Lunatyczka - Agnieszka Peszek

Kup ebooka

37.50 zł
30.00 zł (37,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PROLOG

MARIA

Otwieram powoli oczy, ale szybko je zamykam. Momentalnie dopada mnie otępiający ból głowy, którego epicentrum ulokowane jest gdzieś z tyłu, w potylicy.

Znam go bardzo dobrze. Jest moim towarzyszem od lat. Przychodzi zupełnie niezapowiedziany i zostaje ze mną na kilka dni, niszcząc mi życie i sprawiając, że moim celem jest przetrwanie. Przez ten czas nic mnie nie cieszy, wszystko wkurza, a tabletki znikają niczym kostki ulubionej czekolady. Inaczej nie daję rady funkcjonować.

Farmakologia mami mnie na chwilę, bo stawia między mną a źródłem problemu płócienną kotarę, a nie gruby mur. Teraz jednak nic nas nie odgradza.

Czuję, jakby wielkie imadło objęło moją czaszkę i co ułamek sekundy zwiększało ucisk.

Muszę jak najszybciej znaleźć jakieś pigułki.

Najgorsze, że zupełnie nie wiem, gdzie są. Skupiam myśli, próbując przywołać we wspomnieniach ich lokalizację.

W torebce nie. Od trzech dni noszę nową i jeszcze nie wrzuciłam tam blistra.

W kuchni? Też nie. Nadal nie wyznaczyłam szafki na medykamenty. Tak samo w łazience i sypialni. W poprzednim mieszkaniu w każdym pokoju pochowałam tabletki i butelki wody, tak na wszelki wypadek. Tutaj jeszcze tego nie zrobiłam.

Biorę głęboki wdech i ponownie otwieram oczy.

W pokoju panuje półmrok. Jedynymi jasnymi punktami są stojące na zewnątrz latarnie. Na szczęście ich światło nie wzmaga bólu. Jeszcze nie przyszedł czas na światłowstręt, który pewnie niedługo mnie dopadnie. Wtedy każdy, nawet najmniejszy promień słońca będzie wywoływał paraliż całego ciała, a może i wymioty.

Robię kolejny głęboki wdech i znów próbuję się skoncentrować, bo już wiem, że coś jest nie tak. Moje zmysły są przyćmione, otępiałe, ale jedno wydaje się jasne. Zasnęłam nie tam, gdzie powinnam.

- Dlaczego tutaj? - szepczę do siebie i zaczynam odtwarzać to, co działo się kilka godzin wcześniej.

Sprawdzałam kartkówki... i...

Nie jestem w stanie myśleć.

Ból głowy rozchodzi się aż do oczodołów, powodując, że robi mi się niedobrze.

Uciskam głowę po bokach na wysokości skroni. Przynosi to chwilową ulgę, ale gdy tylko opuszczam palce, wszystko powraca.

Otwieram oczy. Widzę niedawno kupiony stół. Rozłożyłam na nim kartkówki, które zrobiłam piątej klasie. Dzieciaki znowu mnie nie słuchały, a hasło "wyciągamy karteczki" to jedyny sprawdzony sposób, aby przestały gadać, chociaż na chwilę. Nie lubię się tak zachowywać, ale przyparta do muru sięgam po tego typu rozwiązania. Wkurza mnie to, lecz skoro one nie chcą współpracować, dlaczego ja mam być dobrą ciocią. Chyba już kończyłam sprawdzanie, gdy usłyszałam dzwonek do drzwi.

Zdziwiłam się, bo nikogo nie zapraszałam. Na osiedlu Ogrody Ciszy mieszkam od trzech tygodni, poznałam niewiele osób, a jeszcze mniej wie, gdzie dokładnie wynajęłam swój kąt.

Z bliskich tylko mama i Gabi mają mój dokładny adres, ale żadna z nich nie wpadłaby bez uprzedzenia. Znają mnie na tyle dobrze, aby wiedzieć, że nie lubię tego typu niespodzianek. Zresztą dla nich to za daleko, żeby wybierać się w podróż bez konsultacji ze mną.

Paczki też nie zamawiałam. Poza tym jeśli już to robię, to zawsze do paczkomatu. Nie dość, że to dla mnie najwygodniejsze, to jeszcze chronię swoją prywatność. Pani psycholog powiedziała, że popadłam w obłęd, ale ja wolę działać według moich zasad. Nikogo tym nie krzywdzę, a dzięki temu śpię spokojniej. Nie idealnie, jednak koszmary nie dręczą mnie co noc.

Robię dwa głębokie wdechy, otwieram oczy i sama siebie zaskakując, wstaję.

Pokój zaczyna się bujać. Opieram się o ścianę. Brak soczewek czy okularów powoduje, że wszystko widzę niewyraźnie, jakby za mgłą.

Dopiero teraz dociera do mnie, że jestem w bieliźnie, a nie w piżamie.

Zupełnie nie mam pojęcia, jak to się stało, ale to już kolejny raz.

Ból się wzmaga, chociaż chwilę temu wydawało mi się, że nie może mnie paraliżować bardziej.

Teraz wiem, że może.

To się znowu wydarzyło.

Jak ja tego nienawidzę.

Od ponad miesiąca nic się nie działo. Wierzyłam w magiczne wyzdrowienie, ale...

Teraz wszystko legło w gruzach. Znowu obudziłam się w innym miejscu, niż powinnam. Nigdy sama z siebie nie położyłabym się na tej kanapie. Jest niewygodna i umieściłam ją na szczycie listy z rzeczami do wymiany. Niestety zanim to nastąpi, muszę zaoszczędzić trochę grosza. Przeprowadzka pozbawiła mnie wszystkich zaskórniaków.

