Okresy
Karmazynowy przypływ, płynne złoto
Pomyślałam coś, w co wierzą
Tylko dzieci i świętoszki, że tak po prostu
Nie jestem już
Dziewczyną: krew moim wezwaniem, plama jak pieczęć,
szkarłatna karta członkowska
W najgłębszej kieszeni. Miałam lat
dwanaście i dość
rozumu, żeby poczuć strach.
Leila Chatti, Mubtadiyah
Miejskie porzekadło głosi, że nigdy nie dzieli nas więcej niż dwa metry od szczura albo trzy metry od pająka. Takie stwierdzenia mogą wywoływać odrazę albo nawet podekscytowanie, ale jak byście się poczuli, gdybym powiedziała, że nigdy nie dzieli was więcej niż kilka kroków od kogoś, kto akurat miesiączkuje? W autobusie, w kolejce po poranną latte, przy taśmie w fabryce, w supermarkecie, a nawet w klubie ze striptizem, w komfortowym apartamencie albo w pokojach zarządu wiele kobiet i więcej niż kilku transpłciowych mężczyzn krwawi w ciszy, gdy ich macice robią to, co macice robią od tysiącleci: pozbywają się wyściółki, zaczynają od nowa, wchodzą w kolejny cykl życia ze ślepą wiarą, że to może być ten miesiąc, w którym nareszcie dojdzie do zapłodnienia.
Wiele napisano o wstydzie i piętnie przypisywanych przez kultury na całym świecie osobom mającym okres oraz ich krwi. Święte księgi, literatura i historia ustna udokumentowały rozliczne sposoby, w jakie dziewczyny i kobiety postrzegano jako nieczyste, bezbożne i niemal szatańskie w czasie menstruacji - ich krew miała moc skażania i bezczeszczenia, sabotowania ważnych wydarzeń w rodzaju polowań, żniw i świąt, oraz zmieniała seks i rozkosz kobiet w tabu. Miesiączkujących ludzi poddawano - a w niektórych miejscach wciąż się poddaje - ostracyzmowi i czasami nawet izolowano fizycznie od reszty ich społeczności i od rytmu codziennego życia. W wielu książkach obszernie zgłębiano wstydliwą historię menstruacji - ta książka nie jest jednak jedną z nich. Jeśli masz macicę, która przechodzi menstruację, już wiesz o stygmatyzacji i wstydzie. Każdy, kto kiedykolwiek wybierał się w pozornie niekończącą się podróż z klasy na korytarz i do toalety, trzymając w rękawie ukryty tampon, kiedykolwiek zawiązywał sweter wokół talii, by ukryć rozkwitającą plamę niespodziewanego krwawienia, albo kiedykolwiek został zbesztany przez nauczyciela, gdy siedział podczas wuefu, zwijając się z bólu, wie, co to wstyd. Każdy, kto kiedykolwiek wtykał sznureczek tamponu pod kostium kąpielowy albo kiedykolwiek wykręcał szyję, wypatrując na dżinsach zdradzieckiej wypukłości podpaski, wie, co to piętno. A jeśli nie miesiączkujesz, ale kiedykolwiek zdarzyło ci się poblednąć na widok karmazynowego papieru toaletowego, którego nie spłukała woda w sedesie twojej dziewczyny, kiedykolwiek przyspieszyłeś kroku, przechodząc obok tamponów w supermarkecie albo kiedykolwiek jęknąłeś i ostentacyjnie zmieniłeś kanał w środku reklamy najnowszych, najcieńszych podpasek, ty także wchłonąłeś to piętno - jeszcze lepiej niż podpaska w reklamie wchłania syntetyczną krew w nieszkodliwym niebieskim kolorze. Nie potrzebujesz tej książki, żeby się dowiedzieć, dlaczego normalną, fizjologiczną comiesięczną funkcję dorosłej macicy zaczęto postrzegać jak coś żenującego, odrażającego i wręcz niebezpiecznego. Potrzebujesz tej książki, żeby się dowiedzieć, co właściwie robi macica podczas menstruacji, co się z niej wydobywa i dlaczego krew, którą ukrywasz (i przed którą się ukrywasz) może na zawsze zmienić nasze rozumienie choroby, naszych ciał i naszego życia.
