Luta Karabina (tom 3). Ostatni taniec - Przemysław Piotrowski

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Kwaśna woń odcho­dów nie­to­pe­rzy mie­szała się z kre­do­wym zapa­chem tufo­wych skał.

Star­szy męż­czy­zna popra­wił czo­łówkę i przyj­rzał się malun­kom naskal­nym. Przy­po­mi­nały dzi­siej­sze pik­to­gramy i przed­sta­wiały uzbro­jo­nych wojow­ni­ków, wzno­szą­cych dło­nie ku niebu kapła­nów i polo­wa­nia na dzi­kie zwie­rzęta. Obok znaj­do­wało się kil­ka­na­ście par odbi­tych dłoni.

-?Popatrz -?szep­nął, aby nie zbu­dzić wiszą­cych im nad gło­wami nie­to­pe­rzy. -?Te malunki mają przy­naj­mniej osiem tysięcy lat, a to ozna­cza, że mia­sto jest co naj­mniej rów­nie stare. Pocho­dzą jesz­cze sprzed cza­sów, w któ­rych na tych tere­nach rzą­dzili Hetyci. Daj rękę, pro­szę.

Młoda dziew­czyna wycią­gnęła dłoń. Star­szy męż­czy­zna chwy­cił ją i pokie­ro­wał na ścianę. Chwilę póź­niej poczuła na skó­rze chłód skały.

-?Widzisz -?kon­ty­nu­ował męż­czy­zna. Jego ton zdra­dzał, że jest zna­le­zi­skiem pod­eks­cy­to­wany. -?Ta dłoń praw­do­po­dob­nie nale­żała do dziew­czyny takiej jak ty. Jej wła­ści­cielka mogła mieć nie wię­cej niż kil­ka­na­ście lat. Jak myślisz, z kim wtedy była? O czym mogła myśleć?

-?Nie mam poję­cia, dziadku -?odparła dziew­czyna zgod­nie z prawdą.

-?Spró­buj to sobie wyobra­zić. Posłu­gi­wa­nie się wyobraź­nią to jedna z naj­cen­niej­szych umie­jęt­no­ści, jaką posiadł czło­wiek. To wła­śnie ona odróż­nia nas od zwie­rząt. Potra­fimy two­rzyć w gło­wie obrazy, któ­rych nie ma, dzięki czemu możemy cofać się w cza­sie. Albo wyprze­dzać przy­szłość.

-?Jak to wyprze­dzać przy­szłość?

-?Pla­no­wać, two­rzyć i kre­ować rze­czy­wi­stość. To dzięki wyobraźni potra­fimy opu­ścić swoje ciało i prze­nieść się w miej­sce, w któ­rym ni­gdy wcze­śniej nie byli­śmy. Wejść w skórę innych ludzi, współ­od­czu­wać ich radość, smu­tek, ból czy tęsk­notę. Dzięki wyobraźni nosimy w sobie empa­tię wobec bliź­niego.

-?Albo wobec zwie­rzę­cia.

-?Otóż to. -?Męż­czy­zna posłał dziew­czynce ser­deczny uśmiech. -?A teraz zamknij oczy. Duchy przed­wiecz­nych wciąż tu są. Wsłu­chaj się w ich głosy i spró­buj wyobra­zić sobie tę scenę.

Dziew­czyna doci­snęła dłoń do ściany. Nakryła pal­cami ślady po nie­gdy­siej­szej miesz­kance sta­rego mia­sta i zamknęła powieki. Uspo­ko­iła oddech, wsłu­chu­jąc się w odgłosy z prze­szło­ści. Przez dłuż­szą chwilę nic się nie działo, ale nagle jej zmy­sły jakby się wyostrzyły. Dźwięki i zapa­chy stały się bar­dziej inten­sywne. Kapa­nie wody, szmer prze­my­ka­ją­cej w kałuży sala­man­dry, sze­lest odnóży masze­ru­ją­cego po ścia­nie sta­wo­noga, deli­katny ruch chwie­ją­cego się nie­to­pe­rza. Odnio­sła wra­że­nie, że noz­drza wypeł­nił zapach pie­czo­nej bara­niny, a z głębi nie­koń­czą­cych się tuneli sączy się jakaś melo­dia. Przy­po­mi­nała koły­sankę, którą śpie­wał jej ojciec. Gdy jesz­cze żył...

Wzdry­gnęła się i gwał­tow­nie skie­ro­wała świa­tło czo­łówki w jeden z wąskich kory­ta­rzy. Dostrze­gła jakiś ruch za jed­nym ze skal­nych zało­mów.

-?Boję się, dziadku -?powie­działa.

-?Czego?

-?Nie wiem. Tu jest strasz­nie. -?Zła­pała go za rękę. -?Daleko jesz­cze do tego skarbu?

-?Już nie­da­leko, kochana. -?Męż­czy­zna prze­krę­cił czo­łówkę, aby nie ośle­pić wnuczki, a następ­nie popra­wił jej wysta­jące spod kasku kosmyki. -?Jesteś bar­dzo dzielna i rów­nie mądra. Nie każdy potrafi otwar­cie przy­znać się do tego, że odczuwa strach, a to jeden z naj­waż­niej­szych ludz­kich instynk­tów. Gdy­by­śmy się nie bali, nie byli­by­śmy w sta­nie dostrzec nad­cią­ga­ją­cego nie­bez­pie­czeń­stwa. -?Uśmiech­nął się i chwy­cił ją za dło­nie. -?Strach ni­gdy nato­miast nie powi­nien tobą rzą­dzić. Musisz nauczyć się nad nim pano­wać. Oswoić go. W końcu ujarz­mić. Wtedy zawsze będziesz wie­działa, jak reago­wać. Nawet gdy sytu­acja będzie wyda­wać się bez­na­dziejna.

-?Teraz chyba nie jest taka bez­na­dziejna...

-?Nie, teraz nie. -?Męż­czy­zna uśmiech­nął się ser­decz­nie. -?Chodźmy więc do tego skarbu. Strzeże go wielki jasz­czur o dwóch gło­wach i zębi­skach tak ostrych, że potrafi prze­gryźć sta­lag­mity.

-?W to już, dziadku, to nie uwie­rzę. -?Dziew­czynka prych­nęła.

-?I tak wła­śnie oswaja się strach, kochana. Jesz­cze chwilę temu pew­nie wzię­ła­byś nogi za pas, mam rację?

-?Wcale nie.

-?Na pewno? -?Męż­czy­zna teatral­nie uniósł lewą brew.

-?Na pewno. Takie stwory to tylko w baj­kach są.

-?No to pro­wadź, sko­roś taka odważna. Kory­tarz do skarbu to ten za zakrę­tem. Ten, gdzie jest naj­wię­cej nie­to­pe­rzy wam­pi­rów.

Dziew­czynka się zawa­hała, a męż­czy­zna spo­strzegł, że na jej przed­ra­mio­nach poja­wiła się gęsia skórka. Po chwili jed­nak zadarła brodę wyżej.

-?Tu nie ma nie­to­pe­rzy wam­pi­rów -?odparła po chwili namy­słu. - Nie­to­pe­rze wam­piry wystę­pują w Ame­ryce Środ­ko­wej i Połu­dnio­wej.

-?A nie w pod­ziem­nych mia­stach Azji Mniej­szej?

-?Nie.

-?Jesteś tego abso­lut­nie pewna?

Chwila zawa­ha­nia pozwo­liła, aby echo ich słów popeł­zło w trze­wia góry.

-?Czy­ta­li­śmy o nich cał­kiem nie­dawno -?pod­jęła po namy­śle dziew­czynka. - Jestem pewna i mnie nie nastra­szysz.

Męż­czy­zna znów się uśmiech­nął.

-?Zga­dza się. Tu nie ma nie­to­pe­rzy wam­pi­rów. I dla­tego nauka jest tak istotna. Mądrego czło­wieka trud­niej oma­mić, oszu­kać i nastra­szyć. Pamię­taj o tym, kocha­nie. Tre­ningi to jedno, ale wie­dza jest rów­nie ważna jak umie­jęt­no­ści manu­alne i siła mię­śni.

-?Idziemy do tego skarbu?

-?Idziemy, idziemy. Pew­nie już tro­chę przy­nu­dzam, co?

-?Nie, dziadku. Ty ni­gdy nie przy­nu­dzasz. Ale bar­dzo jestem cie­kawa, czy ten skarb naprawdę ist­nieje.

-?Cie­ka­wość to pierw­szy sto­pień do pie­kła.

-?No to chodźmy już do tego pie­kła. Może tro­chę ogrzeję się w ogniu.

-?Oj, Lutka, Lutka.

-?Nie ojo­juj, dziadku, tylko chodź.

Luto­sława Kara­bina pod­nio­sła się z kucek, popra­wiła włosy i czo­łówkę na kasku. Odchrząk­nęła i hardo ruszyła w kie­runku wska­za­nym przez dziadka. Pomy­ślała, że faj­nie byłoby mieć swoje pie­kło, bo mogłaby wysy­łać tam wszyst­kich, któ­rzy tak upo­rczy­wie gnę­bią ją w szkole. Ta myśl towa­rzy­szyła jej jesz­cze długo, a gdy w końcu ujrzała skarb, zro­zu­miała, co dzia­dek chciał jej prze­ka­zać.

Pie­kło nie było tylko nic nie­zna­czą­cym sło­wem. Pie­kło ist­niało. Podob­nie jak zamiesz­ku­jące je demony. Dzia­dek robił zaś wszystko, aby -?jeśli w przy­szło­ści los nie będzie dla niej łaskawy -?mogła sta­nąć przed nimi z otwartą przy­łbicą. Bez lęku i bez stra­chu. Na wła­snych warun­kach.

Rozdział 1

Woda była przej­rzy­sta i przy­jem­nie chłodna. Ona -?roz­grzana niczym w gorączce.

Pięć­dzie­siąt base­nów. Dwa i pół kilo­me­tra. W trzy­dzie­ści minut.

Luta dotknęła pal­cami ściany, chwy­ciła się rantu obiema dłońmi. Wzięła kilka głę­bo­kich wde­chów. Czuła, że jej ciało pło­nie. Zakwa­szone mię­śnie pie­kły, jakby ktoś przy­pa­lał je żywym ogniem. Zer­k­nęła na zega­rek. Dwa­dzie­ścia dzie­więć minut, czter­dzie­ści sie­dem sekund i trzy­dzie­ści dwie setne. Do życiówki tro­chę bra­ko­wało, bo w szczy­cie formy zbli­żała się do zła­ma­nia bariery dwu­dzie­stu dzie­wię­ciu minut, ale i tak była z sie­bie zado­wo­lona. Może gdyby pod­krę­ciła tempo tro­chę wcze­śniej, toby się udało?

