Łowcy kości. Opowieści z Malazańskiej Księgi Poległych. Tom 6 - Steven Erikson

Kup ebooka

53.99 zł
45.89 zł (44,07 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział trzeci

Yareth Gha­na­tan, to mia­sto wciąż stoi, Pierw­sze i ostat­nie, a tam, gdzie stara gro­bla Zata­cza pół­okrąg, wzno­szą się wieże Z pia­sku, w któ­rym roją się impe­ria I masze­ru­jące armie, zła­mane skrzy­dła cho­rą­gwi, A pomor­do­wani leżący na chod­ni­kach Wkrótce stają się kośćmi gma­chów - zarówno Wojow­nicy, jak i budow­ni­czo­wie. Ale mia­sto wciąż stoi I jest domem dla rojów owa­dów, ach, te wieże, Wzno­szą się tak dum­nie niczym sny pod Gorą­cym tchnie­niem słońca, Yareth Gha­na­tan. Mia­sto jest cesa­rzową, żoną i kochanką, Sta­ru­chą i dziec­kiem Pierw­szego Impe­rium, A ja rów­nież trwam, razem z całą rodziną, Kości w ścia­nach, kości Pod pod­łogą, kości, które rzu­cają Ten deli­katny cień - pierw­szy i ostatni. Widzę, co nad­cho­dzi, widzę wszystko, co było, A glina mojego ciała poczuła dotyk waszych dłoni, Dawne cie­pło życia, albo­wiem mia­sto, Moje mia­sto wciąż stoi i stoi, I stoi bez ruchu.

Kości w ścia­nach frag­ment ze steli, circa czasy Pierw­szego Impe­rium, autor nie­znany

- Mogę być tą urną.

- Nie chcia­ła­byś tego.

- Ona ma nogi.

- Krót­kie i nie wygląda na to, żeby się poru­szały. Są tylko na pokaz. Pamię­tam takie przed­mioty.

- Ale jest ładna.

- Ona do niej sika.

- Sika? Jesteś tego pewna? Widzia­łaś, jak to robiła?

- Przyj­rzyj się, Ser­watka. W środku są jej siki. Nie chcia­ła­byś być tą urną. Potrze­bu­jesz cze­goś żywego. Naprawdę żywego, z funk­cjo­nu­ją­cymi nogami. Albo skrzy­dłami...

Na­dal do sie­bie szep­tały, gdy Apsa­lar wyjęła z okna ostat­nią kratę i posta­wiła ją na pod­ło­dze. Potem wspięła się na para­pet i obró­ciła bokiem, by chwy­cić za naj­bliż­szy słu­pek dachu.

- Dokąd się wybie­rasz? - zapy­tała Telo­rast.

- Na dach.

- Mamy iść z tobą?

- Nie.

Dziew­czyna pod­cią­gnęła się w górę i już po chwili przy­kuc­nęła na spa­lo­nej słoń­cem gli­nie. Nad jej głową świe­ciły gwiazdy. Do świtu zostało nie­wiele czasu, a mia­sto na dole było ciche i nie­ru­chome, jakby noc zesłała mu śmierć. Ehr­li­tan. Pierw­sze mia­sto, do któ­rego przy­byli w tej kra­inie, w tym mie­ście zaczęła się ich wędrówka. Ich grupa musiała się roz­paść pod cię­ża­rem dźwi­ga­nych brze­mion. Kalam Mekhar, Skrzy­pek, Cro­kus i ona. Och, Cro­kus bar­dzo się roz­gnie­wał, gdy się oka­zało, że ich towa­rzy­sze mają ukryte motywy, że nie cho­dzi im tylko o to, by odpro­wa­dzić ją do domu i napra­wić dawną krzywdę. Był okrop­nie naiwny.

Zasta­na­wiała się, jak mu się powo­dzi. Pomy­ślała, że mogłaby zapy­tać o to Koty­liona, gdy bóg znowu ją odwie­dzi, ale doszła do wnio­sku, że lepiej tego nie robić. Nie byłoby dobrze, gdyby chło­pak na­dal ją obcho­dził. Nawet myśląc o nim, nie osią­gała wiele wię­cej niż otwo­rze­nie bram przed tęsk­notą, pożą­da­niem i żalem.

Musiała myśleć o innych, pil­niej­szych spra­wach. O Mebrze. Życze­nie Tronu Cie­nia się speł­niło, stary szpieg nie żył, choć Apsa­lar nie miała poję­cia, dla­czego bóg tego pra­gnął. Co prawda, Mebra pra­co­wał na wszyst­kie strony, w jed­nej chwili słu­żąc Impe­rium Mala­zań­skiemu, a w następ­nej spra­wie sha'ik. A także... komuś innemu. Toż­sa­mość tej trze­ciej strony była ważna. Apsa­lar podej­rze­wała, że to wła­śnie ona wpły­nęła na decy­zję Tronu Cie­nia.

Bez­i­mienni? Czyżby sem­kow­skiemu skry­to­bójcy roz­ka­zano zatrzeć ślady? Bar­dzo moż­liwe. To miało sens. Semk powie­dział, że miał nie zosta­wić świad­ków. Świad­ków czego? Jakiego rodzaju usługi mógł świad­czyć Bez­i­mien­nym Mebra?

Na razie wstrzy­majmy się z poszu­ki­wa­niem odpo­wie­dzi. Kto jesz­cze wcho­dzi w grę?

W Sied­miu Mia­stach z pew­no­ścią prze­trwali wyznawcy daw­nego kultu Cie­nia, nie­do­bitki pozo­stałe po czyst­kach towa­rzy­szą­cych pod­bo­jowi. Oni rów­nież mogli korzy­stać z licz­nych uzdol­nień Mebry i wyda­wało się bar­dziej praw­do­po­dobne, by przy­cią­gnęli uwagę Tronu Cie­nia i spro­wo­ko­wali jego gniew.

Roz­ka­zano jej zabić Mebrę. Nie powie­dziano jej, dla­czego, ani nie mówiono, by roz­po­częła śledz­two na wła­sną rękę. Suge­ro­wało to, że Tron Cie­nia uwa­żał, iż wie wystar­cza­jąco wiele. To samo doty­czyło Koty­liona. Albo na odwrót, obaj byli żało­śnie nie­świa­domi, a Mebra po pro­stu prze­szedł na inną stronę o jeden raz za dużo.

Na jej liście znaj­do­wały się też inne cele, na pozór przy­pad­kowa kolek­cja imion, bez wyjątku zna­nych jej ze wspo­mnień Koty­liona. Spo­dzie­wała się, że będzie po pro­stu prze­cho­dzić od jed­nego celu do następ­nego, zosta­wia­jąc sobie naj­trud­niej­szy na sam koniec... ale do tego zapewne zostało jej jesz­cze wiele mie­sięcy. Będzie potrze­bo­wała mnó­stwa zręcz­nych manew­rów, by się do niego zbli­żyć. To był bar­dzo nie­bez­pieczny osob­nik i nale­żało go pod­cho­dzić powoli i ostroż­nie. Nie czuła też wobec niego wro­go­ści.

Na tym wła­śnie polega zaję­cie skry­to­bójcy. A opę­ta­nie przez Koty­liona uczy­niło mnie skry­to­bój­czy­nią. Tym i nikim wię­cej. Zabi­ja­łam już i będę zabi­jała w przy­szło­ści. Nie muszę myśleć o niczym innym. To jest pro­ste. To powinno być pro­ste.

Postara się, by takie było.

Jed­nakże z jakiego powodu bóg posta­na­wiał zabić jakie­goś skrom­nego śmier­tel­nika? Iry­tu­jący kamyk w moka­sy­nie. Gałązka ude­rza­jąca w twarz na leśnej ścieżce. Któż by się zasta­na­wiał nad wyrzu­ce­niem z buta kamyka albo nad zła­ma­niem gałązki?

Wygląda na to, że ja, bo to wła­śnie ja jestem ręką boga w tej spra­wie.

Dość już tego. Nie mogę dłu­żej tole­ro­wać tej sła­bo­ści... tej... nie­pew­no­ści. Wyko­naj zada­nie, a potem odejdź. Znik­nij. Znajdź sobie nowe życie.

Ale... jak to się robi?

Był ktoś, kogo mogłaby o to zapy­tać. Prze­by­wał nie­da­leko stąd. Wie­działa o tym, bo wydo­była jego toż­sa­mość ze wspo­mnień Koty­liona.

Pode­szła do skraju dachu i usia­dła na nim z nogami zwie­szo­nymi w dół. Nagle zorien­to­wała się, że ktoś sie­dzi obok.

- I co? - zapy­tał Koty­lion.

- Sem­kow­ski skry­to­bójca pra­cu­jący dla Bez­i­mien­nych wyko­nał zada­nie przede mną.

- Dzi­siej­szej nocy?

- Natknę­łam się na niego, ale nie zdą­ży­łam wypy­tać.

Bóg ski­nął powoli głową.

- Znowu Bez­i­mienni. To nie­spo­dzie­wane. I nie­po­żą­dane.

- A więc to nie z ich powodu chcie­li­ście zabić Mebrę.

- Nie. Stary kult znowu odżywa. Mebra miał ambi­cje zostać wiel­kim kapła­nem. Był naj­lep­szym kan­dy­da­tem. Pozo­sta­łymi się nie przej­mu­jemy.

- Robi­cie porządki.

- Konieczne porządki, Apsa­lar. Czeka nas bija­tyka. Na wielką skalę.

- Rozu­miem.

Przez pewien czas mil­czeli. Wresz­cie Koty­lion odchrząk­nął.

- Nie mia­łem jesz­cze czasu go odwie­dzić, ale wiem, że jest zdrowy, choć ze zro­zu­mia­łych powo­dów przy­gnę­biony.

- W porządku.

Na pewno wyczuł, że wola­łaby na tym poprze­stać, gdyż znowu umilkł.

- Uwol­ni­łaś dwa duchy... - dodał po chwili.

Wzru­szyła ramio­nami.

Koty­lion prze­su­nął z wes­tchnie­niem dło­nią po ciem­nych wło­sach.

- Czy wiesz, kim kie­dyś były?

- Przy­pusz­czam, że zło­dziej­kami.

- Tak, tym rów­nież.

- Tiste Andii?

- Nie, ale sie­działy w tych dwóch cia­łach przez długi czas i... prze­siąk­nęły pew­nymi esen­cjami.

- Aha.

- Są teraz agent­kami Cho­dzą­cego po Kra­wę­dzi. Cie­kawi mnie, co mogą pla­no­wać.

- Na razie wygląda na to, że zado­wa­lają się dotrzy­my­wa­niem mi towa­rzy­stwa.

- Tak. Mam wra­że­nie, że Cho­dzący po Kra­wę­dzi inte­re­suje się tobą z uwagi na nasz dawny... zwią­zek, Apsa­lar.

- Przeze mnie dotrze do cie­bie.

- Naj­wy­raź­niej przy­cią­gną­łem jego uwagę.

- Cho­dzący po Kra­wę­dzi. Ten duch spra­wia wra­że­nie raczej bier­nego - zauwa­żyła.

- Pierw­szy raz spo­tka­li­śmy go w noc naszej ascen­den­cji - rzekł z namy­słem Koty­lion. - Wtedy, gdy prze­szli­śmy do kró­le­stwa Cie­nia. Na jego widok prze­bie­gły mi po ple­cach ciarki i prze­bie­gają do tej pory.

Zer­k­nęła na niego.

- Zupeł­nie się nie nada­jesz na boga, Koty­lio­nie. Wie­dzia­łeś o tym?

- Dzię­kuję za wotum zaufa­nia.

W geście zbli­żo­nym do piesz­czoty musnęła dło­nią jego żuchwę. Zauwa­żyła, że nagle zaczerp­nął tchu i sze­roko otwo­rzył oczy. Nie chciał jed­nak na nią spoj­rzeć. Apsa­lar opu­ściła dłoń.

- Prze­pra­szam. To był mój kolejny błąd. Ostat­nio popeł­niam ich mnó­stwo.

- Nic nie szko­dzi - odparł. - Rozu­miem.

- Naprawdę? Ach tak, oczy­wi­ście rozu­miesz.

- Ukończ swą misję, a nie będę już od cie­bie żądał nic wię­cej. Ani ja, ani Tron Cie­nia.

W jego tonie poja­wiło się coś, co przy­pra­wiło ją o lekki dreszcz. Coś, co brzmiało jak... wyrzuty sumie­nia.

- Rozu­miem. To dobrze. Czuję się zmę­czona. Tym, kim jestem, Koty­lio­nie.

- Wiem o tym.

- Zasta­na­wia­łam się, czy nie nad­ło­żyć tro­chę drogi. Przed następ­nym zada­niem.

- Tak?

- Chcia­łam zaj­rzeć na przy­brzeżny trakt. Na wscho­dzie. Przez Cień to będzie tylko kilka dni.

Spoj­rzał na nią. Zoba­czyła na jego ustach blady uśmie­szek i z jakie­goś tajem­ni­czego powodu ucie­szyło ją to.

- Ach, Apsa­lar... to powinno być zabawne. Pozdrów go ode mnie.

- Mówisz poważ­nie?

- Jak naj­bar­dziej. Trzeba nim tro­chę potrzą­snąć. - Wstał. - Muszę już zni­kać. Zbliża się świt. Bądź ostrożna i nie ufaj tym duchom.

- Kła­mią bar­dzo kiep­sko.

- Znam pew­nego wiel­kiego kapłana, który sto­suje podobną tak­tykę, by zbić prze­ciw­ni­ków z tropu.

Iska­rala Kro­sta. Tym razem to Apsa­lar się uśmiech­nęła, ale nie powie­działa nic, bo Koty­lion zdą­żył już znik­nąć.

Hory­zont na wscho­dzie sta­nął w pło­mie­niach od bla­sku wscho­dzą­cego słońca.

***

- Gdzie się podziała ciem­ność? - zapy­tała Ser­watka.

Apsa­lar stała przy łóżku, spraw­dza­jąc swój zestaw ukry­tych broni. Wkrótce będzie musiała tro­chę się prze­spać - być może dziś po połu­dniu - ale na razie zamie­rzała wyko­rzy­stać świa­tło dnia. W zabój­stwie Mebry przez Semka kryło się coś istot­nego. Koty­lion był wyraź­nie wstrzą­śnięty tym fak­tem. Choć bóg nie pro­sił jej o zba­da­nie sprawy, zamie­rzała poświę­cić na to co naj­mniej dzień albo dwa.

- Wstało słońce, Ser­watka.

- Słońce? Na Otchłań, w tym świe­cie jest słońce? Czy oni osza­leli?

Apsa­lar zer­k­nęła na sku­lo­nego ducha. Roz­pusz­czał się w bla­dym świe­tle. Zwi­nięta w pobli­skim cie­niu Telo­rast patrzyła na to onie­miała z prze­ra­że­nia.

- Kto osza­lał? - zapy­tała Ser­watkę Apsa­lar.

- Oni! Ci, któ­rzy stwo­rzyli to miej­sce!

- Zani­kamy! - wysy­czała Telo­rast. - Co to ozna­cza? Czy prze­sta­niemy ist­nieć?

- Nie wiem - przy­znała Apsa­lar. - Zapewne utra­ci­cie część real­no­ści, zakła­da­jąc, że ją macie, ale to będzie przej­ściowe. Lepiej zostań­cie tutaj i siedź­cie cicho. Wrócę przed zmierz­chem.

- Zmierz­chem! Tak jest, zna­ko­mi­cie, zacze­kamy na zmierzch. Na noc, z którą nadejdą ciem­ność i cie­nie, na coś, co będziemy mogły opę­tać. Tak, strasz­liwa kobieto, zacze­kamy tutaj.

Zeszła na dół, zapła­ciła za następną noc i wyszła na zaku­rzoną ulicę. Pełno już na niej było zmie­rza­ją­cych na targ oby­wa­teli, poga­nia­czy z pory­ku­ją­cymi zwie­rzę­tami, han­dla­rzy pro­wa­dzą­cych za sobą obju­czone muły, wozów obła­do­wa­nych śpie­wa­ją­cymi pta­kami w klat­kach, połciami solo­nego mięsa, albo beczuł­kami z oliwą, zwie­rzę­cym tłusz­czem bądź mio­dem. Sta­rusz­ko­wie dźwi­gali drewno na opał albo kosze z gliną. Prze­py­cha­jąca się przez tłum Apsa­lar zauwa­żyła nagle dwa idące środ­kiem ulicy Czer­wone Mie­cze, które teraz, gdy impe­rium wró­ciło tu z całą mocą, znowu zostały budzą­cymi lęk stró­żami prawa i porządku. Męż­czyźni zmie­rzali w tę samą stronę, co ona i więk­szość ludzi - ku roz­le­głym obo­zom kara­wan poło­żo­nym za murami miej­skimi, tuż na połu­dnie od portu.

Czer­wone Mie­cze szły powoli i wszy­scy omi­jali je sze­ro­kim łukiem. Ich zawa­diacki krok, dło­nie w pan­cer­nych ręka­wi­cach spo­czy­wa­jące na ręko­je­ściach skry­tych w pochwach, nie­owi­nię­tych w tka­ninę jak pod­czas pokoju, tul­wa­rów - wszystko to świad­czyło, że ich aro­gan­cja jest celo­wym, pro­wo­ka­cyj­nym afron­tem. Mimo to nikt nie pró­bo­wał rzu­cać im wyzwa­nia.

Gdy Apsa­lar pra­wie ich dogo­niła, skrę­ciła nagle w boczną uliczkę. Do obo­zów kara­wan wio­dła wię­cej niż jedna trasa.

Jakiś kupiec, który zatrud­niał jako straż­ni­ków Pardu i Grali, wyka­zy­wał nie­zwy­kłe zain­te­re­so­wa­nie obec­no­ścią w mie­ście Tan­cerki Cieni, co z kolei jego rów­nież czy­niło inte­re­su­ją­cym. Być może po pro­stu han­dlo­wał infor­ma­cjami, ale nawet to mogło oka­zać się uży­teczne dla Apsa­lar, acz­kol­wiek nie zamie­rzała mu pła­cić za żadne infor­ma­cje. Zatrud­niał straż­ni­ków pocho­dzą­cych z ple­mion, co suge­ro­wało, że odbywa dłu­gie lądowe podróże po rzadko uczęsz­cza­nych szla­kach łączą­cych ze sobą różne mia­sta. Taki kupiec z pew­no­ścią wie­dział wiele.

Nie­wy­klu­czone, że jego straż­nicy rów­nież.

Apsa­lar dotarła na skraj pierw­szego obozu. Gdyby spoj­rzeć na nie z lotu ptaka, kara­wa­nowe mia­sto wyglą­da­łoby jak nazna­czone dzio­bami po ospie. Kupcy przy­jeż­dżali i odjeż­dżali, nowe obo­zo­wi­ska zastę­po­wały stare, ze szla­ków pro­wa­dzą­cych do mia­sta i z niego sączył się nie­prze­rwany stru­mień wozów, uzbro­jo­nych jeźdź­ców, paster­skich psów i wiel­błą­dów. Skraj mia­sta był miesz­ka­niem pomniej­szych kup­ców, któ­rych pozy­cje wyzna­czała jakaś tajem­ni­cza hie­rar­chia. Cen­trum przy­pa­dało kara­wa­nom o naj­wyż­szym sta­tu­sie.

Apsa­lar wyszła na główną aleję z bocz­nej ścieżki bie­gną­cej mię­dzy namio­tami i roz­po­częła dłu­gie poszu­ki­wa­nia.

Około połu­dnia zna­la­zła tapu i usia­dła przy jed­nym z małych sto­li­ków pod mar­kizą, by zjeść nadziane na rożen kawałki mięsa z owo­cami. Po jej dło­niach spły­wał struż­kami gorący tłuszcz. Zauwa­żyła, że w kupiec­kich obo­zach, które odwie­dziła po przy­by­ciu do mia­sta, panuje widoczne oży­wie­nie. Powsta­nie i wojna naj­wy­raź­niej kiep­sko wpły­wały na inte­resy. Powrót mala­zań­skich rzą­dów był bło­go­sła­wień­stwem dla han­dlu w całej jego chci­wej chwale. Ze wszyst­kich stron Apsa­lar ota­czała eufo­ria. Monety pły­nęły tysią­cem stru­mieni.

Jej wzrok przy­cią­gnęły trzy posta­cie. Stały u wej­ścia do wiel­kiego namiotu, naj­wy­raź­niej kłó­cąc się o klatkę ze szcze­nię­tami. To były dwie kobiety Pardu i jeden z Grali, któ­rych widziała w gospo­dzie. Miała nadzieję, że są zbyt zajęci, by ją zauwa­żyć. Wytarła ręce o uda, wstała i ruszyła przed sie­bie. Wyszła spod mar­kizy i odda­liła się od straż­ni­czek oraz namiotu kupca, trzy­ma­jąc się cieni.

Na razie wystar­czy, że ich zna­la­zła. Zanim spró­buje prze­słu­chać kupca albo jego straż­niczki, cze­kało na nią inne zada­nie.

Długa droga powrotna do gospody minęła bez incy­den­tów. Apsa­lar weszła na schody i skie­ro­wała się do swego pokoju. Było już popo­łu­dnie i jej umysł wypeł­niały myśli o śnie.

- Wró­ciła!

Głos Ser­watki dobie­gał spod drew­nia­nego łoża.

- Czy to ona? - zapy­tała ukryta w tym samym miej­scu Telo­rast.

- Poznaję moka­syny. Widzisz te wszyte brzegi z żelaza? Tamta takich nie miała.

Apsa­lar, ścią­ga­jąc skó­rzane ręka­wice, zasty­gła w pół ruchu.

- Jaka tamta?

- Ta, która była tu przed­tem, przed dzwo­nem...

- Przed dzwo­nem? - zdzi­wiła się Telo­rast. - Ach, to dla­tego biją w te dzwony, teraz rozu­miem. Mie­rzą w ten spo­sób upływ czasu. Tak jest, Nie Apsa­lar, przed dzwo­nem. Nic nie powie­dzia­ły­śmy. Nie wie­dział, że tu jeste­śmy.

- A może to był obe­rży­sta?

- Buty, wytarte od strze­mion i wyszy­wane łuskami z brązu, szły tu i tam. Przy­kuc­nął, by zaj­rzeć pod łóżko, ale oczy­wi­ście nas nie zna­lazł, w ogóle nic nie zna­lazł, bo nie masz ekwi­punku, który mógłby prze­szu­kać...

- A więc to był męż­czy­zna?

- Czy nie powie­dzia­ły­śmy ci tego wcze­śniej? Chyba powie­dzia­ły­śmy, Ser­watka?

- Z pew­no­ścią. Męż­czy­zna w butach, tak jest.

- Jak długo tu był? - zapy­tała Apsa­lar, roz­glą­da­jąc się po izbie. W pokoju nie zosta­wiła nic, co zło­dziej mógłby ukraść, zakła­da­jąc, że intruz rze­czy­wi­ście był zło­dziejem.

- Sto ude­rzeń jego serca.

- Sto sześć, Telo­rast.

- Tak jest, sto sześć.

- Czy wszedł i wyszedł przez drzwi?

- Nie, przez okno. Wyję­łaś kraty, pamię­tasz? Zsu­nął się z dachu, zga­dza się, Telo­rast?

- Albo wdra­pał się tu z zaułka.

- Albo może przy­szedł z innego pokoju, po lewej albo po pra­wej.

Apsa­lar zmarsz­czyła brwi i skrzy­żo­wała ramiona na pier­siach.

- A czy w ogóle przy­szedł przez okno?

- Nie.

- To zna­czy, że przez grotę?

- Tak.

- I to nie był męż­czy­zna - dodała Ser­watka. - To był demon. Wielki, czarny, kudłaty demon z kłami i szpo­nami.

- I w butach - dodała Telo­rast.

- Tak jest. W butach.

Apsa­lar rzu­ciła ręka­wice na sto­lik przy łóżku, a potem się poło­żyła.

- Obudź­cie mnie, jeśli wróci.

- Oczy­wi­ście, Nie Apsa­lar, możesz na nas pole­gać.

***

Kiedy się obu­dziła, było ciemno. Klnąc, usia­dła na łóżku.

- Czy jest już bar­dzo późno?

- Obu­dziła się!

Obok uno­sił się cień Telo­rast, nie­wy­raźna plama o lekko błysz­czą­cych oczach, rysu­jąca się w pół­mroku.

- Naresz­cie! - wyszep­tała Ser­watka, która przy­cup­nęła na para­pe­cie na podo­bień­stwo masz­ka­rona. Obró­ciła głowę, by spoj­rzeć na Apsa­lar. - Minęły już dwa dzwony od śmierci słońca! Chcemy zba­dać oko­licę!

- Świet­nie - zgo­dziła się Apsa­lar, wsta­jąc. - W takim razie chodź­cie za mną.

- A dokąd?

- Z powro­tem do Jen'rahb.

- Och, to okropne miej­sce.

- Nie zaba­wię tam długo.

- To dobrze.

Wzięła ręka­wice, ponow­nie spraw­dziła ukryte bro­nie - ucisk około dwu­dzie­stu pochew i gałek noży świad­czył, że na­dal są przy­tro­czone na swych miej­scach - i ruszyła ku oknu.

- Czy pój­dziemy drogą na gro­bli?

Apsa­lar zatrzy­mała się i popa­trzyła na Ser­watkę.

- Jaką drogą?

Duch przy­lgnął do para­petu i wska­zał przed sie­bie.

- Tą.

U pod­stawy okna zaczy­nała się zro­dzona z cie­nia wizja przy­po­mi­na­jąca akwe­dukt, która bie­gła nad zauł­kiem i budyn­kiem po dru­giej stro­nie, a potem zakrę­cała, wio­dąc ku sercu Jen'rahb. Wyglą­dała na zro­bioną z kamie­nia. Apsa­lar widziała też leżące na niej kamyki oraz kawałki zaprawy.

- Co to jest?

- Nie wiemy.

- Ona wywo­dzi się z Kró­le­stwa Cie­nia, tak? Z pew­no­ścią. W prze­ciw­nym razie nie mogła­bym jej zoba­czyć.

- Och tak. Tak sądzimy. Mam rację, Telo­rast?

- Z całą pew­no­ścią. Albo nie.

- Jak długo już tu jest? - zapy­tała Apsa­lar.

- Pięć­dzie­siąt trzy ude­rze­nia two­jego serca. Już się wybu­dza­łaś. Prawda, Ser­watka? Wybu­dzała się.

- I jęczała. No, raz jęk­nęła. Cicho. To był stłu­miony jęk.

- Nie - zaprze­czyła Telo­rast. - To byłam ja.

Apsa­lar wdra­pała się na okno i - na­dal trzy­ma­jąc się kra­wę­dzi muru - weszła na gro­blę. Poczuła pod sto­pami twardą powierzch­nię.

- Dobra - mruk­nęła wstrzą­śnięta, pusz­cza­jąc się ściany budynku. - Możemy pójść tą drogą.

- Zga­dzamy się.

Prze­szły nad zauł­kiem, budyn­kiem, ulicą, a potem nad ruinami. W oddali maja­czyły wid­mowe wieże. To było mia­sto cieni, ale zupeł­nie nie­po­dobne do tego, jakie widziała poprzed­niej nocy. Pośród gru­zów na dole ryso­wały się nie­wy­raźne zarysy - kanały, w któ­rych błysz­czało coś przy­po­mi­na­ją­cego wodę. Ich brzegi spi­nały ze sobą niskie mosty. W odle­gło­ści kilku tysięcy kro­ków na połu­dniowy wschód wzno­sił się potężny, zwień­czony kopułą pałac, a za nim było widać coś, co mogło być jezio­rem albo sze­roką rzeką. Po wodzie pły­nęły smu­kłe statki o kwa­dra­to­wych żaglach. Drewno, z któ­rego je zro­biono, było czarne jak noc. Apsa­lar zauwa­żyła wyso­kie posta­cie, prze­cho­dzące przez most w odle­gło­ści pięć­dzie­się­ciu kro­ków.

- Poznaję ich! - wysy­czała Telo­rast.

Apsa­lar przy­kuc­nęła. Nagle poczuła się odsło­nięta na tej wyso­kiej gro­bli.

- Tiste Edur!

- Tak - wydy­szała.

- Och, czy nas widzą?

Nie wiem.

Przy­naj­mniej żaden nie wszedł na drogę, którą poko­ny­wały... jak dotąd.

- Chodźmy, to nie­da­leko. Chcę stąd jak naj­prę­dzej znik­nąć.

- Zgoda, och tak, zgoda.

Ser­watka zawa­hała się.

- Ale z dru­giej strony...

- Nie - sprze­ci­wiła się Apsa­lar. - Niczego nie pró­buj, duchu.

- Och, dobra. Cho­dziło mi o to, że w kanale jest ciało.

Niech to szlag.

Apsa­lar pode­szła do niskiego murku i spoj­rzała w dół.

- To nie jest Tiste Edur.

- Nie jest - potwier­dziła Ser­watka. - Z całą pew­no­ścią nie jest, Nie Apsa­lar. Jest podobne do cie­bie, tak jest, do cie­bie. Tylko bar­dziej roz­dęte. Śmierć nastą­piła nie­dawno. Chcemy je...

- Jeśli przy­cią­gnie­cie czy­jąś uwagę, nie ocze­kuj­cie pomocy.

- Ona ma tro­chę racji, Ser­watka. Chodź, oddala się od nas! Zacze­kaj! Nie zosta­wiaj nas tu!

Apsa­lar dotarła do stro­mych scho­dów i zeszła pośpiesz­nie na dół. Gdy tylko zna­la­zła się na jasnej, piasz­czy­stej ziemi, wid­mowe mia­sto znik­nęło. Ujrzała za sobą dwa cie­nie opa­da­jące powoli ku niej.

- Okropne miej­sce - zauwa­żyła Telo­rast.

- Ale tam był tron! - zawo­łała Ser­watka. - Wyczu­łam go! Nad­zwy­czaj roz­koszny tron!

Telo­rast prych­nęła pogar­dli­wie.

- Roz­koszny? Chyba osza­la­łaś. Nic oprócz bólu. Cier­pie­nia. Cho­roby...

- Cisza! - roz­ka­zała Apsa­lar. - Opo­wie­cie mi wię­cej o tym tro­nie, który wyczu­ły­ście, ale póź­niej. Na razie strzeż­cie wej­ścia.

- Potra­fimy to zro­bić. Jeste­śmy bar­dzo dobrymi straż­nicz­kami. Ktoś tam na dole zgi­nął, tak? Czy możemy dostać ciało?

- Nie. Zostań­cie tutaj.

Apsa­lar weszła do czę­ściowo zagrze­ba­nej w ziemi świą­tyni.

Pod­ziemna komora nie wyglą­dała tak, jak ją zosta­wiła. Ciało Semka znik­nęło, a zwłoki Mebry roze­brano do naga, roz­ci­na­jąc ubra­nie. Nie­liczne meble sta­ran­nie zde­mon­to­wano. Apsa­lar zaklęła pod nosem i ruszyła ku wej­ściu do wewnętrz­nego pokoju. Wiszącą w nim przed­tem zasłonę zerwano. W małej izbie - pokoju miesz­kal­nym Mebry - prze­pro­wa­dzono rów­nie sta­ranną rewi­zję. Apsa­lar uważ­nie przyj­rzała się reszt­kom. Brak świa­tła jej nie prze­szka­dzał. Ktoś tu cze­goś szu­kał albo celowo zatarł ślady.

Przy­po­mniał się jej sem­kow­ski skry­to­bójca, który poja­wił się wczo­raj tak nagle. Do tej pory sądziła, że widział, jak pod­bie­gła do wej­ścia, i dla­tego wró­cił. Teraz jed­nak nie była już tego taka pewna. Być może przy­słano go z powro­tem, wyko­nał bowiem jedy­nie połowę zada­nia. Tak czy ina­czej, nie pra­co­wał wczo­raj sam. Postą­piła nie­ostroż­nie, uwa­ża­jąc, że jest ina­czej.

Z zewnętrz­nej kom­naty dobiegł drżący szept.

- Gdzie jesteś?

Apsa­lar wró­ciła do więk­szego pomiesz­cze­nia.

- Co tu robisz, Ser­watka? Kaza­łam wam...

- Zbliża się dwóch ludzi. Dwie kobiety, takie jak ty. I jak my też. Zapo­mnia­łam. Wszyst­kie tu jeste­śmy kobie­tami...

- Znajdź cień i scho­waj się w nim - prze­rwała jej Apsa­lar. - Telo­rast też.

- Nie chcesz, żeby­śmy je zabiły?

- A potra­fi­cie to zro­bić?

- Nie.

- Scho­waj­cie się.

- Dobrze, że posta­no­wi­ły­śmy pil­no­wać tych drzwi, co?

Igno­ru­jąc ducha, Apsa­lar zajęła pozy­cję obok wej­ścia. Wycią­gnęła noże, oparła się ple­cami o pochyły kamień i cze­kała.

Usły­szała ich szyb­kie kroki, szu­ra­nie butami, gdy zatrzy­mały się przy wej­ściu, odde­chy. Potem pierw­sza z nich weszła do środka, trzy­ma­jąc w rękach osło­niętą lampę. Po dro­dze trą­ciła jedno z obra­ca­ją­cych się na zawia­sach skrzy­deł drzwi, wpusz­cza­jąc do środka snop świa­tła. Za nią szła druga kobieta, dzier­żąca w dłoni nagi bułat.

Straż­niczki kara­wa­nowe Pardu.

Apsa­lar pode­szła bli­żej i wbiła sztych szty­letu w łokieć ręki trzy­ma­ją­cej sza­blę. Potem gałką dru­giego noża ude­rzyła ją w skroń.

Kobieta padła na zie­mię, podob­nie jak jej bułat.

Druga odwró­ciła się bły­ska­wicz­nie.

Apsa­lar wypro­wa­dziła wyso­kie kop­nię­cie, tra­fia­jąc ją w poli­czek. Kobieta zato­czyła się do tyłu i wypu­ściła z rąk lampę, która ude­rzyła o ścianę.

Apsa­lar scho­wała noże, pode­szła do oszo­ło­mio­nej straż­niczki i ude­rzyła ją w splot sło­neczny. Kobieta zgięła się wpół, osu­nęła na kolana i zwa­liła na bok, zwi­nięta z bólu.

- To bar­dzo dogodne, bo wła­śnie mia­łam zamiar zadać wam parę pytań - zauwa­żyła Apsa­lar.

Pode­szła do pierw­szej kobiety i spraw­dziła jej stan. Zapewne nie odzy­ska przy­tom­no­ści jesz­cze przez pewien czas. Mimo to Apsa­lar odkop­nęła bułat w kąt, po czym zabrała kobie­cie ukryte pod pachami noże. Następ­nie wró­ciła do dru­giej Pardu. Przy­glą­dała się przez chwilę jęczą­cej, leżą­cej bez ruchu straż­niczce, a potem przy­kuc­nęła i pod­nio­sła ją na nogi.

Zła­pała kobietę za prawą rękę, w któ­rej przed chwilą trzy­mała broń, i gwał­tow­nym ruchem wyrwała łokieć ze stawu.

Pardu krzyk­nęła z bólu.

Apsa­lar zaci­snęła dłoń na gar­dle straż­niczki i wal­nęła nią o ścianę. Głowa kobiety ude­rzyła z trza­skiem o mur. Na ręka­wicę i nad­gar­stek skry­to­bój­czyni spły­nęły wymio­ciny. Przy­ci­snęła Pardu do ściany.

- A teraz odpo­wiesz na moje pyta­nia.

- Pro­szę!

- Prośby nic nie pomogą. Sły­sząc je, staję się okrutna. Jeśli dasz mi zado­wa­la­jące odpo­wie­dzi, może daruję tobie i two­jej przy­ja­ciółce życie. Jasne?

Kobieta ski­nęła głową. Twarz miała usma­ro­waną krwią, a pod pra­wym okiem, gdzie ude­rzył wzmoc­niony żela­zem moka­syn, poja­wiło się podłużne obrzmie­nie.

Apsa­lar wyczuła bli­skość duchów i obej­rzała się przez ramię. Oba zawi­sły nad nie­przy­tomną Pardu.

- Jedna z nas mogłaby ją opę­tać - wyszep­tała Telo­rast.

- Z łatwo­ścią - zgo­dziła się Ser­watka. - Jej umysł jest zamro­czony.

- Nie­obecny.

- Zagu­biony w Otchłani.

- Zrób­cie to - zgo­dziła się Apsa­lar po chwili waha­nia.

- Ja! - wysy­czała Ser­watka.

- Nie, ja! - wark­nęła Telo­rast.

- Ja!

- Ja byłam przy niej pierw­sza!

- Nie­prawda!

- Ja wybiorę - zapro­po­no­wała Apsa­lar. - Zgoda?

- Tak.

- Och tak, ty wybierz, naj­droż­sza pani...

- Znowu się płasz­czysz!

- Nie­prawda!

- Ser­watka - rze­kła Apsa­lar. - Opę­taj ją.

- Wie­dzia­łam, że ją wybie­rzesz!

- Cier­pli­wo­ści, Telo­rast. Noc się jesz­cze nie skoń­czyła.

Kobieta Pardu leżąca obok Apsa­lar zamru­gała. W jej oczach poja­wił się wyraz sza­leń­stwa.

- Z kim roz­ma­wiasz? Co to za język? Kto tu jest...? Nie widzę...

- Twoja lampa zga­sła. Mniej­sza z tym. Powiedz mi, dla kogo pra­cu­jesz.

- Bogo­wie na dole, to boli...

Apsa­lar wycią­gnęła rękę i ponow­nie szarp­nęła wykrę­coną koń­czynę.

Kobieta krzyk­nęła, a potem osu­nęła się nie­przy­tomna pod ścianą.

Apsa­lar pozwo­liła, by Pardu opa­dła do pozy­cji sie­dzą­cej. Potem wyjęła manierkę i chlu­snęła kobie­cie wodą w twarz.

Straż­niczka otwo­rzyła oczy. Wró­ciła do nich świa­do­mość, a wraz z nią prze­ra­że­nie.

- Nie chcę nic sły­szeć o tym, że cię boli - oznaj­miła Apsa­lar. - Opo­wiedz mi o kupcu. Twoim pra­co­dawcy. Czy mam spró­bo­wać raz jesz­cze?

Druga Pardu usia­dła przy wej­ściu, chrząk­nęła kilka razy, a potem splu­nęła krwawą flegmą.

- Ach! - zawo­łała Ser­watka. - Tak lepiej! Och, wszystko mnie boli! Och, ramię!

- Cicho - roz­ka­zała Apsa­lar, ponow­nie sku­pia­jąc uwagę na sie­dzą­cej przed nią kobie­cie. - Nie słynę z cier­pli­wo­ści.

- Gil­dia Kupiecka Try­galle - wydy­szała straż­niczka.

Apsa­lar przy­kuc­nęła powoli. To była zupeł­nie nie­ocze­ki­wana odpo­wiedź.

- Ser­watka, wyłaź z tego ciała.

- Słu­cham?

- Natych­miast.

- I bar­dzo dobrze. Jest całe poła­mane. Ach, naresz­cie koniec z bólem! Tak jest lepiej. Byłam głu­pia!

Telo­rast par­sk­nęła ochry­płym śmie­chem.

- I na­dal jesteś, Ser­watka. Mogłam ci to powie­dzieć. Ona nie była odpo­wied­nia dla cie­bie.

- Dość gada­nia - rzu­ciła Apsa­lar.

Musiała się nad tym zasta­no­wić. Cen­trum ope­ra­cji Gil­dii Kupiec­kiej Try­galle znaj­do­wało się w Daru­dży­sta­nie. Minęło wiele czasu, odkąd kupiec odwie­dził frag­ment Kró­le­stwa Cie­nia, dostar­cza­jąc Skrzyp­kowi poci­ski Moran­thów. Zakła­da­jąc, że to rze­czy­wi­ście była ta sama kara­wana. Apsa­lar podej­rze­wała, że tak jest. Kupcy z Try­galle sku­py­wali cenne przed­mioty i infor­ma­cje i wyda­wało się teraz oczy­wi­ste, że mieli do wyko­na­nia w Sied­miu Mia­stach wię­cej niż jedną misję. Z dru­giej strony być może po pro­stu wypo­czy­wali w mie­ście - podróż przez groty była bar­dzo męcząca - i będący zara­zem magiem kupiec pole­cił swym straż­nicz­kom zdo­by­wać wszel­kie nie­zwy­kłe infor­ma­cje. Nie mogła jed­nak być tego pewna.

- Ten kupiec. Co go spro­wa­dziło do Ehr­li­tanu? A może to była ona?

Wokół pra­wego oka Pardu zamy­kała się opu­chli­zna.

- On.

- Jak się nazywa?

- Kar­po­lan Deme­sand.

Usły­szaw­szy to imię, Apsa­lar pozwo­liła sobie na lek­kie ski­nie­nie głową.

- Mie­li­śmy coś dostar­czyć... hmm, my, straż­nicy jeste­śmy udzia­łow­cami...

- Wiem, na jakich zasa­dach działa Gil­dia Kupiecka Try­galle. Mówisz, że mie­li­ście coś dostar­czyć.

- Tak, Col­ta­ine'owi. Pod­czas Sznura Psów.

- To już dość dawno temu.

- Tak. Prze­pra­szam, z powodu bólu trudno mi mówić.

- Jeśli nie będziesz mówić, będzie bolało bar­dziej.

Kobieta skrzy­wiła się. Minęła chwila, nim Apsa­lar uświa­do­miła sobie, że to uśmiech.

- Nie wąt­pię, Tan­cerko Cieni. Tak, było coś wię­cej. Kamie­nie do ołta­rza.

- Słu­cham?

- Gła­dzone kamie­nie do wyło­że­nia świę­tej sadzawki...

- Tu, w Ehr­li­ta­nie?

Kobieta pokrę­ciła głową, a potem skrzy­wiła się z bólu.

- Nie, w Y'Gha­ta­nie.

- Jedzie­cie tam czy wra­ca­cie?

- Wra­camy. Do celu zawsze wędru­jemy przez groty. Chcie­li­śmy... hmm... odpo­cząć.

- To zna­czy, że Kar­po­lan Deme­sand tylko prze­lot­nie zain­te­re­so­wał się Tan­cerką Cieni?

- On stara się wie­dzieć... wszystko. Infor­ma­cja jest dla nas cenna. Nikt nie lubi mieć tyl­nej straży pod­czas Jazdy.

- Jazdy?

- Przez groty. To... nie­bez­pieczne.

Też tak sądzę.

- Prze­każ­cie swemu pryn­cy­pa­łowi, że ta Tan­cerka Cieni nie życzy sobie jego uwagi - zażą­dała Apsa­lar.

Pardu ski­nęła głową.

