Ludzie pustki - Kamil Zieliński

Kup ebooka

27.46 zł
22.79 zł (23,02 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

prolog

Strachu kwiat liście wypuszcza

nieśmiała w oddali idzie kaczuszka.

Świat przepełniony pięknem

nie przekonuje nikogo wdziękiem.

Idzie tłum, gdzieś w oddali

jeden za drugim, jako poddani.

Krok za krok, wpatrując w coś wzrok

świecąca cegła ciągnie ich w mrok.

Tłum się zbliża, więc kaczuszka ucieka

nie ma co ryzykować, a piękno poczeka.

Kwiat usycha, a ludzkość wymiera

ich nikt już nie pozbiera.

Zatraceni w technologii świata

ludzkość moralnością pomiata.

Oto krok ku przyszłości

nie chciej tej przyjemności.

II: MROK BEZSILNOŚCI

"Największą dla nich udręką była bezsilność: choć pragnęły pomagać ludziom, na zawsze straciły moc czynienia dobra".

Charles Dickens, Opowieść wigilijna

Ze snu wyrywa mnie głośny dźwięk budzika, którego, po raz kolejny, zapomniałem ściszyć. Podnoszę się z łóżka i niezbyt chętnie siadam na jego krawędzi. Patrzę przed siebie. Na ścianę.

Tam, wczoraj w tym lesie, czułem strach. Wracają do mnie wspomnienia z wczorajszego treningu i chyba pragnę o nim zapomnieć. To wszystko było dziwne, zbliżający się mrok i strach, który mi towarzyszył, był wyjątkowo przerażający.

Wstałem z łóżka i podszedłem do szafy z ubraniami. Zacząłem wybierać swój dzisiejszy strój, który założę do szkoły. Lubię każdego dnia być kimś innym, dlatego zdarza się, że raz zakładam dres, a innym razem koszulę i eleganckie jeansy. Popadam ze skrajności w skrajność, ale to moje życie, które bardzo lubię. Patrzę na zegar ścienny i zdaje sobie sprawę, że powinienem zacząć się śpieszyć. Za dwadzieścia minut muszę wyjść z domu, a chcę jeszcze zjeść pożywne śniadanie. Nie mam na razie czasu na myślenie o wczoraj, zostawię sobie tę wątpliwą przyjemność na później.

Do pociągu wchodzę kilka sekund przed odjazdem, ale zdarzało mi się gonić odjeżdżający pojazd, więc nie jest tak źle. Wchodzę do pierwszego wagonu i siadam na najbliższym wolnym miejscu, oczywiście przy oknie. Rozsiadam się wygodnie i odwracam głowę w stronę lasu. Miejsca, w którym wczoraj przeplatała się ekscytacja z przerażeniem. Niby natura nie może być zdradliwa, a tu proszę! Zaproszono mnie na ucztę, po czym postanowiono mnie wyrzucić od stołu. Z niewiadomych powodów. Pociąg rusza, a ja wsłuchuję się w dźwięk kół uderzających o szyny. Ten dźwięk jest taki kojący i daje poczucie bezpieczeństwa. Pociąg całkowicie zanurza się w lesie, a ja, po raz kolejny, próbuję o tym nie myśleć. Nikt nie rozmawia. Panuje grobowa cisza. Nawet komunikaty w głośnikach odtwarzane są w przyciszonej wersji.

Mam wrażenie, że jestem tutaj zupełnie sam, w ogromnym wagonie, jednak ludzi można dostrzec prawie na każdym siedzeniu.

- Dzień dobry, bilety do kontroli - kobiecy głos wyrywa mnie z zamyśleń, a większość pasażerów z płytkiego, porannego snu.

Odwracam głowę w przeciwną stronę i widzę szczupłą kobietę w konduktorskim uniformie. Na oko, nie ma więcej niż trzydziestu lat, a na głowie ma długie, brązowe włosy, jej oczy są piękne, zielone. Przy każdej kontroli promieniście się uśmiecha. Widać, że uwielbia tę pracę. Zdejmuję plecak z siedzenia, kładę go na swoje kolana i zaczynam w nim grzebać. Za każdym razem to samo. Nigdy nie pamiętam, do której kieszonki włożyłem swój bilet miesięczny. Kobieta podchodzi do mnie, a ja uśmiecham się z wyrzutami sumienia, że musi czekać.

- Mam - mówię pod nosem.

