Prolog. Początek
W złotym wieku Królestwa Jasnych Smoków świty rodziły się w blasku, jakby samo słońce kładło dłonie na tych ziemiach w geście błogosławieństwa. Noce zaś strzegły miękkiego srebra gwiazd, które odbijało się w kryształowych taflach jezior i w marmurowych kolumnach pałacu. W wysokich salach z białego kamienia, gdzie witraże opowiadały barwnym światłem dawne bitwy i legendy, mieszkała mała księżniczka Aureliana.
Jej oczy miały barwę porannego nieba - czyste, głębokie, z iskrą światła, która zdawała się żyć własnym życiem. Włosy połyskiwały niczym promienie słońca uwięzione w najcieńszych złotych niciach, a każdy ich ruch rozpraszał dzień nowym blaskiem. Była najmłodszą córką króla Altarisa i królowej Seryllii - władców, których magia światła była tak stara jak góry otaczające królestwo. Ich moc chroniła te ziemie przed wszelką ciemnością, a serca ludu wypełniały wiara i spokój.
Tamtego dnia Aureliana miała zaledwie cztery lata. Śmiała się, biegając po ogrodach skąpanych w słońcu, gdzie powietrze pachniało słodyczą lilii księżycowych, a w fontannach igrały promienie, rozbijając się na tysiące maleńkich tęcz. Obok niej kroczył jej starszy brat, siedmioletni książę Dariel - bohater, obrońca, pierwszy nauczyciel w zabawach, w których byli wielkimi smokami strzegącymi światła przed mrokiem.
Wszystko wydawało się wieczne... aż nadszedł wieczór. Słońce zatonęło w horyzoncie zbyt szybko, jakby ktoś pociągnął za niewidzialną nić, a cienie zgęstniały, cięższe niż zwykle. Lekki wietrzyk, który za dnia niósł woń kwiatów, teraz przynosił chłód i niepokój.
Gdy Dariel pochylił się nad stawem, by zerwać dla siostry rzadki kwiat, zza starych cyprysów, których korony szeptały z wiatrem, wysunęły się postacie w czarnych płaszczach. Twarze kryły gładkie, bezduszne maski, a w dłoniach trzymali łańcuchy utkane z mroku, w których migotały iskry obcej, lodowatej magii. Poruszali się bezszelestnie, jak drapieżniki. Nim książę zdążył się podnieść, jeden z nich pochwycił Aurelianę.
- Braciszku... - wyszeptała, a jej głos zadrżał jak płomień świecy na wietrze, gotowy zgasnąć.
Dariel rzucił się naprzód, lecz fala czarnej magii uderzyła w jego pierś jak lodowe ostrze, odrzucając go na kamienne płyty. Obraz przed oczami zamglił się. Ostatnim, co zobaczył, były sylwetki w płaszczach znikające w gęstniejącym mroku, niosące jego siostrę, a jej drobna dłoń wyciągała się ku niemu - coraz dalej i dalej.
W tej chwili w sercu chłopca coś pękło. Wiedział: to sprawka ludzi - tych, którzy zazdrościli światła i pragnęli mocy, jaką władał ich ród. Od tego dnia Dariel znienawidził ich całym sercem.
Gdy wieść o porwaniu rozniosła się po pałacu, król i królowa rozkazali wznieść magiczne mury, odcinając Królestwo Jasnych Smoków od świata ludzi. Lecz wraz z tym światło w ich ziemi zaczęło gasnąć. Ogrody utraciły dawny blask, kwiaty przestały otwierać płatki o świcie, gwiazdy nad pałacem przygasły, a w sercach ludu zagościł cień. Nawet powietrze, niegdyś pełne ciepła, stało się chłodne i ciężkie.
Od tamtego dnia w królestwie nie było już poranka, który wydawałby się naprawdę jasny.
Dziś może zmienić się wszystko
Szary poranek. Chłód przenika mnie do kości, nawet przez moją starą, wytartą kurtkę, którą noszę już trzeci rok. W sierocińcu zawsze unosi się zapach wilgoci, czerstwego chleba i czegoś jeszcze - mieszaniny zmęczenia, kurzu i cudzej obojętności. Okna są matowe, jakby ktoś celowo je zamazał, byśmy nie mogli zobaczyć, że tam, za murami, istnieje inny świat.
Przywykłam do tego - do zimnych ścian, obcych głosów, do świadomości, że nikt nie czeka na mnie za drzwiami. Tutaj zawsze byłam zbędna. Nie najsłabsza, nie najgłośniejsza, po prostu... niepotrzebna.