Apsa­lar wypro­sto­wała się.

- To by było wszystko.

Oparta o ścianę kobieta wzdry­gnęła się. Zasło­niła twarz lewym przed­ra­mie­niem.

Skry­to­bój­czyni przyj­rzała się jej, zasta­na­wia­jąc się, co ją tak prze­stra­szyło.

- Teraz już rozu­miemy ten język - oznaj­miła Telo­rast. - Sądzi, że ją zabi­jesz. Zro­bisz to, prawda?

- Nie. To powinno być oczy­wi­ste. Kaza­łam jej, żeby prze­ka­zała wia­do­mość swo­jemu pryn­cy­pa­łowi.

- Ona nie myśli jasno - dodała Ser­watka. - Poza tym, cóż mogłoby być lep­szym ostrze­że­niem niż dwa trupy?

Apsa­lar wes­tchnęła.

- Co was spro­wa­dziło tutaj? - zapy­tała kobietę. - Do Mebry?

- Chcia­ły­śmy kupić infor­ma­cje... - odparła straż­niczka stłu­mio­nym przez przed­ra­mię gło­sem. - Ale on nie żyje.

- Jakie infor­ma­cje?

- Wszyst­kie. O tym, co się tu dzieje. Co tylko miałby na sprze­daż. Ale ty go zabi­łaś...

- Nie. Ja tego nie zro­bi­łam. By zawrzeć pokój z waszym pryn­cy­pa­łem, powiem wam prawdę: Mebrę zamor­do­wał skry­to­bójca przy­słany przez Bez­i­mien­nych. Nie tor­tu­ro­wał go. To było pro­ste zabój­stwo. Bez­i­mien­nym nie cho­dziło o infor­ma­cje.

Jedyne widoczne oko straż­niczki wyj­rzało zza osłony nad­garstka, spo­glą­da­jąc na Apsa­lar.

- Bez­i­mienni? Niech nas Sie­dem Świę­tych broni!

- A teraz potrze­buję chwili - oznaj­miła Apsa­lar, wycią­ga­jąc nóż.

Ude­rzyła mocno kobietę w skroń gałką ręko­je­ści noża. Oko Pardu ucie­kło w głąb czaszki, a ciało osu­nęło się bez­wład­nie.

- Będzie żyła? - zapy­tała Telo­rast, pod­peł­za­jąc bli­żej.

- Zostaw ją w spo­koju.

- Kiedy się ock­nie, może nic nie pamię­tać.

- Nie szko­dzi - odparła Apsa­lar, cho­wa­jąc nóż. - Jej pra­co­dawca i tak wycią­gnie z niej wszystko, co potrze­buje wie­dzieć.

- Jest cza­ro­dzie­jem? Ach, wspo­mi­nała, że wędrują przez groty. To ryzy­kowne. Ten Kar­po­lan Deme­sand z pew­no­ścią włada potężną magią. Zyska­łaś nie­bez­piecz­nego wroga.

- Nie sądzę, by chciał się na mnie mścić, Telo­rast. Daro­wa­łam jego pra­cow­ni­com życie i podzie­li­łam się z nim cenną infor­ma­cją.

- A co z tablicz­kami? - zapy­tała Ser­watka.

- Jakimi tablicz­kami? - zdzi­wiła się Apsa­lar, odwra­ca­jąc się w jej stronę.

- Tymi, które są ukryte pod pod­łogą.

- Pokaż mi.

Cień prze­su­nął się w stronę nagiego trupa Mebry.

- Pod nim. Pod kamie­niem jest tajny scho­wek. Twarda glina, nie­koń­czące się wykazy. To zapewne nic waż­nego.

Apsa­lar prze­to­czyła zwłoki na bok. Kamień dało się łatwo wyrwać. Zdzi­wiła ją nie­dba­łość prze­szu­ku­ją­cych. Ale z dru­giej strony być może Mebra zdą­żył wybrać miej­sce, w któ­rym umrze. Leżał dokład­nie na schowku. Pod pod­łogą wyko­pano mały dół i wypeł­niono go gli­nia­nymi tablicz­kami. W kącie stał wil­gotny worek z mokrą gliną. Obok leżało sześć kościa­nych rysi­ków zwią­za­nych sznur­kiem.

Apsa­lar wstała i poszła po lampę. Gdy ude­rzyła nią o ścianę, osłona się zamknęła i pło­mień na­dal się palił. Dziew­czyna pocią­gnęła za górny pier­ścień, by unieść nieco zasłonę. Wró­ciła do schowka, wyjęła kil­ka­na­ście tabli­czek z wierz­chu, usia­dła ze skrzy­żo­wa­nymi nogami w małym kręgu świa­tła i zaczęła czy­tać.

Na Wiel­kim Spo­tka­niu Kultu Rashan byli obecni Brid­thok z G'danis­banu, Sep­thune Ana­bhin z Omari, Sra­dal Pur­thu z Y'Gha­tanu oraz Tora­ha­val Delat z Kara­shi­mesh. Wszystko to głupcy i szar­la­tani, choć trzeba przy­znać, że Sra­dal jest nie­bez­piecz­nym głup­cem. Tora­ha­val to suka. Nie ma poczu­cia humoru swego brata ani nie jest nawet w przy­bli­że­niu tak groźna jak on. Dla niej to tylko zabawa, ale będzie zna­ko­mitą figu­rantką. Do wiel­kiej kapłanki o jej uwo­dzi­ciel­skim uroku ako­lici napłyną sze­ro­kim stru­mie­niem. Jeśli zaś cho­dzi o Sep­thune'a i Brid­thoka, ten drugi jest moim naj­groź­niej­szym rywa­lem. Mocno polega na swym pokre­wień­stwie z tym sza­leń­cem Bidi­tha­lem, ale znam jego sła­bo­ści i wkrótce nie­szczę­śliwy wypa­dek wyeli­mi­nuje go z ostat­niego gło­so­wa­nia. Sep­thune to uro­dzony pod­władny. Nie ma potrzeby mówić o nim nic wię­cej.

Imiona dwojga spo­śród wymie­nio­nych człon­ków kultu figu­ro­wały na liście celów Apsa­lar. Zapa­mię­tała sobie pozo­stałe, na wypa­dek gdyby nada­rzyła się oka­zja.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Dra­ma­tis Per­so­nae

Mala­zań­czycy:

Cesa­rzowa Laseen: wład­czyni Impe­rium Mala­zań­skiego

Przy­boczna Tavore: dowo­dząca jedną z mala­zań­skich armii

Pięść Keneb: dowódca dywi­zji

Pięść Bli­stig: dowódca dywi­zji

Pięść Tene Baralta: dowódca dywi­zji

Pięść Temul: dowódca dywi­zji

Nul: wic­kań­ski czar­no­księż­nik

Nadir: wic­kań­ska cza­row­nica

T'jan­tar: adiu­tantka Tavore

Lostara Yil: towa­rzyszka Perły

Perła: szpon

Nok: admi­rał Floty Impe­rial­nej

Bana­schar: były kapłan D'rek

Hel­lian: sier­żant straży miej­skiej w Kar­to­olu

Urb: straż­nik miej­ski w Kar­to­olu

Bez­dech: straż­nik miej­ski w Kar­to­olu

Obra­żal­ski: straż­nik miej­ski w Kar­to­olu

Szybki Ben: wielki mag

Kalam Mekhar: skry­to­bójca

Pędrak: znajda

Wybrani żoł­nie­rze z Czter­na­stej Armii

Kapi­tan Milu­tek: Pułk Ashocki

Porucz­nik Pryszcz: Pułk Ashocki

Kapi­tan Fara­dan Sort

Sier­żant Skrzy­pek/Struna

Kapral Tarcz

Mątwa

Flaszka

Koryk

Śmieszka

Sier­żant Gesler

Kapral Chmura

Star­szy sier­żant Wyłam Ząb

Moż­liwe

Lut­nia

Ebron

Sinn

Okruch

Sier­żant Bal­sam

Kapral Tru­pi­smród

Rze­zi­gar­dzioł

Masan Gilani

Inni

Bara­thol Mekhar: kowal

Kulat: wie­śniak

Nul­liss: wie­śniaczka

Hay­rith: wie­śniaczka

Chaur: wie­śniak

Noto Czy­rak: cyru­lik (uzdro­wi­ciel) kom­pa­nii w Zastę­pie Jed­no­rę­kiego

Hur­lo­chel: zwia­dowca w Zastę­pie Jed­no­rę­kiego

Kapi­tan Słodka struga: ofi­cer w Zastę­pie Jed­no­rę­kiego

Kapral Futh­gar: pod­ofi­cer w Zastę­pie Jed­no­rę­kiego

Pięść Rythe Bude: ofi­cer w Zastę­pie Jed­no­rę­kiego

Ormu­lo­gun: arty­sta

Gum­ble: jego kry­tyk

Apsa­lar: skry­to­bój­czyni

Telo­rast: duch

Ser­watka: duch

Samar Dev: cza­row­nica z Uga­ratu

Karsa Orlong: teblor­ski wojow­nik

Ganath: Jaghutka

Zło­śli­wość: jed­no­po­chwy­cona, sio­stra Pani Zawi­ści

Corabb Bhi­lan Thenu'alas

Leoman od Cepów: ostatni dowódca bun­tow­ni­ków

Kapi­tan Wró­blik: straż­niczka miej­ska z Y'Gha­tanu

Kar­po­lan Deme­sand: z Gil­dii Kupiec­kiej Try­galle

Tora­ha­val Delat: kapłanka Poliel

Nożow­nik: daw­niej Cro­kus z Daru­dży­stanu

Hebo­ric Wid­mo­wo­ręki: Boży Jeź­dziec Tre­acha

Scil­lara: ucie­ki­nierka z Raraku

Feli­sin Młod­sza: ucie­ki­nierka z Raraku

Szara Żaba: demon

Mappo Konus: Trell

Ica­rium: Jhag

Iska­ral Krost: kapłan Cie­nia

Mogora: d'ivers

Tara­lack Veed: Gral, agent Bez­i­mien­nych

Dejim Nebrahl: d'ivers z cza­sów Pierw­szego Impe­rium, t'rol­ba­rahl

Trull Sen­gar: Tiste Edur

Onrack Strza­skany: nie­zwią­zany T'lan Imass

Ibra Gho­lan: T'lan Imass

Monok Ochem: rzu­ca­jący kości T'lan Imas­sów

Minala: głów­no­do­wo­dząca Kom­pa­nii Cie­nia

Tomad Sen­gar: Tiste Edur

Piór­kowa Wiedźma: lethe­ryj­ska nie­wol­nica

Atri preda Yan Tovis (Pomroka): ofi­cer w lethe­ryj­skiej armii

Kapi­tan Varat Taun: ofi­cer słu­żący pod roz­ka­zami Pomroki

Taxi­la­nin: tłu­macz

Ahl­rada Ahn: szpieg Tiste Andii mię­dzy Tiste Edur

Sath­baro Ran­gar: ara­pay­ski czar­no­księż­nik

Pro­log

1164 rok snu Pożogi Istral'fen­ni­dahn, pora D'rek, Robaka Jesieni Dwa­dzie­ścia cztery dni po egze­ku­cji sha'ik na Raraku

Wysoko w górze lśniły płachty paję­czyn łączą­cych wieże. Ich potężne nici drżały na lek­kiej, wie­ją­cej od morza bry­zie i jak co rano pod­czas Czy­stej Pory na Kar­tool opa­dała lekka mżawka.

Do więk­szo­ści rze­czy można się w końcu przy­zwy­czaić, a ponie­waż to pająki, paralty w żółte pasy, pierw­sze zajęły okryte ongiś zło­wrogą sławą wieże po pod­boju wyspy przez Mala­zań­czy­ków, od któ­rego to wyda­rze­nia minęły już dzie­się­cio­le­cia, miesz­kańcy Kar­to­olu mieli wiele czasu, by do tego przy­wyk­nąć. Obec­nie nawet widok mew i gołębi, które co rano wisiały nie­ru­chomo mię­dzy dzie­siąt­kami wież, cze­ka­jąc, aż wiel­kie jak pię­ści pająki wyjdą ze swych kry­jó­wek na wyż­szych pię­trach, by zabrać zdo­bycz, budził w tubyl­cach tylko lekką odrazę.

Nie­stety, sier­żant Hel­lian, słu­żąca w straży miej­skiej w Dziel­nicy Sep­tar­chii, była wyjąt­kiem. Podej­rze­wała, że jacyś bogo­wie zwi­jają się w nie­ustan­nych kon­wul­sjach ze śmie­chu nad jej losem, za który z całą pew­no­ścią byli odpo­wie­dzialni. Uro­dziła się w tym mie­ście, obcią­żona klą­twą stra­chu przed wszel­kiego rodzaju pają­kami, i całe dzie­więt­na­ście lat jej życia było pasmem cią­głego prze­ra­że­nia.

Czemu po pro­stu stąd nie wyje­chać? Towa­rzy­sze i zna­jomi zada­wali jej to pyta­nie wię­cej razy, niż mogła zli­czyć. To jed­nak nie było takie pro­ste. W grun­cie rze­czy było nie­moż­liwe. W męt­nych wodach zatoki uno­siły się wylinki, frag­menty paję­czyn, a tu i ówdzie rów­nież nasiąk­nięte wodą tru­chła, z któ­rych ster­czały kępy piór. Na lądzie było jesz­cze gorzej. Po ucieczce z mia­sta przed star­szymi pobra­tym­cami młode paralty dora­stały na wapien­nych urwi­skach ota­cza­ją­cych Kar­tool. I choć nie osią­gnęły jesz­cze doj­rza­ło­ści, wcale nie były z tego powodu mniej agre­sywne i jado­wite. Kupcy i wie­śniacy zapew­niali Hel­lian, że można wędro­wać ścież­kami i trak­tami wokół mia­sta przez całe dni, nie napo­ty­ka­jąc ani jed­nego pająka, ale dziew­czyny to nie uspo­ka­jało. Wie­działa, że bogo­wie cze­kają. Tak samo jak pająki.

Gdy sier­żant była trzeźwa, obser­wo­wała oto­cze­nie z pilną uwagą, jak przy­stało miej­skiej straż­niczce. Choć nie była bez prze­rwy pijana, cał­ko­wita trzeź­wość zawsze gro­ziła jej histe­rią. Dla­tego Hel­lian była zmu­szona wiecz­nie stą­pać po drżą­cej linie mię­dzy trzeź­wo­ścią a upo­je­niem. Z tego powodu nic nie wie­działa o nie­zwy­kłym żaglowcu, który przed zacho­dem słońca zacu­mo­wał w Wol­nym Por­cie. Na jego masz­tach powie­wały ban­dery wska­zu­jące, że przy­bywa z Malazu.

Przy­pły­wa­jące stam­tąd statki same w sobie nie były czymś nad­zwy­czaj­nym, nade­szła już jed­nak jesień i wie­jące pod­czas Czy­stej Pory wia­try spra­wiły, że nie­mal wszyst­kie szlaki mor­skie na połu­dniu nie będą żeglowne przez co naj­mniej dwa naj­bliż­sze mie­siące.

Gdyby Hel­lian miała kla­row­niej­sze spoj­rze­nie, mogłaby rów­nież zauwa­żyć - pod warun­kiem, że wybra­łaby się do portu, do czego być może uda­łoby się ją zmu­sić pod groźbą mie­cza - że nie była to zwy­kła barka czy sta­tek kupiecki, ani nawet wojenna dro­mona, lecz smu­kły lekki żaglo­wiec, zbu­do­wany w stylu nie­uży­wa­nym przez impe­rial­nych szkut­ni­ków od pięć­dzie­się­ciu lat. Ostry jak klinga mie­cza dziób zdo­biły tajem­ni­cze pła­sko­rzeźby. Wyobra­żono na nich maleń­kie węże oraz robaki, wyjąt­kowo dłu­gie, się­ga­jące pra­wie do połowy dłu­go­ści okrętu. Kwa­dra­towa rufa była dziw­nie wysoka. Z boku zamon­to­wano w niej wio­sło ste­rowe. Zło­żona z kil­ku­na­stu ludzi załoga zacho­wy­wała się cicho jak na mary­na­rzy. Żaden z nich nie miał zbyt­niej ochoty opusz­czać pokładu koły­szą­cego się u nabrzeża żaglowca. Tylko jeden czło­wiek zszedł na ląd krótko przed świ­tem, zaraz po opusz­cze­niu trapu.

Hel­lian poznała wszyst­kie te szcze­góły dopiero póź­niej. Goniec, który ją odna­lazł, był miej­sco­wym urwi­sem, który - gdy nie był zajęty łama­niem prawa - wałę­sał się po por­cie w nadziei, że goście wynajmą go jako prze­wod­nika. Wrę­czył jej kartę papieru - sądząc po dotyku, wyso­kiej jako­ści. Napi­sano na niej krótką wia­do­mość. Prze­czy­taw­szy ją, Hel­lian skrzy­wiła się z nie­za­do­wo­le­niem.

- No dobra, chłop­cze, opisz mi czło­wieka, który ci to dał.

- Nie potra­fię.

Sier­żant obej­rzała się na trzech miej­skich straż­ni­ków, któ­rzy zatrzy­mali się za nią na rogu. Jeden zła­pał chło­paka za tył wystrzę­pio­nej bluzy, uniósł go i potrzą­snął nim lekko.

- Odświe­ży­łeś sobie pamięć? - zapy­tała Hel­lian. - Mam nadzieję, że tak, bo nie zamie­rzam ci pła­cić.

- Nie pamię­tam! Patrzy­łem mu pro­sto w twarz, pani sier­żant! Ale... nie pamię­tam, jak wyglą­dał!

Przez chwilę patrzyła uważ­nie na chło­paka, a potem odwró­ciła się od niego z chrząk­nię­ciem.

Straż­nik posta­wił urwisa na ziemi, ale nie zwol­nił uchwytu.

- Puść go, Urb.

Chło­pak umknął pośpiesz­nie.

Hel­lian ski­nęła dys­kret­nie na swych ludzi, naka­zu­jąc im iść za sobą.

Dziel­nica Sep­tar­chii była naj­spo­koj­niej­szą czę­ścią mia­sta, choć nie na sku­tek jakichś szcze­gól­nych sta­rań Hel­lian. Było tam nie­wiele han­dlo­wych budyn­ków, a nie­liczne miesz­kalne kamie­nice zaj­mo­wali ako­lici i służba z kil­ku­na­stu świą­tyń wycho­dzą­cych na główną aleję dziel­nicy. Zło­dzieje, któ­rzy pra­gnęli zacho­wać życie, nie okra­dali świą­tyń.

Sier­żant weszła ze swą dru­żyną w aleję, po raz kolejny zauwa­ża­jąc, że wiele świą­tyń popada w ruinę. Paralty lubiły zdobną archi­tek­turę, kopuły i niskie wieże. Wyglą­dało na to, że kapłani prze­gry­wają tę wojnę. Gdy straż­nicy szli aleją, pod ich sto­pami chrzę­ściły chi­ty­nowe odpadki.

Przed wielu laty pierw­sza noc Istral'fen­ni­dahn, która wła­śnie minęła, byłaby sygna­łem do obej­mu­ją­cej całą wyspę fety, peł­nej ofiar skła­da­nych bogini patronce Kar­to­olu - D'rek, Roba­kowi Jesieni. Arcy­ka­płan z Wiel­kiej Świą­tyni, Pół­drek, popro­wa­dziłby przez mia­sto pro­ce­sję kro­czącą po żyznych odpad­kach, odko­pu­jąc bosymi sto­pami oble­pione roba­kami i czer­wiami śmieci. Dzieci gania­łyby po zauł­kach kulawe psy, a gdyby udało się im któ­re­goś zła­pać, uka­mie­no­wa­łyby go, wykrzy­ku­jąc imię bogini. Ska­za­nych na śmierć prze­stęp­ców publicz­nie obdzie­rano by ze skóry i łamano im dłu­gie kości nóg. Potem nie­szczę­sne ofiary wrzu­cano by do dołów roją­cych się od padli­no­żer­nych chrząsz­czy i czer­wo­nych roba­ków ognio­wych, które pożar­łyby je w ciągu jakichś czte­rech, pię­ciu dni.

Wszystko to, rzecz jasna, działo się przed mala­zań­skim pod­bo­jem. Zasad­ni­czym celem cesa­rza stało się ude­rze­nie w kult D'rek. Kel­la­nved świet­nie zda­wał sobie sprawę, że ser­cem potęgi Kar­to­olu jest Wielka Świą­ty­nia, a naj­po­tęż­niejsi cza­ro­dzieje wyspy są kapła­nami i kapłan­kami D'rek, wyko­nu­ją­cymi roz­kazy Pół­dreka. Co wię­cej, nie było przy­pad­kiem, że rzeź, do któ­rej doszło nocy poprze­dza­ją­cej bitwę mor­ską i lądo­wa­nie mala­zań­skich wojsk, kie­ro­wana przez osła­wio­nego Tan­ce­rza oraz Gburkę, wład­czy­nię szpo­nów, pochło­nęła tak wielu cza­ro­dzie­jów kultu, w tym rów­nież samego Pół­dreka. Arcy­ka­płan Wiel­kiej Świą­tyni zdo­był swą pozy­cję dopiero nie­dawno, drogą nagłego prze­wrotu, a jego oba­lo­nym rywa­lem był nie kto inny, jak Tay­schrenn, pod­ów­czas nowy wielki mag cesa­rza.

Hel­lian znała owe uro­czy­sto­ści jedy­nie ze sły­sze­nia, jako że ich urzą­dza­nia zaka­zano, gdy tylko mala­zań­scy oku­panci przy­kryli wyspę impe­rial­nym płasz­czem. Mimo to czę­sto opo­wia­dano jej o daw­nych dniach chwały, gdy wyspa Kar­tool stała u szczytu cywi­li­za­cji.

Wszy­scy się zga­dzali, że za jej obecny, żało­sny stan winę pono­szą Mala­zań­czycy. Dla przy­gnę­bio­nych miesz­kań­ców wyspy rze­czy­wi­ście nastała jesień. W końcu zmiaż­dżono nie tylko kult D'rek. Znie­siono też nie­wol­nic­two, a doły stra­ceń zasy­pano po uprzed­nim sta­ran­nym oczysz­cze­niu. W mie­ście był nawet budy­nek, w któ­rym miesz­kało około dwu­dzie­stu spro­wa­dzo­nych na złą drogę altru­istów opie­ku­ją­cych się kula­wymi psami.

Minęli skromną świą­ty­nię Kró­lo­wej Snów. Naprze­ciwko niej przy­cup­nęła ota­czana powszechną nie­na­wi­ścią Świą­ty­nia Cieni. W daw­nych cza­sach w Kar­to­olu uzna­wano tylko sie­dem legal­nych reli­gii, a sześć z nich pod­le­gało kul­towi D'rek. Stąd wła­śnie wzięła się nazwa Dziel­nicy Sep­tar­chii. Soliel, Poliel, Beru, Pożoga, Kap­tur i Fener. Od czasu pod­boju zja­wili się tu następni bogo­wie: wyżej wymie­nieni, a także Des­sem­brae, Togg oraz Oponn. A Wielka Świą­ty­nia D'rek, choć na­dal pozo­sta­wała naj­więk­szym gma­chem w mie­ście, była w żało­snym sta­nie.

Sto­jący na sze­ro­kich scho­dach przed wej­ściem męż­czy­zna był odziany w strój mala­zań­skiego mary­na­rza: wybla­kłe, impre­gno­wane skóry oraz cienką, zno­szoną koszulę z wystrzę­pio­nego płótna. Ciemne włosy zwią­zał w opa­da­jący na plecy kucyk. Nie nosił w nich żad­nych ozdób. Nie­zna­jomy usły­szał kroki i zwró­cił się w stronę nad­cho­dzą­cych. Był w śred­nim wieku i miał zwy­czajną, dobro­duszną twarz, choć w jego oczach dostrze­gało się oso­bliwy błysk.

Hel­lian zaczerp­nęła głę­boko tchu, żeby roz­ja­śnić zamro­czony alko­ho­lem umysł. Potem unio­sła list.

- Ty to napi­sa­łeś, jak sądzę?

Męż­czy­zna ski­nął głową.

- Ty dowo­dzisz strażą w tej dziel­nicy?

- Sier­żant Hel­lian - przed­sta­wiła się z uśmie­chem. - Kapi­tan umarł w zeszłym roku z powodu zaka­że­nia stopy. Na­dal cze­kamy na następcę.

Nie­zna­jomy uniósł brwi w wyra­zie iro­nii.

- Nie liczysz na awans, sier­żan­cie? To suge­ruje, że ważną cechą kapi­tana powinna być trzeź­wość.

- Infor­mu­jesz nas, że w Wiel­kiej Świą­tyni coś się dzieje - rze­kła Hel­lian, igno­ru­jąc nie­uprzejmą uwagę roz­mówcy.

Odwró­ciła się, by spoj­rzeć na potężny gmach. Dwu­skrzy­dłowe drzwi były zamknięte. Zmarsz­czyła brwi na ten widok. W tym aku­rat dniu to było cał­ko­wi­cie bez­pre­ce­den­sowe.

- Mam takie wra­że­nie, sier­żan­cie - potwier­dził męż­czy­zna.

- Czy przy­sze­dłeś tu pokło­nić się D'rek? - zapy­tała dziew­czyna. Przez spo­wi­ja­jącą ją mgiełkę alko­holu zaczął się prze­bi­jać lekki nie­po­kój. - Czy drzwi są zamknięte? Jak się nazy­wasz i skąd pocho­dzisz?

- Jestem Bana­schar z wyspy Malaz. Przy­pły­nę­li­śmy do mia­sta dziś rano.

Jeden z towa­rzy­szą­cych jej straż­ni­ków chrząk­nął. Hel­lian zasta­no­wiła się nad sło­wami Bana­schara. Potem przyj­rzała się mu nieco uważ­niej.

- Stat­kiem? O tej porze roku?

- Śpie­szy­li­śmy się ze wszyst­kich sił. Sier­żan­cie, jestem prze­ko­nany, że musimy się wła­mać do Wiel­kiej Świą­tyni.

- Czemu po pro­stu nie zapu­kać?

- Pró­bo­wa­łem - odparł Bana­schar. - Nikt nie otwiera.

Hel­lian zawa­hała się.

Wła­mać się do Wiel­kiej Świą­tyni? Pięść utnie mi cycki i usmaży je na patelni.

- Na scho­dach leżą mar­twe pająki - ode­zwał się nagle Urb.

Wszy­scy się odwró­cili.

- Kap­tu­rze, bło­go­sław - mruk­nęła Hel­lian. - Jest ich cała masa.

Zacie­ka­wiona pode­szła bli­żej. Bana­schar podą­żył za nią, a po chwili to samo uczy­niła reszta dru­żyny.

- Wyglą­dają na...

Potrzą­snęła głową.

- Roz­ło­żone - dokoń­czył Bana­schar. - Zgniłe. Sier­żan­cie, weźmy się, pro­szę, za te drzwi.

Hel­lian wciąż się wahała. Nagle przy­szła jej do głowy pewna myśl. Prze­szyła męż­czy­znę nie­uf­nym spoj­rze­niem.

- Napi­sa­łeś, że musimy tu dotrzeć jak naj­szyb­ciej? Dla­czego? Czy jesteś ako­litą D'rek? Nie wyglą­dasz na to. Co cię tu spro­wa­dziło?

- Prze­czu­cie, sier­żan­cie. Przed wielu laty byłem kapła­nem D'rek... w jaka­ta­kań­skiej świą­tyni na wyspie Malaz.

- Prze­czu­cie spro­wa­dziło cię aż do Kar­to­olu? Masz mnie za głu­pią?

W oczach męż­czy­zny bły­snął gniew.

- Widzę, że jesteś zbyt pijana, żeby poczuć zapach, który ja czuję. - Zer­k­nął na pozo­sta­łych straż­ni­ków. - Czy dzie­li­cie nie­do­statki swo­jego sier­żanta, czy może jestem w tej spra­wie osa­mot­niony?

Urb zmarsz­czył brwi.

- Sier­żan­cie, uwa­żam, że powin­ni­śmy roz­wa­lić te drzwi - stwier­dził po chwili.

- To zrób to, do cho­lery!

Przy­glą­dała się, jak jej ludzie wywa­żają drzwi. Hałas przy­cią­gnął spory tłu­mek i Hel­lian zauwa­żyła, że na jego czoło wysu­nęła się wysoka kobieta w sza­tach kapłanki, która z pew­no­ścią przy­szła tu z któ­rejś z pozo­sta­łych świą­tyń.

No tak. I co teraz?

Kobieta patrzyła jed­nak tylko na Bana­schara. Ten rów­nież ją zauwa­żył i odwza­jem­nił spo­koj­nie jej spoj­rze­nie. Jego nie­ru­choma twarz nic nie wyra­żała.

- Co ty tu robisz? - zapy­tała kobieta.

- Nic nie wyczu­łaś, wielka kapłanko? Widzę, że samo­za­do­wo­le­nie jest cho­robą, która szybko się sze­rzy.

Kobieta prze­nio­sła spoj­rze­nie na roz­wa­la­ją­cych drzwi straż­ni­ków.

- Co tu się stało?

Prawe skrzy­dło drzwi w końcu pękło i prze­wró­cono je ostat­nim kop­nia­kiem.

Hel­lian ski­nęła na Urba, naka­zu­jąc mu wejść do środka. Potem podą­żyła za nim. Tuż za nią szedł Bana­schar.

Smród był potworny. W pół­mroku było widać wiel­kie plamy krwi na ścia­nach, ochłapy mięsa wala­jące się na gła­dzo­nej posadzce oraz kałuże żółci, krwi i kału, a także strzępki ubrań i kępki wło­sów.

Urb posta­wił tylko dwa kroki i sta­nął jak wryty, gapiąc się na to, w co wdep­nął. Hel­lian go omi­nęła. Jej ręka odru­chowo się­gnęła po manierkę u pasa, ale powstrzy­mała ją dłoń Bana­schara.

- Nie tutaj - powie­dział męż­czy­zna.

Odtrą­ciła go bru­tal­nie.

- Idź do Kap­tura! - wark­nęła.

Wycią­gnęła manierkę, wyjęła zatyczkę i pocią­gnęła trzy szyb­kie łyki.

- Kapralu, idź poszu­kać komen­danta Charla. Niech przy­śle oddział, który zabez­pie­czy oko­licę. Wyślij też wia­do­mość do pię­ści. Chcę tu zoba­czyć paru magów.

- Sier­żan­cie, to sprawa dla kapła­nów - sprze­ci­wił się Bana­schar.

- Nie bądź idiotą. - Ski­nęła na pozo­sta­łych straż­ni­ków. - Prze­szu­kaj­cie budy­nek. Sprawdź­cie, czy ktoś oca­lał...

- Wszy­scy zgi­nęli - oznaj­mił Bana­schar. - Wielka kapłanka Kró­lo­wej Snów już nas opu­ściła, sier­żan­cie. Z pew­no­ścią zawia­domi wszyst­kie świą­ty­nie. Zaczną się docho­dze­nia.

- Jakie docho­dze­nia? - zapy­tała Hel­lian.

- Kapłań­skie - odparł, krzy­wiąc się.

- A ty co zro­bisz?

- Widzia­łem już wystar­cza­jąco wiele.

- Niech ci się nie zdaje, że gdzieś sobie pój­dziesz - ostrze­gła go, przy­glą­da­jąc się miej­scu rzezi. - Pierw­sza noc Czy­stej Pory w Wiel­kiej Świą­tyni. Kie­dyś był to czas orgii. Wygląda na to, że zabawa wymknęła się spod kon­troli. - Pocią­gnęła jesz­cze dwa szyb­kie łyki. Wabiło ją bło­go­sła­wione odrę­twie­nie. - Musisz odpo­wie­dzieć na mnó­stwo pytań...

- On znik­nął, sier­żan­cie - prze­rwał jej Urb.

Hel­lian rozej­rzała się wokół.

- Cho­lera! Czemu nie mia­łeś skur­czy­byka na oku, Urb?

Potęż­nie zbu­do­wany męż­czy­zna roz­po­starł dło­nie.

- To ty z nim roz­ma­wia­łaś, sier­żan­cie. Ja patrzy­łem na tłum przed wej­ściem. Obok mnie nie prze­cho­dził, to pewne.

- Roze­ślij ryso­pis. Chcę, żeby go zna­le­ziono.

Urb zmarsz­czył brwi.

- Hmm. Nie pamię­tam, jak on wyglą­dał.

- Ja też nie, niech to szlag!

Hel­lian pode­szła do miej­sca, gdzie przed chwilą stał Bana­schar, i przyj­rzała się śla­dom jego stóp we krwi. Doni­kąd nie pro­wa­dziły.

Czary. Nie­na­wi­dziła cza­rów.

- Wiesz, co teraz sły­szę, Urb?

- Nie.

- Sły­szę pięść. On gwiż­dże. Wiesz dla­czego?

- Nie wiem. Posłu­chaj, sier­żan­cie...

- Cho­dzi o patel­nię, Urb. To miłe, słod­kie skwier­cze­nie bar­dzo go cie­szy.

- Sier­żan­cie...

- Jak myślisz, dokąd nas wyśle? Do Korelu? Tam jest naprawdę paskud­nie. Albo może na Gena­bac­kis, cho­ciaż tam tro­chę się uspo­ko­iło. Może do Sied­miu Miast. - Wysą­czyła ostat­nią kro­pelkę grusz­ko­wej brandy. - Jedno jest pewne, Urb. Lepiej bierzmy się do ostrze­nia mie­czy.

Na ulicy roz­le­gły się cięż­kie kroki. Co naj­mniej sześć dru­żyn.

- Na okrę­tach nie ma zbyt wiele pają­ków, prawda, Urb? - Zer­k­nęła na boki, a potem spró­bo­wała sku­pić wzrok i przyj­rzała się przy­gnę­bio­nej twa­rzy żoł­nie­rza. - Mam rację, tak? Powiedz, że mam rację, do cho­lery!

***

Około stu lat temu w potężną gul­din­dhę ude­rzył pio­run. Biały ogień wbił się na podo­bień­stwo włóczni w twar­dziel sta­rego drzewa, roz­sz­cze­pia­jąc sze­roko pień. Poczer­niałe ślady dawno już wybla­kły w pustyn­nym słońcu, bez chwili wytchnie­nia palą­cym swymi pro­mie­niami zro­ba­czy­wiałe drewno. Płaty kory złusz­czyły się i leżały teraz pod odsło­nię­tymi korze­niami, które owi­jały się wokół szczytu wzgó­rza niczym wielka sieć.

Pagó­rek - ongiś koli­sty, teraz pokracz­nie nie­re­gu­larny - domi­no­wał nad całą niecką. Wzno­sił się nad nią samot­nie, jak wyspa ewi­dent­nej celo­wo­ści w cha­otycz­nym, nie­za­pla­no­wa­nym kra­jo­bra­zie. Ukryta pod ster­tami gła­zów, piasz­czy­stą zie­mią i mar­twymi, wiją­cymi się korze­niami pokrywa, która zamy­kała kie­dyś komorę gro­bową o ścia­nach z kamien­nych płyt, pękła i runęła w dół, przy­gnia­ta­jąc swym ogrom­nym cię­ża­rem pocho­wane tam ciało.

Do owego ciała dotarło drże­nie wywo­łane zbli­ża­ją­cymi się kro­kami. To była rzad­kość. Coś takiego zda­rzyło się może z pięć razy w ciągu nie­zli­czo­nych tysiąc­leci. Z dawna uśpiona dusza ock­nęła się, a potem osią­gnęła stan inten­syw­nego sku­pie­nia. To nie była jedna para nóg, lecz dwa­na­ście. Intruzi weszli po stro­mym, kamie­ni­stym stoku i zatrzy­mali się wokół roz­sz­cze­pio­nego drzewa.

Sieć osłon spo­wi­ja­jąca istotę była splą­tana i wypa­czona, ale jej liczne war­stwy zacho­wały jesz­cze moc. Ten, który ją uwię­ził, był dokładny. Stwo­rzył rytu­ały o nie­zwy­kłej wytrzy­ma­ło­ści, nakre­ślone krwią i kar­mione cha­osem. Miały trwać wiecz­nie.

Podobne inten­cje świad­czyły jed­nak o zaro­zu­mia­ło­ści, podob­nie jak nie­do­rzeczne prze­ko­na­nie, że w przy­szło­ści śmier­tel­nicy nie będą znali złej woli ani despe­ra­cji, że będzie ona bez­piecz­niej­szym miej­scem niż bru­talna teraź­niej­szość, a do tego, co minęło, nikt ni­gdy nie zechce wra­cać. Dwa­na­ścioro szczu­płych przy­by­szy o cia­łach spo­wi­tych w brudne, wystrzę­pione płótno, zakap­tu­rzo­nych gło­wach i twa­rzach ukry­tych za sza­rymi zasło­nami dosko­nale zda­wało sobie sprawę z ryzyka wią­żą­cego się z pochop­nymi uczyn­kami. Nie­stety, intruzi znali rów­nież despe­ra­cję.

Wszy­scy mieli prze­mó­wić pod­czas zgro­ma­dze­nia, w kolej­no­ści usta­lo­nej przez pozy­cję roz­ma­itych gwiazd, pla­net i kon­ste­la­cji. Choć na błę­kit­nym nie­bie nie było ich widać, znali ich poło­że­nie. Wszy­scy zajęli wyzna­czone miej­sca, a potem zamarli na długą chwilę w bez­ru­chu.

- Po raz kolejny sta­nę­li­śmy w obli­czu koniecz­no­ści - zaczął wresz­cie pierw­szy z Bez­i­mien­nych. - Poja­wiły się z dawna prze­wi­dy­wane regu­lar­no­ści, świad­czące, że wszyst­kie nasze wysiłki speł­zły na niczym. W imię groty Moc­kra przy­wo­łuję rytuał uwol­nie­nia.

Gdy padły te słowa, ukryte w kur­ha­nie stwo­rze­nie poczuło nagłe szarp­nię­cie. Jego prze­bu­dzona świa­do­mość natych­miast odna­la­zła swą toż­sa­mość. Istota nazy­wała się Dejim Nebrahl. Naro­dziła się w przed­dzień zagłady Pierw­szego Impe­rium, gdy na uli­cach pobli­skiego mia­sta sza­lały pożary, a krzyki świad­czyły o bez­li­to­snej rzezi. Nade­szli T'lan Imas­so­wie.

Dejim Nebrahl, zro­dzony z peł­nią wie­dzy, dziecko o sied­miu duszach, które wyla­zło, drżące i usma­ro­wane krwią, ze sty­gną­cego ciała matki. Dziecko. Mon­strum.

T'rol­ba­rahle były demo­nicz­nymi two­rami samego Des­sim­be­lac­kisa, zro­dzo­nymi na długo przed tym, jak w umy­śle cesa­rza ukształ­to­wały się Mroczne Ogary. T'rol­ba­rahle, pokraczne pomyłki, ktore wyeli­mi­no­wano, eks­ter­mi­no­wano na roz­kaz cesa­rza. Krwio­pijcy i ludo­jady, a przy tym istoty obda­rzone nie­zwy­kłym spry­tem, kto­rego sam Des­sim­be­lac­kis nawet sobie nie wyobra­żał. Dla­tego sie­dem t'rol­ba­rahli zdo­łało wymy­kać się łow­com przez pewien czas, wystar­cza­jąco długi, by prze­ka­zać frag­ment swych dusz śmier­tel­nej kobie­cie, owdo­wia­łej pod­czas trel­l­skich wojen i pozba­wio­nej rodziny. Jej umysł można było znisz­czyć, a ciało zamie­nić w żywi­ciela i naczy­nie, w M'ena Mahybe, dla d'iversa o sied­miu twa­rzach, małego t'rol­ba­rahla, ktory dora­stał w niej szybko.

Dejim naro­dził się nocą pełną grozy. Gdyby T'lan Imas­so­wie go zna­leźli, nie waha­liby się ani chwili. Wyrwa­liby z ciała sie­dem demo­nicz­nych dusz i zwią­za­liby je w wiecz­nym bólu, by moc wycie­kała z nich stop­niowo, kar­miąc rzu­ca­ją­cych kości T'lanów w ich nie­ustan­nych woj­nach z Jaghu­tami.

Ale Deji­mowi Nebrah­lowi udało się uciec. Jego moc rosła, gdy żero­wał co noc na zglisz­czach Pierw­szego Impe­rium. Zawsze się ukry­wał, rów­nież przed garstką jed­no­po­chwy­co­nych i d'iver­sów, któ­rzy oca­leli z Wiel­kiej Rzezi, gdyż nawet oni nie tole­ro­wa­liby jego ist­nie­nia. Pożarł nie­któ­rych z nich, gdyż był od nich spryt­niej­szy i szyb­szy. Gdyby tylko Dera­goth nie wpa­dły na jego ślad...

Mroczne Ogary miały w owych cza­sach pana, spryt­nego pana, mistrza cza­ro­dziej­skich puła­pek, który, gdy posta­no­wił coś zro­bić, ni­gdy nie dawał za wygraną.

Wystar­czył jeden błąd i Dejim utra­cił wol­ność. Kolejne więzy ode­brały mu nawet świa­do­mość, a wraz z nią wszel­kie poczu­cie, że kie­dyś było... ina­czej.

Ale teraz ją odzy­skał.

- Na połu­dniowy zachód od Raraku znaj­duje się rów­nina - ode­zwała się druga z Bez­i­mien­nych, kobieta. - Cią­gnie się ona na wiele mil we wszyst­kie strony, ogromna i pła­ska. Gdy wiatr zdmuch­nie pia­sek, odsła­nia sko­rupy milio­nów garn­ków. Przejść tę rów­ninę boso zna­czy zosta­wić na niej ślad krwi. W tym obra­zie można dostrzec pewne bez­względne prawdy. Na dro­dze wyj­ścia z bar­ba­rzyń­stwa... trzeba roz­bić nie­które naczy­nia. A wędro­wiec musi zapła­cić daninę krwi. Mocą groty Telas przy­wo­łuję rytuał uwol­nie­nia.

Dejim Nebrahl odzy­skał poczu­cie ciała. Czuł przy­gnie­cione mię­śnie, prze­cią­żone kości, ostry żwir, prze­miesz­cza­jący się pod spodem pia­sek, spo­czy­wa­jący na nim ogromny cię­żar. Cier­piał.