Przygotujcie się, czytelnicy. Nadchodzi krwawy tydzień.
Zanim zagłębimy się w szczegóły niewykorzystanego potencjału miesiączki, musimy wrócić do tablicy, by przypomnieć, czym właściwie jest okres. Jeśli tak jak ja nie bardzo uważaliście na biologii - albo na lekcji wychowania seksualnego, na lekcji wychowania do życia w rodzinie czy jak tam teraz nazywają nauczanie o ptaszkach i pszczółkach - cała wasza wiedza o fizjologii menstruacyjnej może być mglistym wspomnieniem wykresu poziomu hormonów od pierwszego do dwudziestego ósmego dnia cyklu, na którym w pozornie przypadkowych miejscach widać wyrzuty estrogenu i progesteronu. Ach tak, ten wykres - już sobie przypominacie? Wróćmy do niego na chwilę, zrozummy go i nigdy więcej o nim nie wspominajmy.
Między mniej więcej dziesiątym a szesnastym rokiem życia większości dziewczyn przydarza się pierwsze krwawienie menstruacyjne, a pierwszy dzień tego - oraz każdego kolejnego - krwawienia nazywany jest pierwszym dniem cyklu. W następnych kilku dniach rosnąca ilość estrogenu oddziałuje na jajniki, by mógł dojrzeć co najmniej jeden pęcherzyk jajnikowy, a mniej więcej w czternastym dniu gwałtowny wzrost poziomu czegoś, co nazywamy hormonem luteinizującym (możecie od razu zapomnieć tę nazwę), sprawia, że jeden z pęcherzyków pęka, uwalniając komórkę jajową do cienkiego wężyka prowadzącego do macicy. Progesteron pomaga zwiększyć grubość wyściółki macicy - endometrium - w razie gdyby komórka jajowa została zapłodniona przez plemnik i potrzebowała soczystego miejsca, by się w nim zagnieździć. Jeśli do tego nie dojdzie, poziom hormonów gwałtownie spada i ostatecznie komórka jajowa wraz z wyściółką zostają usunięte w postaci czegoś, co nazywamy krwią menstruacyjną, mniej więcej w dwudziestym ósmym dniu, który staje się pierwszym dniem następnego cyklu. Około trzydziestu do siedemdziesięciu mililitrów płynu potrzebuje od trzech do siedmiu dni by opuścić ciało, czemu niekiedy towarzyszy cała gama objawów, od bólu brzucha po tkliwość piersi, ból głowy, rozwolnienie i lęk - bądź też żadne z powyższych - i cała ta przeklęta historia zaczyna się od nowa.
Zapewne nie uszło waszej uwagi, że mówiąc o miesiączce, często używa się takich słów jak "mniej więcej" i "około". Okres osoby miesiączkującej może się zacząć w wieku lat dziewięciu albo nawet piętnastu, jej cykl może trwać dwadzieścia pięć dni albo ponad miesiąc, może ona krwawić lekko i bezboleśnie przez trzy dni albo obficie i obezwładniająco boleśnie przez tydzień - możliwe są też wszelkie kombinacje albo permutacje tych parametrów. Nawet definicja "obfitego" krwawienia jest przedmiotem wielkiej debaty: niektóre źródła sugerują, że obfite krwawienie oznacza potrzebę zmieniania podpaski lub tamponu co godzina, że odnosi się ono do przesiąkania krwi przez ubranie albo że ten termin należy stosować do każdego krwawienia zakłócającego codzienną aktywność. Podobnie jak z wieloma aspektami zdrowia ginekologicznego, nauka spogląda na menstruację, wzrusza ramionami i unosi ręce, mamrocząc ogólnikowe wyjaśnienia tego, co może być normalne, a co nie.