Moja dobroć uchodziła tu za słabość. Wystarczyło, że podzieliłam się kromką chleba z młodszymi - mówiono, że jestem "zbyt miękka". Wystarczyło, że stanęłam w obronie kogoś - śmiali się, że "szukam kłopotów". Nie potrafiłam odpowiadać złem na zło, i za to mnie pogardzano. Wychowawczyni lubiła powtarzać: "W tym świecie przetrwają tylko ci, którzy potrafią gryźć". Ja nie gryzłam. I może właśnie dlatego mnie nie lubiano.
Stoję przy umywalce, patrzę na swoje odbicie w pękniętym lustrze. Eli Veyrin - to całe moje imię. Bez szlacheckich tytułów, bez rodowodu, bez rodziny. Sierota. Dziewczyna, która zawsze była obca.
Z lustra spoglądają na mnie oczy w kolorze porannego nieba - czyste, głębokie, z ledwie dostrzegalnymi złotymi iskrami, które zapalają się, gdy się złoszczę lub denerwuję. Włosy - długie, gęste, złote jak promienie słońca uwięzione w najcieńszych niciach. Nawet w mdłym świetle sierocińcowej lampy wyglądają, jakby świeciły od środka. Tutaj nie uważano tego za piękne - dla nich to była dziwność, powód do drwin.
Dziś idę do Akademii Magii.
Serce bije tak głośno, że boję się, iż wszyscy je słyszą. Zdaje się, że uderza w rytm moich kroków, dudniąc w skroniach. Idę ulicami miasta, które wciąż drzemią w porannych mgłach. Kamienne bruki błyszczą od rosy, a w powietrzu mieszają się zapachy świeżego chleba z piekarni, dymu z pierwszych ognisk i chłodnej wilgoci. Mijają mnie ludzie - ktoś spieszy na targ, ktoś prowadzi dziecko za rękę, ktoś niesie kosz owoców. Nikt z nich nie wie, że dla mnie ten dzień jest granicą między "przed" a "po".
Im bliżej Akademii, tym mocniej ogarnia mnie dziwne uczucie - mieszanina zachwytu, lęku i oczekiwania. Słyszałam o niej tylko z opowieści: o wieżach sięgających chmur, o salach, w których powietrze przesycone jest magią, o bibliotece, gdzie księgi pamiętają czasy sprzed narodzin królestw.
I oto jest - przede mną.
Brama Akademii wznosi się niczym wrota do innego świata. Wysoka, kuta, zdobiona wzorami splatających się smoczych skrzydeł. Za nią - szeroka aleja prowadząca do głównego gmachu. Wieże z białego kamienia lśnią w porannym świetle, a na ich szczytach krążą magiczne sfery, migocząc wszystkimi barwami żywiołów.
Robię krok naprzód i serce zamiera. Wydaje się, że nawet powietrze jest tu inne - gęste, nasycone, jakby każda jego cząstka była wypełniona mocą.
W sierocińcu nikt nigdy nie mierzył naszego magicznego potencjału. Nie mieliśmy nauczycieli, nikt nie uczył nas zaklęć ani nawet podstaw magii. Rosliśmy jak chwasty za płotem - bez opieki, bez wiedzy, bez przyszłości.
Dla ludzi magia jest rzadkością. A dla sieroty takiej jak ja - niemal niemożliwością.
A jednak to zawsze było moim marzeniem. Uczyć się. Poznawać. Dotykać tego, co inni nazywają cudem. Marzyłam o tym, gdy szorowałam podłogi w sierocińcowej kuchni, gdy cerowałam cudze ubrania, gdy zasypiałam na twardej pryczy, słuchając, jak za oknem wyje wiatr.
Jeśli uda mi się dostać... jeśli przejdę próby... jeśli otrzymam stypendium - wszystko się zmieni.
Jestem Eli Veyrin. I dziś zaczyna się moja historia.
Pokój wśród obcych
Szliśmy długim korytarzem Akademii, a każdy mój krok odbijał się w uszach głuchym echem, jakby same ściany zapamiętywały ten dźwięk. Kamienne płyty posadzki były wypolerowane na połysk, a w ich gładkiej powierzchni odbijały się języki płomieni pochodni. Młody mag w ciemnoszarej todze szedł przede mną, nie oglądając się, ale czułam - wiedział, że idę za nim, i pilnował, bym nie została w tyle.