- My stwo­rzy­li­śmy ten dyle­mat i my musimy pod­jąć kroki zmie­rza­jące do jego roz­wią­za­nia - oznaj­mił trzeci kapłan. - Temu światu, i wszyst­kim świa­tom, które leżą poza nim, zagraża chaos. W morzach rze­czy­wi­sto­ści można zna­leźć nie­zli­czone war­stwy. Jeden byt pły­nie po powierzchni dru­giego. Chaos może je zabu­rzyć sztor­mami, pły­wami i nie­prze­wi­dy­wal­nymi prą­dami mor­skimi, wywo­łu­jąc strasz­liwy tumult. Wybra­li­śmy jeden z tych prą­dów, potworną, nie­po­ha­mo­waną siłę, i posta­no­wi­li­śmy stać się jej prze­wod­ni­kami, kie­ro­wać jej kur­sem nie­po­strze­że­nie i bez żad­nych kon­ku­ren­tów. Naszym zamia­rem jest użyć jed­nej siły prze­ciwko dru­giej i dopro­wa­dzić do ich wza­jem­nego uni­ce­stwie­nia. Bie­rzemy na sie­bie wielką odpo­wie­dzial­ność, ale jedyna nadzieja na suk­ces leży w nas, w tym, co zamie­rzamy dzi­siaj uczy­nić. W imię groty Denul przy­wo­łuję rytuał uwol­nie­nia.

Ból, który dotąd czuł Dejim, ustą­pił. D'ivers na­dal był uwię­ziony i nie mógł się poru­szyć, ale czuł, że jego ciało zdro­wieje.

- Musimy wyra­zić żal z powodu nad­cho­dzą­cej śmierci hono­ro­wego sługi - oznaj­mił czwarty Bez­i­mienny. - Nie­stety, nasza żałoba musi trwać krótko i w związku z tym nie będzie godna nie­szczę­snej ofiary. Rzecz jasna, nie jest to dla nas jedyny powód do żalu. Ufam, że wszy­scy pogo­dzi­li­śmy się już z tym dru­gim, gdyż w prze­ciw­nym razie nie byłoby nas tutaj. W imię groty D'riss przy­wo­łuję rytuał uwol­nie­nia.

Sie­dem dusz Dejima Nebrahla oddzie­liło się od sie­bie. Był d'iver­sem, ale rów­nież czymś znacz­nie wię­cej. Nie był sied­mioma, które są jed­nym - choć to rów­nież można było uznać za prawdę - lecz sied­mioma odręb­nymi toż­sa­mo­ściami, nie­za­leż­nymi, ale połą­czo­nymi nie­ro­ze­rwalną wię­zią.

- Nie rozu­miemy jesz­cze wszyst­kich aspek­tów cze­ka­ją­cej nas próby i dla­tego nasi nie­obecni kuzyni nie mogą zaprze­stać poszu­ki­wań - rze­kła piąta Bez­i­mienna, która była kapłanką. - Nie wolno nam nie doce­niać Tronu Cie­nia. On zgro­ma­dził zbyt wielką wie­dzę. O Azath, a być może rów­nież o nas. Nie jest jesz­cze naszym wro­giem, ale to nie czyni zeń sojusz­nika. On mnie... nie­po­koi. Chcia­ła­bym, żeby­śmy przy naj­bliż­szej oka­zji zane­go­wali jego ist­nie­nie, choć zdaję sobie sprawę, że tylko mniej­szość wyznaw­ców naszego kultu podziela tę opi­nię. Któż jed­nak mógłby lepiej ode mnie zda­wać sobie sprawę z wpływu Kró­le­stwa Cie­nia i jego nowego władcy? W imię groty Meanas przy­wo­łuję rytuał uwol­nie­nia.

Dejim uświa­do­mił sobie moc swych cieni, sied­miu zro­dzo­nych zeń oszu­stów, cze­ka­ją­cych dla niego w zasadzce pod­czas nie­zbęd­nych łowów, które dostar­czały mu poży­wie­nia, a także wiele przy­jem­no­ści, znacz­nie wykra­cza­ją­cej poza pełen brzuch i świeżą, cie­płą krew w żyłach. Łowy zapew­niały... domi­na­cję, a domi­na­cja była naj­wyż­szą roz­ko­szą.

- Wszystko, co dzieje się w kró­le­stwie śmier­tel­ni­ków, nadaje kształt grun­towi, po któ­rym kro­czą bogo­wie - zaczęła szó­sta z Bez­i­mien­nych. Miała nie­zwy­kły, nie­ziem­ski akcent. - Dla­tego ich kroki ni­gdy nie mogą być pewne. Nam przy­pada w udziale zada­nie przy­go­to­wa­nia gruntu, wyko­pa­nia głę­bo­kich, śmier­cio­no­śnych dołów, zasta­wie­nia puła­pek i sideł. To Bez­i­mienni je ukształ­tują, albo­wiem jeste­śmy dłońmi Azath, wyra­zi­cie­lami jej woli. Naszym zada­niem jest dopil­no­wa­nie, by wszystko pozo­stało na swoim miej­scu, uzdro­wie­nie tego, co roze­rwano, dopro­wa­dze­nie do uni­ce­stwie­nia albo wiecz­nego uwię­zie­nia naszych wro­gów. Nie zawie­dziemy. Wzy­wam moc Strza­ska­nej Groty, Kurald Emur­lahn, i przy­wo­łuję rytuał uwol­nie­nia.

Na świe­cie ist­niały szcze­gól­nie dogodne, frag­men­ta­ryczne ścieżki i Dejim nie­raz robił z nich dobry uży­tek. Będzie korzy­stał z nich znowu. Już nie­długo.

- Bar­gha­sto­wie, Trel­lo­wie, Tar­theno Tobla­kai - ode­zwał się basem siódmy kapłan. - To są oca­lałe strużki krwi Imas­sów, bez względu na wszel­kie zapew­nie­nia o czy­sto­ści. Podobne zapew­nie­nia są wymy­słem, ale wymy­sły rów­nież mają swój cel. Pozwa­lają odróż­niać się od innych, zmie­niają kie­ru­nek drogi poko­na­nej w minio­nych cza­sach i drogi, która ma być poko­nana w przy­szło­ści. Nadają kształt godłom na sztan­da­rach we wszyst­kich woj­nach i w ten spo­sób uspra­wie­dli­wiają rzeź. Ich celem jest potwier­dze­nie dogod­nych kłamstw. Mocą groty Tel­lann przy­wo­łuję rytuał uwol­nie­nia.

W sercu zapło­nął ogień, nagły wer­bel życia. Zimne ciało stało się cie­płe.

- W mroku kryją się zamar­z­nięte światy - roz­legł się ochry­pły głos ósmego Bez­i­mien­nego. - A wraz z nimi ukrywa się tajem­nica śmierci. Jest ona jedyna w swoim rodzaju. Śmierć zja­wia się jako wie­dza. Uświa­do­mie­nie sobie, zro­zu­mie­nie, akcep­ta­cja. Jest tylko tym, niczym wię­cej i niczym mniej. Nadej­dzie czas, być może już wkrótce, gdy śmierć odkryje wła­sne obli­cze, jego nie­zli­czone aspekty, i naro­dzi się coś nowego. W imię Groty Kap­tura przy­wo­łuję rytuał uwol­nie­nia.

Śmierć. Ukradł mu ją pan Mrocz­nych Oga­rów. Być może była czymś, czego nale­żało pra­gnąć. Ale jesz­cze nie w tej chwili.

Dzie­wiąty kapłan zaśmiał się cicho.

- Gdzie wszystko się zaczęło, tam na końcu wróci - powie­dział. - W imię Kurald Galain, Groty Praw­dzi­wej Ciem­no­ści, przy­wo­łuję rytuał uwol­nie­nia.

- I mocą Rashan przy­wo­łuję rytuał uwol­nie­nia! - wysy­czał z nie­cier­pli­wo­ścią dzie­siąty Bez­i­mienny.

Dzie­wiąty kapłan znowu się roze­śmiał.

- Gwiazdy krążą po swych łukach, a napię­cie nara­sta - oznaj­mił jede­na­sty Bez­i­mienny. - We wszyst­kim, co czy­nimy, jest spra­wie­dli­wość. W imię groty Thyrl­lan przy­wo­łuję rytuał uwol­nie­nia.

Wszy­scy cze­kali, aż prze­mówi dwu­na­sta Bez­i­mienna. Ona jed­nak nie powie­działa nic. Wycią­gnęła tylko szczu­płą, rdza­wo­czer­woną, pokrytą łuskami dłoń, która z całą pew­no­ścią nie była ludzka.

Dejim Nebrahl wyczuł czy­jąś obec­ność. Zimną, bez­względną inte­li­gen­cję prze­są­cza­jącą się do niego z góry. Nagle d'iversa ogar­nął strach.

- Sły­szysz mnie, t'rol­ba­rahlu?

Tak.

- Uwol­nimy cię, ale musisz za to zapła­cić. Jeśli odmó­wisz zapłaty, ode­ślemy cię z powro­tem w ciem­ność i zapo­mnie­nie.

Strach prze­ro­dził się w prze­ra­że­nie.

Jakiej zapłaty żąda­cie?

- Zga­dzasz się?

Tak.

Wyja­śniła mu, czego od niego ocze­kują. To wyda­wało się pro­ste. Nie­skom­pli­ko­wane zada­nie, które łatwo będzie wyko­nać. Dejim Nebrahl poczuł ulgę. To nie potrwa długo. W końcu ofiary nie były daleko. Gdy już d'ivers to zrobi, uwolni się od wszel­kich zobo­wią­zań i będzie miał wolną rękę.

Dwu­na­sta i ostat­nia Bez­i­mienna, znana ongiś jako Sio­stra Zło­śli­wość, opu­ściła dłoń. Wie­działa, że z dwa­na­ściorga obec­nych ona jedna prze­żyje uwol­nie­nie sro­giego demona. Albo­wiem Dejim Nebrahl będzie głodny. To było nie­for­tunne i rów­nie nie­for­tunna będzie trwoga, jaką pozo­stali poczują na widok jej ucieczki na krótko przed ata­kiem t'rol­ba­rahla. Rzecz jasna, miała swoje powody. Pierw­szy i naj­waż­niej­szy z nich wyglą­dał tak, że pra­gnęła zacho­wać życie, przy­naj­mniej jesz­cze przez pewien czas. A inne powody były wyłącz­nie jej sprawą.

- W imię groty Sta­rvald Deme­lain przy­wo­łuję rytuał uwol­nie­nia - rze­kła.

Z jej słów zro­dziła się prze­ni­ka­jąca przez uschnięty korzeń drzewa, przez kamień i pia­sek, roz­pusz­cza­jąca kolejne osłony moc entro­pii, znana światu jako ota­ta­ral.

Dejim Nebrahl wydo­stał się do świata żywych.

Jede­na­ścioro Bez­i­mien­nych zaczęło odma­wiać ostat­nie modli­twy. Więk­szość nie zdą­żyła ich dokoń­czyć.

***

Wyta­tu­owany wojow­nik, sie­dzący ze skrzy­żo­wa­nymi nogami w pew­nej odle­gło­ści od ogni­ska, uniósł głowę, sły­sząc dobie­ga­jące z dali krzyki. Spoj­rzał na połu­dnie i zoba­czył smoka, który wzniósł się ciężko nad widoczne na hory­zon­cie wzgó­rza. Jego cęt­ko­wane łuski błysz­czały w słab­ną­cym świe­tle zacho­dzą­cego słońca. Wojow­nik zmarsz­czył brwi, patrząc, jak bestia wznosi się coraz wyżej.

- Suka - mruk­nął. - Powi­nie­nem był się domy­ślić.

Usiadł z powro­tem. Krzyki już cichły. Coraz dłuż­sze cie­nie rzu­cane przez skalne wynio­sło­ści wokół jego obozu wydały mu się nagle nie­przy­jemne, gęste i brudne.

Tara­lack Veed, gral­ski wojow­nik, ostatni z krwi Ero­thów, zebrał w ustach por­cję flegmy i splu­nął na lewą dłoń, splótł ręce i roz­sma­ro­wał ją rów­no­mier­nie, a potem wygła­dził czarne, zacze­sane do tyłu włosy wystu­dio­wa­nym gestem, który spra­wił, że masa obsia­da­ją­cych je much zerwała się do lotu. Wkrótce jed­nak wró­ciły na miej­sce.

Po pew­nym cza­sie Tara­lack wyczuł, że stwo­rze­nie się nasy­ciło i ruszyło w drogę. Zga­sił ogni­sko moczem, zebrał broń i podą­żył śla­dem demona.

***

Sku­pi­sko nędz­nych chat przy skrzy­żo­wa­niu dróg miało osiem­na­stu miesz­kań­ców. Trasa bie­gnąca rów­no­le­gle do brzegu morza zwała się Trak­tem Tapur­skim. Trzy dni drogi na pół­noc stąd leżało mia­sto Ahol Tapur. Druga droga, nie­wiele wię­cej niż pokryta kole­inami ścieżka, prze­ci­nała góry Path'Apur, poło­żone daleko od brzegu, a potem bie­gła na wschód, przez kolejne dwa dni podróży, mija­jąc ten przy­sió­łek, aż wresz­cie docie­rała do traktu przy­brzeż­nego nad Morzem Ota­ta­ra­lo­wym.

Przed czte­rema stu­le­ciami była tu kwit­nąca wio­ska. Cią­gnącą się na połu­dnie od niej serię wzgórz pora­stały drzewa o twar­dym drew­nie i cha­rak­te­ry­stycz­nych pie­rza­stych liściach. Obec­nie wygi­nęły już one na całym sub­kon­ty­nen­cie Sied­miu Miast. Ich drewno świet­nie się nada­wało do rzeź­bie­nia sar­ko­fa­gów i osada sły­nęła z ich pro­duk­cji w mia­stach tak dale­kich, jak His­sar na połu­dniu, Kara­shi­mesh na zacho­dzie oraz Ehr­li­tan na połu­dnio­wym zacho­dzie. Inte­res umarł razem z ostat­nim drze­wem. Roślin­ność znik­nęła w żołąd­kach kóz, a górną war­stwę gleby porwał wiatr. Wystar­czyło jedno poko­le­nie, by wio­ska osią­gnęła obecny żało­sny stan.

Osiem­na­ścioro jej miesz­kań­ców utrzy­my­wało się z kara­wan - zaopa­try­wało je w wodę, napra­wiało uprzęże i tak dalej - ale popyt na te usługi był coraz mniej­szy. Przed dwoma laty prze­jeż­dżał tędy mala­zań­ski urzęd­nik, mam­ro­czący coś o nowym, bie­gną­cym na pod­wyż­sze­niu trak­cie oraz o gar­ni­zo­nie, ale powo­dem tych pla­nów był nie­le­galny han­del suro­wym ota­ta­ra­lem, który od tego czasu znacz­nie się zmniej­szył dzięki innym impe­rial­nym wysił­kom.

Nie­dawny bunt led­wie dotarł do świa­do­mo­ści miesz­kań­ców. Sły­szeli jedy­nie pogło­ski, cza­sami przy­no­szone tu przez posłań­ców albo bani­tów. Obec­nie jed­nak nawet oni nie odwie­dzali już przy­siółka. Tak czy ina­czej, bunty były dla innych.

Dla­tego szybko zauwa­żono pięć postaci, które nie­długo po połu­dniu wyło­niły się zza naj­bliż­szego wznie­sie­nia na pro­wa­dzą­cym w głąb lądu trak­cie. Wkrótce wia­do­mość dotarła do nomi­nal­nego przy­wódcy spo­łecz­no­ści, kowala nazwi­skiem Bara­thol Mekhar. Był on jedy­nym miesz­kań­cem przy­siółka, który się tu nie uro­dził. O jego prze­szło­ści nie wie­dziano zbyt wiele, pomi­ja­jąc to, co oczy­wi­ste: jego czarna, nie­mal onyk­sowa skóra świad­czyła, że pocho­dzi z ple­mie­nia miesz­ka­ją­cego w połu­dniowo-zachod­niej czę­ści sub­kon­ty­nentu, setki, być może tysiące mil stąd. Spi­ralne tatu­aże na policz­kach suge­ro­wały, że jest wojow­ni­kiem, podob­nie jak sieć blizn na dło­niach i przed­ra­mio­nach. Znano go jako mało­mów­nego czło­wieka, nie­ma­ją­cego żad­nych poglą­dów - a przy­naj­mniej nie­wy­ra­ża­ją­cego ich gło­śno - co czy­niło go dobrym kan­dy­da­tem na nie­ofi­cjal­nego przy­wódcę przy­siółka.

Bara­thol Mekhar wyszedł na jedyną ulicę osady i ruszył ku jej gra­nicy. Podą­żała za nim garstka doro­słych miesz­kań­ców, któ­rzy nie wyzbyli się jesz­cze cie­ka­wo­ści. Budynki po obu stro­nach drogi popa­dły w ruinę - dachy były zapad­nięte, ściany się osy­py­wały, a u ich pod­staw gro­ma­dziły się sterty pia­sku. W odle­gło­ści około sześć­dzie­się­ciu kro­ków przy­sta­nęło pięć postaci. Zamarły w cał­ko­wi­tym bez­ru­chu, tylko ich wystrzę­pione futra falo­wały na wie­trze. Dwie miały włócz­nie, a pozo­stałe trzy dźwi­gały na ple­cach dłu­gie, dwu­ręczne mie­cze. Wyda­wało się, że nie­któ­rym z nich bra­kuje koń­czyn.

Wzrok Bara­thola nie był już tak dobry jak kie­dyś. Mimo to...

- Jhe­lim, Filiad, idź­cie do kuźni. Powoli, nie bie­giem. Za zasłoną stoi kufer. Jest zamknięty na klucz. Wyłam­cie zamek. Wyj­mij­cie topór, tar­czę, ręka­wice i hełm. Mniej­sza z kol­czugą. Nie ma na nią czasu. Ruszaj­cie.

Bara­thol miesz­kał wśród nich już od jede­na­stu lat i przez cały ten czas ni­gdy nie wypo­wie­dział na raz tak wielu słów. Jhe­lim i Filiad wbili zdu­mione spoj­rze­nia w sze­ro­kie plecy kowala. Nagle ich trze­wia wypeł­nił strach. Odwró­cili się i ruszyli w stronę kuźni, sta­wia­jąc sztywne, prze­sad­nie dłu­gie kroki.

- To ban­dyci - wyszep­tał Kulat, pasterz, który przed sied­miu laty zarżnął swoją ostat­nią kozę, by kupić od kara­wany butelkę trunku, i od tego czasu nie robił abso­lut­nie nic. - Może cho­dzi im tylko o wodę. Nie mamy nic innego.

Gdy mówił, okrą­głe kamyki, które trzy­mał w ustach, postu­ki­wały.

- Nie cho­dzi im o wodę - zaprze­czył Bara­thol. - Idź­cie poszu­kać jakiejś broni. Cze­go­kol­wiek. Albo nie. Idź­cie do chat i nie wychodź­cie z nich.

- Na co cze­kają? - zapy­tał Kulat, gdy pozo­stali się roz­pierz­chli.

- Nie wiem - przy­znał kowal.

- Ni­gdy jesz­cze nie widzia­łem takiego ple­mie­nia. - Pasterz ssał przez chwilę kamyki. - Te futra - dodał. - Czy nie jest za gorąco, żeby je nosić? I te kościane hełmy...

- Są z kości? Masz lep­sze oczy ode mnie, Kulat.

- Tylko one są jesz­cze w porządku, Bara­thol. Krępe skur­czy­byki, co? Pozna­jesz to ple­mię?

Kowal ski­nął głową. Usły­szał cięż­kie dysze­nie Jhe­lima i Filiada, któ­rzy bie­gli w jego stronę.

- Tak mi się zdaje - odpo­wie­dział na pyta­nie Kulata.

- Będą kło­poty?

Poja­wił się Jhe­lim, zgięty pod cię­ża­rem dwu­ręcz­nego topora. Drzewce broni było okute żela­zem, z obcią­żo­nej gałki zwi­sała pętla z łań­cu­cha, a areń­ska stal obu ostrz błysz­czała sre­brzy­ście w słońcu. Broń wień­czył potrójny dziób, zaostrzony niczym grot bełtu. Mło­dzie­niec gapił się na broń, jakby była ber­łem poprzed­niego cesa­rza.

Obok Jhe­lima zatrzy­mał się Filiad, który przy­niósł żela­zne łuskowe ręka­wice, okrą­głą tar­czę oraz hełm z naszyj­ni­kiem i zasłoną kra­tową.

Bara­thol wło­żył ręka­wice. Łuski osła­niały całe przed­ra­miona, były zakoń­czone poru­sza­jącą się na zawia­sach nałok­cicą. Dolną stronę zarę­ka­wia two­rzyły poje­dyn­cze żela­zne pręty, czarne i poszczer­bione. Bie­gły od nad­garst­ków aż po łok­cie. Męż­czy­zna wziął w ręce hełm i skrzy­wił się ze zło­ścią.

- Zapo­mnie­li­ście o wyściółce. - Oddał hełm Filia­dowi. - Daj mi tar­czę. Przy­trocz mi ją do cho­ler­nego ramie­nia, Filiad. Cia­śniej. Teraz dobrze.

Kowal się­gnął po topór. Jhe­lim wyko­rzy­stał obie ręce i całą swą siłę, uno­sząc oręż wystar­cza­jąco wysoko, by Bara­thol mógł wsu­nąć prawą rękę w pętlę. Następ­nie owi­nął sobie dwu­krot­nie nad­gar­stek łań­cu­chem, zaci­snął dłoń na drzewcu i na pozór bez wysiłku wziął broń z rąk Jhe­lima.

- Zmia­taj­cie stąd - roz­ka­zał obu męż­czy­znom.

Kulat został na miej­scu.

- Idą do nas, Bara­thol.

Kowal nie odry­wał spoj­rze­nia od nie­zna­jo­mych.

- Nie jestem aż tak bar­dzo ślepy, star­cze.

- Musisz być ślepy, skoro tu sto­isz. Mówisz, że znasz to ple­mię? Może przy­szli po cie­bie? Czy to jakaś stara wen­deta?

- Nie­wy­klu­czone - przy­znał Bara­thol. - W takim przy­padku nie powinno wam nic gro­zić. Jak już mnie zała­twią, to sobie pójdą.

- Skąd masz pew­ność?

- Nie mam. - Bara­thol uniósł topór, trzy­ma­jąc go w goto­wo­ści. - Z T'lan Imas­sami ni­gdy nic nie wia­domo.

Roz­dział pierw­szy

W dzi­siej­szych cza­sach na uli­cach aż kłębi się od kłamstw.

Wielki mag Tay­schrenn pod­czas koro­na­cji cesa­rzo­wej Laseen. Zapi­sane przez histo­ryka impe­rial­nego Duikera

1164 rok snu Pożogi Pięć­dzie­siąt osiem dni po egze­ku­cji sha'ik

Ran­kiem zbłą­kane wia­try wypeł­niły powie­trze obło­kami pyłu i dla­tego ubra­nia oraz skóry wszyst­kich, któ­rzy przy­szli pod wschod­nią bramę Ehr­li­tanu, pokry­wał kurz koloru czer­wo­nych pia­skow­co­wych wzgórz. Kupcy, piel­grzymi, poga­nia­cze bydła i wędrowcy poja­wiali się jeden po dru­gim przed obli­czem straż­ni­ków, jak wycza­ro­wani. Wyła­niali się ze skłę­bio­nych obło­ków i kryli po zawietrz­nej stro­nie bramy, pochy­la­jąc głowy i osła­nia­jąc przy­mru­żone oczy fał­dami brud­nego płótna. Za poga­nia­czami lazły pokryte rdzawą sko­rupą kozy; konie i woły zwie­szały nisko łby, a ich noz­drza oraz oczy ota­czały pier­ście­nie pozle­pia­nego pyłu. Ze szpar mię­dzy deskami skła­da­ją­cymi się na dna wozów sypał się z sze­le­stem piach. Straż­nicy gapili się na to wszystko, myśląc tylko o końcu służby, kąpieli, posił­kach oraz cie­płych cia­łach, które były należną nagrodą za wyko­nany obo­wią­zek.

Zwró­cili uwagę na wędru­jącą na pie­chotę kobietę, ale z cał­ko­wi­cie nie­wła­ści­wych powo­dów. Choć spo­wi­jały ją jedwa­bie, a głowę i twarz skry­wała pod chu­stą, warto było się za nią obej­rzeć, choćby tylko z uwagi na gra­cję, z jaką kro­czyła, i na jej roz­ko­ły­sane bio­dra. Straż­nicy jako męż­czyźni byli nie­wol­ni­kami swej wyobraźni i z łatwo­ścią dośpie­wali sobie resztę.

Zauwa­żyła, że przy­cią­gnęła na moment ich uwagę. Rozu­miała, dla­czego tak się stało, i nie przej­mo­wała się tym. Gorzej byłoby, gdyby jeden ze straż­ni­ków - albo obaj - był kobietą. Kobiety mogłyby zadać sobie pyta­nie, dla­czego przy­szła do mia­sta na pie­chotę, i to aku­rat tą drogą, która przez wiele mil wiła się przez spa­lone słoń­cem, nie­mal cał­ko­wi­cie mar­twe wzgó­rza, a potem przez kolejne mile bie­gła krań­cem bar­dzo rzadko zalud­nio­nego buszu. Jesz­cze bar­dziej nie­zwy­kły był fakt, że nie miała żad­nych zapa­sów, a jej mięk­kie moka­syny wyglą­dały na nie­mal nowe. Gdyby straż­nicy byli kobie­tami, zatrzy­ma­liby ją i zadali kilka trud­nych pytań, a ona nie czuła się gotowa odpo­wie­dzieć na nie zgod­nie z prawdą.

Mieli więc szczę­ście, że byli męż­czy­znami. Rów­nie for­tunny oka­zał się dla nich roz­koszny wabik męskiej wyobraźni, dzięki któ­remu ich spoj­rze­nia śle­dziły ją, gdy szła ulicą, wolne od podej­rzeń, lecz namięt­nie roz­bie­ra­jące przy każ­dym, tylko lekko prze­sa­dzo­nym ruchu bio­der.

Dotarła do skrzy­żo­wa­nia, skrę­ciła w lewo i po paru chwi­lach znik­nęła im z oczu. W mie­ście wiatr był słab­szy, choć tu rów­nież z nieba sypał się pył, pokry­wa­jący wszystko jed­no­barwną war­stewką. Kobieta prze­dzie­rała się przez tłum, powoli, ulica za ulicą, kre­śląc spi­ralę zacie­śnia­jącą się wokół Jen'rahb, cen­tral­nego telu Ehr­li­tanu. W ogrom­nych, skła­da­ją­cych się z wielu warstw ruinach miesz­kały tylko szkod­niki, czworo- i dwu­nożne. Gdy wresz­cie ujrzała przed sobą zawa­lone budynki, zna­la­zła pobli­ską gospodę, skrom­nie wyglą­da­jący przy­by­tek, który nie miał ambi­cji stać się czymś wię­cej niż loka­lem dla miej­sco­wych. W poko­jach na pię­trze miesz­kało tu kilka kurew, a w pomiesz­cze­niu na dole sie­działo kil­ku­na­stu sta­łych bywal­ców.

Przy wej­ściu do gospody znaj­do­wała się zwień­czona łukiem brama pro­wa­dząca do małego, nie­zbyt zadba­nego ogrodu. Kobieta weszła do bramy, żeby strze­pać kurz z ubra­nia, potem zbli­żyła się do płyt­kiej, peł­nej muli­stej wody niecki znaj­du­ją­cej się pod try­ska­jącą sen­nie fon­tanną. Odwi­nęła chu­stę i spry­skała sobie twarz, żeby oczy prze­stały ją szczy­pać.

Potem weszła do gospody.

Pano­wał tam pół­mrok, a dym z komin­ków, lamp oliw­nych i rdza­wego liścia uno­sił się aż pod skle­pie­nie. Lokal był wypeł­niony w trzech czwar­tych i przy każ­dym sto­liku ktoś sie­dział. Jakiś mło­dzie­niec opo­wia­dał zdy­szany o swo­jej przy­go­dzie, z któ­rej led­wie uszedł z życiem. Prze­cho­dząc obok chło­paka, kobieta pozwo­liła sobie na blady uśmie­szek.

Zna­la­zła miej­sce przy szynk­wa­sie i wezwała gestem obsłu­gu­ją­cego. Męż­czy­zna pod­szedł, przy­glą­da­jąc się jej uważ­nie. Zamó­wiła butelkę ryżo­wego wina, posłu­gu­jąc się ehr­lij­skim bez śladu akcentu.

Szyn­karz, usły­szaw­szy zamó­wie­nie, wsu­nął rękę pod kon­tuar. Roz­legł się brzęk bute­lek.

- Mam nadzieję, że nie liczysz na coś god­nego tej nazwy, dziew­czyno - powie­dział po mala­zań­sku. Wypro­sto­wał się, strzą­snął kurz z gli­nia­nej flaszki i spoj­rzał na zatyczkę. - Ta przy­naj­mniej jest zamknięta.

- Niech będzie - zgo­dziła się, na­dal mówiąc w miej­sco­wym dia­lek­cie. Poło­żyła na bla­cie trzy srebrne pół­księ­życe.

- Masz zamiar wypić całą butelkę?

- Będę musiała się doczoł­gać do jakie­goś pokoju na górze - odparła, wycią­ga­jąc zatyczkę. Obsłu­gu­jący posta­wił na barze bla­szany kie­lich. - Takiego z zam­kiem - dodała.

- Oponn się do cie­bie uśmiech­nęli. Wła­śnie jeden się zwol­nił.

- To świet­nie.

- Jesteś z armii Dujeka? - zapy­tał.

Napeł­niła kie­lich bursz­ty­no­wym, lekko męt­na­wym pły­nem.

- Nie - odparła. - Czemu pytasz? Czy jest tutaj?

- Mała jej część - wyja­śnił. - Główne siły wyma­sze­ro­wały przed sze­ścioma dniami. Oczy­wi­ście zosta­wili tu gar­ni­zon. Dla­tego się zasta­na­wia­łem...

- Nie służę w żad­nej armii.

Uci­szył go jej ton, dziw­nie zimny i bez­barwny. Po paru chwi­lach szyn­karz prze­szedł do następ­nego klienta.

Zaczęła pić. Powoli wykoń­czyła całą butelkę. Na dwo­rze stop­niowo robiło się coraz ciem­niej, w gospo­dzie było coraz tłocz­niej, ludzie mówili gło­śniej, a łok­cie i barki potrą­cały ją coraz czę­ściej. Igno­ro­wała obma­cu­jące ją w prze­lo­cie ręce oraz spoj­rze­nia rzu­cane na tru­nek w jej kie­li­chu.

Wresz­cie wysą­czyła ostat­nią kro­plę, odwró­ciła się, prze­szła nie­pew­nym kro­kiem przez tłum i po chwili dotarła do scho­dów. Weszła na nie ostroż­nie, jedną ręką trzy­ma­jąc się chwiej­nej porę­czy. Zda­wała sobie nie­ja­sno sprawę, że ktoś za nią idzie, co raczej nie było zasko­cze­niem.

Weszła na pomost i oparła się ple­cami o ścianę.

Nie­zna­jomy pod­szedł do niej. Na jego twa­rzy na­dal malo­wał się głupi uśmie­szek, który znik­nął nagle, gdy sztych szty­letu dotknął jego skóry tuż pod lewym okiem.

- Wra­caj na dół - roz­ka­zała.

Po policzku męż­czy­zny spły­nęła krwawa łza, która zatrzy­mała się w kąciku żuchwy. Nie­zna­jomy drżał. Wzdry­gnął się z bólu, gdy nóż wbił się jesz­cze głę­biej.

- Pro­szę - wyszep­tał.

Kobieta zachwiała się lekko, nie­chcący roz­ci­na­jąc mu poli­czek. Na szczę­ście cię­cie poszło w dół, nie w stronę oka. Męż­czy­zna krzyk­nął i zato­czył się do tyłu, uno­sząc dło­nie do twa­rzy, by zaha­mo­wać krwa­wie­nie. Potem zszedł, poty­ka­jąc się, na dół.

Dobie­gły stam­tąd krzyki, a potem ochry­pły śmiech.

Kobieta przyj­rzała się nożowi, który trzy­mała w dłoni, zasta­na­wia­jąc się, skąd się wziął i czyja krew po nim spływa.

Nie­ważne.

Poszła szu­kać swo­jego pokoju i po pew­nym cza­sie go zna­la­zła.

***

Potężna burza pia­skowa miała natu­ralne pocho­dze­nie. Zro­dziła się na Jhag Odhan i zmie­rzała po lewo­skręt­nej spi­rali, ku sercu sub­kon­ty­nentu Sied­miu Miast. Wichura prze­miesz­czała się w kie­runku pół­noc­nym po wschod­niej stro­nie wzgórz, skal­nych wynio­sło­ści i sta­rych gór ota­cza­ją­cych Świętą Pusty­nię Raraku - która obec­nie prze­ro­dziła się w morze - a na tere­nie samego pasma roz­pę­tała się wojna pio­ru­nów, widoczna aż w mia­stach Pan'potsun i G'danis­ban. Potem burza zawró­ciła na zachód i roz­po­starła skłę­bione ramiona. Jedno ude­rzyło w Ehr­li­tan, a póź­niej roz­pro­szyło się nad Morzem Ehr­li­tań­skim, dru­gie dotarło do mia­sta Pur Atrii. Tym­cza­sem zasad­ni­czy ośro­dek burzy zawró­cił w głąb lądu, znowu przy­brał na sile i runął na pół­nocne zbo­cza Tha­lasu, ogar­nia­jąc mia­sta Hatras i Y'Gha­tan. Następ­nie po raz ostatni skie­ro­wał się na połu­dnie. To była natu­ralna burza, być może ostatni dar prasta­rych duchów Raraku.

Ucie­ka­jąca armia Leomana od Cepów rado­wała się z niego. Ludzie gnali z wia­trem całymi dniami, które prze­cho­dziły w tygo­dnie. Ota­cza­jący ich świat stał się tylko ścianą wiszą­cego w powie­trzu pia­sku. Ten widok był tym bar­dziej gorzki, że przy­po­mi­nał ucie­ki­nie­rom ich umi­ło­wane Tor­nado, młot sha'ik i Dryjhny Apo­ka­lip­tycz­nej. Jed­nakże nawet w gory­czy można odna­leźć życie i zba­wie­nie.

Mala­zań­ska armia Tavore nie prze­sta­wała ich ści­gać. Mala­zań­czycy nie śpie­szyli się już jed­nak z tak nie­roz­ważną głu­potą, jak w pierw­szych dniach po śmierci sha'ik i roz­bi­ciu buntu. Łowy były teraz prze­my­śla­nym, zgod­nym z zasa­dami tak­tyki pości­giem za ostat­nią zor­ga­ni­zo­waną siłą prze­ciw­sta­wia­jącą się impe­rium. Siłą, która ponoć posia­dała Świętą Księgę Dryjhny, arte­fakt będący ostat­nią nadzieją dla roz­bi­tych bun­tow­ni­ków z Sied­miu Miast.

Leoman od Cepów nie miał tej księgi, lecz mimo to prze­kli­nał ją codzien­nie. Wywar­ki­wał prze­kleń­stwa z nie­mal reli­gij­nym zapa­łem i prze­ra­ża­jącą pomy­sło­wo­ścią. Na szczę­ście zawo­dzący ochry­ple wicher uno­sił słowa i sły­szał je tylko Corabb Bhi­lan Thenu'alas, jadący obok swego dowódcy. Gdy Leoman męczył się tą tyradą, zaj­mo­wał się knu­ciem wymyśl­nych pla­nów znisz­cze­nia wolu­minu, jeśli tylko wpad­nie w jego ręce. "Ogień, koń­ski mocz, żółć, zapa­la­jące środki Moran­thów, brzuch smoka" - wyli­czał wszyst­kie te pomy­sły, jeden po dru­gim, aż wresz­cie wyczer­pany nie­usta­jącą lita­nią Corabb poga­niał słab­ną­cego wierz­chowca, by dołą­czyć do innych, roz­sąd­niej­szych bun­tow­ni­ków.

Ci z kolei zasy­py­wali go peł­nymi lęku pyta­niami, spo­glą­da­jąc z nie­po­ko­jem na Leomana. Co on mówił?

Corabb odpo­wia­dał im, że to modli­twy. Nasz dowódca całymi dniami modli się do Dryjhny. Leoman od Cepów to pobożny czło­wiek, zapew­niał.

Tak pobożny, jak można się było tego spo­dzie­wać. Bunt się zała­my­wał, odpły­wał z wia­trem. Mia­sta kapi­tu­lo­wały jedno po dru­gim, gdy tylko poja­wiały się impe­rialne armie i okręty. Oby­wa­tele zwra­cali się prze­ciwko sąsia­dom, poszu­ku­jąc z zapa­łem zbrod­nia­rzy, któ­rych można będzie oskar­żyć o nie­zli­czone okru­cień­stwa popeł­nione pod­czas powsta­nia. Nie­daw­nych boha­te­rów wyda­wano powra­ca­ją­cym oku­pan­tom, podob­nie jak drob­nych tyra­nów. Wszy­scy łak­nęli krwi. Takie to zło­wro­gie wie­ści przy­no­siły im kara­wany, które napo­ty­kali na dro­dze ucieczki. Z każdą podobną wia­do­mo­ścią twarz Leomana posęp­niała coraz bar­dziej, jakby ze wszyst­kich sił sta­rał się spę­tać nara­sta­jący w nim gniew.

To sku­tek roz­cza­ro­wa­nia, powta­rzał sobie Corabb, za każ­dym razem pod­kre­śla­jąc tę myśl prze­cią­głym wes­tchnie­niem. Ludzie z Sied­miu Miast bar­dzo szybko wyrze­kli się wol­no­ści zdo­by­tej kosz­tem tak wielu ofiar. Była to w rze­czy samej gorzka prawda, trafny komen­tarz na temat pod­ło­ści ludz­kiej natury. Czyżby więc wszystko to miało pójść na marne? Jak pobożny wojow­nik mógłby nie poczuć palą­cego duszę roz­cza­ro­wa­nia? Ile dzie­sią­tek tysięcy ludzi zgi­nęło? I w imię czego?

Corabb prze­ko­ny­wał sam sie­bie, że rozu­mie swego dowódcę. Rozu­mie, że Leoman nie może jesz­cze dać za wygraną. Nie­wy­klu­czone, że ni­gdy nie będzie to dla niego moż­liwe. Upo­rczywe trzy­ma­nie się marze­nia nada­wało sens wszyst­kiemu, co wyda­rzyło się przed­tem.

To były skom­pli­ko­wane myśli. Corabb musiał przez wiele godzin sku­piać się z zasę­pioną miną, by je sfor­mu­ło­wać, doko­nać nie­zwy­kłego skoku do ciała i umy­słu dru­giego czło­wieka, spoj­rzeć na świat jego oczyma, choćby tylko przez moment, nim się wycofa, zdez­o­rien­to­wany i upo­ko­rzony. Uświa­do­mił sobie wów­czas, co czyni ludzi wiel­kimi wodzami albo przy­wód­cami państw. Pojął na krótką chwilę ela­stycz­ność ich inte­li­gen­cji, zdol­ność zmie­nia­nia per­spek­tywy, spo­glą­da­nia na rzecz ze wszyst­kich stron. Prawdę mówiąc, sam potra­fił tylko trzy­mać się jed­nej wizji - swej wła­snej - pośród całego cha­osu, jakim ota­czał go świat.

Corabb świet­nie zda­wał sobie sprawę, że gdyby nie jego dowódca, czułby się cał­ko­wi­cie zagu­biony.

Leoman uniósł urę­ka­wicz­nioną dłoń i ski­nął na niego. Corabb popę­dził konia kop­nię­ciem i dołą­czył do dowódcy.

Ukryta w cie­niu kap­tura, osło­nięta płót­nem twarz zwró­ciła się w jego stronę, ukryte w skó­rza­nej ręka­wicy palce zdjęły z ust brudny jedwab.

- Gdzie jeste­śmy, w imię Kap­tura?! - wykrzyk­nął Leoman, by Corabb mógł go usły­szeć.

Corabb rozej­rzał się wokół, mru­żąc powieki, a potem wes­tchnął.

***

Źró­dłem dra­matu stał się jej palec, który wyżło­bił szo­ku­jący rów na dobrze wydep­ta­nej ścieżce. Zbite z tropu mrówki krę­ciły się jak sza­lone. Samar Dev przy­glą­dała się, jak pro­te­stują wście­kle prze­ciwko tej znie­wa­dze. Żoł­nie­rze uno­sili głowy i roz­chy­lali sze­roko żuwaczki, jakby chcieli rzu­cić wyzwa­nie bogom. Albo, w tym przy­padku, umie­ra­ją­cej powoli z pra­gnie­nia kobie­cie.

Leżała na boku w cie­niu wozu. Przed chwilą minęło połu­dnie i pogoda była bez­wietrzna. Upał cał­ko­wi­cie pozba­wił jej członki sił. Nie wyda­wało się praw­do­po­dobne, by była w sta­nie kon­ty­nu­ować swój atak na mrówki. Ta myśl wypeł­niła ją na moment żalem. Sia­nie cha­osu w ich prze­wi­dy­wal­nym, ogra­ni­czo­nym i nędz­nym życiu wyda­wało się war­to­ścio­wym zaję­ciem. No cóż, może nie­ko­niecz­nie war­to­ścio­wym, ale z pew­no­ścią inte­re­su­ją­cym. Jej ostatni dzień pośród żywych miał się zazna­czyć god­nymi bogów myślami.

Wtem uwagę Samar przy­cią­gnął jakiś ruch. Coś wzbiło obłoki pyłu. Sły­szała coraz gło­śniej­szy grzmot, nio­sący się echem niczym bicie w pod­ziemny bęben. Bie­gnący przez Uga­rat Odhan szlak, przy któ­rym leżała, nie nale­żał do uczęsz­cza­nych. Wywo­dził się z daw­nych cza­sów, gdy licz­nymi trak­tami wędro­wały tu kara­wany, prze­wo­żące towary mię­dzy kil­ku­na­stoma wiel­kimi mia­stami, a ich ser­cem był sta­ro­żytny Uga­rat. Wszyst­kie te mia­sta poza samym Uga­ratem oraz zbu­do­wa­nym na brze­gach rzeki Kay­hu­mem były mar­twe od co naj­mniej tysiąca lat.

Nie­mniej jed­nak mogło się oka­zać, że jeden jeź­dziec to i tak o jed­nego zbawcę za dużo, jako że Samar była kobietą o obfi­tych, atrak­cyj­nych kształ­tach, a do tego była tu sama. Opo­wia­dano, że cza­sami z tych nie­mal cał­ko­wi­cie zapo­mnia­nych szla­ków korzy­stają ban­dyci i łupieżcy, prze­miesz­cza­jący się mię­dzy tra­sami kara­wan. Tego rodzaju ludzie nie sły­nęli z wiel­ko­dusz­no­ści.

