Byłem tam, kiedy po raz pierwszy anioł powiedział Bogu: "nie". Nie uczynił tego krzykiem. Nie uniósł miecza. Nie zgromadził jeszcze armii ani nie wypowiedział słów, które miały podzielić Niebo. Jego bunt rozpoczął się w ciszy - w jednej myśli, której nie odrzucił, gdy pojawiła się w jego umyśle.
Spojrzał na własny blask i uznał, że należy wyłącznie do niego. Tak narodziło się pierwsze kłamstwo. Nazywam się Michał. Człowiek przedstawia mnie z mieczem w dłoni, odzianego w zbroję, stojącego na karku smoka. Rzeźbi moje skrzydła w kamieniu, maluje moją twarz na ścianach świątyń i wypowiada moje imię, gdy lęka się ciemności.
Lecz żaden obraz nie pokazuje tego, co naprawdę widziałem. Nie przedstawia brata, którego musiałem strącić. Nie pokazuje chwili, w której ostrze znalazło się pomiędzy nami. Nie oddaje dźwięku anielskich skrzydeł łamanych podczas wojny, która nie powinna była się wydarzyć.
Ludzie sądzą, że w Niebie nie może istnieć ból, ponieważ nie ma tam ciała podatnego na rany. Mylą się. Istota zrodzona ze światła również może cierpieć. Można rozedrzeć jej pamięć, wypalić imię, złamać pieśń, dla której została stworzona. Można zranić ją głębiej, niż żelazo rani ludzkie ciało.
Podczas tamtej wojny widziałem aniołów spadających w otchłań z rozszarpanymi skrzydłami. Słyszałem ich wołania. Jedni przeklinali Boga, inni błagali Lucyfera, aby dotrzymał obietnicy. Niektórzy dopiero podczas upadku zrozumieli, że wolność, którą im obiecał, była jedynie nową formą niewoli. Ale wtedy było już za późno. Lucyfer spadał pośród nich.
Najpiękniejszy ze wszystkich stworzonych duchów. Niosący światło. Strażnik harmonii. Ten, którego głos potrafił połączyć dziewięć chórów w jedną pieśń. Kiedyś nazywałem go bratem. Lecieliśmy obok siebie przez przestrzenie, które nie posiadały jeszcze nazw. Wspólnie wykonywaliśmy rozkazy Stwórcy. Rozmawialiśmy o rzeczach, których ludzki język nie potrafiłby pomieścić. Powierzałem mu swoje wątpliwości, a on pokazywał mi piękno ukryte tam, gdzie ja widziałem jedynie obowiązek.
Nie był od początku potworem. To właśnie czyni jego historię tak niebezpieczną. Zło rzadko pojawia się od razu z odsłoniętymi kłami. Najpierw przychodzi jako pytanie. Potem jako poczucie krzywdy. Następnie nazywa pychę godnością, zazdrość sprawiedliwością, a nieposłuszeństwo wolnością. Dopiero na końcu zdejmuje maskę. Widziałem wszystkie maski Lucyfera.
Widziałem, jak pomagał słabszym aniołom odnaleźć właściwy ton. Widziałem, jak pochylał skrzydła przed Tronem. Widziałem jego radość, gdy światło po raz pierwszy rozlało się po bezkształcie. Widziałem również chwilę, kiedy zaczął liczyć spojrzenia kierowane ku sobie. Najpierw wystarczała mu wdzięczność. Później potrzebował zachwytu. Następnie zażądał posłuszeństwa. W końcu zapragnął pokłonu.
Upadek nie rozpoczął się nad otchłanią. Rozpoczął się przed Tronem, gdy Lucyfer pochylił ciało, lecz w swoim wnętrzu pozostał wyprostowany. Bóg widział jego myśl. Ja dostrzegłem jedynie cień. Do dziś zadaję sobie pytanie, czy mogłem go zatrzymać. Czy powinienem był przemówić ostrzej, wcześniej stanąć mu na drodze, wyrwać pierwsze kłamstwo, zanim zapuściło korzenie. Pamiętam każdą naszą rozmowę. Każde pytanie, które uznałem za niewinne. Każdy uśmiech skrywający pogardę. Każde milczenie, podczas którego jego pycha rosła.
Lecz żadna istota nie może wybrać za drugą. Nie uczynił tego nawet Bóg. Lucyfer otrzymał wolność i właśnie wolności użył przeciwko jej Dawcy. Nie był ofiarą niesprawiedliwości. Nie został odrzucony, zapomniany ani pozbawiony należnego mu miejsca. Nikt nie strącił go, zanim sam nie odwrócił się od światła.
Został ostrzeżony. Otrzymał możliwość powrotu. Zobaczył prawdę wyraźniej, niż kiedykolwiek zobaczy ją człowiek. A mimo to wybrał siebie. Kiedy runął, Niebo nie świętowało. Nie było okrzyków zwycięstwa. Nie zabrzmiały pieśni. Wierne zastępy stały nad zamkniętą granicą, słuchając, jak nasi dawni bracia znikają w głębi, która miała stać się ich więzieniem.