Za wysokimi oknami gęstniał już zmierzch. Niebo przybrało głęboki, granatowy odcień, a pierwsze gwiazdy nieśmiało migotały nad wieżami Akademii. Pochodnie na ścianach zapalały się same, jedna po drugiej, wypełniając korytarz miękkim, złotym światłem. Płomień palił się równo, bez drżenia, a od niego unosił się delikatny aromat suszonych ziół i czegoś korzennego, kojącego.
W końcu wyszliśmy na wewnętrzny dziedziniec. Powietrze było tu chłodniejsze, więc wciągnęłam je głęboko w płuca, czując zapach wilgotnego kamienia zmieszanego z wonią nocnych kwiatów. Przeszliśmy obok fontanny, w której cicho szemrała woda, i podeszliśmy do masywnego budynku z wysokim gankiem. Nad ciężkimi, dębowymi drzwiami wisiała tabliczka z wygrawerowanym słowem: "Akademik".
W środku przywitał nas mężczyzna o krępej sylwetce, krótko ostrzyżonych włosach i przenikliwym spojrzeniu. Twarz miał ogorzałą, o ostrych rysach, a na todze brakowało barw wydziału - jedyną ozdobą był wyszyty srebrem znak klucza na piersi. Zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów, a kąciki jego ust uniosły się w uśmiechu pozbawionym ciepła.
- Imię? - zapytał chrapliwym, lekko kpiącym tonem.
- Eli Veyrin - odpowiedziałam, starając się mówić spokojnie, choć w środku wszystko ścisnęło się jak od lodowatego podmuchu.
- Oho, prostaczka - przeciągnął, a w jego głosie zabrzmiała otwarta drwina. - Czyli wydział magii użytkowej?
- Adeptka została przyjęta na wydział żywiołów - odparł równym, lecz stanowczym tonem mój przewodnik, nawet nie mrugając.
Zarządca mrugnął, jakby nie od razu zrozumiał, co usłyszał, po czym zmarszczył brwi.
- Chyba sobie żartujecie? - w jego głosie pobrzmiewało i zdumienie, i irytacja. - Odkąd tu pracuję, coś takiego się nie zdarzyło. Nie mam pokoi dla... takich jak ona w ich skrzydle.
- Ma takie same prawa jak wszyscy - przerwał mu chłodno mój towarzysz. - Rozkaz rektora.
Zarządca głośno wypuścił powietrze, ale nie podjął dalszej dyskusji.
- Dobrze... - mruknął, posyłając mi jeszcze jedno długie, oceniające spojrzenie, w którym wyraźnie czytałam: jesteś tu obca. - Proszę za mną.
Weszliśmy po szerokich schodach wyłożonych bordowym dywanem. Na ścianach wisiały obrazy przedstawiające majestatyczne smoki i magów w bojowych togach. Korytarz był długi, z wysokim sufitem i drzwiami po obu stronach, każda z mosiężną tabliczką i wygrawerowanym numerem.
Zarządca zatrzymał się przy jednych z drzwi, wyjął klucz z pęku i otworzył je.
- Tu mieszka się parami - powiedział, odsuwając się na bok. - Ma Pani własny pokój i wspólny salon z sąsiadką.
Weszłam i zamarłam.
Pokój przywitał mnie miękkim światłem i ciepłem, jakby chciał mnie oszukać, wmówić, że jestem tu u siebie. Przy oknie stało łóżko z rzeźbionym, drewnianym wezgłowiem, nakryte kocem w odcieniu głębokiego granatu, w którym można było utonąć wzrokiem. Na poduszkach leżała starannie złożona pościel i cienka narzuta z wyszytym herbem Akademii. Obok - biurko z ciemnego drewna, na którym czekał stos czystych zeszytów, pióro i kałamarz. Przy ścianie - wysoka szafa z lustrem, w rogu - niewielka komoda z mosiężnymi uchwytami, połyskującymi w blasku kominka.
Z boku prowadziły drzwi do wspólnego salonu. Zajrzałam tam: kanapa i dwa fotele obite miękką tkaniną, regał z książkami, kominek, w którym cicho trzaskał ogień, wypełniając pokój zapachem palonego drewna. Na niskim stoliku stał wazon z suszonymi kwiatami, a na parapecie - gliniany doniczkowy kwiat, którego płatki świeciły bladoniebieskim światłem, jakby zatrzymały w sobie cząstkę nocnego nieba.
- Proszę się rozgościć - powiedział zarządca, podając mi klucz. Jego palce były zimne, a spojrzenie wciąż oceniające, jakby już wiedział, że nie zostanę tu długo.