Tętent kopyt był coraz bliż­szy i gło­śniej­szy. Potem zwie­rzę zwol­niło, nad Samar Dev prze­to­czyła się chmura gorą­cego pyłu, a po chwili roz­le­gło się koń­skie par­sk­nię­cie, brzmiące dziw­nie dra­pież­nie. Następ­nie usły­szała, że jeź­dziec zesko­czył na zie­mię i ruszył cichutko w jej stronę.

Kto to może być? Dziecko? Kobieta?

Na ziemi, za cie­niem rzu­ca­nym przez wóz poja­wił się drugi cień. Samar Dev odwró­ciła głowę, spo­glą­da­jąc na nie­zna­jo­mego, który wyszedł zza pojazdu i spoj­rzał na nią.

Nie, to nie było dziecko ani kobieta. Prze­mknęło jej przez głowę, że to może w ogóle nie jest czło­wiek. Na nie­wia­ry­god­nie sze­ro­kie plecy zjawa miała narzu­cone wystrzę­pione białe futro. Wisiał na nich krze­mienny miecz o ręko­je­ści owi­nię­tej w nie­wy­pra­wioną skórę. Samar zamru­gała, pró­bu­jąc wypa­trzyć wię­cej szcze­gó­łów, ale utrud­niało jej to jasne niebo za ple­cami przy­by­sza. Olbrzym kro­czący cicho jak pustynny kot, wizja rodem z kosz­maru, halu­cy­na­cja.

Nagle prze­mó­wił, ale z całą pew­no­ścią nie do niej.

- Będziesz musiał zacze­kać na posi­łek, Havok. Ona jesz­cze żyje.

- Havok żywi się mar­twymi kobie­tami? - zapy­tała ochry­płym gło­sem Samar. - Z kim podró­żu­jesz?

- Nie z kim - popra­wił ją olbrzym. - Na kim. - Pod­szedł bli­żej i przy­kuc­nął obok Samar. Trzy­mał coś w dło­niach - bukłak z wodą - ale kobieta nie mogła ode­rwać spoj­rze­nia od jego twa­rzy, któ­rej ostre, syme­tryczne rysy zamie­nił w sza­lony chaos tatuaż roz­bi­tego szkła, piętno zbie­głego nie­wol­nika. - Widzę twój wóz - oznaj­mił nie­zna­jomy, mówiąc z dziw­nym akcen­tem w języku pustyn­nych ple­mion. - Ale gdzie jest zwie­rzę, które go cią­gnęło?

- Leży w środku - wyja­śniła.

Posta­wił bukłak u jej boku, wypro­sto­wał się, pod­szedł do wozu i zaj­rzał do niego.

- Tam jest mar­twy męż­czy­zna.

- Tak, to on. Nie wytrzy­mał.

- Cią­gnął ten wóz? Nic dziw­nego, że umarł.

Zdo­łała zaci­snąć dło­nie na szyjce bukłaka. Wyjęła zatyczkę i unio­sła naczy­nie do ust. Cie­pła, pyszna woda.

- Widzisz te dwie dźwi­gnie obok niego? - zapy­tała. - Poru­sza­jąc nimi, napę­dza się wóz. To mój wyna­la­zek.

- Dla­czego do tak cięż­kiej pracy wyna­ję­łaś sta­ruszka?

- To był poten­cjalny inwe­stor. Chciał się sam prze­ko­nać, w jaki spo­sób to działa.

Olbrzym chrząk­nął. Zauwa­żyła, że przy­gląda się jej uważ­nie.

- Dobrze sobie radzi­li­śmy - zapew­niła. - Z początku. Nie­stety, naj­słab­szy ele­ment nie wytrzy­mał. Nasza wyprawa miała trwać tylko pół dnia, ale on odje­chał za daleko, a potem padł tru­pem. Chcia­łam wró­cić na pie­chotę, ale zła­ma­łam stopę...

- Jak to się stało?

- Kop­nę­łam koło. Tak czy ina­czej, nie mogę cho­dzić.

Wciąż gapił się na nią jak wilk na ran­nego zająca. Pocią­gnęła kolejny łyk wody.

- Czy zamie­rzasz zacho­wać się wobec mnie bru­tal­nie? - zapy­tała.

- To krwawy olej popy­cha teblor­skich wojow­ni­ków do gwał­tów. Ja go nie mam. Już od wielu lat nie wzią­łem kobiety siłą. Jesteś z Uga­ratu?

- Tak.

- Muszę się dostać do mia­sta, uni­ka­jąc kło­po­tów.

- Mogę ci w tym pomóc.

- Nie chcę przy­cią­gać niczy­jej uwagi.

- Nie jestem pewna, czy to moż­liwe.

- Obie­caj, że mi to umoż­li­wisz, a zabiorę cię ze sobą.

- To nie jest uczciwa pro­po­zy­cja. Jesteś o połowę wyż­szy od prze­cięt­nego męż­czy­zny. Masz tatu­aże. Jeź­dzisz na koniu, który żywi się ludźmi, zakła­da­jąc, że to koń, nie enkar'al. Mam też wra­że­nie, że nosisz futro bia­łego niedź­wie­dzia.

Odwró­cił się od wozu.

- Zgoda! - zawo­łała pośpiesz­nie. - Coś wymy­ślę.

Znowu do niej pod­szedł, wziął bukłak i zarzu­cił go na ramię, a potem zła­pał jedną ręką Samar za pas i uniósł ją. Prawą nogę kobiety prze­szył ból. Zła­mana stopa zwi­sała bez­wład­nie.

- Na Sie­dem Oga­rów! - wysy­czała. - Czy chcesz mnie zupeł­nie pozba­wić god­no­ści?

Wojow­nik bez słowa zaniósł ją do cze­ka­ją­cego konia. Samar zoba­czyła, że nie jest to enkar'al, ale rów­nież nie do końca koń. Wiel­kie, chude zwie­rzę o jasnej sier­ści miało srebrną grzywę i ogon, a oczy czer­wone jak krew. Nie nosiło sio­dła ani strze­mion i miało tylko jedną wodzę.

- Stań na zdro­wej nodze - pole­cił olbrzym, uno­sząc ją do pionu. Potem zła­pał za zakoń­czony pętlą sznur i wsko­czył na koń­ski grzbiet.

Zdy­szana, oparta o konia Samar Dev prze­bie­gła wzro­kiem wzdłuż podwój­nego sznura i zorien­to­wała się, że jeź­dziec wle­cze coś za sobą. Dwa ogromne, gni­jące łby. Nale­żały do psów albo niedź­wie­dzi, tak samo nie­pro­por­cjo­nal­nie wiel­kich jak on.

Wojow­nik wycią­gnął rękę, bez­ce­re­mo­nial­nie pod­cią­gnął Samar w górę i posa­dził za sobą. Znowu zalały ją fale bólu. Poczuła zbli­ża­jącą się ciem­ność.

- Nie chcę przy­cią­gać uwagi - powtó­rzył.

Samar Dev obej­rzała się na dwa odcięte łby.

- To się rozu­mie samo przez się - mruk­nęła.

***

W izdebce było ciemno, pach­niało stę­chli­zną i potem. Dwa wąskie, pro­sto­kątne otwory w ścia­nie tuż pod niskim sufi­tem prze­pusz­czały do środka powiewy chłod­nego noc­nego powie­trza, przy­wo­dzące na myśl wes­tchnie­nia cze­ka­ją­cego świata. Na zwi­niętą na pod­ło­dze obok wąskiego łóżka kobietę świat będzie jed­nak musiał pocze­kać jesz­cze przez dłuż­szą chwilę. Oplo­tła ręce wokół unie­sio­nych kolan, opu­ściła głowę oto­czoną wień­cem czar­nych, pozle­pia­nych od tłusz­czu wło­sów i zaczęła pła­kać. A płacz jest cał­ko­wi­tym zamknię­ciem się w sobie, w wewnętrz­nej prze­strzeni znacz­nie bar­dziej bez­li­to­snej i nie­mi­ło­sier­nej niż wszystko, co można zna­leźć na zewnątrz.

Pła­kała nad męż­czy­zną, któ­rego opu­ściła, by uciec przed bólem, jaki widziała w jego oczach. Miłość do niej kazała mu podą­żać za nią, śle­dzić jej kroki, ale ni­gdy nie zdo­łał się do niej zbli­żyć. Nie mogła mu na to pozwo­lić. Zdobne wzory na skó­rze kap­tu­ro­wego węża miały hip­no­ty­zu­jący urok, ale to nie zna­czyło, że jego uką­sze­nie nie jest śmier­telne. Ona była taka sama. Nie było w niej nic, co byłoby warte prze­moż­nego daru miło­ści. A przy­naj­mniej ona cze­goś takiego w sobie nie dostrze­gała. Nic, co byłoby jego godne.

Uczy­nił się śle­pym na tę prawdę, i to wła­śnie była jego wada, nie­do­sko­na­łość, którą cecho­wał się zawsze. Chęć, być może potrzeba, uwie­rze­nia w dobro, tam gdzie nie można go było zna­leźć. Nie była w sta­nie znieść jego miło­ści. Nie pozwoli, by podą­żył za nią jej ścieżką.

Koty­lion to rozu­miał. Bóg wnik­nął wzro­kiem w tę śmier­telną ciem­ność rów­nie łatwo, jak sama Apsa­lar. W sło­wach i chwi­lach mil­cze­nia, które wymie­niała z boskim patro­nem skry­to­bój­ców, nie było nic skry­wa­nego. Rozu­mieli się nawza­jem. Zada­nia, jakie przed nią posta­wił, miały naturę zgodną z jego aspek­tem i pasu­jącą do jej talen­tów. Gdy kogoś uznano już za win­nego, nie mógł się obu­rzać na wyrok. Ona jed­nak nie była bogi­nią, nie odda­liła się od czło­wie­czeń­stwa tak daleko, by znaj­do­wać w amo­ral­no­ści pocie­sze­nie, azyl przed wła­snymi uczyn­kami. Coraz trud­niej było jej to wszystko zno­sić.

Nie będzie za nią tęsk­nił długo. Stop­niowo otwo­rzą mu się oczy. Dostrzeże inne moż­li­wo­ści. W końcu towa­rzy­szyły mu teraz dwie kobiety. Dowie­działa się o tym od Koty­liona. Tak jest. Rany się zagoją i nie będzie sam długo. Była tego pewna.

To z nawiązką wystar­czało, by skło­nić ją do jesz­cze inten­syw­niej­szego uża­la­nia się nad sobą.

Nie­mniej jed­nak miała do wyko­na­nia parę zadań i nie mogła sobie pozwo­lić na zbyt dłu­gie ule­ga­nie tej nie­po­żą­da­nej sła­bo­ści. Apsa­lar unio­sła powoli głowę i przyj­rzała się przez łzy wnę­trzu skrom­nej izby. Usi­ło­wała sobie przy­po­mnieć, jak się tu zna­la­zła. Głowa ją bolała, a w gar­dle miała pusty­nię. Otarła łzy z policz­ków i wypro­sto­wała się powoli. Za oczyma czuła pul­su­jący ból.

Z dołu dobie­gały typowe dla gospody dźwięki: liczne głosy, pijacki śmiech. Apsa­lar zna­la­zła płaszcz z jedwab­nym pod­szy­ciem, odwró­ciła go na lewą stronę i zarzu­ciła na ramiona. Potem otwo­rzyła drzwi i wyszła na kory­tarz. We wnę­kach w ścia­nie paliły się migo­tli­wym pło­mie­niem dwie lampki oliwne. Na końcu widać było poręcz i schody. Z pokoju naprze­ciwko dobie­gały stłu­mione odgłosy miło­ści. Krzyki kobiety brzmiały zbyt melo­dra­ma­tycz­nie, by można je było uznać za auten­tyczne. Apsa­lar słu­chała ich jesz­cze przez chwilę, zasta­na­wia­jąc się, co w ich brzmie­niu tak ją nie­po­koi. Potem ruszyła przez roz­tań­czone cie­nie ku scho­dom i zeszła na dół.

Było już późno, zapewne dobrze po dwu­na­stym dzwo­nie. W gospo­dzie sie­działo około dwu­dzie­stu osób, połowa z nich nosiła libe­rie straż­ni­ków kara­wa­no­wych. Z pew­no­ścią nie byli oni regu­lar­nymi klien­tami, jako że reszta gości spo­glą­dała na nich z wyraź­nym nie­po­ko­jem. Gdy Apsa­lar pode­szła do szynk­wasu, zauwa­żyła, że trzej męż­czyźni to Grale, a dwie kobiety to Pardu. Oba ple­miona nie nale­żały do sym­pa­tycz­nych. Tak przy­naj­mniej poin­for­mo­wały ją z cichym sze­le­stem nie­po­koju wspo­mnie­nia Koty­liona. Ich człon­ko­wie byli zwy­kle hała­śliwi i natar­czywi. Straż­nicy śle­dzili ją wzro­kiem. Posta­no­wiła zacho­wać się ostroż­nie i odwró­ciła spoj­rze­nie.

- Już myśla­łem, że umar­łaś - przy­wi­tał ją obe­rży­sta. Wyjął spod kon­tu­aru butelkę ryżo­wego wina i posta­wił ją przed Apsa­lar. - Nim się do niej zabie­rzesz, dziew­czyno, chciał­bym zoba­czyć tro­chę pie­nię­dzy.

- Ile ci jestem winna?

- Dwa srebrne pół­księ­życe.

Zmarsz­czyła brwi.

- Myśla­łam, że już ci zapła­ci­łam.

- Za wino. Ale potem spę­dzi­łaś w pokoju noc, dzień i wie­czór. Muszę ci też poli­czyć za dzi­siej­szą noc, bo jest już za późno, żeby wyna­jąć pokój komuś innemu. Na koniec jest jesz­cze ta butelka.

- Nie powie­dzia­łam, że ją chcę - zauwa­żyła. - Ale jeśli zostało ci coś do jedze­nia...

- Coś znajdę.

Wycią­gnęła mie­szek i wyjęła z niego dwa pół­księ­życe.

- Masz. Zakła­da­jąc, że to pokryje też koszt dzi­siej­szej nocy.

Ski­nął głową.

- To zna­czy, że nie chcesz wina?

- Nie chcę. Sawr'ackie piwo, jeśli łaska.

Zabrał butelkę i odszedł.

Nagle z obu jej stron poja­wiły się dwie posta­cie. Kobiety Pardu.

- Widzisz tych Grali? - zapy­tała jedna z nich, wska­zu­jąc głową na pobli­ski sto­lik. - Chcą, żebyś dla nich zatań­czyła.

- Nie chcą - odparła Apsa­lar.

- Chcą - potwier­dziła druga kobieta. - Nawet ci zapłacą. Cho­dzisz jak tan­cerka. Lepiej ich nie dener­wo­wać...

- W rze­czy samej. Dla­tego wła­śnie dla nich nie zatań­czę.

Ta odpo­wiedź wyraź­nie zdzi­wiła obie kobiety. Tym­cza­sem zja­wił się obsłu­gu­jący z kuflem piwa oraz bla­szaną miską pełną koziej zupy. Z war­stwy tłusz­czu na powierzchni ster­czały białe włosy sta­no­wiące dowód jej auten­tycz­no­ści. Dodał do zupy pajdę razo­wego chleba.

- Może być?

Ski­nęła głową.

- Dzię­kuję. - Spoj­rzała na kobietę, która ode­zwała się pierw­sza. - Jestem Tan­cerką Cieni. Powiedz im to, Pardu.

Obie kobiety odsu­nęły się nagle. Apsa­lar oparła się o kon­tuar, wsłu­chu­jąc się w szmer roz­cho­dzą­cych się po gospo­dzie szep­tów. Nagle oto­czyła ją wolna prze­strzeń.

I bar­dzo dobrze.

Obe­rży­sta wró­cił. W jego oczach poja­wił się wyraz nie­po­koju.

- Jesteś pełna nie­spo­dzia­nek - zauwa­żył. - Ten taniec nie jest legalny.

- To prawda.

- Pocho­dzisz z Quon Tali - cią­gnął cich­szym gło­sem. - Chyba z Itko Kan, sądząc po sko­śnych oczach i czar­nych wło­sach. Ni­gdy nie sły­sza­łem o Tan­cerce Cieni z Itko Kan. - Pochy­lił się. - No wiesz, uro­dzi­łem się pod Gris. Słu­ży­łem w regu­lar­nej pie­cho­cie w armii Das­sema, ale w pierw­szej bitwie obe­rwa­łem włócz­nią w plecy i to był koniec mojej kariery woj­sko­wej. Nie byłem w Y'Gha­ta­nie, za co codzien­nie dzię­kuję Oponn. Rozu­miesz. Nie widzia­łem śmierci Das­sema i cie­szę się z tego.

- Ale i tak masz o czym opo­wia­dać - zauwa­żyła Apsa­lar.

- To prawda - potwier­dził, kiwa­jąc głową. Nagle przyj­rzał się jej uważ­niej. Po chwili chrząk­nął i się odda­lił.

Apsa­lar jadła zupę, popi­ja­jąc ją piwem, i ból głowy powoli mijał.

Po pew­nym cza­sie wezwała ski­nie­niem obe­rży­stę.

- Wycho­dzę - oznaj­miła. - Ale chcę zatrzy­mać pokój. Nie wynaj­muj go nikomu.

Wzru­szył ramio­nami.

- Zapła­ci­łaś za niego. Zamy­kam o czwar­tym dzwo­nie.

Wypro­sto­wała się i ruszyła ku drzwiom. Straż­nicy kara­wa­nowi odpro­wa­dzali ją wzro­kiem, ale żaden nie pró­bo­wał za nią podą­żyć. Przy­naj­mniej nie natych­miast.

Miała nadzieję, że posłu­chają jej nie­wy­po­wie­dzia­nego ostrze­że­nia. I tak miała zamiar dzi­siej­szej nocy zabić jed­nego czło­wieka i uwa­żała, że to wystar­czy.

Po wyj­ściu na dwór Apsa­lar zatrzy­mała się na chwilę. Wiatr się uspo­koił. Na nie­bie wid­niały nie­wy­raźne plamki gwiazd, prze­świe­ca­ją­cych przez obłoki opa­da­ją­cego powoli po burzy pyłu. Nie­ru­chome powie­trze wypeł­niał chłód. Otu­liła się płasz­czem i zasło­niła dolną połowę twa­rzy jedwabną chustką, a potem skrę­ciła w lewo i ruszyła przed sie­bie. Przy wylo­cie wąskiego, cie­ni­stego zaułka weszła nagle w pół­mrok i znik­nęła.

Po paru chwi­lach poja­wiły się tam dwie kobiety Pardu. Zatrzy­mały się przy wej­ściu do zaułka, spo­glą­da­jąc na jej kręty ślad. Nie było tu nikogo.

- Mówiła prawdę - wysy­czała jedna z nich, kre­śląc znak chro­niący przed złem. - Potrafi cho­dzić w cie­niach.

Druga ski­nęła głową.

- Musimy zawia­do­mić naszego nowego pryn­cy­pała.

Kobiety się odda­liły.

Apsa­lar obser­wo­wała je z Groty Cie­nia jesz­cze przez kil­ka­na­ście ude­rzeń serca. Wyglą­dały jak widma, to się poja­wia­jące, to znowu zni­ka­jące. Zacie­ka­wiło ją, kim może być ich pryn­cy­pał, ale tym tro­pem ruszy jakiejś innej nocy. Odwró­ciła się i przyj­rzała zro­dzo­nemu z cieni światu, w któ­rym się zna­la­zła. Ze wszyst­kich stron ota­czało ją mar­twe mia­sto, w niczym nie­przy­po­mi­na­jące Ehr­li­tanu. Archi­tek­tura była tu pry­mi­tywna i surowa, nakryte potęż­nymi kamien­nymi nad­pro­żami bramy wio­dły do wąskich uli­czek, bie­gną­cych w pro­stej linii mię­dzy wyso­kimi murami. Po ich bruku nikt nie cho­dził. Budynki były naj­wy­żej pię­trowe i miały pła­skie dachy. Ni­gdzie nie zauwa­żyła okien. Wyso­kie, wąskie drzwi były pla­mami czerni w pół­mroku.

Nawet wspo­mnie­nia Koty­liona nie mogły jej nic powie­dzieć na temat tego prze­jawu Kró­le­stwa Cie­nia, w tym jed­nak nie było nic nie­zwy­kłego. Wyda­wało się, że składa się ono z nie­zli­czo­nych warstw, a frag­menty Strza­ska­nej Groty były znacz­nie roz­le­glej­sze, niż można by się tego spo­dzie­wać. Kró­le­stwo pozo­sta­wało w wiecz­nym ruchu, kie­ro­wane jakąś nie­obli­czalną siłą zmu­sza­jącą je do migra­cji, pędziło bez­u­stan­nie po powierzchni świata śmier­tel­ni­ków. Niebo miało tu ciem­no­szarą barwę, jak zwy­kle nocą w Cie­niu. Było cie­pło i parno.

Jedna z uli­czek wio­dła w kie­runku Jen'rahb, wzgó­rza o pła­skim szczy­cie poło­żo­nego w cen­trum Ehr­li­tanu. Ongiś było ono sie­dzibą Korony Falah'da, a obec­nie zamie­niło się w kupę gru­zów. Apsa­lar ruszyła w tamtą stronę, spo­glą­da­jąc na nie­mal prze­zro­czy­ste rumo­wi­sko. Droga wycho­dziła na plac. Na każ­dym z czte­rech ota­cza­ją­cych go murów umiesz­czono łań­cu­chy. Na dwóch z nich na­dal wisiały ciała, wyschnięte i zaku­rzone. Pokryte skórą czaszki opa­dały nisko, doty­ka­jąc kla­tek pier­sio­wych z wyraź­nie zazna­czo­nymi żebrami. Jedne zwłoki wisiały naprze­ciwko Apsa­lar, a dru­gie na końcu ściany po lewej stro­nie. Przy pra­wym naroż­niku cią­głość muru po prze­ciw­nej stro­nie prze­ry­wała brama.

Zacie­ka­wiona Apsa­lar pode­szła do wiszą­cej bli­żej niej postaci. Nie mogła być pewna, ale wyda­wało się jej, że to Tiste - Andii albo Edur. Dłu­gie, pro­ste włosy trupa utra­ciły kolor, wybla­kły z upły­wem wie­ków, a jego strój uległ roz­kła­dowi, zosta­wia­jąc zale­d­wie kilka wyschnię­tych pasków i prze­rdze­wia­łych kawał­ków metalu. Gdy przy­kuc­nęła przed zwło­kami, u ich boku zatań­czył pył. Apsa­lar unio­sła brwi, widząc poja­wia­jący się powoli cień. Prze­zro­czy­ste ciało, dziw­nie świe­tli­ste kości, szkie­le­towe obli­cze o czar­nych jamach oczu.

- To ciało jest moje - wyszep­tała zjawa, poru­sza­jąc kości­stymi pal­cami. - Nie możesz go zabrać.

Mówiła w języku Tiste Andii i Apsa­lar poczuła się lekko zasko­czona tym, że ją rozu­mie. Wspo­mnie­nia Koty­liona i ukryta w nich wie­dza na­dal od czasu do czasu ją dzi­wiły.

- A po co mi ono? - zapy­tała. - W końcu mam wła­sne.

- Nie tutaj. Widzę tylko ducha.

- Ja też.

- Jesteś pewna? - zapy­tała z wyraź­nym zdzi­wie­niem zjawa.

- Nie żyjesz już od dawna - oznaj­miła Apsa­lar. - Zakła­da­jąc, że to rze­czy­wi­ście twoje ciało.

- Moje wła­sne? Nie. Nie wydaje mi się. Ale kto wie? Czemu by nie? Tak, to byłam ja. Kie­dyś, dawno temu. Poznaję je. To ty jesteś duchem, nie ja. Wła­ści­wie to ni­gdy nie czu­łam się lepiej. A ty wyglą­dasz... nie­zdrowo.

- Mimo to nie jestem zain­te­re­so­wana kra­dzieżą tru­pów - zapew­niła Apsa­lar.

Cień wycią­gnął rękę i pogła­skał jasne, pozle­piane włosy zwłok.

- No wiesz, byłam piękna. Mło­dzi wojow­nicy z enklawy ota­czali mnie podzi­wem i ubie­gali się o moje względy. Nie­wy­klu­czone, że na­dal zacho­wa­łam urodę, tylko mój duch zro­bił się taki... wystrzę­piony. Co jest lepiej widoczne dla oczu śmier­tel­ni­ków? Wigor i piękno ciała czy kry­jący się w nim paskudny duch?

Apsa­lar skrzy­wiła się i odwró­ciła wzrok.

- To pew­nie zależy od tego, jak uważ­nie się przy­glą­dają.

- I czy nic nie mąci ich spoj­rze­nia. Tak, zga­dzam się z tobą. Do tego uroda prze­mija tak szybko, prawda? Za to paskud­ność, ach, paskud­ność pozo­staje.

- Nie słu­chaj jej! - syk­nął drugi głos, roz­brzmie­wa­jący w sąsiedz­twie wiszą­cego dalej trupa. - To zdra­dziecka suka! Spójrz tylko, gdzie wylą­do­wa­ły­śmy! Czy to moja wina? O nie, ja byłam uczciwa. Wszy­scy o tym wie­dzieli. I do tego ład­niej­sza. Nie słu­chaj, jeśli ci powie, że było ina­czej! Chodź do mnie, mój drogi duchu, i poznaj prawdę!

Apsa­lar wypro­sto­wała się.

- To nie ja jestem tu duchem...

- Kłam­czu­cha! Nic dziw­nego, że wolisz ją ode mnie!

Apsa­lar widziała już drugi cień. Wyglą­dał tak samo jak pierw­szy i uno­sił się nad swoim cia­łem, albo przy­naj­mniej nad tru­pem, za któ­rego wła­ści­ciela się poda­wał.

- Jak tu tra­fi­ły­ście? - zapy­tała.

- To zło­dziejka! - zawo­łał drugi cień, wska­zu­jąc na pierw­szy.

- Tak samo jak ty! - odciął się ten.

- Ja tylko zro­bi­łam to, czego ode mnie chcia­łaś, Telo­rast! "Och, włammy się do Twier­dzy Cie­nia! W końcu nikogo tam nie ma! Zdo­bę­dziemy nie­prze­brane bogac­twa!". Czemu ci uwie­rzy­łam? Byłam głu­pia...

- Przy­naj­mniej w tym jed­nym się zga­dzamy - prze­rwał jej pierw­szy cień.

- Nie ma sensu, żeby­ście tu sie­działy - zauwa­żyła Apsa­lar. - Wasze zwłoki gniją, ale te łań­cu­chy ni­gdy ich nie wypusz­czą.

- Słu­żysz nowemu panu Cie­nia! - To oskar­że­nie wyraź­nie pod­eks­cy­to­wało drugi cień. - Temu nędz­nemu, pod­stęp­nemu, nie­go­dzi­wemu...

- Cicho! - syk­nął pierw­szy cień, Telo­rast. - Bo znowu tu przyj­dzie z nas szy­dzić. Oso­bi­ście wola­ła­bym go wię­cej nie oglą­dać. Ani tych prze­klę­tych Oga­rów. - Duch zbli­żył się do Apsa­lar. - Naj­mil­sza służko nowego, cudow­nego pana, żeby odpo­wie­dzieć na twoje pyta­nie, tak, z naj­wyż­szą rado­ścią opu­ści­ły­by­śmy to miej­sce. Dokąd jed­nak mamy się udać? - Duch ski­nął pół­prze­zro­czy­stą szkie­le­tową dło­nią. - Za mia­stem cze­kają strasz­liwe istoty. Pod­stępne, głodne i liczne! Ale... - Telo­rast mruk­nęła jak kot. - Gdyby ktoś nas odpro­wa­dził...

- Tak, tak! - zawo­łał drugi cień. - Odpro­wadź nas do jed­nej z bram. To nie­wiel­kie zobo­wią­za­nie, przy­jęte na krótką chwilę, a będziemy ci nad­zwy­czaj wdzięczne.

Apsa­lar przyj­rzała się dwóm isto­tom.

- Kto was uwię­ził? Mów­cie prawdę, bo ina­czej wam nie pomogę.

Telo­rast ukło­niła się nisko, a potem pochy­liła jesz­cze niżej. Minęła chwila, nim Apsa­lar uświa­do­miła sobie, że duch padł przed nią na twarz.

- Prawdę. Nie mogły­by­śmy skła­mać w takiej spra­wie. W żad­nym kró­le­stwie nie spo­tkasz lepiej zacho­wa­nego wspo­mnie­nia prze­ka­za­nego z więk­szą praw­do­mów­no­ścią. To był władca demo­nów...

- Z sied­mioma gło­wami! - prze­rwał drugi duch, pod­ska­ku­jąc ze źle skry­wa­nego pod­nie­ce­nia.

Telo­rast sku­liła się trwoż­nie.

- Z sied­mioma? Rze­czy­wi­ście było ich sie­dem? To cał­kiem moż­liwe. Czemu by nie? Tak jest, z sied­mioma!

- A która głowa poda­wała się za władcę? - zapy­tała Apsa­lar.

- Szó­sta!

- Druga!

Oba cie­nie popa­trzyły na sie­bie ze zło­ścią. Telo­rast unio­sła kościany palec.

- Tak jest! Szó­sta z pra­wej, a druga z lewej.

- Och, zna­ko­mi­cie - mruk­nęła druga zjawa.

Apsa­lar spoj­rzała na nią.

- Twoja towa­rzyszka ma na imię Telo­rast. A ty?

Duch wzdry­gnął się, pod­sko­czył, a potem rów­nież zaczął bić pokłony, wzbi­ja­jąc maleń­kie obłoczki kurzu.

- Książę... Królu Okrutny, Zabójco Wszyst­kich Wro­gów. Budzący Postrach. Czczony. - Zjawa się zawa­hała. - Księż­niczko Skrom­ni­siu? Uko­chana tysiąca boha­te­rów, męż­czyzn o potęż­nej musku­la­tu­rze i sro­gich obli­czach! - Zadrżała nagle, wymam­ro­tała coś pod nosem i prze­su­nęła pal­cami po twa­rzy. - Wodzu, nie, dwu­dzie­sto­dwu­głowy smoku o dzie­wię­ciu skrzy­dłach i jede­na­stu tysią­cach kłów. Jeśli będę miała szansę...

- Jak masz na imię? - zapy­tała Apsa­lar, krzy­żu­jąc ramiona.

- Ser­watka.

- Ser­watka?

- Cią­gle jestem skwa­szona.

- Tak. I to przez cie­bie spo­tkał nas ten żało­sny zgon - wtrą­ciła Telo­rast. - Mia­łaś obser­wo­wać ścieżkę. Wyraź­nie kaza­łam ci to robić...

- Obser­wo­wa­łam ją!

- Ale nie zauwa­ży­łaś Ogara Barana...

- Zauwa­ży­łam, ale obser­wo­wa­łam ścieżkę.

- No dobra - ode­zwała się z wes­tchnie­niem Apsa­lar. - Powiedz­cie mi, dla­czego mia­ła­bym was odpro­wa­dzić do tej bramy. Podaj­cie mi jakiś powód. Jaki­kol­wiek.

- Jeste­śmy wier­nymi towa­rzysz­kami - zapew­niła Telo­rast. - Będziemy stały u twego boku bez względu na to, jak strasz­liwy koniec cię spo­tka.

- Będziemy strze­gły twego roz­szar­pa­nego ciała przez całą wiecz­ność - dodała Ser­watka. - Albo przy­naj­mniej do chwili, gdy zjawi się ktoś inny...

- Chyba że to będzie Cho­dzący po Kra­wę­dzi.

- To się rozu­mie samo przez się, Telo­rast - zgo­dziła się Ser­watka. - Nie lubimy go.

- Albo Ogary.

- Oczy­wi­ście...

- Albo Tron Cie­nia, Koty­lion, jakiś Apto­ria­nin, czy jeden z...

- Już dobrze! - wrza­snęła Ser­watka.

- Odpro­wa­dzę was do bramy - zgo­dziła się Apsa­lar. - Będzie­cie mogły opu­ścić to kró­le­stwo, bo wydaje się, że tego wła­śnie pra­gnie­cie. Naj­praw­do­po­dob­niej przej­dzie­cie póź­niej przez Bramę Kap­tura, co będzie dobro­dziej­stwem dla wszyst­kich, poza być może samym Kap­tu­rem.

- Ona nas nie lubi - jęk­nęła Ser­watka.

- Nie mów tego gło­śno, bo może to sobie naprawdę uświa­do­mić - wark­nęła Telo­rast. - W tej chwili nie jest jesz­cze tego pewna, a to dla nas dobrze, Ser­watka.

- Nie jest pewna? Ogłu­chłaś czy co? Przed chwilą nas znie­wa­żyła!

- To jesz­cze nie zna­czy, że nas nie lubi. Nie­ko­niecz­nie. Może być nami poiry­to­wana, ale my iry­tu­jemy wszyst­kich. Czy raczej ty iry­tu­jesz wszyst­kich, Ser­watka. Dla­tego że jesteś tak bar­dzo nie­godna zaufa­nia.

- Nie zawsze taka jestem, Telo­rast.

- Chodź­cie - ode­zwała się Apsa­lar, rusza­jąc ku odle­głej bra­mie. - Mam dziś w nocy parę spraw do zała­twie­nia.

- A co z tymi cia­łami? - zapy­tała Ser­watka.

- Zostaną tutaj oczy­wi­ście. - Apsa­lar odwró­ciła się i spoj­rzała na oba cie­nie. - Może­cie iść ze mną albo zostać tutaj. To zależy tylko od was.

- Ale my lubi­ły­śmy te ciała...

- Nic nie szko­dzi, Ser­watka - ode­zwała się uspo­ka­ja­ją­cym tonem Telo­rast. - Znaj­dziemy sobie inne.

Zasko­czona tym komen­ta­rzem Apsa­lar zer­k­nęła na Telo­rast, a potem skie­ro­wała się ku wąskiemu przej­ściu.

Duchy ruszyły za nią, pod­fru­wa­jąc.

***

Dno niecki pokry­wała sza­lona paję­czyna szcze­lin. Zale­ga­jący na dnie daw­nego jeziora ił wysechł po dzie­się­cio­le­ciach nara­że­nia na palące świa­tło słońca. Wiatr i pia­sek wygła­dziły z cza­sem jego powierzch­nię i błysz­czał teraz w świe­tle księ­życa niczym srebrne płytki. W samym środku wyschnię­tego jeziora znaj­do­wała się zapad­nięta w zie­mię stud­nia oto­czona niskim cegla­nym mur­kiem.

Zwia­dowcy z oddziału Leomana zdą­żyli już do niej dotrzeć. Zsie­dli z koni, by się jej przyj­rzeć, pod­czas gdy główny oddział kon­nych wojow­ni­ków wypeł­niał powoli nieckę. Burza się skoń­czyła i na nie­bie świe­ciły gwiazdy. Wymę­czone konie i wyczer­pani bun­tow­nicy prze­miesz­czali się powoli po pokry­tym paję­czyną pęk­nięć grun­cie. Nad gło­wami jeźdź­ców latały ćmy płasz­czowe, klu­czące w powie­trzu, by umknąć polu­ją­cym na nie rhi­za­nom, które śmi­gały wśród chmur owa­dów niczym minia­tu­rowe smoki. W powie­trzu trwała nie­ustanna wojna toczona przy akom­pa­nia­men­cie chrzę­stu miaż­dżo­nych chi­ty­no­wych sko­ru­pek oraz sła­bych, meta­licz­nych okrzy­ków giną­cych ciem.

Corabb Bhi­lan Thenu'alas pochy­lił się w sio­dle, skrzy­piąc łękiem, i splu­nął w lewo. Ten gest był prze­kleń­stwem rzu­co­nym odgło­som powietrz­nej wojny. Corabb chciał też uwol­nić usta od smaku pia­sku. Obej­rzał się na Leomana, który nie odzy­wał się ani sło­wem. Zosta­wili za sobą ślad w postaci mar­twych koni. Nie­mal wszy­scy jechali na swych dru­gich albo trze­cich wierz­chow­cach. Ostat­niego dnia dwu­na­stu wojow­ni­ków nie wytrzy­mało tempa. To byli starsi męż­czyźni, któ­rzy marzyli, że w swej ostat­niej bitwie zmie­rzą się ze znie­na­wi­dzo­nymi Mala­zań­czy­kami pod bło­go­sła­wio­nym spoj­rze­niem sha'ik, a potem zdrada ode­brała im tę szansę. Corabb wie­dział, że w ich pułku obszar­pań­ców nie bra­kuje zła­ma­nych dusz. Łatwo było zro­zu­mieć, w jaki spo­sób czło­wiek mógł utra­cić nadzieję pod­czas ich żało­snej podróży.

Sam Corabb też mógłby już dawno dać za wygraną, gdyby nie Leoman od Cepów. Wymknąłby się w nie­sione wichurą pia­ski, żeby poszu­kać tam wła­snego prze­zna­cze­nia, zrzu­ciłby strój żoł­nie­rza buntu i zamiesz­kał w jakimś odle­głym mie­ście, gdzie żyłby w cie­niu wspo­mnień roz­pa­czy aż do dnia, gdy przy­szedłby po niego Zbie­racz Dusz. Gdyby nie Leoman od Cepów.

Jeźdźcy dotarli do studni i oto­czyli pier­ście­niem źró­dło życio­daj­nej wody. Corabb ścią­gnął wodze chwilę po Leoma­nie od Cepów. Obaj zsu­nęli się z sio­deł. Pod ich sto­pami chrzę­ścił dywan z ości i łusek od dawna mar­twych ryb.

- Chodź ze mną, Corabb - pole­cił Leoman.

Ruszyli na pół­noc, odda­lili się na pięć­dzie­siąt kro­ków od linii wart i zatrzy­mali w pra­żo­nej słoń­cem niecce. Corabb zauwa­żył w pobli­skim zagłę­bie­niu na wpół zagrze­bane w ziemi bryły gliny. Wycią­gnął szty­let, pod­szedł do niecki i wydo­był jedną z tych grud. Roz­łu­pał ją, odsła­nia­jąc ukrytą w środku ropu­chę, wydłu­bał stwo­rze­nie i wró­cił do swego dowódcy.

- Nie­ocze­ki­wany sma­ko­łyk - oznaj­mił, odry­wa­jąc wyschniętą nogę i roz­szar­pu­jąc zębami twarde, ale słod­kie mięso.

Leoman przyj­rzał mu się w bla­sku księ­życa.

- Od jedze­nia ich ma się dziwne sny, Corabb.

- Wiem, duchowe sny. Nie boję się ich, dowódco. Co naj­wy­żej tych wszyst­kich piór.

Leoman nie sko­men­to­wał tego ani sło­wem. Zdjął hełm i spoj­rzał w gwiazdy.

- Czego chcą ode mnie żoł­nie­rze? - zapy­tał. - Czy mam nas popro­wa­dzić do nie­re­al­nego zwy­cię­stwa?

- Twoim prze­zna­cze­niem jest nieść Księgę - odpo­wie­dział Corabb z peł­nymi mięsa ustami.

- A bogini nie żyje.

- Dryjhna jest czymś wię­cej niż bogi­nią, dowódco. Apo­ka­lipsa doty­czy czasu w rów­nym stop­niu jak cze­go­kol­wiek innego.

Leoman zer­k­nął na niego.

- Na­dal udaje ci się mnie zaska­ki­wać, Corab­bie Bhi­la­nie Thenu'alas, choć minęło już tyle lat.

Corabb uśmiech­nął się zado­wo­lony z kom­ple­mentu. Albo tego, co uwa­żał za kom­ple­ment. Wypluł kość.

- Mia­łem po dro­dze czas na zasta­no­wie­nie, dowódco - powie­dział. - Myśla­łem długo i te myśli wędro­wały nie­zwy­kłymi ścież­kami. Jeste­śmy Apo­ka­lipsą. Ostat­nią armią rebe­lii. Sądzę, że jest nam prze­zna­czone poka­zać światu prawdę o niej.

- Dla­czego tak sądzisz?

- Dla­tego że ty nami dowo­dzisz, Leoma­nie od Cepów, i ty nie umkniesz jak tchórz­liwa szczu­ry­katka. Zmie­rzamy do jakie­goś celu. Wiem, że wielu uważa naszą podróż za ucieczkę, ale ja tak nie sądzę. A przy­naj­mniej nie przez cały czas.

- Szczu­ry­katka - zasta­no­wił się Leoman. - To są te żywiące się jasz­czur­kami szczury z Jen'rahb w Ehr­li­ta­nie.

Corabb ski­nął głową.

- Tak. Mają wydłu­żone ciała i pokryte łuskami głowy.

- Szczu­ry­katka - powtó­rzył znowu Leoman z dziw­nie zamy­śloną miną. - Nie­mal nie spo­sób ich schwy­tać. Potra­fią się wymy­kać przez szcze­liny, z któ­rymi nawet wąż miałby kło­pot. Czaszki na zawia­sach...

- A kości jak zie­lone gałązki, tak jest - potwier­dził Corabb.

Wyssał czaszkę ropu­chy, a potem ją odrzu­cił. Wyro­sły jej skrzy­dła i odfru­nęła w noc. Corabb prze­niósł wzrok na opie­rzoną twarz dowódcy.

- Zupeł­nie się nie nadają do hodowli. Kiedy je zasko­czyć, ucie­kają do naj­bliż­szej dziury, bez względu na to, jak jest mała. Sły­sza­łem, że pewna kobieta zgi­nęła, gdy szczu­ry­katka wdarła się do jej nosa na połowę swej dłu­go­ści. Kiedy uwię­zną, wygry­zają sobie drogę. Wszę­dzie jest pełno piór.

- Jak rozu­miem, nikt już nie pró­buje hodo­wać ich w domu - stwier­dził Leoman, ponow­nie spo­glą­da­jąc w gwiazdy. - Zmie­rzamy ku Apo­ka­lip­sie, tak? W isto­cie.

- Mogli­by­śmy zosta­wić konie i po pro­stu pole­cieć - zauwa­żył Corabb. - Tak byłoby znacz­nie szyb­ciej.

- Ale to nie byłby szla­chetny uczy­nek, nie­praw­daż?

- Masz rację. Konie to hono­rowe zwie­rzęta. Pro­wadź nas, Skrzy­dlaty, a zatrium­fu­jemy.

- Do nie­re­al­nego zwy­cię­stwa.

- Do wielu nie­re­al­nych zwy­cięstw, dowódco.

- Jedno by wystar­czyło.

- Jak sobie życzysz - zgo­dził się Corabb. - Niech będzie jedno.

- Nie chcę tego, Corabb. W ogóle tego nie chcę. Mam ochotę roz­pu­ścić tę armię.

- To nic nie da, dowódco. Wra­camy do miej­sca naszych naro­dzin. To jest wła­śnie ta pora. Pora, by budo­wać gniazda na dachach.