A to, co się z nas wydobywa - to tylko krew, prawda? Kobiety uczy się od najmłodszych lat, jak ją ukrywać (sweter zawiązany w talii, zwitek papieru toaletowego w majtkach) i jak się jej pozbywać (najszybciej i najdyskretniej, jak to możliwe, czy to spuszczając dowód w toalecie, czy to używając podpasek zachwalanych z powodu tłumiącego wszystko zapachu i praktycznie bezszelestnych opakowań). W telewizji i w reklamach drukowanych prezentuje się szczupłą kobietę w obcisłych białych dżinsach albo szortach do tenisa jako wzór do naśladowania podczas okresu: ona dobrze go znosi, pozostaje radosna, aktywna i czysta. Krwawi, lecz nieoficjalnie. Śmieje się, lecz bezgłośnie.
Akceptujemy, że krew menstruacyjna to brudna, poufna sprawa - wstydliwa wydzielina, z którą należy sobie poradzić, ukryć ją i się jej pozbyć - ale co, jeśli wam powiem, że krew, którą tak skwapliwie ukrywamy i wyrzucamy, jest w rzeczywistości cennym źródłem informacji biochemicznych opatrzonych unikalnym podpisem, który należy cenić i analizować? Co, gdyby gromadzenie i badanie tej krwi mogło nam oszczędzić lat oczekiwania na spóźnione diagnozy i bolesnych procedur rozpoznawczych, i co by było, gdyby ludzie pociągający za sznurki państwowej kiesy wiedzieli, że krew menstruacyjna to tak naprawdę płynne złoto mogące skrócić czas oczekiwania i oszczędzić miliony z narodowego budżetu na ochronę zdrowia? Czy to, co ukrywamy, zarówno to lekkie, jak i to obfite, czerwień szkarłatnej litery i brąz zimowego liścia - nie wodnista niebieska strużka z reklam, lecz to, co istnieje naprawdę, u samego źródła - jest rogiem obfitości?
*
Zanim zastanowimy się nad znaczeniem krwi menstruacyjnej, musimy zrozumieć, co w niej jest. Tak naprawdę jedynie część tego, co wypływa podczas okresu - w pewnych wypadkach mniej niż połowa - to krew. Jedno z niewielu kompleksowych badań poświęconych temu materiałowi wskazało, że średnio tylko zaledwie trzydzieści sześć procent tkanki menstruacyjnej to krew, a na pozostałe sześćdziesiąt cztery procent składa się bogata mieszanina komórek endometrium, śluzu, bakterii (znowu ten mikrobiom) i wydzielin z pochwy1. Tym danym także towarzyszy zastrzeżenie, że nie ma "normalnego" ani standardowego przepisu na krwawienie menstruacyjne. W tym samym badaniu stwierdzono, że skład był bardzo różny: krew stanowiła zaledwie 1,6 procent wydzieliny u niektórych kobiet i aż 81,7 procent u innych. Autorzy badania nie zagłębiali się w możliwe przyczyny tych rozbieżności. Nie wiemy na przykład, czy proporcja krwi do innego materiału różni się w zależności od wieku, rasy albo stanu zdrowia. Podobnie jak w wypadku bardzo wielu badań poświęconych zdrowiu kobiet, nowe informacje przynoszą więcej pytań niż odpowiedzi, a dalsze dociekania są silnie uzależnione od finansowania i osób, które decydują o jego przyznawaniu.
Wróćmy jednak do krwi - albo, jak zaczęło ją nazywać wielu naukowców, do "ścieku menstruacyjnego". Nie, nie przywidziało się wam: ścieku. Słowo kojarzące się z brudem i szambem. Cambridge Dictionary definiuje je jako "odpady płynne odprowadzane z fabryk albo miejsc produkujących nieczystości, zwykle płynące do rzek, jezior lub morza"2. Antropolożka Emily Martin twierdzi, że establishment medyczny od dawna postrzega menstruację jedynie jako wydalanie martwej i bezużytecznej tkanki: "Opisy [w tekstach medycznych] sugerują, że w systemie nastąpiła awaria i wytwarza on produkt niemający żadnego zastosowania, niezgodny ze specyfikacją, niemożliwy do sprzedania, zmarnowany, odpad. Ilustracja w pewnym poczytnym tekście medycznym ukazuje menstruację jako chaotyczny rozpad formy, dopełniając liczne opisujące ją teksty słowami: "ustanie", "zamieranie", "utrata", "ogołacanie", "wydalanie""3.