Powoli podchodzę do drzwi. Moje nogi są niczym z waty. Wczoraj wieczorem napiłam się trochę wina. Kieliszek, może dwa. Poza tym zjadłam ciasto od sąsiadki. Nic więcej, więc zupełnie nie rozumiem reakcji swojego ciała.

Czuję się jak lata temu, gdy zdarzało mi się mocno przegiąć z wlanymi w siebie procentami.

Tylko to było kiedyś. Odgrodziłam te czasy grubą linią.

Sięgam po leżący na krześle szlafrok. Miałam go wczoraj wrzucić do prania, ale zapomniałam. Teraz cieszę się z własnej opieszałości. Nie lubię chodzić w samej bieliźnie po domu, nawet gdy mam zasłonięte wszystkie okna.

Otwieram drzwi i po sekundzie słyszę znajomy stukot.

Mimo nieodpuszczającego nawet na sekundę bólu, kąciki ust lecą do góry. To reakcja, której nie kontroluję.

Coco.

Moja ukochana koteczka. Dostałam ją w prezencie od przyjaciółki. Stwierdziła, że potrzebuję kogoś na stałe w moim życiu. Wtedy poczułam się tym urażona. Jednak od kilku lat przy każdej okazji jej za to dziękuję. Uwielbiam tego małego sierściucha i wiem, że on mnie też.

Jestem jego kocią mamą.

Schylam się ku podłodze, bo Coco przewraca się już u mych stóp na plecy, unosząc przednie łapki. Oznaka największego poddania. Kiedyś przeczytałam, że gdy kot kładzie się w taki sposób, odsłaniając brzuch, to sygnał, że czuje się bezpieczny. Cieszy mnie to. Przynajmniej moja kotka żyje w tej ułudzie. Ja sama ze sobą nie czuję się dobrze, czego potwierdzenie mam teraz.

Głaszczę ją po miękkim futerku, a do moich uszu dobiega charakterystyczny warkot. Niczym traktor. Niestety w tej pozycji ból tylko się wzmaga, więc biorę kotkę na ręce i się prostuję.

Przejeżdżam dłonią po jej grzbiecie aż do ogona.

Wciąż nie zapaliłam światła, zatem w pokoju panuje półmrok, ale i tak na futerku dostrzegam plamy. Czerwone.

Zaczynam nerwowo sprawdzać, czy coś jej się stało. Czy nie ma jakiejś rany.

- Co z tobą?

Oglądam ją z każdej strony, ale nie widzę niczego niepokojącego. Wychodzę na korytarz i od razu wiem, że coś jest nie tak. Przy wejściu stoją buty. I nie należą do mnie.

Zamykam oczy i przypominam sobie, że nie pamiętam momentu, kiedy Agata wychodziła.

Sąsiadka z budynku naprzeciwko. Przyniosła wino i ciasto w ramach akcji zapoznawczej.

Idę przyspieszonym krokiem do salonu, który jest połączony z kuchnią.

Kobieta leży na kanapie. Obraz mi się zamazuje. Na co dzień noszę soczewki, a w domu - okulary. Teraz zupełnie nie wiem, gdzie są ani jedne, ani drugie. Podchodzę bliżej i tężeję. Z odległości kilku metrów widzę czerwoną plamę na jej koszulce.

- Boże, co się dzieje?!

Zamykam oczy. W środku cała dygoczę. Strach mnie paraliżuje. Wspomnienia wracają. A ja wiem, że nikt mi nie uwierzy, iż znowu przypadkiem pojawiłam się obok kogoś, kto umarł.

ROZDZIAŁ 1

Zamykam drzwi i czuję, jakby ktoś spuścił ze mnie powietrze.

Radość i ekscytacja, które wypełniały mnie po brzegi jeszcze kilka godzin temu, gdzieś się ulotniły, a pojawiły się same wątpliwości.

Czy dam radę sama w obcym mieście?

Czy znajdę tu znajomych?

Czy zadomowię się w nowym miejscu?

Czy praca, którą dostałam, będzie odpowiednia?

Pytania w głowie krążą z prędkością światła. Czuję się jak potrzebująca wsparcia mała dziewczynka. Chciałabym usłyszeć jakieś słowo pocieszenia, móc się wypłakać komuś w rękaw lub chociaż pobyć z kimś innym niż futrzasty miauczun.

Kocham go, ale teraz oddałabym wszystko za możliwość rozmowy.

Opieram się o framugę.

Wdech. Wydech. Wdech. Wydech.

Z tyłu głowy czuję lekki ucisk. Ciągnę barki w dół, wydłużam szyję. Fizjoterapeuta, do którego jeszcze niedawno chodziłam regularnie, twierdził, że moje bóle, kwalifikowane przez mamę jako migreny, są wywołane stresem i powinnam walczyć z napięciem w ciele. Dużo się rozciągać, a gdy pojawia się chociaż ćmienie, luzować szyję i rozciągać plecy.

Robię te wszystkie dziwne ruchy, które mi pokazał.

Głowa w dół. Głowa w górę. W prawo, w lewo. Po skosie w prawo. Po skosie w lewo. Każdą pozycję trzymam dwadzie­ścia sekund. I tak po pięć razy.

Od razu czuję się lepiej.

Ruszam do salonu. Największej części mojego nowego mieszkania. Aktualnie nie wygląda zachęcająco. Kilkanaście kartonów z dobytkiem, meble w pudłach. Jedynie kuchnia nadaje się do użytku. Podobno całkiem niedawno zrobiono tu remont. Wyrzucono wszystkie stare sprzęty. Pomalowano, po czym ponownie zabudowano, do tego wstawiono nową lodówkę oraz piekarnik z jakimiś super opcjami. Nie potrafię dobrze gotować, ale posiadanie tych urządzeń stanowiło wisienkę na torcie. Gdy agentka nieruchomości o tym opowiadała, odczytałam to jako znak z niebios. Czas rozwinąć się pod kątem kulinarnym i rozszerzyć zakres umiejętności, a z takim osprzętem na pewno będzie to łatwiejsze.