Przesunęłam dłonią po gładkiej powierzchni biurka, dotknęłam miękkiego koca... i nagle słowa same wyrwały się z ust:
- Nie będę w stanie za to zapłacić...
Mój głos zabrzmiał głucho, niemal obco. W tym przepychu było coś przytłaczającego - każdy przedmiot, każdy detal przypominał, że nie należę do tego świata. Że to nie jest moje. Że w każdej chwili ktoś może wejść i powiedzieć: pomyłka, to nie dla ciebie.
Zarządca parsknął, jakby czytał w moich myślach.
- Któż by wątpił - mruknął z uśmiechem pozbawionym cienia współczucia.
- Proszę się tym nie martwić - odezwał się stanowczo mój przewodnik, patrząc mi prosto w oczy. Jego głos był spokojny, ale brzmiała w nim pewność, która sprawiła, że zrobiło mi się odrobinę cieplej. - To sprawa Akademii. Rozkaz rektora.
Skinęłam głową, nie ufając sobie, by się odezwać - bałam się, że głos mi zadrży. Zacisnęłam palce na kluczu tak mocno, że wbił mi się w skórę.
Przewodnik zatrzymał się w progu, jeszcze raz omiótł pokój spojrzeniem, po czym spojrzał na mnie.
- Powodzenia - powiedział cicho, a w jego głosie nie było ani odrobiny ironii. - Będzie Pani go potrzebować.
Drzwi zamknęły się za nimi, a ja zostałam sama w ciszy swojego nowego pokoju.
***
Cisza była niemal namacalna - gęsta jak ciepły miód, a jednocześnie niepokojąca. Tylko ciche trzaskanie drewna w kominku i sporadyczny szelest wiatru za oknem przerywały jej ciągłość.
Powoli podeszłam do łóżka i usiadłam na jego brzegu. Materac miękko ugiął się pod moim ciężarem, a to uczucie było tak obce, że na moment zastygłam, bojąc się rozluźnić. W sierocińcu łóżka były twarde, z cienkimi kocami, które nie grzały w chłodne noce. Tutaj - ciepło, miękkość, przytulność... i wszystko to wydawało się cudze, jak suknia skrojona nie na twoją miarę.
Przesunęłam dłonią po kocu, czując pod palcami gładką tkaninę. Wzrok powędrował po pokoju: starannie ułożone zeszyty na biurku, połysk mosiężnych uchwytów komody, miękkie światło bijące od kwiatka na parapecie. Wszystko to było moje... a jednocześnie - nie moje.
Wciągnęłam głęboko powietrze, próbując zapamiętać zapachy: drzewny aromat kominka, delikatną nutę suszonych kwiatów, świeżość nocnego powietrza wpadającego przez uchylone okno.
Jestem w Akademii.
Myśl tak prosta... i tak niewiarygodna. Naprawdę tu jestem. Przeszłam przez bramę, zdałam próbę, a teraz mam pokój, klucz, mundur... szansę.
A jednak w piersi poruszył się chłód. Wydział Żywiołów. Smoki. Czystokrwiści magowie, którzy będą patrzeć na mnie tak, jak dziś patrzył Kaeldar el Ravehart - z chłodną oceną, z wątpliwością, z gotowością, by dostrzec mój błąd.
Przypomniałam sobie jego spojrzenie - ciężkie jak kamień i ostre jak klinga. Nie było w nim ani odrobiny wiary we mnie. I może właśnie to paliło najmocniej.
- Poradzę sobie - wyszeptałam w pustkę pokoju.
***
Pod wieczór, gdy za oknami gęstniał zmierzch, usłyszałam w korytarzu lekki, ale pewny stuk obcasów. Drzwi do wspólnego salonu otworzyły się szeroko i w progu stanęła dziewczyna.
Była wysoka, o prostej, niemal królewskiej postawie, w której czuło się wrodzoną władzę. Długie włosy w kolorze skrzydła kruka spływały ciężką falą na ramiona, w blasku kominka połyskując granatem i fioletem. Skóra - blada jak porcelana, a oczy - głębokiego bursztynu, w których migotały złote iskry, jak w spojrzeniu smoka o świcie. Miała na sobie ciemną togę z srebrnym haftem przedstawiającym splatające się skrzydła i pradawne runy, a na piersi - niewielki znak w kształcie czarnego smoczego pazura oprawionego w złoto.