Przyjęcie terminu "ściek" na opisanie krwi menstruacyjnej doskonale współgra z dominującą narracją, która otacza menstruację: z tą, która zaczęła się od tabu i zabobonów w czasach prehistorycznych, inspirowała pierwszych teologów, takich jak Tertulian, żyjących w II i III wieku naszej ery i głoszących, że "kobieta to świątynia wzniesiona nad kloaką", i która trwa do dziś. Można się wzdragać, słysząc słowo "ściek" - wraz z jego wszystkimi negatywnymi konotacjami - używane do opisania czegoś, co jest niezbędną z punktu widzenia reprodukcji i fizjologicznie zdrową wydzieliną. Oto kolejny przykład języka uwłaczającego ciałom kobiet i umniejszającego je: krytyka, zniewaga. Zalecam jednak ostrożność w związku z tą odruchową reakcją. Przyjrzyjmy się temu uważniej.
Ściek w najbardziej podstawowym sensie oznacza po prostu "coś, co wypływa". Ci, którzy używają tego pojęcia, odcinają je od jego pejoratywnych konotacji. Opisują jedynie to, co jest i co się dzieje. Rozumieją, że to, co jest wydalane co miesiąc podczas menstruacji, to nie tylko krew, więc nie powinno być nią nazywane. Możemy to nazwać czymś, co wypływa, i w ten sposób uznajemy, że nie jest to brud ani odpad, lecz po prostu substancja przepływająca z punktu A do punktu B. Możemy zachować neutralność, możemy otworzyć drzwi przed inną możliwością. Niewiele osób otwiera te drzwi i przechodzi przez nie z większym entuzjazmem niż doktorka Christine Metz, a skoro ona i jej zespół wzięli się za ten temat, to w końcu przeciągną przez te drzwi także establishment medyczny, nawet jeśli będzie wierzgał i krzyczał.
- Fuj.
Mimo wielu tytułów, jakimi posługuje się Christine Metz - szefowa Laboratorium Biochemii Medycznej, profesorka Instytutu Medycyny Molekularnej w Instytutach Badań Medycznych Feinsteina i kierowniczka badań położniczych i ginekologicznych w ramach programu stypendialnego z dziedziny medycyny matczyno-płodowej w szpitalu Uniwersytetu North Shore i w Żydowskim Ośrodku Medycznym na Long Island - "fuj" było najczęstszą reakcją wielu jej kolegów po fachu, gdy proponowała badania, które obecnie stały się jednym z najważniejszych przedsięwzięć w tej dziedzinie. Skąd się wziął ten czynnik "fuj"? Można by pomyśleć, że pewien element obrzydzenia wyparowuje z lekarzy wskutek kształcenia na studiach medycznych za sprawą tych wszystkich nieboszczyków, poważnych urazów ciała, ropiejących ran i naczyń z wymiocinami, na które można się natknąć na pierwszym lepszym obchodzie w szpitalu. Lekarze - te wzory obiektywizmu i współczucia - nie mówią "fuj". A może mówią?
Okazuje się, że gdy obiektem badania ma być ściek menstruacyjny, z całą pewnością to robią. W ramach badania ROSE (ang. Research OutSmarts Endometriosis) Christine proponowała, by kobiety gromadziły swoją comiesięczną wydzielinę, używając do tego kubeczków menstruacyjnych albo specjalnych wkładek, po czym wysyłały je kurierem do ośrodka badawczego, gdzie klinicyści mogliby się przyjrzeć pewnym komórkom we krwi w celu zidentyfikowania potencjalnych markerów endometriozy. Podczas wideorozmowy w jasny lutowy poranek siedząca przy biurku Christine wyjaśnia mi, że anormalne komórki stromalne - komórki, które pomagają pogrubić wyściółkę macicy i na początku ciąży umożliwiają wykształcenie się łożyska - mogą sygnalizować chorobę, której zdiagnozowanie zajmuje średnio siedem do dziesięciu lat oraz wiąże się często z bolesnymi, kosztownymi badaniami i zabiegami chirurgicznymi (do tych zmagań wrócimy w dalszej części książki).