Usta­wiła sto­per na kolejne sześć­dzie­siąt sekund. Ni­gdy nie dawała sobie wię­cej na odpo­czy­nek. Minuta pod ostrza­łem wroga to i tak było za dużo, ale taka prze­rwa czę­sto oka­zy­wała się po pro­stu nie­zbędna. Pozwa­lała ciału ode­tchnąć i sku­mu­lo­wać resztki sił. Ocena ryzyka pozo­sta­wała w gestii każ­dego żoł­nie­rza.

Uspo­ko­iła oddech, wyko­rzy­stała prze­ponę. Wcią­gała powie­trze przez nos i wypusz­czała ustami. Powoli, mia­rowo, wyci­sza­jąc roz­bu­chany orga­nizm. Sta­rała się nie myśleć o tym, co ją czeka. Pra­gnęła oczy­ścić umysł, uspo­koić sko­ła­tane nerwy, sku­pić się na sobie. Obu­dzić drze­miący poten­cjał.

Gdy sto­per zasy­gna­li­zo­wał, że czas dobiegł końca, wzięła kilka głę­bo­kich wde­chów, po czym odwró­ciła się, zanu­rzyła głowę i odbiła się nogami od ściany. Ostatni basen zawsze poko­ny­wała pod wodą na długu tle­no­wym. Tylko tak mogła zbli­żyć się do warun­ków, które corocz­nie musiał speł­nić każdy żoł­nierz Jed­nostki Woj­sko­wej Koman­do­sów. Poko­na­nie pięć­dzie­się­ciu metrów na bez­de­chu, z bro­nią i w peł­nym umun­du­ro­wa­niu było jed­nym z warun­ków umoż­li­wia­ją­cych dal­szą służbę. W Lublińcu mogli szko­lić się tylko naj­lepsi z naj­lep­szych. Płeć nie sta­no­wiła żad­nej taryfy ulgo­wej.

Kiedy dotknęła pal­cami prze­ciw­le­głej ściany basenu, wynu­rzyła się i zaczerp­nęła głę­boki haust powie­trza. Wtedy zdała sobie sprawę, że tuż nad nią wyrósł jakiś cień. Ścią­gnęła oku­larki i zer­k­nęła na dwie stopy przy słupku star­to­wym. Z tej pespek­tywy wyda­wały się nie­na­tu­ral­nie wiel­kie, podob­nie jak bli­zna na łydce, nieco powy­żej kostki.

Odła­mek. Pamię­tała. Sama szyła tę ranę.

Wes­tchnęła, zagry­zła zęby i poli­czyła do dzie­się­ciu. Musiała trzy­mać emo­cje na wodzy. Zdu­sić je, aby nie osza­leć. Zamknęła powieki.

-?Zda­jesz sobie sprawę, jak bar­dzo kusi mnie, aby cię... -?urwała i zamil­kła. Nie mogła tak zaczy­nać roboty.

-?Wła­śnie dla­tego przy­sze­dłem tutaj -?odparł męski głos. -?Poza tym chcę poga­dać, a to jedyne miej­sce, gdzie masz gwa­ran­cję, że nikt nas nie pod­słu­cha. -?Męż­czy­zna nachy­lił się i wycią­gnął dłoń.

-?Zabie­raj tę łapę -?wark­nęła, po czym pod­cią­gnęła się i wyszła z wody. Ledwo się powstrzy­mała, aby nie wyko­rzy­stać oka­zji. Oczami wyobraźni widziała, jak chwyta przed­ra­mię, obala prze­ciw­nika, a następ­nie wyciąga bala­chę. W uszach nie­mal usły­szała trzask roz­ry­wa­nych ścię­gien, wię­za­deł i torebki w sta­wie łok­cio­wym. Wypro­sto­wała się i spoj­rzała w oczy wroga. -?Może nie dziś i nie tutaj, ale obie­cuję ci, że kie­dyś cię zabiję - powie­działa.

-?Nie mia­łem wyj­ścia -?odparł. -?I dobrze o tym wiesz...

-?Zamknij się, zanim zmie­nię zda­nie i udu­szę cię tu i teraz.

-?To bez sensu.

-?Zamknij ryj!

Luta odpro­wa­dziła spoj­rze­niem mło­dego ojca z kil­ku­let­nim synem. Minęli ich aku­rat w momen­cie, gdy się unio­sła. Znie­sma­czony odwró­cił wzrok, ale kątem oka dostrze­gła, że chwilę póź­niej zer­k­nął na nią raz jesz­cze. Pomy­ślała, że za wszelką cenę musi stłam­sić tra­wiący ją gniew. Ostat­nim, czego potrze­bo­wała, była inter­wen­cja ratow­nika albo jakaś pyskówka z nie­zna­jo­mym. Nie mogła zwra­cać na sie­bie uwagi.

-?Jacuzzi -?rzu­ciła i chwy­ciw­szy leżący pod ścianą ręcz­nik, ruszyła przed sie­bie. Nie oglą­dała się przez ramię. Widok jego zdra­dziec­kiej mordy przy­pra­wiał ją o tor­sje.

Kil­ka­na­ście sekund póź­niej zanu­rzyła się po szyję w nie­wiel­kim base­nie z bul­go­czącą wodą. Odcze­kała, aż męż­czy­zna w cia­snych slip­kach do niej dołą­czy. W mię­dzy­cza­sie zlu­stro­wała oko­licę. Na base­nie nie odno­to­wała żad­nej podej­rza­nej aktyw­no­ści. Za prze­szkloną ścianą znaj­du­ją­cej się na pię­trze restau­ra­cji też nic nie wzbu­dziło jej podej­rzeń. Nie­chęt­nie musiała przy­znać, że to rze­czy­wi­ście było naj­lep­sze miej­sce, aby się roz­mó­wić. O tak wcze­snej porze obiekt nie był zatło­czony, a warunki pozwa­lały mieć pew­ność, że inter­lo­ku­tor nie ukrył plu­skwy albo pod­słu­chu. Do tej pory nie wymy­ślono sprzętu, który dzia­łałby pod wodą.

-?Zanurz głowę i pozo­stań minutę pod powierzch­nią -?pole­ciła. Wolała nie ryzy­ko­wać, że wci­snął sobie w ucho jakiś super­no­wo­cze­sny sprzęt, o któ­rym nie miała poję­cia, że ist­nieje.

Męż­czy­zna wyko­nał pole­ce­nie. Wyko­rzy­stu­jąc moment, raz jesz­cze omio­tła spoj­rze­niem basen. Z dwu­na­stu osób, które zna­la­zły się w zasięgu jej wzroku, tylko jeden męż­czy­zna aspi­ro­wał do kogoś z obser­wa­cji. Po czter­dzie­stce, nie­źle zbu­do­wany, z cha­rak­te­ry­styczną podłużną bli­zną na wyso­ko­ści żeber. Na jej oko został kie­dyś dźgnięty nożem. Pły­wał jed­nak krau­lem, płyn­nie poko­nu­jąc kolejne baseny. Tak jak ona jesz­cze kilka chwil temu. Nie miał prawa ich sły­szeć, jeśli nie potrafi czy­tać w myślach. Poza nim jedy­nie rodzice z dziećmi i para zako­cha­nych nasto­lat­ków. Luta pomy­ślała, że musi się uspo­koić i wycią­gnąć z tej roz­mowy jak naj­wię­cej infor­ma­cji. Zer­k­nęła na sto­per. Wła­śnie minęła sześć­dzie­siąta sekunda. Chwilę póź­niej męż­czy­zna wynu­rzył się z wody. Powoli, od razu łapiąc z nią kon­takt wzro­kowy.

-?Czy teraz mi wie­rzysz? -?zapy­tał.

-?Nie kpij.

-?Chcia­łem ci wszystko wytłu­ma­czyć i...

-?Wiesz, gdzie są moje dzieci?

-?Nie.

-?Kła­miesz.

-?Nie kła­mię. -?Męż­czy­zna wbił w nią ponure spoj­rze­nie. -?A nawet gdy­bym wie­dział i ci powie­dział, to co niby chcia­ła­byś z tą wie­dzą zro­bić?

-?To już nie twoja sprawa. Mów, co wiesz.

-?Nie­wiele.

-?Co wiesz?

-?Co naj­wy­żej podej­rze­wam.

-?Gdzie?

-?Obsta­wiam Krym. Tam się teraz dużo dzieje. Ale rów­nie dobrze mogli wywieźć je na Kam­czatkę. Rosja jest duża.

-?Krym to nie Rosja.

-?Zda­nia są podzie­lone.

Luta prze­łknęła ślinę. Ni­gdy tam nie była. Jakoś tak się zło­żyło, że naj­da­lej zawi­tała do Ode­ssy. I też tylko raz, gdy miała zale­d­wie pięć lat. To miała być sen­ty­men­talna podróż do miej­sca, gdzie ojciec poznał się z matką. Spę­dziła tam z rodzi­cami tydzień, sma­żąc się na plaży i zwie­dza­jąc mia­sto, ale nie pamię­tała z tej wyprawy zbyt wiele. O Kry­mie zaś wie­działa tyle, co prze­ciętny oby­wa­tel inte­re­su­jący się histo­rią i geo­po­li­tyką tego zakątka świata. Gdyby tylko żył dzia­dek. On spę­dził tam pół życia...

Pomy­ślała, że wróci do tematu, kiedy na spo­koj­nie wszystko prze­my­śli. Teraz nale­żało wycią­gnąć z tego gnoja jak naj­wię­cej infor­ma­cji.

-?Chcia­łeś się wytłu­ma­czyć -?pod­jęła.

Męż­czy­zna popra­wił pozy­cję. Wes­tchnął i spu­ścił wzrok, ale po chwili pod­niósł głowę i spoj­rzał Lucie głę­boko w oczy.

-?Porwali moją part­nerkę i dzieci -?powie­dział. -?Nie mia­łem wyj­ścia. Zmu­sili mnie. W prze­ciw­nym wypadku... -?Zaci­snął zęby. -?Zresztą co ja ci będę mówił. Wiesz, jacy oni są. Oza­la­no­wie to przy nich chłopcy ze szkółki nie­dziel­nej.

-?I tak od razu zgo­dzi­łeś się w tym uczest­ni­czyć?

-?Od razu nie. Znasz mnie i wiesz, że...

-?Naj­wy­raź­niej nie znam cię ani tro­chę.