Pokazuję jej bilet i legitymację, a ona z uśmiechem dziękuje i odwraca się w stronę innego pasażera, który - jak większość - przed chwilą musiał przerwać swoją poranną drzemkę. Schowałem bilet, spróbowałem zapamiętać kieszonkę, a potem zapiąłem ją i położyłem plecak na siedzeniu.

Strach. Znowu poczułem strach. Oparłem się nerwowo o siedzenie i zacząłem się niepokojąco odwracać. Nikt nie stanowi dla mnie zagrożenia, nic się nie dzieje, ale czuję to samo, co wczoraj w lesie. Coś każe mi się bać i nie pozwala na chwilę zaznać upragnionego spokoju. Zamknąłem oczy z nadzieją, że to wszystko za chwilę się skończy.

Dzień w szkole minął mi całkiem przyjemnie. Nawet sprawdzian z matematyki, którego się obawiałem, poszedł mi bardzo dobrze. Wszystko szło po mojej myśli i nie było miejsca na nieścisłości. Uczucie strachu powróciło jeszcze kilka razy, ale szybko przeminęło. Jednak kiedy myślę o kolejnym treningu w lesie, znowu pojawiają się dreszcze na plecach. Czy to moja podświadomość próbuje odciągnąć mnie od zamierzonego celu? W takim momencie mam ochotę odwracać się nerwowo i czekać na to, aż ktoś powie, że wszystko będzie dobrze. Nie mam pojęcia, dlaczego się to dzieje...

Do domu docieram z kilkunastominutowym opóźnieniem, co prawie przekreśla moje szanse na kolejny trening. Szczerze mówiąc - bardziej cieszyłbym się, gdybym nie musiał tam iść, ale z drugiej strony, to jest wyzwanie i nie mogę go olewać przez bezsensowne wytłumaczenia. Po wejściu do pokoju, od razu podchodzę do szafy i wyciągam te same ubrania, które miałem wczoraj. Bez zbędnego, kolejnego zastanawiania, zakładam ciuchy, nalewam wodę, przyczepiam nerkę, biorę słuchawki z biurka i po prostu wychodzę. Tym razem nikogo nie ma w domu, więc nie muszę nikogo informować o moim wyjściu. Serce zaczyna mi szybciej bić, a myśli ponownie wracają do wczoraj. A co, jeśli sytuacja znowu się powtórzy? Nie chcę się poddawać...

Po opuszczeniu domu po raz kolejny mam wrażenie, że nogi same zmierzają w tamtą stronę. Choć jest to nielogiczne, to mózg i serce mówi mi, żebym stamtąd uciekał. Nie wiem, co mi każe tam iść i chyba nigdy nie chcę tego wiedzieć. Idę powoli, nie śpieszę się, bo wiem, że w pewnym momencie będę musiał użyć siły i samodyscypliny. Mianowicie chodzi o tajemnicze miejsce, gdzie osiągnę dwa i pół kilometra. Po wejściu do lasu gałęzie zapraszają mnie do integrowania się z naturą, ale ja i tak nie zamierzam się wycofać. Ciemność, choć jeszcze nie zapada mrok, cały czas wisi w powietrzu i każe pamiętać o tym, że w każdym momencie może przykryć świat. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że prędzej zapanuje wieczna ciemność, niż jasność.

Świat jest mrocznym miejscem, pełnym tajemnic i strachu. To ciemność jest królem w tym królestwie i nikt nigdy nie zastąpi jej miejsca. Przede mną rozciąga się leśna dróżka, która w pełni należy do natury. Pozostawione na niej niespodzianki, gałęzie, przeszkadzają w przemieszczeniu się po niej, ale widocznie tak miało być. Wyciągam telefon, odpalam aplikację treningową i zaczynam biec. Pierwsze kroki, pierwsze metry, a za kilka minut, pierwsze kilometry.

Niesamowite. Bieganie w lesie jest niesamowite.

W uszach oczywiście rozbrzmiewa mój ulubiony artysta, który sprawia, że nie muszę kontrolować tego, czy biegnę, tylko jak szybko biegnę. Teraz nic mnie zatrzyma, nie ma nawet takiej opcji! Ścieżka ciągnie się w nieskończoność i chyba nigdy się nie skończy - tak może pozostać. Mój organizm przypomina mi o odpoczynku i piciu wody, ale udaję, że go nie słyszę, bo nie zamierzam się teraz zatrzymywać.

Wiecie, co mnie może teraz zatrzymać? Tylko magiczna moc.

Zatrzymuję się. Cholera, po raz kolejny moje nogi same zahamowały. Chcę biec, ale znowu nie mogę. Nie! Błagam nie! Łzy napływają mi oczu, wyciągam telefon i mam ochotę się popłakać... ze strachu. Dwa i pół kilometra. Po raz kolejny. Jeszcze przez kilka sekund wpatruję się w dwójkę, przecinek, piątkę i zero. To tylko cholerny zbieg okoliczności. Chowam telefon do kieszeni i wyciągam bidon, aby wziąć kilka łyków wody. Dlaczego znowu się zatrzymałem? Czuję strach otaczający mnie z każdej strony. Drzewa ponownie zamarły w bezruchu i mam wrażenie, że patrzą na mnie ze złością. Znajduję się dokładnie w tym samym miejscu, co wczoraj. Tak, to tylko cholerny zbieg okoliczności, nie mogę myśleć inaczej. Przede mną znajduje się skrzyżowanie ścieżek, do którego jeszcze nigdy nie dotarłem. Tak bardzo chcę wrócić do domu.

Biorę głęboki wdech i uderzam się w otwartą dłonią w twarz. Tak samo, jak w pociągu, tylko teraz nikt - oprócz drzew - nie patrzy na mnie z zażenowaniem. Nie tym razem, nie mogę teraz ulec i się cofnąć. Jeśli będę biegł do tyłu, to w końcu porzucę to wyzwanie i nigdy więcej tu nie wrócę. Niczego nie jestem pewny, ale wyciągam telefon i wznawiam trening, który wcześniej zatrzymałem. Robię kilka kroków do przodu w celu przebicia tajemniczej bariery. Liczba zero zmienia się w jedynkę, co oznacza, że magiczna siła mnie puściła i tak naprawdę popadam w obłęd, sądząc, że coś mnie zatrzymuje. Chowam telefon do kieszeni i zaczynam biec. Na skrzyżowaniu skręcam w lewo. Cały czas coś czuję, mam wrażenie, że las mnie obserwuje i śmieje się z moich decyzji. Zatrzymuję się po kilkunastu sekundach, tym razem nie dlatego, że coś poczułem, tylko po to, aby sprawdzić, czy licznik kilometrów poprawnie działa. Pożałowałem tego i miałem ochotę rzucić telefonem w głąb lasu.

Na ekranie widnieje przerażająca liczba: dwa i pół. To niemożliwe. Przecież pokonałem tę barierę, liczba zmieniła się, a teraz znowu jest w punkcie wyjścia. To się nie dzieje. To jakiś obłęd. Na pewno połączenie GPS zostało przerwane, a ostatnia jedynka okazała się błędem. To jedyne logiczne wytłumaczenie. To nie jest ważne, w końcu ta aplikacja jest dla mnie i to ja mam widzieć postępy. Chowam telefon do kieszeni i biegnę dalej.

- Połączenie GPS zostało przerwane - wybrzmiał komunikat z mobilnej aplikacji.

Zatrzymałem się i wyjąłem telefon. Teraz to wszystko zaczynało mieć sens, widocznie komunikat przyszedł z opóźnieniem. Bez połączenia nie będę miał wskazanej prawidłowej odległości oraz ewentualnej możliwości powrotu z aplikacją. Nie szkodzi, pamiętam, w którą stronę skręcić. Ponownie schowałem telefon i zacząłem biec. Mam wrażenie, że moje ciało zaczyna odmawiać posłuszeństwa i krzyczy, żebym się zatrzymał. Strasznie chce mi się pić, więc postanawiam spełnić to żądanie. Wyciągam bidon i biorę kilka łyków wody. W drugą rękę biorę telefon i zerkam na licznik kilometrów. Wszystko bez zmian, cały czas brak połączenie GPS. Ponadto w pasku powiadomień pojawił się komunikat, który jeszcze bardziej przyśpieszył rytm mojego serca: jesteś w strefie sieci, której nie obsługujemy. Pierwszy raz widzę taki komunikat i z tego, co wiem, często pojawia się za granicą kraju. Choć nie zawsze, bo sieci często są międzynarodowe. No cóż, wygląda na to, że znajduję się w naprawdę odizolowanym miejscu.

To dziwne. Co prawda, jestem w lesie, ale mam wrażenie, że w okolicy znajduje się otwarta przestrzeń. W gąszczu drzew zasięg był, a kiedy wybiegłem na bardziej otwartą przestrzeń, to nagle zniknął? A zresztą, walić to, biegnę dalej. Po kolejnych kilku minutach biegu, po raz nie wiem który, zatrzymałem się, i tym razem, szybkim ruchem wyciągnąłem słuchawki z uszu. Znowu poczułem strach, ale miałem wrażenie, że coś za chwilę mnie zaatakuje. Rozglądam się w panice, ale nikogo nie widzę. Moje ciało drży i nie ma siły stać. Muszę usiąść, szybko, bo upadnę.

Siadam przy pobliskim drzewie i zamykam oczy. Próbuję myśleć o wszystkich przyjemnych rzeczach, które mnie spotkały w życiu, ale coś nie pozwala mi tego przypomnieć. Wytężam umysł, ale nic się nie zmienia. Otwieram oczy, do których napływają łzy. Chyba zaczynam wariować, może to początkowe stadium schizofrenii: zapomnę o wszystkich chwilach, potem rzeczach, a na końcu ludziach. Tylko nie to. Boże, tylko nie to. Czuję się cholernie bezsilny. Mam wrażenie, że nie wstanę spod tego drzewa i nawet, wolnym krokiem, nie wrócę do domu. Po pomoc nie zadzwonię, bo nie mam zasięgu. Umrę tu, po prostu umrę.

Nie, Piotrek, musisz się ogarnąć. Podnoszę się powoli i zaczynam biec w przeciwnym kierunku, do domu. Dostałem nagłego przypływu adrenaliny i teraz będę biegł, dopóki nie położę się na łóżku. Próbuję myśleć o czymś dobrym, ale mam wrażenie, że moja wyobraźnia zapełnia się gęstą ciemnością. Nie przegapiłem skrętu w prawo, który poprowadzi mnie prosto do ciepłego domu.

- Połączenie GPS zostało wznowione - wybrzmiał głos aplikacji.

Omal nie przewróciłem się na ziemię. Cholera jasna, zostawiłem tam słuchawki, pod tym drzewem. Tylko nie to, nie mogę tam wrócić. Zatrzymuję się, bo za chwilę upadnę i coś sobie złamię. Zaczynam odwracać się nerwowo i myśleć o tym, co należy teraz zrobić. Wrócę po nie jutro, mam nadzieję, że nie będzie padać. Nie zerkam już w telefon, mam w dupie to, że połączenie zostało wznowione. Po prostu biegnę w stronę swojej wioski, do swojego domu, do najbezpieczniejszego miejsca na ziemi.

Po kilkunastu minutach dostrzegam wyjście z lasu, dla którego jeszcze bardziej przyśpieszam swój bieg. Mam wrażenie, że słyszę szepty drzew, które żegnają mnie ze smutkiem i zapraszają na kolejną ucztę. Oddycham z ulgą, kiedy wybiegam na ulicę w swojej wiosce. Teraz nie biegnę, tylko idę w stronę swojego domu. Tym razem w środku jest moja mama, dlatego najpierw idę się z nią przywitać, a potem zaszywam się w swoim pokoju. Odpinam nerkę i zdejmuję przepoconą koszulkę. Wyciągam telefon i sprawdzam aplikację, tym samym kończąc dzisiejszą sesję treningową.

Nie wierzę własnym oczom. Końcowa liczba kilometrów wynosi cztery i pół, czyli dwa kilometry przebiegłem za tym dziwnym miejscem, w którym połączenie zostało przerwane. Ha! Czyli aplikacja działa bez GPS-u, ale wynik można zobaczyć po ponownym połączeniu. Zaraz. To niemożliwe. Czas treningu się nie zgadza i nie ma żadnej możliwości, aby mógł być prawidłowy. Osiem godzin i czterdzieści minut - to rzekomo czas dzisiejszego treningu. Patrzę na godzinę startu, która wskazuje, że rozpocząłem bieganie punktualnie o szesnastej. Patrzę na bieżącą godzinę. Jest osiemnasta. Zatem biegałem niecałe dwie godziny, więc jak to możliwe? Ta aplikacja ma naprawdę wiele błędów. Ten kwalifikuje ją do najgorszych aplikacji treningowych. Klikam mapę, która pozwala mi zobaczyć, jak przebiegała dzisiejsza trasa. Nie wierzę w to, co się dzieje. Mapka pokazuje las, ale nie w całości. W pewnym momencie mapa się kończy. Tak po prostu. Ponadto czas biegu jest liczony w nielogiczny sposób. Między dwa i pół kilometra, a trzy i pół kilometra miały minąć prawie dwie godziny. Próbuję przesunąć mapę w górę, ale na marne. Dalej nic nie ma.

Byłem w miejscu, które nie istnieje?