
nieobliczalną siłą zmuszającą je do migracji, pędziło bezustannie po
powierzchni świata śmiertelników. Niebo miało tu ciemnoszarą barwę, jak
zwykle nocą w Cieniu. Było ciepło i parno.
Jedna z uliczek wiodła w kierunku Jen'rahb, wzgórza o płaskim szczycie
położonego w centrum Ehrlitanu. Ongiś było ono siedzibą Korony Falah'da,
a obecnie zamieniło się w kupę gruzów. Apsalar ruszyła w tamtą stronę,
spoglądając na niemal przezroczyste rumowisko. Droga wychodziła na plac.
Na każdym z czterech otaczających go murów umieszczono łańcuchy. Na
dwóch z nich nadal wisiały ciała, wyschnięte i zakurzone. Pokryte skórą
czaszki opadały nisko, dotykając klatek piersiowych z wyraźnie
zaznaczonymi żebrami. Jedne zwłoki wisiały naprzeciwko Apsalar, a drugie
na końcu ściany po lewej stronie. Przy prawym narożniku ciągłość muru po
przeciwnej stronie przerywała brama.
Zaciekawiona Apsalar podeszła do wiszącej bliżej niej postaci. Nie mogła
być pewna, ale wydawało się jej, że to Tiste - Andii albo Edur. Długie,
proste włosy trupa utraciły kolor, wyblakły z upływem wieków, a jego
strój uległ rozkładowi, zostawiając zaledwie kilka wyschniętych pasków i przerdzewiałych kawałków metalu. Gdy przykucnęła przed zwłokami, u ich
boku zatańczył pył. Apsalar uniosła brwi, widząc pojawiający się powoli
cień. Przezroczyste ciało, dziwnie świetliste kości, szkieletowe oblicze
o czarnych jamach oczu.
- To ciało jest moje - wyszeptała zjawa, poruszając kościstymi palcami.
- Nie możesz go zabrać.
Mówiła w języku Tiste Andii i Apsalar poczuła się lekko zaskoczona tym,
że ją rozumie. Wspomnienia Kotyliona i ukryta w nich wiedza nadal od
czasu do czasu ją dziwiły.
- A po co mi ono? - zapytała. - W końcu mam własne.
- Nie tutaj. Widzę tylko ducha.
- Ja też.
- Jesteś pewna? - zapytała z wyraźnym zdziwieniem zjawa.
- Nie żyjesz już od dawna - oznajmiła Apsalar. - Zakładając, że to
rzeczywiście twoje ciało.
- Moje własne? Nie. Nie wydaje mi się. Ale kto wie? Czemu by nie? Tak,
to byłam ja. Kiedyś, dawno temu. Poznaję je. To ty jesteś duchem, nie
ja. Właściwie to nigdy nie czułam się lepiej. A ty wyglądasz...
niezdrowo.
- Mimo to nie jestem zainteresowana kradzieżą trupów - zapewniła
Apsalar.
Cień wyciągnął rękę i pogłaskał jasne, pozlepiane włosy zwłok.
- No wiesz, byłam piękna. Młodzi wojownicy z enklawy otaczali mnie
podziwem i ubiegali się o moje względy. Niewykluczone, że nadal
zachowałam urodę, tylko mój duch zrobił się taki... wystrzępiony. Co
jest lepiej widoczne dla oczu śmiertelników? Wigor i piękno ciała czy
kryjący się w nim paskudny duch?
Apsalar skrzywiła się i odwróciła wzrok.
- To pewnie zależy od tego, jak uważnie się przyglądają.
- I czy nic nie mąci ich spojrzenia. Tak, zgadzam się z tobą. Do tego
uroda przemija tak szybko, prawda? Za to paskudność, ach, paskudność
pozostaje.
- Nie słuchaj jej! - syknął drugi głos, rozbrzmiewający w sąsiedztwie
wiszącego dalej trupa. - To zdradziecka suka! Spójrz tylko, gdzie
wylądowałyśmy! Czy to moja wina? O nie, ja byłam uczciwa. Wszyscy o tym
wiedzieli. I do tego ładniejsza. Nie słuchaj, jeśli ci powie, że było
inaczej! Chodź do mnie, mój drogi duchu, i poznaj prawdę!
Apsalar wyprostowała się.
- To nie ja jestem tu duchem...
- Kłamczucha! Nic dziwnego, że wolisz ją ode mnie!
Apsalar widziała już drugi cień. Wyglądał tak samo jak pierwszy i unosił
się nad swoim ciałem, albo przynajmniej nad trupem, za którego
właściciela się podawał.
- Jak tu trafiłyście? - zapytała.
- To złodziejka! - zawołał drugi cień, wskazując na pierwszy.
- Tak samo jak ty! - odciął się ten.
- Ja tylko zrobiłam to, czego ode mnie chciałaś, Telorast! "Och, włammy
się do Twierdzy Cienia! W końcu nikogo tam nie ma! Zdobędziemy
nieprzebrane bogactwa!". Czemu ci uwierzyłam? Byłam głupia...
- Przynajmniej w tym jednym się zgadzamy - przerwał jej pierwszy cień.
- Nie ma sensu, żebyście tu siedziały - zauważyła Apsalar. - Wasze
zwłoki gniją, ale te łańcuchy nigdy ich nie wypuszczą.
- Służysz nowemu panu Cienia! - To oskarżenie wyraźnie podekscytowało
drugi cień. - Temu nędznemu, podstępnemu, niegodziwemu...
- Cicho! - syknął pierwszy cień, Telorast. - Bo znowu tu przyjdzie z nas
szydzić. Osobiście wolałabym go więcej nie oglądać. Ani tych przeklętych
Ogarów. - Duch zbliżył się do Apsalar. - Najmilsza służko nowego,
cudownego pana, żeby odpowiedzieć na twoje pytanie, tak, z najwyższą
radością opuściłybyśmy to miejsce. Dokąd jednak mamy się udać? - Duch
skinął półprzezroczystą szkieletową dłonią. - Za miastem czekają
straszliwe istoty. Podstępne, głodne i liczne! Ale... - Telorast
mruknęła jak kot. - Gdyby ktoś nas odprowadził...
- Tak, tak! - zawołał drugi cień. - Odprowadź nas do jednej z bram. To
niewielkie zobowiązanie, przyjęte na krótką chwilę, a będziemy ci
nadzwyczaj wdzięczne.
Apsalar przyjrzała się dwóm istotom.
- Kto was uwięził? Mówcie prawdę, bo inaczej wam nie pomogę.
Telorast ukłoniła się nisko, a potem pochyliła jeszcze niżej. Minęła
chwila, nim Apsalar uświadomiła sobie, że duch padł przed nią na twarz.
- Prawdę. Nie mogłybyśmy skłamać w takiej sprawie. W żadnym królestwie
nie spotkasz lepiej zachowanego wspomnienia przekazanego z większą
prawdomównością. To był władca demonów...
- Z siedmioma głowami! - przerwał drugi duch, podskakując ze źle
skrywanego podniecenia.
Telorast skuliła się trwożnie.
- Z siedmioma? Rzeczywiście było ich siedem? To całkiem możliwe. Czemu
by nie? Tak jest, z siedmioma!
- A która głowa podawała się za władcę? - zapytała Apsalar.
- Szósta!
- Druga!
Oba cienie popatrzyły na siebie ze złością. Telorast uniosła kościany
palec.
- Tak jest! Szósta z prawej, a druga z lewej.
- Och, znakomicie - mruknęła druga zjawa.
Apsalar spojrzała na nią.
- Twoja towarzyszka ma na imię Telorast. A ty?
Duch wzdrygnął się, podskoczył, a potem również zaczął bić pokłony,
wzbijając maleńkie obłoczki kurzu.
- Książę... Królu Okrutny, Zabójco Wszystkich Wrogów. Budzący Postrach.
Czczony. - Zjawa się zawahała. - Księżniczko Skromnisiu? Ukochana
tysiąca bohaterów, mężczyzn o potężnej muskulaturze i srogich obliczach!
- Zadrżała nagle, wymamrotała coś pod nosem i przesunęła palcami po
twarzy. - Wodzu, nie, dwudziestodwugłowy smoku o dziewięciu skrzydłach i jedenastu tysiącach kłów. Jeśli będę miała szansę...
- Jak masz na imię? - zapytała Apsalar, krzyżując ramiona.
- Serwatka.
- Serwatka?
- Ciągle jestem skwaszona.
- Tak. I to przez ciebie spotkał nas ten żałosny zgon - wtrąciła
Telorast. - Miałaś obserwować ścieżkę. Wyraźnie kazałam ci to robić...
- Obserwowałam ją!
- Ale nie zauważyłaś Ogara Barana...
- Zauważyłam, ale obserwowałam ścieżkę.
- No dobra - odezwała się z westchnieniem Apsalar. - Powiedzcie mi,
dlaczego miałabym was odprowadzić do tej bramy. Podajcie mi jakiś powód.
Jakikolwiek.
- Jesteśmy wiernymi towarzyszkami - zapewniła Telorast. - Będziemy stały
u twego boku bez względu na to, jak straszliwy koniec cię spotka.
- Będziemy strzegły twego rozszarpanego ciała przez całą wieczność -
dodała Serwatka. - Albo przynajmniej do chwili, gdy zjawi się ktoś
inny...
- Chyba że to będzie Chodzący po Krawędzi.
- To się rozumie samo przez się, Telorast - zgodziła się Serwatka. - Nie
lubimy go.
- Albo Ogary.
- Oczywiście...
- Albo Tron Cienia, Kotylion, jakiś Aptorianin, czy jeden z...
- Już dobrze! - wrzasnęła Serwatka.
- Odprowadzę was do bramy - zgodziła się Apsalar. - Będziecie mogły
opuścić to królestwo, bo wydaje się, że tego właśnie pragniecie.
Najprawdopodobniej przejdziecie później przez Bramę Kaptura, co będzie
dobrodziejstwem dla wszystkich, poza być może samym Kapturem.
- Ona nas nie lubi - jęknęła Serwatka.
- Nie mów tego głośno, bo może to sobie naprawdę uświadomić - warknęła
Telorast. - W tej chwili nie jest jeszcze tego pewna, a to dla nas
dobrze, Serwatka.
- Nie jest pewna? Ogłuchłaś czy co? Przed chwilą nas znieważyła!
- To jeszcze nie znaczy, że nas nie lubi. Niekoniecznie. Może być nami
poirytowana, ale my irytujemy wszystkich. Czy raczej ty irytujesz
wszystkich, Serwatka. Dlatego że jesteś tak bardzo niegodna zaufania.
- Nie zawsze taka jestem, Telorast.
- Chodźcie - odezwała się Apsalar, ruszając ku odległej bramie. - Mam
dziś w nocy parę spraw do załatwienia.
- A co z tymi ciałami? - zapytała Serwatka.
- Zostaną tutaj oczywiście. - Apsalar odwróciła się i spojrzała na oba
cienie. - Możecie iść ze mną albo zostać tutaj. To zależy tylko od was.
- Ale my lubiłyśmy te ciała...
- Nic nie szkodzi, Serwatka - odezwała się uspokajającym tonem Telorast.
- Znajdziemy sobie inne.
Zaskoczona tym komentarzem Apsalar zerknęła na Telorast, a potem
skierowała się ku wąskiemu przejściu.
Duchy ruszyły za nią, podfruwając.
***
Dno niecki pokrywała szalona pajęczyna szczelin. Zalegający na dnie
dawnego jeziora ił wysechł po dziesięcioleciach narażenia na palące
światło słońca. Wiatr i piasek wygładziły z czasem jego powierzchnię i błyszczał teraz w świetle księżyca niczym srebrne płytki. W samym środku
wyschniętego jeziora znajdowała się zapadnięta w ziemię studnia otoczona
niskim ceglanym murkiem.
Zwiadowcy z oddziału Leomana zdążyli już do niej dotrzeć. Zsiedli z koni, by się jej przyjrzeć, podczas gdy główny oddział konnych
wojowników wypełniał powoli nieckę. Burza się skończyła i na niebie
świeciły gwiazdy. Wymęczone konie i wyczerpani buntownicy przemieszczali
się powoli po pokrytym pajęczyną pęknięć gruncie. Nad głowami jeźdźców
latały ćmy płaszczowe, kluczące w powietrzu, by umknąć polującym na nie
rhizanom, które śmigały wśród chmur owadów niczym miniaturowe smoki. W powietrzu trwała nieustanna wojna toczona przy akompaniamencie chrzęstu
miażdżonych chitynowych skorupek oraz słabych, metalicznych okrzyków
ginących ciem.
Corabb Bhilan Thenu'alas pochylił się w siodle, skrzypiąc łękiem, i splunął w lewo. Ten gest był przekleństwem rzuconym odgłosom powietrznej
wojny. Corabb chciał też uwolnić usta od smaku piasku. Obejrzał się na
Leomana, który nie odzywał się ani słowem. Zostawili za sobą ślad w postaci martwych koni. Niemal wszyscy jechali na swych drugich albo
trzecich wierzchowcach. Ostatniego dnia dwunastu wojowników nie
wytrzymało tempa. To byli starsi mężczyźni, którzy marzyli, że w swej
ostatniej bitwie zmierzą się ze znienawidzonymi Malazańczykami pod
błogosławionym spojrzeniem sha'ik, a potem zdrada odebrała im tę szansę.
Corabb wiedział, że w ich pułku obszarpańców nie brakuje złamanych dusz.
Łatwo było zrozumieć, w jaki sposób człowiek mógł utracić nadzieję
podczas ich żałosnej podróży.
Sam Corabb też mógłby już dawno dać za wygraną, gdyby nie Leoman od
Cepów. Wymknąłby się w niesione wichurą piaski, żeby poszukać tam
własnego przeznaczenia, zrzuciłby strój żołnierza buntu i zamieszkał w jakimś odległym mieście, gdzie żyłby w cieniu wspomnień rozpaczy aż do
dnia, gdy przyszedłby po niego Zbieracz Dusz. Gdyby nie Leoman od Cepów.
Jeźdźcy dotarli do studni i otoczyli pierścieniem źródło życiodajnej
wody. Corabb ściągnął wodze chwilę po Leomanie od Cepów. Obaj zsunęli
się z siodeł. Pod ich stopami chrzęścił dywan z ości i łusek od dawna
martwych ryb.
- Chodź ze mną, Corabb - polecił Leoman.
Ruszyli na północ, oddalili się na pięćdziesiąt kroków od linii wart i zatrzymali w prażonej słońcem niecce. Corabb zauważył w pobliskim
zagłębieniu na wpół zagrzebane w ziemi bryły gliny. Wyciągnął sztylet,
podszedł do niecki i wydobył jedną z tych grud. Rozłupał ją, odsłaniając
ukrytą w środku ropuchę, wydłubał stworzenie i wrócił do swego dowódcy.
- Nieoczekiwany smakołyk - oznajmił, odrywając wyschniętą nogę i rozszarpując zębami twarde, ale słodkie mięso.
Leoman przyjrzał mu się w blasku księżyca.
- Od jedzenia ich ma się dziwne sny, Corabb.
- Wiem, duchowe sny. Nie boję się ich, dowódco. Co najwyżej tych
wszystkich piór.
Leoman nie skomentował tego ani słowem. Zdjął hełm i spojrzał w gwiazdy.
- Czego chcą ode mnie żołnierze? - zapytał. - Czy mam nas poprowadzić do
nierealnego zwycięstwa?
- Twoim przeznaczeniem jest nieść Księgę - odpowiedział Corabb z pełnymi
mięsa ustami.
- A bogini nie żyje.
- Dryjhna jest czymś więcej niż boginią, dowódco. Apokalipsa dotyczy
czasu w równym stopniu jak czegokolwiek innego.
Leoman zerknął na niego.
- Nadal udaje ci się mnie zaskakiwać, Corabbie Bhilanie Thenu'alas, choć
minęło już tyle lat.
Corabb uśmiechnął się zadowolony z komplementu. Albo tego, co uważał za
komplement. Wypluł kość.
- Miałem po drodze czas na zastanowienie, dowódco - powiedział. -
Myślałem długo i te myśli wędrowały niezwykłymi ścieżkami. Jesteśmy
Apokalipsą. Ostatnią armią rebelii. Sądzę, że jest nam przeznaczone
pokazać światu prawdę o niej.
- Dlaczego tak sądzisz?
- Dlatego że ty nami dowodzisz, Leomanie od Cepów, i ty nie umkniesz jak
tchórzliwa szczurykatka. Zmierzamy do jakiegoś celu. Wiem, że wielu
uważa naszą podróż za ucieczkę, ale ja tak nie sądzę. A przynajmniej nie
przez cały czas.
- Szczurykatka - zastanowił się Leoman. - To są te żywiące się
jaszczurkami szczury z Jen'rahb w Ehrlitanie.
Corabb skinął głową.
- Tak. Mają wydłużone ciała i pokryte łuskami głowy.
- Szczurykatka - powtórzył znowu Leoman z dziwnie zamyśloną miną. -
Niemal nie sposób ich schwytać. Potrafią się wymykać przez szczeliny, z którymi nawet wąż miałby kłopot. Czaszki na zawiasach...
- A kości jak zielone gałązki, tak jest - potwierdził Corabb.
Wyssał czaszkę ropuchy, a potem ją odrzucił. Wyrosły jej skrzydła i odfrunęła w noc. Corabb przeniósł wzrok na opierzoną twarz dowódcy.
- Zupełnie się nie nadają do hodowli. Kiedy je zaskoczyć, uciekają do
najbliższej dziury, bez względu na to, jak jest mała. Słyszałem, że
pewna kobieta zginęła, gdy szczurykatka wdarła się do jej nosa na połowę
swej długości. Kiedy uwięzną, wygryzają sobie drogę. Wszędzie jest pełno
piór.
- Jak rozumiem, nikt już nie próbuje hodować ich w domu - stwierdził
Leoman, ponownie spoglądając w gwiazdy. - Zmierzamy ku Apokalipsie, tak?
W istocie.
- Moglibyśmy zostawić konie i po prostu polecieć - zauważył Corabb. -
Tak byłoby znacznie szybciej.
- Ale to nie byłby szlachetny uczynek, nieprawdaż?
- Masz rację. Konie to honorowe zwierzęta. Prowadź nas, Skrzydlaty, a zatriumfujemy.
- Do nierealnego zwycięstwa.
- Do wielu nierealnych zwycięstw, dowódco.
- Jedno by wystarczyło.
- Jak sobie życzysz - zgodził się Corabb. - Niech będzie jedno.
- Nie chcę tego, Corabb. W ogóle tego nie chcę. Mam ochotę rozpuścić tę
armię.
- To nic nie da, dowódco. Wracamy do miejsca naszych narodzin. To jest
właśnie ta pora. Pora, by budować gniazda na dachach.
- A ja myślę, że pora, byś położył się spać.
- Tak, masz rację. Zrobię to.
- To idź. Ja tu jeszcze chwilę zostanę.
- Jesteś Leomanem od Piór i stanie się tak, jak mówisz.
Corabb zasalutował i odmaszerował do obozu i zamieszkującego go stada
przerośniętych sępów. Przyszło mu do głowy, że los sępa nie jest taki
najgorszy. W końcu żyły one dzięki temu, że inne istoty ginęły.
Leoman został sam i nadal wpatrywał się w nocne niebo. Żałował, że nie
ma z nim Toblakai. Olbrzym był ślepy na poczucie niepewności. Niestety
brakowało mu też subtelności. Maczuga rozumowania Karsy Orlonga nie
pozwalała na ukrywanie nieprzyjemnych prawd.
Szczurykatka. Będzie się musiał nad tym zastanowić.
***
- Nie możesz wjechać z nimi do miasta!
Olbrzymi wojownik popatrzył na głowy, które ciągnął za sobą, po czym
zdjął Samar Dev z konia, postawił ją na ziemi i sam zsunął się z siodła.
Strzepnął kurz z futra, podszedł do wartownika, uniósł go i cisnął na
pobliski wóz.
Ktoś krzyknął... ale zaraz umilkł, gdy wojownik się odwrócił.
W odległości dwudziestu kroków widać było drugiego wartownika, który
rzucił się do ucieczki. Samar podejrzewała, że zmierza do blokhauzu, by
zebrać ze dwudziestu towarzyszy.