-?Trzy dni mnie opra­wiali, a zdraj­com roz­bi­jali mło­tem łby tuż obok. Plu­łem ich mózgami, ale nie dałem się zła­mać. Wierz lub nie, ale ni­gdy bym cię nie zdra­dził. Prę­dzej bym zdechł.

-?A jed­nak żyjesz...

-?A co ty byś zro­biła na moim miej­scu? Przy­pro­wa­dzili do piw­nicy moją rodzinę. Moje dzieci. Są młod­sze od Franka i Werki. No powiedz, mia­łem jakiś wybór?

Nie znała odpo­wie­dzi na to pyta­nie. Oba­wiała się go, bo -?co nie­chęt­nie musiała przy­znać -?to w pew­nym sen­sie rze­czy­wi­ście tłu­ma­czyło decy­zję Borysa. Wszak ona teraz też grała w takt ich muzyki. Była na ich smy­czy. Na komendę szcze­kała, war­czała, waro­wała i apor­to­wała. I gdyby kazali jej sta­nąć na rzę­sach, to pew­nie by jesz­cze na nich zatań­czyła kra­ko­wiaka. Zro­bi­łaby abso­lut­nie wszystko, co wyko­nalne i niewyko­nalne. Gdyby chciała być stu­pro­cen­towo uczciwa wobec samej sie­bie, musia­łaby mu wyba­czyć. Ale nie chciała. Nie potra­fiła. Przy­naj­mniej jesz­cze nie teraz.

Jeśli oczy­wi­ście mówisz prawdę, pomy­ślała.

-?Mimo to mogłeś mi powie­dzieć...

-?I co by mi to dało? Poszła­byś na wojnę z ruskim wywia­dem woj­sko­wym w imię mojej rodziny? O któ­rej nawet nie wie­dzia­łaś, że ist­nieje? Nie pamię­tasz, jak mnie przy­wi­ta­łaś na cmen­ta­rzu?

Znów musiała przy­znać mu rację. W ogóle nie chciała z nim roz­ma­wiać i tylko sytu­acja, w jakiej się zna­la­zła, spra­wiła, że zna­la­zła dla niego uspra­wie­dli­wie­nie. W dro­dze na zatra­ce­nie Borys wyda­wał się kom­pa­nem ide­al­nym.

-?A skoro ty nie chcia­łaś mnie widzieć, to tym bar­dziej nie miał­bym czego szu­kać u reszty chło­pa­ków -?dodał, jakby sie­dział w jej gło­wie. Rze­czy­wi­ście przez chwilę pomy­ślała o kole­gach z jed­nostki. -?Zosta­łem z tym sam. Nie mia­łem wyboru.

-?Zawsze jest jakiś wybór.

-?W takim razie ja go doko­na­łem. Możesz mnie za to nie­na­wi­dzić do końca życia, ale wtedy nie widzia­łem innego wyj­ścia. Powie­dzieli, że gdy cię zwer­buję, to ich wypusz­czą...

-?Ale nie wypu­ścili.

-?Nie.

-?A teraz wypusz­czą? -?W jej tonie dało się wyczuć kpinę.

-?Nie wiem, kurwa! Nie mam poję­cia, ale póki jestem im do cze­goś przy­datny, to ich nie zabiją. Może w przy­szło­ści...

-?I ty naprawdę wie­rzysz w to, co mówisz? -?Luta prych­nęła, choć wcale nie było jej do śmie­chu. Znaj­do­wała się dokład­nie w takiej samej sytu­acji.

-?Nie ma zna­cze­nia, w co wie­rzę -?odparł. -?Robię to, co muszę, aby chro­nić rodzinę.

-?Zmu­sza­jąc mnie do tego samego. -?Luta znów poczuła wzbie­ra­jącą złość.

-?Znasz realia. Nie chcia­łem tego. Wiem, że moje prze­pro­siny nic dla cie­bie nie zna­czą, więc nie będę tra­cił na nie czasu. Ale...

-?Nie ma "ale". Nie chcę tego słu­chać.

-?W porządku.

Męż­czy­zna spu­ścił wzrok. Przez dłuż­szą chwilę sie­dzieli i nic nie mówili. Luta obser­wo­wała jego reak­cje. Naprawdę wyglą­dał na skru­szo­nego. Okrył się hańbą nie tylko jako żoł­nierz, ale i jako czło­wiek. Kie­dyś uży­łaby słowa part­ner albo przy­ja­ciel, ale teraz nie prze­szłoby jej to przez gar­dło. Nawet w myślach rezo­no­wało odstrę­cza­jąco. Nie mia­łaby naj­mniej­szych skru­pu­łów, aby w tym momen­cie skrę­cić mu kark, ale po pierw­sze mogłaby nie dać mu rady, a po dru­gie powie­rzone im zada­nie musieli wypeł­nić wspól­nie. Jak za sta­rych dobrych lat, pomy­ślała, aby chwilę póź­niej skar­cić się w myślach. Stare dobre lata dziś dźwię­czały jej w uszach jak echo cze­goś, co tak naprawdę ni­gdy nie ist­niało. To nie były stare dobre lata, ale zwy­kłe pie­kło.

-?Zatem przejdźmy do kon­kre­tów -?oznaj­miła, gdy ochło­nęła.

-?Tutaj?

-?Tutaj. Kto, gdzie i kiedy?

Luta słu­chała, patrząc mu w oczy. Kie­dyś powta­rzała, że to jego jedyna ładna część ciała. Dziś nawet one budziły w niej skrajne obrzy­dze­nie.

Borys Moro­zow już nie był ani jej skrzy­dło­wym, ani part­ne­rem, ani tym bar­dziej przy­ja­cie­lem. Borys Moro­zow był jej wspól­ni­kiem w dro­dze na zatra­ce­nie. Do czasu, pomy­ślała. Przy­naj­mniej taką miała nadzieję.

Rozdział 2

Emil Pole­ski roz­su­nął zasłony i upił łyk kawy.

Przez dłuż­szą chwilę wpa­try­wał się w ponury widok za oknem. Wiało, padało, a w powie­trzu uno­siła się sza­ro­bura zawie­sina typowa dla miast poło­żo­nych na wschód od Odry, gdzie wciąż kró­lują elek­trow­nie napę­dzane węglem, a po uli­cach tara­ba­nią się trzy­dzie­sto­let­nie die­sle. Samo­chody, nie­ko­niecz­nie tak stare, z lubo­ścią roz­jeż­dżały pozo­sta­ło­ści po zgar­nia­nym przez pługi śniegu, ochla­pu­jąc szarą breją prze­my­ka­ją­cych po chod­ni­kach miesz­kań­ców. Park za gara­żami stra­szył bez­list­nymi kona­rami, które obsia­dały kruki i wrony. Gdzieś z cze­lu­ści duszą­cego się mia­sta niósł się odgłos karetki na sygnale. A może poli­cji?

Emil zer­k­nął na zegar ścienny, który zawsze spóź­niał się kilka minut, nawet jeśli dzień wcze­śniej usta­wił go równo z cza­sem wyświe­tla­nym na ekra­nie smart­fona. Docho­dziło wpół do dzie­sią­tej, co ozna­czało, że powi­nien zjeść śnia­da­nie i wypić białko. W dro­dze do lodówki pomy­ślał, że ma cho­lerne szczę­ście, że nie musi wsta­wać o pią­tej czy szó­stej, aby wyro­bić się do roboty na siódmą czy ósmą. Od kilku lat miej­sce jego pracy znaj­do­wało się w tym samym pokoju, pod ścianą, na lekko wytar­tej skó­rza­nej sofie, kilka metrów od lodówki, w któ­rej wła­śnie nur­ko­wał.

Z gór­nej półki ścią­gnął czarne pudełko po sushi. Z wczo­raj­szego wie­czoru zostało jesz­cze kilka rolek, więc na szybko wepchnął je do ust bez dodat­ków w postaci sosu sojo­wego i wasabi. Wszystko to popił biał­kiem, po czym wal­nął się na sofie, wyło­żył nogi na ławę i włą­czył kanał infor­ma­cyjny. Pre­zen­ter z wło­sami przy­pró­szo­nymi siwi­zną wła­śnie pero­ro­wał na temat sytu­acji za naszą wschod­nią gra­nicą.

-?...Kremla wydają się absur­dalne, mimo to pre­zy­dent Fede­ra­cji Rosyj­skiej wcale nie zamie­rza zre­zy­gno­wać ze swo­ich żądań wyco­fa­nia wojsk NATO z czter­na­stu państw, które wstą­piły do Soju­szu po tysiąc dzie­więć­set dzie­więć­dzie­sią­tym siód­mym roku, w tym oczy­wi­ście Pol­ski. Zachód nie zamie­rza poda­wać w wąt­pli­wość jed­no­ści Paktu Pół­noc­no­atlan­tyc­kiego, co w naj­lep­szym wypadku wydaje się pro­wa­dzić do eska­la­cji napię­cia. Nie­stety, dotarły do nas nie­po­ko­jące sygnały, że sytu­acja na Wscho­dzie kom­pli­kuje się coraz bar­dziej. Zdję­cia z ame­ry­kań­skich sate­li­tów wska­zują, że w Bia­ło­rusi i Rosji, na tere­nach gra­ni­czą­cych z Ukra­iną, powstają szpi­tale polowe, co według eks­per­tów od woj­sko­wo­ści sygna­li­zuje, że Kreml szy­kuje się do peł­no­ska­lo­wej agre­sji. Czy zatem wojna wybuch­nie nie­uchron­nie? Posłu­chajmy eme­ry­to­wa­nego gene­rała bry­gady Bro­ni­sława Moraw­skiego.

Emil wysłu­chał wypo­wie­dzi byłego woj­sko­wego, a następ­nie kolej­nych eks­per­tów, naj­wyż­szych rangą poli­ty­ków i eme­ry­to­wa­nego ofi­cera wywiadu. Z ich wystą­pień wyła­niał się raczej ponury obraz rze­czy­wi­sto­ści. Wszystko wska­zy­wało, że Europę czeka kon­flikt, jaki nie tra­wił kon­ty­nentu od zakoń­cze­nia dru­giej wojny świa­to­wej. Pole­ski prze­łą­czył kanał. Na ekra­nie poja­wiła się strze­li­sta wieża plat­formy wiert­ni­czej, a na czer­wo­nym pasku infor­ma­cja, że zostało wsz­częte śledz­two w spra­wie wtar­gnię­cia na teren jed­nej z kon­struk­cji na Morzu Pół­noc­nym. Według nie­po­twier­dzo­nych donie­sień na plat­for­mie wiert­ni­czej zna­le­ziono kilka ciał nale­żą­cych do męż­czyzn pocho­dze­nia turec­kiego. Poja­wiła się też suge­stia, że wyda­rze­nia sprzed kilku dni mogą być jedną z rosyj­skich pro­wo­ka­cji mają­cych na celu desta­bi­li­za­cję rynku wydo­byw­czego, wszak to wła­śnie Kreml był naj­bar­dziej zain­te­re­so­wany wzro­stem cen ropy.