- A ja myślę, że pora, byś poło­żył się spać.

- Tak, masz rację. Zro­bię to.

- To idź. Ja tu jesz­cze chwilę zostanę.

- Jesteś Leoma­nem od Piór i sta­nie się tak, jak mówisz.

Corabb zasa­lu­to­wał i odma­sze­ro­wał do obozu i zamiesz­ku­ją­cego go stada prze­ro­śnię­tych sępów. Przy­szło mu do głowy, że los sępa nie jest taki naj­gor­szy. W końcu żyły one dzięki temu, że inne istoty ginęły.

Leoman został sam i na­dal wpa­try­wał się w nocne niebo. Żało­wał, że nie ma z nim Tobla­kai. Olbrzym był ślepy na poczu­cie nie­pew­no­ści. Nie­stety bra­ko­wało mu też sub­tel­no­ści. Maczuga rozu­mo­wa­nia Karsy Orlonga nie pozwa­lała na ukry­wa­nie nie­przy­jem­nych prawd.

Szczu­ry­katka. Będzie się musiał nad tym zasta­no­wić.

***

- Nie możesz wje­chać z nimi do mia­sta!

Olbrzymi wojow­nik popa­trzył na głowy, które cią­gnął za sobą, po czym zdjął Samar Dev z konia, posta­wił ją na ziemi i sam zsu­nął się z sio­dła. Strzep­nął kurz z futra, pod­szedł do war­tow­nika, uniósł go i cisnął na pobli­ski wóz.

Ktoś krzyk­nął... ale zaraz umilkł, gdy wojow­nik się odwró­cił.

W odle­gło­ści dwu­dzie­stu kro­ków widać było dru­giego war­tow­nika, który rzu­cił się do ucieczki. Samar podej­rze­wała, że zmie­rza do blok­hauzu, by zebrać ze dwu­dzie­stu towa­rzy­szy.

- To nie zaczęło się dobrze, Karso Orlong - stwier­dziła z wes­tchnie­niem.

Pierw­szy war­tow­nik leżał zupeł­nie nie­ru­chomo wśród szcząt­ków wozu.

Karsa Orlong zer­k­nął na Samar Dev.

- Wszystko w porządku, kobieto - zapew­nił. - Jestem głodny. Znajdź mi jakąś gospodę ze staj­nią.

- Będziemy musieli poru­szać się szybko, a chwi­lowo nie jestem do tego zdolna.

- Jesteś dla mnie obcią­że­niem - poskar­żył się wojow­nik.

Gdzieś nie­da­leko ude­rzono na alarm w dzwony.

- Wsadź mnie na konia, a wskażę ci drogę, choć nie wiem, w czym to pomoże.

Pod­szedł do niej.

- Tylko uwa­żaj. Ta moja noga nie wytrzyma już zbyt wiele szar­pa­nia.

Skrzy­wił się.

- Jesteś za miękka, jak wszyst­kie dzieci.

Jed­nakże, gdy sadzał ją w sio­dle, był deli­kat­niej­szy niż wcze­śniej.

- W tę boczną uliczkę - pole­ciła. - Jak naj­da­lej od dzwo­nów. Przy Tros­fal­ha­dań­skiej jest gospoda, to nie­da­leko stąd. - Zer­k­nęła w prawo i zauwa­żyła, że główną ulicą nad­ciąga dru­żyna straży. - Śpiesz się, wojow­niku, jeśli nie chcesz spę­dzić nocy w celi.

Na ulicy zebrała się grupka gapią­cych się na nich oby­wa­teli. Dwóch pode­szło do mar­twego bądź nie­przy­tom­nego straż­nika i przy­kuc­nęło przy nie­szczę­śniku, by mu się przyj­rzeć. Inny zatrzy­mał się nie­opo­dal, skar­żąc się, że roz­bito mu wóz, i wska­zu­jąc na Karsę, choć tylko wtedy, gdy ogromny wojow­nik na niego nie patrzył.

Ruszyli przed sie­bie aleją bie­gnącą wzdłuż sta­ro­żyt­nego muru. Samar łyp­nęła groź­nie na gapiów, któ­rzy posta­no­wili podą­żyć za nimi.

- Jestem Samar Dev - oznaj­miła gło­śno. - Który z was chce, żebym rzu­ciła na niego klą­twę? No, który?

Gapie odsu­nęli się, a potem odwró­cili pośpiesz­nie.

Karsa zer­k­nął na nią.

- Jesteś cza­row­nicą?

- Nawet sobie nie wyobra­żasz jaką.

- Czy prze­klę­ła­byś mnie, gdy­bym cię zosta­wił na szlaku?

- Z całą pew­no­ścią.

Chrząk­nął, przez dzie­sięć kro­ków nie odzy­wał się ani sło­wem, a potem znowu się obej­rzał.

- Dla­czego nie przy­wo­ła­łaś duchów, żeby cię uzdro­wiły?

- Nie mia­łam im nic do zaofe­ro­wa­nia - wyja­śniła. - Duchy, które można zna­leźć na pust­ko­wiach, są głodne i pożą­dliwe, Karso Orlong. Nie wolno im ufać.

- Marna z cie­bie cza­row­nica, jeśli musisz je prze­ku­py­wać. Czemu po pro­stu ich nie zwią­za­łaś i nie roz­ka­za­łaś uzdro­wić nogi?

- Ten, kto wiąże innych, ryzy­kuje, że sam zosta­nie zwią­zany. Nie wstą­pię na tę ścieżkę.

Wojow­nik nie odpo­wie­dział.

- To jest Tros­fal­ha­dań­ska. Widzisz ten wielki budy­nek przy następ­nej prze­cznicy? Ten z dzie­dziń­cem oto­czo­nym murem? To Drew­niana Gospoda. Śpiesz się, zanim straże dotrą do rogu.

- I tak nas znajdą - stwier­dził Karsa. - Nie wyko­na­łaś zada­nia.

- To nie ja cisnę­łam straż­ni­kiem w wóz!

- Był nie­uprzejmy. Powin­naś była go ostrzec.

Dotarli do dwu­skrzy­dło­wej bramy gospody.

Zza rogu dobie­gły ich krzyki. Samar odwró­ciła się w sio­dle, spo­glą­da­jąc na bie­gną­cych ku nim straż­ni­ków. Karsa omi­nął ją, wycią­ga­jąc wielki krze­mienny miecz.

- Stój! - zawo­łała. - Pozwól mi naj­pierw z nimi poroz­ma­wiać, wojow­niku, bo ina­czej będziesz musiał wal­czyć z całą strażą miej­ską.

Zatrzy­mał się.

- Uwa­żasz, że zasłu­gują na łaskę?

Przy­glą­dała mu się przez chwilę, a potem ski­nęła głową.

- Jeśli nie oni, to przy­naj­mniej ich rodziny.

- Jesteś aresz­to­wany! - zawo­łał jeden ze zbli­ża­ją­cych się szybko męż­czyzn.

Wyta­tu­owana twarz Karsy pociem­niała.

Samar zsu­nęła się z sio­dła i pokuś­ty­kała przed sie­bie, by zająć miej­sce mię­dzy olbrzy­mem a straż­ni­kami. Wszy­scy oni wycią­gnęli już bułaty i usta­wiali się w wachlarz na ulicy. Za nimi gro­ma­dził się tłum gapiów. Kobieta unio­sła ręce.

- Doszło do nie­po­ro­zu­mie­nia.

- Samar Dev - wark­nął jeden ze straż­ni­ków. - Lepiej się odsuń. To nie twoja sprawa...

- Moja, kapi­ta­nie Ina­shan. Ten wojow­nik ura­to­wał mi życie. Mój wóz roz­bił się na pust­ko­wiu i zła­ma­łam nogę. Tylko na mnie popatrz. Byłam umie­ra­jąca. Dla­tego wezwa­łam ducha dzi­kich ziem.

Kapi­tan otwo­rzył sze­roko oczy.

- On jest duchem?

- Z całą pew­no­ścią - potwier­dziła Samar. - I nie zna naszych zwy­cza­jów. War­tow­nik przy bra­mie zacho­wał się w spo­sób, który duch uznał za nie­przy­ja­zny. Czy ten czło­wiek żyje?

Ina­shan ski­nął głową.

- Stra­cił tylko przy­tom­ność. - Wska­zał na ucięte głowy. - A co to jest?

- Tro­fea - odpo­wie­działa Samar. - Głowy demo­nów, które ucie­kły ze swego kró­le­stwa i zbli­żały się do Uga­ratu. Gdyby ten duch ich nie zabił, doszłoby do strasz­li­wej rzezi. W Uga­ra­cie nie pozo­stał ani jeden mag godny tego miana i oba­wiam się, że nasz los byłby bar­dzo marny.

Kapi­tan Ina­shan zmru­żył powieki, spo­glą­da­jąc na Karsę.

- Rozu­miesz moje słowa?

- Do tej pory były cał­kiem pro­ste - odparł wojow­nik.

Kapi­tan skrzy­wił się wście­kle.

- Czy ona powie­działa prawdę?

- Wię­cej prawdy, niż jej się zdaje, ale w tej opo­wie­ści było też tro­chę fał­szu. Nie jestem duchem, tylko Tobla­kai, ongiś byłem oso­bi­stym straż­ni­kiem sha'ik. Mimo to ta kobieta tar­go­wała się ze mną, tak jak tar­go­wałaby się z duchem. Co wię­cej, nie wie­działa, kim jestem ani skąd przy­by­łem, więc cał­kiem moż­liwe, że wzięła mnie za ducha dzi­kich ziem.

Gdy padło imię sha'ik, wśród straż­ni­ków i oby­wa­teli roz­le­gły się głosy. Samar zoba­czyła na twa­rzy kapi­tana wyraz zro­zu­mie­nia.

- Tobla­kai, towa­rzysz Leomana od Cepów. Dotarły do nas opo­wie­ści o tobie. - Wska­zał buła­tem na niedź­wie­dzie futro na ple­cach Karsy. - Zabi­łeś jed­no­po­chwy­co­nego, bia­łego niedź­wie­dzia. Wyko­na­łeś na Raraku wyrok śmierci na tych, któ­rzy zdra­dzili sha'ik. Opo­wia­dają też, że nocą przed śmier­cią sha'ik zabi­łeś demony - dodał, spo­glą­da­jąc na gni­jące, obdarte ze skóry łby. - A gdy przy­boczna zabiła sha'ik, wyje­cha­łeś na spo­tka­nie mala­zań­skiej armii, ale Mala­zań­czycy nie chcieli z tobą wal­czyć.

- W tym, co powie­dzia­łeś, jest tro­chę prawdy - zgo­dził się Karsa. - Pomi­ja­jąc słowa, które wymie­ni­łem z Mala­zań­czy­kami...

- Byłeś jed­nym z obroń­ców sha'ik - prze­rwała mu pośpiesz­nie Samar, wyczu­wa­jąc, że wojow­nik za chwilę powie coś nie­roz­sąd­nego. - Z pew­no­ścią w Uga­ra­cie god­nie cię przy­wi­tają. Z mia­sta prze­pę­dzono mala­zań­ski gar­ni­zon. Jego żoł­nie­rze giną teraz z głodu w twier­dzy Mora­val po dru­giej stro­nie rzeki. Są oblę­żeni i nie mogą liczyć na odsiecz.

- Mylisz się - zaprze­czył Karsa.

Miała ochotę go kop­nąć. Ale z dru­giej strony, czym się to dla niej skoń­czyło poprzed­nim razem?

Pro­szę bar­dzo, ty uparty wole, sam ukręć dla sie­bie sznur.

- Co chcesz przez to powie­dzieć? - zapy­tał kapi­tan Ina­shan.

- Bunt został stłu­miony, Mala­zań­czycy odzy­skali już dzie­siątki miast. Z cza­sem dotrą i tutaj. Suge­ruję, byście zawarli pokój z gar­ni­zo­nem.

- Czy to nie byłoby nie­bez­pieczne dla cie­bie? - zanie­po­ko­iła się Samar.

Wojow­nik obna­żył zęby.

- Moja wojna już się skoń­czyła. Jeśli nie potra­fią tego zaak­cep­to­wać, zabiję wszyst­kich.

To była nie­wia­ry­godna prze­chwałka, ale nikt się nie roze­śmiał. Kapi­tan Ina­shan zawa­hał się, a potem scho­wał bułat. Żoł­nie­rze podą­żyli za jego przy­kła­dem.

- Sły­sze­li­śmy o porażce buntu - przy­znał. - Nie­stety, dla Mala­zań­czy­ków z twier­dzy może już być za późno. Są tam uwię­zieni od wielu mie­sięcy. A od pew­nego czasu na murach nie widziano nikogo...

- Pójdę tam - zapro­po­no­wał Tobla­kai. - Trzeba uczy­nić jakiś gest na rzecz pokoju.

- Powia­dają, że Leoman jesz­cze żyje - mruk­nął Ina­shan. - Ponoć dowo­dzi ostat­nią armią i poprzy­siągł wal­czyć dalej.

- Leoman zmie­rza wła­sną ścieżką - odparł Karsa. - Na waszym miej­scu nie pokła­dał­bym w niej wiary.

Ta rada nie została dobrze przy­jęta. Roz­le­gły się głosy sprze­ciwu, ale Ina­shan odwró­cił się i uci­szył swo­ich ludzi, uno­sząc rękę.

- Te sprawy trzeba omó­wić z falah'dem. - Ponow­nie spoj­rzał na Karsę. - Zatrzy­masz się na noc w Drew­nia­nej Gospo­dzie?

- Tak, ale ona nie jest zbu­do­wana z drewna. Powinna się nazy­wać Muro­waną Gospodą.

Samar par­sk­nęła śmie­chem.

- Możesz o tym poga­dać z wła­ści­cie­lem, Tobla­kai. Kapi­ta­nie, czy już skoń­czy­łeś?

Ina­shan ski­nął głową.

- Przy­ślę uzdro­wi­ciela, żeby się zajął twoją nogą, Samar Dev.

- Na znak wdzięcz­no­ści pobło­go­sła­wię cie­bie i całą twoją rodzinę, kapi­ta­nie.

- Jesteś zbyt szczo­dra - odparł z ukło­nem.

Żoł­nie­rze odda­lili się.

Samar spoj­rzała na olbrzy­miego wojow­nika.

- Tobla­kai, jak ci się udało prze­żyć tak długo w Sied­miu Mia­stach?

Popa­trzył na nią z góry, a potem zawie­sił sobie miecz na ple­cach.

- Żadna zbroja nie zdoła się oprzeć praw­dzie...

- Gdy wspiera ją ten miecz?

- Tak, Samar Dev. Prze­ko­na­łem się, że dzieci nie potrze­bują wiele czasu, by to zro­zu­mieć. Nawet tutaj, w Sied­miu Mia­stach. - Otwo­rzył bramę. - Havok musi dostać miej­sce w stajni z dala od innych zwie­rząt... przy­naj­mniej dopóki nie zaspo­koi głodu.

***

- To mi się nie podoba - mruk­nęła Telo­rast, wier­cąc się ner­wowo.

- To tylko brama - zauwa­żyła Apsa­lar.

- Tak, ale dokąd pro­wa­dzi? - zapy­tała Ser­watka, kiwa­jąc nie­wy­raźną głową.

- Na zewnątrz - odparła Apsa­lar. - Do Jen'rahb w mie­ście Ehr­li­tan. Tam wła­śnie się wybie­ram.

- W takim razie my rów­nież tam się udamy - oznaj­miła Telo­rast. - Czy są tam ciała? Mam nadzieję, że tak. Zdrowe, mię­si­ste ciała.

Apsa­lar przyj­rzała się obu duchom.

- Zamier­za­cie ukraść żyjące ciała? Nie jestem pewna, czy mogę na to pozwo­lić.

- Och, tego nie zro­bimy - zapew­niła Ser­watka. - To byłoby opę­ta­nie, a to jest trudne, bar­dzo trudne. Wspo­mnie­nia prze­są­czają się w obie strony, co pro­wa­dzi do dez­orien­ta­cji i nie­kon­se­kwen­cji.

- To prawda - zgo­dziła się Telo­rast. - A my jeste­śmy bar­dzo kon­se­kwentne, nie­praw­daż? Nie, moja droga, my po pro­stu lubimy ciała. Lubimy, jak są w pobliżu. Dodają nam otu­chy. Na przy­kład ty. Doda­jesz nam otu­chy, choć nawet nie wiemy, jak masz na imię.

- Jestem Apsa­lar.

- Ona nie żyje! - wrza­snęła Ser­watka. - Wie­dzia­łam, że jesteś duchem! - zawo­łała do dziew­czyny.

- Noszę imię Pani Zło­dziei, ale nie jestem jej wcie­le­niem.

- Z pew­no­ścią mówi prawdę - oznaj­miła Ser­watce Telo­rast. - Może sobie przy­po­mi­nasz, że Apsa­lar wyglą­dała zupeł­nie ina­czej. Praw­dziwa Apsa­lar była Imas­sem, a przy­naj­mniej bar­dzo go przy­po­mi­nała. I nie zacho­wy­wała się zbyt przy­jaź­nie...

- To dla­tego, że okra­dłaś jej świą­tynny skar­biec - przy­po­mniała Ser­watka, mio­ta­jąc się w małych obłocz­kach kurzu.

- Przed­tem rów­nież. Była zde­cy­do­wa­nie nie­przy­ja­zna, pod­czas gdy ta nowa Apsa­lar, ta tutaj, jest miła. Jej serce aż pęcz­nieje od cie­pła i szczo­dro­ści...

- Wystar­czy tego - prze­rwała jej Apsa­lar, ponow­nie spo­glą­da­jąc na bramę. - Jak już wspo­mi­na­łam, to brama wio­dąca do Jen'rahb... dla mnie. W przy­padku was obu może się, rzecz jasna, oka­zać, że pro­wa­dzi do Kró­le­stwa Kap­tura. Jeśli znaj­dzie­cie się przed Bramą Śmierci, nie biorę za to odpo­wie­dzial­no­ści.

- Kró­le­stwo Kap­tura? Brama Śmierci? - Telo­rast zaczęła prze­su­wać się z boku na bok. Apsa­lar dopiero po dłuż­szej chwili uświa­do­miła sobie, że duch spa­ce­ruje w kółko, choć czę­ściowo zapa­dał się w zie­mię i wyglą­dało to raczej, jakby bro­dził. - Nie ma obawy. Jeste­śmy na to zbyt potężne. Nazbyt mądre. Za sprytne.

- Były­śmy ongiś wiel­kimi magami - pochwa­liła się Ser­watka. - Nekro­man­tami, cho­dzą­cymi z duchami, wład­cami sro­gich twierdz, panami tysiąca grot...

- Paniami, Ser­watka. Paniami tysiąca grot.

- Tak, Telo­rast. W rze­czy samej. Paniami. O czym to ja myśla­łam? Uro­dzi­wymi paniami o zaokrą­glo­nych kształ­tach i leni­wych ruchach, zmy­sło­wymi i nie­kiedy miz­drzą­cymi się...

Apsa­lar prze­szła przez bramę.

I zna­la­zła się na pokry­tej gru­zem ziemi przy fun­da­men­tach zawa­lo­nego muru. Noc była chłodna, a na nie­bie świe­ciły gwiazdy.

- ...nawet Kal­lor drżał przed nami, nie­praw­daż, Telo­rast?

- Och tak, drżał.

Apsa­lar spoj­rzała w dół i zoba­czyła, że duchy na­dal jej towa­rzy­szą.

- Widzę, że udało się wam unik­nąć Kró­le­stwa Kap­tura - stwier­dziła z wes­tchnie­niem.

- Nie­zgrabne, chci­wie wycią­gnięte łap­ska. - Ser­watka pocią­gnęła nosem. - Były­śmy za szyb­kie.

- Tak jak prze­wi­dy­wa­ły­śmy - dodała Telo­rast. - Co to za miej­sce? Są tu same ruiny...

Ser­watka wla­zła na szczyt muru.

- Nie, Telo­rast, jak zwy­kle się mylisz. Widzę budynki. Świa­tła w oknach. Powie­trze prze­syca odór życia.

- To Jen'rahb - wyja­śniła Apsa­lar. - Sta­ro­żytne cen­trum mia­sta, które już dawno zawa­liło się pod wła­snym cię­ża­rem.

- Taki los spo­tyka z cza­sem wszyst­kie mia­sta - zauwa­żyła Telo­rast, sta­ra­jąc się pod­nieść kawa­łek cegły. Nie­stety, jej dłoń prze­nik­nęła prze­zeń bez efektu. - Och, jeste­śmy w tym kró­le­stwie zupeł­nie bez­u­ży­teczne.

Ser­watka spoj­rzała z góry na towa­rzyszkę.

- Potrze­bu­jemy ciał...

- Mówi­łam wam...

- Nie oba­wiaj się, Apsa­lar - zamru­czała cicho Ser­watka. - Posta­ramy się nie ura­zić twych uczuć. W końcu ciała nie muszą nale­żeć do istot rozum­nych.

- Czy jest tu jakiś ekwi­wa­lent Oga­rów? - zapy­tała Telo­rast.

Ser­watka prych­nęła pogar­dli­wie.

- Ogary są rozumne, ty idiotko!

- Ale głu­pie!

- Nie aż tak, żeby dały się nabrać na twoje sztuczki, prawda?

- Czy są tu imbrule? Stan­tary? Albo luthury? Są tu luthury? Pokryte łuskami, mają dłu­gie chwytne ogony i oczy jak u nie­to­pe­rzy pur­li­thów...

- Nie - odparła Apsa­lar. - Nie ma tu takich stwo­rzeń. - Zmarsz­czyła brwi. - Wszyst­kie, które wymie­ni­łaś, pocho­dzą ze Sta­rvald Deme­lain.

Oba duchy umil­kły na chwilę. Potem Ser­watka popeł­zła wzdłuż muru w stronę Apsa­lar, zatrzy­mu­jąc swą nie­sa­mo­witą twarz naprze­ciwko niej.

- Naprawdę? To ci dopiero oso­bliwy zbieg oko­licz­no­ści...

- A prze­cież mówi­cie w języku Tiste Andii.

- Tak? To jesz­cze dziw­niej­sze.

- Zdu­mie­wa­jące - zgo­dziła się Telo­rast. - No wiesz, pomy­śla­ły­śmy, że to, hmm, język, któ­rym się posłu­gu­jesz. To zna­czy twój ojczy­sty.

- Dla­czego? Nie jestem Tiste Andii.

- Nie, oczy­wi­ście, że nie. Dzięki Otchłani, że to sobie wyja­śni­ły­śmy. Dokąd pój­dziemy teraz?

- Suge­ruję, żeby­ście zostały tutaj - odparła Apsa­lar po chwili zasta­no­wie­nia. - Mam dziś w nocy do wyko­na­nia kilka zadań, przy któ­rych raczej nie potrze­buję towa­rzy­stwa.

- Chcesz pozo­stać nie­zau­wa­żona - wyszep­tała Telo­rast, pochy­la­jąc się nisko. - No wiesz, wyczu­ły­śmy to. Masz w sobie coś ze zło­dziejki. Chyba jeste­śmy wszyst­kie pokrew­nymi duszami. Zło­dziejka, tak jest, a być może rów­nież coś mrocz­niej­szego.

- Oczy­wi­ście, że mrocz­niej­szego - zgo­dziła się przy­cup­nięta na murze Ser­watka. - Jest sługą Tronu Cie­nia albo patrona skry­to­bój­ców. Dzi­siej­szej nocy będzie prze­lana krew, a prze­leje ją nasza śmier­telna towa­rzyszka. Jest skry­to­bój­czy­nią. Powin­ny­śmy to odgad­nąć, jako że w swoim cza­sie zna­ły­śmy nie­zli­czo­nych skry­to­bój­ców. Przyj­rzyj się jej, Telo­rast, ma przy sobie ukryte noże...

- I śmier­dzi skwa­śnia­łym winem.

- Zostań­cie tu - roz­ka­zała Apsa­lar. - Obie.

- A jeśli tego nie zro­bimy? - zapy­tała Telo­rast.

- Zawia­do­mię Koty­liona o waszej ucieczce, a on wyśle waszym tro­pem Ogary.

- Chcesz nas zmu­sić do służby! Zwią­zać groź­bami! Ser­watka, oszu­kano nas!

- Zabijmy ją i ukrad­nijmy jej ciało!

- Lepiej nie, Ser­watka. Ma w sobie coś, co mnie prze­raża. Zgoda, Apsa­lar, która nie jesteś Apsa­lar, zosta­niemy tutaj... na chwilę. Do czasu, gdy upew­nimy się, że spo­tkała cię śmierć albo gor­szy los, ale nie dłu­żej.

- Albo do two­jego powrotu - dodała Ser­watka.

Telo­rast wydała z sie­bie dziw­nie gadzi syk.

- Tak, idiotko, to jest druga opcja - zgo­dziła się.

- To dla­czego tego nie powie­dzia­łaś?

- Dla­tego że to oczy­wi­ste, rzecz jasna. Po co strzę­pić bez potrzeby język, mówiąc o tym, co oczy­wi­ste? Naj­waż­niej­sze, że tu zacze­kamy. Tak, to jest naj­waż­niej­sze.

- Może dla cie­bie - wyce­dziła Ser­watka. - Ale nie­ko­niecz­nie dla mnie. Nie będę strzę­piła bez potrzeby języka, pró­bu­jąc ci cokol­wiek wytłu­ma­czyć, Telo­rast.

- Zawsze byłaś zbyt łatwa do przej­rze­nia, Ser­watka.

- Zamknij­cie się obie i zacze­kaj­cie tu na mnie - roz­ka­zała Apsa­lar.

Telo­rast oparła się o mur i skrzy­żo­wała ramiona.

- Tak, tak. Idź już. Nic nas to nie obcho­dzi.

Dziew­czyna ode­szła cicho po rumo­wi­sku. Zamie­rzała się odda­lić od obu duchów na naj­więk­szą moż­liwą odle­głość, zanim odszuka ukrytą ścieżkę, mającą - jeśli wszystko pój­dzie dobrze - dopro­wa­dzić ją do wyzna­czo­nej ofiary. Prze­kli­nała swój sen­ty­men­ta­lizm, który tak osła­bił jej deter­mi­na­cję, że zwią­zała się z dwoma obłą­ka­nymi duchami. Świet­nie wie­działa, że nie może ich teraz zosta­wić. Gdyby dała im wolną rękę, mogłyby wywo­łać w Ehr­li­ta­nie spory zamęt. Za mocno sta­rały się ją prze­ko­nać, że są nie­szko­dliwe. Osta­tecz­nie przy­kuto je w Kró­le­stwie Cie­nia z jakie­goś powodu. W owej gro­cie pełno było uwię­zio­nych na wieki istot i tylko nie­liczne z nich miały prawo się skar­żyć, że potrak­to­wano je nie­spra­wie­dli­wie.

W Gro­cie Cie­nia nie było Domu Azath i w związku z tym do walki z podob­nymi groź­bami sto­so­wano prost­sze metody. Tak przy­naj­mniej wyda­wało się Apsa­lar. Nie­mal wszyst­kie ważne czę­ści Kró­le­stwa Cie­nia prze­szy­wały nie­ro­ze­rwalne łań­cu­chy, sku­wa­jące pogrze­bane w ziemi ciała. Apsa­lar i Koty­lion znali men­hiry, tumu­lusy, sta­ro­żytne drzewa, kamienne mury i głazy. Wszyst­kie one były domami bez­i­mien­nych więź­niów - demo­nów, Ascen­den­tów, oży­wień­ców i widm. Pośrodku jed­nego z kamien­nych krę­gów przy­kuto trzy smoki. Z pozoru wyglą­dały na mar­twe, ale ich ciała nie gniły ani nie wię­dły, a pokryte pyłem oczy były otwarte. Koty­lion odwie­dził ongiś owo strasz­liwe miej­sce, a wspo­mnie­niu o tym wyda­rze­niu wciąż jesz­cze towa­rzy­szyła lekka aura nie­po­koju. Apsa­lar podej­rze­wała, że za owym spo­tka­niem kryło się coś wię­cej, ale nie wszystko z życia Koty­liona potra­fiła sobie przy­po­mnieć.

Zasta­na­wiała się, kto uwię­ził te wszyst­kie istoty. Jakie nie­znane jeste­stwo dys­po­no­wało mocą potrzebną, by obez­wład­nić trzy smoki? Wiele spraw w Kró­le­stwie Cie­nia wykra­czało poza jej poj­mo­wa­nie, a podej­rze­wała, że rów­nież poza poj­mo­wa­nie Koty­liona.

Ser­watka i Telo­rast mówiły języ­kiem Tiste Andii, lecz mimo woli zdra­dziły się z dosko­nałą zna­jo­mo­ścią kró­le­stwa smo­ków, Sta­rvald Deme­lain. Znały Panią Zło­dziei, która dawno już znik­nęła z pan­te­onu, choć, jeśli daru­dży­stań­skie legendy mówiły prawdę, przed nie­spełna stu­le­ciem poja­wiła się ponow­nie, tylko po to, by zaraz znik­nąć po raz drugi.

Chciała ukraść księ­życ.

To była jedna z pierw­szych histo­rii, jakie opo­wie­dział jej Cro­kus po tym, jak Koty­lion znik­nął nagle z jej umy­słu. Mogła to być miej­scowa legenda, mająca wzmoc­nić wpływy kultu w regio­nie. Apsa­lar przy­zna­wała, że zacie­ka­wiła ją ta sprawa. W końcu nosiła imię bogini.

Imass? Nie ist­nieją iko­niczne wyobra­że­nia Pani. To dziwne, ale powo­dem mógł być zakaz wpro­wa­dzony przez świą­ty­nie. Jakie są jej sym­bole? Ach, tak. Odci­ski stóp. I zasłona.

Dziew­czyna posta­no­wiła, że wypyta jesz­cze o to duchy.

Tak czy ina­czej, raczej nie wąt­piła, że Koty­lion nie będzie zado­wo­lony, że je uwol­niła, a Tron Cie­nia wręcz się wściek­nie. Nie­wy­klu­czone, że wła­śnie ta świa­do­mość była jej moty­wa­cją.

Byłam kie­dyś opę­tana, ale z tym już koniec. Na­dal im służę, ale tylko wtedy, gdy mi to odpo­wiada.

To były śmiałe słowa, nie pozo­stało jej nic poza nimi. Bogo­wie wyko­rzy­stują śmier­tel­ni­ków, a potem ich odrzu­cają. O porzu­co­nym narzę­dziu wszy­scy zapo­mi­nają. Co prawda, Koty­lion nie wyda­wał się tak obo­jętny, jak inni bogo­wie, ale w jakim stop­niu mogła mu ufać?

Apsa­lar zna­la­zła w bla­sku księ­życa tajemną ścieżkę wijącą się pośród ruin. Wkro­czyła na nią bez­sze­lest­nie, kry­jąc się w cie­niu, gdy tylko mogła. Zmie­rzała ku sercu Jen'rahb. Dość już błą­dzą­cych bez­ład­nie myśli. Musi się sku­pić, bo ina­czej to ona zosta­nie tej nocy ofiarą.

Na zdradę trzeba było odpo­wie­dzieć. Patron skry­to­bój­ców wyja­śnił jej, że wyko­nuje to zada­nie raczej dla Tronu Cie­nia niż dla niego. Spła­cał stary dług. Sytu­acja i tak już była nie­wia­ry­god­nie skom­pli­ko­wana, a ostat­nio robiło się coraz gorzej. Tak przy­naj­mniej suge­ro­wało nara­sta­jące pod­nie­ce­nie Tronu Cie­nia. Część jego nie­po­koju udzie­liła się rów­nież Koty­lio­nowi. Krą­żyły szepty, że zbliża się następna kon­wer­gen­cja mocy. Miała być potęż­niej­sza od wszyst­kich, które wyda­rzyły się dotąd, i z jakie­goś powodu Tron Cie­nia znaj­do­wał się w samym jej cen­trum. W sercu wszyst­kiego, co miało się wyda­rzyć.

Ujrzała przed sobą kopułę zapad­nię­tej pod zie­mię świą­tyni, jedy­nego pra­wie ukoń­czo­nego budynku tak daleko w głębi Jen'rahb. Przy­kuc­nęła za potęż­nym skal­nym blo­kiem o płasz­czy­znach gęsto pokry­tych tajem­ni­czymi zna­kami i przyj­rzała się uważ­nie dro­dze. Była ona odsło­nięta i można było ją obser­wo­wać z nie­zli­czo­nych punk­tów. Jeśli wej­ścia do świą­tyni fak­tycz­nie strze­gli obser­wa­to­rzy, cze­kało ją nie lada zada­nie. Musiała zało­żyć, że rze­czy­wi­ście tam są, ukryci w szcze­li­nach i pęk­nię­ciach we wszyst­kich ścia­nach budynku.

Nagle zauwa­żyła jakiś ruch. Ktoś wyszedł ze świą­tyni i prze­miesz­czał się ukrad­kiem na lewo od Apsa­lar. Znaj­do­wał się za daleko, żeby mogła zauwa­żyć szcze­góły. Tak czy ina­czej, jedno było jasne. Pająk prze­by­wał w środku swej sieci, kie­ru­jąc ruchami agen­tów. Ide­alna sytu­acja. Jeśli będzie jej sprzy­jało szczę­ście, ukryci war­tow­nicy uznają ją za jed­nego z owych agen­tów, chyba że przy­cho­dzili oni do świą­tyni spe­cjal­nie okre­ślo­nymi, zmie­nia­nymi co noc tra­sami.

Ist­niała też inna opcja. Apsa­lar wycią­gnęła długą cienką chustkę - telab - i owi­nęła ją sobie wokół głowy, pozo­sta­wia­jąc odsło­nięte jedy­nie oczy. Następ­nie wyjęła noże, przy­glą­dała się przez dwa­dzie­ścia ude­rzeń serca tra­sie, którą musiała poko­nać, i pomknęła naprzód. Szybki bieg zawie­rał ele­ment zasko­cze­nia, a do tego czy­nił ją trud­niej­szym celem. Pędząc po gru­zie, cze­kała na gło­śny szczęk kuszy i świst prze­szy­wa­ją­cego powie­trze bełtu. Nie usły­szała jed­nak nic w tym rodzaju. Dopa­dła do świą­tyni, ujrzała skalną szcze­linę słu­żącą jako wej­ście i pomknęła ku niej.

Wśli­znęła się w ciem­ność i zatrzy­mała nagle.

W tunelu cuch­nęło krwią.

Zacze­kała chwilę, aż oczy przy­zwy­czają się do ciem­no­ści, wstrzy­mała oddech i wytę­żyła słuch. Cisza. Widziała już przed sobą opa­da­jący w dół kory­tarz. Ruszyła ostroż­nie naprzód i zatrzy­mała się u wej­ścia do wiel­kiej komory. Na zaku­rzo­nej pod­ło­dze ujrzała zwłoki, leżące w powięk­sza­ją­cej się powoli kałuży krwi. Na dru­gim końcu pomiesz­cze­nia znaj­do­wało się zasło­nięte kotarą wyj­ście. Poza cia­łem było tutaj tylko kilka skrom­nych mebli. Kok­sowy pie­cyk wypeł­niał salę migo­tli­wym poma­rań­czo­wym bla­skiem. W powie­trzu uno­sił się gorzki zapach dymu i śmierci.

Pode­szła do trupa, nie odry­wa­jąc spoj­rze­nia od zasłony. Zmy­sły mówiły jej, że nie ma za nią nikogo, ale gdyby się myliła, skutki mogłyby oka­zać się fatalne. Pode­szła do ciała, scho­wała jeden z noży i odwró­ciła nie­bosz­czyka na plecy, by zoba­czyć jego twarz.

Mebra. Wyglą­dało na to, że ktoś wyko­nał robotę za nią.

Nagle za jej ple­cami coś śmi­gnęło w powie­trzu. Dziew­czyna padła na zie­mię i prze­to­czyła się w lewo. Gwiazdka prze­mknęła nad nią, robiąc dziurę w zasło­nie. Apsa­lar przy­kuc­nęła, spo­glą­da­jąc na kory­tarz.

Wyszła z niego postać spo­wita w obci­sły szary strój. W urę­ka­wicz­nio­nej lewej dłoni ści­skała kolejną gwiazdkę. Na jej licz­nych ostrzach błysz­czała tru­ci­zna. W pra­wej dłoni nie­zna­jomy trzy­mał nóż kethra, sze­roki i krzywy. Twarz skry­to­bójcy zasła­niał telab, ale na czar­nej skó­rze wokół ciem­nych oczu wid­niały białe tatu­aże.

Zabójca wyszedł z kory­ta­rza, nie spusz­cza­jąc z oczu Apsa­lar.

- Głu­pia kobieta - wysy­czał męskim gło­sem po ehr­lij­sku z sil­nym akcen­tem.

- Połu­dniowy Klan Sem­ków - stwier­dziła Apsa­lar. - Jesteś daleko od domu.

- Mia­łem nie zosta­wiać świad­ków.

Poru­szył bły­ska­wicz­nie lewą ręką.

Apsa­lar obró­ciła ciało i żela­zna gwiazdka prze­mknęła obok niej, ude­rza­jąc w ścianę.

Semk rzu­cił się do ataku. Ude­rzył lewą ręką w dół i w bok, by odbić cios jej noża, a potem pchnął kethrą, chcąc tra­fić w brzuch i wypruć poprzecz­nym cię­ciem wnętrz­no­ści. Nie udało mu się to jed­nak.

Gdy tylko opu­ścił lewą rękę, Apsa­lar prze­su­nęła się w prawo. Jego otwarta dłoń ude­rzyła mocno o jej bio­dro. Ponie­waż ucie­kła spod kethry, Semk był zmu­szony podą­żyć za nią, ale na długo przed tym, nim zdo­łał ją dości­gnąć, wbiła mu nóż mię­dzy żebra, się­ga­jąc szty­chem do serca.

Semk wydał stłu­miony jęk, zsu­nął się z noża Apsa­lar i padł na zie­mię. Potem wes­tchnął po raz ostatni i znie­ru­cho­miał.

Apsa­lar wytarła broń o udo zabi­tego, a potem zaczęła roz­ci­nać jego ubra­nie. Tatu­aże pokry­wały całe ciało Semka. Wśród wojow­ni­ków Połu­dnio­wego Klanu nie było to niczym nie­zwy­kłym, ale styl tych tatu­aży nie był sem­kow­ski. Na musku­lar­nych koń­czy­nach skry­to­bójcy wiły się napisy w tajem­ni­czym alfa­be­cie, podobne do tego, który widziała na ruinach pod świą­ty­nią.

Język Pierw­szego Impe­rium.

Z nara­sta­jącą podejrz­li­wo­ścią prze­wró­ciła ciało na brzuch. I zoba­czyła nad prawą łopatką Semka ciem­niej­szą plamę o w przy­bli­że­niu pro­sto­kąt­nym kształ­cie. Było tam kie­dyś wypi­sane jego imię, które potem rytu­al­nie zama­zano.

Zabity był kapła­nem Bez­i­mien­nych.

Och, Koty­lio­nie, to ci się nie spodoba.

***

- I co?

- A co ma być? - zapy­tała Telo­rast, uno­sząc wzrok.

- Jest ładna.

- My jeste­śmy ład­niej­sze.

Ser­watka prych­nęła pogar­dli­wie.

- W tej chwili nie mogę się z tobą zgo­dzić.

- No dobra. Jeśli ktoś lubi taki sma­gły, śmier­cio­no­śny typ.

- Pyta­łam o to, czy mamy z nią zostać, Telo­rast.

- Jeśli ją opu­ścimy, Cho­dzący po Kra­wę­dzi będzie z nas bar­dzo nie­za­do­wo­lony, Ser­watka. Chy­ba­byś tego nie chciała? Już kie­dyś był z nas nie­za­do­wo­lony. Czyż­byś o tym zapo­mniała?

- Świet­nie! Nie musia­łaś mi o tym przy­po­mi­nać, prawda? A więc zde­cy­do­wane. Zosta­jemy z nią.

- Tak - zgo­dziła się Telo­rast. - Dopóki nie znaj­dziemy spo­sobu, by się wydo­stać z tej kabały.

- Masz na myśli oszu­ka­nie ich wszyst­kich?

- Oczy­wi­ście.

- To dobrze - ucie­szyła się Ser­watka, wycią­ga­jąc się wzdłuż ruin muru i spo­glą­da­jąc na nie­zwy­kłe gwiazdy. - Bo ja chcę odzy­skać swój tron.

- I ja rów­nież.

Ser­watka powę­szyła.

- Mar­twi ludzie. Świeże ciała.

- Tak. Ale nie ona.

- Nie, nie ona. - Duch umilkł na chwilę. - A więc jest nie tylko ładna.

- Tak - zgo­dziła się z przy­gnę­bie­niem w gło­sie Telo­rast. - Nie tylko ładna.

Roz­dział drugi

Trzeba uznać za oczy­wi­stość, że męż­czy­zna, który jest naj­po­tęż­niej­szym, naj­strasz­liw­szym, naj­bar­dziej śmier­cio­no­śnym cza­ro­dzie­jem na świe­cie, musi mieć u swego boku kobietę. Z tego jed­nak, dro­gie dzieci, by­naj­mniej nie wynika, że kobieta o podob­nych cechach potrze­buje u swego boku męż­czy­zny. No więc, kto chce zostać tyra­nem?

Pani Wu Szkoła dla bez­dom­nych dzieci i ulicz­ni­ków w Mala­zie rok 1152 snu Pożogi

Nie­ma­te­rialny, to się poja­wia­jący, to znów zni­ka­jący, podobny do dymku Amma­nas wier­cił się na sta­ro­żyt­nym Tro­nie Cieni. Przy­po­mi­na­ją­cych gła­dzony hema­tyt oczu nie spusz­czał z chu­dej postaci sto­ją­cej przed tro­nem. Głowa męż­czy­zny była łysa, pomi­ja­jąc roz­czo­chrane, kędzie­rzawe, czarno-siwe pasemko bie­gnące nad uszami i z tyłu sub­tel­nie znie­kształ­co­nej, lekko asy­me­trycz­nej czaszki. Brwi dorów­ny­wały temu pasmu cha­otycz­nym splą­ta­niem, nastro­sze­niem i zmarsz­cze­niem, wyra­ża­ją­cym przy­pra­wia­jący o dez­orien­ta­cję i nie­po­kój pląs emo­cji odbi­ja­ją­cych się na pomarsz­czo­nej twa­rzy poni­żej.

Indy­wi­duum coś mru­czało, wcale nie tak cicho.