- To nie zaczęło się dobrze, Karso Orlong - stwierdziła z westchnieniem.
Pierwszy wartownik leżał zupełnie nieruchomo wśród szczątków wozu.
Karsa Orlong zerknął na Samar Dev.
- Wszystko w porządku, kobieto - zapewnił. - Jestem głodny. Znajdź mi
jakąś gospodę ze stajnią.
- Będziemy musieli poruszać się szybko, a chwilowo nie jestem do tego
zdolna.
- Jesteś dla mnie obciążeniem - poskarżył się wojownik.
Gdzieś niedaleko uderzono na alarm w dzwony.
- Wsadź mnie na konia, a wskażę ci drogę, choć nie wiem, w czym to
pomoże.
Podszedł do niej.
- Tylko uważaj. Ta moja noga nie wytrzyma już zbyt wiele szarpania.
Skrzywił się.
- Jesteś za miękka, jak wszystkie dzieci.
Jednakże, gdy sadzał ją w siodle, był delikatniejszy niż wcześniej.
- W tę boczną uliczkę - poleciła. - Jak najdalej od dzwonów. Przy
Trosfalhadańskiej jest gospoda, to niedaleko stąd. - Zerknęła w prawo i zauważyła, że główną ulicą nadciąga drużyna straży. - Śpiesz się,
wojowniku, jeśli nie chcesz spędzić nocy w celi.
Na ulicy zebrała się grupka gapiących się na nich obywateli. Dwóch
podeszło do martwego bądź nieprzytomnego strażnika i przykucnęło przy
nieszczęśniku, by mu się przyjrzeć. Inny zatrzymał się nieopodal,
skarżąc się, że rozbito mu wóz, i wskazując na Karsę, choć tylko wtedy,
gdy ogromny wojownik na niego nie patrzył.
Ruszyli przed siebie aleją biegnącą wzdłuż starożytnego muru. Samar
łypnęła groźnie na gapiów, którzy postanowili podążyć za nimi.
- Jestem Samar Dev - oznajmiła głośno. - Który z was chce, żebym rzuciła
na niego klątwę? No, który?
Gapie odsunęli się, a potem odwrócili pośpiesznie.
Karsa zerknął na nią.
- Jesteś czarownicą?
- Nawet sobie nie wyobrażasz jaką.
- Czy przeklęłabyś mnie, gdybym cię zostawił na szlaku?
- Z całą pewnością.
Chrząknął, przez dziesięć kroków nie odzywał się ani słowem, a potem
znowu się obejrzał.
- Dlaczego nie przywołałaś duchów, żeby cię uzdrowiły?
- Nie miałam im nic do zaoferowania - wyjaśniła. - Duchy, które można
znaleźć na pustkowiach, są głodne i pożądliwe, Karso Orlong. Nie wolno
im ufać.
- Marna z ciebie czarownica, jeśli musisz je przekupywać. Czemu po
prostu ich nie związałaś i nie rozkazałaś uzdrowić nogi?
- Ten, kto wiąże innych, ryzykuje, że sam zostanie związany. Nie wstąpię
na tę ścieżkę.
Wojownik nie odpowiedział.
- To jest Trosfalhadańska. Widzisz ten wielki budynek przy następnej
przecznicy? Ten z dziedzińcem otoczonym murem? To Drewniana Gospoda.
Śpiesz się, zanim straże dotrą do rogu.
- I tak nas znajdą - stwierdził Karsa. - Nie wykonałaś zadania.
- To nie ja cisnęłam strażnikiem w wóz!
- Był nieuprzejmy. Powinnaś była go ostrzec.
Dotarli do dwuskrzydłowej bramy gospody.
Zza rogu dobiegły ich krzyki. Samar odwróciła się w siodle, spoglądając
na biegnących ku nim strażników. Karsa ominął ją, wyciągając wielki
krzemienny miecz.
- Stój! - zawołała. - Pozwól mi najpierw z nimi porozmawiać, wojowniku,
bo inaczej będziesz musiał walczyć z całą strażą miejską.
Zatrzymał się.
- Uważasz, że zasługują na łaskę?
Przyglądała mu się przez chwilę, a potem skinęła głową.
- Jeśli nie oni, to przynajmniej ich rodziny.
- Jesteś aresztowany! - zawołał jeden ze zbliżających się szybko
mężczyzn.
Wytatuowana twarz Karsy pociemniała.
Samar zsunęła się z siodła i pokuśtykała przed siebie, by zająć miejsce
między olbrzymem a strażnikami. Wszyscy oni wyciągnęli już bułaty i ustawiali się w wachlarz na ulicy. Za nimi gromadził się tłum gapiów.
Kobieta uniosła ręce.
- Doszło do nieporozumienia.
- Samar Dev - warknął jeden ze strażników. - Lepiej się odsuń. To nie
twoja sprawa...
- Moja, kapitanie Inashan. Ten wojownik uratował mi życie. Mój wóz
rozbił się na pustkowiu i złamałam nogę. Tylko na mnie popatrz. Byłam
umierająca. Dlatego wezwałam ducha dzikich ziem.
Kapitan otworzył szeroko oczy.
- On jest duchem?
- Z całą pewnością - potwierdziła Samar. - I nie zna naszych zwyczajów.
Wartownik przy bramie zachował się w sposób, który duch uznał za
nieprzyjazny. Czy ten człowiek żyje?
Inashan skinął głową.
- Stracił tylko przytomność. - Wskazał na ucięte głowy. - A co to jest?
- Trofea - odpowiedziała Samar. - Głowy demonów, które uciekły ze swego
królestwa i zbliżały się do Ugaratu. Gdyby ten duch ich nie zabił,
doszłoby do straszliwej rzezi. W Ugaracie nie pozostał ani jeden mag
godny tego miana i obawiam się, że nasz los byłby bardzo marny.
Kapitan Inashan zmrużył powieki, spoglądając na Karsę.
- Rozumiesz moje słowa?
- Do tej pory były całkiem proste - odparł wojownik.
Kapitan skrzywił się wściekle.
- Czy ona powiedziała prawdę?
- Więcej prawdy, niż jej się zdaje, ale w tej opowieści było też trochę
fałszu. Nie jestem duchem, tylko Toblakai, ongiś byłem osobistym
strażnikiem sha'ik. Mimo to ta kobieta targowała się ze mną, tak jak
targowałaby się z duchem. Co więcej, nie wiedziała, kim jestem ani skąd
przybyłem, więc całkiem możliwe, że wzięła mnie za ducha dzikich ziem.
Gdy padło imię sha'ik, wśród strażników i obywateli rozległy się głosy.
Samar zobaczyła na twarzy kapitana wyraz zrozumienia.
- Toblakai, towarzysz Leomana od Cepów. Dotarły do nas opowieści o tobie. - Wskazał bułatem na niedźwiedzie futro na plecach Karsy. -
Zabiłeś jednopochwyconego, białego niedźwiedzia. Wykonałeś na Raraku
wyrok śmierci na tych, którzy zdradzili sha'ik. Opowiadają też, że nocą
przed śmiercią sha'ik zabiłeś demony - dodał, spoglądając na gnijące,
obdarte ze skóry łby. - A gdy przyboczna zabiła sha'ik, wyjechałeś na
spotkanie malazańskiej armii, ale Malazańczycy nie chcieli z tobą
walczyć.
- W tym, co powiedziałeś, jest trochę prawdy - zgodził się Karsa. -
Pomijając słowa, które wymieniłem z Malazańczykami...
- Byłeś jednym z obrońców sha'ik - przerwała mu pośpiesznie Samar,
wyczuwając, że wojownik za chwilę powie coś nierozsądnego. - Z pewnością
w Ugaracie godnie cię przywitają. Z miasta przepędzono malazański
garnizon. Jego żołnierze giną teraz z głodu w twierdzy Moraval po
drugiej stronie rzeki. Są oblężeni i nie mogą liczyć na odsiecz.
- Mylisz się - zaprzeczył Karsa.
Miała ochotę go kopnąć. Ale z drugiej strony, czym się to dla niej
skończyło poprzednim razem?
Proszę bardzo, ty uparty wole, sam ukręć dla siebie sznur.
- Co chcesz przez to powiedzieć? - zapytał kapitan Inashan.
- Bunt został stłumiony, Malazańczycy odzyskali już dziesiątki miast. Z czasem dotrą i tutaj. Sugeruję, byście zawarli pokój z garnizonem.
- Czy to nie byłoby niebezpieczne dla ciebie? - zaniepokoiła się Samar.
Wojownik obnażył zęby.
- Moja wojna już się skończyła. Jeśli nie potrafią tego zaakceptować,
zabiję wszystkich.
To była niewiarygodna przechwałka, ale nikt się nie roześmiał. Kapitan
Inashan zawahał się, a potem schował bułat. Żołnierze podążyli za jego
przykładem.
- Słyszeliśmy o porażce buntu - przyznał. - Niestety, dla Malazańczyków
z twierdzy może już być za późno. Są tam uwięzieni od wielu miesięcy. A od pewnego czasu na murach nie widziano nikogo...
- Pójdę tam - zaproponował Toblakai. - Trzeba uczynić jakiś gest na
rzecz pokoju.
- Powiadają, że Leoman jeszcze żyje - mruknął Inashan. - Ponoć dowodzi
ostatnią armią i poprzysiągł walczyć dalej.
- Leoman zmierza własną ścieżką - odparł Karsa. - Na waszym miejscu nie
pokładałbym w niej wiary.
Ta rada nie została dobrze przyjęta. Rozległy się głosy sprzeciwu, ale
Inashan odwrócił się i uciszył swoich ludzi, unosząc rękę.
- Te sprawy trzeba omówić z falah'dem. - Ponownie spojrzał na Karsę. -
Zatrzymasz się na noc w Drewnianej Gospodzie?
- Tak, ale ona nie jest zbudowana z drewna. Powinna się nazywać Murowaną
Gospodą.
Samar parsknęła śmiechem.
- Możesz o tym pogadać z właścicielem, Toblakai. Kapitanie, czy już
skończyłeś?
Inashan skinął głową.
- Przyślę uzdrowiciela, żeby się zajął twoją nogą, Samar Dev.
- Na znak wdzięczności pobłogosławię ciebie i całą twoją rodzinę,
kapitanie.
- Jesteś zbyt szczodra - odparł z ukłonem.
Żołnierze oddalili się.
Samar spojrzała na olbrzymiego wojownika.
- Toblakai, jak ci się udało przeżyć tak długo w Siedmiu Miastach?
Popatrzył na nią z góry, a potem zawiesił sobie miecz na plecach.
- Żadna zbroja nie zdoła się oprzeć prawdzie...
- Gdy wspiera ją ten miecz?
- Tak, Samar Dev. Przekonałem się, że dzieci nie potrzebują wiele czasu,
by to zrozumieć. Nawet tutaj, w Siedmiu Miastach. - Otworzył bramę. -
Havok musi dostać miejsce w stajni z dala od innych zwierząt...
przynajmniej dopóki nie zaspokoi głodu.
***
- To mi się nie podoba - mruknęła Telorast, wiercąc się nerwowo.
- To tylko brama - zauważyła Apsalar.
- Tak, ale dokąd prowadzi? - zapytała Serwatka, kiwając niewyraźną
głową.
- Na zewnątrz - odparła Apsalar. - Do Jen'rahb w mieście Ehrlitan. Tam
właśnie się wybieram.
- W takim razie my również tam się udamy - oznajmiła Telorast. - Czy są
tam ciała? Mam nadzieję, że tak. Zdrowe, mięsiste ciała.
Apsalar przyjrzała się obu duchom.
- Zamierzacie ukraść żyjące ciała? Nie jestem pewna, czy mogę na to
pozwolić.
- Och, tego nie zrobimy - zapewniła Serwatka. - To byłoby opętanie, a to
jest trudne, bardzo trudne. Wspomnienia przesączają się w obie strony,
co prowadzi do dezorientacji i niekonsekwencji.
- To prawda - zgodziła się Telorast. - A my jesteśmy bardzo
konsekwentne, nieprawdaż? Nie, moja droga, my po prostu lubimy ciała.
Lubimy, jak są w pobliżu. Dodają nam otuchy. Na przykład ty. Dodajesz
nam otuchy, choć nawet nie wiemy, jak masz na imię.
- Jestem Apsalar.
- Ona nie żyje! - wrzasnęła Serwatka. - Wiedziałam, że jesteś duchem! -
zawołała do dziewczyny.
- Noszę imię Pani Złodziei, ale nie jestem jej wcieleniem.
- Z pewnością mówi prawdę - oznajmiła Serwatce Telorast. - Może sobie
przypominasz, że Apsalar wyglądała zupełnie inaczej. Prawdziwa Apsalar
była Imassem, a przynajmniej bardzo go przypominała. I nie zachowywała
się zbyt przyjaźnie...
- To dlatego, że okradłaś jej świątynny skarbiec - przypomniała
Serwatka, miotając się w małych obłoczkach kurzu.
- Przedtem również. Była zdecydowanie nieprzyjazna, podczas gdy ta nowa
Apsalar, ta tutaj, jest miła. Jej serce aż pęcznieje od ciepła i szczodrości...
- Wystarczy tego - przerwała jej Apsalar, ponownie spoglądając na bramę.
- Jak już wspominałam, to brama wiodąca do Jen'rahb... dla mnie. W przypadku was obu może się, rzecz jasna, okazać, że prowadzi do
Królestwa Kaptura. Jeśli znajdziecie się przed Bramą Śmierci, nie biorę
za to odpowiedzialności.
- Królestwo Kaptura? Brama Śmierci? - Telorast zaczęła przesuwać się z boku na bok. Apsalar dopiero po dłuższej chwili uświadomiła sobie, że
duch spaceruje w kółko, choć częściowo zapadał się w ziemię i wyglądało
to raczej, jakby brodził. - Nie ma obawy. Jesteśmy na to zbyt potężne.
Nazbyt mądre. Za sprytne.
- Byłyśmy ongiś wielkimi magami - pochwaliła się Serwatka. -
Nekromantami, chodzącymi z duchami, władcami srogich twierdz, panami
tysiąca grot...
- Paniami, Serwatka. Paniami tysiąca grot.
- Tak, Telorast. W rzeczy samej. Paniami. O czym to ja myślałam?
Urodziwymi paniami o zaokrąglonych kształtach i leniwych ruchach,
zmysłowymi i niekiedy mizdrzącymi się...
Apsalar przeszła przez bramę.
I znalazła się na pokrytej gruzem ziemi przy fundamentach zawalonego
muru. Noc była chłodna, a na niebie świeciły gwiazdy.
- ...nawet Kallor drżał przed nami, nieprawdaż, Telorast?
- Och tak, drżał.
Apsalar spojrzała w dół i zobaczyła, że duchy nadal jej towarzyszą.
- Widzę, że udało się wam uniknąć Królestwa Kaptura - stwierdziła z westchnieniem.
- Niezgrabne, chciwie wyciągnięte łapska. - Serwatka pociągnęła nosem. -
Byłyśmy za szybkie.
- Tak jak przewidywałyśmy - dodała Telorast. - Co to za miejsce? Są tu
same ruiny...
Serwatka wlazła na szczyt muru.
- Nie, Telorast, jak zwykle się mylisz. Widzę budynki. Światła w oknach.
Powietrze przesyca odór życia.
- To Jen'rahb - wyjaśniła Apsalar. - Starożytne centrum miasta, które
już dawno zawaliło się pod własnym ciężarem.
- Taki los spotyka z czasem wszystkie miasta - zauważyła Telorast,
starając się podnieść kawałek cegły. Niestety, jej dłoń przeniknęła
przezeń bez efektu. - Och, jesteśmy w tym królestwie zupełnie
bezużyteczne.
Serwatka spojrzała z góry na towarzyszkę.
- Potrzebujemy ciał...
- Mówiłam wam...
- Nie obawiaj się, Apsalar - zamruczała cicho Serwatka. - Postaramy się
nie urazić twych uczuć. W końcu ciała nie muszą należeć do istot
rozumnych.
- Czy jest tu jakiś ekwiwalent Ogarów? - zapytała Telorast.
Serwatka prychnęła pogardliwie.
- Ogary są rozumne, ty idiotko!
- Ale głupie!
- Nie aż tak, żeby dały się nabrać na twoje sztuczki, prawda?
- Czy są tu imbrule? Stantary? Albo luthury? Są tu luthury? Pokryte
łuskami, mają długie chwytne ogony i oczy jak u nietoperzy purlithów...
- Nie - odparła Apsalar. - Nie ma tu takich stworzeń. - Zmarszczyła
brwi. - Wszystkie, które wymieniłaś, pochodzą ze Starvald Demelain.
Oba duchy umilkły na chwilę. Potem Serwatka popełzła wzdłuż muru w stronę Apsalar, zatrzymując swą niesamowitą twarz naprzeciwko niej.
- Naprawdę? To ci dopiero osobliwy zbieg okoliczności...
- A przecież mówicie w języku Tiste Andii.
- Tak? To jeszcze dziwniejsze.
- Zdumiewające - zgodziła się Telorast. - No wiesz, pomyślałyśmy, że to,
hmm, język, którym się posługujesz. To znaczy twój ojczysty.
- Dlaczego? Nie jestem Tiste Andii.
- Nie, oczywiście, że nie. Dzięki Otchłani, że to sobie wyjaśniłyśmy.
Dokąd pójdziemy teraz?
- Sugeruję, żebyście zostały tutaj - odparła Apsalar po chwili
zastanowienia. - Mam dziś w nocy do wykonania kilka zadań, przy których
raczej nie potrzebuję towarzystwa.
- Chcesz pozostać niezauważona - wyszeptała Telorast, pochylając się
nisko. - No wiesz, wyczułyśmy to. Masz w sobie coś ze złodziejki. Chyba
jesteśmy wszystkie pokrewnymi duszami. Złodziejka, tak jest, a być może
również coś mroczniejszego.
- Oczywiście, że mroczniejszego - zgodziła się przycupnięta na murze
Serwatka. - Jest sługą Tronu Cienia albo patrona skrytobójców.
Dzisiejszej nocy będzie przelana krew, a przeleje ją nasza śmiertelna
towarzyszka. Jest skrytobójczynią. Powinnyśmy to odgadnąć, jako że w swoim czasie znałyśmy niezliczonych skrytobójców. Przyjrzyj się jej,
Telorast, ma przy sobie ukryte noże...
- I śmierdzi skwaśniałym winem.
- Zostańcie tu - rozkazała Apsalar. - Obie.
- A jeśli tego nie zrobimy? - zapytała Telorast.
- Zawiadomię Kotyliona o waszej ucieczce, a on wyśle waszym tropem
Ogary.
- Chcesz nas zmusić do służby! Związać groźbami! Serwatka, oszukano nas!
- Zabijmy ją i ukradnijmy jej ciało!
- Lepiej nie, Serwatka. Ma w sobie coś, co mnie przeraża. Zgoda,
Apsalar, która nie jesteś Apsalar, zostaniemy tutaj... na chwilę. Do
czasu, gdy upewnimy się, że spotkała cię śmierć albo gorszy los, ale nie
dłużej.
- Albo do twojego powrotu - dodała Serwatka.
Telorast wydała z siebie dziwnie gadzi syk.
- Tak, idiotko, to jest druga opcja - zgodziła się.
- To dlaczego tego nie powiedziałaś?
- Dlatego że to oczywiste, rzecz jasna. Po co strzępić bez potrzeby
język, mówiąc o tym, co oczywiste? Najważniejsze, że tu zaczekamy. Tak,
to jest najważniejsze.
- Może dla ciebie - wycedziła Serwatka. - Ale niekoniecznie dla mnie.
Nie będę strzępiła bez potrzeby języka, próbując ci cokolwiek
wytłumaczyć, Telorast.
- Zawsze byłaś zbyt łatwa do przejrzenia, Serwatka.
- Zamknijcie się obie i zaczekajcie tu na mnie - rozkazała Apsalar.
Telorast oparła się o mur i skrzyżowała ramiona.
- Tak, tak. Idź już. Nic nas to nie obchodzi.