Emil uśmiech­nął się pod nosem. To wszystko były bred­nie. Prawda o wyda­rze­niach na nor­we­skiej plat­for­mie nie miała z tele­wi­zyj­nymi new­sami nic wspól­nego.

-?Nie martw się. Hakana już nie ma. Klanu też nie ma -?oznaj­miła mu wczo­raj Luta, gdy zapy­tał, czy nie boi się zemsty ze strony Oza­la­nów. Od razu połą­czył kropki, ale nie naci­skał. Znał ją, przy­naj­mniej na tym polu, aż za dobrze. I jeśli miała mu kie­dyś o tym opo­wie­dzieć, to tę decy­zję musiała pod­jąć sama. Wciąż jed­nak nie mie­ściło mu się w gło­wie, że kobieta, która wtu­lała się teraz w jego pierś, mogła posu­nąć się do takich czy­nów. -?Chcia­ła­bym ci podzię­ko­wać za twoje zaan­ga­żo­wa­nie - dodała, doty­ka­jąc jego oban­da­żo­wa­nego ramie­nia. -?Nie­wielu męż­czyzn mia­łoby tyle odwagi co ty. To naprawdę wiele dla mnie zna­czy. Ale pro­szę, Emil, nie pytaj o nic wię­cej. Cza­sem nie­wie­dza potrafi być naj­więk­szym bło­go­sła­wień­stwem.

Nie miał poję­cia, co kryło się za tymi sło­wami, ale usza­no­wał jej prośbę. Pozwo­lił, aby zmie­niła mu opa­tru­nek. Obser­wo­wał ją, zupeł­nie nagą, ide­alną. Jej dło­nie ope­ro­wały z nie­spo­ty­kaną fine­zją i lek­ko­ścią. Potem znów się kochali, a on czuł, że po raz pierw­szy zespo­lili się w jed­ność, ich ciała stały się nie­roz­łączne. Co z tego, gdy po ostat­niej kąpieli Luta wytarła się ręcz­ni­kiem, a potem zupeł­nie nie­spo­dzie­wa­nie się­gnęła po bie­li­znę i resztę ubrań.

-?Nie zosta­niesz na noc? -?spy­tał zasko­czony.

-?Nie mogę. Poza tym... -?Skoń­czyła zapla­tać war­kocz. -?Mówi­łam ci, że teraz będę potrze­bo­wała czasu. Ale dzię­kuję ci za wszystko.

W jej tonie dało się wyczuć skrzęt­nie skry­wany żal, co spra­wiło, że ogar­nął go nie­po­kój. Zro­zu­miał, że nie chce, aby odcho­dziła. Nie­po­kój prze­ro­dził się w lęk, a następ­nie strach, że już wię­cej jej nie zoba­czy. Trudno mu było jed­no­znacz­nie odpo­wie­dzieć na pyta­nie, dla­czego odniósł takie wra­że­nie, ale wyda­wało mu się nie­zwy­kle doj­mu­jące i bole­śnie praw­dziwe.

-?Kiedy znów się zoba­czymy? -?zapy­tał z duszą na ramie­niu.

-?Ode­zwę się -?odparła i wyszła. W jej oczach dostrzegł per­lące się łzy.

Długo nie mógł zasnąć. W gło­wie kotło­wały mu się czarne sce­na­riu­sze, począw­szy od ewen­tu­al­nych kon­se­kwen­cji tego, co wyda­rzyło się przy chle­wie w gospo­dar­stwie Sza­tana, po decy­zje jego kobiety. Tak wła­śnie uwa­żał. Luta była jego kobietą. Wyjąt­kowa, nie­sa­mo­wita, abso­lut­nie nie­tu­zin­kowa. Budziła w nim emo­cje, o któ­rych nie miał poję­cia, że ist­nieją. Nie mógł jej jed­nak do końca roz­gryźć. Powie­dzieć, że miesz­kały w niej dwa wilki, to nic nie powie­dzieć, a kla­syczne porów­na­nie ognia i wody w jej przy­padku nabie­rało nowego zna­cze­nia. Pocią­gała go rów­nie mocno, jak prze­ra­żała. Pra­gnął odkryć wszyst­kie jej tajem­nice. Miał wra­że­nie, że od jakie­goś czasu stało się to jego obse­sją, a uczu­cie, jakim darzy Lutę, zaczyna wymy­kać mu się spod kon­troli. Im bar­dziej trzy­mała go na dystans, tym sil­niej się w niej zadu­rzał.

Emil wyłą­czył tele­wi­zor, odchy­lił głowę i zamknął oczy. Działo się coś złego. Czuł to. Co z tego, gdy Luta mil­czała jak zaklęta. Dla­czego była taka mało­mówna? Dla­czego uro­niła łzę, gdy się kochali? Dla­czego jej oczy zaszkliły się, gdy wycho­dziła?

Tu nie cho­dziło o innego faceta. Luta powie­dzia­łaby mu wprost. A jed­nak mimo­wol­nie uwal­niała emo­cje, które do tej pory trzy­mała na krót­kiej smy­czy. Nie do końca potra­fił odczy­ty­wać te jej zaka­mu­flo­wane sygnały, ale miał wra­że­nie, że ubie­głego wie­czoru chciała mu zako­mu­ni­ko­wać, że też nie jest jej obo­jętny. Ale... no wła­śnie. Za tym "ale" kryło się coś, co go prze­ra­żało.

Spoj­rzał na wyświe­tlacz smart­fona i przej­rzał ostat­nie połą­cze­nia. Zatrzy­mał wzrok na tym jed­nym, które budziło nadzieję. Wahał się przez chwilę, w końcu naci­snął zie­loną słu­chawkę. Po kilku sygna­łach usły­szał trzask i chrząk­nię­cie.

-?Cześć -?przy­wi­tał się.

-?Cześć -?odpo­wie­dział mu zachryp­nięty głos. W tle kra­kały jakieś pta­szy­ska.

-?Musimy się spo­tkać -?oznaj­mił bez owi­ja­nia w bawełnę.

-?Niczego nie musimy...

-?Ale... -?Pole­ski wes­tchnął. -?Boję się o Lutę, Zyg­munt. Zacho­wuje się nie­na­tu­ral­nie, a w zasa­dzie bar­dzo dziw­nie. Zupeł­nie jak nie ona.

-?Nie pomy­śla­łeś, że ma swoje powody?

-?Tu nie cho­dzi o dzieci. Nie wiem, nie potra­fię tego wyja­śnić, ale czuję, że...

-?Pocze­kaj. Nie przez tele­fon.

-?Gdzie jesteś?

-?Na cmen­ta­rzu.

-?Mogę tam być za kwa­drans.

-?Strasz­nie jesteś w gorą­cej wodzie kąpany...

-?Mam złe prze­czu­cie. Ty, stary pies, powi­nie­neś wie­dzieć, o czym mówię.

-?Ech... -?Emil usły­szał, jak roz­mówca zaciąga się papie­ro­sem, wzdy­cha, odchrzą­kuje. -?Cmen­tarz to dobre miej­sce, aby poroz­ma­wiać w spo­koju. Tylko przy­wieź cie­płą kawę. Palce mi z zimna skost­niały.

* * *

Płyty nagrobne były czy­ste i schludne. Sza­tan oparł się dło­nią o zimny mar­mur i nie bez pro­ble­mów pod­niósł się z kolan. Krę­go­słup, zwłasz­cza część lędź­wiowa, wciąż dawały mu się we znaki. Raz czuł się lepiej, a innym razem nie był w sta­nie wstać z łóżka. Ostat­nio, gdy nama­chał się łopatą, zmu­szony zako­pać tego ruskiego ban­dytę, rwący ból trzy­mał go równe trzy dni. Nawet nie wsta­wał umyć zębów, bo nie mógł poru­szyć się choćby o cen­ty­metr. W końcu zadzwo­nił do Emila, a ten przy­wiózł mu tabletki prze­ciw­za­palne. Prze­trwał naj­gor­sze, nie zaglą­da­jąc do kie­liszka. Nie sądził, że ponow­nie spo­tkają się tak szybko.

Teraz Emil masze­ro­wał alejką z papie­rową torbą w dło­niach, zapięty pod szyję, owi­nięty sza­li­kiem, z weł­nianą czapką na gło­wie. Sta­wiał kroki szybko, ner­wowo roz­glą­da­jąc się na boki. Przy jed­nej z ławe­czek pośli­zgnął się i omal nie wywi­nął orła, ale zamiast zwol­nić, na prze­kór wszyst­kiemu przy­spie­szył. Sza­tan pomy­ślał, że po tym wszyst­kim chło­pak jest roz­chwiany emo­cjo­nal­nie i jesz­cze sporo wody w Wiśle upły­nie, zanim wróci do jako takiej sta­bi­li­za­cji. Jeśli w ogóle.

Zła­pał w garść szmatę, którą pole­ro­wał mogiłę, i wci­snął ją do rekla­mówki. Popra­wił jesz­cze pło­nący znicz, po czym przy­siadł na ławeczce i zapa­lił papie­rosa. Emil sta­nął obok niego w momen­cie, gdy Sza­tan wydmu­chał gęsty obłok dymu.

-?Pro­szę. -?Wycią­gnął papie­rowy kubek. -?Czarna, mocna. Taka, jak lubisz.

-?Sia­daj. -?Sza­tan ode­brał kawę i od razu umo­czył usta. Przez chwilę sie­dzieli w mil­cze­niu. -?Wiesz, kto tu leży? -?zapy­tał, odchrzą­ku­jąc.

-?Wiem.

Gdzieś nie­da­leko jakaś star­sza kobieta upu­ściła siatkę, z któ­rej wysy­pały się zni­cze. Z pobli­skich kasz­ta­now­ców pode­rwały się oku­pu­jące bez­listne konary pta­szy­ska. Kruki i wrony. Zakrę­ciły się w powie­trzu i obsia­dły inne gałę­zie. Kilka przy­cup­nęło na mogi­łach. Z nie­da­le­kiej alejki dało się sły­szeć bia­do­le­nie sta­ruszki.