- Nie jest znowu aż tak prze­ra­ża­jący, nie­praw­daż? Poja­wia się i znika, zapala i gaśnie, jest to tu, to tam, nie­pewna zjawa o nie­pew­nych inten­cjach i być może rów­nież nie­pew­nym inte­lek­cie - lepiej, żeby nie odczy­tał moich myśli - zrób poważną minę, nie, sku­pioną, nie, zado­wo­loną! Nie, chwi­leczkę. Zastra­szoną. Prze­ra­żoną. Nie, raczej pełną bojaźni. Tak jest, bojaźni. Ale nie nazbyt długo, to męczące. Lepiej wyglą­dać na znu­dzo­nego. Bogo­wie, co ja myślę? Wszystko, tylko nie znu­dze­nie, bez względu na to, jak bar­dzo to nudne, kiedy on tak patrzy z góry na mnie, ja patrzę z dołu na niego, a Koty­lion stoi sobie z rękami skrzy­żo­wa­nymi na pier­siach, oparty o ścianę, i uśmie­cha się szy­der­czo. Co z niego za audy­to­rium? Naj­gor­sze z moż­li­wych i tyle. O czym to myśla­łem? No, przy­naj­mniej o czymś myśla­łem. Na­dal myślę, w grun­cie rze­czy, i można przy­jąć zało­że­nie, że Tron Cie­nia robi to samo, o ile mózg z niego nie wyciekł, no bo w końcu składa się tylko z cieni, więc cóż mogłoby zatrzy­mać mózg w środku? Rzecz w tym, że dobrze by było, żebym o tym pamię­tał i wła­śnie sam sobie o tym przy­po­mi­nam, rzecz w tym, że to on mnie wezwał. No to jestem. Prawy sługa. Lojalny. No, mniej wię­cej lojalny. Godny zaufa­nia. Z reguły. Skromny i pełen sza­cunku. Zawsze. Przy­naj­mniej tak się z pozoru wydaje, a pozory są wszyst­kim, co się liczy, na tym i na każ­dym innym świe­cie. Uśmiech­nij się! Skrzyw. Wyglą­daj na nie­zbęd­nego. Nie­odzow­nego. Nie­po­cie­szo­nego, nie­strzy­żo­nego, nie­pla­no­wa­nego. Chwi­leczkę, jak się wygląda na nie­pla­no­wa­nego? Jaki to powi­nien być wyraz twa­rzy? Muszę się nad tym zasta­no­wić, ale nie w tej chwili, ponie­waż ona nie jest nie­pla­no­wana, jest okre­ślona...

- Cisza.

- Panie? Nic nie mówi­łem. Och, lepiej odwróć teraz wzrok i zasta­nów się nad tym. Prze­cież nic nie mówi­łem. Cisza. A może to było stwier­dze­nie faktu? Tak, z pew­no­ścią. A teraz popatrz na niego, z sza­cun­kiem, i powiedz na głos: "W rze­czy samej, panie. Tu jest cicho". Jak na to reaguje? Czy to zapo­wiedź apo­plek­sji? Jak można to odgad­nąć przy tych wszyst­kich cie­niach? A gdy­bym tak usiadł na tym tro­nie...

- Iska­ralu Krost!

- Słu­cham, panie?

- Zde­cy­do­wa­łem.

- Słu­cham, panie? Jeśli coś zde­cy­do­wał, to dla­czego po pro­stu tego nie powie?

- Zde­cy­do­wa­łem, Iska­ralu Krost...

- On robi coś jesz­cze! Słu­cham, panie?

- Że będziesz... - Tron Cie­nia umilkł. Wyda­wało się, że prze­su­nął dłońmi przed oczyma. - Ojej - wyszep­tał, a potem się wypro­sto­wał. - Zde­cy­do­wa­łem, że będziesz musiał mi wystar­czyć.

- Panie? Odwróć wzrok! Ten bóg jest obłą­kany. Służę obłą­ka­nemu bogu! Jaka mina jest odpo­wied­nia do takiej sytu­acji?

- Idź już! Zmia­taj stąd!

Iska­ral Krost pokło­nił się.

- Oczy­wi­ście, panie. Natych­miast! - Wypro­sto­wał się i rozej­rzał wokół, wbi­ja­jąc bła­galne spoj­rze­nie w Koty­liona. - On mnie wezwał! Nie mogę odejść, dopóki ten toczący pianę idiota na tro­nie mnie nie zwolni! Koty­lion to rozu­mie, to, co błysz­czy w tych okrop­nych, zim­nych oczach, może być weso­ło­ścią. Och, czemu cze­goś nie powie! Czemu nie przy­po­mni tej glę­dzą­cej pla­mie na tro­nie...

Amma­nas wark­nął ze zło­ścią i wielki kapłan Cie­nia Iska­ral Krost znik­nął.

Tron Cie­nia sie­dział potem przez pewien czas nie­ru­chomo. Wresz­cie odwró­cił głowę i spoj­rzał na Koty­liona.

- Na co się tak gapisz? - zapy­tał.

- Na nie­wiele - odparł Koty­lion. - Zro­bi­łeś się ostat­nio raczej nie­ma­te­rialny.

- Ten stan mi odpo­wiada. - Przy­glą­dali się sobie przez pewien czas. - No dobra, zanadto roz­cią­gną­łem siły! - Echo krzyku wybrzmiało i bóg się uspo­koił. - Myślisz, że zdąży na czas?

- Nie.

- A jeśli zdąży, to myślisz, że sobie pora­dzi?

- Nie.

- A kto cię pytał?!

Koty­lion przy­glą­dał się ze spo­ko­jem, jak Amma­nas wierci się i wije ze zło­ści na tro­nie. Wtem Pan Cie­nia znie­ru­cho­miał i uniósł jeden, paję­czo długi palec.

- Mam pomysł.

- Zosta­wię cię z nim - stwier­dził Koty­lion, odpy­cha­jąc się od ściany. - Idę się przejść.

Tron Cie­nia nie odpo­wie­dział.

Koty­lion obej­rzał się i zoba­czył, że jego towa­rzysz znik­nął.

- Och - wyszep­tał. - To był dobry pomysł.

Opu­ściw­szy Twier­dzę Cie­nia, zatrzy­mał się na chwilę, by przyj­rzeć się ota­cza­ją­cemu ją kra­jo­bra­zowi. Miał on w zwy­czaju zmie­niać się znie­nacka, choć ni­gdy wtedy, gdy ktoś na niego patrzył. Koty­lion uwa­żał, że to wiel­kie szczę­ście. Po pra­wej cią­gnęła się seria lesi­stych wzgórz, przed sobą widział roz­pa­dliny i żleby, a po lewej wid­mowe jezioro, po któ­rym żeglo­wało kilka stat­ków o sza­rych żaglach. Podej­rze­wał, że to demony, Arto­ral­lahy, płyną, by napaść na przy­brzeżne wio­ski Apto­rian. Rzadko się zda­rzało, by jeziora zja­wiały się tak bli­sko twier­dzy. Koty­liona na chwilę ogar­nął nie­po­kój. Demony z tego kró­le­stwa spra­wiały wra­że­nie, że cze­kają tylko na wła­ściwy moment. Nie zwra­cały więk­szej uwagi na Tron Cie­nia i, szcze­rze mówiąc, robiły, co im się żyw­nie podo­bało. Z reguły ozna­czało to wen­dety, nie­spo­dzie­wane ataki na sąsia­dów i łupie­stwo.

Amma­nas mógł im roz­ka­zy­wać, jeśli zechciał, ale robił to bar­dzo rzadko. Być może wolał nie pod­da­wać pró­bie ich lojal­no­ści.

Albo może głowę zaprzą­tały mu inne sprawy. Jego spi­ski.

Sytu­acja nie wyglą­dała zbyt dobrze.

Zanadto roz­cią­gną­łeś siły, Amma­na­sie? To mnie nie dziwi.

Koty­lion potra­fił to zro­zu­mieć i pra­wie mu współ­czuł. Zaraz jed­nak przy­po­mniał sobie, że Amma­nas sam spro­wa­dził na sie­bie więk­szość zagra­ża­ją­cych mu nie­bez­pie­czeństw.

Na sie­bie, a co za tym idzie rów­nież na mnie.

Ścieżki przed nimi były wąskie, kręte i zdra­dliwe. Każdy krok wyma­gał naj­wyż­szej ostroż­no­ści.

Niech i tak będzie. W końcu robi­li­śmy to już przed­tem. Z powo­dze­niem.

Rzecz jasna, tym razem stawka była wyż­sza. Być może zbyt wysoka.

Koty­lion ruszył ku ska­li­stemu tere­nowi roz­cią­ga­ją­cemu się przed nim. Po dwóch tysią­cach kro­ków ujrzał pro­wa­dzącą do parowu ścieżkę. Mię­dzy stro­mymi skal­nymi ścia­nami kłę­biły się cie­nie. Nie chcąc się przed nim roz­stą­pić, owi­jały się wokół jego nóg niczym wodo­ro­sty na pły­ciź­nie.

Tyle rze­czy tutaj utra­ciło wła­ściwe sobie miej­sce. Dez­orien­ta­cja pro­wa­dziła do gwał­tow­nego tumultu w zaka­mar­kach, gdzie gro­ma­dziły się cie­nie. Jego uszy muskały słabe krzyki, które dobie­gały z bar­dzo daleka, głosy nie­zli­czo­nych rzesz, toną­cych albo zapa­da­ją­cych się w bez­den­nym bagnie. Na czoło Koty­liona wystą­piły kro­pelki potu. Przy­śpie­szył kroku, aż wresz­cie omi­nął kra­sowy lej.

Ścieżka wio­dła pod górę, po czym wyszła na sze­roki pła­sko­wyż. Gdy Koty­lion zna­lazł się na otwar­tej prze­strzeni, wbi­ja­jąc wzrok w odle­gły pier­ścień usta­wio­nych pio­nowo mono­li­tów, poczuł u swego boku czy­jąś obec­ność. Odwró­cił się i zoba­czył wysoką, odzianą w łach­many szkie­le­tową postać, która szła obok niego. Była za daleko, by mógł jej dotknąć, ale Koty­lion i tak uwa­żał, że to nie­po­ko­jąco bli­sko.

- Cho­dzący po Kra­wę­dzi. Minęło sporo czasu, odkąd ostat­nio cię widzia­łem.

- Nie mogę powie­dzieć tego samego o tobie, Koty­lio­nie. Wędruję...

- Tak, wiem - prze­rwał mu patron skry­to­bój­ców. - Wędru­jesz nie­wi­docz­nymi ścież­kami.

- Nie­wi­docz­nymi dla cie­bie. Ogary nie dzielą tej sła­bo­ści.

Koty­lion zmarsz­czył brwi, a potem się obej­rzał. Trzy­dzie­ści kro­ków za nim szedł Baran. Masywny łeb zwie­sił ku ziemi, a w jego śle­piach gorzał sino­kar­ma­zy­nowy ogień.

- Masz towa­rzy­stwo.

- To chyba je bawi - odparł Cho­dzący po Kra­wę­dzi.

Szli tak przez pewien czas, aż wresz­cie Koty­lion wes­tchnął.

- Odszu­ka­łeś mnie celowo? - zapy­tał. - Czego chcesz?

- Od cie­bie? Niczego. Widzę jed­nak, dokąd zmie­rzasz, i dla­tego chcę być świad­kiem.

- Świad­kiem czego?

- Roz­mowy, do któ­rej doj­dzie.

Koty­lion skrzy­wił się ze zło­ścią.

- A jeśli wolał­bym, żebyś jej nie sły­szał?

Twarz szkie­letu zawsze była uśmiech­nięta, lecz wyda­wało się, że ów uśmiech posze­rzył się nieco.

- W Cie­niu nie ma pry­wat­no­ści, uzur­pa­to­rze.

Uzur­pa­to­rze. Dawno bym zabił skur­czy­byka, gdyby nie to, że już jest mar­twy. Już dawno.

- Nie jestem waszym wro­giem - zapew­nił Cho­dzący po Kra­wę­dzi, jakby czy­tał w jego myślach. - Jesz­cze nie.

- I tak już mamy zbyt wielu wro­gów - stwier­dził Koty­lion. - W związku z tym nie pra­gniemy mieć ich wię­cej. Nie­stety nie wiemy nic o two­ich celach i nie możemy prze­wi­dzieć, co mogłoby cię obra­zić. Dla­tego oświeć mnie, w inte­re­sie pokoju mię­dzy nami.

- Tego nie mogę uczy­nić.

- Nie możesz czy nie chcesz?

- Wina leży po two­jej stro­nie, Koty­lio­nie, nie po mojej. Two­jej i Tronu Cie­nia.

- To bar­dzo dogodne.

Wyda­wało się, że Cho­dzący po Kra­wę­dzi zasta­na­wia się przez chwilę nad sar­do­nicz­nym spo­strze­że­niem Koty­liona. Wresz­cie ski­nął głową.

- Masz rację.

Już dawno...

Zbli­żyli się do mono­li­tów. Nie łączył ich już ani jeden kamień nad­proża. Pozo­stał z nich jedy­nie gruz leżący na sto­kach, jakby jakaś sta­ro­żytna deto­na­cja w samym sercu kręgu wstrzą­snęła potęż­nymi gła­zami. Nawet mono­lity odchy­lały się nieco na zewnątrz na podo­bień­stwo płat­ków kwiatu.

- To nie­przy­jemne miej­sce - stwier­dził Cho­dzący po Kra­wę­dzi, gdy skrę­cili w prawo, ku ofi­cjal­nemu wej­ściu do kręgu, alei, wzdłuż któ­rej bie­gły sze­regi niskich, zbu­twia­łych drzew. Wszyst­kie były odwró­cone ku górze korze­niami, któ­rych resztki wciąż jesz­cze wycią­gały się ku niebu.

Koty­lion wzru­szył ramio­nami.

- Nie bar­dziej niż pra­wie wszyst­kie miej­sca w tym kró­le­stwie.

- Moż­liwe, że w to wie­rzysz, jako że brak ci moich wspo­mnień. Doszło tu ongiś do strasz­li­wych wyda­rzeń. To było bar­dzo dawno temu, ale ich echa wciąż się utrzy­mują.

- Pozo­sta­łość mocy nie jest tu zbyt wielka - zauwa­żył Koty­lion, gdy dotarli do dwóch naj­więk­szych kamieni i prze­szli mię­dzy nimi.

- To prawda. Rzecz jasna, na powierzchni wygląda to ina­czej.

- Na powierzchni? Nie rozu­miem.

- Sto­jące kamie­nie zawsze są do połowy scho­wane w ziemi, Koty­lio­nie. A budow­ni­czo­wie krę­gów na ogół zdają sobie sprawę ze zna­cze­nia tego faktu. Świat nad­ziemny i pod­ziemny.

Koty­lion zatrzy­mał się i obej­rzał za sie­bie, spo­glą­da­jąc na odwró­cone korze­niami ku górze drzewa przy alei.

- A ten prze­jaw, który tu widzimy, należy do świata pod­ziem­nego?

- W pew­nym sen­sie.

- A czy nad­ziemny prze­jaw można zna­leźć w jakimś innym kró­le­stwie? Czy zoba­czy­li­by­śmy tam pier­ścień pochy­lo­nych ku środ­kowi kamieni i drzewa rosnące korze­niami w dół?

- Pod warun­kiem, że nie pokryła ich jesz­cze zie­mia albo nie znisz­czyła ero­zja. Ten krąg jest bar­dzo stary.

Koty­lion odwró­cił się i popa­trzył na trzy smoki przy­kute łań­cu­chami naprze­ciwko nich. Każdy spo­czy­wał u stóp jed­nego z mono­li­tów, choć łań­cu­chy wni­kały w twardą glebę, nie w zwie­trzałą skałę. Skuto im szyje i wszyst­kie koń­czyny, a dodat­kowy, mocno napięty łań­cuch, łączył ze sobą nad grzbie­tem skrzy­dła każ­dego z nich. Łań­cu­chy były naprę­żone tak mocno, że unie­moż­li­wiały wszel­kie ruchy, nawet unie­sie­nie głowy.

- Jest tak, jak mówi­łeś, Cho­dzący po Kra­wę­dzi - wyszep­tał Koty­lion. - To rze­czy­wi­ście nie­przy­jemne miej­sce. Zapo­mnia­łem o tym.

- Zapo­mi­nasz o tym za każ­dym razem - zauwa­żył Cho­dzący po Kra­wę­dzi. - Ogar­nia cię fascy­na­cja. Tak wła­śnie działa tu pozo­sta­łość mocy.

Koty­lion obrzu­cił go pośpiesz­nym spoj­rze­niem.

- Czy jestem pod wpły­wem zaklę­cia?

Szkie­le­towa istota wzru­szyła ramio­nami.

- Ta magia nie ma żad­nego innego celu poza tym jed­nym. Fascy­na­cją... i zapo­mnie­niem.

- Trudno mi w to uwie­rzyć. Czary zawsze służą jakie­muś celowi.

Cho­dzący po Kra­wę­dzi ponow­nie wzru­szył ramio­nami.

- Są głodne, ale nie mogą jeść.

Po chwili Koty­lion ski­nął głową.

- A więc te czary należą do smo­ków. To jestem w sta­nie prze­łknąć. Co jed­nak z samym krę­giem? Czy jego moc już wyga­sła? Jeśli tak, to dla­czego te smoki na­dal pozo­stają zwią­zane?

- Nie wyga­sła. Po pro­stu nie oddzia­łuje na cie­bie w żaden spo­sób, Koty­lio­nie. Nie ty jesteś jej celem.

- Skoro tak mówisz. - Patron skry­to­bój­ców odwró­cił się i zoba­czył, że poja­wił się Baran, który omi­nął sze­ro­kim łukiem Cho­dzą­cego po Kra­wę­dzi, by nie zna­leźć się w jego zasięgu, a potem sku­pił uwagę na smo­kach. Koty­lion zauwa­żył, że Ogar zje­żył sierść. - Czy potra­fisz mi odpo­wie­dzieć, dla­czego nie chcą ze mną roz­ma­wiać? - zapy­tał swego towa­rzy­sza.

- Być może nie powie­dzia­łeś im jesz­cze nic, co zasłu­gi­wa­łoby na odpo­wiedź.

- Nie­wy­klu­czone. Jak sądzisz, co mi odpo­wie­dzą, jeśli zacznę mówić o wol­no­ści?

- Przy­sze­dłem tu wła­śnie po to, by się o tym prze­ko­nać - odparł Cho­dzący po Kra­wę­dzi.

- Potra­fisz czy­tać w moich myślach? - zapy­tał cicho Koty­lion.

Baran powoli obró­cił potężny łeb, spo­glą­da­jąc na szkie­le­tową istotę. Ogar postą­pił jeden krok ku niemu.

- Nie dys­po­nuję taką wszech­wie­dzą - odparł ze spo­ko­jem Cho­dzący po Kra­wę­dzi. Wyda­wało się, że w ogóle nie spo­strzegł Barana. - Choć komuś takiemu jak ty mogłoby się tak wyda­wać. Ist­nieję już tyle wie­ków, że nie potra­fił­byś ich zli­czyć, Koty­lio­nie. Znam wszel­kie moż­liwe regu­lar­no­ści, gdyż byłem ich świad­kiem mnó­stwo razy. Bio­rąc pod uwagę, co czeka wkrótce nas wszyst­kich, nie­trudno było się tego domy­ślić. Zwłasz­cza jeśli uwzględ­nić twą nie­sa­mo­witą zdol­ność prze­wi­dy­wa­nia. - Cho­dzący po Kra­wę­dzi skie­ro­wał na Koty­liona mar­twe otwory oczu. - Podej­rze­wasz, że smoki znaj­dują się w samym sercu tego, co ma się wyda­rzyć, nie­praw­daż?

Koty­lion wska­zał na łań­cu­chy.

- One się­gają do świata nad­ziem­nego, tak? A jaka to będzie grota?

- A jak sądzisz? - odpo­wie­dział pyta­niem Cho­dzący po Kra­wę­dzi.

- Spró­buj wyczy­tać to w moich myślach.

- Nie potra­fię.

- To zna­czy, że przy­by­łeś tu, ponie­waż roz­pacz­li­wie pra­gniesz się dowie­dzieć tego, co ja wiem, albo cho­ciaż tego, co podej­rze­wam.

Mil­cze­nie Cho­dzą­cego po Kra­wę­dzi było wystar­cza­jącą odpo­wie­dzią.

- Chyba jed­nak nie będę pró­bo­wał roz­ma­wiać z tymi smo­kami - stwier­dził z uśmie­chem Koty­lion.

- Prę­dzej czy póź­niej to zro­bisz - nie ustę­po­wał Cho­dzący po Kra­wę­dzi. - I wtedy znowu się tu zja­wię. Cóż więc da ci mil­cze­nie w tej chwili?

- No cóż, przy­naj­mniej cię poiry­tuję.

- Ist­nieję już tyle wie­ków...

- I iry­to­wano cię już przed­tem, wiem o tym. Z całą pew­no­ścią nie unik­niesz tego rów­nież w przy­szło­ści.

- Podej­mij tę próbę, Koty­lio­nie. Jeśli nie teraz, to wkrótce. Jeśli chcesz prze­trwać to, co się wyda­rzy.

- Zgoda. Pod warun­kiem, że zdra­dzisz mi imiona tych smo­ków.

- Jak sobie życzysz... - odparł z wyraźną nie­chę­cią Cho­dzący po Kra­wę­dzi.

- A także powiesz mi, kto i dla­czego je tu uwię­ził.

- Tego nie mogę zro­bić.

Popa­trzyli na sie­bie. Po chwili Cho­dzący po Kra­wę­dzi uniósł głowę.

- Chyba osią­gnę­li­śmy impas, Koty­lio­nie. Jak brzmi twoja decy­zja?

- Zgoda. Zado­wolę się tym, co możesz mi dać.

Cho­dzący po Kra­wę­dzi spoj­rzał na trzy smoki.

- Wszyst­kie są Ele­in­tami czy­stej krwi. Zwą się Ampe­las, Kalse i Eloth. Ich zbrod­nią była... ambi­cja. To pospo­lita zbrod­nia. - Istota odwró­ciła się do Koty­liona. - Być może nawet ende­miczna.

W odpo­wie­dzi na ten zawo­alo­wany osąd Koty­lion wzru­szył ramio­nami. Pod­szedł bli­żej do uwię­zio­nych bestii.

- Zakła­dam, że mnie sły­szy­cie - zaczął cichym gło­sem. - Nad­cho­dzi wojna. Zostało jesz­cze tylko kilka lat. Podej­rze­wam, że będą do niej wcią­gnięte wszyst­kie Ascen­denty ze wszyst­kich kró­lestw. Muszę się dowie­dzieć, po któ­rej stro­nie sta­nie­cie do walki, jeśli odzy­ska­cie wol­ność.

Przez kilka ude­rzeń serca pano­wała cisza. Potem w umy­śle Koty­liona roz­legł się chra­pliwy głos.

- Przy­by­łeś tu w poszu­ki­wa­niu sojusz­ni­ków, uzur­pa­to­rze.

- Zwią­za­nych z tobą wdzięcz­no­ścią za uwol­nie­nie - dodał drugi, wyraź­nie kobiecy głos. - Gdy­bym tar­go­wała się z two­jej pozy­cji, musia­ła­bym być głu­pia, żeby liczyć na lojal­ność i zaufa­nie.

- Zga­dzam się, że to jest pewien pro­blem - potwier­dził Koty­lion. - Pew­nie zasu­ge­ru­je­cie, bym was uwol­nił, zanim przy­stą­pimy do tar­gów.

- Tego wyma­ga­łaby spra­wie­dli­wość - potwier­dził pierw­szy głos.

- Nie­stety, spra­wie­dli­wość mnie nie inte­re­suje.

- Oba­wiasz się, że cię pożremy?

- Żeby powie­dzieć to zwięźle - odparł Koty­lion. - A, jak rozu­miem, wasz rodzaj uwiel­bia zwię­złość.

- Uwol­nie­nie nas zaiste oszczę­dzi­łoby nam trudu nego­cja­cji - ode­zwał się trzeci smok dźwięcz­nym, baso­wym gło­sem. - Poza tym jeste­śmy głodne.

- Co was spro­wa­dziło do tego kró­le­stwa? - zapy­tał Koty­lion.

Smoki nie odpo­wie­działy.

Patron skry­to­bój­ców wes­tchnął.

- Był­bym bar­dziej skłonny was uwol­nić, zakła­da­jąc, że jestem w sta­nie tego doko­nać, gdy­bym miał powód sądzić, że uwię­ziono was nie­spra­wie­dli­wie.

- Uwa­żasz, że masz prawo o tym decy­do­wać? - zapy­tała smo­czyca.

- To nie pora na zrzę­dze­nie - odparł poiry­to­wany Koty­lion. - Ten, kto ostat­nio doko­nał tego osądu, naj­wy­raź­niej was potę­pił i był w sta­nie coś w tej spra­wie zro­bić. Sądził­bym, że wszyst­kie te stu­le­cia spę­dzone w łań­cu­chach mogły was skło­nić do ponow­nego prze­my­śle­nia swych moty­wa­cji. Widzę jed­nak, że żału­je­cie jedy­nie tego, że nie były­ście w sta­nie spro­stać jeste­stwu, które uznało, że ma prawo was sądzić.

- Tak - przy­znała smo­czyca. - Żału­jemy tego. Ale nie tylko tego.

- Skoro tak mówisz. A czego jesz­cze?

- Tego, że Tiste Andii, któ­rzy wtar­gnęli do tego kró­le­stwa, znisz­czyli je tak grun­tow­nie i że byli tak nie­prze­jed­nani w swym żąda­niu, by nikt nie zasiadł na jego tro­nie - odparł trzeci smok.

Koty­lion powoli wypu­ścił powie­trze. Obej­rzał się na Cho­dzą­cego po Kra­wę­dzi, ale zjawa mil­czała.

- A co było przy­czyną ich zawzię­to­ści? - zapy­tał.

- Żądza zemsty, rzecz jasna. I Ano­man­da­ris.

- Ach, chyba już wiem, kto uwię­ził tu was troje.

- O mało nas nie zabił - poskar­żyła się smo­czyca. - Zare­ago­wał sta­now­czo prze­sad­nie. W końcu lep­szy Ele­int na Tro­nie Cie­nia niż kolejny Tiste Edur albo, co gor­sza, uzur­pa­tor.

- A z jakie­goż to powodu Ele­int miałby nie być uzur­pa­to­rem?

- Twoja pedan­te­ria nie robi na nas wra­że­nia.

- Czy to się wyda­rzyło przed roz­trza­ska­niem kró­le­stwa, czy po nim?

- Takie roz­róż­nie­nia nic nie zna­czą. Roz­trza­ska­nie trwa po dziś dzień, jeśli zaś cho­dzi o siły, które sprzy­się­gły się, by dopro­wa­dzić do tego strasz­li­wego efektu, było ich wiele. Jak stado enkar'ali ota­cza­jące ranną dryp­tharę. To, co jest osła­bione, przy­ciąga... dra­pież­ców.

- To zna­czy, że jeśli odzy­ska­cie wol­ność, znowu spró­bu­je­cie zagar­nąć Tron Cieni - skwi­to­wał Koty­lion. - Tyle że tym razem ktoś na nim sie­dzi.

- Praw­dzi­wość tego stwier­dze­nia jest dys­ku­syjna - odparła smo­czyca.

- To kwe­stia seman­tyki - dodał pierw­szy smok. - Cie­nie rzu­cane przez cie­nie.

- Sądzi­cie, że Amma­nas zasiada na nie­wła­ści­wym Tro­nie Cieni.

- Praw­dziwy tron nawet nie znaj­duje się w tej czę­ści Emur­lahn.

Koty­lion skrzy­żo­wał z uśmie­chem ramiona na piersi.

- A Amma­nas się znaj­duje?

Smoki nic na to nie odpo­wie­działy. Koty­lion z wielką satys­fak­cją wyczuł ich nagły nie­po­kój.

- To oso­bliwe roz­róż­nie­nie, Koty­lio­nie - ode­zwał się Cho­dzący po Kra­wę­dzi, przy­sta­nąw­szy z tyłu. - A może po pro­stu jesteś nie­szczery?

- Tego nie mogę ci powie­dzieć - odparł z bla­dym uśmiesz­kiem Koty­lion.

- Jestem Eloth, Pani Ilu­zji - prze­mó­wiła smo­czyca. - Dla was zna­czy to Meanas. A także Moc­kry i Thyr. Kształ­tu­jąca Krew. Uczy­ni­łam wszystko, o co pro­sił mnie K'rul. A ty śmiesz kwe­stio­no­wać moją lojal­ność?

- Ach - mruk­nął Koty­lion, kiwa­jąc głową. - Jak rozu­miem, zna­czy to, że wie­cie o zbli­ża­ją­cej się woj­nie. Czy dotarły do was rów­nież pogło­ski o powro­cie K'rula?

- Jego krew jest coraz bar­dziej nie­zdrowa - stwier­dził trzeci smok. - Jestem Ampe­las, który ukształ­to­wał krew w ścież­kach Emur­lahn. Czary, któ­rymi wła­dają Tiste Edur, zro­dziły się z mojej woli. Teraz zro­zu­mia­łeś, uzur­pa­to­rze?

- Że smoki mają skłon­ność do pom­pa­tycz­nych dekla­ra­cji i napu­szo­nego stylu? Tak, rozu­miem to świet­nie, Ampe­la­sie. Mam więc rozu­mieć, że każda z grot, pra­daw­nych i nowych, ma odpo­wia­da­ją­cego jej smoka? Że jeste­ście odcie­niami krwi K'rula? A co z jed­no­po­chwy­co­nymi smo­kami, takimi jak Ano­man­da­ris i, co waż­niej­sze, Sca­ban­dari Krwa­wo­oki?

- Dziwi nas, że znasz to imię - ode­zwał się po chwili mil­cze­nia pierw­szy smok.

- Dla­tego że zabi­ły­ście go już tak dawno temu?

- Nie zga­dłeś, uzur­pa­to­rze, i w ten spo­sób ujaw­ni­łeś tylko zakres swej igno­ran­cji. Nie, nie zabi­ły­śmy go. Zresztą jego dusza na­dal żyje, choć cierpi męki. Ta, któ­rej pięść roz­trza­skała jego czaszkę i zabiła ciało, nie jest wierna nam ani, jak podej­rze­wamy, nikomu poza sobą samą.

- To zna­czy, że jesteś Kalse - stwier­dził Koty­lion. - Którą ścieżkę uzna­jesz za swoją?

- Zosta­wiam pom­pa­tyczne dekla­ra­cje mym kuzy­nom. Nie czuję potrzeby, by ci impo­no­wać, uzur­pa­to­rze. Co wię­cej, zachwyca mnie świa­do­mość, jak nie­wiele poj­mu­jesz.

Koty­lion wzru­szył ramio­nami.

- Pyta­łem o jed­no­po­chwy­co­nych. O Sca­ban­da­riego, Ano­man­da­risa, Osserca, Olar Ethil, Dra­co­nusa...

- Koty­lio­nie, z pew­no­ścią już sobie uświa­do­mi­łeś, że te trzy smoki w swym dąże­niu do zdo­by­cia Tronu Cie­nia kie­ro­wały się hono­ro­wymi moty­wami - ode­zwał się Cho­dzący po Kra­wę­dzi.

- Chciały uzdro­wić Emur­lahn. Tak, rozu­miem to.

- A czy ty nie pra­gniesz tego samego?

Koty­lion odwró­cił się i spoj­rzał na istotę.

- Tak sądzisz?

Cho­dzący po Kra­wę­dzi spra­wiał przez chwilę wra­że­nie nie­przy­jem­nie zasko­czo­nego. Póź­niej uniósł głowę.

- Nie cho­dzi ci o uzdro­wie­nie, ale o to, kto będzie potem zasia­dał na tro­nie.

- O ile dobrze rozu­miem, gdy smoki uczy­niły już to, o co pro­sił je K'rul, zostały zmu­szone do powrotu do Sta­rvald Deme­lain - zaczął Koty­lion. - Sta­no­wiły źró­dło cza­rów i nie można było pozwo­lić, by inge­ro­wały w sprawy kró­lestw bądź też były w nich aktywne, w prze­ciw­nym bowiem razie czary prze­sta­łyby być prze­wi­dy­walne, a to wzmac­nia­łoby Chaos, odwiecz­nego wroga tego wiel­kiego planu. Pro­ble­mem byli jed­nak jed­no­po­chwy­ceni. W ich żyłach pły­nęła krew Tiam i wła­dali potężną mocą Ele­in­tów, a mimo to wędro­wali swo­bod­nie. Dla­tego mogli inge­ro­wać w sprawy kró­lestw i robili to. Z oczy­wi­stych powo­dów. Sca­ban­dari pocho­dził z Edur i w związku z tym został ich obrońcą...

- Po tym, jak wymor­do­wał ich kró­lew­ską dyna­stię! - wysy­czała Eloth. - Jak prze­lał smo­czą krew w samym sercu Kurald Emur­lahn! Otwo­rzył w tej gro­cie pierw­szą, śmier­telną ranę! Jak mu się zda­wało, czym są bramy?

- Tiste Andii dla Ano­man­da­risa - cią­gnął Koty­lion. - Tiste Lio­san dla Osserca. T'lan Imas­so­wie dla Olar Ethil. Te związki i zro­dzona z nich lojal­ność są oczy­wi­ste. Dra­co­nus jest, rzecz jasna, bar­dziej tajem­ni­czy, ponie­waż znik­nął już bar­dzo dawno temu...

- Naj­po­dlej­szy z nich wszyst­kich! - wrza­snęła Eloth. Jej głos wypeł­nił czaszkę Koty­liona, był tak dono­śny, że bóg aż skrzy­wił się z bólu.

Odsu­nął się o krok, uno­sząc rękę.

- Oszczędź mi tego, pro­szę. Szcze­rze mówiąc, nie inte­re­suje mnie to zbyt­nio. Chcia­łem się tylko dowie­dzieć, czy mię­dzy Ele­in­tami i jed­no­po­chwy­co­nymi ist­nieje kon­flikt. Wygląda na to, że tak, pomi­ja­jąc być może Sila­nah...

- Uwiódł ją urok Ano­man­da­risa - wark­nęła Eloth. - I ule­gła nie­ustan­nym bła­ga­niom Olar Ethil...

- O to, by przy­nio­sła ogień do świata Imas­sów - dokoń­czył Koty­lion. - Bo to wła­śnie jest jej aspekt, nie­praw­daż? Thyr?

- Wcale nie jest taki nie­roz­gar­nięty, jak ci się zda­wało, Kalse - zauwa­żył Ampe­las.

- Ale z dru­giej strony ty rów­nież rościsz sobie pre­ten­sje do Thyr, Eloth - cią­gnął Koty­lion. - Ach, K'rul był sprytny, zmu­sił was do podzie­le­nia się mocą.

- W prze­ci­wień­stwie do Tiam, kiedy giniemy, nie wra­camy do życia - odrzekł Ampe­las.

- To pro­wa­dzi do kwe­stii, którą naprawdę muszę zro­zu­mieć. Pra­dawni bogo­wie. Oni nie pocho­dzą tylko z jed­nego świata, zga­dza się?

- Oczy­wi­ście.

- A jak dawno już ist­nieją?

- Nawet gdy Ciem­ność wła­dała nie­po­dziel­nie, ist­niały już pier­wotne siły. Przed nadej­ściem Świa­tła poru­szały się nie­po­strze­że­nie. Nie prze­strze­gały żad­nych praw poza wła­snymi. Natura Ciem­no­ści jest taka, że ona sama sobą włada.

- A czy Oka­le­czony Bóg jest pra­dawny?

Koty­lion wstrzy­mał oddech. Zmie­rzał do tego pyta­nia krętą ścieżką i doko­nał po dro­dze licz­nych odkryć. Musiał prze­my­śleć tak wiele, że jego umysł stał się odrę­twiały od nad­miaru nowej wie­dzy.

- Muszę się tego dowie­dzieć - rzekł, ode­tchnąw­szy głę­boko.

- A dla­czego? - zapy­tał Cho­dzący po Kra­wę­dzi.

- Bo jeśli jest, poja­wia się kolejne pyta­nie - odparł Koty­lion. - Jak można zabić pier­wotną siłę?

- Chciał­byś znisz­czyć rów­no­wagę?

- Ona już została znisz­czona, Cho­dzący po Kra­wę­dzi! Tego boga strą­cono na powierzch­nię świata. I przy­kuto. Jego moc roze­rwano na strzępy i uwię­ziono w maleń­kich, nie­malże pozba­wio­nych życia gro­tach, a każda z nich jest połą­czona ze świa­tem, z któ­rego pocho­dzę...

- To fatal­nie dla tego świata - zauwa­żył Ampe­las.

Nie­skry­wana pogarda tej odpo­wie­dzi roz­wście­czyła Koty­liona. Oddy­chał głę­boko i mil­czał, cze­ka­jąc, aż gniew minie. Potem znowu spoj­rzał na smoki.

- A z tego świata, Ampe­la­sie, zatruwa groty. Wszyst­kie. Potra­fi­cie z tym wal­czyć?

- Gdy­byś nas uwol­nił...

- Gdy­bym was uwol­nił, wró­ci­ły­by­ście do swego pier­wot­nego planu i w Kró­le­stwie Cie­nia znowu prze­lano by smo­czą krew - odparł Koty­lion z bez­li­to­snym uśmie­chem.

- Wie­rzysz, że ty i ten drugi uzur­pa­tor jeste­ście w sta­nie tego doko­nać?

- Same to przy­zna­ły­ście - odparł Koty­lion. - Można was zabić, a gdy już to się sta­nie, nie wra­ca­cie do życia. Nic dziw­nego, że Ano­man­da­ris was przy­kuł. W upo­rze i głu­po­cie nie macie sobie rów­nych...

- Roz­trza­skane kró­le­stwo jest naj­słab­sze ze wszyst­kich! Jak ci się zdaje, dla­czego Oka­le­czony Bóg wybrał tę drogę?

- Dzię­kuję - odparł cicho Koty­lion. - Tego wła­śnie chcia­łem się dowie­dzieć.

Odwró­cił się i ruszył w stronę wyj­ścia z kręgu.

- Zacze­kaj!

- Jesz­cze poroz­ma­wiamy, Ampe­la­sie - rzu­cił przez ramię. - Zanim wszystko pochło­nie Otchłań.

Cho­dzący po Kra­wę­dzi poszedł za nim.

- Należy mi się nagana - stwier­dziła istota, gdy tylko wyszli z kamien­nego kręgu. - Nie doce­ni­łem cię, Koty­lio­nie.

- Wielu popeł­nia ten błąd.

- I co teraz zro­bisz?

- A dla­czego miał­bym ci to mówić?

Cho­dzący po Kra­wę­dzi nie odpo­wie­dział natych­miast. Zeszli ze stoku i wyszli na rów­ninę.

- Dla­tego że był­bym skłonny ci pomóc - oznaj­mił wresz­cie.

- To zna­czy­łoby dla mnie wię­cej, gdy­bym wie­dział, kim, czy raczej czym, jesteś.

- Możesz mnie uwa­żać za... pier­wotną siłę.

Koty­liona prze­szył dreszcz.

- Rozu­miem. Zgoda, Cho­dzący po Kra­wę­dzi. Wygląda na to, że Oka­le­czony Bóg przy­stą­pił do ofen­sywy na wielu fron­tach. Z oczy­wi­stych powo­dów nas naj­bar­dziej inte­re­sują Pierw­szy Tron T'lan Imas­sów oraz Tron Cieni. Odno­simy wra­że­nie, że na tych dwóch odcin­kach wal­czymy sami. Nie możemy liczyć nawet na Ogary, gdyż Tiste Edur naj­wy­raź­niej potra­fią nad nimi zapa­no­wać. Potrze­bu­jemy sojusz­ni­ków, Cho­dzący po Kra­wę­dzi, i to zaraz.

- Wła­śnie odsze­dłeś od trzech takich sojusz­ni­ków...

- Mia­łem na myśli sojusz­ni­ków, któ­rzy nie urwą nam głów, gdy tylko uda się zneu­tra­li­zo­wać groźbę.

- Ach tak, to jest pewien pro­blem. Zgoda, Koty­lio­nie. Roz­ważę tę sprawę.

- Nie musisz się śpie­szyć.

- To oso­bliwa odpo­wiedź.

- Jeśli ktoś nie rozu­mie, co to jest sar­kazm, to pew­nie masz rację.

- Wzbu­dzi­łeś moje zain­te­re­so­wa­nie, Koty­lio­nie. A to zda­rza się rzadko.

- Wiem. Ist­nie­jesz już tyle wie­ków...

Głos Koty­liona ucichł.

Pier­wotna siła. Pew­nie fak­tycz­nie ist­nieje. Niech to szlag!

***

Było tak wiele spo­so­bów patrze­nia na tę strasz­liwą potrzebę, sze­roko zakro­jony spi­sek zro­dzony z moty­wa­cji, z któ­rych można było zaczerp­nąć tak wiele róż­nych odcieni i wizji moral­no­ści, że Mappo Konus czuł się przy­tło­czony, a z tego wra­że­nia rodził się smu­tek, czy­sty i zimny, sączący się w jego myśli. Pod szorstką skórą dłoni czuł wspo­mnie­nie nocy, zni­ka­jące powoli z kamie­nia. Wkrótce to pełne dziu­rek i śla­dów po korze­niach pod­brzu­sze zazna ataku słońca, jakiego nie oglą­dało od tysiąc­leci.

Mappo odwra­cał głazy. Od świtu zro­bił to już z sze­ścioma. Grubo cio­sane dolo­mi­towe płyty. Pod każdą z nich zna­lazł tro­chę skru­szo­nych kości. Były małe i ska­mie­niałe, i choć cię­żar gła­zów roz­gniótł je na nie­zli­czone kawałki, szkie­lety były - o ile Mappo potra­fił to oce­nić - kom­pletne.

Wojny naj­roz­ma­it­szych rodza­jów zawsze toczono i zawsze będzie się je toczyć. Wie­dział o tym we wszyst­kich utwar­dzo­nych, nazna­czo­nych bli­znami miej­scach swej duszy, więc odkry­cie szcząt­ków tych dawno nie­ży­ją­cych jaghuc­kich dzieci nie było dla niego szo­kiem. A groza na szczę­ście prze­mknęła przez jego myśli bar­dzo szybko, pozo­sta­wia­jąc jedy­nie sta­rego przy­ja­ciela, smu­tek.

Który sączył się w jego myśli, czy­sty i zimny.