Poza meblami, na które patrzę, w mieszkaniu została jeszcze kanapa w pokoju gościnnym. Nie planuję jej zbyt często używać. Jest brzydka, niewygodna, ale na razie musi tu zostać. Na nową mnie nie stać.

Resztę mogłam przywieźć ze sobą lub kupić.

Ta pierwsza opcja nie wchodziła w grę. Nie chciałam niczego zabierać ze starego mieszkania. Wolałam się odciąć od wszystkiego, a nawet w meblach widziałam sporo symboliki.

Poza tym kupowanie nowych rzeczy stanowiło miły akcent w tej całej przygodzie.

Zaczęłam od salonu. Znalazłam kanapę. Niezbyt dużą, bo nie planowałam przyjmować zbyt wielu gości jednocześnie. Potem kupiłam szafkę pod telewizor, no i samo urządzenie. Nie przyda mi się za często, więc wybrałam takie nie za wielkie. Do oglądania komedii romantycznych i reality show w zupełności wystarczy.

Nie jestem jak mój brat, który musi mieć wszystko największe. Lata temu sprawił sobie rzutnik, bo przekątna dostępnych plazm mu nie odpowiadała. Za to gdy ostatnio z nim gadałam, chwalił się, że kupił gigantyczny monitor do pracy. Nie wiem, jak to możliwe, ale podobno jest długi i wygięty. Od lat nie pracuje na laptopie, bo musi wyświetlać sobie projekty na monitorach. Wcześniej robił to na trzech, teraz może na jednym. Miał mi przesłać zdjęcie tego nowego nabytku, lecz jak zwykle zapomniał.

Ja na szczęście jestem inna i mogłam śmiało wybrać jeden z mniejszych i tańszych monitorów, co pana w sklepie wprawiło w zdziwienie. Koniecznie chciał mi wcisnąć ten najnowszy i najdroższy, ale ja się nie dałam, co wywołało u niego westchnienia i wielce niezadowolony grymas.

W tym aspekcie wiedziałam dokładnie, czego chciałam, za to utknęłam na sypialni. Tam się okazało, że jednak nie jestem taka łatwa w obsłudze i gdy mam wybór, to potrafię wybrzydzać niegorzej niż brat.

Zaczęło się od ramy łóżka. Obejrzałam kilkanaście ofert na stronach sklepów meblarskich. Większość była taka prosta, nijaka. A te bardziej wyszukane dobrze prezentowałyby się w burdelu, przynajmniej ja tak to sobie wyobrażałam. W końcu trafiłam na eleganckie łóżko z pikowanym obiciem. I gdy myślałam, że już będzie z górki, znowu pojawił się problem.

Materac.

Wiem, że powinnam pojechać do jakiegoś salonu, poleżeć na kilku materacach, zobaczyć, czy będzie mi wygodnie, ale nie miałam na to czasu. Zamówiłam ten, który zdobył sporo pozytywnych opinii, licząc, że spełni i moje wymagania.

Siadam na jedynym krześle, które złożyłam, gdy panowie z kartonami kręcili się między mieszkaniem a niewielką ciężarówką, i się rozglądam.

Co najmniej tydzień zajmie mi wypakowanie całego tego majdanu, skręcenie szafek, reszty krzeseł, rozłożenie zawartości kartonów na miejsce, ale i tak czuję, jak te negatywne emocje gdzieś się oddalają, a ich miejsce zajmują ulga i radość. Jakbym była u siebie w domu, jestem tu raptem drugi dzień.

Momentalnie przychodzi Coco. Wskakuje mi na kolana i robi trzy kółka, zanim znajdzie odpowiednią pozycję, która zawsze jest taka sama, po czym zaczyna uderzać mnie główką w dłoń. To sygnał, żebym ją głaskała.

- Oj, bąbelku. - Drapię ją pod bródką. - Jak ci minął dzień?

Patrzy na mnie małymi oczkami, w których jest ocean miłości do mnie i nic poza tym.

Często zazdroszczę jej tego luzu, braku problemów. Je, śpi, korzysta z kuwety i znowu śpi. Zero kłopotów, zero zmartwień. Tak bardzo chciałabym mieć wszystko gdzieś, a ja jak zawsze się przejmuję. A teraz lista trosk wydłużyła się niemiłosiernie.

Praca.

Rodzina.

Przyjaciele.

Nowe miejsce.

No i wracające migawki wspomnień z tego dnia.

Ona zupełnie się nie przejmuje takimi rzeczami. Mam wrażenie, że zmiana miejsca zamieszkania nawet jej jakoś mocno nie obeszła.

Siedzę tak chwilę, aż słyszę dźwięk klaksonu. Podchodzę do okna. Na podwórku nie ma żadnego samochodu. Zauważyłam, że ludzie czasami trąbią, gdy chcą wjechać lub wyjechać.

Teraz jednak nikogo nie dostrzegam.

Na zewnątrz biegają dzieciaki. Tak jak kiedyś. To jeden z powodów, dla których wybrałam to miejsce. Jest tak swojsko. Jak tylko tu wjechałam, pomyślałam o dzieciństwie. O bezpowrotnie minionych czasach, gdy wraz z koleżankami siedziałyśmy na huśtawkach, bawiłyśmy się w dom pod drabinkami, na które nakładałyśmy kartony. Co chwilę chłopcy anektowali sobie naszą budowlę, twierdząc, że to baza wojskowa, aż w końcu zrobiliśmy większą wspólną i wszyscy się zmieścili.

Raz nawet wpadliśmy na pomysł, aby tam spać, ale rodzice się nie zgodzili. Padało strasznie, jednak nam to nie przeszkadzało. Siedzieliśmy tak długo, aż mama siłą mnie wyciągnęła, strasząc całą listą chorób, które mogłabym złapać, gdybym tam została. Teraz dzieci mają inne zabawy, a ich nieodzownym elementem jest telefon, tablet lub jakieś inne urządzenie elektroniczne. Inaczej się już nie odnajdują. Tutaj mam wrażenie, że ktoś postanowił o dzieciaki powalczyć, a nie jak większość stawiać na nich krzyżyk.

Ale nie tylko to mnie urzekło.

Cztery budynki otoczone ogrodzeniem, wzdłuż którego posadzono gęsto rośliny. Nikt obcy nie ma prawa się tu dostać, a także nie może sam opuścić tego terenu w sposób niekontrolowany, a na tym zależało mi jeszcze bardziej.

Siadam na parapecie, na którym ułożyłam kilka poduszek. Gdy tylko zobaczyłam tę szeroką półkę, wiedziałam, że urządzę sobie tutaj miejsce do czytania książek, ale też i punkt obserwacyjny.

Uwielbiam to robić.

Patrzeć, jak ludzie się zachowują, gdy myślą, że nikt ich nie widzi.

Przyglądać się im, kiedy rozmawiają czy się kłócą.

Aktualnie śledzę wzrokiem dwóch chłopców i dziewczynkę, siedzą na krawężniku i rzucają kamieniami. Wygląda, jakby robili to zupełnie bez sensu, ale dopiero po chwili dostrzegam małe wiaderko, które jest ich celem.

Przenoszę wzrok na budynek obok. Tam nic się nie dzieje, za to w tym naprzeciwko w oknie pojawia się kobieta.

Pierwszy raz ją widzę, co nie jest dziwne. Dotychczas spotkałam raptem dwie osoby, z jedną wymieniłam zdawkowe "dzień dobry", a z drugą chwilę porozmawiałam.

Sąsiadka ma blond włosy do ramion i piękną twarz, jakby ktoś stworzył ją w programie komputerowym. Otwiera okno i krzyczy coś do dzieci, ale nie słyszę co. Chętnie uchyliłabym swoje, lecz nie chcę wyjść na wścibską, szczególnie że mnie zauważyła.

Macham do niej i zaczynam drapać Coco po brzuchu. Nie mogę się ordynarnie gapić na tę kobietę.

Raz po raz zerkam w jej kierunku.

Kim może być?

To pytanie zawsze sobie zadaję, gdy komuś bacznie się przyglądam.

Po reakcji dzieci zakładam, że jest mamą wyższego chłopca. Tylko on się prostuje. Kiwa głową, nagle wstaje i na potwierdzenie moich domysłów idzie do klatki w budynku naprzeciwko, a pozostała dwójka siedzi naburmuszona.

Raczej to, co im powiedziała, nie było miłe.

Dzieciaki tkwią nadal na krawężniku, ale już nie rzucają kamieniami. Wszystkie położyły za sobą.

Może zwróciła im uwagę, że nie powinny tego robić.

Po chwili drzwi do budynku na wprost mojego się otwierają i pojawia się sąsiadka, a za nią idzie młodzieniec, który zapewne jest jej synem.

Teraz widzę ją w całej okazałości.

Wygląda niezwykle atrakcyjnie. Luźne spodnie, do tego koszula w kratę i buty na płaskiej podeszwie. Niby elegancko, ale na luzie. Zawsze chciałam potrafić się tak nosić, lecz mi to nie wychodzi. Coś robię nie tak, bo w efekcie ubieram się albo totalnie sportowo, albo zbyt wizytowo, jakbym szła na rozmowę o pracę lub pogrzeb. Mój gust nie potrafi stworzyć czegoś pośrodku.

Układam Coco na poduszce obok i przybliżam twarz do szyby, jakbym dzięki temu mogła usłyszeć, o czym mówią. Niestety to nie pomaga. Patrzę, jak kobieta podchodzi do dzieci, a te momentalnie wstają. Coś im tłumaczy. Słuchają, potakując, chociaż w pewnym momencie chłopiec, ten niższy, kręci głową na boki, czerwieniąc się przy tym.

Nie wygląda na zadowolonego. Kobieta podchodzi bliżej. Twarz wygina się jej w nienaturalnym grymasie. Jest zła. Rozmawiają przez chwilę, gdy nagle buzie dzieciaków się rozpromieniają. Nie widzę, co jest tego powodem. Chyba ktoś idzie w ich stronę.

Ktoś znajomy, kogo lubią.

Pochylam głowę.

Ten ktoś wyszedł z mojego budynku.

Kobieta stojąca z dziećmi się odwraca.

Od razu wiem, że nie podziela entuzjazmu maluchów. Prostuje się i napina. Nawet z daleka zauważam, jak wyraz jej twarzy się zmienia. Na policzkach uwydatniają się napięte mięśnie żwaczy.

Przysuwam się jeszcze bliżej. Nosem dotykam szyby, ale ignoruję plamy, które zostawiam.

W końcu dostrzegam nadchodzącą osobę.

- Pani Teresa? - mówię sama do siebie. Rozmawiałam o niej z agentką nieruchomości, pokazała mi nawet jej zdjęcie.

Dałabym wszystko, żeby wiedzieć, o czym mówią.

Patrzę na dwie kobiety i już wiem, że młodsza na sto procent nie lubi tej starszej. Nie słyszę ani słowa, ale jej zachowanie o tym świadczy.

Ewidentnie nie pozwala synowi podejść do zbliżającej się sąsiadki, mimo że ten wykonał w jej stronę mały krok.

Zamiast tego chwyta go za ramię i ciągnie do samochodu. Wsiadają i w pośpiechu odjeżdżają.

- Ciekawe - szepczę do Coco. - Nawet w raju czasami dzieje się coś niepokojącego.

ROZDZIAŁ 2

Kładę się na macie do jogi ozdobionej fikuśnymi mazami. Kupiłam ją dwa lata temu z zamiarem regularnego chodzenia na zajęcia. Moja przyjaciółka Gabi stwierdziła, że mając coś ładnego, będę bardziej zmotywowana do ćwiczeń. Nie wiem, skąd ona zna takie chwyty, ale na mnie to nie zadziałało.

Na zajęcia nie poszłam ani razu, a matę wykorzystuję jedynie do rozciągania, które zalecił mi fizjoterapeuta. Od kiedy się przeniosłam i nie uczęszczam regularnie na masaże, które przypominają średniowieczne tortury, tylko w taki sposób jestem w stanie chociaż trochę powalczyć z atakującymi mnie bólami napięciowymi.

Kładę się na plecach wyposażona w pasek do jogi i zamykam oczy, analizując, co się dzisiaj działo.

Dzień zaczął się dobrze. W końcu się wyspałam. Materac jeszcze leży na podłodze, ponieważ złożenie stelaża okazało się nad wyraz kłopotliwe. Instrukcja jest niezrozumiała i mam wrażenie, że niektóre elementy do siebie nie pasują. Walczyłam z jednym z nich dobre dwie godziny, próbując dopasować różne śruby oraz układając części w kolejnych kombinacjach, i nic. Albo ja jestem głupia, albo ktoś ulotkę dołączoną do pudełka przygotował zupełnie bez pomyślunku i wiedzy, jak z zawartości tego opakowania stworzyć całość.

W końcu porzuciłam to zadanie na rzecz kuchni. Część kartonów cały czas stoi nierozpakowana na podłodze. Muszą poczekać na lepsze czasy.

Obudziłam się pół godziny przed dzwonkiem, ponieważ gdzieś w okolicy jeździł radiowóz na sygnale, a otwarte okno spowodowało, że miałam wrażenie, iż pojazd jest w mojej sypialni. Mimo tak wczesnej pobudki w końcu czułam się wypoczęta.

Ubrałam się, włożyłam soczewki, do których cały czas nie mogę się przyzwyczaić, i delikatnie pomalowałam, a następnie poszłam do szkoły. Do rozpoczęcia zajęć zostały trzy dni. Wiem, że powinnam przyjechać wcześniej, ale pani dyrektor się zgodziła, abym dotarła z małym opóźnieniem. Zawsze mnie śmieszy, że wszyscy myślą, iż my, nauczyciele, mamy wolne do końca sierpnia. Gdy parę razy opowiadałam znajomym czy rodzinie, że przed pierwszym dzwonkiem jest sporo pracy, patrzyli na mnie ze zdziwieniem w oczach. A przecież trzeba ustalić plan, przypisać wychowawstwa, jeżeli coś się zmienia, przejrzeć podstawy programowe i wyłapać nowe rzeczy. Wbrew pozorom jest tego całkiem sporo.

Stresowało mnie, że zacznę ten proces z opóźnieniem. Jako nowa nie chciałam stwarzać problemów. Pięć lat wcześniej w poprzedniej placówce wszyscy przywitali mnie z uśmiechem na twarzy. Każdy chciał mnie poznać. Każdy podszedł i się przedstawił.

Teraz było inaczej.

Już sama szkoła nie wyglądała najlepiej. Wiem, że nie powinnam po tym oceniać placówki, ale praca w ładnym miejscu poprawia humor. Weszłam po szerokich schodach, które w wielu miejscach były wykruszone. Popchnęłam drzwi. Niestety ani drgnęły. Mocniej nacisnęłam na klamkę i wciąż nic.

Zerknęłam na zegarek i momentalnie poczułam krople potu na plecach.

Za dziesięć dziesiąta. Spotkanie miało się odbyć o pełnej godzinie. Od razu pomyślałam, że pomyliłam terminy, co mi się już zdarzyło. Odpaliłam w telefonie aplikację z pocztą i odszukałam maila od pani dyrektor. Na szczęście wszystko się zgadzało. Ale ponieważ od małego nie lubię się spóźniać, serce zaczęło mi bić jak szalone. Poza tym wiedziałam, że jako nowa, wchodząc po czasie, na sto procent przyciągnę wszystkie spojrzenia, a tego nie cierpię.

Drżącą ręką wybrałam numer dyrektorki.

- Tak? - usłyszałam głos kobiety, z którą rozmawiałam już trzykrotnie.

- Dzień dobry, z tej strony Maria Kaczmarek, chciałam się dowiedzieć, jak mam się dostać do szkoły. Drzwi frontowe są zamknięte.

- Ojej, przepraszam. - W jej tonie wybrzmiało wyraźne zakłopotanie. - Drzwi z przodu zamykamy, żeby uczniowie się nie pałętali. Musi pani obejść budynek od prawej strony. Tam jest furtka. Proszę przejść wzdłuż ściany, na lewo będą drzwi do budynku, te są otwarte.

Rozłączyłam się i ruszyłam.

Weszłam do środka, starając się nie przewrócić. Nie wiem, po co włożyłam buty na obcasie. Nie chodzę w takich na co dzień, jednak dziś wymyśliłam, że będą dobrym rozwiązaniem. Pożałowałam. Obtarły mnie nie tylko na prawej pięcie, ale i na palcach. Zwolniłam, żeby iść w miarę naturalnie, chociaż marzyłam już o jednym - zdjęciu ich.

Skupiłam się na otoczeniu.

Szkoła bez uczniów to dziwne miejsce.

Odgłos stukających obcasów niósł się po korytarzu. W trakcie roku szkolnego bym go nie wyłapała, chyba że w czasie trwania lekcji. Jak w każdej placówce zapewne i tutaj na przerwach panuje niezły jazgot. Czasami tyle decybeli wali po uszach, że człowiek zapytany z zaskoczenia mógłby mieć problem z odpowiedzią na podstawowe pytania.

Na ścianach wisiały zdjęcia. Stanęłam przed jednym przedstawiającym młodą kobietę. Alicję Wierzbowską. Urodzoną w 1895 roku w niewielkiej wsi nieopodal. Bohaterkę, która uratowała dzieci z płonącego domu.

Ruszyłam dalej. Kolejne zdjęcia, kolejne opisy.

Szłam powoli w stronę źródła jedynego dźwięku w budynku.

Wreszcie dotarłam do drzwi z tabliczką "Pokój nauczycielski". Miejsce, którego jako dziecko bałam się przeraźliwie, zresztą chyba jak większość uczniów. Dobrze pamiętam moment, gdy musiałam tam wejść, by poprosić jednego z belfrów o klucze do sali gimnastycznej, gdzie przygotowywaliśmy występ na zakończenie roku. Spociłam się, jakby panował upał, choć byliśmy w przededniu świąt Bożego Narodzenia, a kiedy w końcu odezwałam się do mężczyzny, jąkałam się jak nie ja.

Mimo że upłynęło wiele lat i sytuacja była zgoła inna, i tak czułam strach. W końcu nacisnęłam klamkę i weszłam do środka.

Stanęłam przed grupą nieznanych mi ludzi, a oni wszyscy jak na komendę skierowali wzrok w moją stronę. Nie wiem, dlaczego wcześniej naiwnie wierzyłam, że ten moment rodem z koszmaru mnie ominie.

Nigdy nie lubiłam być w centrum uwagi.

W tamtej chwili kilkanaście osób koncentrowało spojrzenia właśnie na mnie.

Po plecach zaczął mi spływać pot, ręce drżały jeszcze bardziej.

- Dzień dobry - wydukałam i wyszczerzyłam się nienaturalnie.

- Dzień dobry - rozbrzmiał znajomy głos i już w następnej sekundzie dyrektorka zjawiła się przy moim boku.

Nie widziałam jej na żywo, ale obejrzałam zdjęcia w sieci.

- To pani Maria, będzie prowadzić zajęcia z języka angielskiego w klasach cztery-osiem - przedstawiła mnie. - Przywitajcie ją miło.

W tym momencie każdy z zebranych wstał i ruszył w moją stronę.

Najpierw podeszła niska brunetka, która mogła być niewiele starsza ode mnie.

- Cześć, jestem Weronika Zgorzelska, nauczanie wczesnoszkolne. Jakbyś czegoś potrzebowała, nie krępuj się.

- Dziękuję. - Kiwnęłam głową.

Dziesięć minut później najgorsze miałam za sobą, chociaż żadne z nazwisk nie zostało mi w pamięci. Po trzech godzinach siedzenia na niewygodnym krześle wróciłam do domu z postanowieniem porozciągania się i rozpakowania dwóch kartonów. Może dałabym radę więcej, ale jeśli za szybko to ogarnę, to co będę robić później?

ROZDZIAŁ 3

Wchodzę do domu. Mam ubrudzone całe spodnie. Jeden z uczniów wylał zawartość kubka, którego używał do czyszczenia pędzelka, na mój nowy zestaw ubrań. Wściekłam się, ale nie mogłam nic powiedzieć. Wypadki się zdarzają, chociaż miałam wrażenie, że zrobił to specjalnie. Później przepraszał, jednak cały czas po jego twarzy błąkał się nieszczery uśmiech, widziałam też dziwny błysk w oczach. Niczym u tego małego chłopca w Omenie. Jako nastolatka obejrzałam ten film i nie potrafiłam zasnąć bez zapalonego światła. Mój brat cały czas mi to wytyka.

Idę do łazienki i ściągam rzeczy, po czym wkładam je do pralki. Wsypuję proszek i odpalam urządzenie. Maszyna wydaje nieprzyjemny dźwięk i bęben rusza. Wracam do salonu, gdzie na kanapie wiszą spodnie dresowe. Wciągam je na siebie i się rozglądam. Dzisiaj ponownie mam w planie opróżnić dwa kartony. Otwieram ten stojący najbliżej, z książkami.

Nie zabrałam całej swojej kolekcji. Przez ostatnie lata uzbierałam prawie tysiąc tytułów. Kryminałów, romansów, książek historycznych i poradników. Niestety w wybranym przeze mnie mieszkaniu są raptem dwie ściany, gdzie mogę postawić regały. Na razie mam jeden. Może gdy się odbiję finansowo, kupię kolejny i wtedy ściągnę pudła, w których schowałam swoje skarby, a następnie wrzuciłam do piwnicy u mamy. Dobrze, że znalazła miejsce, inaczej musiałabym je oddać do antykwariatu lub biblioteki, chociaż od koleżanki się dowiedziałam, że tam wcale tak chętnie nie przyjmują wszystkich podarków od czytelników.

Wyposażona w nożyczki podchodzę do kartonu i go otwieram.

Zabrałam ze sobą moje ukochane powieści oraz pozycje, które przydadzą mi się do prowadzenia zajęć. Repetytoria, arkusze egzaminacyjne, publikacje z zakresu pedagogiki.

Zaczynam ustawiać książki od górnego poziomu. Mebel ma półtora metra szerokości i cztery półki, ale i tak szybko wypełniam całą przestrzeń. Nie wiem, jak to policzyłam, bo wyszło mi, że zmieszczę zawartość czterech kartonów. Teraz mam wrażenie, że nawet dwóch nie upchnę.

Nigdy nie błyszczałam na matematyce i czuję, że znowu poniosłam klęskę. Niby nic wielkiego, a momentalnie mi się wszystkiego odechciewa.

Siadam zrezygnowana na podłodze.

Nie tak to miało wyglądać.

Pierwszy dzień w szkole był okropny.

O ósmej rozdzwonił się dzwonek. Wpuściłam dzieci z piątej klasy do sali. Chwilę trwało zajmowanie przez nie miejsc. Mam świadomość, że powrót po wakacjach jest ciężki. Sama walczyłam ze sobą, aby zwlec się z łóżka. Wiem, że każdy potrzebuje czasu na wyciszenie, więc podchodziłam do tego ze zrozumieniem, ale nikt mnie nie słuchał. Stanęłam na środku pomieszczenia i się przedstawiłam. Opowiedziałam kilka zdań o sobie, po czym mechanicznym głosem opisałam, jak będą wyglądały zajęcia.

Poza jedną dziewczynką siedzącą w pierwszej ławce żaden inny uczeń nie zareagował.

Miałam ochotę zacząć krzyczeć lub rzucać krzesłami.

W końcu nie wytrzymałam i zrezygnowana usiadłam przy biurku. Przez kilka minut patrzyłam na nich, zastanawiając się, co zrobić. Wreszcie wstałam i zaczęłam wypisywać słówka, które czasami można pomylić z tymi brzydkimi.

Sheet i shit.

Beach i bitch.

Już przy drugim zestawie chłopcy z tylnej ławki momentalnie zamarli, a po chwili siedzieli wyprostowani i z lekko rozchylonymi buziami.

Moment później zaczęłam lekcję od nauki słówek, których lepiej, żeby nigdy nie używali, ale byłabym naiwna, gdybym w to wierzyła.

Do końca zajęć siedzieli grzecznie w ławkach.

Na kolejnej lekcji okazało się, że w klasie czwartej tylko dwie osoby potrafią się przedstawić. Reszta patrzyła na mnie, jakbym pomalowała twarz na zielono i mówiła od tyłu.

Zero zrozumienia, zero połączeń w mózgu, które dałyby jakiś pozytywny efekt.

Wreszcie jedna rezolutna dziewczynka zdradziła mi, że pani ucząca ich w klasach jeden-trzy pozwalała na lekcjach malować lub w coś grać. Przynosili UNO, Monopol lub sami tworzyli swoje zabawy. Bardzo im się te zajęcia podobały i je chwalili, zupełnie ignorując fakt, że ich celem było coś innego niż miłe spędzanie czasu.

Nie skomentowałam tego. Wymusiłam uśmiech i zmieniłam plan. Bez sensu trzymać się tego, co sobie rozpisałam, jeżeli dzieci nie znają podstaw. No i na koniec ten wypadek. Chłopiec siedzący w ostatnim rzędzie, czyli tam, gdzie zazwyczaj miejsca zajmują ci najbardziej rozbrykani, przy wychodzeniu z sali niby się potknął, przez co zawartość kubka, który trzymał w ręku, poleciała na mnie. Przepraszał, kajał się, ale roześmiane twarze stojących obok kolegów zasiały ziarno niepewności co do jego intencji.

A teraz dobiły mnie książki.

Jak ja mam je tu upchnąć? Dlaczego tak przyziemna czynność mnie przytłacza?

Nigdy nie byłam dobra w takich rzeczach. Mój ojciec by to policzył pewnie w trzy sekundy i zabrał tyle tytułów, ile faktycznie zdołałby ułożyć na regale. A ja jak zwykle tego nie ogarnęłam i teraz się modlę, aby jakimś cudem na półkę weszło więcej pozycji z mojej kolekcji, niż to fizycznie możliwe.

Wstaję z podłogi i wyciągam całą zawartość pudła na stół kuchenny. Muszę jeszcze raz przejrzeć książki i zdecydować, co stanie na regale. Nie wiem tylko, co zrobię z resztą.

Mam wrażenie, że przerasta mnie wszystko, czegokolwiek się dotknę.

Łzy napływają mi do oczu, a z tyłu głowy zaczyna się tlić napięcie.

Chyba muszę się położyć. Może sen przyniesie ulgę. Ruszam w stronę sypialni, gdy słyszę dźwięk telefonu. Zerkam na niego, rozważając, co zrobić. Jak zawsze moja decyzyjność jest żadna. Zabieram go z blatu kuchennego i siadam na kanapie. Nie znam numeru dzwoniącego, a system, który sobie ściągnęłam, aby informował o spamie, milczy.

Naciskam zieloną słuchawkę i od razu włączam tryb głośnomówiący. Gdy jestem w domu, nie lubię siedzieć z aparatem przyklejonym do twarzy. Czuję się z tym niekomfortowo.

- Tak?

- Cześć. - Jedno słowo wystarcza, abym cała się napięła niczym cięciwa sekundę przed wystrzałem. Dobrze wiem, kto jest po drugiej stronie, i jeszcze lepiej wiem, że nie chcę z nim rozmawiać.

Milczę.

Powinnam nacisnąć czerwony guzik, ale się waham.

Zawsze brakuje mi zdecydowania w działaniu, co podobno powoduje, że sprowadzam na siebie problemy.

- Musimy pogadać.

Kiedyś uwielbiałam jego głos. Raz nawet poprosiłam, żeby przeczytał mi fragment książki. Nagrałam to i gdy wpadałam w melancholijny nastrój, puszczałam sobie. Teraz mam wrażenie, że każda głoska wypadająca z jego ust fizycznie mnie rani. Pali skórę.

- Tęsknię za tobą.

- A ja za tobą nie - wypluwam z siebie, licząc, że brzmię beznamiętnie, mimo że w środku dygoczę, jakbym stała nago na mrozie.

- Muszę ci tyle wyjaśnić.

- Niczego nie musisz mi wyjaśniać. Przespałeś się z moją koleżanką.

- Ale ja nie chciałem.

Śmieję się w głos. Słyszałam już to jego durne tłumaczenie, nadal brzmi irracjonalnie.

- Jestem zmęczona i nie zniosę twoich bzdurnych wynurzeń. Zresztą teraz to i tak nie ma żadnego znaczenia. Mieszkam daleko...

- A gdzie? - przerywa mi w pół zdania. Jak zawsze czujny niczym owsik.

- Nie powiem ci.

- Błagam cię, Mery. Musisz mi dać szansę. Tyle dla ciebie poświęciłem.

- Tyle? To znaczy ile? - Na mojej twarzy pojawia się szyderczy uśmiech. Jeszcze kilka miesięcy temu marzyłam o życiu u jego boku. Może i o ślubie, a kiedyś o dzieciach.

- Zmieniłem pracę, przestałem się spotykać z kumplami.

- To wyjdzie ci na dobre. Oni są toksyczni.

- Tak, wiem, ale... - Milknie.

Oczami wyobraźni widzę, jak skubie skórki wokół paznokci. Od samego początku naszej relacji zwracałam mu na to uwagę. Dotyk jego dłoni na moim ciele czasami nie sprawiał mi przyjemności. Czułam, jakby ktoś przesuwał mi po skórze ostrym narzędziem lub papierem ściernym.

- Nie ma "ale". Nie ma nas. - Podchodzę do okna i, jak ostatnio weszło mi w nawyk, siadam na parapecie.

- To chociaż prześlę ci twoje rzeczy.

Zaciskam wargi. Tu mnie ma. Zostawiłam w jego mieszkaniu sporo wartościowych dla mnie przedmiotów. Obraz, który dostałam od taty. Bransoletkę po babci. Kilka książek. Chciałabym je odzyskać, ale brak mi pomysłu, jak to zrobić bez podawania mu adresu. Patowa sytuacja.

- Wyślij do mojej mamy. - Wpadam nagle na rozwiązanie, które nie jest problematyczne, a wcześniej go nie dostrzegałam.

Moja mama go nie znosi. Od samego początku czuła jego złą energię, lecz ja to zignorowałam.

- Ale ja chcę, żeby to trafiło do ciebie.

- Trafi. Nie martw się.

- Przyjeżdżasz niedługo?

- Nie wiem - odpowiadam zgodnie z prawdą.

Powinnam znaleźć w kalendarzu ten moment, gdy odwiedzę rodziców, jednak jakoś się boję. Boję się, jak zareaguję na tamto miejsce. Na miejsce, gdzie stało się najgorsze z możliwych.

- Proszę, daj mi szansę. Nie musiałaś przede mną uciekać na drugi koniec Polski. Wszystko ci wyjaśnię...

Nie daję mu szansy. Rozłączam się.

Nie chcę słuchać bzdur, że Kinga go uwiodła.

Że wykorzystała moją chorobę i przyszła na urodziny wspólnego kolegi, świadoma, że ja się tam nie zjawię.

Że go spiła i się do niego wprosiła. Wszystko było jej winą, on został perfidnie wykorzystany. Taka narracja po pierwszym szoku zaczęła mnie bawić. Tłumaczył się jak małe dziecko, które zupełnie nie rozumie, że to ono popełniło błąd.

Prawdą jest, że strasznie się pochorowałam i przez chwilę mieszkałam u mamy. Krzysiek nie mógł mnie wspomóc. Całymi dniami siedział w pracy, co akurat popierałam, ale potrzebowałam, aby ktoś się mną zajął.

Prawdą jest, że kiedy poczułam się minimalnie lepiej, a mama poszła na zakupy, podjechałam do niego po segregator z pracami dzieci. Obiecałam, że je sprawdzę, a brat podrzuci do szkoły.

Prawdą jest, że gdy weszłam, zastałam ich nagich w łóżku.

Naszym łóżku, które wspólnie wybraliśmy.

Na szczęście spali, inaczej doszłoby do niezłej awantury.

Zrobiłam kilka zdjęć, żeby później nikt mi nie wmówił, że coś zmyśliłam. Że to gorączka mnie zamroczyła i podsunęła dziwne obrazy.

Miałam wszystko czarno na białym.

Wychodząc, zgarnęłam butelkę wina, której nie dali rady opróżnić, wlałam jej zawartość do torebki Kingi i wyszłam, trzasnąwszy drzwiami, po czym wybiegłam na zewnątrz.

Wiem, że mnie widział, bo gdy zapłakana wsiadałam do samochodu, prosząc brata, żeby już jechał, stał w oknie. Oczywiście brat chciał do niego pójść, zrobić mu krzywdę, ale ubłagałam go, żeby odpuścił.

Krzysiek próbował mnie przepraszać. Obiecywał zmianę, ja jednak wiedziałam, że to bez sensu i nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Nie wierzyłam w jego przemianę. Poza tym nie byłam w stanie wybaczyć zdrady i ponownie zaufać.

Jedyny plus tego wszystkiego jest taki, że mogę bezkarnie zwalać na niego winę.

Mówić, że to przez niego wyjechałam.

Lecz tylko ja wiem, że prawda jest zupełnie inna, i cieszę się, że nikt jej nie zna.

zapraszamy do zakupu pełnej wersji.