-?Gdy je porwano, byłem sporo młod­szy od cie­bie -?kon­ty­nu­ował Sza­tan. - Pełen werwy i wigoru. Myśla­łem, że jestem nie­po­ko­nany. Życie szybko i bru­tal­nie spro­wa­dziło mnie na zie­mię.

-?Dla­czego mi to mówisz?

-?Bo przy­po­mi­nasz mi mnie samego sprzed lat. Może i jesteś kilka lat star­szy, ale rów­nie naiwny i głupi.

-?Nie rozu­miem.

-?Wła­śnie dla­tego ci to mówię. Bo nic nie rozu­miesz. Życie jesz­cze cię nie doświad­czyło.

-?Może i nie, ale to nie zna­czy, że nie widzę, co się wokół mnie dzieje. Ostat­nio też widzia­łem wię­cej, niż ci się wyda­wało. I gdyby nie ja...

-?Daruj sobie. Nie jestem ci nic winny.

Przez następ­nych kilka chwil męż­czyźni mil­czeli. Sza­tan popi­jał kawę i palił. Pole­ski pocią­gał nosem, w końcu wyjął chu­s­teczkę i się wysmar­kał.

-?Posłu­chaj, Zyg­munt -?prze­rwał w końcu prze­dłu­ża­jącą się ciszę. -?Ja po pro­stu chcę wie­dzieć, co tu się wypra­wia. Sie­dzimy w tym razem. Zabi­li­śmy czło­wieka, o któ­rym wiem tylko tyle, że był jakimś Ruskim, który chciał zabić cie­bie. Do tego sam zaro­bi­łem kulkę. Nie mogę iść z tym nawet do leka­rza, choć napier­dala jak cho­lera. Ty naprawdę myślisz, że przejdę nad tym do porządku dzien­nego? Ot tak?

-?Powi­nie­neś.

-?Chyba naprawdę żyjemy w innych świa­tach.

-?Żebyś wie­dział.

-?Ale ja się na to nie godzę, rozu­miesz? Chcę wie­dzieć, co tu się odje­bało. Chcę wie­dzieć, dla­czego Luta znów zacho­wuje się, jakby coś kom­bi­no­wała. Myślisz, że nie zdaję sobie sprawy z tego, że ta akcja na plat­for­mie to jej robota?

-?Co ci powie­działa? -?Sza­tan po raz pierw­szy zwró­cił wzrok na roz­mówcę.

-?Nic, jak zawsze. Ale nie jestem idiotą. Pra­co­wała kie­dyś na Han­se­nie, a w wia­do­mo­ściach mówią, że to na tej plat­for­mie zna­le­ziono trupy jakichś Tura­sów. Gdy ją o to zapy­ta­łem, odparła enig­ma­tycz­nie, że nie mam co oba­wiać się zemsty Oza­la­nów, bo klan już nie ist­nieje. Naprawdę nie­trudno połą­czyć kropki. Wiem, czym się kie­dyś zaj­mo­wała, i choć nie znam szcze­gó­łów, bo ni­gdy się tym nie chwa­liła, to zdaję sobie sprawę z tego, co potrafi. Widzia­łem ją na strzel­nicy i na macie. Potra­fię też cał­kiem nie­źle czy­tać mię­dzy wier­szami.

-?Gówno tam potra­fisz.

-?Nie wkur­wiaj mnie, Zyg­munt!

Sza­tan z powro­tem prze­niósł wzrok na mogiły swo­ich bli­skich. Zacią­gnął się kilka razy, wypusz­cza­jąc potężne chmury papie­ro­so­wego dymu. Upił łyk kawy.

-?Czego ty ode mnie ocze­ku­jesz? -?zapy­tał.

-?Że powiesz mi, o co w tym cho­dzi.

-?Wiesz, że nie mogę tego zro­bić.

-?Zro­zum, Zyg­munt. Nie mogę funk­cjo­no­wać w takiej popa­pra­nej nie­świa­do­mo­ści. Luta mil­czy, ty mil­czysz. Czuję, jak­bym żył w jakimś matrik­sie.

-?Uwierz mi, że cza­sem lepiej żyć w matrik­sie, nie wie­dząc, jak naprawdę wygląda rze­czy­wi­stość. I jeśli Luta uznała, że tak będzie lepiej, to nie wyma­gaj ode mnie, żebym dzia­łał wbrew jej decy­zjom. Poza tym, jeśli mam być cał­kiem szczery, to sam nie­wiele wiem. Nie myśl, że mi się z cze­go­kol­wiek zwie­rza.

-?Na pewno wiesz wię­cej ode mnie.

-?Na pewno to kie­dyś wszy­scy zdech­niemy.

-?Ja pierd... -?Emil pod­niósł się z ławki. -?Z tobą nie da się gadać. Naprawdę. Ty jesteś jakiś... no... -?zawa­hał się. -?Ja po pro­stu dłu­żej tego nie zniosę. Mam dość domy­słów i skro­lo­wa­nia inter­netu w poszu­ki­wa­niu kolej­nych infor­ma­cji na temat Oza­la­nów, Ruskich czy cho­lera wie czego jesz­cze. Mam dość doszu­ki­wa­nia się rze­czy, któ­rych nie ma. Ukła­da­nia raz po raz tych cho­ler­nych puz­zli. Cią­gle oglą­dam się za sie­bie, bo mam wra­że­nie, że ktoś mnie śle­dzi. Muszę wie­dzieć, Zyg­munt, sły­szysz? Muszę wie­dzieć, co tu się dzieje i co ona pla­nuje, bo naprawdę nie wyro­bię. Zależy mi na niej. Nie mogę prze­stać o tym myśleć i...

-?Zako­cha­łeś się, co?

Emil z powro­tem przy­siadł na ławce. Scho­wał głowę w dło­niach, zamknął powieki. Gdy je otwo­rzył, Sza­tan dostrzegł, że oczy przy­kryła mu cienka war­stwa łez.

-?Nie wiem, kurwa, chyba tak. Nie chcę, aby coś jej się stało. Wycier­piała już tyle, że... -?Pole­ski wytarł ręka­wem płasz­cza łzę, która nie­po­strze­że­nie urwała się z kącika oka. -?Nie wiem, jak z nią roz­ma­wiać. Jest taka nie­do­stępna.

-?Chroni cię.

-?Przed czym? Przed kim? O co tu cho­dzi, do jasnej cho­lery?

-?Myślę, że wiesz wystar­cza­jąco wiele, żeby samemu wycią­gnąć wnio­ski. Mówisz, że wiele wycier­piała. I masz rację. Dla­tego daj jej czas. Może kie­dyś sama ci wszystko opo­wie.

-?Tylko że ten czas... -?Emil wziął głę­boki oddech. Musiał uspo­koić emo­cje. -?Gdy kocha­li­śmy się poprzed­niego wie­czoru, to ona się popła­kała. A potem... -?znów zro­bił krótką pauzę -?...odnio­słem wra­że­nie, że się ze mną żegna. Jakby to miało być nasze ostat­nie spo­tka­nie.

Sza­tan zmarsz­czył brwi, a na jego czole poja­wiło się kilka pio­no­wych bruzd. Przez chwilę ana­li­zo­wał słowa młod­szego kom­pana. Zanie­po­ko­iły go, bo takie zacho­wa­nie rze­czy­wi­ście było do Luty nie­po­dobne. Pamię­tał też, co mu powie­działa, gdy wró­ciła z Ber­lina. Pró­bo­wał wycią­gnąć od niej coś na temat tego Ruskiego, któ­rego kilka godzin wcze­śniej zako­pał za szopą. "Nie pytaj", odparła. "To już cie­bie nie doty­czy", dodała, a potem zmie­niła temat, posłu­gu­jąc się wyświech­ta­nym fra­ze­sem, że jest sta­rym psem i powi­nien wie­dzieć, że nie ma sensu drą­żyć. Sza­no­wał ją, więc nie drą­żył. Zapew­nił tylko, że pój­dzie za nią jak w dym, jeśli zaj­dzie taka potrzeba, a potem się poże­gnali i do tej pory nie widzieli.

Słowa Emila sporo jed­nak zmie­niały. Ona rze­czy­wi­ście coś kom­bi­no­wała, co gor­sza, wszystko wska­zy­wało, że pako­wała się w kolejne kło­poty. W tym kon­tek­ście na myśl przy­cho­dził mu tylko ten Ruski. Facet musiał być kimś waż­nym, być może płat­nym mor­dercą albo -?co budziło jego naj­więk­sze zanie­po­ko­je­nie -?ofi­ce­rem rosyj­skiego wywiadu. Jego wizyta ewi­dent­nie kore­lo­wała z tym, co Luta robiła w Nor­we­gii i w Niem­czech. Nie wyja­śnił jed­nak kon­kret­nego celu swo­jej obec­no­ści, prze­bą­ku­jąc jedy­nie coś o współ­pracy i grze do jed­nej bramki. Kim był? Czego chciał? Dla kogo pra­co­wał? FSB, GRU, SWR? Gdyby Sza­tan musiał wybie­rać, to ze względu na prze­szłość Luty posta­wiłby na dwie ostat­nie. Trudno jed­nak widzieć w tym jakiś głęb­szy sens, ale wobec tych wszyst­kich ponu­rych donie­sień medial­nych doty­czą­cych sytu­acji geo­po­li­tycz­nej na Wscho­dzie można było szu­kać kon­kret­nych powią­zań. I jeśli w tych przy­pusz­cze­niach ist­niało choć ziarno prawdy, to sytu­acja wyglą­dała fatal­nie, wszak przy rosyj­skim wywia­dzie nawet klan Oza­la­nów pre­zen­to­wał się co naj­wy­żej jak grupka osie­dlo­wych łobu­zów.

Sza­tan wrzu­cił peta do wypa­lo­nego zni­cza i upił kawy. Z tru­dem pod­niósł się z ławki.

-?Przejdźmy się -?powie­dział, się­ga­jąc po rekla­mówkę ze śmie­ciami. - Muszę roz­pro­sto­wać kości. Opo­wiesz mi wszystko jesz­cze raz, a potem zoba­czymy, co da się z tym zro­bić.

Sza­tan nie zro­bił znaku krzyża, bo Boga miał w głę­bo­kim powa­ża­niu. Posłał ostat­nie spoj­rze­nie na zdję­cia żony i córki i prze­pu­ściw­szy Emila, ruszył jego śla­dami. Ani on, ani tym bar­dziej Pole­ski nie mieli poję­cia, że każde ich słowo jest reje­stro­wane przez zain­sta­lo­wany w ich smart­fo­nach pro­gram szpie­gow­ski naj­now­szej gene­ra­cji. Urzą­dze­nia nie musiały być nawet włą­czone, ba, mogły nie mieć zaim­ple­men­to­wa­nej karty SIM. Same w sobie były dosko­na­łymi plu­skwami.