Wojny, w któ­rych żoł­nierz wal­czył z żoł­nierzem, cza­ro­dziej ście­rał się z cza­ro­dziejem. Skry­to­bójcy mie­rzyli się ze sobą, bły­ska­jąc nożami w ciem­no­ściach nocy. Wojny, w któ­rych obrońcy prawa toczyli bój z tymi, któ­rzy je świa­do­mie łamali, w któ­rych zdrowi na umy­śle sta­wiali opór socjo­pa­tom. Widział kie­dyś krysz­tały, wyra­sta­jące na pustyni w ciągu jed­nej nocy, roz­wi­ja­jące fasetki na podo­bień­stwo płat­ków otwie­ra­ją­cego się kwiatu. Miał wra­że­nie, że bru­tal­ność roz­kwita w podobny spo­sób. Jeden incy­dent pro­wa­dził do następ­nego, aż wresz­cie wybu­chał pożar, pochła­nia­jący każ­dego, kto sta­nął mu na dro­dze.

Mappo uniósł ręce, odry­wa­jąc je od odsło­nię­tej dol­nej powierzchni płyty, a potem wypro­sto­wał się powoli i spoj­rzał na towa­rzy­sza, który na­dal bro­dził w cie­płych pły­ci­znach morza Raraku, niby dziecko po raz pierw­szy pozna­jące nową, nie­spo­dzie­waną przy­jem­ność. Roz­pry­ski­wał wodę i prze­su­wał dłońmi wśród poja­wia­ją­cych się nagle trzcin, jakby samo morze przy­wo­łało je ze swych wspo­mnień.

Ica­rium.

Mój krysz­tał.

Gdy pożar pochła­niał dzieci, róż­nica mię­dzy zdro­wymi na umy­śle a socjo­pa­tami prze­sta­wała ist­nieć. Mappo zda­wał sobie sprawę, że to jego słaba strona. Zawsze pra­gnął ujrzeć prawdę ze wszyst­kich stron, poznać nie­zli­czone uspra­wie­dli­wie­nia nawet naj­bar­dziej bru­tal­nych zbrodni. Imas­sów obró­cili w nie­wol­ni­ków kłam­liwi jaghuccy tyrani, któ­rzy popro­wa­dzili ich drogą fał­szy­wego kultu, skła­nia­jąc do nie­wy­obra­żal­nych czy­nów. W końcu jed­nak Imas­so­wie przej­rzeli oszu­stów i wywarli zemstę, naj­pierw na tyra­nach, a potem na wszyst­kich Jaghu­tach. Tak oto krysz­tał rósł, fasetka po fasetce...

Aż wyda­rzyło się to...

Mappo ponow­nie zer­k­nął na kości dzieci. Przy­gnie­ciono je pły­tami dolo­mitu. Nie wapie­nia, dolo­mit bowiem był bar­dziej miękki, lepiej się nada­wał do rycia zna­ków, i choć nie był twardy, wchła­niał moc i paro­wała ona zeń wol­niej niż z suro­wego wapie­nia. Dla­tego zacho­wały się w nim te znaki, wybla­kłe i zama­zane po tysiąc­le­ciach, lecz na­dal czy­telne.

Moc owych osłon prze­trwała po dziś dzień, choć uwię­zione przez nie istoty dawno już nie żyły.

Powia­dano, że dolo­mit prze­cho­wuje wspo­mnie­nia. Wie­rzyli w to pobra­tymcy Mappa, który pod­czas swych wędró­wek spo­ty­kali podobne, wznie­sione przez Imas­sów kon­struk­cje, pro­wi­zo­ryczne groby, święte kręgi, mono­lity usta­wione na szczy­tach wzgórz. Spo­ty­kali je i omi­jali sze­ro­kim łukiem, gdyż łatwo było wyczuć cza­jące się tam duchy.

A przy­naj­mniej sami to sobie wmó­wi­li­śmy.

Sie­dząc przy brzegu morza Raraku, na miej­scu sta­ro­żyt­nej zbrodni, prze­ko­nał się, że nie zoba­czy tu nic poza wizjami zro­dzo­nymi z jego wła­snych myśli. Kamień, na któ­rym poło­żył dłoń, musiał mieć bar­dzo krótką pamięć. Zimno ciem­no­ści, cie­pło słońca. To wszystko.

Bar­dzo krótka pamięć.

Roz­legł się plusk i Ica­rium ruszył w stronę brzegu. Oczy błysz­czały mu z rado­ści.

- To piękny dar, nie­praw­daż, Mappo? Te wody dodały mi sił. Och, dla­czego nie chcesz w nich popły­wać, by otrzy­mać bło­go­sła­wień­stwo daru Raraku?

- Owo bło­go­sła­wień­stwo szybko by spły­nęło po mojej sta­rej skó­rze, przy­ja­cielu - odparł z uśmie­chem Mappo. - Oba­wiam się, że w moim przy­padku dar by się zmar­no­wał. Wolał­bym nie roz­cza­ro­wać nie­dawno prze­bu­dzo­nych duchów.

- Mam wra­że­nie, że nasza podróż zaczyna się na nowo. W końcu poznam prawdę. Dowiem się, kim jestem i co uczy­ni­łem. Odkryję też powody two­jej przy­jaźni - dodał, pod­cho­dząc bli­żej. - Zro­zu­miem, dla­czego cią­gle jesteś u mego boku, choć raz po raz o wszyst­kim zapo­mi­nam. Ach, oba­wiam się, że cię ura­zi­łem. Nie, pro­szę, nie rób ponu­rej miny. Po pro­stu nie potra­fię pojąć, co cię skło­niło do takiego poświę­ce­nia. Ta przy­jaźń musi być dla cie­bie nad­zwy­czaj fru­stru­jąca.

- Nie, Ica­riu­mie, nie ma w tym poświę­ce­nia. Ani fru­stra­cji. Jeste­śmy tym, kim jeste­śmy, i robimy to, co robimy. To wszystko.

Ica­rium wes­tchnął i odwró­cił się ku nowemu morzu.

- Gdy­bym tylko potra­fił być tak spo­kojny jak ty, Mappo...

- Zgi­nęły tu dzieci.

Jhag odwró­cił się bły­ska­wicz­nie. Spoj­rze­nie jego zie­lo­nych oczu padło na zie­mię za ple­cami Mappa.

- Zauwa­ży­łem, że prze­wra­ca­łeś głazy. Tak, teraz ja rów­nież je widzę. Kim były?

Poprzed­niej nocy jakiś senny kosz­mar wyczy­ścił pamięć Ica­riuma. Ostat­nio zda­rzało się to coraz czę­ściej. To było nie­po­ko­jące. I... miaż­dżące.

- Jaghu­tami. Z cza­sów wojen z T'lan Imas­sami.

- To strasz­liwy uczy­nek - stwier­dził Ica­rium. Kro­pelki wody na jego bez­wło­sej, sza­ro­zie­lo­nej skó­rze szybko schły w pro­mie­niach słońca. - Jak to moż­liwe, że śmier­tel­nicy tak lekce sobie ważą życie? Spójrz na to słod­ko­wodne morze, Mappo. Nowa linia brze­gowa nagle roz­kwi­tła życiem. Ptaki, owady i wszyst­kie te nowe rośliny, poja­wiło się tu tak wiele rado­ści, przy­ja­cielu, że wydaje mi się, iż serce zaraz mi od niej pęk­nie.

- To nie­skoń­czone wojny - stwier­dził Mappo. - Życie jest wieczną walką. Jedne orga­ni­zmy pró­bują zepchnąć na bok dru­gie i w ten spo­sób prze­trwać.

- Ponury dziś z cie­bie towa­rzysz, Mappo.

- To prawda. Przy­kro mi, Ica­riu­mie.

- Czy zosta­niemy tu przez jakiś czas?

Mappo przyj­rzał się przy­ja­cie­lowi. Po zdję­ciu gór­nej czę­ści ubra­nia Ica­rium przy­po­mi­nał dzi­kusa, bar­ba­rzyńcę, bar­dziej niż wtedy, gdy był kom­plet­nie odziany. Barw­nik, któ­rego uży­wał do zaka­mu­flo­wa­nia koloru skóry, wyblakł nie­mal cał­ko­wi­cie.

- Jak sobie życzysz. W końcu to twoja podróż.

- Wie­dza powraca - stwier­dził Ica­rium, na­dal spo­glą­da­jąc na morze. - To dar Raraku. Byli­śmy świad­kami nadej­ścia wód, tutaj, na zachod­nim brzegu. Dalej na zachód znaj­dziemy rzekę i wiele miast.

Mappo przy­mru­żył powieki.

- Zostało tylko jedno godne tej nazwy - stwier­dził.

- Tylko jedno?

- Inne umarły przed tysią­cami lat, Ica­riu­mie.

- N'kara­phal? Tre­bur? Inath'an Meru­sin? Wszyst­kie znik­nęły?

- Inath'an Meru­sin nosi teraz nazwę Mer­sin. To ostat­nie z wiel­kich miast poło­żo­nych nad rzeką.

- Ale było ich tak wiele, Mappo. Pamię­tam ich nazwy. Vinith, Hedori Kwil, Tra­mara...

- A wszyst­kie one prak­ty­ko­wały inten­sywną iry­ga­cję, kie­ru­jąc wody rzeki na rów­niny. I wszyst­kie wyrą­by­wały lasy, by budo­wać statki. Te mia­sta już nie żyją, przy­ja­cielu. A rzeka, która była ongiś tak czy­sta, jest teraz znacz­nie mniej­sza, jej wody są zaś prze­sy­cone iłem. Nato­miast rów­niny utra­ciły wierzch­nią war­stwę gleby, prze­ra­dza­jąc się w Lato Odhan na wschód od rzeki i w Uga­rat Odhan na zachód od niej.

Ica­rium uniósł powoli ręce, dotknął nimi skroni i zamknął oczy.

- Tak długo, Mappo? - zapy­tał sła­bym szep­tem.

- Zapewne to morze obu­dziło w tobie wspo­mnie­nia. W owych cza­sach rze­czy­wi­ście było tu morze, w więk­szej czę­ści słod­ko­wodne, choć słona woda prze­są­czała się przez wapienny wał z Zatoki Long­shan. Ta wielka bariera roz­sy­pała się z cza­sem i przy­pusz­czam, że teraz będzie tak samo, zakła­da­jąc, że morze się­gnie na pół­noc tak daleko, jak ongiś.

- To były czasy Pierw­szego Impe­rium?

- Zaczął się już jego upa­dek. Nie spo­sób było go powstrzy­mać. - Mappo zawa­hał się, widząc, jak bar­dzo jego słowa ranią przy­ja­ciela. - Ale ludzie wró­cili do tej kra­iny, Ica­riu­mie. Sie­dem Miast... tak jest, ich nazwa wywo­dzi się z daw­nego wspo­mnie­nia. Ze sta­ro­żyt­nych gru­zów wyro­sły nowe mia­sta. Od jed­nego z nich dzieli nas tylko sto dwa­dzie­ścia mil. Nazywa się ono Lato Revae i leży na brzegu...

Ica­rium odwró­cił się nagle.

- Nie - odparł. - Nie jestem jesz­cze gotów stąd odejść. Nie chcę na razie prze­kra­czać żad­nych oce­anów. W tej kra­inie kryją się tajem­nice... moje tajem­nice, Mappo. Być może fakt, że moje wspo­mnie­nia są tak sta­ro­żytne, okaże się korzystny. Kra­jo­braz mego umy­słu jest kra­jo­bra­zem mojej prze­szło­ści i może odnajdę w nim prawdę. Wyru­szymy razem na wędrówkę tymi sta­ro­żyt­nymi trak­tami.

Trell ski­nął głową.

- W takim razie zwinę obóz.

- Tre­bur.

Mappo odwró­cił się, cze­ka­jąc z nara­sta­ją­cym lękiem.

Ica­rium wbił w niego wzrok. Jego pio­nowe źre­nice zwę­ziły się w jasnym bla­sku słońca, prze­cho­dząc w czarne szcze­liny.

- Pamię­tam Tre­bur. Spę­dzi­łem w Mie­ście Kopuł tro­chę czasu. Coś tam uczy­ni­łem. Coś waż­nego. - Zmarsz­czył brwi. - Coś... uczy­ni­łem.

- Czeka nas uciąż­liwa podróż - zaczął Mappo. - Trzy, może cztery dni do pod­nóża Tha­lasu. Potem co naj­mniej dzie­sięć do Zakola Mer­sinu. Koryto rzeki prze­su­nęło się, odda­la­jąc się od miej­sca, gdzie znaj­do­wał się Tre­bur. Czeka nas jesz­cze dzień drogi na zachód, nim ujrzysz ruiny.

- A czy po dro­dze tra­fimy na jakieś wio­ski?

Mappo potrzą­snął głową.

- Te odhan są w obec­nych cza­sach nie­mal cał­ko­wi­cie bez­ludne, Ica­riu­mie. Cza­sem z Tha­lasu scho­dzi ple­mię Veda­ni­ków, ale nie o tej porze roku. Trzy­maj łuk na podo­rę­dziu. Są tam anty­lopy, zające i dro­ligi.

- Więc musi być tam woda.

- Potra­fię ją zna­leźć - zapew­nił Mappo.

Ica­rium poszedł po swój ekwi­pu­nek.

- Robi­li­śmy to już przed­tem, prawda?

Tak.

- Ale minęło wiele czasu, przy­ja­cielu.

Pra­wie osiem­dzie­siąt lat. Kiedy poprzed­nim razem tra­fi­li­śmy w to miej­sce, o niczym nie pamię­ta­łeś. Oba­wiam się, że tym razem będzie ina­czej.

Ica­rium przy­sta­nął, trzy­ma­jąc w dło­niach wzmoc­niony rogiem łuk. Popa­trzył na Mappa.

- Masz dla mnie tyle cier­pli­wo­ści - stwier­dził z bla­dym, sła­bym uśmie­chem. - Mimo że wiecz­nie wędruję pozba­wiony pamięci.

Mappo wzru­szył ramio­nami.

- Robimy to, co robimy.

***

Daleko na połu­dnio­wym hory­zon­cie wzno­siły się szczyty Path'Apuru. Minął już nie­mal tydzień, odkąd opu­ścili mia­sto Pan'potsun i z każ­dym dniem liczba mija­nych wio­sek malała, a odle­głość mię­dzy nimi sta­wała się coraz więk­sza. Posu­wali się naprzód strasz­li­wie powoli, ale tego nale­żało się spo­dzie­wać, gdyż wędro­wali na pie­chotę, a do tego towa­rzy­szył im czło­wiek, który naj­wy­raź­niej postra­dał zmy­sły.

Demon zwany Szarą Żabą wgra­mo­lił się na głaz i przy­cup­nął u boku Nożow­nika. Skóra stwo­rze­nia pociem­niała od słońca i pod pokry­wa­jącą ją war­stwą kurzu miała nie­mal oliw­kową barwę.

- Dekla­ra­cja. Powia­dają, że osy pustyni strzegą klej­no­tów i innych podob­nych rze­czy. Zapy­ta­nie. Czy Nożow­nik sły­szał podobne opo­wie­ści? Prze­rwa w ocze­ki­wa­niu na odpo­wiedź.

- To mi wygląda na czyjś kiep­ski żart - odparł mło­dzie­niec.

Pod nimi cią­gnął się pła­ski obszar oto­czony potęż­nymi skal­nymi wynio­sło­ściami. Tu wła­śnie roz­bili obóz. Scil­lara i Feli­sin Młod­sza sie­działy na dole, opie­ku­jąc się pro­wi­zo­rycz­nym ogni­skiem. Sza­leńca ni­gdzie nie było widać. Nożow­nik pomy­ślał, że gdzieś sobie poszedł. Pew­nie chciał poroz­ma­wiać z duchami, czy raczej z gło­sami w swo­jej gło­wie. Och, na Hebo­rica spa­dło wiele klątw - tygry­sie pręgi na skó­rze, bło­go­sła­wień­stwo boga wojny - więc te głosy rów­nie dobrze mogły być realne. Nie­mniej jed­nak, jeśli zła­mać komuś ducha wystar­cza­jąco wiele razy...

- Spóź­niona obser­wa­cja. Larwy, tam, w ciem­nych zaka­mar­kach gniazda. Gniazda? Zdzi­wiony. Ula? Gniazda.

Nożow­nik zmarsz­czył brwi i spoj­rzał na demona. Jego pła­ska, bez­włosa głowa i sze­roka, czwo­ro­oka twarz były obrzę­kłe od użą­dleń os.

- Nie zro­bi­łeś tego. Zro­bi­łeś.

- Jestem obec­nie prze­ko­nany, że iry­ta­cja to typowy dla nich stan. Roz­bi­cie jaskini tylko ją zwięk­szyło. Star­li­śmy się ze sobą w bzy­czą­cym szale. Chyba mnie poszło w tym star­ciu gorzej.

- To osy czarne?

- Unie­sie­nie głowy, zapy­ta­nie. Czarne? Budząca lęk odpo­wiedź, tak, takie wła­śnie były. Czarne. Reto­ryczne pyta­nie. Czy to istotne?

- Ciesz się, że jesteś demo­nem - odparł Nożow­nik. - Dwa albo trzy użą­dle­nia zabiją doro­słego męż­czy­znę. Dzie­sięć zabije konia.

- Konie... mie­li­śmy je... wy je mie­li­ście. Ja musia­łem biec. Koń. Wiel­kie czwo­ro­nożne zwie­rzę. Soczy­ste mięso.

- Ludzie na nich jeż­dżą - wyja­śnił Nożow­nik. - Dopóki zwie­rzęta nie padną tru­pem. Dopiero wtedy je zja­damy.

- Wie­lo­krotne wyko­rzy­sta­nie, pomy­słowe i eko­no­miczne. Czy zje­dli­śmy wasze? Gdzie możemy zna­leźć wię­cej takich stwo­rzeń?

- Nie mamy pie­nię­dzy, żeby je kupić, Szara Żabo. A nasze sprze­da­li­śmy w Pan'potsun, żeby kupić pro­wiant i ekwi­pu­nek.

- Zawzięty roz­są­dek. Nie mamy pie­nię­dzy. Powin­ni­śmy zatem komuś je zabrać, mój młody przy­ja­cielu. I w ten spo­sób przy­śpie­szyć dotar­cie do z dawna ocze­ki­wa­nego celu naszej podróży. Ton ostat­nich słów sygna­li­zuje lekką despe­ra­cję.

- Na­dal nie ma wie­ści od L'orica?

- Zanie­po­ko­jony. Nie ma. Mój brat mil­czy.

Przez pewien czas żaden z nich się nie odzy­wał. Demon sku­bał ząb­ko­wane brzegi warg. Gdy Nożow­nik przyj­rzał się im, zauwa­żył na nich kawałki sza­rej sub­stan­cji oraz zmiaż­dżone osy. Szara Żaba zjadł gniazdo os. Nic dziw­nego, że owady były poiry­to­wane. Mło­dzie­niec potarł twarz. Powi­nien się ogo­lić. I wyką­pać. Potrze­bo­wał też czy­stego ubra­nia.

A także jakie­goś celu w życiu. Kie­dyś, dawno temu, gdy był Cro­ku­sem Youn­ghan­dem z Daru­dży­stanu, jego wuj przy­go­to­wy­wał drogę dla nowego, udo­sko­na­lo­nego Cro­kusa. Mło­do­cia­nego bywalca szla­chec­kich dwo­rów, obie­cu­jącą postać przy­cią­ga­jącą uwagę mło­dych, boga­tych, roz­piesz­czo­nych kobiet z mia­sta. Ta ambi­cja nie prze­żyła zbyt długo. Jego wuj zakoń­czył żywot, ale razem z nim umarł Cro­kus Youn­ghand. Nie została nawet sterta popiołu.

Byłem wów­czas kimś innym niż teraz. Dwaj męż­czyźni o iden­tycz­nych twa­rzach, ale odmien­nych oczach. Róż­nią­cych się od sie­bie tym, co widziały, i tym, w jaki spo­sób patrzą na świat.

- Gorzki smak - ode­zwał się w jego umy­śle Szara Żaba, wyli­zu­jąc dłu­gim języ­kiem ostat­nie frag­menty. Wes­tchnął ze świ­stem. - Ale bar­dzo sycące. Zapy­ta­nie. Czy można pęk­nąć od tego, co ma się w środku?

Mam nadzieję, że nie.

- Lepiej znajdźmy Hebo­rica, jeśli mamy dziś jesz­cze coś zro­bić.

- Zauwa­żony wcze­śniej. Wid­mo­wo­ręki badał skały nad nami. Woń tropu zapro­wa­dziła go daleko od nas.

- Tropu?

- Wody. Szu­kał początku źró­dła, z któ­rego woda zbiera się na dole, obok mię­si­stych kobiet, które, powie­dziane z zazdro­ścią, ota­czają cię czcią.

Nożow­nik wypro­sto­wał się.

- Wcale mi się nie wydają takie mię­si­ste, Szara Żabo.

- Cie­kawe. Góry ciała, pojem­niki na wodę, na bio­drach i z tyłu. Na piersi...

- No dobra. Można powie­dzieć, że są mię­si­ste. Masz w sobie zbyt wiele z dra­pież­nika, demo­nie.

- Tak. Pełna, roz­koszna zgoda. Mam zna­leźć Wid­mo­wo­rę­kiego?

- Nie, ja to zro­bię. Wydaje mi się, że ci jeźdźcy, któ­rzy minęli nas wczo­raj na szlaku, nie są tak daleko, jak powinni. Będę czuł się pew­niej, wie­dząc, że strze­żesz Scil­lary i Feli­sin.

- Nikt ich nie zabie­rze - zapew­nił Szara Żaba.

Nożow­nik spoj­rzał z góry na przy­cup­nię­tego demona.

- Scil­lara i Feli­sin nie są końmi.

Szara Żaba powoli zamru­gał powie­kami wiel­kich oczu, naj­pierw tych po bokach, potem tych na górze i na dole. Bły­ska­wicz­nym ruchem wysu­nął język.

- Wesołe. Oczy­wi­ście, że nie są. Nie­wy­star­cza­jąca liczba nóg, bystrze zauwa­żone.

Nożow­nik pod­szedł do kra­wę­dzi głazu, a potem zesko­czył na drugi, głę­biej pogrą­żony w osy­pi­sku. Chwy­cił za półkę skalną i pod­cią­gnął się na niej. To nie róż­niło się zbyt­nio od wspi­na­nia się na bal­kon albo na mur posia­dło­ści. Ota­czają mnie czcią, tak? Trudno mu było w to uwie­rzyć. Przy­pusz­czał, że przy­jem­niej jest patrzeć na niego niż na sta­ruszka albo demona, ale to jesz­cze nie była cześć. Nie potra­fił zro­zu­mieć tych dwóch kobiet. Kłó­ciły się ze sobą jak sio­stry, żarły o wszystko, co zoba­czyły, a także o rze­czy, któ­rych Nożow­nik nie widział ani nie poj­mo­wał. Ale w innych chwi­lach, z jakichś nie­wy­tłu­ma­czal­nych powo­dów sta­wały się sobie bli­skie, jakby łączyła je wspólna tajem­nica. Obie ska­kały wokół Hebo­rica Wid­mo­wo­rę­kiego, Bożego Jeźdźca Tre­acha.

Może wojna potrze­buje opie­ku­nów. Może boga to cie­szy. W końcu kapłan powi­nien mieć ako­li­tów.

Można się było tego spo­dzie­wać po Scil­la­rze, jako że Hebo­ric wycią­gnął ją z maka­brycz­nej egzy­sten­cji, a także uzdro­wił w jakiś nie­wy­ja­śniony spo­sób. O ile mło­dzie­niec dobrze zro­zu­miał pod­słu­chi­wane od czasu do czasu uwagi, Scil­lara miała wiele powo­dów do wdzięcz­no­ści. Jeśli zaś cho­dzi o Feli­sin, miało to coś wspól­nego z zemstą, wywartą w satys­fak­cjo­nu­jący ją spo­sób na kimś, kto wyrzą­dził jej jakąś strasz­liwą krzywdę. Wszystko to było skom­pli­ko­wane.

Pro­szę, wystar­czyła chwila zasta­no­wie­nia, by sobie uświa­do­mić, że obie mają tajem­nice. Zbyt wiele tajem­nic. Ale co mnie to obcho­dzi? Kobiety są tylko masą sprzecz­no­ści oto­czoną śmier­cio­no­śnymi pułap­kami. Zbli­żamy się do nich na wła­sne ryzyko. A jesz­cze lepiej by było, gdy­by­śmy nie zbli­żali się do nich w ogóle.

Dotarł do komina w ścia­nie urwi­ska i zaczął się wspi­nać. Pio­no­wymi szcze­li­nami w skale spły­wała woda. Wokół mło­dzieńca roiły się muchy i inne owady. Ściany komina gęsto pokry­wały sieci wyko­rzy­stu­ją­cych obfi­tość zdo­by­czy pają­ków. Gdy Nożow­nik wdra­pał się na górę, był już cały pogry­ziony, a do tego pokry­wały go grube, pokryte kurzem paję­czyny. Przy­sta­nął, by się otrze­pać, a potem rozej­rzał się wokół. Dalej w górę pro­wa­dził stromy szlak, wijący się mię­dzy zwa­lo­nymi pół­kami skal­nymi. Ruszył w tamtą stronę.

Od morza dzie­liły ich całe tygo­dnie drogi, o ile traf­nie to oce­niał. Gdy już tam dotrą, będą musieli zna­leźć łódź, która zabie­rze ich na Wyspę Ota­ta­ra­lową. Nikomu nie było wolno na nią pły­wać i ota­cza­jące ją wody czę­sto patro­lo­wały mala­zań­skie okręty. Tak przy­naj­mniej wyglą­dało to przed powsta­niem. Nie­wy­klu­czone, że jesz­cze tego nie zre­or­ga­ni­zo­wali do końca.

Tak czy ina­czej, wyru­szą w drogę nocą.

Hebo­ric musiał coś odwieźć z powro­tem. Coś, co zna­lazł na wyspie. Wypo­wia­dał się na ten temat bar­dzo nie­ja­sno. Z jakie­goś powodu Koty­lion chciał, by Nożow­nik towa­rzy­szył Bożemu Jeźdź­cowi. Czy raczej ochra­niał Feli­sin Młod­szą.

Dał mi ścieżkę, gdy przed­tem nie mia­łem żad­nej.

Nie­mniej jed­nak nie była to zbyt war­to­ściowa moty­wa­cja. Ucieczka przed roz­pa­czą była żało­sna, zwłasz­cza gdy nie mogła się powieść.

Ota­czają mnie czcią, tak? A wła­ści­wie z jakiego powodu?

- Wszystko, co tajem­ni­cze, jest przy­nętą dla cie­kaw­skich - roz­legł się głos gdzieś nad nim. - Usły­sza­łem twoje kroki, chłop­cze. Chodź, zobacz tego pająka.

Nożow­nik okrą­żył skalną wynio­słość i zoba­czył klę­czą­cego przed skar­ło­wa­cia­łym dębem Hebo­rica.

- A gdy z wabi­kiem łączą się ból i bez­bron­ność, jego atrak­cyj­ność jesz­cze się zwięk­sza. Widzisz tego pająka? Pod gałę­zią, tak? Drży na paję­czy­nie, stra­cił jedną nogę, miota się, jakby z bólu. Widzisz, on nie poluje na muchy albo ćmy. Och nie, jego ofia­rami są inne pająki.

- A ich nic nie obcho­dzą tajem­nice ani ból, Hebo­ric. - Nożow­nik przy­kuc­nął, by przyj­rzeć się stwo­rze­niu. Było wiel­kie jak dłoń dziecka. - To nie jest jedna z jego nóg. To rekwi­zyt.

- Zakła­dasz, że inne pająki potra­fią liczyć. Nasz przy­ja­ciel wie lepiej.

- Wszystko to jest bar­dzo inte­re­su­jące - stwier­dził Nożow­nik, pro­stu­jąc się. - Ale musimy już iść.

- Wszy­scy chcemy zoba­czyć, co się sta­nie - odparł Hebo­ric. Odchy­lił się, spo­glą­da­jąc na dziw­nie pul­su­jące, szpo­nia­ste dło­nie, które poja­wiały się i zni­kały na koń­cach jego nad­garst­ków.

Wszy­scy? Ach, masz na myśli sie­bie i swych nie­wi­dzial­nych przy­ja­ciół.

- Sądzę, że wśród tych wzgórz nie ma zbyt wiele duchów.

- Mylisz się. Miej­scowe ple­miona. Bez­kre­sne wojny. Widzę tych, któ­rzy pole­gli w boju, wyłącz­nie tych. - Ręce się zgięły. - Źró­dło jest tuż przed nami. Wal­czyli o kon­trolę nad nim. - Wykrzy­wił ropu­szą twarz. - Zawsze jest jakiś powód albo wiele powo­dów. Zawsze.

Nożow­nik spoj­rzał z wes­tchnie­niem na niebo.

- Wiem o tym, Hebo­ric.

- Wie­dza nic nie zna­czy.

- O tym wiem rów­nież.

Hebo­ric wstał.

- To wła­śnie naj­bar­dziej pocie­sza Tre­acha. Świa­do­mość, że ist­nieją nie­zli­czone powody do pro­wa­dze­nia wojny.

- I cie­bie to rów­nież pocie­sza?

Boży Jeź­dziec roz­cią­gnął usta w uśmie­chu.

- Chodźmy. Demon, który prze­ma­wia w naszych gło­wach, pogrą­żył się w obse­syj­nych myślach na temat ciała, a do pasz­czy napływa mu ślinka.

Ruszyli w dół ścieżki.

- Nie zje ich - zapew­nił Nożow­nik.

- Nie jestem prze­ko­nany, czy taka jest natura jego ape­tytu.

Mło­dzie­niec prych­nął pogar­dli­wie.

- Hebo­ric, Szara Żaba jest czwo­ro­ręczną, czwo­ro­oką prze­ro­śniętą ropu­chą.

- O zaska­ku­jąco nie­wy­czer­pa­nej wyobraźni. Powiedz mi, ile o nim wiesz?

- Mniej niż ty.

- Do tej pory nie zasta­na­wia­łem się nad fak­tem, że wła­ści­wie nic nie wiemy o tym, kim był i czym się zaj­mo­wał Szara Żaba w swym ojczy­stym kró­le­stwie - mówił Hebo­ric, pro­wa­dząc Nożow­nika w stronę ścieżki mniej stro­mej i bez­piecz­niej­szej, ale za to dłuż­szej od tej, którą Daru wszedł na górę.

Hebo­ric naj­wy­raź­niej wkro­czył w wyjąt­kowo długi okres przy­tom­no­ści umy­słu. Nożow­nik zadał sobie pyta­nie, czy coś się zmie­niło. Miał nadzieję, że tak już zosta­nie.

- Możemy go o to zapy­tać.

- Zro­bię to.

***

Scil­lara zasy­pała nogą ostat­nie pło­nące węgielki, pode­szła do swego ple­caka i usia­dła, opie­ra­jąc się o niego ple­cami. Potem wetknęła do fajki tro­chę rdza­wego liścia i zacią­gnęła się mocno, aż z cybu­cha buch­nął dym. Naprze­ciwko niej Szara Żaba przy­cup­nął przed Feli­sin, wyda­jąc z sie­bie dziwne, jękliwe dźwięki.

Przez bar­dzo długi okres swego życia nie dostrze­gała pra­wie nic. Dur­hang dopro­wa­dzał ją do otę­pie­nia, a ówcze­sny pan Scil­lary, Bidi­thal, wypeł­niał jej głowę infan­tyl­nymi myślami. Teraz była wolna i na­dal zdu­mie­wała ją zło­żo­ność świata. Była prze­ko­nana, że demon pożąda Feli­sin. Trudno było okre­ślić, czy pra­gnie się z nią parzyć, czy ją pożreć. Nato­miast dziew­czyna trak­to­wała Szarą Żabę jak psa, któ­rego lepiej jest pogła­skać niż kop­nąć. To z kolei mogło dopro­wa­dzić demona do nie­wła­ści­wych wnio­sków.

Istota prze­ma­wiała do innych w ich myślach, ale jesz­cze ni­gdy nie ode­zwała się w ten spo­sób do Scil­lary. Z uprzej­mo­ści wobec niej pozo­stali odpo­wia­dali jej na głos, choć oczy­wi­ście nie musieli tego robić. Nie­wy­klu­czone też, że z reguły tego nie robili. Scil­lara nie mogła tego wie­dzieć. Zasta­na­wiała się, dla­czego demon wyróż­nił ją w ten spo­sób, co takiego w niej dostrzegł, że naj­wy­raź­niej gada­tli­wemu stwo­rze­niu odbie­rało to chęć do roz­mów.

No cóż, tru­ci­zny utrzy­mują się w ciele. Być może jestem... nie­strawna.

W swym daw­nym życiu Scil­lara mogłaby mieć o to pre­ten­sję albo być podejrz­liwa, zakła­da­jąc, że w ogóle czu­łaby cokol­wiek. Teraz jed­nak nie obcho­dziło jej to zbyt­nio. Coś się w niej ukształ­to­wało, coś odręb­nego i - co dziwne - pew­nego sie­bie.

Być może wią­zało się to z ciążą. Nie było jej jesz­cze widać, ale wkrótce się to zmieni. Tym razem nie miała alche­micz­nych środ­ków, które wyko­rze­ni­łyby rosnące w niej nasie­nie. Rzecz jasna, ist­niały też inne metody. Nie zde­cy­do­wała jesz­cze, czy zatrzyma dziecko, któ­rego ojcem był zapewne Kor­bolo Dom. Mógł nim jed­nak być rów­nież któ­ryś z jego ofi­ce­rów albo ktoś inny. Nie miało to oczy­wi­ście zna­cze­nia, gdyż, kto­kol­wiek to był, zapewne już nie żył. Ucie­szyła ją ta myśl.

Nie­ustanne mdło­ści przy­pra­wiały ją o znu­że­nie, ale rdzawy liść poma­gał. Czuła ucisk w pier­siach, a od ich zwięk­szo­nego cię­żaru bolały ją plecy. To było nie­przy­jemne. Miała teraz więk­szy ape­tyt i przy­tyła, zwłasz­cza w bio­drach. Pozo­stali doszli do wnio­sku, że to po pro­stu efekt powrotu do zdro­wia - nie kasłała już od z górą tygo­dnia, a dzięki cią­głemu cho­dze­niu odzy­skała siłę w nogach. Scil­lara nie wypro­wa­dzała ich z błędu.

Dziecko. Co ma z nim zro­bić? Czego będzie od niej ocze­ki­wało? Co wła­ści­wie robią matki?

Naj­czę­ściej sprze­dają dzieci. Świą­ty­niom, han­dla­rzom nie­wol­ni­ków albo kup­com hare­mo­wym, jeśli to dziew­czynki. Albo zatrzy­mują je i uczą żebrać. Kraść. Sprze­da­wać swoje ciało.

Tego nauczyły ją pobieżne obser­wa­cje oraz histo­rie opo­wia­dane przez bez­domne dzieci z obozu sha'ik. Zna­czy­łoby to, że dziecko jest swego rodzaju inwe­sty­cją. To miało sens. Dzie­więć mie­sięcy cier­pień i nie­wy­gód musi się jakoś zwró­cić.

Pomy­ślała, że mogłaby zro­bić coś w tym rodzaju. Sprze­dać je. Zakła­da­jąc, że pozwoli mu żyć tak długo.

To był praw­dziwy dyle­mat, ale miała jesz­cze czas, by się nad tym zasta­no­wić. By pod­jąć decy­zję.

Szara Żaba obró­cił nagle głowę, spo­glą­da­jąc gdzieś za plecy Scil­lary. Kobieta odwró­ciła się i zoba­czyła czte­rech męż­czyzn, któ­rzy wynu­rzyli się spo­mię­dzy skał i zatrzy­mali na brzegu pustego obszaru. Czwarty z nich pro­wa­dził konie. To byli jeźdźcy, któ­rzy minęli ich wczo­raj. Jeden trzy­mał w dło­niach nała­do­waną kuszę, mie­rząc z niej w demona.

- Uwa­żaj, żeby to cho­ler­stwo się do nas nie zbli­żało - wark­nął do Feli­sin.

Męż­czy­zna idący po jego pra­wej stro­nie ryk­nął śmie­chem.

- Czwo­ro­oki pies. Tak, kobieto, weź go na smycz... i to zaraz. Nie chcemy prze­le­wać krwi. No, przy­naj­mniej nie za wiele - dodał.

- Gdzie są dwaj męż­czyźni, któ­rzy wam towa­rzy­szą? - zapy­tał napast­nik z kuszą.

Scil­lara odło­żyła fajkę.

- Tu ich nie ma - odparła, wsta­jąc i popra­wia­jąc bluzę. - Zrób­cie to, po co przy­szli­ście, i zostaw­cie nas.

- To miło z two­jej strony. Hej, ty z psem, czy też będziesz taka miła jak twoja przy­ja­ciółka?

Feli­sin nie odpo­wie­działa. Jej twarz zbie­lała.

- Zostaw­cie ją - powie­działa Scil­lara. - Ja wam wystar­czę.

- Ale może my jeste­śmy innego zda­nia - odparł z uśmie­chem męż­czy­zna.

Scil­lara doszła do wnio­sku, że to nawet nie jest brzydki uśmiech. Mogła to zro­bić.

- Prze­ko­na­cie się, że potra­fię was zasko­czyć.

Męż­czy­zna oddał kuszę jed­nemu z kom­pa­nów i roz­piął pas telaby.

- Zoba­czymy. Guth­rim, jeśli ten pso­waty stwór się ruszy, zastrzel go.

- Jest znacz­nie więk­szy niż psy, które widzia­łem - zanie­po­koił się Guth­rim.

- Bełty są zatrute, pamię­tasz? Jadem os czar­nych.

- Może lepiej od razu go zabić?

Pierw­szy męż­czy­zna zawa­hał się, a potem ski­nął głową.

- Zrób to.

Kusza wystrze­liła z głu­chym łosko­tem.

Szara Żaba zła­pał w locie bełt prawą ręką, przyj­rzał się mu uważ­nie i wysu­nął język, by zli­zać tru­ci­znę.

- Niech mnie Sie­dem! - wyszep­tał z nie­do­wie­rza­niem Guth­rim.

- Och, nie narób tu bała­ganu - zwró­ciła się do demona Scil­lara. - To nie jest żaden pro­blem...

- On jest innego zda­nia - odparła Feli­sin sła­bym ze stra­chu gło­sem.

- To prze­ko­naj go, że się myli.

Mogę to zro­bić. Tak jak kie­dyś. Nie ma w tym nic wiel­kiego. To tylko męż­czyźni.

- Nie potra­fię, Scil­lara.

Guth­rim ponow­nie nała­do­wał kuszę, a pierw­szy męż­czy­zna i ten z dwóch pozo­sta­łych, który nie trzy­mał wodzy, wycią­gnęli bułaty.

Szara Żaba rzu­cił się do ataku z prze­ra­ża­jącą szyb­ko­ścią. Pod­sko­czył, otwie­ra­jąc sze­roko pasz­czę, i zamknął ją na gło­wie Guth­rima. Żuchwa demona wysu­nęła się z zawia­sów i głowa męż­czy­zny znik­nęła. Impet i wielka masa ciała Sza­rej Żaby prze­wró­ciły go na zie­mię. Roz­legł się prze­ra­ża­jący chrzęst. Ciało Guth­rima poru­szyło się gwał­tow­nie, try­ska­jąc na boki pły­nami, a potem zwi­sło bez­wład­nie.

Szara Żaba zaci­snął szczęki ze zgrzy­tem, a potem trza­skiem. Następ­nie demon odda­lił się ocię­żale, zosta­wia­jąc na ziemi bez­gło­wego trupa.

Pozo­stali trzej napast­nicy gapili się na to zszo­ko­wani. Nagle jed­nak się poru­szyli. Pierw­szy z nich wydał z sie­bie stłu­miony, pełen stra­chu krzyk i pognał naprzód, uno­sząc bułat.

Szara Żaba wypluł zmiaż­dżoną masę wło­sów i kości, a potem sko­czył mu na spo­tka­nie. Jedną ręką chwy­cił prze­ciw­nika za unie­sione ramię i wykrę­cił je mocno. Łokieć trza­snął, roz­dzie­ra­jąc ciało. Try­snęła krew. Drugą dłoń zaci­snął na gar­dle, miaż­dżąc chrząstkę. Napast­nik nie zdo­łał już krzyk­nąć. Wyba­łu­szył oczy, jego twarz nabrała ciem­no­sza­rego odcie­nia, a język wysu­nął się na zewnątrz niczym jakieś maka­bryczne stwo­rze­nie pró­bu­jące wydo­stać się na wol­ność. Męż­czy­zna padł na zie­mię u stóp demona. Szara Żaba trze­cią ręką trzy­mał go za dru­gie ramię, ale miał jesz­cze czwartą i podra­pał się nią po grzbie­cie.

Pierw­szy z męż­czyzn umknął do koni. Czwarty dosia­dał już wierz­chowca.

Szara Żaba sko­czył po raz drugi. Ude­rzył pię­ścią w poty­licę pierw­szego z napast­ni­ków, wgnia­ta­jąc kość. Męż­czy­zna padł na twarz, upusz­cza­jąc broń. Roz­pę­dzony demon dopadł czwar­tego z prze­ciw­ni­ków, trzy­ma­ją­cego jedną nogę w strze­mie­niu.

Koń spło­szył się z gło­śnym kwi­kiem. Szara Żaba ścią­gnął jeźdźca na zie­mię i odgryzł mu twarz.

Po chwili głowa męż­czy­zny znik­nęła w pasz­czy demona, tak jak stało się to z pierw­szym z napast­ni­ków. Ponow­nie towa­rzy­szył temu chrzęst, gwał­towne wierz­gnię­cia i wycią­ga­jące się roz­pacz­li­wie dło­nie. Potem na szczę­ście ofiara sko­nała.

Demon wypluł przy­le­pione do wło­sów kości. Resztki upa­dły na zie­mię w taki spo­sób, że Scil­lara patrzyła pro­sto na twarz zabi­tego. Nie było w niej ciała ani oczu, została tylko prze­żuta skóra. Kobieta przy­glą­dała się temu przez chwilę, a potem zmu­siła się do odwró­ce­nia wzroku.

I zoba­czyła Feli­sin, która wci­snęła się w skalną ścianę tak mocno, jak tylko mogła, uno­sząc kolana i zasła­nia­jąc oczy rękami.

- Już po wszyst­kim - uspo­ko­iła ją Scil­lara. - Feli­sin, skoń­czyło się.

Dziew­czyna opu­ściła dło­nie. Na jej twa­rzy malo­wały się prze­ra­że­nie i odraza.

Szara Żaba odcią­gał pośpiesz­nie zwłoki za sku­pi­sko gła­zów. Igno­ru­jąc na razie demona, Scil­lara pode­szła do Feli­sin i ukuc­nęła przed nią.

- Byłoby łatwiej, gdy­by­śmy zro­biły to po mojemu - stwier­dziła. - A przy­naj­mniej znacz­nie czy­ściej.

Feli­sin wbiła w nią wzrok.

- Wyssał im mózgi.

- Widzia­łam.