Trzymałem miecz w dłoni. Ostrze było pokryte martwym światłem tych, których pokonałem. Nie czułem triumfu. Czułem ciężar. W ostatniej chwili Lucyfer odwrócił ku mnie twarz. Jego piękno jeszcze nie zgasło, lecz zostało już wypaczone przez nienawiść. Nie błagał o ratunek. Nie prosił o przebaczenie. Uśmiechnął się.
- To jeszcze nie koniec, Michale.
Potem otchłań zamknęła się nad nim. Miał rację. Wojna w Niebie dobiegła końca, ale bunt nie został unicestwiony. Został przeniesiony tam, gdzie Lucyfer dostrzegł możliwość zadania Bogu najgłębszej rany. Do człowieka. Nie mógł dosięgnąć Tronu. Nie potrafił odebrać Bogu potęgi ani zgasić światła, które nie miało początku. Postanowił więc uderzyć w istotę stworzoną na Jego obraz.
W proch połączony z tchnieniem. W stworzenie słabe, śmiertelne i obdarzone wolnością. Byłem tam, gdy pierwszy człowiek otworzył oczy. Byłem również tam, gdy po raz pierwszy je spuścił, nie mogąc znieść własnego wstydu. Widziałem węża pełzającego pośród drzew. Słyszałem kłamstwo wypowiedziane łagodnym głosem. Patrzyłem, jak człowiek wyciąga rękę po obietnicę wielkości i odkrywa, że trzyma w dłoni własną śmierć.
Później był pierwszy grób. Pierwsza bratobójcza krew. Pierwszy człowiek, który uznał, że jego gniew daje mu prawo do odebrania życia. Potem przyszli tyrani, królowie i kapłani fałszywych bogów. Powstawały miasta, imperia oraz świątynie zbudowane na kościach niewinnych. Ludzie mordowali w imię władzy, bogactwa, narodu, wiedzy, a nawet Boga.
Lucyfer zmieniał jedynie maski. Raz przemawiał z tronu. Innym razem z ołtarza. Później z trybuny, pola bitwy, więziennej celi albo zaciemnionego pokoju, w którym samotny człowiek dochodził do przekonania, że jego życie nie ma już wartości.
Zawsze szeptał to samo:
"Należysz wyłącznie do siebie".
"Nikt nie ma prawa cię osądzać".
"Twoje pragnienie jest ważniejsze niż cudze cierpienie".
"Nie ma dla ciebie przebaczenia".
Największym zwycięstwem Lucyfera nie jest doprowadzenie człowieka do grzechu. Człowiek może upaść i ponownie się podnieść. Może zapłakać, przyznać się do winy i wyciągnąć rękę ku Temu, który nadal go woła. Lucyfer zwycięża wtedy, gdy człowiek przestaje wierzyć, że warto wracać. Dlatego jednemu mówi, że zło nie istnieje.
Drugiemu, że jego zło jest zbyt wielkie, aby mogło zostać przebaczone. Oba kłamstwa prowadzą do tej samej otchłani. Widziałem wieki ludzkiej historii. Widziałem świętych umierających z przebaczeniem na ustach i morderców, którzy nie czuli niczego. Widziałem ludzi oddających życie za nieznajomych oraz takich, którzy sprzedawali własne dzieci dla kilku chwil przyjemności.
Nie przestałem się dziwić człowiekowi. Jest słabszy od każdego anioła, a mimo to potrafi oprzeć się temu, przed którym zadrżały całe chóry. Potrafi uklęknąć po tysiącu upadków. Potrafi wybrać dobro wtedy, gdy dobro nie obiecuje mu żadnej nagrody poza czystym sumieniem. Właśnie dlatego Lucyfer go nienawidzi.
Człowiek otrzymał drogę powrotu. On sam ją odrzucił. Ta kronika nie jest opowieścią o potworze mieszkającym w odległej otchłani. Nie jest również próbą usprawiedliwienia Lucyfera ani uczynienia z niego tragicznego bohatera. Lucyfer nie był bohaterem. Był zdrajcą, który nazwał zdradę wyzwoleniem. Był tyranem, który obiecał wolność, a swoim zwolennikom dał kajdany.
Był kłamcą, który najpierw uwierzył we własne kłamstwo, a później uczynił z niego broń przeciwko całemu stworzeniu. Opowiem, jak się narodził. Jak stał się najpiękniejszym spośród aniołów. Jak zdobywał zaufanie, szeptał pośród chórów i zamieniał braci w żołnierzy własnej pychy. Opowiem o wojnie, strąceniu i narodzinach piekła.
Opowiem o Edenie, potopie, królach, prorokach i człowieku, którego przybito do krzyża, gdy Lucyfer był przekonany, że wreszcie zwyciężył. Opowiem również o wojnie, która trwa teraz. Być może w tej chwili nie słyszysz szczęku mieczy ani trzepotu skrzydeł. Być może sądzisz, że otacza cię jedynie zwyczajny świat: ludzie spieszący do pracy, światła domów, ekrany, wiadomości i codzienne pragnienia.
Ale wojna nigdy się nie skończyła. Jej polem jest ludzkie sumienie. Jej stawką nie są królestwa, pieniądze ani granice. Stawką jesteś ty. A jeżeli uważasz, że historia Lucyfera nie ma z tobą nic wspólnego, posłuchaj uważnie własnych myśli. On zawsze zaczyna od przekonania człowieka, że mówi wyłącznie do siebie.