Na początku naszej rozmowy Christine tryska pozytywną energią - jest wyraźnie uradowana tym, że dzieli się swoją pracą, i przepełniona entuzjazmem - przyznaje jednak, że badanie ROSE trudno było "sprzedać". Menstruacyjny czynnik "fuj" jest głęboko zakorzeniony, choć współczesna medycyna najwyraźniej nie ma żadnego problemu z badaniem innych potencjalnie krępujących substancji.
- To szokujące, że nikt tego porządnie nie badał - mówi Christine. - W ramach niedawnego przeglądu dla "American Journal of Obstetrics and Gynecology" przyjrzałam się temu, ile artykułów opublikowano na temat ścieku menstruacyjnego. Było ich bardzo niewiele w porównaniu na przykład do artykułów o spermie.
Później, gdy sama zweryfikowałam te poszukiwania, doszłam do identycznego wniosku: zaledwie czterysta wyników dotyczących ścieku menstruacyjnego w porównaniu z ponad piętnastoma tysiącami tych dotyczących spermy. Brak równowagi jest wyraźny.
Według Christine to przeoczenie ze strony społeczności naukowej stworzyło lukę w opiece zdrowotnej kobiet.
- Uważamy, że ściek menstruacyjny to naprawdę ważna próbka biologiczna, która powiedziałaby nam o wiele więcej o zdrowiu macicy. Znacznie więcej niż tylko o endometriozie, na której się skupiamy. Sądzimy na przykład, że w kontekście niepłodności i płodności to istna żyła złota, podobnie jak w wypadku adenomiozy, włókniaków, wczesnego wykrywania raka, anormalnego krwawienia z macicy i bolesnych miesiączek, które stanowią poważny problem dla wielu dziewczyn i kobiet. Naszym zdaniem jest to jednak bardzo zaniedbywana próbka biologiczna.
To zaniedbanie jest głęboko zakorzenione w otaczających menstruację wstydzie i stygmatyzacji, i to nawet wśród przedstawicieli profesji medycznej, którzy chyba powinni być mądrzejsi. Jako matki córek, Christine i ja zgodnie uważamy, że nasze doświadczenia ukazały ten problem bardzo wyraźnie.
- Myślę, że lekarze niechętnie rozmawiają z pacjentami o jakichkolwiek aspektach miesiączki - mówi Christine. - I wiem z własnego doświadczenia oraz z doświadczenia moich dzieci, że kiedy idziesz do ginekologa, udzielasz pewnych informacji, ale nikt cię nie pyta: "Jakie masz okresy? Są bolesne? Jak długo cię boli? Kiedy cię boli?". Nikt nigdy nie spytał mnie choćby o wydzielinę. Ponieważ w zasadzie nikt ze mną o tym nie rozmawiał, nie wiedziałam, co to znaczy obfite krwawienie, dopóki ten problem nie dotknął mojej córki. I naszym zdaniem to element składowy czynnika "fuj".
Christine dodaje, że gdy zabiegała o wsparcie dla badania ROSE, okazało się niestety, że czynnik "fuj" objął także jej kolegów po fachu.
- Gdy zaczęliśmy promować badanie i rekrutować uczestniczki, odkryliśmy, że większość lekarzy nie zamierza nam pomóc. Bardzo niechętnie rozmawiali o badaniu ze swoimi pacjentkami. Mówili: "Och, moje pacjentki nie będą wam dawały swojej wydzieliny menstruacyjnej. Nie ma mowy. Nie miałyby na to ochoty".
Wydawało się, że drzwi postępu zatrzasnęły się, jeszcze zanim Christine i jej zespół zdążyli wsunąć w nie stopę.