Weszła do środka, zatrzymała się dwa kroki ode mnie i, nie odrywając spojrzenia, powiedziała równym, władczym tonem:
- Jestem Katarina el Ravehart, księżniczka Ciemnych Smoków.
Na moment straciłam rezon, serce zabiło mocniej. Współlokatorka. Księżniczka. Bratanica Kaeldara.
- Eli Veyrin - przedstawiłam się, starając się, by głos mi nie zadrżał.
Katarina lekko zmrużyła oczy, lustrując mnie wzrokiem, a w jej bursztynowych tęczówkach mignęło lekkie zdziwienie.
- Co ty tu robisz? To akademik dla smoków.
- Przyjęto mnie na Wydział Żywiołów - odpowiedziałam, czując, jak w środku wszystko się napina.
Mrugnęła, a na jej twarzy pojawiło się szczere zaskoczenie.
- Co? - w jej głosie zabrzmiała nuta niedowierzania. - Żartujesz? To niemożliwe... Ludzi tam nie przyjmują.
- A jednak... - wzruszyłam ramionami, starając się wyglądać spokojniej, niż się czułam. - Jestem tu.
W jej oczach błysnęło coś na kształt rozbawienia.
- No cóż... - przeciągnęła, krzyżując ręce na piersi. - Wygląda na to, że ten rok zapowiada się ciekawiej, niż sądziłam.
Podeszła bliżej, jej kroki były miękkie, ale w każdym czuło się pewność i siłę.
- Jak zareagował mój wuj? - zapytała, nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Nie jest... zadowolony - przyznałam.
Katarina cicho westchnęła, a kąciki jej ust drgnęły w ledwie dostrzegalnym uśmiechu.
- Och... ciężko ci będzie - powiedziała bez złośliwości, ale z taką pewnością, że zrozumiałam - to nie groźba, a stwierdzenie faktu.
Przechyliła lekko głowę, mrużąc oczy.
- Wiesz przecież - jej głos przycichł, ale nabrał ciężaru - takich jak ty u nas się nie lubi.
- Poradzę sobie - odpowiedziałam, choć sama nie byłam tego pewna.
Skinęła głową, a w tym geście było coś majestatycznego, jak w ukłonie monarchy, który właśnie podjął decyzję.
- Zobaczymy, Veyrin - powiedziała cicho. - Zobaczymy, jak poradzisz sobie na tym wydziale.
Katarina minęła mnie i weszła do swojego pokoju, zostawiając za sobą delikatny zapach nocnych kwiatów i poczucie, że właśnie wkroczyła w moje życie burza - piękna, groźna i nieprzewidywalna.
Kiedy śnieg stał się świadkiem
Siedziałam w fotelu przy kominku, otulona miękkim, lekko wytartym pledem, i słuchałam, jak za oknem wiatr goni po dziedzińcu rzadkie płatki śniegu. Wirując w świetle latarni, wyglądały jak maleńkie odłamki lodu, by po chwili zniknąć w ciemności. Płomień w kominku raz wybuchał jasnym blaskiem, raz przygasał, rzucając na ściany długie, kołyszące się cienie, przypominające sylwetki prowadzące swój cichy, pradawny taniec.
W pokoju panowała cisza, ale była to cisza napięta, jak cienko naciągnięta struna. Za drzwiami, w korytarzu, wciąż słyszałam odległe kroki i stłumione głosy, które to się zbliżały, to znów cichły. Wydawało się, że cały zamek oddycha powoli i głęboko, szykując się do nocy.
Drzwi cicho zaskrzypiały i do pokoju weszła Katarina. Zamknęła je za sobą, lecz nie podeszła od razu. Przez kilka sekund po prostu stała, patrząc na mnie. W jej spojrzeniu było coś dziwnego - ani chłód, ani irytacja, ale też nie ta zwyczajowa, lekka kpina. Raczej... badanie. Jakby próbowała dostrzec we mnie coś, co umykało nawet mnie samej.
- Jak noga? - zapytała w końcu, a jej głos był łagodniejszy niż zwykle, pozbawiony typowej uszczypliwości.
- Już lepiej - odparłam, poprawiając pled i czując, jak ciepło od kominka powoli wnika w zdrętwiałe palce.
Skinęła głową, lecz nie odwróciła wzroku. W jej oczach mignął cień jakiejś myśli i, jakby podjęła decyzję, podeszła bliżej.
- W porządku... - kąciki jej ust drgnęły, ale w tym uśmiechu było więcej zadumy niż rozbawienia. - Dobranoc, Eli.