- Powie­dział, że są pyszne.

- On jest demo­nem, Feli­sin. Nie psem czy innym domo­wym zwie­rzę­ciem. Demo­nem.

- Tak - wyszep­tała.

- A teraz już wiemy, na co go stać.

Dziew­czyna ski­nęła głową.

- Więc nie zaprzy­jaź­niaj się z nim za bar­dzo - powie­działa cicho Scil­lara.

Wypro­sto­wała się i zauwa­żyła, że Nożow­nik i Hebo­ric scho­dzą z góry.

***

- Triumf i duma! Mamy konie!

Nożow­nik zwol­nił kroku.

- Sły­sze­li­śmy krzyk...

- Konie - powtó­rzył Hebo­ric, pod­cho­dząc do wyraź­nie zanie­po­ko­jo­nych zwie­rząt. - To praw­dziwy uśmiech szczę­ścia.

- Nie­winny. Krzyk? Nie, mój przy­ja­cielu Nożow­niku. To Szara Żaba... pusz­czał wia­try.

- Naprawdę? A te konie tak po pro­stu do cie­bie przy­szły?

- Śmiały. Tak! Bar­dzo cie­kawe!

Nożow­nik pochy­lił się, by przyj­rzeć się dziw­nym pla­mom na pia­sku. Wszę­dzie było pełno odci­sków dłoni Sza­rej Żaby, który sta­rał się zatrzeć ślady.

- Widzę tu krew...

- Szok, prze­ra­że­nie... żal.

- Żal. Z powodu tego, co tu się wyda­rzyło, czy dla­tego, że wszystko się wydało?

- Prze­bie­gły. Ależ oczy­wi­ście z tego pierw­szego powodu, mój przy­ja­cielu Nożow­niku.

Daru skrzy­wił się i spoj­rzał na Scil­larę oraz Feli­sin, uważ­nie przy­glą­da­jąc się ich minom.

- Chyba się cie­szę, że mnie tu nie było i nie widzia­łem tego, co wy widzia­ły­ście - powie­dział powoli.

- I masz rację - odrze­kła Scil­lara.

- Lepiej nie zbli­żaj się zbyt­nio do tych zwie­rząt, Szara Żabo! - zawo­łał Hebo­ric. - Może i nie prze­pa­dają za mną zbyt­nio, ale cie­bie lubią znacz­nie mniej.

- Pewny sie­bie. Po pro­stu jesz­cze mnie nie poznały.

***

- Nie dała­bym tego szczu­rowi - poskar­żyła się Śmieszka, poru­sza­jąc od nie­chce­nia kawał­kami mięsa na cyno­wym tale­rzu, który spo­czy­wał na jej kola­nach. - Spójrz, nawet muchy je omi­jają.

- To nie mięso je odstra­sza, tylko ty - zauwa­żył Koryk.

Uśmiech­nęła się do niego szy­der­czo.

- To się nazywa sza­cu­nek. Wiem, że to dla cie­bie obce słowo. Seti to tylko nie­udani Wic­ka­nie. Wszy­scy o tym wie­dzą. A ty jesteś nie­uda­nym Seti. - Zdjęła talerz z kolan i prze­su­nęła go po pia­sku w stronę Koryka. - Masz, kun­dlu. Wsadź to sobie w uszy i zacho­waj na póź­niej.

- Po dniu for­sow­nej jazdy jest w cudow­nym nastroju - wyja­śnił Koryk Tar­czowi, odsła­nia­jąc białe zęby w sze­ro­kim uśmie­chu.

- Pro­wo­kuj ją dalej, a naj­pew­niej tego poża­łu­jesz. - odparł kapral. On rów­nież gapił się na to, co podano im na kola­cję. Na jego zwy­kle spo­koj­nej twa­rzy poja­wił się lekki mars.

- To konina. Jestem tego pewien.

- Wyko­pana na jakimś koń­skim cmen­ta­rzu - dodała Śmieszka, pro­stu­jąc nogi. - Mogła­bym zabić za tłusz­czo­rybę pie­czoną w gli­nie na węglach nad brze­giem morza. Z żółtą przy­prawą, owi­niętą w wodo­ro­sty. Do tego dzban meske­rij­skiego wina i jakiś ładny chło­pak z wio­ski poło­żo­nej w głębi lądu. Wiej­ski paro­bek, wyro­śnięty...

- Na lita­nię Kap­tura, dość tego! - Koryk pochy­lił się i splu­nął w ogni­sko. - Znasz tylko jedną opo­wieść, o tym, jak grzmo­ci­łaś się z jakimś świ­nio­pa­sem z mesz­kiem na pod­bródku. To przy­naj­mniej jest oczy­wi­ste. Cho­lera, Śmieszka, sły­sze­li­śmy to już tysiąc razy. Wymy­ka­łaś się nocą z posia­dło­ści ojca, żeby zmo­czyć sobie dło­nie i kolana na plaży. A gdzie to wszystko się działo? Och, prawda, w kra­inie marzeń małej dziew­czynki, zapo­mnia­łem...

Wtem w prawą łydkę Koryka wbił się nóż. Męż­czy­zna ryk­nął z bólu, zato­czył się do tyłu, a potem osu­nął na pia­sek i zła­pał za nogę.

Żoł­nie­rze z sąsied­nich dru­żyn spo­glą­dali na nich, mru­żąc oczy podraż­nione wypeł­nia­ją­cym cały obóz pyłem. To jed­nak była tylko prze­lotna cie­ka­wostka i szybko utra­cili zain­te­re­so­wa­nie.

Koryk wyrzu­cił z sie­bie stru­mień peł­nych obu­rze­nia prze­kleństw, ści­ska­jąc ranę obiema rękami, by zaha­mo­wać krwa­wie­nie. Flaszka wstał z wes­tchnie­niem.

- Widzi­cie, co się dzieje, kiedy starsi zosta­wiają nas samym sobie? Nie ruszaj się, Koryk - dodał, pod­cho­dząc do niego. - Zaraz się tym zajmę. To nie potrwa długo...

- Lepiej się pośpiesz - wark­nął pół­krwi Seti. - Bo muszę pode­rżnąć tej suce gar­dło.

Flaszka zer­k­nął na kobietę, a potem pochy­lił się do ucha Koryka.

- Spo­koj­nie. Ona tro­chę pobla­dła. To był nie­udany rzut...

- Tak, a w co celo­wała?

Kapral Tarcz wstał.

- Struna nie będzie z cie­bie zado­wo­lony, Śmieszka - stwier­dził, potrzą­sa­jąc głową.

- Poru­szył nogą...

- A ty rzu­ci­łaś w niego nożem.

- To przez tę małą dziew­czynkę. Spro­wo­ko­wał mnie.

- Nie­ważne, jak to się zaczęło. Mogła­byś spró­bo­wać go prze­pro­sić. Może Koryk by się tym zado­wo­lił...

- No jasne - wtrą­cił Koryk. - Gdy tylko Kap­tur sam wle­zie do grobu.

- Flaszka, powstrzy­ma­łeś już krwa­wie­nie?

- Pra­wie, kapralu.

Flaszka rzu­cił nóż w stronę Śmieszki. Wylą­do­wał u jej stóp. Ostrze było lep­kie od krwi.

- Dzię­kuję, Flaszka - wark­nął Koryk. - Teraz może spró­bo­wać znowu.

Nóż wbił się z głu­chym łosko­tem w pia­sek mię­dzy sto­pami mie­szańca.

Wszy­scy spoj­rzeli na Śmieszkę.

Flaszka obli­zał wargi. To cho­ler­stwo wylą­do­wało sta­now­czo za bli­sko jego lewej dłoni.

- Tu celo­wa­łam - oznaj­miła Śmieszka.

- Co ci mówi­łem? - zapy­tał Koryk dziw­nie wyso­kim gło­sem.

Flaszka zaczerp­nął głę­boko tchu, by spo­wol­nić walące gwał­tow­nie serce.

Tarcz pod­szedł do niego i wycią­gnął nóż z pia­sku.

- Chyba go sobie na chwilę zatrzy­mam.

- Pro­szę bar­dzo - odparła Śmieszka. - Mam mnó­stwo innych.

- I nie będziesz ich wycią­gała z pochwy.

- Tak jest, kapralu. Pod warun­kiem, że nikt mnie nie spro­wo­kuje.

- Ona jest sza­lona - mruk­nął Koryk.

- Nie­prawda - zaprze­czył Flaszka. - Po pro­stu brak jej...

- Jakie­goś parobka z wio­ski w głębi lądu - dokoń­czył z uśmie­chem Koryk.

- To zapewne był jej kuzyn - dodał Flaszka tak cicho, że nikt poza Kory­kiem go nie usły­szał.

Pół­krwi Seti ryk­nął śmie­chem.

Flaszka wes­tchnął. Tak oto minął kolejny nie­bez­pieczny moment nie­koń­czą­cego się mar­szu i prze­lano tylko odro­binę krwi. Czter­na­sta Armia czuła się zmę­czona. Nastroje były fatalne. Ludzie nie byli z sie­bie zbyt­nio zado­wo­leni. Pozba­wiono ich szansy zemsty na sha'ik oraz na mor­der­cach, gwał­ci­cie­lach i oprysz­kach, któ­rzy jej słu­żyli, teraz zaś zaan­ga­żo­wali się w powolny pościg za ostat­nimi nie­do­bit­kami bun­tow­ni­czej armii. Tydzień po tygo­dniu posu­wali się po pod­upa­da­ją­cych, zaku­rzo­nych trak­tach pro­wa­dzą­cych przez spa­loną słoń­cem kra­inę, brnęli przez burze pia­skowe i jesz­cze gor­sze prze­szkody. Czter­na­sta Armia na­dal cze­kała na roz­strzy­gnię­cie. Pra­gnęła krwi, ale do tej pory prze­le­wała tylko wła­sną. Sprzeczki prze­ra­dzały się w wen­dety i sytu­acja robiła się paskudna.

Pię­ści ze wszyst­kich sił sta­rali się zacho­wać kon­trolę nad sytu­acją, ale odczu­wali takie samo znu­że­nie, jak cała reszta. Nie poma­gał im też fakt, że w kom­pa­niach było bar­dzo nie­wielu kapi­ta­nów god­nych tego stop­nia.

A my nie mamy żad­nego kapi­tana, odkąd prze­nie­siono Keneba.

Krą­żyły pogło­ski o nowym kon­tyn­gen­cie rekru­tów i ofi­ce­rów, który ponoć wysiadł na ląd w Lato Revae, a teraz był gdzieś za nimi i sta­rał się ich dogo­nić. Te opo­wie­ści poja­wiły się jed­nak jakieś dzie­sięć dni temu. Ci dur­nie powinni już tu być.

W ciągu ostat­nich dwóch dni widzieli mnó­stwo kurie­rów, doga­nia­ją­cych armię, a potem wra­ca­ją­cych, skąd przy­byli. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że Dujek Jed­no­ręki i przy­boczna pro­wa­dzą ze sobą bar­dzo inten­sywne roz­mowy. Nikt jed­nak nie wie­dział, czego one doty­czą. Flaszka zasta­na­wiał się, czy nie spró­bo­wać pod­słu­chi­wać pod namio­tem dowo­dze­nia, jak robił to wiele razy po dro­dze z Arenu do Raraku, ale nie­po­ko­iła go obec­ność Szyb­kiego Bena. Szybki był wiel­kim magiem. Jeśli odwróci kamień i znaj­dzie pod nim Flaszkę, sam Kap­tur mu nie pomoże.

Cho­lerne skur­wy­syny, któ­rych ści­gali, mogły ucie­kać bez końca, i zapewne to wła­śnie zro­bią, jeśli ich dowódca miał choć tro­chę oleju w gło­wie. W każ­dej chwili mógłby sta­nąć do ostat­niej bitwy. Boha­ter­skiej, budu­ją­cej i bez­sen­sow­nej. Naj­wy­raź­niej jed­nak był na to za bystry. Szedł na zachód, wciąż na zachód, ku pust­ko­wiom.

Flaszka wró­cił na miej­sce, w któ­rym przed­tem sie­dział, zbie­ra­jąc w gar­ści pia­sek, by wytrzeć krew Koryka z pal­ców i wewnętrz­nych powierzchni dłoni.

Zaczy­namy dzia­łać sobie na nerwy. To wszystko.

Jego bab­cia wie­dzia­łaby, co zro­bić w podob­nej sytu­acji, ale ona już dawno nie żyła, a jej duch był zwią­zany ze sta­rym gospo­dar­stwem rol­nym pod Jakata, kilka tysięcy mil stąd. Flaszka nie­malże widział, jak sta­ruszka potrząsa głową i mruży powieki w typowy dla sie­bie spo­sób na wpół obłą­ka­nego geniu­sza. Świet­nie znała śmier­tel­ni­ków, potra­fiła dostrzec wszel­kie ich sła­bostki i wady, czy­ta­jąc z nie­świa­do­mych gestów i prze­lot­nych min, by prze­bić się przez wpro­wa­dza­jącą w błąd powierzch­nię i obna­żyć kości prawdy. Nic się przed nią nie ukryło.

Nie­stety nie mógł z nią poroz­ma­wiać.

Ale jest też inna kobieta... nie­praw­daż?

Pomimo upału Flaszka zadrżał. Eres'al wciąż nawie­dzała jego sny. Poka­zy­wała mu w nich sta­ro­żytne ręczne toporki, które zaście­łały tę kra­inę na podo­bień­stwo kamien­nych liści obej­mu­ją­cego sobą cały świat drzewa, roz­nie­sione przez wiatr w ciągu wie­ków. Flaszka wie­dział, że jakieś pięć­dzie­siąt kro­ków na połu­dnie od szlaku znaj­duje się skalna niecka wypeł­niona tymi cho­ler­stwami. Cze­kała na niego kawa­łek drogi stąd.

Widzę je, ale na­dal nie rozu­miem ich zna­cze­nia. W tym tkwi szko­puł. Nie potra­fię spro­stać temu zada­niu.

Nagle zauwa­żył obok buta jakiś ruch. To była sza­rań­cza, ciężka od jaj i peł­znąca powoli. Flaszka schy­lił się i zła­pał ją za zło­żone skrzy­dła. Drugą ręką się­gnął do ple­caka i wycią­gnął z niego małą, czarną, drew­nianą szka­tułkę. W jej wieku i bokach wywier­cono małe otworki. Otwo­rzył zame­czek i uniósł pokrywkę.

W środku była Szczę­śliwa Para, ich cenna pta­sia kupa. Zasko­czony nagłym świa­tłem skor­pion cof­nął się do rogu, uno­sząc ogon.

Flaszka wrzu­cił sza­rań­czę do pudełka.

Skor­pion wie­dział, co się sta­nie. Rzu­cił się bły­ska­wicz­nie do ataku i po chwili poże­rał już wierz­ga­ją­cego owada.

- Ty to masz łatwo, co? - mruk­nął Flaszka.

Coś upa­dło z łosko­tem na pia­sek obok niego. Mag spoj­rzał w bok i zoba­czył, że to kary­bral. Owoc był okrą­gły i miał brudny żół­to­zie­lony kolor. Flaszka uniósł wzrok. Stał nad nim Mątwa.

Saper miał całe narę­cze owo­ców.

- Poczę­stuj się.

Flaszka skrzy­wił się i zamknął szka­tułkę ze Szczę­śliwą Parą.

- Dzię­kuję. Skąd je wzią­łeś?

- Posze­dłem się przejść. - Mątwa wska­zał głową na połu­dnie. - Jest tam niecka, cała zaro­śnięta kary­bra­lo­wymi pną­czami.

Zaczął rzu­cać owoce pozo­sta­łym człon­kom dru­żyny.

Niecka.

- Jest tam też mnó­stwo ręcz­nych topor­ków, zga­dza się?

Mątwa przyj­rzał mu się uważ­nie.

- Nie zauwa­ży­łem. Czy to, co masz na rękach, to zakrze­pła krew?

- To moja - wark­nął Koryk, obie­ra­jąc owoc.

Saper przy­sta­nął i prze­su­nął wzro­kiem po ota­cza­ją­cych go nie­rów­nym krę­giem żoł­nier­zach. Zatrzy­mał go na kapralu Tar­czu, który wzru­szył ramio­nami. Mątwa naj­wy­raź­niej poczuł się tym usa­tys­fak­cjo­no­wany, gdyż rzu­cił ostat­niego kary­brala Śmieszce.

Która w locie nabiła go na nóż.

Wszy­scy, w tym rów­nież Mątwa, przy­glą­dali się, jak dziew­czyna zręcz­nie obiera owoc.

Wresz­cie saper wes­tchnął.

- Pójdę poszu­kać sier­żanta.

- Świetny pomysł - poparł go Flaszka.

- Powi­nie­neś od czasu do czasu wypusz­czać Szczę­śliwą na spa­cer - pora­dził Mątwa. - Niech roz­pro­stuje nogi. Moż­liwe i Lut­nia zna­leźli nowego skor­piona. Jesz­cze ni­gdy takiego nie widzia­łem. Mówią o rewanżu.

- Skor­piony nie mogą roz­pro­sto­wać nóg - zauwa­żył Flaszka.

- To taka prze­no­śnia.

- Aha.

- No dobra - rzu­cił Mątwa i odda­lił się nie­śpiesz­nie.

Śmieszka zdo­łała zdjąć całą łupinę jed­nym cię­ciem. Następ­nie rzu­ciła ją w stronę Koryka. Mie­sza­niec aku­rat patrzył w dół i pode­rwał się gwał­tow­nie, widząc kąci­kiem oka jakiś szybki ruch.

Dziew­czyna prych­nęła pogar­dli­wie.

- Masz. Dołącz ją do swo­jej kolek­cji amu­le­tów.

Pół­krwi Seti odło­żył owoc i wstał powoli, a potem skrzy­wił się i łyp­nął ze zło­ścią w stronę Flaszki.

- Myśla­łem, że mnie uzdro­wi­łeś, do cho­lery.

- Uzdro­wi­łem. Ale i tak będzie tro­chę bolało.

- Tro­chę? Led­wie mogę ustać.

- Przej­dzie ci.

- Może spró­bo­wać ucieczki - zauwa­żył Tarcz. - Będzie śmiesz­nie wyglą­dało, jak zaczniesz za nią kuś­ty­kać, Koryk.

Wysoki męż­czy­zna dał za wygraną.

- Potra­fię być cier­pliwy - stwier­dził, sia­da­jąc.

- Ooch - ode­zwała się Śmieszka. - Cała się pocę ze stra­chu.

Flaszka wstał.

- Idę się przejść - oznaj­mił. - Niech nikt nikogo nie zabije, dopóki nie wrócę.

- Jeśli ktoś kogoś zabije, twoje uzdro­wi­ciel­skie umie­jęt­no­ści nie zda­dzą się na wiele - zauwa­żył Tarcz.

- Nic nie mówi­łem o uzdra­wia­niu. Chcia­łem to zoba­czyć.

***

Jechali na pół­noc, kry­jąc się przed spoj­rze­niami żoł­nie­rzy na piasz­czy­stej rów­ni­nie za niską gra­nią. Na nie­wy­so­kim wzgó­rzu odle­głym o mniej wię­cej dwie­ście kro­ków rosły trzy gul­din­dhy. Ścią­gnęli wodze w cie­niu ich sze­ro­kich, skó­rza­stych liści i roz­pa­ko­wali pro­wiant oraz dzban gred­fa­lań­skiego ale, które zdo­był gdzieś Szybki Ben. Cze­kali tylko na przy­by­cie Wiel­kiego Maga.

Kalam widział, że Skrzy­pek stra­cił tro­chę daw­nego ducha. W rudej bro­dzie wiło się wię­cej siwych nitek, a jego jasno­nie­bie­skie oczy nabrały lekko nie­obec­nego wyrazu. W Czter­na­stej Armii pełno było roz­ża­lo­nych, zgorzk­nia­łych żoł­nie­rzy. W noc przed bitwą skra­dziono im chwa­lebną zemstę w imie­niu impe­rium, a obecny marsz też nie poma­gał. To mogłoby wystar­czyć, by wyja­śnić stan Skrzypka, lecz Kalam wie­dział, że kryje się za tym coś wię­cej.

Bez względu na pieśń Tanno Płot i pozo­stali nie żyli. Byli duchami i prze­by­wali po dru­giej stro­nie. Nie­mniej jed­nak Szybki Ben wyja­śnił im, że ofi­cjalne raporty nie są do końca ści­słe. Mło­tek, Wyka­łaczka, Ner­wu­sik, Nie­widka, Trzpień, Nie­bie­ska Perła... to byli ci, któ­rzy oca­leli i żyli sobie spo­koj­nie w Daru­dży­sta­nie. Razem z kapi­ta­nem Gano­esem Para­nem. Były więc rów­nież dobre wie­ści i to pomo­gło. Tro­chę.

Skrzy­pek i Płot byli sobie bli­scy jak bra­cia. Gdy tylko się spo­ty­kali, docho­dziło do strasz­li­wych znisz­czeń. Ich połą­czone umy­sły czę­ściej bywały groźne niż zabawne. Byli legendą rów­nie wielką, jak sami Pod­pa­la­cze Mostów. Ich roz­sta­nie na brzegu Lazuru oka­zało się brze­mienną w skutki decy­zją.

Brze­mienną w skutki dla nas wszyst­kich, jak się oka­zało.

Kalam nie bar­dzo potra­fił zro­zu­mieć o co cho­dzi z tą ascen­den­cją. Cho­dzący z duchami pobło­go­sła­wił kom­pa­nię żoł­nie­rzy, na Raraku roz­darła się zasłona. Myśl, że mają nie­wi­dzial­nych straż­ni­ków, pocie­szała go i nie­po­ko­iła zara­zem. Duch Płota ura­to­wał życie Skrzyp­kowi... ale gdzie się podział Sójeczka? Czy on rów­nież tam był?

Noc w obo­zie sha'ik była kosz­marna. Wycią­gnięto wów­czas z pochew zbyt wiele noży, by można je było poli­czyć. Nie­które z duchów widział na wła­sne oczy. Dawno już nie­ży­jący Pod­pa­la­cze Mostów powstali z mar­twych, ponu­rzy jak kac i brzydcy jak za życia. Jeśli kie­dyś spo­tka tego cho­dzą­cego z duchami Tanno, z któ­rym roz­ma­wiał Skrzy­pek...

Saper spa­ce­ro­wał w kółko w cie­niu drzew.

Kalam Mekhar przy­kuc­nął i przyj­rzał się sta­remu przy­ja­cie­lowi.

- No dobra, Skrzy­pek, gadaj, o co cho­dzi.

- Nie­do­bre znaki - mruk­nął saper. - Zbyt wiele, by można je było zli­czyć. Jak chmury burzowe, zbie­rają się na hory­zon­cie ze wszyst­kich stron.

- Nic dziw­nego, że jesteś w takim paskud­nym nastroju.

Skrzy­pek przyj­rzał mu się uważ­nie.

- Nie­wiele gor­szym niż ty.

Skry­to­bójca skrzy­wił się ze zło­ścią.

- Perła. Nie poka­zuje mi się, ale jest bli­sko. Można by pomy­śleć, że ta kobieta Pardu... jak ona się nazywa?

- Lostara Yil.

- Tak jest. Można by pomy­śleć, że zdąży go już wysa­dzić z sio­dła.

- Tych dwoje toczy ze sobą oso­bliwą grę - wyja­śnił Skrzy­pek. - I niech im to wyj­dzie na zdro­wie. Tak czy ina­czej, to oczy­wi­ste, że Perła towa­rzy­szy nam dla­tego, że cesa­rzowa chce mieć kogoś bli­sko Tavore.

- To zawsze był jej pro­blem - zauwa­żył z wes­tchnie­niem Kalam.

- Zaufa­nie.

Skry­to­bójca przyj­rzał się sape­rowi.

- Masze­ro­wa­łeś z Tavore od Arenu. Możesz coś o niej powie­dzieć? Cokol­wiek?

- Jestem sier­żan­tem, Kalam.

- No wła­śnie.

Skry­to­bójca cze­kał na odpo­wiedź.

Skrzy­pek podra­pał się po bro­da­tej twa­rzy, pocią­gnął za rze­mień poob­tłu­ki­wa­nego hełmu, a potem odpiął go i odrzu­cił na bok. Na­dal spa­ce­ro­wał w kółko, roz­rzu­ca­jąc nogami zagrze­bane w pia­sku liście oraz sko­rupki orze­chów. Odpę­dził natrętną krwiu­chę, która zawi­sła przed jego twa­rzą.

- Jest zim­nym żela­zem, Kalam. Ale jesz­cze nie pod­dano jej pró­bie. Czy potrafi myśleć pod­czas bitwy? Czy potrafi dowo­dzić w mar­szu? Kap­tur wie, że jej ulu­biona pięść, ten sta­ru­szek Gamet, tego nie potra­fił. To źle świad­czy o jej zdol­no­ściach oceny.

- Znała go już przed­tem, zga­dza się?

- Tak, ufała mu, to się liczy. Był wypa­lony, to wszystko. Nie jestem już taki wyro­zu­miały jak kie­dyś.

Kalam uśmiech­nął się, odwra­ca­jąc wzrok.

- Och tak, Skrzy­pek, byłeś praw­dzi­wym wzo­rem wyro­zu­mia­ło­ści. - Wska­zał na kości pal­ców wiszące u pasa sapera. - A co powiesz o tym?

- Z nimi tra­fiła w samo sedno. To mogło być pocią­gnię­cie Oponn.

- Albo nie.

Skrzy­pek wzru­szył ramio­nami. Wycią­gnął nagle rękę, zła­pał krwiu­chę i z wyraźną satys­fak­cją roz­sma­ro­wał ją mię­dzy dłońmi.

To prawda, że wyglą­dał sta­rzej, ale był szybki i groźny jak zawsze. Liśćmi poru­szyło nagłe tchnie­nie, cuch­nące śmier­cią i pia­skiem. W odle­gło­ści kilku kro­ków powie­trze roz­stą­piło się ze sły­szal­nym trza­skiem i z groty wyszedł Szybki Ben. Cza­ro­dziej kasłał gwał­tow­nie.

Kalam podał mu dzban ale.

- Masz.

Szybki Ben pocią­gnął łyk, znowu zaka­słał i splu­nął.

- Bogo­wie na dole, w Cesar­skiej Gro­cie jest okrop­nie.

Pocią­gnął kolejny łyk.

- Wyślij mnie tam - zapro­po­no­wał Skrzy­pek, pod­cho­dząc bli­żej. - Wtedy ja rów­nież będę mógł się napić.

- Cie­szę się, że nastrój ci się popra­wił - odparł Szybki Ben, poda­jąc mu dzban. - Wkrótce będziemy mieli towa­rzy­stwo... to zna­czy, jak już coś zjemy - dodał, spo­glą­da­jąc na owi­nięty w liście pro­wiant. - Jestem taki głodny, że mógł­bym żreć krwiu­chy.

- To wyliż moją łapę - zapro­po­no­wał Skrzy­pek.

Cza­ro­dziej zatrzy­mał się i popa­trzył na niego.

- Chyba osza­la­łeś. Prę­dzej wyli­zał­bym łapę han­dla­rza wiel­błą­dzim nawo­zem.

Zaczął odwi­jać liście.

- Jak się udało spo­tka­nie z Tavore? - zapy­tał Kalam, pod­cho­dząc bli­żej.

- Wiem na ten temat tyle, co ty - wyznał Szybki Ben. - Widzia­łem już ludzi cier­pią­cych na syn­drom oblę­żo­nej twier­dzy, ale ona zbu­do­wała wokół sie­bie mury tak potężne, że wąt­pię, by prze­do­stał się przez nie tuzin roz­ju­szo­nych smo­ków... mimo że ni­gdzie nie widać wroga.

- I tu wła­śnie możesz się mylić - zauwa­żył skry­to­bójca. - Czy Perła był obecny?

- Hmm, jedna z zasłon poru­szyła się lekko.

Skrzy­pek prych­nął pogar­dli­wie.

- On ni­gdy nie jest tak oczy­wi­sty. To pew­nie była T'jan­tar.

- Nie wyra­ża­łem się dosłow­nie, Skrzy­pek. Ktoś obser­wo­wał nas z groty.

- To zna­czy, że Tavore nie miała swo­jego mie­cza - zauwa­żył Kalam.

- Nie miała. Dzięki bogom, pod­czas roz­mów ze mną ni­gdy go nie nosi.

- Ach, to zna­czy, że liczy się z innymi!

Cza­ro­dziej obrzu­cił Kalama zło­wro­gim spoj­rze­niem.

- Chcia­łeś powie­dzieć, że nie chce wyssać wszyst­kiego ze swego wiel­kiego maga.

- Prze­stań - ode­zwał się Skrzy­pek. - Nie podo­bają mi się obrazy, które to mi pod­suwa. Daj kawa­łek tego chleba sepah, nie, nie ten, który już ugry­złeś, Szybki, ale dzię­kuję. Tam... mniej­sza z tym.

Wycią­gnął rękę.

- Hej, sypiesz mi pia­sek na jedze­nie!

Kalam przy­kuc­nął. Skrzy­pek z każdą chwilą wyglą­dał mło­dziej. Zwłasz­cza gdy robił tę groźną minę. Dawno już nale­żał mu się moment wytchnie­nia od armii i wszyst­kiego, co się z nią wią­zało.

- Co takiego? - zapy­tał saper. - Boisz się, że zęby ci się zużyją? To lepiej prze­stań żuć ten chleb.

- Wcale nie jest taki twardy - sprze­ci­wił się z peł­nymi ustami cza­ro­dziej.

- Nie, ale pełno w nim pia­sku, Szybki. Z kamieni młyń­skich. Zresztą ostat­nio cią­gle sypie się ze mnie pia­sek. Mam go w miej­scach, któ­rych nawet sobie nie wyobra­żasz...

- Prze­stań. Pod­su­wasz mi obrazy.

- Kiedy to się skoń­czy, nawet po roku sie­dze­nia w słod­kim Daru­dży­sta­nie będę srał pia­sko­wymi cegłami... - cią­gnął nie­ubła­ga­nie Skrzy­pek.

- Powie­dzia­łem: prze­stań!

Kalam popa­trzył z uwagą na sapera.

- W Daru­dży­sta­nie? Czyż­byś miał zamiar dołą­czyć do reszty?

Skrzy­pek odwró­cił wzrok.

- Pew­nego dnia...

- A czy ten dzień nadej­dzie już nie­ba­wem?

- Nie pla­nuję ucieczki, Kalam.

Skry­to­bójca zer­k­nął Szyb­kiemu Benowi w oczy, tylko prze­lot­nie, a potem odchrząk­nął.

- No cóż... być może powi­nie­neś, Skrzy­pek. Gdy­bym miał ci radzić...

- Gdy­byś miał nam radzić, wszy­scy byli­by­śmy zgu­bieni. Dzię­kuję, że zepsu­łeś mi dzień. Hej, Szybki, nalej tro­chę tego ale, bo w gębie mi zaschło.

Kalam dał za wygraną.

No cóż, to jedno przy­naj­mniej sobie wyja­śni­li­śmy.

Szybki Ben strą­cił okru­chy z dłu­go­pal­cych dłoni i usiadł.

- Ona ma w sto­sunku do cie­bie pewne plany, Kalam...

- I tak już mam o jedną żonę za dużo.

- Chce, żebyś sfor­mo­wał dru­żynę skry­to­bój­ców.

- Słu­cham? Z tej zgrai?

- Hej - wark­nął Skrzy­pek. - Znam ich.

- I co?

- I to, że masz rację. Są do niczego.

- To nie ma zna­cze­nia - odparł cza­ro­dziej, wzru­sza­jąc ramio­nami. - W dodatku chcia­łaby, żebyś zro­bił to pota­jem­nie.

- Jasne, a Perła cały czas przy­słu­chi­wał się waszej roz­mo­wie.

- Nie, to było póź­niej. Druga część naszych spo­tkań jest prze­zna­czona dla publicz­no­ści. To pod­czas pierw­szej czę­ści, zanim zjawi się Perła i kto tam jesz­cze nas pod­słu­chuje, oma­wiamy ważne sprawy. Urzą­dza te spo­tka­nia tak nie­spo­dzie­wa­nie, jak to tylko moż­liwe. Używa Pędraka jako gońca.

Cza­ro­dziej wyko­nał gest chro­niący przed złem.

- To zwy­kły znajda - stwier­dził Skrzy­pek.

Szybki Ben tylko potrzą­snął głową.

- To zna­czy, że chce mieć wła­sną kadrę skry­to­bój­ców - skwi­to­wał Kalam. - W tajem­nicy przed Szpo­nem. Och, nie podoba mi się kie­ru­nek, w jakim to zmie­rza, Szybki.

- Osoba, która ukrywa się za tymi murami, może być prze­ra­żona, ale nie jest głu­pia, Kal.

- Cały ten inte­res jest głupi - oznaj­mił Skrzy­pek. - Zmiaż­dżyła rebe­lię. Cze­góż wię­cej może chcieć Laseen?

- Jest silna, gdy cho­dzi o walkę z wro­gami - zauwa­żył Kalam. - Ale słaba, jeśli cho­dzi o popu­lar­ność.

- Tavore rów­nież nie jest zbyt popu­larna, więc w czym pro­blem?

- To się może zmie­nić. Wystar­czy jesz­cze kilka suk­ce­sów. Gdy będzie oczy­wi­ste, że nie cho­dziło o zwy­kłe szczę­ście. Daj spo­kój, Skrzy­pek, wiesz, jak łatwo armia może poma­sze­ro­wać w drugą stronę.

- Nie ta armia - zaprze­czył saper. - Ona led­wie zdo­łała wstać na nogi. Jeste­śmy cho­ler­nie lichą zgrają. Szybki, czy ona zdaje sobie z tego sprawę?

Cza­ro­dziej zasta­na­wiał się przez chwilę, a potem ski­nął głową.

- Sądzę, że tak. Ale nie wie, co mogłaby w tej spra­wie zro­bić, poza dopad­nię­ciem Leomana od Cepów i znisz­cze­niem jego i jego armii. Cał­ko­wi­tym.

Skrzy­pek chrząk­nął.

- Tego wła­śnie boi się Mątwa. Jest prze­ko­nany, że nim to się skoń­czy, wszy­scy będziemy nosić Ranal.

- Ranal? Aha.

- Jest też cho­ler­nie upier­dliwy w tej spra­wie - cią­gnął saper. - Cią­gle mówi o wstrzą­sa­czu, który sobie zacho­wał. Powta­rza, że usią­dzie na nim, gdy nadej­dzie zagłada. Powi­nie­neś zoba­czyć miny rekru­tów, kiedy go słu­chają.

- Mam wra­że­nie, że z Mątwą trzeba poga­dać.

- Trzeba mu przy­ła­do­wać w gębę, Kal. Uwierz mi, że nie­raz mnie kor­ciło...

- Sape­rzy nie robią takich rze­czy kole­gom po fachu.

- Jestem też sier­żan­tem.

- Ale na­dal potrze­bu­jesz jego popar­cia.

- Potrze­buję - przy­znał ponu­rym tonem Skrzy­pek.

- No dobra - ode­zwał się Kalam. - Ja z nim poga­dam.

- Tylko uwa­żaj, bo może ci rzu­cić pod stopy prze­bi­jacz. On nie lubi skry­to­bój­ców.

- A kto lubi? - zauwa­żył Szybki Ben.

Kalam zmarsz­czył brwi.

- A ja myśla­łem, że jestem lubiany... przy­naj­mniej przez przy­ja­ciół.

- My tylko sta­ramy się zabez­pie­czyć, Kalam.

- Dzię­kuję, Szybki. Zapa­mię­tam to sobie.

Cza­ro­dziej wstał nagle.

- Zaraz przy­będą nasi goście.

Skrzy­pek i Kalam rów­nież się pod­nie­śli i odwró­cili aku­rat na czas, by zoba­czyć, jak Cesar­ska Grota otwo­rzyła się ponow­nie. Wyszły z niej cztery osoby.

Skry­to­bójca pozna­wał dwie z nich. Poczuł, że wypeł­nia go napię­cie połą­czone z rado­ścią. Obec­ność wiel­kiego maga Tay­schrenna zanie­po­ko­iła go, nato­miast szcze­rze ucie­szył się na widok Dujeka Jed­no­rę­kiego. Tay­schren­nowi towa­rzy­szyło dwoje oso­bi­stych straż­ni­ków: star­szy wie­kiem Seti o nawo­sko­wa­nych wąsach, który wyda­wał się zna­jomy, jakby Kalam gdzieś go już dawno temu widział, oraz kobieta w wieku mniej wię­cej od dwu­dzie­stu pię­ciu do trzy­dzie­stu pię­ciu lat, gibka i atle­tycz­nie zbu­do­wana, odziana w obci­sły jedwabny strój. Jej ciem­no­brą­zowe oczy miały łagodny, czujny wyraz, włosy były krótko ostrzy­żone na impe­rialną modłę i oka­lały twarz w kształ­cie serca.

- Spo­koj­nie - wyszep­tał Szybki Ben do Kalama. - Jak już kie­dyś wspo­mi­na­łem, rolę, jaką ode­grał Tay­schrenn w... minio­nych wyda­rze­niach... błęd­nie zro­zu­miano.

- Skoro tak mówisz.

- I sta­rał się ura­to­wać Sójeczkę.

- Ale się spóź­nił.

- Kalam...

- No dobra, będę grzeczny. Czy ten Seti to jego stary straż­nik z cza­sów cesa­rza?

- Tak.

- Ponury skur­czy­byk? Ni­gdy się nie odzy­wał ani sło­wem?

- To on.

Wydaje się, że tro­chę zła­god­niał.

Szybki Ben prych­nął pogar­dli­wie.

- Coś cię śmie­szy, wielki magu? - zapy­tał Dujek, gdy goście pode­szli bli­żej.

- Witaj, wielka pię­ści - rzekł Szybki Ben. Wypro­sto­wał się i pokło­nił z sza­cun­kiem Tay­schren­nowi. - Kolego...

Tay­schrenn uniósł cien­kie brwi.

- Awans na polu bitwy, tak? No cóż, być może dawno już ci się nale­żał. Nie­mniej jed­nak nie wydaje mi się, by cesa­rzowa zatwier­dziła już ten tytuł.

Szybki Ben odsło­nił białe zęby w sze­ro­kim uśmie­chu.

- Czy pamię­tasz, wielki magu, pew­nego innego wiel­kiego maga, wysła­nego przez cesa­rza na wcze­snym eta­pie kam­pa­nii w Czar­nym Psie? Nazy­wał się Kri­ba­lah Rule?

- Rule Cham­ski? Zgi­nął jakiś mie­siąc...

- W strasz­li­wym poża­rze, tak jest. No więc to była moja robota. A to zna­czy, że byłem wiel­kim magiem już przed­tem, kolego...

Tay­schrenn zmarsz­czył brwi. Nagle jego mina stała się bar­dziej zło­wroga.

- I cesarz o tym wie­dział? Musiał wie­dzieć, skoro to on cię wysłał... chyba że wcale cię nie wysłał.

- No cóż, przy­znaję, że nie wszystko odbyło się w regu­la­mi­nowy spo­sób, i gdyby ktoś posta­no­wił zba­dać tę sprawę, mógłby to zauwa­żyć, ale ty naj­wy­raź­niej nie czu­łeś takiej potrzeby, ponie­waż pora­dzi­łem sobie świet­nie, acz­kol­wiek cały incy­dent nie trwał zbyt długo... chyba też przy­po­mi­nam sobie, że przy innej oka­zji wycią­gną­łem cię z kło­po­tów... miało to coś wspól­nego z magami skry­to­bój­cami Tiste Andii...

- Stra­ci­łem wów­czas pewien obiekt zawie­ra­jący władcę demo­nów...

- Naprawdę? Sły­szę to z przy­kro­ścią.

- Ten sam demon zgi­nął potem od mie­cza Rake'a w Daru­dży­sta­nie.

- To bar­dzo nie­for­tunne.

Kalam pochy­lił się do ucha Szyb­kiego Bena.

- Wyda­wało mi się, że mówi­łeś, bym to ja zacho­wał spo­kój - wyszep­tał.

- Wszystko to było dawno temu i daleko stąd - mruk­nął Dujek Jed­no­ręki. - Nagro­dził­bym was bra­wami, gdy­bym tylko miał dwie ręce. Tay­schrenn, powstrzy­maj tego Seti, zanim zrobi coś głu­piego. Mamy parę spraw do omó­wie­nia. Przejdźmy do rze­czy.

Kalam zer­k­nął na Skrzypka i mru­gnął zna­cząco.

Jak za daw­nych cza­sów...

***

Leżący pła­sko na szczy­cie wznie­sie­nia Perła chrząk­nął.

- To jest Dujek Jed­no­ręki - zauwa­żył. - Powi­nien być teraz w G'danis­ba­nie.

Leżąca obok niego Lostara Yil syk­nęła z bólu i zaczęła okła­dać się po całym ciele.

- Pia­skowe pchły, niech je szlag. Pełno ich tu. Nie­na­wi­dzę tych cho­ler­nych robali...

- Czemu po pro­stu nie wsta­niesz i nie zatań­czysz, kapi­ta­nie? - zapy­tał Perła. - W ten spo­sób na pewno nas zauważą.

- Szpie­go­wa­nie jest głu­pie. Nie­na­wi­dzę go i zaczy­nam też na nowo odkry­wać nie­na­wiść do cie­bie, szpo­nie.

- Zawsze mi mówisz naj­słod­sze słówka. Tak czy ina­czej, ten łysy to Tay­schrenn. Tym razem towa­rzy­szą mu Hat­tar i Kiska, a to zna­czy, że czuje się naprawdę zagro­żony. Och, dla­czego musieli to zro­bić aku­rat teraz?

- Co zro­bić?

- To, co aku­rat robią, oczy­wi­ście.

- No to pobie­gnij do Laseen jak jej poko­jowy pie­sek i opo­wiedz o wszyst­kim.

Poczoł­gał się w dół, odwró­cił na plecy i usiadł.

- Nie ma powodu do pośpie­chu. Muszę się zasta­no­wić.

Lostara zla­zła na sam dół, gdzie mogła sta­nąć. Zaczęła się dra­pać pod zbroją.

- Ja w każ­dym razie nie będę na to cze­kać. Muszę się wyką­pać w mleku z liśćmi escury, i to zaraz.

Perła śle­dził wzro­kiem odda­la­jącą się w stronę obozu kobietę. Miała ładny chód, pomi­ja­jąc nagłe podrygi.

Pro­ste zaklątko uchro­niło go przed pia­sko­wymi pchłami. Być może trzeba było podzie­lić się z nią tym bło­go­sła­wień­stwem.

Nie, tak jest znacz­nie lepiej.

Bogo­wie, jeste­śmy dla sie­bie stwo­rzeni.