Giardini di Porta Venezia
Mediolan, lato 1943 r.
Małpa krzyczy. Wygina grzbiet, wyrzucając z siebie powietrze przez spuchniętą krtań, uderza językiem w kość gnykową na wysokości czwartego kręgu szyjnego, znieważa niebo, kierując ku niemu swe nagie pośladki i wystający odbyt, i krzyczy na całe gardło. Ze szczękami rozwartymi tak szeroko, że aż mruży oczy, z wyszczerzonymi szablastymi zębami, z głową odrzuconą w tył w mimowolnym skurczu, małpa o psim pysku krzyczy jak oszalała.
Ten przeraźliwy wrzask jak syrena rozdziera niebo, na którym dopiero co się uspokoiło. Ryk czterosilnikowych samolotów ucichł w oddali, wybuchy bomb ustały, ludzie zamilkli jakby w obawie, że zwrócą na siebie uwagę niszczycieli, są zmęczeni, lecz czujni. Na chwilę całe ocalałe życie wstrzymuje oddech. Noc jest ciepła, bo to przecież lato, jasna jak dzień dzięki księżycowi w pełni, wolno opadającym racom oraz płomieniom pożarów. Piękna noc oszpecona wrzaskiem pawiana.
Od trzech dni i trzech nocy nad Mediolanem, metropolią niefortunnie usytuowaną z dala od wszystkich mórz, pośrodku wielkiej równiny, krążą chmary bombowców. Przylatują falami jedna za drugą, wciąż i wciąż - z naddońskich stepów, znad afrykańskich pustyni, znad wartkiego nurtu bałkańskiej Wjosy - i przynoszą faszystowską wojnę z powrotem do domu, do jej praźródła.
Przez trzy kolejne noce angielskie Lancastery zrzucały na miasto setki ton ładunków wybuchowych. Spadły na wszystkie dzielnice, bez wyjątku, od Vigentino do Ticinese, od Lambrate do Porta Genova, na kamienice zamożnej burżuazji i na robotnicze przedmieścia. Legł w gruzach Ca' Granda, monumentalny szpital wzniesiony z woli Francesca Sforzy, w ruinę obrócił się romański Kościół Świętego Ambrożego, a także zaprojektowana przez Bramantego Bazylika Santa Maria delle Grazie, płonie Palazzo Reale oraz teatr La Scala trafiony gradem bomb zapalających, nieposkromiony pożar trawi Teatro Filodrammatici. Lista zniszczeń jest długa: 1500 budowli zrównanych z ziemią, 11 tysięcy poważnie uszkodzonych, 15 tysięcy trafionych. Mediolan i jego przedmieścia są jednym wielkim gruzowiskiem. Konie na szczycie Łuku Pokoju ciągną rydwan ognia.
Wstrząśnięte w posadach miasto drży w przerwie wypełnionej ciszą przerywaną jedynie krzykiem małpy, od którego wibruje powietrze nad płonącymi zgliszczami, nad szkieletami zrujnowanych budynków, nad zwalonymi ścianami, które odsłaniają intymne życie ich mieszkańców.
Na koniec bomby spadły także na ogród zoologiczny przy Porta Venezia. Dzikie bestie z dżungli i sawanny uciekły z rozerwanych klatek i krążą teraz między kobietami w szlafrokach, które nawet ich nie zauważają, gdy odrzucają gruzy w poszukiwaniu swoich dzieci. Niczym w jakimś piekielnym Edenie ludzie i bestie są obok siebie na tym samym kawałku ziemi, depczą po gruzach i resztkach amunicji fosforowej, które iskrzą się i zapalają pod ciężarem ludzkich stóp i zwierzęcych łap.
Benito Mussolini został aresztowany, faszyzm upadł, siły anglo-amerykańskie nękają Włochy z powietrza, przygotowując się do inwazji od strony morza. Ale nic z tego nie rezonuje w pierwotnym wrzasku oszalałej z przerażenia małpy. Ludzkie losy nie zostawiają żadnego śladu w bezrozumnym spojrzeniu zwierzęcia.
Benito Mussolini
Wyspa Ponza, 28-29 lipca 1943 r.
- Nie chcę wysiadać! Nie chcę wysiadać, nie chcę!
Chodzą słuchy, że trzymał się kurczowo poręczy drabinki i opierał się jak dziecko. Marynarze, którzy obserwowali go z latarni morskiej, będą o tym opowiadać przez całe życie w portowych tawernach we wszystkich stronach świata, przysięgając, że to prawda. Jedno jest pewne: więzień zszedł na ląd w zmiętym ubraniu, tym samym, które miał na sobie w momencie aresztowania, w kapeluszu nasuniętym na oczy i bez najskromniejszego nawet bagażu. Niczym asceta, mędrzec lub - co bliższe prawdy - człowiek, który długo wyzywał los i którego właśnie teraz los zaskoczył.
Korweta Persefone C40, własność marynarki królewskiej, zarzuciła kotwicę u brzegu wyspy Ponza, w pobliżu miejscowości Santa Maria, krótko po dziewiątej rano. Dwie godziny później Benito Mussolini, obalony dyktator, zszedł po drabince przymocowanej do zachodniej burty.
Nie okazywał żadnych oznak buntu, niepokoju czy oburzenia. Przypłynął w eskorcie sześciu karabinierów, sprawiając wrażenie człowieka starego, bezwolnego i zrezygnowanego. Zanim zaprowadzono go do dwupiętrowego budynku o zielonkawych ścianach, położonego na obrzeżu miasteczka przy wycofanych z użytku łodziach rybackich, dał jedyny znak zainteresowania życiem: zatrzymał się i przez dłuższą chwilę patrzył na morze dzielące go od wyspy Ventotene.
Więzień wyznał strażnikom, że jest zmęczony i marzy tylko o łóżku. Zaprowadzono go do obskurnego pomieszczenia o zagrzybionych ścianach, wyposażonego w stół przyniesiony z jakiejś tawerny, krzesło z podartym siedziskiem ze słomy i łóżko bez materaca. Ale i teraz nie protestuje. Próbuje się położyć na gołych sprężynach, wsunąwszy pod głowę zwiniętą kurtkę zamiast poduszki. Wkrótce jednak przeważa w nim potrzeba światła i świeżego powietrza, silniejsza nawet od obrzydzenia do siebie, od wstydu starego drapieżnika zamkniętego w klatce.
Kiedy Duce wychodzi na balkon zielonego domu zwanego na Ponzy willą rasa Maui, bo tak nazywał się przetrzymywany w niej abisyński więzień reżimu, obserwuje go całe miasteczko. Z balkonów i okien domów starej rybackiej osady i jeszcze starszego miejsca zesłania żyjący tu ludzie śledzą jego ruchy. Kto mógł, zaopatrzył się w lornetkę. Sensacja, jaką jest przybycie na wyspę tak prominentnego wygnańca, zamieniła uśpione nadmorskie miasteczko w coś w rodzaju teatru, stadionu czy też pola walki, które należy stale obserwować przez lornetkę ze wzgórza.
Po raz kolejny, być może ostatni, Mussoliniego widzą wszyscy, a on nie widzi nikogo. Skuteczniej niż odbijające się w morzu pontyjskim śródziemnomorskie słońce oślepia go krótkowzroczność dyktatora. Gdyby i on spojrzał przez lornetkę na obserwujących go ludzi, rozpoznałby wiele twarzy. Na Ponzy bowiem, oprócz setek zesłanych tu bałkańskich polityków, przetrzymuje się od lat przeciwników reżimu faszystowskiego. Są wśród nich wielokrotnie odznaczani oficerowie, którzy próbowali dokonać zamachu na tyrana zaraz po przejęciu przez niego władzy, a także jego towarzysze z czasów jeszcze odleglejszych, z czasów walki w imię ideałów socjalizmu, którzy dzielili z nim więzienne cele i byli przy chrzcie jego dzieci. To on zesłał ich na te tufowe skały zagubione na Morzu Tyrreńskim.
Teraz zaś zesłańcem jest on. Właściwie już umarł, tylko świat nie ogłosił jeszcze jego śmierci. To jego chcą teraz ukrzyżować. Nadal, jak zawsze, to on zajmuje środek sceny w spektakularnym, gwałtownym, krwawym i w sumie bezcelowym już dramacie faszyzmu. Niemniej jednak, jakkolwiek głęboki jest cień rzucany przez upadłego Duce na tragedię trzech kontynentów, jego wczorajsze ofiary, dzisiejsi towarzysze zesłania i jutrzejsi kaci widzą w soczewkach swych lornetek tylko mężczyznę w samej koszuli nerwowo ocierającego czoło brudną chusteczką.
Ale czym tak naprawdę był ten faszyzm? Ta ideologia, która miała ukształtować całe stulecie, a zamiast tego rozpadła się w ciągu dwudziestu czterech godzin? Jak to możliwe, że król, ten przewrotny i tchórzliwy człowieczek, któremu dał imperium, krótko po tym, jak stwierdził, że jest jedynym przyjacielem, jaki mu został, aresztował go w progu swojego domu? Jak te miernoty, faszystowscy dostojnicy, którzy przecież wszystko mu zawdzięczają, mogli odebrać mu mandat niczym pierwszemu lepszemu zarządcy wspólnoty mieszkaniowej? Jak to się stało, że lud, który przez dwadzieścia lat utożsamiał się z nim i otaczał go bezwarunkową czcią, teraz go przeklina? I dlaczego nikt nie zareagował na to, co go spotkało? Jeszcze wczoraj we Włoszech partia zrzeszała miliony faszystów, w szeregach milicji i organizacji paramilitarnych były setki tysięcy bojówkarzy, zaś w tak zwanych oddziałach M dziesiątki tysięcy jego najwierniejszych pretorianów. A jednak nikt się nie ruszył. Nikt. To nieprawidłowość sprzeczna z prawami fizyki: gwałtowna akcja bez reakcji; fenomen daleki od wszelkiej logiki: cywilizacja, która bezgłośnie zapada się w sobie w czasie krótszym niż wydanie głuchego jęku; zjawisko niewyobrażalne: gwiazda implodująca w ciszy kosmicznego pustkowia.
Oczywiście było czasem słychać trzeszczenie i zgrzyty, potężna machina faszyzmu straciła impet. Wojskowi zawsze ją sabotowali, ukradkiem, ale systematycznie; burżuazja ją wykorzystywała, bojówkarze, którzy stali się politykami, zapomnieli, co to lojalność i odwaga; Hitler oślepiony blaskiem wojny spalił za sobą mosty, zostawiając ich samych przeciwko wszystkim. Król zawsze go oszukiwał, zaś zdegradowany do plebsu lud mu się podporządkował.
Ale i tak zwrot jest rażący, niepojęty. Policjant, który go eskortował w drodze na Ponzę, ujawnił mu z sadystyczną satysfakcją niektóre szczegóły: Rzym, stolica, która dzięki niemu otrząsnęła się z wiekowej dekadencji, jest przystrojony jak na jakieś święto, w Mediolanie kioskarze odmówili dystrybucji najnowszego wydania gazety "Il Popolo d'Italia", która składała Duce poruszający hołd, jednocześnie robotnicy wspięli się na dach siedziby redakcji i bez przeszkód, litera po literze, rozmontowali gigantyczny napis, nazwę gazety. Ludzie wszędzie odrywają pagony od mundurów milicji faszystowskiej, wyrzucają odznaki partyjne do ścieków, rozbijają pomniki z niepohamowaną furią, której nie osłabia nawet nieadekwatność narzędzi zniszczenia: drewniane pałki kruszą brąz, kamień, marmur. Z ulic i placów dochodzą okrzyki radości, manifestacje nienawiści stają się trudne do zliczenia. Bywa, że złość przejawia się w gestach wręcz groteskowych: podobno w Anconie ktoś zadał sobie trud przeniesienia ciężkiego brązowego popiersia Benita Mussoliniego do publicznej toalety.
On nic o tym nie wie, nie wie nawet, co się dzieje z jego żoną i dziećmi, jego widzą wszyscy, ale on nie widzi niczego, od dwóch dni przebywa w ciemnościach. Wydaje mu się jednak, że coś słyszy. Do balkonu zielonego domu na wyspie Ponza docierają echa pijackich śpiewów, Włosi w całym kraju przesiadują teraz w tawernach i wznoszą toasty za jego upadek, za własną klęskę.
Niewdzięczność Włochów jest nie do oszacowania. Może przyprawić o zawrót głowy, jeśli przypomnieć sobie wszystko, co zrobił dla tego kraju, i te dziesiątki tysięcy ludzi, którzy wiwatowali jak oszaleli po każdym zdaniu wygłoszonym przez niego na piazza Venezia i na wszystkich innych placach we Włoszech. Co im nie przeszkodziło przekląć go i odwrócić się do niego plecami w chwili porażki.
Dyktatorzy nie mają wyboru, nie mogą się wycofać, mogą tylko upaść. Jest tego świadomy. Ale dlaczego tak z nim postępują? Po co to bezsensowne nękanie? Od dwóch dni trzymają go w całkowitym odosobnieniu, bez grosza w kieszeni, a nawet bez pary skarpetek na zmianę, w tym samym ubraniu, w którym go aresztowali. Czego się obawiają? Jest politycznym trupem, wygnańcem, banitą, miliony Włochów, którzy do wczoraj go wielbili, dzisiaj go nienawidzą, przeklinają dzień, kiedy się urodził. Nienawidzą go żywi i być może także martwi. Jezus wyszedł samotnie z Ogrodu Oliwnego, nie było przy nim ani jednego przyjaciela.
Po co więc się znęcać? Czemu zniżają się do przeniewierstwa, odwracają się do niego plecami? Czterdzieści osiem godzin upojenia wystarczyło, by zniweczyć pracę dwudziestu lat?
Benito Mussolini jest człowiekiem, który potrząsnął światem, zatrzymał komunistyczne barbarzyństwo, wskazał Italii nowe drogi na przyszłość. Pragnął dla swego ludu państwa wielkiego i silnego, podziwianego, dumnego i budzącego respekt. Jest przywódcą, który osuszył bagna, wybudował drogi i mosty, rozwinął przemysł i wysłał dzieci na obozy letnie. Jest dobroczyńcą, który dał Italii zamorskie kolonie, nowe miasta na równinach i własnego syna zmarłego w katastrofie lotniczej pod niebem Pizy.
Niewiele brakowało, a osiągnąłby pełny sukces. Aż do roku 1937 wszystko układało się pomyślnie. Faszyzm dokonywał wspaniałych dzieł, zdobył dla Korony Etiopię i Albanię, dał jej imperium, konkordat, IMI, IRI, EIAR, SIAE, ONB i ONMI.
Czy wszystko to mu się tylko śniło? Czy była to jedynie iluzja, zmarszczka na powierzchni nieruchomej wody, cienka warstwa lakieru na niczym? A może śnią mu się te opuszczone łodzie rybackie kołyszące się na oleistych wodach przy poszczerbionym nabrzeżu wyciętym w tufie?
Byłoby lepiej, gdyby wtedy umarł. Wtedy, w 1937 roku. Ludzie jeszcze zatęsknią za faszyzmem. Być może nie w tym pokoleniu ani w następnym, ale wcześniej czy później przyszłość spojrzy wstecz i okaże faszyzmowi szacunek należny poległym.
Ale dość już tego. Ani jednej więcej myśli o przeszłości. Ona też umarła. Przeszłość o nas zapomniała. Okazała się jeszcze bardziej niewdzięczna niż niepomny dobrego lud pałający gniewem, niż ten nikczemny Rzym cały w chorągiewkach. Lepiej już strzał w tył głowy, w bałkańskim stylu.
Alternatywą jest teraźniejszość, najpodlejszy z trzech wymiarów czasu, mijanie pustych dni. Życie zmęczonego starego człowieka zdominowanego przez wydarzenia, zredukowane do partyjek karcianych i rozwiązywania krzyżówek; nieliczne, pozostałe z nie tak odległych czasów wybuchy egzaltacji natychmiast dławione przez świadomość druzgocącej porażki, z rzadka jakiś miły, świadczący o wdzięczności gest młodego podoficera z Ciociarii.
Wyglądający z okien więźniowie reżimu, zesłani na Ponzę za antyfaszystowskie przekonania, nie mogą słyszeć plusku fal rozbijających się o skały w Santa Maria, podobnie jak nie docierały do nich bezsensowne frazesy powtarzane z obsesyjnym uporem po to, by przejęła je przyszłość i przekazała jeszcze dalej. Widzą jednak wyraźnie w soczewkach swych lornetek postać Benita Mussoliniego w momencie, gdy ogarnia go nagła złość. Duce łapie balustradę, jakby chciał ją wyrwać z balkonu, po czym chowa twarz w dłoniach i wchodzi do domu. Cała prawda zawiera się w tym gwałtownym desperackim geście. Na zalanym słońcem nabrzeżu panuje bezruch, upadek jest definitywny.
Pod wieczór pilnujący więźnia karabinier, okazując litościwe serce, każe żonie przygotować mu na kolację talerz zupy, jajko, chleb i owoce; znalazł też gdzieś dla niego prześcieradła i stary materac, żeby miał na czym spać. Nazajutrz przypada sześćdziesiąta rocznica urodzin Benita Mussoliniego. W prezencie dostanie dwie brzoskwinie od karabiniera z miejscowych koszar, niejakiego Mariniego. Jest koniec lipca, zaczyna się zima.
Piazza Duomo, Mediolan,
11 września 1943 r.
Pierwsze pojawiają się w mieście trupie główki. Zastęp zaledwie czterdziestu mężczyzn wkracza w rytmie marsza po południu 11 września. To ograniczona liczebnie straż przednia Pierwszej Dywizji Pancernej Leibstandarte SS Adolf Hitler, tej samej, która w poprzednich dniach podporządkowała sobie wszystkie prowincje Niziny Lombardzkiej. Żołnierze tej elitarnej dywizji SS wyszli z bronią w ręku z Piacenzy, przemaszerowali w górę rzeki Lambro, kierując się do Mediolanu, i wtargnęli w jego tysiącletnią historię, przeszedłszy bez przeszkód przez Porta Romana. Ale tak naprawdę przybyli ze stron o wiele odleglejszych.
To prawda, że potrzebowali zaledwie dziesięciu godzin, by dotrzeć do nowego celu, lecz w drodze są już od dziesięciu lat. Maszerują nieprzerwanie od marca 1933 roku, kiedy to ich jednostka powstała jako oddział straży przybocznej Adolfa Hitlera. Aby wkroczyć do Mediolanu, nie musieli oddać ani jednego strzału, ale strzelają nieprzerwanie od czerwca 1934 roku, kiedy w "noc długich noży" wymordowali przywódców SA, swych braci i rywali. Zostali wybrani w wyniku ostrej selekcji fizycznej i rasowej, są wśród nich weterani wszystkich bitew drugiej wojny światowej, to specjaliści od przemocy na wielką skalę, psy wojny, nałogowi mordercy. Przelewali krew własną i cudzą podczas kampanii w Polsce i we Francji, podczas inwazji na Grecję i Jugosławię, przy ataku na Związek Radziecki, gdzie wzięli udział w dziesiątkach apokaliptycznych masakr, zawsze na pierwszej linii. Gdziekolwiek się pojawiali, rozstrzeliwali bezbronnych jeńców, palili wsie, likwidowali Żydów. W swych znoszonych czapkach, z twarzami spalonymi słońcem wyglądają na podstarzałych rezerwistów. Ich ciała, choć kościste, są wytrzymałe jak stalowa lina. Nocami ciągną za sobą zgrzyt rdzewiejącego metalu, pobrzękiwanie żelaznych krzyży. Posłuszni wszelkim rozkazom, są więźniami życia wypełnionego niepodlegającymi dyskusji powtarzalnymi działaniami. Krążący po Europie od sześciu lat czy może od sześciu stuleci wiecznotrwali żołnierze Hitlera nie przybywają z Piacenzy, ale ze świata mroku, z czeluści zwierzęcej duszy człowieka. Ich marsz na Mediolan jest marszem nazizmu na Europę. Po drodze natykają się na miasto w ruinie.
Po południu 11 września 1943 roku Mediolan jest martwy. Największa metropolia północnych Włoch legła w gruzach między 8 a 17 sierpnia w wyniku czterech nalotów dywanowych, kiedy to eskadry Lancasterów i Halifaxów, pokonawszy cztery razy kanał La Manche, zrzuciły na żywych i martwych w koszmarnym crescendo zniszczenia najpierw 200, potem 500, 1000, aż wreszcie 1200 ton ładunków wybuchowych. Bomby za każdym razem kruszyły dymiące jeszcze gruzowiska pozostałe po poprzednim ataku, rozniecały pożary, które rozprzestrzeniały się z ruiny na ruinę, z domu na dom, z ulicy na ulicę. Trafiły w czterdzieści tysięcy budynków, uszkadzając je albo niszcząc doszczętnie, tysiące ludzi odniosło rany lub zginęło, poszkodowanych zostało w sumie 300 tysięcy osób.
Mediolan jeszcze płonął, gdy marszałek Badoglio ogłosił przez radio chrypliwym niepewnym głosem, że podpisał w imieniu króla rozejm z Brytyjczykami i Amerykanami. W tym czasie obaj byli już przygotowani do haniebnej ucieczki z Rzymu, zamierzali zostawić swój naród na pastwę Niemców rozwścieczonych zdradą sojuszników.
Niedobitków z morderczej Pierwszej Dywizji Pancernej SS nie obchodzi jednak w najmniejszym nawet stopniu tragedia włoskiego narodu. Nie mają pojęcia o ostatnich wydarzeniach i nie chcą poznać ich szczegółów. Nie wiedzą, że król i Pietro Badoglio, po uwięzieniu Mussoliniego i obaleniu reżimu faszystowskiego, tygodniami obiecywali Hitlerowi, że będą nadal prowadzić wojnę u jego boku, po czym potajemnie podpisali bezwarunkową kapitulację z Brytyjczykami, Rosjanami i Amerykanami, doprowadzając w ten sposób naród włoski do katastrofy. Nie wiedzą i nawet nie chcą wiedzieć, że 8 września 1943 roku pozostanie zapamiętany w historii jako dzień, w którym Włochy praktycznie przestały istnieć. Podczas gdy specjaliści od mordowania wyruszyli na rozkaz Hitlera z koszar w Weronie, by dokonać militarnej okupacji całej Niziny Padańskiej, monarcha z rodziną, premier Badoglio, generał Ambrosio i prawie wszyscy wysocy dowódcy wojskowi uciekali z Rzymu na południe, na tereny zajęte już przez aliantów, zostawiając włoskie wojsko bez kierownictwa i bez wytycznych. Ze stolicy Lombardii, tak samo jak z każdego innego miejsca we Włoszech i za granicą, oficerowie wysyłali do Rzymu desperackie prośby o dyrektywy, pytali, jak postępować wobec wojsk niemieckich, wczorajszych sojuszników i dzisiejszych wrogów. Na próżno czekali na jednoznaczne wskazówki.
Generał Vittorio Ruggero, dowodzący obroną Mediolanu ze swego biura w Palazzo Cusani przy via Brera 15, od samego świtu nie przestawał telefonować do sztabu generalnego w Rzymie. Na swe pytania dostawał jednak tylko wymijające odpowiedzi od adiutanta generała Maria Roatty, szefa sztabu, który radził mu, żeby się ograniczyli do "ogólnej postawy obronnej". Po południu 9 września, podczas gdy wojska niemieckie II Korpusu Pancernego SS atakowały miasta na Nizinie Padańskiej, generał Ruggero chciał prosić o pozwolenie na przeciwstawienie się Niemcom, ale jeden z niewielu pozostałych w stolicy oficerów poinformował go, że wszyscy wyżsi rangą dowódcy opuścili sztab i udali się w "nieznanym kierunku". Nie został nikt. Na błagania o wytyczne podległych mu dowódców garnizonów w prowincjach zagrożonych niemiecką ofensywą Ruggero mógł odpowiedzieć dwoma tylko słowami: "Rzym milczy". Podmiot i orzeczenie, nic więcej. Obezwładniona tą druzgocącą ciszą armia włoska po prostu się rozpadła. Bezprecedensowo niskie morale zadziałało niczym kwas, w którym się kompletnie rozpuściła i zamieniła w płynną masę ludzi zagubionych, u kresu sił, złożonych w ofierze żądnym zemsty Niemcom. Stała się zbieraniną maruderów gotowych zrzucić mundury i pochować się w rowach i wądołach niczym bandyci lub ostatni tchórze, by pojedynczo, bez broni, próbować wrócić do domu.
Jednakże żołnierzy Pierwszej Dywizji Pancernej SS imienia Adolfa Hitlera nie obchodzi dramat włoskiej armii ani narodu włoskiego, pogrążonego w otchłani głoszonych od dwudziestu lat kłamstw i doświadczanych od stuleci porażek, niepewności i upokorzeń, dopiero co zdradzonego przez tych, którzy powinni zapewnić mu ochronę. Nie obchodzi ich dramat ludzi zgnębionych i zaskoczonych, nieszczęśników atakowanych z lądu i przestworzy przez wrogów i sojuszników, przez okupantów i wyzwolicieli, zmuszonych do ucieczki w góry, w pola, na morze; dramat narodu, który doprowadzony do kresu wytrzymałości rzucił się na ziemię i czeka na spełnienie swego losu, choćby najstraszniejszego. Dla bezwzględnych oprawców wysłanych przez Hitlera wszystko to nie ma znaczenia. Liczy się jedynie gigantyczna podłość, zdrada, jakiej dopuścił się wobec nich ten nikczemny "cygański naród". Ważny jest dla nich tylko rozkaz generała Alfreda Jodla, szefa Sztabu Dowództwa Operacyjnego Wehrmachtu i doradcy wojskowego Führera wydany dosłownie pięć minut po historycznym komunikacie Badoglia ogłoszonym przez reżimową rozgłośnię EIAR: "Achse". I to właśnie zamierzali zrobić w Mediolanie: wprowadzić w życie dawno już gotowy tajny plan zajęcia Italii czy też tego, co z niej zostało, traktując ją jako kolejny teren podboju.
Ciężkie buciory wojaków zezwierzęconych po latach mordowania, z sercami i nerwami stwardniałymi od potworności doświadczonych na froncie wschodnim, nie kroczą po ulicach moralnej i gospodarczej stolicy kraju, eleganckiej metropolii, mieście Świętego Ambrożego, Leonarda i Cattanea, które jako pierwsze przyznało chrześcijanom wolność wyznania, oddzieliło okrucieństwo od kary, dało światu tysiąc pięćset lat światłości. W Mediolanie zastali plątaninę zerwanych szyn, gruzy i wzdęte trupy. I oni, wojownicy Apokalipsy, w tym mieście zbrukanym wojną czują się jak u siebie w domu.
Jeszcze przed wieczorem Obersturmbannführer SS Albert Frey, komendant straży przedniej Leibstandarte Adolf Hitler, zarekwirował Hotel Diana przy piazza Oberdan, gdzie zamierzał ulokować niemieckie dowództwo. Podczas gdy aresztowany generał Ruggero łudził się jeszcze, że będzie mógł dyktować warunki kapitulacji, niemieccy grenadierzy umieścili już karabiny maszynowe na głównych skrzyżowaniach, zajęli Zamek Sforzów i rozstawili posterunki strażnicze na drogach prowadzących na peryferie.
Natychmiast rozpoczyna się obława. Setki bersalierów poddały się bez walki i tłoczą się teraz na podwórku szkoły podstawowej przy piazza Principessa Clotilde, pilnowani przez trzech, najwyżej czterech niemieckich strażników. Rozbrojeni włoscy żołnierze, podobnie jak całe legiony im podobnych rozbitków nazwanych przez Niemców pogardliwie Badoglio-truppen, czekają bezradnie na deportację do obozów koncentracyjnych. Mediolan stał się miastem cieni: ulice są puste, nieliczni przechodnie przemykają pod murami, przy każdym zgrzycie gąsienic kryją się w bramach, z mieszkań obserwują ulice przez szpary w żaluzjach. Tak wygląda miasto osaczone przez wydarzenia, miejsce zamieszkania miliona trzystu tysięcy ludzi, które poddało się bez walki czterdziestu mężczyznom z trupią główką na czapkach.
Zaledwie kilka godzin później żołnierze Hitlera dokonali pierwszej masakry w mieście. Ktoś rzucił prymitywną bombę z domu mieszkalnego w dzielnicy Corvetto, bomba zabiła Niemca. Być może to nawet nie była bomba, być może był to zwykły wypadek. Nieważne. Do budynku wtargnęli esesmani w towarzystwie gorliwych faszystów, którzy poprzedniego dnia wyszli ze swych kryjówek, pojmali czterech Bogu ducha winnych ludzi, zaciągnęli ich na via San Dionigi i rozstrzelali na miejscu.
Pierwszy dzień nazistowskiej okupacji Mediolanu dobiega końca w poświacie księżyca w pełni. Na piazza del Duomo jego łagodne światło obrysowuje kontury masywnej bryły czołgu Panzerkampfwagen IV. Działo Kwk 49 kalibru 75 mm jest wycelowane w smukłe iglice wznoszące się wśród tysiąca posągów świętych na Katedrze Narodzin Świętej Marii, drugiej po Bazylice Świętego Piotra największej na świecie świątyni chrześcijańskiej.
Zerwane szyny tramwajowe wystają z bruku, na ulicach leżą skłębione przewody elektryczne i wagony tramwajowe, widać wypalone samochody, tam gdzie do niedawna stały domy, teraz zieją dziury, z wielu budynków, które jeszcze stoją, została połowa lub ćwierć z wystawionymi na widok publiczny wnętrzami o ścianach z podartymi nadpalonymi tapetami, gdzieniegdzie można zobaczyć ludzi siedzących na chodnikach na materacach wyniesionych z domów, inni wśród gruzów rozpaczliwie wołają swych bliskich. Nie ma gazu, nie ma światła, można pomyśleć, że to koniec cywilizacji, koniec świata.
Ze wspomnień dziennikarki Camilli Cederny, Mediolan, sierpień 1943 r.
Rząd włoski, uznając niemożność kontynuowania nierównej walki z przeważającymi siłami wroga, w celu oszczędzenia narodowi dalszych, jeszcze większych nieszczęść zwrócił się do generała Eisenhowera, naczelnego dowódcy anglo-amerykańskich sił sprzymierzonych, z prośbą o zawieszenie broni. Prośba została rozpatrzona pozytywnie. W związku z tym siły włoskie w każdym miejscu muszą zaniechać wszelkich aktów wrogości w stosunku do sił anglo-amerykańskich. Będą jednak reagować na ewentualne ataki pochodzące z jakiegokolwiek innego źródła.
Pietro Badoglio, szef rządu, premier i sekretarz stanu Królestwa Włoch, obwieszczenie nadane przez radio, 8 września 1943 r., godz. 19.42
Rzym milczy.
Odręczny dopisek generała Vittoria Ruggera, kierującego obroną wojskową Mediolanu, w odpowiedzi na list generała Rosaria Assantiego, komendanta placówki w Piacenzy, z prośbą o wytyczne ze Sztabu Głównego, 9 września 1943 r.
Po zajęciu Pawii, Piacenzy, Parmy, Reggio, Cremony, Casalmaggiore, Brescii, Bergamo i wielu innych mniejszych miast na tym obszarze obrony niemieckie wojska okrążyły Mediolan, posługując się potężnymi siłami pancernymi. Otrzymały rozkaz rozbrojenia wszystkich włoskich jednostek i zajęcia miasta. Oświadczyłem, że zgodnie z rozkazami otrzymanymi w nocy z 8 na 9 od moich przełożonych - z którymi później nie mogłem się już połączyć - nie wolno mi prowadzić wojny z Niemcami, zarazem jednak powinienem reagować na użycie siły przez którąkolwiek ze stron.
Komunikat radiowy generała Vittoria Ruggera, Mediolan, 10 września 1943 r.
Dowódca placówki [w Mediolanie], młody pułkownik SS, wchodzi do sali [w Hotelu Diana Majestic] z władczym wyrazem twarzy. Wszyscy obecni podnoszą się z miejsc - ja już stoję przy drzwiach - Niemiec prosi przez tłumacza, żeby usiedli, ale nie raczy zaszczycić ich nawet jednym spojrzeniem. Następnie odczytuje tekst - tłumaczony symultanicznie zdanie po zdaniu przez tłumacza - w którym wydaje polecenia dotyczące gospodarki, bankowości, policji [...] Potem wychodzi bez pożegnania, zostawiając w sali swoich przedstawicieli, którzy mają odpowiadać na ewentualne pytania. Cała ta scena jest przygnębiająca: potwierdza i jeszcze wyraźniej określa nasze zniewolenie.
Ale w decyzjach podejmowanych przez dowództwo powinny mieć swoją wagę także wartości moralne: byliśmy u siebie, nasze siły zbrojne wciąż jeszcze były gotowe do walki, bierne poddanie się woli obcych, do niedawna niepożądanych gości, nie tylko obrażało nasze uczucia, ale uwłaczało naszej godności.
Alfredo Malgeri, dowódca 3. Legionu Policji Skarbowej stacjonującego w Mediolanie, 12 września 1943 r.
Stracili honor. Nie można złamać słowa dwukrotnie w przeciągu ćwierćwiecza, nie plamiąc na zawsze swojego honoru politycznego [...]. Jedyny pewnik w tej wojnie to klęska Włochów. Haniebnie zdradzili swego przywódcę i było to preludium do zdrady sojusznika. Włosi przez swoją nielojalność oraz zdradę stracili prawo do nowoczesnego państwa narodowego. Muszą zostać bardzo surowo ukarani, zgodnie z prawami historii. Duce będzie zapamiętany jako ostatni Rzymianin, ale pozostający w cieniu tej potężnej postaci "cygański naród" zgnije na dobre.
Joseph Goebbels, minister propagandy i oświecenia narodowego Rzeszy, Pamiętnik, wrzesień 1943 r.
Clara Petacci
Novara, 16-17 września 1943 r.
Budzi ją przed świtem odległy metaliczny ponury dźwięk. Dziewczyna rozgląda się dokoła, spocona i mało przytomna, wciąż jeszcze zanurzona we śnie. Dostrzega przy sobie w półmroku siostrę Myriam, parę metrów dalej stoi łóżko matki. Na podłodze leżą rozrzucone kartki dzienniczka, w którym robiła codzienne zapiski przed zaśnięciem, przykrywa ją niczym koc futro z norek, które zwykła wkładać na specjalne okazje. Trudno odgadnąć, która jest godzina. W ponurej celi w zamku w Novarze brzaski i zmierzchy niewiele się od siebie różnią.
Ostatnia kochanka Duce i jej najbliżsi krewni zostali zaaresztowani 12 sierpnia. Naciągane oskarżenie dotyczyło niespłaconego długu zaciągniętego na "nieprzemyślany zakup perskiego dywanu". W rzeczywistości nakaz aresztowania pochodził bezpośrednio od Badoglia. Na jego podstawie ojciec, matka i córki zostali wpakowani do ciężarówki i przewiezieni do Castello Visconteo-Sforzesco w Novarze. Tam najpierw odseparowano trzy kobiety od Francesca Saveria, następnie umieszczono je we wspólnym pomieszczeniu z pospolitymi więźniarkami, w końcu zaś trafiły do małej celi i musiały spać na słomianych siennikach, w których roiło się od wszy i pluskiew.
Gwałtowny upadek Clary Petacci rozpoczął się już wcześniej, w tym samym momencie co upadek jej kochanka. Była trzecia w nocy 25 lipca, gdy w jej mieszkaniu zadzwonił telefon. Godzinę wcześniej Wielka Rada Faszystowska zadecydowała o upadku Mussoliniego i Clara słyszała teraz w słuchawce zachrypnięty głos jej Bena, który mówił, że nie ma już odwrotu ("Doszliśmy do epilogu... do najważniejszego punktu zwrotnego w historii") i nakłaniał ją do ucieczki ("Gwiazda zgasła, kochanie, wszystko się skończyło. Ty też powinnaś gdzieś się schronić"), wkrótce zaleje ich fala ludzkiej nienawiści. I ona jak zawsze poddała się jego woli.
Clara, jej siostra i rodzice: Giuseppina i doktor Francesco Saverio, wyjechali z Rzymu, kierując się do Mediolanu, podczas gdy rozwścieczona tłuszcza demolowała gabinet lekarski ojca rodziny przy via Nazionale. Udało im się dotrzeć do willi szwagra w Meinie, na pograniczu Lombardii i Piemontu nad jeziorem Maggiore. Tam Clara poczuła się wreszcie bezpieczna. Ale potem niespodziewanie, w biały dzień, na obsadzonej cyprysami drodze dojazdowej do willi pojawiło się ośmiu karabinierów z nakazem aresztowania.
Teraz rodzina Petaccich ma już za sobą trzydzieści sześć dni więzienia. Trzydzieści sześć bezsennych nocy z powodu omdleń matki, gorączki i kolki Myriam, żałosnych jęków innych więźniarek. Trzydzieści sześć dni, kiedy Clara musiała czytać w jedynej dostarczanej im gazecie obleśne plotki na temat jej romansu z Duce, którymi karmiono Włochów, publikowano w niej nawet jej prywatną korespondencję z Benem i jej zdjęcia z intymnymi podpisami, które tylko on miał czytać. Trzydzieści sześć dni, w czasie których także Myriam została obrzucona błotem, cała rodzina nazwana szajką oszustów, o niej zaś pisano, że jest żądną władzy karierowiczką, "ptakiem drapieżnym, a nie gołąbką", małą Pompadour. Trzydzieści sześć dni w przekonaniu, że Ben całkiem o niej zapomniał.
Do więziennej celi nie docierają żadne informacje. Nic się do niej z zewnątrz nie przedostaje. Tak więc Clara nie wie, co spotkało Duce po aresztowaniu; nie wie, że Badoglio w porozumieniu z królem zdecydował się zesłać go na Ponzę; nie wie, że 7 sierpnia przeniesiono go do bazy marynarki wojennej na wyspie Maddalena przy Sardynii, ponieważ naziści nasilili działania szpiegowskie i Ponza nie była już bezpiecznym miejscem zesłania. Nie wie, że w związku z obecnością sporej liczby marynarzy niemieckich na wyspie nocą 28 sierpnia przeniesiono więźnia ponownie, tym razem na najwyższy szczyt Apeninów, Gran Sasso w Abruzji, do ośrodka narciarskiego Campo Imperatore, gdzie miał pozostać pod nadzorem karabinierów i policji.
Nie wie o tym wszystkim i jest przerażona, ale nawet matce nie zwierza się z dręczących ją myśli. Tylko siostrze żali się czasem półgłosem, tak żeby nikt inny nie słyszał.
Co ona złego zrobiła? Czym zawiniła jej rodzina? Dlaczego właśnie ona, jako jedyna kobieta w życiu Duce, doświadcza zemsty? A inne kochanki? Wszystkie te Pallottelli, Curti, Ceccato, Dalser i ich dzieci? Gdzie Brard, Ruspi, Sarfatti - krążące wokół jej Bena jak na erotycznej karuzeli, która regularnie doprowadzała ją do szaleństwa z zazdrości? Dlaczego te kobiety nie płacą za miłość do Benita Mussoliniego?
Przecież jedyna jej wina polega na tym, że poszła za głosem serca. Ben być może o niej zapomniał, ale ona nigdy nie przestanie o nim myśleć. Darzy go szczerym uczuciem miłości, marzyła o nim od najmłodszych lat, nie odstępowała go przez całe życie. Od dnia, kiedy go spotkała, wiedziała, że będzie dzielić jego los.