Ta historia ma jednak szczęśliwe zakończenie: badanie ROSE trwa i ma się wyśmienicie. Mimo początkowego oporu ze strony lekarzy to kobiety wykazały skwapliwą determinację. Wiele pacjentek poproszonych o udział w badaniu nie tylko z radością zgodziło się do niego przystąpić, lecz także chętnie wypełniało olbrzymią ilość wymaganych dokumentów, choć nawet Christine myślała, że skutecznie je to zrazi.
- Kobiety ze zdiagnozowaną endometriozą wypełniają czterdziestostronicowy formularz zwany WERF (skrót od World Endometriosis Research Foundation, Światowa Fundacja Badań nad Endometriozą) - wyjaśnia mi. - Ale w zasadzie robią to z ochotą, chcą się z nami podzielić swoją historią i opowiedzieć, z jakimi aspektami problemu się zmagają. A myśleliśmy, że będzie to dla nich okropne i nikt tego dokumentu nie wypełni! - Christine śmieje się i przysuwa do ekranu. - Okazało się, że jest odwrotnie.
Można było odnieść wrażenie, że wszystkie pytania, nigdy niezadane przez lekarzy rodzinnych ani ginekologów, są bardziej niż mile widziane, a do tego ukazały bogactwo informacji, którym osoby badane dzieliły się z ogromną chęcią. Informacje te - razem ze staranną analizą próbek - umożliwiły zespołowi ROSE rozpoczęcie przedstawiania pewnych całkiem imponujących wyników.
- Dotychczas opublikowaliśmy dwa artykuły pokazujące, że diagnostyka jest bardzo dobra. AUC, czyli wielkość pola pod krzywą, wynosi 0,92, a to bardzo wysoka wartość dowodząca, że możemy w ten sposób identyfikować osoby z endometriozą4.
Mówiąc prostym językiem, oznacza to, że zespół, który przyglądał się wydzielinie menstruacyjnej kobiet ze stwierdzoną endometriozą, zdołał określić cechy komórek będące silnym wskaźnikiem choroby. Ten początkowy sukces to jednak nie koniec. Christine, wciąż dążąca do większego, szybszego postępu, wyjaśnia:
- Teraz pytanie brzmi, czy możemy zidentyfikować osoby z objawami, którym nie postawiono jeszcze diagnozy. Właśnie to badamy. W artykule, który niedawno opublikowaliśmy, jest mała podgrupa pacjentek przypuszczających, że mają endometriozę, lecz jeszcze niezdiagnozowanych.
Christine dodaje, że jak dotąd komórki w ich wydzielinie wyglądają bardzo podobnie do komórek osób, u których już stwierdzono tę chorobę.
- Dlatego naprawdę wierzymy, że to się uda.
Można by przypuszczać, że środowisko medyczne, choć początkowo stawiało pewien opór, przyjmie te wyniki z niepohamowanym entuzjazmem, ale... domyślacie się, do czego zmierzam? Tak, społeczność naukowa - niczym olbrzymi, mało zwrotny statek - nieprędko doceniła tę zmianę kierunku. Christine mówi, że do tej pory cechy komórek z łatwością identyfikowane w wydzielinie menstruacyjnej znajdowano jedynie dzięki biopsjom endometrium, podczas których przez pochwę i szyjkę macicy wsuwa się cienką rurkę i pobiera tkankę z wyściółki macicy.
- To bardzo inwazyjne procedury - wyjaśnia Christine. - I sprawiają kobietom wielki ból, a do tego nikt by ich nie powtarzał. Jednak gdy starałam się o jeden z grantów z Narodowych Instytutów Zdrowia, słyszałam: "To niedorzeczne, po co gromadzić ściek menstruacyjny, skoro można po prostu zrobić tym kobietom biopsję?". To przecież zupełne przeciwieństwo naszego podejścia, które opiera się na przekonaniu, że należy stosować nieinwazyjne metody, że kobiety nie mają nic przeciwko dostarczaniu próbek i nie musiałyby znosić tyle bólu.
Co więcej, pomijając lekceważenie komfortu i wygody kobiet, wielu współpracowników Christine miało obiekcje dotyczące czasu potrzebnego do zgromadzenia i wyhodowania właściwych komórek z próbek wydzieliny (trwało to około miesiąca). Christine zwraca uwagę, że ta pozorna potrzeba szybkości to tak naprawdę nonsensowny podwójny standard.
- Często krytykowano nas za to, że musimy hodować te komórki dla celów diagnostycznych, ponieważ zdaniem niektórych to bardzo opóźnia diagnozę. W rzeczywistości opóźnia ją to, że obecnie większość kobiet czeka na zdiagnozowanie endometriozy od siedmiu do dziesięciu lat. Czym jest wobec tego miesiąc potrzebny na wyhodowanie tych komórek?
Christine wyjaśnia mi to wszystko z ledwie skrywanym znużeniem kobiety przywykłej do przekonywania opornych jednostek o wartości swoich pomysłów. Znam tę minę. To zmęczenie wyjaśnianiem oczywistych prawd, choć w wypadku Christine jest zabarwione smutkiem odczuwanym w imieniu wielu kobiet z problemami ginekologicznymi, które niepotrzebnie cierpią przez lata, ponieważ medyczny establishment nie chce zaakceptować szybszych, lepszych sposobów diagnozowania i radzenia sobie z ich bólem.
- Najsmutniejsze jest to - mówi Christine - że wiele kobiet z endometriozą traci pracę, ponieważ dwa dni w miesiącu biorą zwolnienie, albo że nie dostają awansu, nie mają dobrej opieki medycznej... Jedno idzie w parze z drugim, one nie realizują swojego pełnego życiowego potencjału. I cierpią z powodu konsekwencji... Dlatego mamy nadzieję rozwinąć procedurę tańszą od diagnostyki chirurgicznej, której koszt w tym kraju z łatwością może sięgnąć dziesięciu tysięcy dolarów. Naszym zdaniem da się to zrobić za znacznie mniejsze pieniądze.
A jak wiemy - bez względu na to, czy system opieki medycznej jest sprywatyzowany, tak jak w Stanach Zjednoczonych, gdzie Christine mieszka i pracuje, czy znacjonalizowany, tak jak u mnie w Wielkiej Brytanii - wszystko rozbija się właśnie o pieniądze.
Na szczęście dla każdego, kto ma macicę, jest kilkoro postępowych ludzi, którzy dbają, by inwestycja w opiekę zdrowotną - czy to finansowaną ze środków prywatnych, czy z publicznych - była jak najbardziej opłacalna. Jedną z takich osób jest Candace Tingen, a gdy łączy się ze mną ze swojego domu w Marylandzie, mówi mi (po obowiązkowych przeprosinach, w których wyjaśnia, że jej dzieci są na spacerze, ale w każdej chwili mogą wrócić z krzykiem), dlaczego punkt przecięcia się pieniędzy, wydzieliny menstruacyjnej i techniki może być właśnie tym upragnionym miejscem, którego wyczekuje ginekologia.
- Jestem oficer programową Narodowego Instytutu Zdrowia Dziecka i Rozwoju Człowieka - wyjaśnia - więc moje zadanie polega na nadzorowaniu portfolio grantów związanych z włókniakami macicy i zaburzeniami zdrowia menstruacyjnego oraz w zasadzie zdrowia menstruacyjnego w ogóle.
Mówi, że choć społeczność naukowa niechętnie korzysta z nowych możliwości w tej dziedzinie, podejście społeczeństwa z całą pewnością jest inne.
- To ekscytujący czas. Kobiety w domach pierwsze to zaakceptowały: słuchaj, mogę się przyjrzeć swojej krwi, mogę się przyjrzeć swojemu okresowi, mogę się nad tym zastanowić i powiedzieć ci, jak bardzo jest obfity. Mam na myśli to, że jeśli wejdziesz na TikToka, młode kobiety rozmawiają tam o konsystencji swojego ścieku menstruacyjnego, o problemach ze skrzepami, o ich kolorze. Rozmawiają o tych wszystkich sprawach, ponieważ psychika młodego pokolenia dopuszcza taką możliwość, choć nie zawsze interesowało to badaczy i starsze generacje.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.