Rozdział 3

Tydzień. Sie­dem dni. Mało. Cho­ler­nie mało.

Luta masze­ro­wała dep­ta­kiem, roz­my­śla­jąc nad tym, co usły­szała z ust Borysa. Do dzi­siej­szego poranka wie­działa jedy­nie, że otrzyma zada­nie zli­kwi­do­wa­nia jakie­goś celu. Ruski ofi­cer -?jak podej­rze­wała -?GRU, który kazał nazy­wać się Iwa­nem, nie zdra­dził jed­nak kogo, gdzie i kiedy. Miała cze­kać na kon­takt. To on miał jej przed­sta­wić szcze­góły planu. Nie spo­dzie­wała się, że tym kon­taktem będzie Borys.

-?Dosta­niesz dwa stare tele­fony, dzięki któ­rym będziemy w sta­łym kon­tak­cie. Tak mię­dzy sobą, jak i, jeśli zaj­dzie taka koniecz­ność, z Iwa­nem -?tłu­ma­czył jej w jacuzzi stary kom­pan z JWK. -?Przy­naj­mniej jeden z nich zawsze musisz mieć przy sobie. Numery są bez­pieczne, ale po każ­dym kon­tak­cie kartę usu­wasz i nisz­czysz, a na dru­gie urzą­dze­nie przy­cho­dzi infor­ma­cja, którą z kart masz wło­żyć w następ­nej kolej­no­ści. Na począ­tek otrzy­masz dwa­dzie­ścia ponu­me­ro­wa­nych sztuk.

-?GPS?

-?Chcą mieć nas na smy­czy. Nie ma co tego ukry­wać. Dla­tego nie pró­buj grze­bać w sprzę­cie. Iwan nie tole­ruje takich akcji. Zakła­dam, że i tak się wkurwi, gdy dowie się, że roz­ma­wiamy w cztery oczy. Ale w razie czego wezmę to na sie­bie.

-?Nie kpij.

-?Możesz myśleć, co tam sobie chcesz, ale teraz naprawdę nikt nas nie sły­szy. Widzia­łaś, żeby ktoś za tobą łaził?

Luta musiała przy­znać, że w ciągu ostat­nich kilku dni nie dostrze­gła niczego podej­rza­nego. Albo mieli tak dobrych ludzi, albo zatrud­nili duchy.

-?Ruscy zwy­kle nie pozo­sta­wiają sobie mar­gi­nesu na błędy -?sko­men­to­wała.

-?Wie­dzą też, z kim mają do czy­nie­nia. Od razu wyła­pa­li­by­śmy, gdyby ktoś za nami cho­dził. -?Borys pocze­kał chwilę na potwier­dze­nie. Nie docze­kał się. Odchrząk­nął i pod­jął: -?Iwan wie, że trzyma nas za mordę i tak czy siak wyko­namy każde jego pole­ce­nie. Nie musi nas śle­dzić, skoro będzie miał nas na GPS-ie. Poza tym idzie wojna. Wywiady wszyst­kich państw osza­lały i wypu­ściły na żer swoje psy. Pol­ska to teraz naj­go­ręt­szy teren. Szpie­gów jak mrów­ków. Na moje oko Iwan uznał, że ktoś może cię obser­wo­wać, więc gdy­byś miała stale przy­kle­jony ogon, jego czło­wiek też mógłby tra­fić na celow­nik i zostać zde­kon­spi­ro­wany. Wtedy cały plan szlag by tra­fił. Myślę, że Iwan, skoro ma nas w gar­ści, po pro­stu posta­no­wił nie podej­mo­wać nie­po­trzeb­nego ryzyka.

-?Do brzegu. Co to za plan?

Borys nachy­lił się ku Lucie i przy­krył dło­nią usta, uda­jąc, że dra­pie się po policzku. Ostroż­no­ści ni­gdy za wiele.

-?Joaquín Gutiérrez -?rzu­cił pół­szep­tem. -?Koja­rzysz to nazwi­sko?

Luta zamknęła oczy. Wes­tchnęła. Gorzej być już nie mogło. Joaquín Gutiérrez był admi­ra­łem hisz­pań­skiej floty odde­le­go­wa­nym do roli prze­wod­ni­czą­cego Komi­tetu Woj­sko­wego NATO. Każdy bar­dziej roz­gar­nięty żoł­dak wie­dział, że organ ten, choć pod­le­gał decy­zyj­nej Radzie Pół­noc­no­atlan­tyc­kiej i Gru­pie Pla­no­wa­nia Nukle­ar­nego, tak naprawdę był miej­scem, gdzie zapa­dały wią­żące decy­zje co do stra­te­gicz­nych posu­nięć Soju­szu. A Joaquín Gutiérrez dał się poznać jako jeden z najbar­dziej dra­pież­nych jastrzębi pośród wszyst­kich naczel­nych dowód­ców NATO. Od zawsze nasta­wiony do Kremla kon­fron­ta­cyj­nie, przy każ­dej oka­zji pod­kre­ślał, że naj­więk­szym zagro­że­niem dla Europy i świata są impe­ria­li­styczne zapędy Fede­ra­cji Rosyj­skiej. Pod­czas publicz­nych wystą­pień nie gryzł się w język, iry­tu­jąc wszyst­kich, włącz­nie z pre­zy­den­tem Sta­nów Zjed­no­czo­nych, który podobno kil­ka­krot­nie pró­bo­wał przy­wo­łać go do porządku. Nic nie wskó­rał.

-?On jest celem? -?spy­tała Luta, choć tak naprawdę znała odpo­wiedź, zanim otwo­rzyła usta. Borys ski­nął na potwier­dze­nie.

-?Za sie­dem dni "Guti" ma poja­wić się z wizytą w Pol­sce -?cią­gnął. -?Na pewno na poli­go­nie w Draw­sku Pomor­skim i w ośrodku w Nowej Wsi.

-?W tym pała­cyku MON-u?

-?Dokład­nie. -?Borys odru­chowo zer­k­nął przez ramię. -?Roz­mowy mają doty­czyć obec­nego zagro­że­nia ze strony Rosji i ewen­tu­al­nych kro­ków, gdyby Kreml jed­nak zde­cy­do­wał się na peł­no­ska­lową agre­sję. Ruskim się nie podoba, że facet jest nasta­wiony do nich tak wrogo, bo wciąż liczą, że Europa jed­nak nie zare­aguje i Ukra­inie nie pomoże. "Guti" ma jed­nak bar­dzo dużo do powie­dze­nia. To taka szara emi­nen­cja NATO, czło­wiek, który podej­muje klu­czowe decy­zje. Według Ruskich zapewne będzie lob­bo­wał za tym, aby pań­stwa człon­kow­skie udzie­liły Kijo­wowi natych­mia­sto­wej pomocy. Czy mili­tar­nej? Raczej wąt­pię, ale wystar­czy, że zapad­nie decy­zja, aby wysłać kil­ka­na­ście tysięcy jave­li­nów i kilka patrio­tów, dosy­pać kil­ka­na­ście miliar­dów na amu­ni­cję, a plan bły­ska­wicz­nego pobi­cia Kijowa może posy­pać się jak domek z kart. Dla­tego chcą pozbyć się pro­blemu, a przy oka­zji wpro­wa­dzić fer­ment w samym NATO. To ma być wido­wi­skowa śmierć, którą będzie można poka­zy­wać na każ­dym kanale przez dwa­dzie­ścia cztery godziny na dobę. I teraz wyobraź sobie nastroje w Euro­pie, gdy na pol­skiej ziemi zamor­do­wany zosta­nie naj­waż­niej­szy czło­wiek Soju­szu mają­cego bro­nić ich przed Rosją.

Luta jed­nak wolała sobie tego nie wyobra­żać.

-?To zdrada -?powie­działa. -?Zdrada kraju -?dodała, jakby to nie było dla niego oczy­wi­ste.

-?Myślisz, że tego nie wiem?

Oboje kie­dyś przy­się­gali, choć Borys już dawno sprze­nie­wie­rzył wszyst­kie swoje ide­ały. Stał się zwy­kłym najem­ni­kiem. I to pod ruskim sztan­da­rem.

-?Czy ty w ogóle zda­jesz sobie sprawę, jakie to mogłoby mieć skutki? - zapy­tała.

-?Wiem -?odparł spo­koj­nie. -?Może w końcu zro­zu­miesz, że wplą­tu­jąc w to cie­bie, też nie mia­łem wyboru.

To brzmiało okrop­nie, ale musiała przy­znać Bory­sowi rację. Trudno było kłaść na szali zdradę kraju prze­ciwko zdra­dzie rodziny. Jeśli nie wyko­na­łaby zada­nia, praw­do­po­dob­nie już ni­gdy nie zoba­czy­łaby dzieci, które w naj­gor­szym wypadku zosta­łyby jej dostar­czone, podob­nie jak kie­dyś żona i córka Sza­ta­nowi, w pod­ręcz­nych pacz­kach. Kawa­łek po kawa­łeczku. W naj­lep­szym zosta­łyby wysłane gdzieś w głąb Rosji i byłyby prze­trzy­my­wane w jakiejś zim­nej, cuch­ną­cej piw­nicy, a ona do końca życia szu­ka­łaby ich po omacku, aby zapewne w końcu zgi­nąć na jakiejś pod­łej ulicy od kuli jed­nego z sołn­cew­skich ban­dzio­rów. Gdyby jed­nak jakimś cudem udało jej się wypeł­nić misję i zli­kwi­do­wać Gutiérreza, zdra­dzi­łaby kraj, nara­ża­jąc go na kon­se­kwen­cje, o któ­rych nawet nie chciała myśleć. Prze­cież po takiej akcji Europa mogłaby się odwró­cić do Pol­ski ple­cami, pozo­sta­wia­jąc ją na pastwę rosyj­skich żoł­da­ków. W takim wypadku wojna, zwłasz­cza bio­rąc pod uwagę aktu­alną sytu­ację na Wscho­dzie, wyda­wała się nie­uchronna, co gor­sza, Luta nie miała żad­nej gwa­ran­cji, że po wyko­na­niu zada­nia i poświę­ce­niu bez­pie­czeń­stwa kraju znów zoba­czy dzieci.