Z tego też powodu w czasie przeznaczonym na spacery po zamkowym dziedzińcu maszeruje z Myriam tam i z powrotem rzymskim krokiem, śpiewając faszystowskie pieśni, zwłaszcza ulubione pieśni Batalionu M: Giovinezza oraz tę, którą kończy wezwanie: Duce, Duce, Duce! Nieskończenie długie popołudnia wypełniają wspomnienia letnich miesięcy spędzanych z Benem na uprawianiu sportów nad morzem w Castelporziano i szczęśliwych momentów w Pokoju Zodiaku w Palazzo Venezia, po których długo zostawał jej na wargach smak kochanka; rano i wieczorem modli się do Matki Boskiej Pompejańskiej o ocalenie Bena, o jego uwolnienie; zapełnia stronę po stronie dzienniczka obsesyjną litanią: "Wierzę! Wierzę!", nie mając pewności, czy to jej osobiste wyznanie wiary w Boga, czy też bluźniercza modlitwa do faszystowskiego idola.
Tak czy inaczej, jej modlitwy zostały wysłuchane i tej nocy przed samym świtem, obudzona metalicznymi ponurymi dźwiękami, słyszy echo zbliżających się kroków i dzwonienie kluczy. Wreszcie otwierają się podwójne drzwi jej celi.
- Pośpieszcie się! Zbierzcie swoje rzeczy. Nie ma czasu do stracenia!
Rozpoznaje głos strażnika. Jest zdenerwowany. Clara zbiera kilka rzeczy, które ma przy sobie, i zalękniona przekracza próg celi, kuląc się w swym futrze z norek. Widzi ojca prowadzonego przez innego strażnika i na moment serce w niej zamiera. Wkrótce się dowie, że Niemcy wkroczyli do Novary. Hitler nie opuścił "swego wiernego przyjaciela".
Następnego ranka, 17 września 1943 roku, zostaje na dobre zwolniona z więzienia. Po trzydziestu sześciu dniach Clara, trzymając się ramienia ojca i mając za sobą siostrę i matkę, wychodzi wreszcie na światło dzienne.
Na placu przed zamkiem czeka na nią brat Marcello. Za nim w wojskowym samochodzie siedzi Josef Dietrich, dowódca elitarnej jednostki Leibstandarte, która w "noc długich noży" w czerwcu 1934 roku zlikwidowała większość przywódców SA, pomagając w ten sposób Hitlerowi dojść do władzy. Jeszcze w marcu tego roku walczyła na froncie wschodnim między Dnieprem a Donieckiem, odbiła Charków i odepchnęła Armię Czerwoną.
Dietrich daje znak Clarze, żeby wsiadła do samochodu. Nie ma czasu do stracenia, muszą jechać do Merano. Clara wykonuje polecenie bez chwili wahania. Podczas gdy zajmuje miejsce na tylnym siedzeniu wojskowego Kübelwagena, siejący postrach generał podaje jej eleganckim ruchem drukowaną ulotkę. Kobieta przyciska ją do piersi, zmierzając ku swemu przeznaczeniu.
Duce został uwolniony!
Z kwatery głównej Führera, 12 września
Oddział spadochroniarzy, funkcjonariusze bezpieczeństwa publicznego oraz siły SS przeprowadziły w zeszłą niedzielę akcję uwolnienia Duce uwięzionego przez klikę zdrajców. Operacja zakończyła się sukcesem. Duce jest wolny! Tym samym jego ekstradycja oraz przekazanie wojskom anglo-amerykańskim, zgodnie z porozumieniem rządu Badoglia z wrogami, nie doszły do skutku.
W ten sposób Adolf Hitler okazał lojalność swemu przyjacielowi Mussoliniemu!
Ulotka rozwieszona na murach Mediolanu w nocy z 12 na 13 września 1943 r.
Berlin, 16 września
Pierwsze szczegóły dotyczące zamiarów aliantów wobec uwięzionego Mussoliniego można znaleźć w czwartkowym wydaniu "Berliner Börsen Zeitung" dzięki informacjom przekazanym przez korespondenta gazety z Lizbony: "Do uwolnienia Mussoliniego doszło trzy, cztery godziny przed planowanym przekazaniem Duce Stanom Zjednoczonym" [...]
Akcję odbicia Mussoliniego przeprowadzili, jak wiadomo, komandosi z SD i SS. Główna agencja prasowa III Rzeszy, DNB, podaje następujące szczegóły:
Dzięki kilku dobrze utajnionym wyprawom zwiadowczym kierowanym przez dowódcę grupy szturmowej SS, któremu powierzono zadanie uwolnienia Duce, ustalono, że został on przeniesiony w górzyste rejony Gran Sasso, najwyższego, sięgającego ponad 2900 metrów masywu Abruzji [...]
Po rozpoznaniu terenu oraz lokalnych warunków z powietrza i z ziemi ustalono datę operacji odbicia Duce na 12 września.
O godzinie 14.10 dowódca grupy szturmowej, któremu towarzyszyło zaledwie dziewięciu ludzi, dotarł na miejsce. Jego szybowiec wykonał lot nurkowy z wysokości ponad 4500 metrów nad miejsce oddalone kilkanaście metrów od celu i wtedy on oraz jego ludzie zeskoczyli na spadochronach [...] Pół godziny po przybyciu pierwszych Niemców na płaskowzgórzu Campo Imperatore wylądował także, i to w warunkach jeszcze trudniejszych, mały samolot niemieckiej produkcji Fieseler Storch, żeby zabrać Mussoliniego w bezpieczne miejsce.
Start samolotu z płaskowzgórza o skalistym podłożu usianym ostrymi kamieniami był niezwykle trudny i ryzykowny. Mógł się powieść jedynie dzięki niezwykłym umiejętnościom pilotującego go słynnego pilota Luftwaffe [...].
Według DNB Mussolini aż do chwili swego uwolnienia nie wiedział o upadku rządu Badoglia.
"Il Pomeriggio", popołudniówka "Corriere della Sera", 16-17 września 1943 r.