Już miałam odpowiedzieć, gdy zatrzymała się przy drzwiach. Jej palce lekko dotknęły klamki, a odwracając się, powiedziała:
- Jutro sobota. I... mój brat... - zrobiła krótką pauzę, jakby dobierała słowa - chciałby się z tobą przejść.
Mrugnęłam, nie od razu pojmując sens tych słów.
- Przejść się? - powtórzyłam, czując, jak serce bije o jeden raz za szybko.
- Tak - Katarina lekko zmrużyła oczy, a w jej spojrzeniu mignęła ledwie dostrzegalna iskra, w której mieszały się ciekawość i coś jeszcze, czego nie potrafiłam odczytać. - Będzie czekał na ciebie jutro przy centralnej fontannie w mieście.
Skinęłam głową, starając się zachować spokój, choć wewnątrz wszystko wypełniło się dziwnym, ciepłym poruszeniem, które rozlewało się po piersi jak cichy ogień.
- Dobranoc - powtórzyła, a tym razem jej głos był niemal czuły, jakby między nami przemknęło niewidzialne porozumienie.
Gdy drzwi się zamknęły, zostałam w półmroku, słuchając, jak za oknem wiatr przybiera na sile, zawodząc w kamiennych łukach. Płomień w kominku trzaskał miękko, a w mojej piersi powoli rozkwitało uczucie... oczekiwania. Było tak wyraziste, że niemal słyszałam je jak cichy, radosny dźwięk gdzieś głęboko w środku.
***
Poranek soboty powitał mnie cichym, chrzęszczącym pod oknami śniegiem i miękkim, srebrzystym światłem, które zalewało wszystko wokół, zamieniając miasto w ilustrację ze starej księgi. Długo stałam przed lustrem, przeglądając nieliczne rzeczy w szafie. Chciałam wyglądać... nie zbyt odświętnie, ale i nie tak, jakbym wyszła tylko po chleb.
Wybór był jednak skromny. Za stypendium, które otrzymywałam, niewiele można było kupić, a oszczędności z sierocińca dawno poszły na najpotrzebniejsze rzeczy. W końcu wyjęłam swoją jedyną zimową kurtkę - granatową, już lekko wytartą na mankietach. Nie była szczególnie ciepła i w mroźne dni dawała się we znaki, ale cóż było robić. Na ramiona zarzuciłam pasujący szal i wciągnęłam wełniane rękawiczki, które Katarina kiedyś nazwała "zbyt uroczymi jak na tę ponurą Akademię".
Pamiętam, jak pewnego razu zauważyła, że kurtka jest za cienka, i zaproponowała, że pomoże mi kupić coś lepszego. Wtedy jednak obróciłam to w żart. Przyjmowanie pomocy... było krępujące. Zbyt osobiste, zbyt... odsłaniające.
***
Droga do miasta była cicha. Śnieg chrzęścił pod stopami, powietrze było świeże i lekko ostre, a w oddali dało się już słyszeć gwar centralnego placu. Szłam, otulona szczelniej szalikiem, czując, jak chłód wdziera się pod materiał kurtki. Mróz lekko szczypał w policzki, ale nie przyspieszałam kroku - w tym poranku było coś wyjątkowego i chciałam go przeciągnąć, jak ulubioną melodię.
Kiedy wyszłam na plac z fontanną, serce zabiło mi szybciej.
On już czekał. Liam stał, opierając dłonie o kamienny brzeg, a śnieg powoli osiadał na jego ramionach i włosach, topniejąc na ciepłej skórze. Podniósł głowę, a w jego spojrzeniu mignęło coś ciepłego, od czego mroźne powietrze nagle wydało się łagodniejsze. Złapałam się na tym, że się uśmiecham.
- Przyszłaś - powiedział, a w jego głosie zabrzmiała ulga, jakby naprawdę nie był pewien, czy się zgodzę.
***
Szliśmy wąskimi uliczkami, gdzie stare kamienne domy stały tak blisko siebie, że wydawało się, iż szepczą o czymś ponad naszymi głowami. Z uchylonych drzwi sklepików płynął gęsty aromat cynamonu, świeżego pieczywa i gorącej czekolady. Wystawy zdobiły gałązki świerku, przewiązane cienkimi wstążkami, i małe latarenki, w których drżał złocisty płomień świec. Pod stopami miękko skrzypiał świeży śnieg, a gdzieś w oddali dźwięczały dzwoneczki - może od drzwi kawiarni, a może od ulicznego grajka.