Pomy­ślała, że to jakiś bez­denny kosz­mar, z któ­rego bar­dzo pra­gnie się obu­dzić. Pomy­ślała też, że Borys żyje w tym kosz­marze dużo dłu­żej. Wciąż nie potra­fiła go jed­nak uspra­wie­dli­wić. To było ponad jej siły.

-?Skąd w ogóle masz te wszyst­kie infor­ma­cje? -?zmie­niła temat. -?Skąd masz pew­ność, że Kreml zaata­kuje?

-?Tylko wyjąt­kowi naiw­niacy albo po pro­stu idioci wciąż się łudzą, że Putin się wycofa. On już pod­jął decy­zję o ataku. Plan zli­kwi­do­wa­nia "Gutiego" jest tego naj­bar­dziej jaskra­wym dowo­dem.

Nie­chęt­nie musiała przy­znać, że Borys znów ma rację. Już w grud­niu, gdy Moskwa wysu­nęła swoje żąda­nia o cof­nię­ciu NATO do gra­nic sprzed 1997 roku, zro­zu­miała, że to nie skoń­czy się na poli­ty­ko­wa­niu w zaci­szu gabi­ne­tów. Prze­ga­dała temat z kil­koma ludźmi z branży. Żaden z nich nie miał złu­dzeń. Wojna była nie­uchronna. Pozo­sta­wało pyta­nie, jaką osią­gnie skalę. Potem jed­nak dowie­działa się o śmierci dziadka, czym prę­dzej pole­ciała do Tur­cji i...

Chry­ste! Prze­cież od początku była tylko pion­kiem w grze o dużo więk­szą stawkę. Pier­do­lone GRU zapla­no­wało to wszystko od samego początku. Szu­kali słupa, któ­rym nie bru­dząc sobie rąk, mogli się posłu­żyć, aby zde­sta­bi­li­zo­wać całą Europę. Ona zaś nada­wała się do tego ide­al­nie. Była żoł­nierz jed­nej z naj­lep­szych na świe­cie jed­no­stek sił spe­cjal­nych, któ­rej prze­szłość po odej­ściu ze służby została utaj­niona, wybitna snaj­perka z pią­tym z kolei rekor­do­wym tra­fie­niem w histo­rii, a do tego kobieta i matka dwójki dzieci, któ­rej -?może poza kil­koma woj­sko­wymi zna­ją­cymi jej moż­li­wo­ści -?nikt by nie podej­rze­wał o tego typu akcję. Rosyj­ski wywiad musiał ją tylko prze­te­sto­wać, aby się upew­nić, że podoła zada­niu. Stety, nie­stety, egza­min zdała na szóstkę z plu­sem. Nie­mal w poje­dynkę wybiła jeden z naj­więk­szych kla­nów mafij­nych w Euro­pie, do tego umie­jęt­nie zacie­ra­jąc po sobie wszel­kie ślady.

Poczuła, że zaraz pęk­nie jej głowa. Zamknęła powieki, wtedy przed oczami sta­nęły jej prze­ra­żone twa­rze Franka i Werki. Z tru­dem powstrzy­mała łzy. Nie mogła oka­zać sła­bo­ści. Zwłasz­cza przy Bory­sie.

Dla nie­po­znaki scho­wała się cała w bul­go­czą­cej wodzie, a gdy się wynu­rzyła, odgar­nęła przy­kle­jone do policz­ków kosmyki. Pomy­ślała, że wyszło kiep­sko. Borys nie był idiotą.

-?Niby jak mamy to zro­bić? -?zapy­tała.

-?Na kwa­te­rze mam szcze­gó­łowe plany. Myślę, że to naj­lep­sza pora, aby się im przyj­rzeć.

-?Gdzie ta twoja kwa­tera?

-?W bloku naprze­ciwko two­jego.

-?Iwan nie próż­no­wał...

-?Oni potra­fią w takie rze­czy.

-?Po kim to miesz­ka­nie?

-?Nie pyta­łem. I ty też nie pytaj. To nie ma już żad­nego zna­cze­nia.

Luta przy­po­mniała sobie, jak kilka tygo­dni temu, jakoś koło pół­nocy, jej uwagę zwró­cił pod­jeż­dża­jący na sygnale ambu­lans. Zer­k­nęła przez okno, bo takie sytu­acje zawsze budziły w niej dodat­kowy nie­po­kój. Ratow­nicy nie mieli dużo roboty, a chwilę póź­niej na miej­scu poja­wiła się poli­cja i kara­wan. Pra­cow­nicy zakładu pogrze­bo­wego wynie­śli z klatki naprze­ciwko czarny worek. Dzień póź­niej, gdy robiła zakupy w osie­dlo­wym skle­piku, usły­szała, że zwłoki nale­żały do osiem­dzie­się­cio­let­niej kobiety, nie­ja­kiej Celiny Mil­ler. Podobno umarła we śnie...

-?Oni nie mają żad­nych skru­pu­łów -?ode­zwał się Borys, jakby czy­tał jej w myślach. -?I masz rację. Nie zosta­wiają niczego dziełu przy­padku - dodał, a potem wstał i wyszedł z jacuzzi. Luta rów­nież opu­ściła bul­go­czący bro­dzik.

-?Żeby była jasność -?rzu­ciła, gdy zaczęła się wycie­rać. -?Nie prze­stą­pisz progu mojego miesz­ka­nia.

-?O tym zade­cy­duje Iwan.

-?O tym decy­duję ja -?wark­nęła. -?A jeśli Iwan ma z tym jakiś pro­blem, to niech kon­tak­tuje się ze mną oso­bi­ście. Wytłu­ma­czę mu, że nie dam rady sku­pić się na zada­niu, gdy w domu moich dzieci będzie krę­cił się zdrajca, który nara­ził je na ten kosz­mar. A teraz spier­da­laj do tej swo­jej kwa­tery. Ja muszę się przejść i sobie to wszystko poukła­dać.

Teraz wła­śnie mijała pomnik Boha­te­rów Dru­giej Wojny Świa­to­wej, stary monu­ment odsło­nięty jesz­cze za głę­bo­kiego PRL-u, zresztą w pier­wot­nej wer­sji upa­mięt­nia­jący pocho­wa­nych na zli­kwi­do­wa­nym cmen­ta­rzu stu dzie­więć­dzie­się­ciu sze­ściu żoł­nie­rzy Armii Czer­wo­nej. Zatrzy­mała się przy beto­no­wej kon­struk­cji, przy oka­zji dys­kret­nie lustru­jąc oko­licę. W ciągu godzin­nego spa­ceru, który jed­no­cze­śnie miał być trasą spraw­dze­niową mającą na celu zwe­ry­fi­ko­wa­nie, czy nie zna­la­zła się pod kon­trolą ope­ra­cyjną swo­ich "sze­fów", nie mogła oprzeć się wra­że­niu, że ktoś jed­nak za nią cho­dzi. Nie zna­la­zła na to twar­dego dowodu. Dwu­krot­nie natknęła się tylko na postaw­nego męż­czy­znę w gra­na­to­wej pucho­wej kurtce. Za pierw­szym razem ujrzała jego odbi­cie w szy­bie wysta­wo­wej lum­peksu, a za dru­gim razem mignął jej w bra­mie jed­nej z kamie­nic. To mógł być przy­pa­dek, ow­szem, ale gdy wtedy posłała mu dys­kretne spoj­rze­nie, facet nieco zbyt ner­wowo wszedł do małego kan­toru. W ciągu kilku kolej­nych minut szu­kała go za ple­cami, ale już się nie poja­wił. Albo więc rze­czy­wi­ście był to tylko zbieg oko­licz­no­ści, albo facet był pro­fe­sjo­na­li­stą. Co z tego, że gdyby nawet go zde­kon­spi­ro­wała, to i tak nie mogłaby z tym nic zro­bić.

Luta posta­wiła koł­nierz płasz­cza, popra­wiła czapkę i wytarła łzę. Uspra­wie­dli­wiła się przed samą sobą, że to wina zim­nego wia­tru. Na nie­za­bu­do­wa­nym Placu Boha­te­rów rze­czy­wi­ście hulał jak wście­kły, wci­ska­jąc się w każdy moż­liwy zaka­ma­rek. Raz jesz­cze się rozej­rzała, pocią­gnęła nosem i ruszyła w stronę głów­nej arte­rii mia­sta.

Gdy przy­sia­dła na jed­nym z krze­se­łek przy­stanku auto­bu­so­wego, męż­czy­zna w pucho­wej kurtce wciąż miał ją w zasięgu wzroku. Dosko­nale zda­wał sobie sprawę, że pra­wie się zde­kon­spi­ro­wał, dla­tego zaraz po opusz­cze­niu kan­toru wło­żył kurtkę na drugą stronę. Teraz z zewnątrz przy­po­mi­nała czarną skórę, a on faceta z brzusz­kiem. Oku­lary i wyjęty z kie­szeni kasz­kiet dopeł­niły dzieła bły­ska­wicz­nej meta­mor­fozy, mimo to wciąż trzy­mał się na dystans. Gdy Luta wsia­dła do auto­busu, szybko spraw­dził w sieci numer linii i trasę. Chwilę póź­niej wsiadł do tak­sówki.

-?Dokąd jedziemy? -?zapy­tał sie­dzący za kół­kiem siwy męż­czy­zna pod sześć­dzie­siątkę. Miał na nosie duży pie­przyk, który nie doda­wał mu urody.

-?Skręci pan w prawo, a następ­nie nawróci -?oznaj­mił klient. -?Będzie pan jechał powoli tam, gdzie panu powiem. I nie będzie pan zada­wał wię­cej pytań. Boli mnie od nich głowa -?dodał, a następ­nie wrę­czył męż­czyź­nie bank­not z kró­lem Jagiełłą.

Tak­siarz przy­jął pie­nią­dze bez słowa i już się nie odzy­wał. W swoim sto­sun­kowo dłu­gim życiu woził wielu róż­nych klien­tów i widział wystar­cza­jąco dużo, aby wie­dzieć, kiedy zamilk­nąć. Od tego momentu robił, co mu kazano. Męż­czy­zna na tyl­nym sie­dze­niu wyda­wał kolejne komendy, ale Rysiek nie był głupi i szybko zdał sobie sprawę, że jadą za auto­bu­sem linii numer osiem. Tych myśli jed­nak nie wyar­ty­ku­ło­wał. Uznał, że lepiej pil­no­wać swo­jego nosa.

Rozdział 4

Wnętrze obskur­nego maga­zynu tonęło w pół­mroku.