Dziewczyna odeszła cicho po rumowisku. Zamierzała się oddalić od obu
duchów na największą możliwą odległość, zanim odszuka ukrytą ścieżkę,
mającą - jeśli wszystko pójdzie dobrze - doprowadzić ją do wyznaczonej
ofiary. Przeklinała swój sentymentalizm, który tak osłabił jej
determinację, że związała się z dwoma obłąkanymi duchami. Świetnie
wiedziała, że nie może ich teraz zostawić. Gdyby dała im wolną rękę,
mogłyby wywołać w Ehrlitanie spory zamęt. Za mocno starały się ją
przekonać, że są nieszkodliwe. Ostatecznie przykuto je w Królestwie
Cienia z jakiegoś powodu. W owej grocie pełno było uwięzionych na wieki
istot i tylko nieliczne z nich miały prawo się skarżyć, że potraktowano
je niesprawiedliwie.
W Grocie Cienia nie było Domu Azath i w związku z tym do walki z podobnymi groźbami stosowano prostsze metody. Tak przynajmniej wydawało
się Apsalar. Niemal wszystkie ważne części Królestwa Cienia przeszywały
nierozerwalne łańcuchy, skuwające pogrzebane w ziemi ciała. Apsalar i Kotylion znali menhiry, tumulusy, starożytne drzewa, kamienne mury i głazy. Wszystkie one były domami bezimiennych więźniów - demonów,
Ascendentów, ożywieńców i widm. Pośrodku jednego z kamiennych kręgów
przykuto trzy smoki. Z pozoru wyglądały na martwe, ale ich ciała nie
gniły ani nie więdły, a pokryte pyłem oczy były otwarte. Kotylion
odwiedził ongiś owo straszliwe miejsce, a wspomnieniu o tym wydarzeniu
wciąż jeszcze towarzyszyła lekka aura niepokoju. Apsalar podejrzewała,
że za owym spotkaniem kryło się coś więcej, ale nie wszystko z życia
Kotyliona potrafiła sobie przypomnieć.
Zastanawiała się, kto uwięził te wszystkie istoty. Jakie nieznane
jestestwo dysponowało mocą potrzebną, by obezwładnić trzy smoki? Wiele
spraw w Królestwie Cienia wykraczało poza jej pojmowanie, a podejrzewała, że również poza pojmowanie Kotyliona.
Serwatka i Telorast mówiły językiem Tiste Andii, lecz mimo woli
zdradziły się z doskonałą znajomością królestwa smoków, Starvald
Demelain. Znały Panią Złodziei, która dawno już zniknęła z panteonu,
choć, jeśli darudżystańskie legendy mówiły prawdę, przed niespełna
stuleciem pojawiła się ponownie, tylko po to, by zaraz zniknąć po raz
drugi.
Chciała ukraść księżyc.
To była jedna z pierwszych historii, jakie opowiedział jej Crokus po
tym, jak Kotylion zniknął nagle z jej umysłu. Mogła to być miejscowa
legenda, mająca wzmocnić wpływy kultu w regionie. Apsalar przyznawała,
że zaciekawiła ją ta sprawa. W końcu nosiła imię bogini.
Imass? Nie istnieją ikoniczne wyobrażenia Pani. To dziwne, ale powodem
mógł być zakaz wprowadzony przez świątynie. Jakie są jej symbole? Ach,
tak. Odciski stóp. I zasłona.
Dziewczyna postanowiła, że wypyta jeszcze o to duchy.
Tak czy inaczej, raczej nie wątpiła, że Kotylion nie będzie zadowolony,
że je uwolniła, a Tron Cienia wręcz się wścieknie. Niewykluczone, że
właśnie ta świadomość była jej motywacją.
Byłam kiedyś opętana, ale z tym już koniec. Nadal im służę, ale tylko
wtedy, gdy mi to odpowiada.
To były śmiałe słowa, nie pozostało jej nic poza nimi. Bogowie
wykorzystują śmiertelników, a potem ich odrzucają. O porzuconym
narzędziu wszyscy zapominają. Co prawda, Kotylion nie wydawał się tak
obojętny, jak inni bogowie, ale w jakim stopniu mogła mu ufać?
Apsalar znalazła w blasku księżyca tajemną ścieżkę wijącą się pośród
ruin. Wkroczyła na nią bezszelestnie, kryjąc się w cieniu, gdy tylko
mogła. Zmierzała ku sercu Jen'rahb. Dość już błądzących bezładnie myśli.
Musi się skupić, bo inaczej to ona zostanie tej nocy ofiarą.
Na zdradę trzeba było odpowiedzieć. Patron skrytobójców wyjaśnił jej, że
wykonuje to zadanie raczej dla Tronu Cienia niż dla niego. Spłacał stary
dług. Sytuacja i tak już była niewiarygodnie skomplikowana, a ostatnio
robiło się coraz gorzej. Tak przynajmniej sugerowało narastające
podniecenie Tronu Cienia. Część jego niepokoju udzieliła się również
Kotylionowi. Krążyły szepty, że zbliża się następna konwergencja mocy.
Miała być potężniejsza od wszystkich, które wydarzyły się dotąd, i z jakiegoś powodu Tron Cienia znajdował się w samym jej centrum. W sercu
wszystkiego, co miało się wydarzyć.
Ujrzała przed sobą kopułę zapadniętej pod ziemię świątyni, jedynego
prawie ukończonego budynku tak daleko w głębi Jen'rahb. Przykucnęła za
potężnym skalnym blokiem o płaszczyznach gęsto pokrytych tajemniczymi
znakami i przyjrzała się uważnie drodze. Była ona odsłonięta i można
było ją obserwować z niezliczonych punktów. Jeśli wejścia do świątyni
faktycznie strzegli obserwatorzy, czekało ją nie lada zadanie. Musiała
założyć, że rzeczywiście tam są, ukryci w szczelinach i pęknięciach we
wszystkich ścianach budynku.
Nagle zauważyła jakiś ruch. Ktoś wyszedł ze świątyni i przemieszczał się
ukradkiem na lewo od Apsalar. Znajdował się za daleko, żeby mogła
zauważyć szczegóły. Tak czy inaczej, jedno było jasne. Pająk przebywał w środku swej sieci, kierując ruchami agentów. Idealna sytuacja. Jeśli
będzie jej sprzyjało szczęście, ukryci wartownicy uznają ją za jednego z owych agentów, chyba że przychodzili oni do świątyni specjalnie
określonymi, zmienianymi co noc trasami.
Istniała też inna opcja. Apsalar wyciągnęła długą cienką chustkę - telab
- i owinęła ją sobie wokół głowy, pozostawiając odsłonięte jedynie oczy.
Następnie wyjęła noże, przyglądała się przez dwadzieścia uderzeń serca
trasie, którą musiała pokonać, i pomknęła naprzód. Szybki bieg zawierał
element zaskoczenia, a do tego czynił ją trudniejszym celem. Pędząc po
gruzie, czekała na głośny szczęk kuszy i świst przeszywającego powietrze
bełtu. Nie usłyszała jednak nic w tym rodzaju. Dopadła do świątyni,
ujrzała skalną szczelinę służącą jako wejście i pomknęła ku niej.
Wśliznęła się w ciemność i zatrzymała nagle.
W tunelu cuchnęło krwią.
Zaczekała chwilę, aż oczy przyzwyczają się do ciemności, wstrzymała
oddech i wytężyła słuch. Cisza. Widziała już przed sobą opadający w dół
korytarz. Ruszyła ostrożnie naprzód i zatrzymała się u wejścia do
wielkiej komory. Na zakurzonej podłodze ujrzała zwłoki, leżące w powiększającej się powoli kałuży krwi. Na drugim końcu pomieszczenia
znajdowało się zasłonięte kotarą wyjście. Poza ciałem było tutaj tylko
kilka skromnych mebli. Koksowy piecyk wypełniał salę migotliwym
pomarańczowym blaskiem. W powietrzu unosił się gorzki zapach dymu i śmierci.
Podeszła do trupa, nie odrywając spojrzenia od zasłony. Zmysły mówiły
jej, że nie ma za nią nikogo, ale gdyby się myliła, skutki mogłyby
okazać się fatalne. Podeszła do ciała, schowała jeden z noży i odwróciła
nieboszczyka na plecy, by zobaczyć jego twarz.
Mebra. Wyglądało na to, że ktoś wykonał robotę za nią.
Nagle za jej plecami coś śmignęło w powietrzu. Dziewczyna padła na
ziemię i przetoczyła się w lewo. Gwiazdka przemknęła nad nią, robiąc
dziurę w zasłonie. Apsalar przykucnęła, spoglądając na korytarz.
Wyszła z niego postać spowita w obcisły szary strój. W urękawicznionej
lewej dłoni ściskała kolejną gwiazdkę. Na jej licznych ostrzach
błyszczała trucizna. W prawej dłoni nieznajomy trzymał nóż kethra,
szeroki i krzywy. Twarz skrytobójcy zasłaniał telab, ale na czarnej
skórze wokół ciemnych oczu widniały białe tatuaże.
Zabójca wyszedł z korytarza, nie spuszczając z oczu Apsalar.
- Głupia kobieta - wysyczał męskim głosem po ehrlijsku z silnym
akcentem.
- Południowy Klan Semków - stwierdziła Apsalar. - Jesteś daleko od domu.
- Miałem nie zostawiać świadków.
Poruszył błyskawicznie lewą ręką.
Apsalar obróciła ciało i żelazna gwiazdka przemknęła obok niej,
uderzając w ścianę.
Semk rzucił się do ataku. Uderzył lewą ręką w dół i w bok, by odbić cios
jej noża, a potem pchnął kethrą, chcąc trafić w brzuch i wypruć
poprzecznym cięciem wnętrzności. Nie udało mu się to jednak.
Gdy tylko opuścił lewą rękę, Apsalar przesunęła się w prawo. Jego
otwarta dłoń uderzyła mocno o jej biodro. Ponieważ uciekła spod kethry,
Semk był zmuszony podążyć za nią, ale na długo przed tym, nim zdołał ją
doścignąć, wbiła mu nóż między żebra, sięgając sztychem do serca.
Semk wydał stłumiony jęk, zsunął się z noża Apsalar i padł na ziemię.
Potem westchnął po raz ostatni i znieruchomiał.
Apsalar wytarła broń o udo zabitego, a potem zaczęła rozcinać jego
ubranie. Tatuaże pokrywały całe ciało Semka. Wśród wojowników
Południowego Klanu nie było to niczym niezwykłym, ale styl tych tatuaży
nie był semkowski. Na muskularnych kończynach skrytobójcy wiły się
napisy w tajemniczym alfabecie, podobne do tego, który widziała na
ruinach pod świątynią.
Język Pierwszego Imperium.
Z narastającą podejrzliwością przewróciła ciało na brzuch. I zobaczyła
nad prawą łopatką Semka ciemniejszą plamę o w przybliżeniu prostokątnym
kształcie. Było tam kiedyś wypisane jego imię, które potem rytualnie
zamazano.
Zabity był kapłanem Bezimiennych.
Och, Kotylionie, to ci się nie spodoba.
***
- I co?
- A co ma być? - zapytała Telorast, unosząc wzrok.
- Jest ładna.
- My jesteśmy ładniejsze.
Serwatka prychnęła pogardliwie.
- W tej chwili nie mogę się z tobą zgodzić.
- No dobra. Jeśli ktoś lubi taki smagły, śmiercionośny typ.
- Pytałam o to, czy mamy z nią zostać, Telorast.
- Jeśli ją opuścimy, Chodzący po Krawędzi będzie z nas bardzo
niezadowolony, Serwatka. Chybabyś tego nie chciała? Już kiedyś był z nas
niezadowolony. Czyżbyś o tym zapomniała?
- Świetnie! Nie musiałaś mi o tym przypominać, prawda? A więc
zdecydowane. Zostajemy z nią.
- Tak - zgodziła się Telorast. - Dopóki nie znajdziemy sposobu, by się
wydostać z tej kabały.
- Masz na myśli oszukanie ich wszystkich?
- Oczywiście.
- To dobrze - ucieszyła się Serwatka, wyciągając się wzdłuż ruin muru i spoglądając na niezwykłe gwiazdy. - Bo ja chcę odzyskać swój tron.
- I ja również.
Serwatka powęszyła.
- Martwi ludzie. Świeże ciała.
- Tak. Ale nie ona.
- Nie, nie ona. - Duch umilkł na chwilę. - A więc jest nie tylko ładna.
- Tak - zgodziła się z przygnębieniem w głosie Telorast. - Nie tylko
ładna.
Rozdział drugi
Trzeba uznać za oczywistość, że mężczyzna, który jest najpotężniejszym,
najstraszliwszym, najbardziej śmiercionośnym czarodziejem na świecie,
musi mieć u swego boku kobietę. Z tego jednak, drogie dzieci, bynajmniej
nie wynika, że kobieta o podobnych cechach potrzebuje u swego boku
mężczyzny.
No więc, kto chce zostać tyranem?
Pani Wu Szkoła dla bezdomnych dzieci i uliczników w Malazie
rok 1152 snu Pożogi
Niematerialny, to się pojawiający, to znów znikający, podobny do dymku
Ammanas wiercił się na starożytnym Tronie Cieni. Przypominających
gładzony hematyt oczu nie spuszczał z chudej postaci stojącej przed
tronem. Głowa mężczyzny była łysa, pomijając rozczochrane, kędzierzawe,
czarno-siwe pasemko biegnące nad uszami i z tyłu subtelnie
zniekształconej, lekko asymetrycznej czaszki. Brwi dorównywały temu
pasmu chaotycznym splątaniem, nastroszeniem i zmarszczeniem, wyrażającym
przyprawiający o dezorientację i niepokój pląs emocji odbijających się
na pomarszczonej twarzy poniżej.
Indywiduum coś mruczało, wcale nie tak cicho.
- Nie jest znowu aż tak przerażający, nieprawdaż? Pojawia się i znika,
zapala i gaśnie, jest to tu, to tam, niepewna zjawa o niepewnych
intencjach i być może również niepewnym intelekcie - lepiej, żeby nie
odczytał moich myśli - zrób poważną minę, nie, skupioną, nie,
zadowoloną! Nie, chwileczkę. Zastraszoną. Przerażoną. Nie, raczej pełną
bojaźni. Tak jest, bojaźni. Ale nie nazbyt długo, to męczące. Lepiej
wyglądać na znudzonego. Bogowie, co ja myślę? Wszystko, tylko nie
znudzenie, bez względu na to, jak bardzo to nudne, kiedy on tak patrzy z góry na mnie, ja patrzę z dołu na niego, a Kotylion stoi sobie z rękami
skrzyżowanymi na piersiach, oparty o ścianę, i uśmiecha się szyderczo.
Co z niego za audytorium? Najgorsze z możliwych i tyle. O czym to
myślałem? No, przynajmniej o czymś myślałem. Nadal myślę, w gruncie
rzeczy, i można przyjąć założenie, że Tron Cienia robi to samo, o ile
mózg z niego nie wyciekł, no bo w końcu składa się tylko z cieni, więc
cóż mogłoby zatrzymać mózg w środku? Rzecz w tym, że dobrze by było,
żebym o tym pamiętał i właśnie sam sobie o tym przypominam, rzecz w tym,
że to on mnie wezwał. No to jestem. Prawy sługa. Lojalny. No, mniej
więcej lojalny. Godny zaufania. Z reguły. Skromny i pełen szacunku.
Zawsze. Przynajmniej tak się z pozoru wydaje, a pozory są wszystkim, co
się liczy, na tym i na każdym innym świecie. Uśmiechnij się! Skrzyw.
Wyglądaj na niezbędnego. Nieodzownego. Niepocieszonego, niestrzyżonego,
nieplanowanego. Chwileczkę, jak się wygląda na nieplanowanego? Jaki to
powinien być wyraz twarzy? Muszę się nad tym zastanowić, ale nie w tej
chwili, ponieważ ona nie jest nieplanowana, jest określona...
- Cisza.
- Panie? Nic nie mówiłem. Och, lepiej odwróć teraz wzrok i zastanów się
nad tym. Przecież nic nie mówiłem. Cisza. A może to było stwierdzenie
faktu? Tak, z pewnością. A teraz popatrz na niego, z szacunkiem, i powiedz na głos: "W rzeczy samej, panie. Tu jest cicho". Jak na to
reaguje? Czy to zapowiedź apopleksji? Jak można to odgadnąć przy tych
wszystkich cieniach? A gdybym tak usiadł na tym tronie...
- Iskaralu Krost!
- Słucham, panie?
- Zdecydowałem.
- Słucham, panie? Jeśli coś zdecydował, to dlaczego po prostu tego nie
powie?
- Zdecydowałem, Iskaralu Krost...
- On robi coś jeszcze! Słucham, panie?
- Że będziesz... - Tron Cienia umilkł. Wydawało się, że przesunął dłońmi
przed oczyma. - Ojej - wyszeptał, a potem się wyprostował. -
Zdecydowałem, że będziesz musiał mi wystarczyć.
- Panie? Odwróć wzrok! Ten bóg jest obłąkany. Służę obłąkanemu bogu!
Jaka mina jest odpowiednia do takiej sytuacji?
- Idź już! Zmiataj stąd!
Iskaral Krost pokłonił się.
- Oczywiście, panie. Natychmiast! - Wyprostował się i rozejrzał wokół,
wbijając błagalne spojrzenie w Kotyliona. - On mnie wezwał! Nie mogę
odejść, dopóki ten toczący pianę idiota na tronie mnie nie zwolni!
Kotylion to rozumie, to, co błyszczy w tych okropnych, zimnych oczach,
może być wesołością. Och, czemu czegoś nie powie! Czemu nie przypomni
tej ględzącej plamie na tronie...
Ammanas warknął ze złością i wielki kapłan Cienia Iskaral Krost zniknął.
Tron Cienia siedział potem przez pewien czas nieruchomo. Wreszcie
odwrócił głowę i spojrzał na Kotyliona.
- Na co się tak gapisz? - zapytał.
- Na niewiele - odparł Kotylion. - Zrobiłeś się ostatnio raczej
niematerialny.
- Ten stan mi odpowiada. - Przyglądali się sobie przez pewien czas. - No
dobra, zanadto rozciągnąłem siły! - Echo krzyku wybrzmiało i bóg się
uspokoił. - Myślisz, że zdąży na czas?
- Nie.
- A jeśli zdąży, to myślisz, że sobie poradzi?
- Nie.
- A kto cię pytał?!
Kotylion przyglądał się ze spokojem, jak Ammanas wierci się i wije ze
złości na tronie. Wtem Pan Cienia znieruchomiał i uniósł jeden, pajęczo
długi palec.
- Mam pomysł.
- Zostawię cię z nim - stwierdził Kotylion, odpychając się od ściany. -
Idę się przejść.
Tron Cienia nie odpowiedział.
Kotylion obejrzał się i zobaczył, że jego towarzysz zniknął.
- Och - wyszeptał. - To był dobry pomysł.
Opuściwszy Twierdzę Cienia, zatrzymał się na chwilę, by przyjrzeć się
otaczającemu ją krajobrazowi. Miał on w zwyczaju zmieniać się znienacka,
choć nigdy wtedy, gdy ktoś na niego patrzył. Kotylion uważał, że to
wielkie szczęście. Po prawej ciągnęła się seria lesistych wzgórz, przed
sobą widział rozpadliny i żleby, a po lewej widmowe jezioro, po którym
żeglowało kilka statków o szarych żaglach. Podejrzewał, że to demony,
Artorallahy, płyną, by napaść na przybrzeżne wioski Aptorian. Rzadko się
zdarzało, by jeziora zjawiały się tak blisko twierdzy. Kotyliona na
chwilę ogarnął niepokój. Demony z tego królestwa sprawiały wrażenie, że
czekają tylko na właściwy moment. Nie zwracały większej uwagi na Tron
Cienia i, szczerze mówiąc, robiły, co im się żywnie podobało. Z reguły
oznaczało to wendety, niespodziewane ataki na sąsiadów i łupiestwo.
Ammanas mógł im rozkazywać, jeśli zechciał, ale robił to bardzo rzadko.
Być może wolał nie poddawać próbie ich lojalności.
Albo może głowę zaprzątały mu inne sprawy. Jego spiski.
Sytuacja nie wyglądała zbyt dobrze.
Zanadto rozciągnąłeś siły, Ammanasie? To mnie nie dziwi.
Kotylion potrafił to zrozumieć i prawie mu współczuł. Zaraz jednak
przypomniał sobie, że Ammanas sam sprowadził na siebie większość
zagrażających mu niebezpieczeństw.
Na siebie, a co za tym idzie również na mnie.
Ścieżki przed nimi były wąskie, kręte i zdradliwe. Każdy krok wymagał
najwyższej ostrożności.
Niech i tak będzie. W końcu robiliśmy to już przedtem. Z powodzeniem.
Rzecz jasna, tym razem stawka była wyższa. Być może zbyt wysoka.
Kotylion ruszył ku skalistemu terenowi rozciągającemu się przed nim. Po
dwóch tysiącach kroków ujrzał prowadzącą do parowu ścieżkę. Między
stromymi skalnymi ścianami kłębiły się cienie. Nie chcąc się przed nim
rozstąpić, owijały się wokół jego nóg niczym wodorosty na płyciźnie.
Tyle rzeczy tutaj utraciło właściwe sobie miejsce. Dezorientacja
prowadziła do gwałtownego tumultu w zakamarkach, gdzie gromadziły się
cienie. Jego uszy muskały słabe krzyki, które dobiegały z bardzo daleka,
głosy niezliczonych rzesz, tonących albo zapadających się w bezdennym
bagnie. Na czoło Kotyliona wystąpiły kropelki potu. Przyśpieszył kroku,
aż wreszcie ominął krasowy lej.
Ścieżka wiodła pod górę, po czym wyszła na szeroki płaskowyż. Gdy
Kotylion znalazł się na otwartej przestrzeni, wbijając wzrok w odległy
pierścień ustawionych pionowo monolitów, poczuł u swego boku czyjąś
obecność. Odwrócił się i zobaczył wysoką, odzianą w łachmany szkieletową
postać, która szła obok niego. Była za daleko, by mógł jej dotknąć, ale
Kotylion i tak uważał, że to niepokojąco blisko.
- Chodzący po Krawędzi. Minęło sporo czasu, odkąd ostatnio cię
widziałem.
- Nie mogę powiedzieć tego samego o tobie, Kotylionie. Wędruję...
- Tak, wiem - przerwał mu patron skrytobójców. - Wędrujesz niewidocznymi
ścieżkami.
- Niewidocznymi dla ciebie. Ogary nie dzielą tej słabości.
Kotylion zmarszczył brwi, a potem się obejrzał. Trzydzieści kroków za
nim szedł Baran. Masywny łeb zwiesił ku ziemi, a w jego ślepiach gorzał
sinokarmazynowy ogień.
- Masz towarzystwo.
- To chyba je bawi - odparł Chodzący po Krawędzi.
Szli tak przez pewien czas, aż wreszcie Kotylion westchnął.
- Odszukałeś mnie celowo? - zapytał. - Czego chcesz?
- Od ciebie? Niczego. Widzę jednak, dokąd zmierzasz, i dlatego chcę być
świadkiem.
- Świadkiem czego?
- Rozmowy, do której dojdzie.
Kotylion skrzywił się ze złością.
- A jeśli wolałbym, żebyś jej nie słyszał?
Twarz szkieletu zawsze była uśmiechnięta, lecz wydawało się, że ów
uśmiech poszerzył się nieco.
- W Cieniu nie ma prywatności, uzurpatorze.
Uzurpatorze. Dawno bym zabił skurczybyka, gdyby nie to, że już jest
martwy. Już dawno.
- Nie jestem waszym wrogiem - zapewnił Chodzący po Krawędzi, jakby
czytał w jego myślach. - Jeszcze nie.
- I tak już mamy zbyt wielu wrogów - stwierdził Kotylion. - W związku z tym nie pragniemy mieć ich więcej. Niestety nie wiemy nic o twoich
celach i nie możemy przewidzieć, co mogłoby cię obrazić. Dlatego oświeć
mnie, w interesie pokoju między nami.
- Tego nie mogę uczynić.
- Nie możesz czy nie chcesz?
- Wina leży po twojej stronie, Kotylionie, nie po mojej. Twojej i Tronu
Cienia.
- To bardzo dogodne.
Wydawało się, że Chodzący po Krawędzi zastanawia się przez chwilę nad
sardonicznym spostrzeżeniem Kotyliona. Wreszcie skinął głową.
- Masz rację.
Już dawno...
Zbliżyli się do monolitów. Nie łączył ich już ani jeden kamień nadproża.
Pozostał z nich jedynie gruz leżący na stokach, jakby jakaś starożytna
detonacja w samym sercu kręgu wstrząsnęła potężnymi głazami. Nawet
monolity odchylały się nieco na zewnątrz na podobieństwo płatków kwiatu.
- To nieprzyjemne miejsce - stwierdził Chodzący po Krawędzi, gdy
skręcili w prawo, ku oficjalnemu wejściu do kręgu, alei, wzdłuż której
biegły szeregi niskich, zbutwiałych drzew. Wszystkie były odwrócone ku
górze korzeniami, których resztki wciąż jeszcze wyciągały się ku niebu.
Kotylion wzruszył ramionami.
- Nie bardziej niż prawie wszystkie miejsca w tym królestwie.
- Możliwe, że w to wierzysz, jako że brak ci moich wspomnień. Doszło tu
ongiś do straszliwych wydarzeń. To było bardzo dawno temu, ale ich echa
wciąż się utrzymują.
- Pozostałość mocy nie jest tu zbyt wielka - zauważył Kotylion, gdy
dotarli do dwóch największych kamieni i przeszli między nimi.
- To prawda. Rzecz jasna, na powierzchni wygląda to inaczej.
- Na powierzchni? Nie rozumiem.
- Stojące kamienie zawsze są do połowy schowane w ziemi, Kotylionie. A budowniczowie kręgów na ogół zdają sobie sprawę ze znaczenia tego faktu.
Świat nadziemny i podziemny.
Kotylion zatrzymał się i obejrzał za siebie, spoglądając na odwrócone
korzeniami ku górze drzewa przy alei.
- A ten przejaw, który tu widzimy, należy do świata podziemnego?
- W pewnym sensie.
- A czy nadziemny przejaw można znaleźć w jakimś innym królestwie? Czy
zobaczylibyśmy tam pierścień pochylonych ku środkowi kamieni i drzewa
rosnące korzeniami w dół?
- Pod warunkiem, że nie pokryła ich jeszcze ziemia albo nie zniszczyła
erozja. Ten krąg jest bardzo stary.
Kotylion odwrócił się i popatrzył na trzy smoki przykute łańcuchami
naprzeciwko nich. Każdy spoczywał u stóp jednego z monolitów, choć
łańcuchy wnikały w twardą glebę, nie w zwietrzałą skałę. Skuto im szyje
i wszystkie kończyny, a dodatkowy, mocno napięty łańcuch, łączył ze sobą
nad grzbietem skrzydła każdego z nich. Łańcuchy były naprężone tak
mocno, że uniemożliwiały wszelkie ruchy, nawet uniesienie głowy.
- Jest tak, jak mówiłeś, Chodzący po Krawędzi - wyszeptał Kotylion. - To
rzeczywiście nieprzyjemne miejsce. Zapomniałem o tym.
- Zapominasz o tym za każdym razem - zauważył Chodzący po Krawędzi. -
Ogarnia cię fascynacja. Tak właśnie działa tu pozostałość mocy.
Kotylion obrzucił go pośpiesznym spojrzeniem.
- Czy jestem pod wpływem zaklęcia?
Szkieletowa istota wzruszyła ramionami.
- Ta magia nie ma żadnego innego celu poza tym jednym. Fascynacją... i zapomnieniem.
- Trudno mi w to uwierzyć. Czary zawsze służą jakiemuś celowi.
Chodzący po Krawędzi ponownie wzruszył ramionami.
- Są głodne, ale nie mogą jeść.
Po chwili Kotylion skinął głową.
- A więc te czary należą do smoków. To jestem w stanie przełknąć. Co
jednak z samym kręgiem? Czy jego moc już wygasła? Jeśli tak, to dlaczego
te smoki nadal pozostają związane?
- Nie wygasła. Po prostu nie oddziałuje na ciebie w żaden sposób,
Kotylionie. Nie ty jesteś jej celem.
- Skoro tak mówisz. - Patron skrytobójców odwrócił się i zobaczył, że
pojawił się Baran, który ominął szerokim łukiem Chodzącego po Krawędzi,
by nie znaleźć się w jego zasięgu, a potem skupił uwagę na smokach.
Kotylion zauważył, że Ogar zjeżył sierść. - Czy potrafisz mi
odpowiedzieć, dlaczego nie chcą ze mną rozmawiać? - zapytał swego
towarzysza.
- Być może nie powiedziałeś im jeszcze nic, co zasługiwałoby na
odpowiedź.
- Niewykluczone. Jak sądzisz, co mi odpowiedzą, jeśli zacznę mówić o wolności?
- Przyszedłem tu właśnie po to, by się o tym przekonać - odparł Chodzący
po Krawędzi.
- Potrafisz czytać w moich myślach? - zapytał cicho Kotylion.
Baran powoli obrócił potężny łeb, spoglądając na szkieletową istotę.
Ogar postąpił jeden krok ku niemu.
- Nie dysponuję taką wszechwiedzą - odparł ze spokojem Chodzący po
Krawędzi. Wydawało się, że w ogóle nie spostrzegł Barana. - Choć komuś
takiemu jak ty mogłoby się tak wydawać. Istnieję już tyle wieków, że nie
potrafiłbyś ich zliczyć, Kotylionie. Znam wszelkie możliwe regularności,
gdyż byłem ich świadkiem mnóstwo razy. Biorąc pod uwagę, co czeka
wkrótce nas wszystkich, nietrudno było się tego domyślić. Zwłaszcza
jeśli uwzględnić twą niesamowitą zdolność przewidywania. - Chodzący po
Krawędzi skierował na Kotyliona martwe otwory oczu. - Podejrzewasz, że
smoki znajdują się w samym sercu tego, co ma się wydarzyć, nieprawdaż?
Kotylion wskazał na łańcuchy.
- One sięgają do świata nadziemnego, tak? A jaka to będzie grota?
- A jak sądzisz? - odpowiedział pytaniem Chodzący po Krawędzi.
- Spróbuj wyczytać to w moich myślach.
- Nie potrafię.
- To znaczy, że przybyłeś tu, ponieważ rozpaczliwie pragniesz się
dowiedzieć tego, co ja wiem, albo chociaż tego, co podejrzewam.
Milczenie Chodzącego po Krawędzi było wystarczającą odpowiedzią.
- Chyba jednak nie będę próbował rozmawiać z tymi smokami - stwierdził z uśmiechem Kotylion.
- Prędzej czy później to zrobisz - nie ustępował Chodzący po Krawędzi. -
I wtedy znowu się tu zjawię. Cóż więc da ci milczenie w tej chwili?
- No cóż, przynajmniej cię poirytuję.
- Istnieję już tyle wieków...
- I irytowano cię już przedtem, wiem o tym. Z całą pewnością nie
unikniesz tego również w przyszłości.
- Podejmij tę próbę, Kotylionie. Jeśli nie teraz, to wkrótce. Jeśli
chcesz przetrwać to, co się wydarzy.
- Zgoda. Pod warunkiem, że zdradzisz mi imiona tych smoków.
- Jak sobie życzysz... - odparł z wyraźną niechęcią Chodzący po
Krawędzi.
- A także powiesz mi, kto i dlaczego je tu uwięził.
- Tego nie mogę zrobić.
Popatrzyli na siebie. Po chwili Chodzący po Krawędzi uniósł głowę.
- Chyba osiągnęliśmy impas, Kotylionie. Jak brzmi twoja decyzja?
- Zgoda. Zadowolę się tym, co możesz mi dać.
Chodzący po Krawędzi spojrzał na trzy smoki.
- Wszystkie są Eleintami czystej krwi. Zwą się Ampelas, Kalse i Eloth.
Ich zbrodnią była... ambicja. To pospolita zbrodnia. - Istota odwróciła
się do Kotyliona. - Być może nawet endemiczna.
W odpowiedzi na ten zawoalowany osąd Kotylion wzruszył ramionami.
Podszedł bliżej do uwięzionych bestii.
- Zakładam, że mnie słyszycie - zaczął cichym głosem. - Nadchodzi wojna.
Zostało jeszcze tylko kilka lat. Podejrzewam, że będą do niej wciągnięte
wszystkie Ascendenty ze wszystkich królestw. Muszę się dowiedzieć, po
której stronie staniecie do walki, jeśli odzyskacie wolność.
Przez kilka uderzeń serca panowała cisza. Potem w umyśle Kotyliona
rozległ się chrapliwy głos.
- Przybyłeś tu w poszukiwaniu sojuszników, uzurpatorze.
- Związanych z tobą wdzięcznością za uwolnienie - dodał drugi,
wyraźnie kobiecy głos. - Gdybym targowała się z twojej pozycji,
musiałabym być głupia, żeby liczyć na lojalność i zaufanie.
- Zgadzam się, że to jest pewien problem - potwierdził Kotylion. -
Pewnie zasugerujecie, bym was uwolnił, zanim przystąpimy do targów.
- Tego wymagałaby sprawiedliwość - potwierdził pierwszy głos.
- Niestety, sprawiedliwość mnie nie interesuje.
- Obawiasz się, że cię pożremy?
- Żeby powiedzieć to zwięźle - odparł Kotylion. - A, jak rozumiem, wasz
rodzaj uwielbia zwięzłość.
- Uwolnienie nas zaiste oszczędziłoby nam trudu negocjacji - odezwał
się trzeci smok dźwięcznym, basowym głosem. - Poza tym jesteśmy
głodne.
- Co was sprowadziło do tego królestwa? - zapytał Kotylion.
Smoki nie odpowiedziały.
Patron skrytobójców westchnął.
- Byłbym bardziej skłonny was uwolnić, zakładając, że jestem w stanie
tego dokonać, gdybym miał powód sądzić, że uwięziono was
niesprawiedliwie.
- Uważasz, że masz prawo o tym decydować? - zapytała smoczyca.
- To nie pora na zrzędzenie - odparł poirytowany Kotylion. - Ten, kto
ostatnio dokonał tego osądu, najwyraźniej was potępił i był w stanie coś
w tej sprawie zrobić. Sądziłbym, że wszystkie te stulecia spędzone w łańcuchach mogły was skłonić do ponownego przemyślenia swych motywacji.
Widzę jednak, że żałujecie jedynie tego, że nie byłyście w stanie
sprostać jestestwu, które uznało, że ma prawo was sądzić.
- Tak - przyznała smoczyca. - Żałujemy tego. Ale nie tylko tego.
- Skoro tak mówisz. A czego jeszcze?
- Tego, że Tiste Andii, którzy wtargnęli do tego królestwa, zniszczyli
je tak gruntownie i że byli tak nieprzejednani w swym żądaniu, by nikt
nie zasiadł na jego tronie - odparł trzeci smok.
Kotylion powoli wypuścił powietrze. Obejrzał się na Chodzącego po
Krawędzi, ale zjawa milczała.
- A co było przyczyną ich zawziętości? - zapytał.
- Żądza zemsty, rzecz jasna. I Anomandaris.
- Ach, chyba już wiem, kto uwięził tu was troje.
- O mało nas nie zabił - poskarżyła się smoczyca. - Zareagował
stanowczo przesadnie. W końcu lepszy Eleint na Tronie Cienia niż kolejny
Tiste Edur albo, co gorsza, uzurpator.
- A z jakiegoż to powodu Eleint miałby nie być uzurpatorem?
- Twoja pedanteria nie robi na nas wrażenia.
- Czy to się wydarzyło przed roztrzaskaniem królestwa, czy po nim?
- Takie rozróżnienia nic nie znaczą. Roztrzaskanie trwa po dziś dzień,
jeśli zaś chodzi o siły, które sprzysięgły się, by doprowadzić do tego
straszliwego efektu, było ich wiele. Jak stado enkar'ali otaczające
ranną dryptharę. To, co jest osłabione, przyciąga... drapieżców.
- To znaczy, że jeśli odzyskacie wolność, znowu spróbujecie zagarnąć
Tron Cieni - skwitował Kotylion. - Tyle że tym razem ktoś na nim siedzi.
- Prawdziwość tego stwierdzenia jest dyskusyjna - odparła smoczyca.
- To kwestia semantyki - dodał pierwszy smok. - Cienie rzucane przez
cienie.
- Sądzicie, że Ammanas zasiada na niewłaściwym Tronie Cieni.
- Prawdziwy tron nawet nie znajduje się w tej części Emurlahn.
Kotylion skrzyżował z uśmiechem ramiona na piersi.
- A Ammanas się znajduje?
Smoki nic na to nie odpowiedziały. Kotylion z wielką satysfakcją wyczuł
ich nagły niepokój.
- To osobliwe rozróżnienie, Kotylionie - odezwał się Chodzący po
Krawędzi, przystanąwszy z tyłu. - A może po prostu jesteś nieszczery?
- Tego nie mogę ci powiedzieć - odparł z bladym uśmieszkiem Kotylion.
- Jestem Eloth, Pani Iluzji - przemówiła smoczyca. - Dla was znaczy
to Meanas. A także Mockry i Thyr. Kształtująca Krew. Uczyniłam wszystko,
o co prosił mnie K'rul. A ty śmiesz kwestionować moją lojalność?
- Ach - mruknął Kotylion, kiwając głową. - Jak rozumiem, znaczy to, że
wiecie o zbliżającej się wojnie. Czy dotarły do was również pogłoski o powrocie K'rula?
- Jego krew jest coraz bardziej niezdrowa - stwierdził trzeci smok. -
Jestem Ampelas, który ukształtował krew w ścieżkach Emurlahn. Czary,
którymi władają Tiste Edur, zrodziły się z mojej woli. Teraz
zrozumiałeś, uzurpatorze?
- Że smoki mają skłonność do pompatycznych deklaracji i napuszonego
stylu? Tak, rozumiem to świetnie, Ampelasie. Mam więc rozumieć, że każda
z grot, pradawnych i nowych, ma odpowiadającego jej smoka? Że jesteście
odcieniami krwi K'rula? A co z jednopochwyconymi smokami, takimi jak
Anomandaris i, co ważniejsze, Scabandari Krwawooki?
- Dziwi nas, że znasz to imię - odezwał się po chwili milczenia
pierwszy smok.
- Dlatego że zabiłyście go już tak dawno temu?
- Nie zgadłeś, uzurpatorze, i w ten sposób ujawniłeś tylko zakres swej
ignorancji. Nie, nie zabiłyśmy go. Zresztą jego dusza nadal żyje, choć
cierpi męki. Ta, której pięść roztrzaskała jego czaszkę i zabiła ciało,
nie jest wierna nam ani, jak podejrzewamy, nikomu poza sobą samą.
- To znaczy, że jesteś Kalse - stwierdził Kotylion. - Którą ścieżkę
uznajesz za swoją?
- Zostawiam pompatyczne deklaracje mym kuzynom. Nie czuję potrzeby, by
ci imponować, uzurpatorze. Co więcej, zachwyca mnie świadomość, jak
niewiele pojmujesz.
Kotylion wzruszył ramionami.
- Pytałem o jednopochwyconych. O Scabandariego, Anomandarisa, Osserca,
Olar Ethil, Draconusa...
- Kotylionie, z pewnością już sobie uświadomiłeś, że te trzy smoki w swym dążeniu do zdobycia Tronu Cienia kierowały się honorowymi motywami
- odezwał się Chodzący po Krawędzi.
- Chciały uzdrowić Emurlahn. Tak, rozumiem to.
- A czy ty nie pragniesz tego samego?
Kotylion odwrócił się i spojrzał na istotę.
- Tak sądzisz?
Chodzący po Krawędzi sprawiał przez chwilę wrażenie nieprzyjemnie
zaskoczonego. Później uniósł głowę.
- Nie chodzi ci o uzdrowienie, ale o to, kto będzie potem zasiadał na
tronie.
- O ile dobrze rozumiem, gdy smoki uczyniły już to, o co prosił je
K'rul, zostały zmuszone do powrotu do Starvald Demelain - zaczął
Kotylion. - Stanowiły źródło czarów i nie można było pozwolić, by
ingerowały w sprawy królestw bądź też były w nich aktywne, w przeciwnym
bowiem razie czary przestałyby być przewidywalne, a to wzmacniałoby
Chaos, odwiecznego wroga tego wielkiego planu. Problemem byli jednak
jednopochwyceni. W ich żyłach płynęła krew Tiam i władali potężną mocą
Eleintów, a mimo to wędrowali swobodnie. Dlatego mogli ingerować w sprawy królestw i robili to. Z oczywistych powodów. Scabandari pochodził
z Edur i w związku z tym został ich obrońcą...
- Po tym, jak wymordował ich królewską dynastię! - wysyczała Eloth. -
Jak przelał smoczą krew w samym sercu Kurald Emurlahn! Otworzył w tej
grocie pierwszą, śmiertelną ranę! Jak mu się zdawało, czym są bramy?
- Tiste Andii dla Anomandarisa - ciągnął Kotylion. - Tiste Liosan dla
Osserca. T'lan Imassowie dla Olar Ethil. Te związki i zrodzona z nich
lojalność są oczywiste. Draconus jest, rzecz jasna, bardziej tajemniczy,
ponieważ zniknął już bardzo dawno temu...
- Najpodlejszy z nich wszystkich! - wrzasnęła Eloth. Jej głos wypełnił
czaszkę Kotyliona, był tak donośny, że bóg aż skrzywił się z bólu.
Odsunął się o krok, unosząc rękę.
- Oszczędź mi tego, proszę. Szczerze mówiąc, nie interesuje mnie to
zbytnio. Chciałem się tylko dowiedzieć, czy między Eleintami i jednopochwyconymi istnieje konflikt. Wygląda na to, że tak, pomijając
być może Silanah...
- Uwiódł ją urok Anomandarisa - warknęła Eloth. - I uległa
nieustannym błaganiom Olar Ethil...
- O to, by przyniosła ogień do świata Imassów - dokończył Kotylion. - Bo
to właśnie jest jej aspekt, nieprawdaż? Thyr?
- Wcale nie jest taki nierozgarnięty, jak ci się zdawało, Kalse -
zauważył Ampelas.
- Ale z drugiej strony ty również rościsz sobie pretensje do Thyr, Eloth
- ciągnął Kotylion. - Ach, K'rul był sprytny, zmusił was do podzielenia
się mocą.
- W przeciwieństwie do Tiam, kiedy giniemy, nie wracamy do życia -
odrzekł Ampelas.
- To prowadzi do kwestii, którą naprawdę muszę zrozumieć. Pradawni
bogowie. Oni nie pochodzą tylko z jednego świata, zgadza się?
- Oczywiście.
- A jak dawno już istnieją?
- Nawet gdy Ciemność władała niepodzielnie, istniały już pierwotne
siły. Przed nadejściem Światła poruszały się niepostrzeżenie. Nie
przestrzegały żadnych praw poza własnymi. Natura Ciemności jest taka, że
ona sama sobą włada.
- A czy Okaleczony Bóg jest pradawny?
Kotylion wstrzymał oddech. Zmierzał do tego pytania krętą ścieżką i dokonał po drodze licznych odkryć. Musiał przemyśleć tak wiele, że jego
umysł stał się odrętwiały od nadmiaru nowej wiedzy.
- Muszę się tego dowiedzieć - rzekł, odetchnąwszy głęboko.
- A dlaczego? - zapytał Chodzący po Krawędzi.
- Bo jeśli jest, pojawia się kolejne pytanie - odparł Kotylion. - Jak
można zabić pierwotną siłę?
- Chciałbyś zniszczyć równowagę?
- Ona już została zniszczona, Chodzący po Krawędzi! Tego boga strącono
na powierzchnię świata. I przykuto. Jego moc rozerwano na strzępy i uwięziono w maleńkich, niemalże pozbawionych życia grotach, a każda z nich jest połączona ze światem, z którego pochodzę...
- To fatalnie dla tego świata - zauważył Ampelas.
Nieskrywana pogarda tej odpowiedzi rozwścieczyła Kotyliona. Oddychał
głęboko i milczał, czekając, aż gniew minie. Potem znowu spojrzał na
smoki.
- A z tego świata, Ampelasie, zatruwa groty. Wszystkie. Potraficie z tym
walczyć?
- Gdybyś nas uwolnił...
- Gdybym was uwolnił, wróciłybyście do swego pierwotnego planu i w Królestwie Cienia znowu przelano by smoczą krew - odparł Kotylion z bezlitosnym uśmiechem.
- Wierzysz, że ty i ten drugi uzurpator jesteście w stanie tego
dokonać?
- Same to przyznałyście - odparł Kotylion. - Można was zabić, a gdy już
to się stanie, nie wracacie do życia. Nic dziwnego, że Anomandaris was
przykuł. W uporze i głupocie nie macie sobie równych...
- Roztrzaskane królestwo jest najsłabsze ze wszystkich! Jak ci się
zdaje, dlaczego Okaleczony Bóg wybrał tę drogę?
- Dziękuję - odparł cicho Kotylion. - Tego właśnie chciałem się
dowiedzieć.
Odwrócił się i ruszył w stronę wyjścia z kręgu.
- Zaczekaj!
- Jeszcze porozmawiamy, Ampelasie - rzucił przez ramię. - Zanim wszystko
pochłonie Otchłań.
Chodzący po Krawędzi poszedł za nim.
- Należy mi się nagana - stwierdziła istota, gdy tylko wyszli z kamiennego kręgu. - Nie doceniłem cię, Kotylionie.
- Wielu popełnia ten błąd.
- I co teraz zrobisz?
- A dlaczego miałbym ci to mówić?
Chodzący po Krawędzi nie odpowiedział natychmiast. Zeszli ze stoku i wyszli na równinę.
- Dlatego że byłbym skłonny ci pomóc - oznajmił wreszcie.
- To znaczyłoby dla mnie więcej, gdybym wiedział, kim, czy raczej czym,
jesteś.
- Możesz mnie uważać za... pierwotną siłę.
Kotyliona przeszył dreszcz.
- Rozumiem. Zgoda, Chodzący po Krawędzi. Wygląda na to, że Okaleczony
Bóg przystąpił do ofensywy na wielu frontach. Z oczywistych powodów nas
najbardziej interesują Pierwszy Tron T'lan Imassów oraz Tron Cieni.
Odnosimy wrażenie, że na tych dwóch odcinkach walczymy sami. Nie możemy
liczyć nawet na Ogary, gdyż Tiste Edur najwyraźniej potrafią nad nimi
zapanować. Potrzebujemy sojuszników, Chodzący po Krawędzi, i to zaraz.
- Właśnie odszedłeś od trzech takich sojuszników...
- Miałem na myśli sojuszników, którzy nie urwą nam głów, gdy tylko uda
się zneutralizować groźbę.
- Ach tak, to jest pewien problem. Zgoda, Kotylionie. Rozważę tę sprawę.
- Nie musisz się śpieszyć.
- To osobliwa odpowiedź.
- Jeśli ktoś nie rozumie, co to jest sarkazm, to pewnie masz rację.
- Wzbudziłeś moje zainteresowanie, Kotylionie. A to zdarza się rzadko.
- Wiem. Istniejesz już tyle wieków...
Głos Kotyliona ucichł.
Pierwotna siła. Pewnie faktycznie istnieje. Niech to szlag!
***
Było tak wiele sposobów patrzenia na tę straszliwą potrzebę, szeroko
zakrojony spisek zrodzony z motywacji, z których można było zaczerpnąć
tak wiele różnych odcieni i wizji moralności, że Mappo Konus czuł się
przytłoczony, a z tego wrażenia rodził się smutek, czysty i zimny,
sączący się w jego myśli. Pod szorstką skórą dłoni czuł wspomnienie
nocy, znikające powoli z kamienia. Wkrótce to pełne dziurek i śladów po
korzeniach podbrzusze zazna ataku słońca, jakiego nie oglądało od
tysiącleci.
Mappo odwracał głazy. Od świtu zrobił to już z sześcioma. Grubo ciosane
dolomitowe płyty. Pod każdą z nich znalazł trochę skruszonych kości.
Były małe i skamieniałe, i choć ciężar głazów rozgniótł je na
niezliczone kawałki, szkielety były - o ile Mappo potrafił to ocenić -
kompletne.
Wojny najrozmaitszych rodzajów zawsze toczono i zawsze będzie się je
toczyć. Wiedział o tym we wszystkich utwardzonych, naznaczonych bliznami
miejscach swej duszy, więc odkrycie szczątków tych dawno nieżyjących
jaghuckich dzieci nie było dla niego szokiem. A groza na szczęście
przemknęła przez jego myśli bardzo szybko, pozostawiając jedynie starego
przyjaciela, smutek.
Który sączył się w jego myśli, czysty i zimny.
Wojny, w których żołnierz walczył z żołnierzem, czarodziej ścierał się z czarodziejem. Skrytobójcy mierzyli się ze sobą, błyskając nożami w ciemnościach nocy. Wojny, w których obrońcy prawa toczyli bój z tymi,
którzy je świadomie łamali, w których zdrowi na umyśle stawiali opór
socjopatom. Widział kiedyś kryształy, wyrastające na pustyni w ciągu
jednej nocy, rozwijające fasetki na podobieństwo płatków otwierającego
się kwiatu. Miał wrażenie, że brutalność rozkwita w podobny sposób.
Jeden incydent prowadził do następnego, aż wreszcie wybuchał pożar,
pochłaniający każdego, kto stanął mu na drodze.
Mappo uniósł ręce, odrywając je od odsłoniętej dolnej powierzchni płyty,
a potem wyprostował się powoli i spojrzał na towarzysza, który nadal
brodził w ciepłych płyciznach morza Raraku, niby dziecko po raz pierwszy
poznające nową, niespodziewaną przyjemność. Rozpryskiwał wodę i przesuwał dłońmi wśród pojawiających się nagle trzcin, jakby samo morze
przywołało je ze swych wspomnień.
Icarium.
Mój kryształ.
Gdy pożar pochłaniał dzieci, różnica między zdrowymi na umyśle a socjopatami przestawała istnieć. Mappo zdawał sobie sprawę, że to jego
słaba strona. Zawsze pragnął ujrzeć prawdę ze wszystkich stron, poznać
niezliczone usprawiedliwienia nawet najbardziej brutalnych zbrodni.
Imassów obrócili w niewolników kłamliwi jaghuccy tyrani, którzy
poprowadzili ich drogą fałszywego kultu, skłaniając do niewyobrażalnych
czynów. W końcu jednak Imassowie przejrzeli oszustów i wywarli zemstę,
najpierw na tyranach, a potem na wszystkich Jaghutach. Tak oto kryształ
rósł, fasetka po fasetce...
Aż wydarzyło się to...
Mappo ponownie zerknął na kości dzieci. Przygnieciono je płytami
dolomitu. Nie wapienia, dolomit bowiem był bardziej miękki, lepiej się
nadawał do rycia znaków, i choć nie był twardy, wchłaniał moc i parowała
ona zeń wolniej niż z surowego wapienia. Dlatego zachowały się w nim te
znaki, wyblakłe i zamazane po tysiącleciach, lecz nadal czytelne.
Moc owych osłon przetrwała po dziś dzień, choć uwięzione przez nie
istoty dawno już nie żyły.
Powiadano, że dolomit przechowuje wspomnienia. Wierzyli w to pobratymcy
Mappa, który podczas swych wędrówek spotykali podobne, wzniesione przez
Imassów konstrukcje, prowizoryczne groby, święte kręgi, monolity
ustawione na szczytach wzgórz. Spotykali je i omijali szerokim łukiem,
gdyż łatwo było wyczuć czające się tam duchy.
A przynajmniej sami to sobie wmówiliśmy.
Siedząc przy brzegu morza Raraku, na miejscu starożytnej zbrodni,
przekonał się, że nie zobaczy tu nic poza wizjami zrodzonymi z jego
własnych myśli. Kamień, na którym położył dłoń, musiał mieć bardzo
krótką pamięć. Zimno ciemności, ciepło słońca. To wszystko.
Bardzo krótka pamięć.
Rozległ się plusk i Icarium ruszył w stronę brzegu. Oczy błyszczały mu z radości.
- To piękny dar, nieprawdaż, Mappo? Te wody dodały mi sił. Och, dlaczego
nie chcesz w nich popływać, by otrzymać błogosławieństwo daru Raraku?
- Owo błogosławieństwo szybko by spłynęło po mojej starej skórze,
przyjacielu - odparł z uśmiechem Mappo. - Obawiam się, że w moim
przypadku dar by się zmarnował. Wolałbym nie rozczarować niedawno
przebudzonych duchów.
- Mam wrażenie, że nasza podróż zaczyna się na nowo. W końcu poznam
prawdę. Dowiem się, kim jestem i co uczyniłem. Odkryję też powody twojej
przyjaźni - dodał, podchodząc bliżej. - Zrozumiem, dlaczego ciągle
jesteś u mego boku, choć raz po raz o wszystkim zapominam. Ach, obawiam
się, że cię uraziłem. Nie, proszę, nie rób ponurej miny. Po prostu nie
potrafię pojąć, co cię skłoniło do takiego poświęcenia. Ta przyjaźń musi
być dla ciebie nadzwyczaj frustrująca.
- Nie, Icariumie, nie ma w tym poświęcenia. Ani frustracji. Jesteśmy
tym, kim jesteśmy, i robimy to, co robimy. To wszystko.
Icarium westchnął i odwrócił się ku nowemu morzu.
- Gdybym tylko potrafił być tak spokojny jak ty, Mappo...
- Zginęły tu dzieci.
Jhag odwrócił się błyskawicznie. Spojrzenie jego zielonych oczu padło na
ziemię za plecami Mappa.
- Zauważyłem, że przewracałeś głazy. Tak, teraz ja również je widzę. Kim
były?
Poprzedniej nocy jakiś senny koszmar wyczyścił pamięć Icariuma. Ostatnio
zdarzało się to coraz częściej. To było niepokojące. I... miażdżące.
- Jaghutami. Z czasów wojen z T'lan Imassami.
- To straszliwy uczynek - stwierdził Icarium. Kropelki wody na jego
bezwłosej, szarozielonej skórze szybko schły w promieniach słońca. - Jak
to możliwe, że śmiertelnicy tak lekce sobie ważą życie? Spójrz na to
słodkowodne morze, Mappo. Nowa linia brzegowa nagle rozkwitła życiem.
Ptaki, owady i wszystkie te nowe rośliny, pojawiło się tu tak wiele
radości, przyjacielu, że wydaje mi się, iż serce zaraz mi od niej
pęknie.
- To nieskończone wojny - stwierdził Mappo. - Życie jest wieczną walką.
Jedne organizmy próbują zepchnąć na bok drugie i w ten sposób przetrwać.
- Ponury dziś z ciebie towarzysz, Mappo.
- To prawda. Przykro mi, Icariumie.
- Czy zostaniemy tu przez jakiś czas?
Mappo przyjrzał się przyjacielowi. Po zdjęciu górnej części ubrania
Icarium przypominał dzikusa, barbarzyńcę, bardziej niż wtedy, gdy był
kompletnie odziany. Barwnik, którego używał do zakamuflowania koloru
skóry, wyblakł niemal całkowicie.
- Jak sobie życzysz. W końcu to twoja podróż.
- Wiedza powraca - stwierdził Icarium, nadal spoglądając na morze. - To
dar Raraku. Byliśmy świadkami nadejścia wód, tutaj, na zachodnim brzegu.
Dalej na zachód znajdziemy rzekę i wiele miast.
Mappo przymrużył powieki.
- Zostało tylko jedno godne tej nazwy - stwierdził.
- Tylko jedno?
- Inne umarły przed tysiącami lat, Icariumie.
- N'karaphal? Trebur? Inath'an Merusin? Wszystkie zniknęły?
- Inath'an Merusin nosi teraz nazwę Mersin. To ostatnie z wielkich miast
położonych nad rzeką.
- Ale było ich tak wiele, Mappo. Pamiętam ich nazwy. Vinith, Hedori
Kwil, Tramara...
- A wszystkie one praktykowały intensywną irygację, kierując wody rzeki
na równiny. I wszystkie wyrąbywały lasy, by budować statki. Te miasta
już nie żyją, przyjacielu. A rzeka, która była ongiś tak czysta, jest
teraz znacznie mniejsza, jej wody są zaś przesycone iłem. Natomiast
równiny utraciły wierzchnią warstwę gleby, przeradzając się w Lato Odhan
na wschód od rzeki i w Ugarat Odhan na zachód od niej.
Icarium uniósł powoli ręce, dotknął nimi skroni i zamknął oczy.
- Tak długo, Mappo? - zapytał słabym szeptem.
- Zapewne to morze obudziło w tobie wspomnienia. W owych czasach
rzeczywiście było tu morze, w większej części słodkowodne, choć słona
woda przesączała się przez wapienny wał z Zatoki Longshan. Ta wielka
bariera rozsypała się z czasem i przypuszczam, że teraz będzie tak samo,
zakładając, że morze sięgnie na północ tak daleko, jak ongiś.
- To były czasy Pierwszego Imperium?
- Zaczął się już jego upadek. Nie sposób było go powstrzymać. - Mappo
zawahał się, widząc, jak bardzo jego słowa ranią przyjaciela. - Ale
ludzie wrócili do tej krainy, Icariumie. Siedem Miast... tak jest, ich
nazwa wywodzi się z dawnego wspomnienia. Ze starożytnych gruzów wyrosły
nowe miasta. Od jednego z nich dzieli nas tylko sto dwadzieścia mil.
Nazywa się ono Lato Revae i leży na brzegu...
Icarium odwrócił się nagle.
- Nie - odparł. - Nie jestem jeszcze gotów stąd odejść. Nie chcę na
razie przekraczać żadnych oceanów. W tej krainie kryją się tajemnice...
moje tajemnice, Mappo. Być może fakt, że moje wspomnienia są tak
starożytne, okaże się korzystny. Krajobraz mego umysłu jest krajobrazem
mojej przeszłości i może odnajdę w nim prawdę. Wyruszymy razem na
wędrówkę tymi starożytnymi traktami.
Trell skinął głową.
- W takim razie zwinę obóz.
- Trebur.
Mappo odwrócił się, czekając z narastającym lękiem.
Icarium wbił w niego wzrok. Jego pionowe źrenice zwęziły się w jasnym
blasku słońca, przechodząc w czarne szczeliny.
- Pamiętam Trebur. Spędziłem w Mieście Kopuł trochę czasu. Coś tam
uczyniłem. Coś ważnego. - Zmarszczył brwi. - Coś... uczyniłem.
- Czeka nas uciążliwa podróż - zaczął Mappo. - Trzy, może cztery dni do
podnóża Thalasu. Potem co najmniej dziesięć do Zakola Mersinu. Koryto
rzeki przesunęło się, oddalając się od miejsca, gdzie znajdował się
Trebur. Czeka nas jeszcze dzień drogi na zachód, nim ujrzysz ruiny.
- A czy po drodze trafimy na jakieś wioski?
Mappo potrząsnął głową.
- Te odhan są w obecnych czasach niemal całkowicie bezludne, Icariumie.
Czasem z Thalasu schodzi plemię Vedaników, ale nie o tej porze roku.
Trzymaj łuk na podorędziu. Są tam antylopy, zające i droligi.
- Więc musi być tam woda.
- Potrafię ją znaleźć - zapewnił Mappo.
Icarium poszedł po swój ekwipunek.
- Robiliśmy to już przedtem, prawda?
Tak.
- Ale minęło wiele czasu, przyjacielu.
Prawie osiemdziesiąt lat. Kiedy poprzednim razem trafiliśmy w to
miejsce, o niczym nie pamiętałeś. Obawiam się, że tym razem będzie
inaczej.
Icarium przystanął, trzymając w dłoniach wzmocniony rogiem łuk.
Popatrzył na Mappa.
- Masz dla mnie tyle cierpliwości - stwierdził z bladym, słabym
uśmiechem. - Mimo że wiecznie wędruję pozbawiony pamięci.
Mappo wzruszył ramionami.
- Robimy to, co robimy.
***
Daleko na południowym horyzoncie wznosiły się szczyty Path'Apuru. Minął
już niemal tydzień, odkąd opuścili miasto Pan'potsun i z każdym dniem
liczba mijanych wiosek malała, a odległość między nimi stawała się coraz
większa. Posuwali się naprzód straszliwie powoli, ale tego należało się
spodziewać, gdyż wędrowali na piechotę, a do tego towarzyszył im
człowiek, który najwyraźniej postradał zmysły.
Demon zwany Szarą Żabą wgramolił się na głaz i przycupnął u boku
Nożownika. Skóra stworzenia pociemniała od słońca i pod pokrywającą ją
warstwą kurzu miała niemal oliwkową barwę.
- Deklaracja. Powiadają, że osy pustyni strzegą klejnotów i innych
podobnych rzeczy. Zapytanie. Czy Nożownik słyszał podobne opowieści?
Przerwa w oczekiwaniu na odpowiedź.
- To mi wygląda na czyjś kiepski żart - odparł młodzieniec.
Pod nimi ciągnął się płaski obszar otoczony potężnymi skalnymi
wyniosłościami. Tu właśnie rozbili obóz. Scillara i Felisin Młodsza
siedziały na dole, opiekując się prowizorycznym ogniskiem. Szaleńca
nigdzie nie było widać. Nożownik pomyślał, że gdzieś sobie poszedł.
Pewnie chciał porozmawiać z duchami, czy raczej z głosami w swojej
głowie. Och, na Heborica spadło wiele klątw - tygrysie pręgi na skórze,
błogosławieństwo boga wojny - więc te głosy równie dobrze mogły być
realne. Niemniej jednak, jeśli złamać komuś ducha wystarczająco wiele
razy...
- Spóźniona obserwacja. Larwy, tam, w ciemnych zakamarkach gniazda.
Gniazda? Zdziwiony. Ula? Gniazda.
Nożownik zmarszczył brwi i spojrzał na demona. Jego płaska, bezwłosa
głowa i szeroka, czworooka twarz były obrzękłe od użądleń os.
- Nie zrobiłeś tego. Zrobiłeś.
- Jestem obecnie przekonany, że irytacja to typowy dla nich stan.
Rozbicie jaskini tylko ją zwiększyło. Starliśmy się ze sobą w bzyczącym
szale. Chyba mnie poszło w tym starciu gorzej.
- To osy czarne?
- Uniesienie głowy, zapytanie. Czarne? Budząca lęk odpowiedź, tak,
takie właśnie były. Czarne. Retoryczne pytanie. Czy to istotne?
- Ciesz się, że jesteś demonem - odparł Nożownik. - Dwa albo trzy
użądlenia zabiją dorosłego mężczyznę. Dziesięć zabije konia.
- Konie... mieliśmy je... wy je mieliście. Ja musiałem biec. Koń.
Wielkie czworonożne zwierzę. Soczyste mięso.
- Ludzie na nich jeżdżą - wyjaśnił Nożownik. - Dopóki zwierzęta nie
padną trupem. Dopiero wtedy je zjadamy.
- Wielokrotne wykorzystanie, pomysłowe i ekonomiczne. Czy zjedliśmy
wasze? Gdzie możemy znaleźć więcej takich stworzeń?
- Nie mamy pieniędzy, żeby je kupić, Szara Żabo. A nasze sprzedaliśmy w Pan'potsun, żeby kupić prowiant i ekwipunek.
- Zawzięty rozsądek. Nie mamy pieniędzy. Powinniśmy zatem komuś je
zabrać, mój młody przyjacielu. I w ten sposób przyśpieszyć dotarcie do z dawna oczekiwanego celu naszej podróży. Ton ostatnich słów sygnalizuje
lekką desperację.
- Nadal nie ma wieści od L'orica?
- Zaniepokojony. Nie ma. Mój brat milczy.
Przez pewien czas żaden z nich się nie odzywał. Demon skubał ząbkowane
brzegi warg. Gdy Nożownik przyjrzał się im, zauważył na nich kawałki
szarej substancji oraz zmiażdżone osy. Szara Żaba zjadł gniazdo os. Nic
dziwnego, że owady były poirytowane. Młodzieniec potarł twarz. Powinien
się ogolić. I wykąpać. Potrzebował też czystego ubrania.
A także jakiegoś celu w życiu. Kiedyś, dawno temu, gdy był Crokusem
Younghandem z Darudżystanu, jego wuj przygotowywał drogę dla nowego,
udoskonalonego Crokusa. Młodocianego bywalca szlacheckich dworów,
obiecującą postać przyciągającą uwagę młodych, bogatych, rozpieszczonych
kobiet z miasta. Ta ambicja nie przeżyła zbyt długo. Jego wuj zakończył
żywot, ale razem z nim umarł Crokus Younghand. Nie została nawet sterta
popiołu.
Byłem wówczas kimś innym niż teraz. Dwaj mężczyźni o identycznych
twarzach, ale odmiennych oczach. Różniących się od siebie tym, co
widziały, i tym, w jaki sposób patrzą na świat.
- Gorzki smak - odezwał się w jego umyśle Szara Żaba, wylizując długim
językiem ostatnie fragmenty. Westchnął ze świstem. - Ale bardzo sycące.
Zapytanie. Czy można pęknąć od tego, co ma się w środku?
Mam nadzieję, że nie.
- Lepiej znajdźmy Heborica, jeśli mamy dziś jeszcze coś zrobić.
- Zauważony wcześniej. Widmoworęki badał skały nad nami. Woń tropu
zaprowadziła go daleko od nas.
- Tropu?
- Wody. Szukał początku źródła, z którego woda zbiera się na dole, obok
mięsistych kobiet, które, powiedziane z zazdrością, otaczają cię czcią.
Nożownik wyprostował się.
- Wcale mi się nie wydają takie mięsiste, Szara Żabo.
- Ciekawe. Góry ciała, pojemniki na wodę, na biodrach i z tyłu. Na
piersi...
- No dobra. Można powiedzieć, że są mięsiste. Masz w sobie zbyt wiele z drapieżnika, demonie.
- Tak. Pełna, rozkoszna zgoda. Mam znaleźć Widmoworękiego?
- Nie, ja to zrobię. Wydaje mi się, że ci jeźdźcy, którzy minęli nas
wczoraj na szlaku, nie są tak daleko, jak powinni. Będę czuł się
pewniej, wiedząc, że strzeżesz Scillary i Felisin.
- Nikt ich nie zabierze - zapewnił Szara Żaba.
Nożownik spojrzał z góry na przycupniętego demona.
- Scillara i Felisin nie są końmi.
Szara Żaba powoli zamrugał powiekami wielkich oczu, najpierw tych po
bokach, potem tych na górze i na dole. Błyskawicznym ruchem wysunął
język.
- Wesołe. Oczywiście, że nie są. Niewystarczająca liczba nóg, bystrze
zauważone.
Nożownik podszedł do krawędzi głazu, a potem zeskoczył na drugi, głębiej
pogrążony w osypisku. Chwycił za półkę skalną i podciągnął się na niej.
To nie różniło się zbytnio od wspinania się na balkon albo na mur
posiadłości. Otaczają mnie czcią, tak? Trudno mu było w to uwierzyć.
Przypuszczał, że przyjemniej jest patrzeć na niego niż na staruszka albo
demona, ale to jeszcze nie była cześć. Nie potrafił zrozumieć tych dwóch
kobiet. Kłóciły się ze sobą jak siostry, żarły o wszystko, co zobaczyły,
a także o rzeczy, których Nożownik nie widział ani nie pojmował. Ale w innych chwilach, z jakichś niewytłumaczalnych powodów stawały się sobie
bliskie, jakby łączyła je wspólna tajemnica. Obie skakały wokół Heborica
Widmoworękiego, Bożego Jeźdźca Treacha.
Może wojna potrzebuje opiekunów. Może boga to cieszy. W końcu kapłan
powinien mieć akolitów.
Można się było tego spodziewać po Scillarze, jako że Heboric wyciągnął
ją z makabrycznej egzystencji, a także uzdrowił w jakiś niewyjaśniony
sposób. O ile młodzieniec dobrze zrozumiał podsłuchiwane od czasu do
czasu uwagi, Scillara miała wiele powodów do wdzięczności. Jeśli zaś
chodzi o Felisin, miało to coś wspólnego z zemstą, wywartą w satysfakcjonujący ją sposób na kimś, kto wyrządził jej jakąś straszliwą
krzywdę. Wszystko to było skomplikowane.
Proszę, wystarczyła chwila zastanowienia, by sobie uświadomić, że obie
mają tajemnice. Zbyt wiele tajemnic. Ale co mnie to obchodzi? Kobiety są
tylko masą sprzeczności otoczoną śmiercionośnymi pułapkami. Zbliżamy się
do nich na własne ryzyko. A jeszcze lepiej by było, gdybyśmy nie
zbliżali się do nich w ogóle.
Dotarł do komina w ścianie urwiska i zaczął się wspinać. Pionowymi
szczelinami w skale spływała woda. Wokół młodzieńca roiły się muchy i inne owady. Ściany komina gęsto pokrywały sieci wykorzystujących
obfitość zdobyczy pająków. Gdy Nożownik wdrapał się na górę, był już
cały pogryziony, a do tego pokrywały go grube, pokryte kurzem pajęczyny.
Przystanął, by się otrzepać, a potem rozejrzał się wokół. Dalej w górę
prowadził stromy szlak, wijący się między zwalonymi półkami skalnymi.
Ruszył w tamtą stronę.
Od morza dzieliły ich całe tygodnie drogi, o ile trafnie to oceniał. Gdy
już tam dotrą, będą musieli znaleźć łódź, która zabierze ich na Wyspę
Otataralową. Nikomu nie było wolno na nią pływać i otaczające ją wody
często patrolowały malazańskie okręty. Tak przynajmniej wyglądało to
przed powstaniem. Niewykluczone, że jeszcze tego nie zreorganizowali do
końca.
Tak czy inaczej, wyruszą w drogę nocą.
Heboric musiał coś odwieźć z powrotem. Coś, co znalazł na wyspie.
Wypowiadał się na ten temat bardzo niejasno. Z jakiegoś powodu Kotylion
chciał, by Nożownik towarzyszył Bożemu Jeźdźcowi. Czy raczej ochraniał
Felisin Młodszą.
Dał mi ścieżkę, gdy przedtem nie miałem żadnej.
Niemniej jednak nie była to zbyt wartościowa motywacja. Ucieczka przed
rozpaczą była żałosna, zwłaszcza gdy nie mogła się powieść.
Otaczają mnie czcią, tak? A właściwie z jakiego powodu?
- Wszystko, co tajemnicze, jest przynętą dla ciekawskich - rozległ się
głos gdzieś nad nim. - Usłyszałem twoje kroki, chłopcze. Chodź, zobacz
tego pająka.
Nożownik okrążył skalną wyniosłość i zobaczył klęczącego przed
skarłowaciałym dębem Heborica.
- A gdy z wabikiem łączą się ból i bezbronność, jego atrakcyjność
jeszcze się zwiększa. Widzisz tego pająka? Pod gałęzią, tak? Drży na
pajęczynie, stracił jedną nogę, miota się, jakby z bólu. Widzisz, on nie
poluje na muchy albo ćmy. Och nie, jego ofiarami są inne pająki.
- A ich nic nie obchodzą tajemnice ani ból, Heboric. - Nożownik
przykucnął, by przyjrzeć się stworzeniu. Było wielkie jak dłoń dziecka.
- To nie jest jedna z jego nóg. To rekwizyt.
- Zakładasz, że inne pająki potrafią liczyć. Nasz przyjaciel wie lepiej.
- Wszystko to jest bardzo interesujące - stwierdził Nożownik, prostując
się. - Ale musimy już iść.
- Wszyscy chcemy zobaczyć, co się stanie - odparł Heboric. Odchylił się,
spoglądając na dziwnie pulsujące, szponiaste dłonie, które pojawiały się
i znikały na końcach jego nadgarstków.
Wszyscy? Ach, masz na myśli siebie i swych niewidzialnych przyjaciół.
- Sądzę, że wśród tych wzgórz nie ma zbyt wiele duchów.
- Mylisz się. Miejscowe plemiona. Bezkresne wojny. Widzę tych, którzy
polegli w boju, wyłącznie tych. - Ręce się zgięły. - Źródło jest tuż
przed nami. Walczyli o kontrolę nad nim. - Wykrzywił ropuszą twarz. -
Zawsze jest jakiś powód albo wiele powodów. Zawsze.
Nożownik spojrzał z westchnieniem na niebo.
- Wiem o tym, Heboric.
- Wiedza nic nie znaczy.
- O tym wiem również.
Heboric wstał.
- To właśnie najbardziej pociesza Treacha. Świadomość, że istnieją
niezliczone powody do prowadzenia wojny.
- I ciebie to również pociesza?
Boży Jeździec rozciągnął usta w uśmiechu.
- Chodźmy. Demon, który przemawia w naszych głowach, pogrążył się w obsesyjnych myślach na temat ciała, a do paszczy napływa mu ślinka.
Ruszyli w dół ścieżki.
- Nie zje ich - zapewnił Nożownik.
- Nie jestem przekonany, czy taka jest natura jego apetytu.
Młodzieniec prychnął pogardliwie.
- Heboric, Szara Żaba jest czwororęczną, czworooką przerośniętą ropuchą.
- O zaskakująco niewyczerpanej wyobraźni. Powiedz mi, ile o nim wiesz?
- Mniej niż ty.
- Do tej pory nie zastanawiałem się nad faktem, że właściwie nic nie
wiemy o tym, kim był i czym się zajmował Szara Żaba w swym ojczystym
królestwie - mówił Heboric, prowadząc Nożownika w stronę ścieżki mniej
stromej i bezpieczniejszej, ale za to dłuższej od tej, którą Daru wszedł
na górę.
Heboric najwyraźniej wkroczył w wyjątkowo długi okres przytomności
umysłu. Nożownik zadał sobie pytanie, czy coś się zmieniło. Miał
nadzieję, że tak już zostanie.
- Możemy go o to zapytać.
- Zrobię to.
***
Scillara zasypała nogą ostatnie płonące węgielki, podeszła do swego
plecaka i usiadła, opierając się o niego plecami. Potem wetknęła do
fajki trochę rdzawego liścia i zaciągnęła się mocno, aż z cybucha
buchnął dym. Naprzeciwko niej Szara Żaba przycupnął przed Felisin,
wydając z siebie dziwne, jękliwe dźwięki.
Przez bardzo długi okres swego życia nie dostrzegała prawie nic. Durhang
doprowadzał ją do otępienia, a ówczesny pan Scillary, Bidithal,
wypełniał jej głowę infantylnymi myślami. Teraz była wolna i nadal
zdumiewała ją złożoność świata. Była przekonana, że demon pożąda
Felisin. Trudno było określić, czy pragnie się z nią parzyć, czy ją
pożreć. Natomiast dziewczyna traktowała Szarą Żabę jak psa, którego
lepiej jest pogłaskać niż kopnąć. To z kolei mogło doprowadzić demona do
niewłaściwych wniosków.
Istota przemawiała do innych w ich myślach, ale jeszcze nigdy nie
odezwała się w ten sposób do Scillary. Z uprzejmości wobec niej
pozostali odpowiadali jej na głos, choć oczywiście nie musieli tego
robić. Niewykluczone też, że z reguły tego nie robili. Scillara nie
mogła tego wiedzieć. Zastanawiała się, dlaczego demon wyróżnił ją w ten
sposób, co takiego w niej dostrzegł, że najwyraźniej gadatliwemu
stworzeniu odbierało to chęć do rozmów.
No cóż, trucizny utrzymują się w ciele. Być może jestem... niestrawna.
W swym dawnym życiu Scillara mogłaby mieć o to pretensję albo być
podejrzliwa, zakładając, że w ogóle czułaby cokolwiek. Teraz jednak nie
obchodziło jej to zbytnio. Coś się w niej ukształtowało, coś odrębnego i - co dziwne - pewnego siebie.
Być może wiązało się to z ciążą. Nie było jej jeszcze widać, ale wkrótce
się to zmieni. Tym razem nie miała alchemicznych środków, które
wykorzeniłyby rosnące w niej nasienie. Rzecz jasna, istniały też inne
metody. Nie zdecydowała jeszcze, czy zatrzyma dziecko, którego ojcem był
zapewne Korbolo Dom. Mógł nim jednak być również któryś z jego oficerów
albo ktoś inny. Nie miało to oczywiście znaczenia, gdyż, ktokolwiek to
był, zapewne już nie żył. Ucieszyła ją ta myśl.
Nieustanne mdłości przyprawiały ją o znużenie, ale rdzawy liść pomagał.
Czuła ucisk w piersiach, a od ich zwiększonego ciężaru bolały ją plecy.
To było nieprzyjemne. Miała teraz większy apetyt i przytyła, zwłaszcza w biodrach. Pozostali doszli do wniosku, że to po prostu efekt powrotu do
zdrowia - nie kasłała już od z górą tygodnia, a dzięki ciągłemu
chodzeniu odzyskała siłę w nogach. Scillara nie wyprowadzała ich z błędu.
Dziecko. Co ma z nim zrobić? Czego będzie od niej oczekiwało? Co
właściwie robią matki?
Najczęściej sprzedają dzieci. Świątyniom, handlarzom niewolników albo
kupcom haremowym, jeśli to dziewczynki. Albo zatrzymują je i uczą
żebrać. Kraść. Sprzedawać swoje ciało.
Tego nauczyły ją pobieżne obserwacje oraz historie opowiadane przez
bezdomne dzieci z obozu sha'ik. Znaczyłoby to, że dziecko jest swego
rodzaju inwestycją. To miało sens. Dziewięć miesięcy cierpień i niewygód
musi się jakoś zwrócić.
Pomyślała, że mogłaby zrobić coś w tym rodzaju. Sprzedać je. Zakładając,
że pozwoli mu żyć tak długo.
To był prawdziwy dylemat, ale miała jeszcze czas, by się nad tym
zastanowić. By podjąć decyzję.
Szara Żaba obrócił nagle głowę, spoglądając gdzieś za plecy Scillary.
Kobieta odwróciła się i zobaczyła czterech mężczyzn, którzy wynurzyli
się spomiędzy skał i zatrzymali na brzegu pustego obszaru. Czwarty z nich prowadził konie. To byli jeźdźcy, którzy minęli ich wczoraj. Jeden
trzymał w dłoniach naładowaną kuszę, mierząc z niej w demona.
- Uważaj, żeby to cholerstwo się do nas nie zbliżało - warknął do
Felisin.
Mężczyzna idący po jego prawej stronie ryknął śmiechem.
- Czworooki pies. Tak, kobieto, weź go na smycz... i to zaraz. Nie
chcemy przelewać krwi. No, przynajmniej nie za wiele - dodał.
- Gdzie są dwaj mężczyźni, którzy wam towarzyszą? - zapytał napastnik z kuszą.
Scillara odłożyła fajkę.
- Tu ich nie ma - odparła, wstając i poprawiając bluzę. - Zróbcie to, po
co przyszliście, i zostawcie nas.
- To miło z twojej strony. Hej, ty z psem, czy też będziesz taka miła
jak twoja przyjaciółka?
Felisin nie odpowiedziała. Jej twarz zbielała.
- Zostawcie ją - powiedziała Scillara. - Ja wam wystarczę.
- Ale może my jesteśmy innego zdania - odparł z uśmiechem mężczyzna.
Scillara doszła do wniosku, że to nawet nie jest brzydki uśmiech. Mogła
to zrobić.
- Przekonacie się, że potrafię was zaskoczyć.
Mężczyzna oddał kuszę jednemu z kompanów i rozpiął pas telaby.
- Zobaczymy. Guthrim, jeśli ten psowaty stwór się ruszy, zastrzel go.
- Jest znacznie większy niż psy, które widziałem - zaniepokoił się
Guthrim.
- Bełty są zatrute, pamiętasz? Jadem os czarnych.
- Może lepiej od razu go zabić?
Pierwszy mężczyzna zawahał się, a potem skinął głową.
- Zrób to.
Kusza wystrzeliła z głuchym łoskotem.
Szara Żaba złapał w locie bełt prawą ręką, przyjrzał się mu uważnie i wysunął język, by zlizać truciznę.
- Niech mnie Siedem! - wyszeptał z niedowierzaniem Guthrim.
- Och, nie narób tu bałaganu - zwróciła się do demona Scillara. - To nie
jest żaden problem...
- On jest innego zdania - odparła Felisin słabym ze strachu głosem.
- To przekonaj go, że się myli.
Mogę to zrobić. Tak jak kiedyś. Nie ma w tym nic wielkiego. To tylko
mężczyźni.
- Nie potrafię, Scillara.
Guthrim ponownie naładował kuszę, a pierwszy mężczyzna i ten z dwóch
pozostałych, który nie trzymał wodzy, wyciągnęli bułaty.
Szara Żaba rzucił się do ataku z przerażającą szybkością. Podskoczył,
otwierając szeroko paszczę, i zamknął ją na głowie Guthrima. Żuchwa
demona wysunęła się z zawiasów i głowa mężczyzny zniknęła. Impet i wielka masa ciała Szarej Żaby przewróciły go na ziemię. Rozległ się
przerażający chrzęst. Ciało Guthrima poruszyło się gwałtownie, tryskając
na boki płynami, a potem zwisło bezwładnie.
Szara Żaba zacisnął szczęki ze zgrzytem, a potem trzaskiem. Następnie
demon oddalił się ociężale, zostawiając na ziemi bezgłowego trupa.
Pozostali trzej napastnicy gapili się na to zszokowani. Nagle jednak się
poruszyli. Pierwszy z nich wydał z siebie stłumiony, pełen strachu krzyk
i pognał naprzód, unosząc bułat.
Szara Żaba wypluł zmiażdżoną masę włosów i kości, a potem skoczył mu na
spotkanie. Jedną ręką chwycił przeciwnika za uniesione ramię i wykręcił
je mocno. Łokieć trzasnął, rozdzierając ciało. Trysnęła krew. Drugą dłoń
zacisnął na gardle, miażdżąc chrząstkę. Napastnik nie zdołał już
krzyknąć. Wybałuszył oczy, jego twarz nabrała ciemnoszarego odcienia, a język wysunął się na zewnątrz niczym jakieś makabryczne stworzenie
próbujące wydostać się na wolność. Mężczyzna padł na ziemię u stóp
demona. Szara Żaba trzecią ręką trzymał go za drugie ramię, ale miał
jeszcze czwartą i podrapał się nią po grzbiecie.
Pierwszy z mężczyzn umknął do koni. Czwarty dosiadał już wierzchowca.
Szara Żaba skoczył po raz drugi. Uderzył pięścią w potylicę pierwszego z napastników, wgniatając kość. Mężczyzna padł na twarz, upuszczając broń.
Rozpędzony demon dopadł czwartego z przeciwników, trzymającego jedną
nogę w strzemieniu.
Koń spłoszył się z głośnym kwikiem. Szara Żaba ściągnął jeźdźca na
ziemię i odgryzł mu twarz.
Po chwili głowa mężczyzny zniknęła w paszczy demona, tak jak stało się
to z pierwszym z napastników. Ponownie towarzyszył temu chrzęst,
gwałtowne wierzgnięcia i wyciągające się rozpaczliwie dłonie. Potem na
szczęście ofiara skonała.
Demon wypluł przylepione do włosów kości. Resztki upadły na ziemię w taki sposób, że Scillara patrzyła prosto na twarz zabitego. Nie było w niej ciała ani oczu, została tylko przeżuta skóra. Kobieta przyglądała
się temu przez chwilę, a potem zmusiła się do odwrócenia wzroku.
I zobaczyła Felisin, która wcisnęła się w skalną ścianę tak mocno, jak
tylko mogła, unosząc kolana i zasłaniając oczy rękami.
- Już po wszystkim - uspokoiła ją Scillara. - Felisin, skończyło się.
Dziewczyna opuściła dłonie. Na jej twarzy malowały się przerażenie i odraza.
Szara Żaba odciągał pośpiesznie zwłoki za skupisko głazów. Ignorując na
razie demona, Scillara podeszła do Felisin i ukucnęła przed nią.
- Byłoby łatwiej, gdybyśmy zrobiły to po mojemu - stwierdziła. - A przynajmniej znacznie czyściej.
Felisin wbiła w nią wzrok.
- Wyssał im mózgi.
- Widziałam.
- Powiedział, że są pyszne.
- On jest demonem, Felisin. Nie psem czy innym domowym zwierzęciem.
Demonem.
- Tak - wyszeptała.
- A teraz już wiemy, na co go stać.
Dziewczyna skinęła głową.
- Więc nie zaprzyjaźniaj się z nim za bardzo - powiedziała cicho
Scillara.
Wyprostowała się i zauważyła, że Nożownik i Heboric schodzą z góry.
***
- Triumf i duma! Mamy konie!
Nożownik zwolnił kroku.
- Słyszeliśmy krzyk...
- Konie - powtórzył Heboric, podchodząc do wyraźnie zaniepokojonych
zwierząt. - To prawdziwy uśmiech szczęścia.
- Niewinny. Krzyk? Nie, mój przyjacielu Nożowniku. To Szara Żaba...
puszczał wiatry.
- Naprawdę? A te konie tak po prostu do ciebie przyszły?
- Śmiały. Tak! Bardzo ciekawe!
Nożownik pochylił się, by przyjrzeć się dziwnym plamom na piasku.
Wszędzie było pełno odcisków dłoni Szarej Żaby, który starał się zatrzeć
ślady.
- Widzę tu krew...
- Szok, przerażenie... żal.
- Żal. Z powodu tego, co tu się wydarzyło, czy dlatego, że wszystko się
wydało?
- Przebiegły. Ależ oczywiście z tego pierwszego powodu, mój przyjacielu
Nożowniku.
Daru skrzywił się i spojrzał na Scillarę oraz Felisin, uważnie
przyglądając się ich minom.
- Chyba się cieszę, że mnie tu nie było i nie widziałem tego, co wy
widziałyście - powiedział powoli.
- I masz rację - odrzekła Scillara.
- Lepiej nie zbliżaj się zbytnio do tych zwierząt, Szara Żabo! - zawołał
Heboric. - Może i nie przepadają za mną zbytnio, ale ciebie lubią
znacznie mniej.
- Pewny siebie. Po prostu jeszcze mnie nie poznały.
***
- Nie dałabym tego szczurowi - poskarżyła się Śmieszka, poruszając od
niechcenia kawałkami mięsa na cynowym talerzu, który spoczywał na jej
kolanach. - Spójrz, nawet muchy je omijają.
- To nie mięso je odstrasza, tylko ty - zauważył Koryk.
Uśmiechnęła się do niego szyderczo.
- To się nazywa szacunek. Wiem, że to dla ciebie obce słowo. Seti to
tylko nieudani Wickanie. Wszyscy o tym wiedzą. A ty jesteś nieudanym
Seti. - Zdjęła talerz z kolan i przesunęła go po piasku w stronę Koryka.
- Masz, kundlu. Wsadź to sobie w uszy i zachowaj na później.
- Po dniu forsownej jazdy jest w cudownym nastroju - wyjaśnił Koryk
Tarczowi, odsłaniając białe zęby w szerokim uśmiechu.
- Prowokuj ją dalej, a najpewniej tego pożałujesz. - odparł kapral. On
również gapił się na to, co podano im na kolację. Na jego zwykle
spokojnej twarzy pojawił się lekki mars.
- To konina. Jestem tego pewien.
- Wykopana na jakimś końskim cmentarzu - dodała Śmieszka, prostując
nogi. - Mogłabym zabić za tłuszczorybę pieczoną w glinie na węglach nad
brzegiem morza. Z żółtą przyprawą, owiniętą w wodorosty. Do tego dzban
meskerijskiego wina i jakiś ładny chłopak z wioski położonej w głębi
lądu. Wiejski parobek, wyrośnięty...
- Na litanię Kaptura, dość tego! - Koryk pochylił się i splunął w ognisko. - Znasz tylko jedną opowieść, o tym, jak grzmociłaś się z jakimś świniopasem z meszkiem na podbródku. To przynajmniej jest
oczywiste. Cholera, Śmieszka, słyszeliśmy to już tysiąc razy. Wymykałaś
się nocą z posiadłości ojca, żeby zmoczyć sobie dłonie i kolana na
plaży. A gdzie to wszystko się działo? Och, prawda, w krainie marzeń
małej dziewczynki, zapomniałem...
Wtem w prawą łydkę Koryka wbił się nóż. Mężczyzna ryknął z bólu,
zatoczył się do tyłu, a potem osunął na piasek i złapał za nogę.
Żołnierze z sąsiednich drużyn spoglądali na nich, mrużąc oczy
podrażnione wypełniającym cały obóz pyłem. To jednak była tylko
przelotna ciekawostka i szybko utracili zainteresowanie.
Koryk wyrzucił z siebie strumień pełnych oburzenia przekleństw,
ściskając ranę obiema rękami, by zahamować krwawienie. Flaszka wstał z westchnieniem.
- Widzicie, co się dzieje, kiedy starsi zostawiają nas samym sobie? Nie
ruszaj się, Koryk - dodał, podchodząc do niego. - Zaraz się tym zajmę.
To nie potrwa długo...
- Lepiej się pośpiesz - warknął półkrwi Seti. - Bo muszę poderżnąć tej
suce gardło.
Flaszka zerknął na kobietę, a potem pochylił się do ucha Koryka.
- Spokojnie. Ona trochę pobladła. To był nieudany rzut...
- Tak, a w co celowała?
Kapral Tarcz wstał.
- Struna nie będzie z ciebie zadowolony, Śmieszka - stwierdził,
potrząsając głową.
- Poruszył nogą...
- A ty rzuciłaś w niego nożem.
- To przez tę małą dziewczynkę. Sprowokował mnie.
- Nieważne, jak to się zaczęło. Mogłabyś spróbować go przeprosić. Może
Koryk by się tym zadowolił...
- No jasne - wtrącił Koryk. - Gdy tylko Kaptur sam wlezie do grobu.
- Flaszka, powstrzymałeś już krwawienie?
- Prawie, kapralu.
Flaszka rzucił nóż w stronę Śmieszki. Wylądował u jej stóp. Ostrze było
lepkie od krwi.
- Dziękuję, Flaszka - warknął Koryk. - Teraz może spróbować znowu.
Nóż wbił się z głuchym łoskotem w piasek między stopami mieszańca.
Wszyscy spojrzeli na Śmieszkę.
Flaszka oblizał wargi. To cholerstwo wylądowało stanowczo za blisko jego
lewej dłoni.
- Tu celowałam - oznajmiła Śmieszka.
- Co ci mówiłem? - zapytał Koryk dziwnie wysokim głosem.
Flaszka zaczerpnął głęboko tchu, by spowolnić walące gwałtownie serce.
Tarcz podszedł do niego i wyciągnął nóż z piasku.
- Chyba go sobie na chwilę zatrzymam.
- Proszę bardzo - odparła Śmieszka. - Mam mnóstwo innych.
- I nie będziesz ich wyciągała z pochwy.
- Tak jest, kapralu. Pod warunkiem, że nikt mnie nie sprowokuje.
- Ona jest szalona - mruknął Koryk.
- Nieprawda - zaprzeczył Flaszka. - Po prostu brak jej...
- Jakiegoś parobka z wioski w głębi lądu - dokończył z uśmiechem Koryk.
- To zapewne był jej kuzyn - dodał Flaszka tak cicho, że nikt poza
Korykiem go nie usłyszał.
Półkrwi Seti ryknął śmiechem.
Flaszka westchnął. Tak oto minął kolejny niebezpieczny moment
niekończącego się marszu i przelano tylko odrobinę krwi. Czternasta
Armia czuła się zmęczona. Nastroje były fatalne. Ludzie nie byli z siebie zbytnio zadowoleni. Pozbawiono ich szansy zemsty na sha'ik oraz
na mordercach, gwałcicielach i opryszkach, którzy jej służyli, teraz zaś
zaangażowali się w powolny pościg za ostatnimi niedobitkami buntowniczej
armii. Tydzień po tygodniu posuwali się po podupadających, zakurzonych
traktach prowadzących przez spaloną słońcem krainę, brnęli przez burze
piaskowe i jeszcze gorsze przeszkody. Czternasta Armia nadal czekała na
rozstrzygnięcie. Pragnęła krwi, ale do tej pory przelewała tylko własną.
Sprzeczki przeradzały się w wendety i sytuacja robiła się paskudna.
Pięści ze wszystkich sił starali się zachować kontrolę nad sytuacją, ale
odczuwali takie samo znużenie, jak cała reszta. Nie pomagał im też fakt,
że w kompaniach było bardzo niewielu kapitanów godnych tego stopnia.
A my nie mamy żadnego kapitana, odkąd przeniesiono Keneba.
Krążyły pogłoski o nowym kontyngencie rekrutów i oficerów, który ponoć
wysiadł na ląd w Lato Revae, a teraz był gdzieś za nimi i starał się ich
dogonić. Te opowieści pojawiły się jednak jakieś dziesięć dni temu. Ci
durnie powinni już tu być.
W ciągu ostatnich dwóch dni widzieli mnóstwo kurierów, doganiających
armię, a potem wracających, skąd przybyli. Nie ulegało wątpliwości, że
Dujek Jednoręki i przyboczna prowadzą ze sobą bardzo intensywne rozmowy.
Nikt jednak nie wiedział, czego one dotyczą. Flaszka zastanawiał się,
czy nie spróbować podsłuchiwać pod namiotem dowodzenia, jak robił to
wiele razy po drodze z Arenu do Raraku, ale niepokoiła go obecność
Szybkiego Bena. Szybki był wielkim magiem. Jeśli odwróci kamień i znajdzie pod nim Flaszkę, sam Kaptur mu nie pomoże.
Cholerne skurwysyny, których ścigali, mogły uciekać bez końca, i zapewne
to właśnie zrobią, jeśli ich dowódca miał choć trochę oleju w głowie. W każdej chwili mógłby stanąć do ostatniej bitwy. Bohaterskiej, budującej
i bezsensownej. Najwyraźniej jednak był na to za bystry. Szedł na
zachód, wciąż na zachód, ku pustkowiom.
Flaszka wrócił na miejsce, w którym przedtem siedział, zbierając w garści piasek, by wytrzeć krew Koryka z palców i wewnętrznych
powierzchni dłoni.
Zaczynamy działać sobie na nerwy. To wszystko.
Jego babcia wiedziałaby, co zrobić w podobnej sytuacji, ale ona już
dawno nie żyła, a jej duch był związany ze starym gospodarstwem rolnym
pod Jakata, kilka tysięcy mil stąd. Flaszka niemalże widział, jak
staruszka potrząsa głową i mruży powieki w typowy dla siebie sposób na
wpół obłąkanego geniusza. Świetnie znała śmiertelników, potrafiła
dostrzec wszelkie ich słabostki i wady, czytając z nieświadomych gestów
i przelotnych min, by przebić się przez wprowadzającą w błąd
powierzchnię i obnażyć kości prawdy. Nic się przed nią nie ukryło.
Niestety nie mógł z nią porozmawiać.
Ale jest też inna kobieta... nieprawdaż?
Pomimo upału Flaszka zadrżał. Eres'al wciąż nawiedzała jego sny.
Pokazywała mu w nich starożytne ręczne toporki, które zaściełały tę
krainę na podobieństwo kamiennych liści obejmującego sobą cały świat
drzewa, rozniesione przez wiatr w ciągu wieków. Flaszka wiedział, że
jakieś pięćdziesiąt kroków na południe od szlaku znajduje się skalna
niecka wypełniona tymi cholerstwami. Czekała na niego kawałek drogi
stąd.
Widzę je, ale nadal nie rozumiem ich znaczenia. W tym tkwi szkopuł. Nie
potrafię sprostać temu zadaniu.
Nagle zauważył obok buta jakiś ruch. To była szarańcza, ciężka od jaj i pełznąca powoli. Flaszka schylił się i złapał ją za złożone skrzydła.
Drugą ręką sięgnął do plecaka i wyciągnął z niego małą, czarną,
drewnianą szkatułkę. W jej wieku i bokach wywiercono małe otworki.
Otworzył zameczek i uniósł pokrywkę.
W środku była Szczęśliwa Para, ich cenna ptasia kupa. Zaskoczony nagłym
światłem skorpion cofnął się do rogu, unosząc ogon.
Flaszka wrzucił szarańczę do pudełka.
Skorpion wiedział, co się stanie. Rzucił się błyskawicznie do ataku i po
chwili pożerał już wierzgającego owada.
- Ty to masz łatwo, co? - mruknął Flaszka.
Coś upadło z łoskotem na piasek obok niego. Mag spojrzał w bok i zobaczył, że to karybral. Owoc był okrągły i miał brudny żółtozielony
kolor. Flaszka uniósł wzrok. Stał nad nim Mątwa.
Saper miał całe naręcze owoców.
- Poczęstuj się.
Flaszka skrzywił się i zamknął szkatułkę ze Szczęśliwą Parą.
- Dziękuję. Skąd je wziąłeś?
- Poszedłem się przejść. - Mątwa wskazał głową na południe. - Jest tam
niecka, cała zarośnięta karybralowymi pnączami.
Zaczął rzucać owoce pozostałym członkom drużyny.
Niecka.
- Jest tam też mnóstwo ręcznych toporków, zgadza się?
Mątwa przyjrzał mu się uważnie.
- Nie zauważyłem. Czy to, co masz na rękach, to zakrzepła krew?
- To moja - warknął Koryk, obierając owoc.
Saper przystanął i przesunął wzrokiem po otaczających go nierównym
kręgiem żołnierzach. Zatrzymał go na kapralu Tarczu, który wzruszył
ramionami. Mątwa najwyraźniej poczuł się tym usatysfakcjonowany, gdyż
rzucił ostatniego karybrala Śmieszce.
Która w locie nabiła go na nóż.
Wszyscy, w tym również Mątwa, przyglądali się, jak dziewczyna zręcznie
obiera owoc.
Wreszcie saper westchnął.
- Pójdę poszukać sierżanta.
- Świetny pomysł - poparł go Flaszka.
- Powinieneś od czasu do czasu wypuszczać Szczęśliwą na spacer -
poradził Mątwa. - Niech rozprostuje nogi. Możliwe i Lutnia znaleźli
nowego skorpiona. Jeszcze nigdy takiego nie widziałem. Mówią o rewanżu.
- Skorpiony nie mogą rozprostować nóg - zauważył Flaszka.
- To taka przenośnia.
- Aha.
- No dobra - rzucił Mątwa i oddalił się nieśpiesznie.
Śmieszka zdołała zdjąć całą łupinę jednym cięciem. Następnie rzuciła ją
w stronę Koryka. Mieszaniec akurat patrzył w dół i poderwał się
gwałtownie, widząc kącikiem oka jakiś szybki ruch.
Dziewczyna prychnęła pogardliwie.
- Masz. Dołącz ją do swojej kolekcji amuletów.
Półkrwi Seti odłożył owoc i wstał powoli, a potem skrzywił się i łypnął
ze złością w stronę Flaszki.
- Myślałem, że mnie uzdrowiłeś, do cholery.
- Uzdrowiłem. Ale i tak będzie trochę bolało.
- Trochę? Ledwie mogę ustać.
- Przejdzie ci.
- Może spróbować ucieczki - zauważył Tarcz. - Będzie śmiesznie
wyglądało, jak zaczniesz za nią kuśtykać, Koryk.
Wysoki mężczyzna dał za wygraną.
- Potrafię być cierpliwy - stwierdził, siadając.
- Ooch - odezwała się Śmieszka. - Cała się pocę ze strachu.
Flaszka wstał.
- Idę się przejść - oznajmił. - Niech nikt nikogo nie zabije, dopóki nie
wrócę.
- Jeśli ktoś kogoś zabije, twoje uzdrowicielskie umiejętności nie zdadzą
się na wiele - zauważył Tarcz.
- Nic nie mówiłem o uzdrawianiu. Chciałem to zobaczyć.
***
Jechali na północ, kryjąc się przed spojrzeniami żołnierzy na
piaszczystej równinie za niską granią. Na niewysokim wzgórzu odległym o mniej więcej dwieście kroków rosły trzy guldindhy. Ściągnęli wodze w cieniu ich szerokich, skórzastych liści i rozpakowali prowiant oraz
dzban gredfalańskiego ale, które zdobył gdzieś Szybki Ben. Czekali
tylko na przybycie Wielkiego Maga.
Kalam widział, że Skrzypek stracił trochę dawnego ducha. W rudej brodzie
wiło się więcej siwych nitek, a jego jasnoniebieskie oczy nabrały lekko
nieobecnego wyrazu. W Czternastej Armii pełno było rozżalonych,
zgorzkniałych żołnierzy. W noc przed bitwą skradziono im chwalebną
zemstę w imieniu imperium, a obecny marsz też nie pomagał. To mogłoby
wystarczyć, by wyjaśnić stan Skrzypka, lecz Kalam wiedział, że kryje się
za tym coś więcej.
Bez względu na pieśń Tanno Płot i pozostali nie żyli. Byli duchami i przebywali po drugiej stronie. Niemniej jednak Szybki Ben wyjaśnił im,
że oficjalne raporty nie są do końca ścisłe. Młotek, Wykałaczka,
Nerwusik, Niewidka, Trzpień, Niebieska Perła... to byli ci, którzy
ocaleli i żyli sobie spokojnie w Darudżystanie. Razem z kapitanem
Ganoesem Paranem. Były więc również dobre wieści i to pomogło. Trochę.
Skrzypek i Płot byli sobie bliscy jak bracia. Gdy tylko się spotykali,
dochodziło do straszliwych zniszczeń. Ich połączone umysły częściej
bywały groźne niż zabawne. Byli legendą równie wielką, jak sami
Podpalacze Mostów. Ich rozstanie na brzegu Lazuru okazało się brzemienną
w skutki decyzją.
Brzemienną w skutki dla nas wszystkich, jak się okazało.
Kalam nie bardzo potrafił zrozumieć o co chodzi z tą ascendencją.
Chodzący z duchami pobłogosławił kompanię żołnierzy, na Raraku rozdarła
się zasłona. Myśl, że mają niewidzialnych strażników, pocieszała go i niepokoiła zarazem. Duch Płota uratował życie Skrzypkowi... ale gdzie
się podział Sójeczka? Czy on również tam był?
Noc w obozie sha'ik była koszmarna. Wyciągnięto wówczas z pochew zbyt
wiele noży, by można je było policzyć. Niektóre z duchów widział na
własne oczy. Dawno już nieżyjący Podpalacze Mostów powstali z martwych,
ponurzy jak kac i brzydcy jak za życia. Jeśli kiedyś spotka tego
chodzącego z duchami Tanno, z którym rozmawiał Skrzypek...
Saper spacerował w kółko w cieniu drzew.
Kalam Mekhar przykucnął i przyjrzał się staremu przyjacielowi.
- No dobra, Skrzypek, gadaj, o co chodzi.
- Niedobre znaki - mruknął saper. - Zbyt wiele, by można je było
zliczyć. Jak chmury burzowe, zbierają się na horyzoncie ze wszystkich
stron.
- Nic dziwnego, że jesteś w takim paskudnym nastroju.
Skrzypek przyjrzał mu się uważnie.
- Niewiele gorszym niż ty.
Skrytobójca skrzywił się ze złością.
- Perła. Nie pokazuje mi się, ale jest blisko. Można by pomyśleć, że ta
kobieta Pardu... jak ona się nazywa?
- Lostara Yil.
- Tak jest. Można by pomyśleć, że zdąży go już wysadzić z siodła.
- Tych dwoje toczy ze sobą osobliwą grę - wyjaśnił Skrzypek. - I niech
im to wyjdzie na zdrowie. Tak czy inaczej, to oczywiste, że Perła
towarzyszy nam dlatego, że cesarzowa chce mieć kogoś blisko Tavore.
- To zawsze był jej problem - zauważył z westchnieniem Kalam.
- Zaufanie.
Skrytobójca przyjrzał się saperowi.
- Maszerowałeś z Tavore od Arenu. Możesz coś o niej powiedzieć?
Cokolwiek?
- Jestem sierżantem, Kalam.
- No właśnie.
Skrytobójca czekał na odpowiedź.
Skrzypek podrapał się po brodatej twarzy, pociągnął za rzemień
poobtłukiwanego hełmu, a potem odpiął go i odrzucił na bok. Nadal
spacerował w kółko, rozrzucając nogami zagrzebane w piasku liście oraz
skorupki orzechów. Odpędził natrętną krwiuchę, która zawisła przed jego
twarzą.
- Jest zimnym żelazem, Kalam. Ale jeszcze nie poddano jej próbie. Czy
potrafi myśleć podczas bitwy? Czy potrafi dowodzić w marszu? Kaptur wie,
że jej ulubiona pięść, ten staruszek Gamet, tego nie potrafił. To źle
świadczy o jej zdolnościach oceny.
- Znała go już przedtem, zgadza się?
- Tak, ufała mu, to się liczy. Był wypalony, to wszystko. Nie jestem już
taki wyrozumiały jak kiedyś.
Kalam uśmiechnął się, odwracając wzrok.
- Och tak, Skrzypek, byłeś prawdziwym wzorem wyrozumiałości. - Wskazał
na kości palców wiszące u pasa sapera. - A co powiesz o tym?
- Z nimi trafiła w samo sedno. To mogło być pociągnięcie Oponn.
- Albo nie.
Skrzypek wzruszył ramionami. Wyciągnął nagle rękę, złapał krwiuchę i z wyraźną satysfakcją rozsmarował ją między dłońmi.
To prawda, że wyglądał starzej, ale był szybki i groźny jak zawsze.
Liśćmi poruszyło nagłe tchnienie, cuchnące śmiercią i piaskiem. W odległości kilku kroków powietrze rozstąpiło się ze słyszalnym trzaskiem
i z groty wyszedł Szybki Ben. Czarodziej kasłał gwałtownie.
Kalam podał mu dzban ale.
- Masz.
Szybki Ben pociągnął łyk, znowu zakasłał i splunął.
- Bogowie na dole, w Cesarskiej Grocie jest okropnie.
Pociągnął kolejny łyk.
- Wyślij mnie tam - zaproponował Skrzypek, podchodząc bliżej. - Wtedy ja
również będę mógł się napić.
- Cieszę się, że nastrój ci się poprawił - odparł Szybki Ben, podając mu
dzban. - Wkrótce będziemy mieli towarzystwo... to znaczy, jak już coś
zjemy - dodał, spoglądając na owinięty w liście prowiant. - Jestem taki
głodny, że mógłbym żreć krwiuchy.
- To wyliż moją łapę - zaproponował Skrzypek.
Czarodziej zatrzymał się i popatrzył na niego.
- Chyba oszalałeś. Prędzej wylizałbym łapę handlarza wielbłądzim
nawozem.
Zaczął odwijać liście.
- Jak się udało spotkanie z Tavore? - zapytał Kalam, podchodząc bliżej.
- Wiem na ten temat tyle, co ty - wyznał Szybki Ben. - Widziałem już
ludzi cierpiących na syndrom oblężonej twierdzy, ale ona zbudowała wokół
siebie mury tak potężne, że wątpię, by przedostał się przez nie tuzin
rozjuszonych smoków... mimo że nigdzie nie widać wroga.
- I tu właśnie możesz się mylić - zauważył skrytobójca. - Czy Perła był
obecny?
- Hmm, jedna z zasłon poruszyła się lekko.
Skrzypek prychnął pogardliwie.
- On nigdy nie jest tak oczywisty. To pewnie była T'jantar.
- Nie wyrażałem się dosłownie, Skrzypek. Ktoś obserwował nas z groty.
- To znaczy, że Tavore nie miała swojego miecza - zauważył Kalam.
- Nie miała. Dzięki bogom, podczas rozmów ze mną nigdy go nie nosi.
- Ach, to znaczy, że liczy się z innymi!
Czarodziej obrzucił Kalama złowrogim spojrzeniem.
- Chciałeś powiedzieć, że nie chce wyssać wszystkiego ze swego wielkiego
maga.
- Przestań - odezwał się Skrzypek. - Nie podobają mi się obrazy, które
to mi podsuwa. Daj kawałek tego chleba sepah, nie, nie ten, który już
ugryzłeś, Szybki, ale dziękuję. Tam... mniejsza z tym.
Wyciągnął rękę.
- Hej, sypiesz mi piasek na jedzenie!
Kalam przykucnął. Skrzypek z każdą chwilą wyglądał młodziej. Zwłaszcza
gdy robił tę groźną minę. Dawno już należał mu się moment wytchnienia od
armii i wszystkiego, co się z nią wiązało.
- Co takiego? - zapytał saper. - Boisz się, że zęby ci się zużyją? To
lepiej przestań żuć ten chleb.
- Wcale nie jest taki twardy - sprzeciwił się z pełnymi ustami
czarodziej.
- Nie, ale pełno w nim piasku, Szybki. Z kamieni młyńskich. Zresztą
ostatnio ciągle sypie się ze mnie piasek. Mam go w miejscach, których
nawet sobie nie wyobrażasz...
- Przestań. Podsuwasz mi obrazy.
- Kiedy to się skończy, nawet po roku siedzenia w słodkim Darudżystanie
będę srał piaskowymi cegłami... - ciągnął nieubłaganie Skrzypek.
- Powiedziałem: przestań!
Kalam popatrzył z uwagą na sapera.
- W Darudżystanie? Czyżbyś miał zamiar dołączyć do reszty?
Skrzypek odwrócił wzrok.
- Pewnego dnia...
- A czy ten dzień nadejdzie już niebawem?
- Nie planuję ucieczki, Kalam.
Skrytobójca zerknął Szybkiemu Benowi w oczy, tylko przelotnie, a potem
odchrząknął.
- No cóż... być może powinieneś, Skrzypek. Gdybym miał ci radzić...
- Gdybyś miał nam radzić, wszyscy bylibyśmy zgubieni. Dziękuję, że
zepsułeś mi dzień. Hej, Szybki, nalej trochę tego ale, bo w gębie mi
zaschło.
Kalam dał za wygraną.
No cóż, to jedno przynajmniej sobie wyjaśniliśmy.
Szybki Ben strącił okruchy z długopalcych dłoni i usiadł.
- Ona ma w stosunku do ciebie pewne plany, Kalam...
- I tak już mam o jedną żonę za dużo.
- Chce, żebyś sformował drużynę skrytobójców.
- Słucham? Z tej zgrai?
- Hej - warknął Skrzypek. - Znam ich.
- I co?
- I to, że masz rację. Są do niczego.
- To nie ma znaczenia - odparł czarodziej, wzruszając ramionami. - W dodatku chciałaby, żebyś zrobił to potajemnie.
- Jasne, a Perła cały czas przysłuchiwał się waszej rozmowie.
- Nie, to było później. Druga część naszych spotkań jest przeznaczona
dla publiczności. To podczas pierwszej części, zanim zjawi się Perła i kto tam jeszcze nas podsłuchuje, omawiamy ważne sprawy. Urządza te
spotkania tak niespodziewanie, jak to tylko możliwe. Używa Pędraka jako
gońca.
Czarodziej wykonał gest chroniący przed złem.
- To zwykły znajda - stwierdził Skrzypek.
Szybki Ben tylko potrząsnął głową.
- To znaczy, że chce mieć własną kadrę skrytobójców - skwitował Kalam. -
W tajemnicy przed Szponem. Och, nie podoba mi się kierunek, w jakim to
zmierza, Szybki.
- Osoba, która ukrywa się za tymi murami, może być przerażona, ale nie
jest głupia, Kal.
- Cały ten interes jest głupi - oznajmił Skrzypek. - Zmiażdżyła rebelię.
Czegóż więcej może chcieć Laseen?
- Jest silna, gdy chodzi o walkę z wrogami - zauważył Kalam. - Ale
słaba, jeśli chodzi o popularność.
- Tavore również nie jest zbyt popularna, więc w czym problem?
- To się może zmienić. Wystarczy jeszcze kilka sukcesów. Gdy będzie
oczywiste, że nie chodziło o zwykłe szczęście. Daj spokój, Skrzypek,
wiesz, jak łatwo armia może pomaszerować w drugą stronę.
- Nie ta armia - zaprzeczył saper. - Ona ledwie zdołała wstać na nogi.
Jesteśmy cholernie lichą zgrają. Szybki, czy ona zdaje sobie z tego
sprawę?
Czarodziej zastanawiał się przez chwilę, a potem skinął głową.
- Sądzę, że tak. Ale nie wie, co mogłaby w tej sprawie zrobić, poza
dopadnięciem Leomana od Cepów i zniszczeniem jego i jego armii.
Całkowitym.
Skrzypek chrząknął.
- Tego właśnie boi się Mątwa. Jest przekonany, że nim to się skończy,
wszyscy będziemy nosić Ranal.
- Ranal? Aha.
- Jest też cholernie upierdliwy w tej sprawie - ciągnął saper. - Ciągle
mówi o wstrząsaczu, który sobie zachował. Powtarza, że usiądzie na nim,
gdy nadejdzie zagłada. Powinieneś zobaczyć miny rekrutów, kiedy go
słuchają.
- Mam wrażenie, że z Mątwą trzeba pogadać.
- Trzeba mu przyładować w gębę, Kal. Uwierz mi, że nieraz mnie
korciło...
- Saperzy nie robią takich rzeczy kolegom po fachu.
- Jestem też sierżantem.
- Ale nadal potrzebujesz jego poparcia.
- Potrzebuję - przyznał ponurym tonem Skrzypek.
- No dobra - odezwał się Kalam. - Ja z nim pogadam.
- Tylko uważaj, bo może ci rzucić pod stopy przebijacz. On nie lubi
skrytobójców.
- A kto lubi? - zauważył Szybki Ben.
Kalam zmarszczył brwi.
- A ja myślałem, że jestem lubiany... przynajmniej przez przyjaciół.
- My tylko staramy się zabezpieczyć, Kalam.
- Dziękuję, Szybki. Zapamiętam to sobie.
Czarodziej wstał nagle.
- Zaraz przybędą nasi goście.
Skrzypek i Kalam również się podnieśli i odwrócili akurat na czas, by
zobaczyć, jak Cesarska Grota otworzyła się ponownie. Wyszły z niej
cztery osoby.
Skrytobójca poznawał dwie z nich. Poczuł, że wypełnia go napięcie
połączone z radością. Obecność wielkiego maga Tayschrenna zaniepokoiła
go, natomiast szczerze ucieszył się na widok Dujeka Jednorękiego.
Tayschrennowi towarzyszyło dwoje osobistych strażników: starszy wiekiem
Seti o nawoskowanych wąsach, który wydawał się znajomy, jakby Kalam
gdzieś go już dawno temu widział, oraz kobieta w wieku mniej więcej od
dwudziestu pięciu do trzydziestu pięciu lat, gibka i atletycznie
zbudowana, odziana w obcisły jedwabny strój. Jej ciemnobrązowe oczy
miały łagodny, czujny wyraz, włosy były krótko ostrzyżone na imperialną
modłę i okalały twarz w kształcie serca.
- Spokojnie - wyszeptał Szybki Ben do Kalama. - Jak już kiedyś
wspominałem, rolę, jaką odegrał Tayschrenn w... minionych
wydarzeniach... błędnie zrozumiano.
- Skoro tak mówisz.
- I starał się uratować Sójeczkę.
- Ale się spóźnił.
- Kalam...
- No dobra, będę grzeczny. Czy ten Seti to jego stary strażnik z czasów
cesarza?
- Tak.
- Ponury skurczybyk? Nigdy się nie odzywał ani słowem?
- To on.
Wydaje się, że trochę złagodniał.
Szybki Ben prychnął pogardliwie.
- Coś cię śmieszy, wielki magu? - zapytał Dujek, gdy goście podeszli
bliżej.
- Witaj, wielka pięści - rzekł Szybki Ben. Wyprostował się i pokłonił z szacunkiem Tayschrennowi. - Kolego...
Tayschrenn uniósł cienkie brwi.
- Awans na polu bitwy, tak? No cóż, być może dawno już ci się należał.
Niemniej jednak nie wydaje mi się, by cesarzowa zatwierdziła już ten
tytuł.
Szybki Ben odsłonił białe zęby w szerokim uśmiechu.
- Czy pamiętasz, wielki magu, pewnego innego wielkiego maga, wysłanego
przez cesarza na wczesnym etapie kampanii w Czarnym Psie? Nazywał się
Kribalah Rule?
- Rule Chamski? Zginął jakiś miesiąc...
- W straszliwym pożarze, tak jest. No więc to była moja robota. A to
znaczy, że byłem wielkim magiem już przedtem, kolego...
Tayschrenn zmarszczył brwi. Nagle jego mina stała się bardziej złowroga.
- I cesarz o tym wiedział? Musiał wiedzieć, skoro to on cię wysłał...
chyba że wcale cię nie wysłał.
- No cóż, przyznaję, że nie wszystko odbyło się w regulaminowy sposób, i gdyby ktoś postanowił zbadać tę sprawę, mógłby to zauważyć, ale ty
najwyraźniej nie czułeś takiej potrzeby, ponieważ poradziłem sobie
świetnie, aczkolwiek cały incydent nie trwał zbyt długo... chyba też
przypominam sobie, że przy innej okazji wyciągnąłem cię z kłopotów...
miało to coś wspólnego z magami skrytobójcami Tiste Andii...
- Straciłem wówczas pewien obiekt zawierający władcę demonów...
- Naprawdę? Słyszę to z przykrością.
- Ten sam demon zginął potem od miecza Rake'a w Darudżystanie.
- To bardzo niefortunne.
Kalam pochylił się do ucha Szybkiego Bena.
- Wydawało mi się, że mówiłeś, bym to ja zachował spokój - wyszeptał.
- Wszystko to było dawno temu i daleko stąd - mruknął Dujek Jednoręki. -
Nagrodziłbym was brawami, gdybym tylko miał dwie ręce. Tayschrenn,
powstrzymaj tego Seti, zanim zrobi coś głupiego. Mamy parę spraw do
omówienia. Przejdźmy do rzeczy.
Kalam zerknął na Skrzypka i mrugnął znacząco.
Jak za dawnych czasów...
***
Leżący płasko na szczycie wzniesienia Perła chrząknął.
- To jest Dujek Jednoręki - zauważył. - Powinien być teraz w G'danisbanie.
Leżąca obok niego Lostara Yil syknęła z bólu i zaczęła okładać się po
całym ciele.
- Piaskowe pchły, niech je szlag. Pełno ich tu. Nienawidzę tych
cholernych robali...
- Czemu po prostu nie wstaniesz i nie zatańczysz, kapitanie? - zapytał
Perła. - W ten sposób na pewno nas zauważą.
- Szpiegowanie jest głupie. Nienawidzę go i zaczynam też na nowo
odkrywać nienawiść do ciebie, szponie.
- Zawsze mi mówisz najsłodsze słówka. Tak czy inaczej, ten łysy to
Tayschrenn. Tym razem towarzyszą mu Hattar i Kiska, a to znaczy, że
czuje się naprawdę zagrożony. Och, dlaczego musieli to zrobić akurat
teraz?
- Co zrobić?
- To, co akurat robią, oczywiście.
- No to pobiegnij do Laseen jak jej pokojowy piesek i opowiedz o wszystkim.
Poczołgał się w dół, odwrócił na plecy i usiadł.
- Nie ma powodu do pośpiechu. Muszę się zastanowić.
Lostara zlazła na sam dół, gdzie mogła stanąć. Zaczęła się drapać pod
zbroją.
- Ja w każdym razie nie będę na to czekać. Muszę się wykąpać w mleku z liśćmi escury, i to zaraz.
Perła śledził wzrokiem oddalającą się w stronę obozu kobietę. Miała
ładny chód, pomijając nagłe podrygi.
Proste zaklątko uchroniło go przed piaskowymi pchłami. Być może trzeba
było podzielić się z nią tym błogosławieństwem.
Nie, tak jest znacznie lepiej.
Bogowie, jesteśmy dla siebie stworzeni.