Pano­wał przy­jemny chłód, a w tle grał tele­wi­zor. Na ekra­nie prę­żyła się jakaś laty­no­ska pięk­ność, która co rusz poja­wiała się w innym antu­rażu. Nikt z zebra­nych nie znał jej per­so­na­liów, choć była podobno cał­kiem popu­larną woka­listką. Na stole leżały roz­sy­pane karty i bank­noty, począw­szy od Kazi­mie­rza Wiel­kiego, a skoń­czyw­szy na Janie III Sobie­skim. W rogu leżała wci­śnięta do kabury beretta, a obok niej napo­częta butelka z piwem. Dwie inne znaj­do­wały się w rękach sie­dzą­cych przy stole męż­czyzn, czwarta wła­śnie była opróż­niana, a kiedy z powro­tem wylą­do­wała na bla­cie, ciszę prze­rwało soczy­ste bek­nię­cie. Gdy ponow­nie roz­legł się sze­lest taso­wa­nych kart, z odle­głego kąta dało się sły­szeć zgrzyt otwie­ra­nego zamka. Oczy trójki gra­czy od razu zwró­ciły się w tę stronę. Czwarty wyło­nił się z kory­ta­rza z toa­letą. Aku­rat dopi­nał roz­po­rek.

-?I znowu w kom­ple­cie -?rzu­cił jeden z kar­cia­rzy, ogo­lony na łyso męż­czy­zna koło czter­dziestki. Miał cha­rak­te­ry­styczną brodę, którą wień­czył krótki war­ko­czyk, i nazy­wał się Krzysz­tof Mysz­kow­ski vel Mysza albo Mycha. Rękawki brą­zo­wego T-shirta z kie­szonką opi­nały jego bicepsy do gra­nic moż­li­wo­ści, a przed­ra­miona prze­ci­nała siatka nie­bie­skich żył. Lubił muzykę poważną, zwłasz­cza Cho­pina i Bacha, dobrze grał w koszy­kówkę, a dwa lata temu uro­dził mu się pierw­szy syn, któ­remu dał na imię Karol.

Pozo­stali mu zawtó­ro­wali i kolejno wsta­wali, aby ser­decz­nie pokle­pać się po ple­cach z przy­by­łym. Naj­pierw z krze­sła pod­niósł się Leon Bogu­sław­ski, na któ­rego wszy­scy wołali Boguś lub Pięk­niś. Miał nie­po­zorną syl­wetkę, a krótko przy­strzy­żone włosy i ogo­lone policzki pod­kre­ślały jego urodę, przez co wyda­wał się jesz­cze bar­dziej atrak­cyjny. Wra­że­nie to spra­wiało, że naj­czę­ściej pako­wał się w kło­poty, bo kobiety do niego lgnęły, nawet te z obstawą. Ich nad­po­bu­dliwi ado­ra­to­rzy rzadko kiedy potra­fili oce­nić swoje szanse, a gdy już leżeli z roz­bi­tymi nosami i wykrę­co­nymi rękami na ziemi, zwy­kle było za późno. Boguś sły­nął z tego, że przy­rzą­dza rów­nie dobre spa­ghetti, jak dobrze ciska nożami w kap­sle po piwach.

Po nim z przy­by­szem przy­wi­tał się Roman Kmie­cik, do któ­rego przy­lgnęła ksywka Zumba. Regu­lar­nie się golił i czę­sto żuł gumę, z zumbą zaś nie miał nic wspól­nego, ale kie­dyś jeden z jego kom­pa­nów pomy­lił tre­no­waną przez niego capo­eirę z zumbą i tak już zostało. Kmie­cik lubił też wspi­naczkę, ostre jedze­nie, a nie zno­sił macha­nia cię­ża­rami, bo uwa­żał, że i tak mia­ro­dajne wyniki daje tylko kali­ste­nika. Być może wła­śnie dla­tego doszedł do per­fek­cji w pano­wa­niu nad wła­snym cia­łem, gdyż poru­szał się jak kot, z miej­sca potra­fił zro­bić salto i na wypro­sto­wa­nych nogach doty­kał łok­ciami ziemi.

-?A cie­bie to chyba z dekadę nie widzia­łem -?rzu­cił przy­bysz w kie­runku tego, który wła­śnie wró­cił z toa­lety. -?Wyro­słeś, posi­wia­łeś -?dodał, zer­ka­jąc wymow­nie na srebrne pasemka nad uszami. -?Jak idzie niań­cze­nie tych przy­głu­pów?

-?Nudy -?odparł Miron Sta­chow­ski, naj­młod­szy z zebra­nych. Miał trzy­dzie­ści osiem lat, a na jego szyi wciąż stra­szyła paskudna bli­zna po postrzale, którą zwy­kle krył pod koł­nie­rzem bia­łej koszuli zakła­da­nej po to, aby odpo­wied­nio pre­zen­to­wać się w towa­rzy­stwie naj­waż­niej­szych osób w pań­stwie. Sta­chu, bo taką ksywę miał od lat szkol­nych, był dum­nym posia­da­czem pią­tego dana w judo, więc w zwar­ciu nie miał sobie rów­nych. W ostat­nich latach pochło­nęła go nauka bra­zy­lij­skiego jiu-jitsu, gdzie zdo­łał dochra­pać się brą­zo­wego pasa, więc i w par­te­rze wyda­wał się nie do ugry­zie­nia. Poza tym lubił oglą­dać filmy przy­rod­ni­cze i miał małe, ale wła­sne obser­wa­to­rium astro­no­miczne, gdzie wie­czo­rami spę­dzał więk­szość czasu, szu­ka­jąc na nie­bie nowych gwiazd albo nad­la­tu­ją­cych z otchłani komet. Sta­chu szybko zaczął siwieć i nie zno­sił poli­tyki.

Przy­były męż­czy­zna raz jesz­cze przyj­rzał się daw­nym pod­ko­mend­nym. Wszy­scy zali­czali się do aktu­al­nych bądź byłych żoł­nie­rzy Sił Zbroj­nych Rze­czy­po­spo­li­tej Pol­skiej, peł­nią­cych służbę w Jed­no­stce Woj­sko­wej Koman­do­sów. Cisi i sku­teczni. Naj­lepsi z naj­lep­szych. Wyjąt­kiem był Sta­chu, który po akcji w afgań­skim Qal'a-i-Najil, ciężko postrze­lony w szyję, po pół­rocz­nej rekon­wa­le­scen­cji musiał odejść z woj­ska. Po dwóch latach dostał pracę w Biu­rze Ochrony Rządu kilka lat temu prze­mia­no­wa­nej na Służbę Ochrony Pań­stwa.

Męż­czy­zna z zado­wo­le­niem zano­to­wał, że wszy­scy wyglą­dają na takich, co trzy­mają formę i przede wszyst­kim wie­dzą, po co tu przy­szli. Niczego wię­cej nie ocze­ki­wał.

-?Kawy, sze­fie? -?zapy­tał Boguś, wie­dząc, że gość nie pije alko­holu.

-?Chęt­nie.

Major Grze­gorz Żywu­ski dosiadł się do stołu. Praca w szta­bie spra­wiła, że od dawna nie był w ogniu walki, a obo­wiązki rodzinne i per­ma­nentny brak czasu nie dawały wielu moż­li­wo­ści do spo­tkań ze sta­rymi przy­ja­ciółmi z pola walki. Od pęp­ko­wego swo­jej naj­młod­szej córki nie widział żad­nego z nich. Pomy­ślał, że czas pły­nie coraz szyb­ciej. Mimo że impreza na cześć Zuzi odbyła się ponad trzy lata temu, wciąż miał wra­że­nie, jakby od stołu ode­szli wczo­raj. Pomy­ślał też, że ma to swoje dobre strony. Te trzy lata nic w ich rela­cjach nie zmie­niły. Sama obec­ność tych face­tów spra­wiała, że czuł się jak w domu.

Gdy Bogu­sław­ski posta­wił przez Żywu­skim kubek z kawą i sam usiadł do stołu, roz­mowy umil­kły. Z blatu znik­nęły karty i pie­nią­dze, pozo­stały jedy­nie butelki z piwem. Na ekra­nie wyci­szo­nego tele­wi­zora laty­no­ską pięk­ność zastą­pił nikomu nie­znany gruby raper z kilo­gra­mami złota na szyi. W przy­ozdo­bio­nych sygne­tami pal­cach trzy­mał wiel­kie cygaro, a na smy­czy przy­pięte miał dwie tan­cerki, które waro­wały przy jego nogach niczym nie­wol­nice.

-?Wyłącz to -?rzu­cił major w stronę Sta­cha, który miał naj­bli­żej do pilota. Cho­rąży Sta­chow­ski wyko­nał pole­ce­nie, a gdy w pomiesz­cze­niu zapa­dła kom­pletna cisza, Żywu­ski raz jesz­cze omiótł spoj­rze­niem swo­ich ludzi. Odchrząk­nął. -?Na początku chciał­bym wam wszyst­kim bar­dzo podzię­ko­wać za to, że zja­wi­li­ście się w kom­ple­cie. Zwłasz­cza że sytu­acja jest jaka jest.

-?Bez takich, sze­fie -?bąk­nął Mysz­kow­ski. -?Chyba nikt tu nie musi wysłu­chi­wać głod­nych kawał­ków. Jeste­śmy tu i zro­bimy, co trzeba.

-?Dobrze gada -?rzu­cił Kmie­cik, a inni mu zawtó­ro­wali.

Żywu­ski prze­łknął ślinę i podra­pał się po kil­ku­dnio­wym zaro­ście. Poczuł dumę, a nawet tro­chę się wzru­szył. Kochał tych face­tów i dałby się pokroić za każ­dego z nich. Nie miał naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że z wza­jem­no­ścią.

-?Do sedna, sze­fie. -?Kmie­cik wyjął z ust gumę do żucia. -?Jak znam życie, to sprawa jest pilna i czas nie gra na naszą korzyść.

-?To prawda -?przy­znał major. -?Ale musi­cie wie­dzieć, że tym razem to będzie nie­au­to­ry­zo­wana akcja. Co gor­sza, wciąż nie znamy celu i to w naszej gestii będzie usta­lić, gdzie są prze­trzy­my­wane dzieci Lutki.

-?Za Lutkę -?rzu­cił Boguś. Wszy­scy poza Żywu­skim stuk­nęli się butel­kami.

-?Mam zaufa­nego czło­wieka w SKW, któ­remu nada­łem temat -?kon­ty­nu­ował Żywu­ski. -?Kie­dyś uda­rem­ni­li­śmy zamach na jego córkę, która pra­co­wała jako dzien­ni­karka w Afga­ni­sta­nie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki