- Sny? Nie. Nie pamiętam złych snów. Chyba
rzadko mi się coś śni, a jak się śni, to zapominam. Raz czy dwa
całą noc we śnie walczyłem, uciekałem, robiłem zasadzki. Tylko
tyle. Nie miewam koszmarów, choć pamiętam rzeczy straszne, potworne;
patrzę na nie w pamięci i boli mnie wszystko: oczy, dłonie,
serce. Ale nie miewam koszmarów. Może taka jest różnica między
agresorem a obrońcą? Ten drugi rzadziej chyba popada w szaleństwo,
choć uczestniczył w prawdziwych makabrach.
- Naprawdę nic?
- Kiedyś czasem śniły mi się ostrygi. Budziłem
się przestraszony w moim dziecięcym jeszcze łóżku.
- Ostrygi?
- Ostrygi z szabli. Ojciec wrócił ze służbowego
wyjazdu do Paryża i powiedział: Jadłem ostrygi z szabli. Co to są
ostrygi? - zapytałem (co to jest szabla, wiedziałem dobrze). To
takie zwierzątka, które zjada się żywe, odpowiedział. Gdy się je
bierze do ust, piszczą, dodał. Wyobraziłem więc sobie zwierzątka
nakłute na szablę i piszczące. To nie była przyjemna wizja dla
kilkulatka. Choć od początku coś mi się nie zgadzało: jak można
długą szablą operować niczym widelcem? Miałem własną szablę
zabawkę i próbowałem. Było to trudne.
- Co pan jeszcze robił
z tą swoją szablą? Ganiał pan kolegów?
- "Stałem pod szablą".
- Na warcie?
- Nie. Za karę.
- To znaczy?
- Mając pięć lat, coś przeskrobałem i ojciec,
wzorem z rosyjskiego wojska, skazał mnie na karę "stania pod
szablą". Kara polegała na tym, że stało się w pełnym słońcu
w pełnym umundurowaniu z szablą wyciągniętą do góry. Stałem więc
pięć minut z moją szabelką i bardzo mi się to podobało. Lubiłem
wojsko i trudno się dziwić, że lubiłem "wojskowe" rozwiązania
spraw i problemów.
- I dopiero po powstaniu panu przeszło.
- Tak, jeżeli chodzi o niektóre metody. Ale
zasady, których się trzymam, pozostały bez zmian. Ojciec mówił:
Gdy ktoś obraża ciebie, twoją ojczyznę, matkę lub ojca - bij! Bij
w mordę.
- Subtelne jak diabli.
- Taki był kodeks honorowy i już. Gdy
miałem dwanaście lat, w szkole oglądaliśmy przez mikroskop
osmozę cukru. To były zajęcia u profesora Gęborka (trudno nie
pamiętać tego nazwiska). Kolega z klasy zrobił mi coś niemiłego,
nie pamiętam już co. Powiedziałem mu, żeby się odpieprzył, a on
do mnie per "chamie". Gdy lekcja się skończyła, wyzwałem go na
pojedynek. Problem polegał na tym, że ten chłopak miał szesnaście
lat i nie chciał się bić z dzieciakiem. Walnąłem go pięścią,
zdenerwował się, oddał mi mocniej. Miałem podbite oko, wielką,
granatową śliwę. Ojciec zapytał, co się stało. Opowiedziałem
mu. Dał mi pięć złotych nagrody! Byłem zachwycony takim modelem
wychowawczym, który zresztą był wówczas dość powszechny.
- Stosował go pan
później, wychowując własne dzieci?
- No nie, skądże.
- Dlaczego?
- Nie żartujcie.
- Jakie są pańskie najwcześniejsze wspomnienia?
- Obrazy i zapachy: zapach koni i stajni,
żołnierze - w większości oficerowie dzwoniący ostrogami
i noszonymi u boku szablami, ujeżdżalnia, ćwiczenia kawalerzystów,
mundur ojca, rodzice wracający z oficerskich bali. Napoleońska
atmosfera. To był Garwolin, mieszkaliśmy w budynku dla
oficerów, ukrytym wśród drzew, w parku. Mój ojciec był
oficerem w 1. Pułku Strzelców Konnych. Ale wówczas w polskiej
armii nie było klasycznie wojskowego towarzystwa, takiego, o jakim
myślelibyście dzisiaj. Podkreślałem to w mojej książce: musicie
sobie zdawać sprawę, że wtedy zawodowi żołnierze, oficerowie, to
bardzo często byli ludzie wspaniale wykształceni, których kariera
wojskowa "porwała" jakby przez przypadek. Byli wśród nich
prawnicy, nauczyciele, ekonomiści. Po pierwszej wojnie, po odzyskaniu
niepodległości i po wojnie z bolszewikami w 1920 roku oni po prostu
pozostali w armii. Mój ojciec był agronomem, skończył studia we
Wrocławiu, wówczas Breslau. Mówił świetnie po niemiecku, równie
świetnie władał szablą, bo na ówczesnych niemieckich uczelniach
panowała moda na pojedynki.
- To chyba powinien
pana złajać, że ten starszy kolega pana zbił, a nie pan
kolegę.
- To dzisiejsze podejście, gdy liczy się tylko
skuteczność. Dla ojca i dla mnie liczyły się zasady! Wpoił mi
je bardzo dobrze: silniejszy nie bije słabszego, kobiet nie bije się
nawet kwiatem, wydanie kolegi jest zbrodnią i karę należy wziąć
na siebie, gdy ktoś cię obraża - bij! Romantyczne, idealistyczne,
pełne patriotycznych frazesów wychowanie w idyllicznych z mojej
perspektywy czasach.
- Kiedy idylla się
skończyła?
- Tak naprawdę trwała do wojny. Choć z Garwolina
wyprowadziliśmy się w 1928 roku, do Konstancina. Ojciec został
przeniesiony do Sztabu Generalnego, do II Oddziału.
- Do wywiadu.
- Tak. Ale chyba szerzej: Oddział II to
był również kontrwywiad, dywersja, nadzór nad wojskowymi
attachatami. Nigdy nie mówił o sprawach służbowych w domu. Ani
słowa. Robił dużo zdjęć, dali mu aparat, leicę, jeździł z nim
do Niemiec.
- Po prostu szpieg!
- Raczej analityk. Pisał raporty na temat
niemieckiego uzbrojenia. W latach trzydziestych był tym uzbrojeniem
przerażony, opowiadał mi po wojnie, że przedkładał te alarmujące
pisma swojemu przełożonemu - pułkownikowi Pełczyńskiemu. A tamten
uważał ojca za defetystę i nie przekazywał raportów wyżej. Ale
dla mnie ważniejsze było to, że do Konstancina zabraliśmy moją
małą klacz Baśkę i klacz ojca - Gondolę. Jeździliśmy z ojcem
wieczorami na spacery.
"W pewnej chwili zauważyłem, że
["Monter"] podał "Grzegorzowi" [Tadeuszowi
Pełczyńskiemu] małą kartkę. "Grzegorz" rozwinął ją
i przeczytał, po czym wsunął do kieszeni" - wspomina jedną
z narad dowództwa powstania warszawskiego gen. Bór-Komorowski,
który był z Tadeuszem Pełczyńskim w najbardziej zażyłych
stosunkach. "Narady trwały jeszcze przez czas dłuższy i nikomu
z nas nie przyszło na myśl, że wiadomość, którą [Pełczyński]
właśnie otrzymał, była zapewne najcięższym ciosem, jaki spotkał
go w życiu. Dopiero wieczorem, gdyśmy zostali już tylko we dwóch,
wyjął kartkę z kieszeni i podał mi ją. [Wiadomość] Była
krótka i donosiła, że w drugim dniu powstania "Kasztan" [Krzysztof
Pełczyński], jedyny syn "Grzegorza", został ciężko ranny podczas
natarcia na koszary SS i niedługo potem zmarł w szpitalu".
Tadeusz Pełczyński (1892-1985) "Grzegorz",
generał Wojska Polskiego. Przed pierwszą wojną studiował medycynę
na Uniwersytecie Jagiellońskim; żołnierz Legionów, po 1918 r. był
słuchaczem Wyższej Szkoły Wojennej. Od 1929 do października
1938 r. szef polskiego wywiadu i kontrwywiadu wojskowego. W 1941
r. został szefem sztabu Komendy Głównej Związku Walki Zbrojnej-Armii
Krajowej. Uchodzi, obok generałów Chruściela i Okulickiego, za
głównego zwolennika powstania warszawskiego.
O tym, że szef wywiadu Wojska Polskiego lubił
zachowywać dla siebie niektóre ważne informacje, opowiadał
nie tylko ojciec Stanisława Likiernika. Według niektórych
relacji Tadeusz Pełczyński 7 lipca 1944 r. otrzymał z Londynu
comiesięczny komunikat Sztabu Naczelnego Wodza. W komunikacie
tym gen. Sosnkowski przedstawiał analizę wyników konferencji
w Teheranie, przypieczętowujących przyszłość Polski jako kraju
mającego pozostać po wojnie w sowieckiej strefie wpływów. Jasne
było, że w takiej sytuacji rola militarna Polski w drugiej
wojnie jest w zasadzie zakończona, a powszechne powstanie nie ma
sensu. Generał Pełczyński miał przez kilka dni ukrywać komunikat,
nie pokazał go gen. Borowi-Komorowskiemu, a jedynie gen. Okulickiemu,
z którym podzielał wiarę, że powstanie może zmienić stanowisko
Churchilla, Roosevelta i Stalina. (Według relacji płk. Kazimierza
Pluty-Czechowskiego - szefa łączności KG AK). Wiara ta wpisuje
się w opinię, jaką wygłosił o gen. Pełczyńskim płk Janusz
Bokszczanin: "trochę idealista i mistyk".
Po wojnie Tadeusz Pełczyński przebywał na
uchodźstwie w Londynie.
- Zdjęcia
w rodzinnym albumie były robione tą szpiegowską leicą ojca?
- Nie szpiegowską. Normalną. Tak. Te przedwojenne,
które przeglądacie, w większości są z tego aparatu. Ojciec był
bardzo towarzyski, robił zdjęcia znajomym, ich dzieciom. I naprawdę
serio, bardzo serio podchodził do spraw związanych z wychowaniem
obywatelskim, patriotycznym. Nam cały czas przypominano, że
jesteśmy pierwszym pokoleniem urodzonym w wolnej Polsce. Gdy
miałem siedem lat, w rocznicę 11 listopada miałem deklamować
na akademii wiersz o Orlętach Lwowskich: O mamo, otrzyj
oczy, z uśmiechem do mnie mów - ta krew,
co z piersi broczy, ta krew to za nasz Lwów [...][1]. Byłem bardzo przejęty, mówiłem
to z emfazą. Pamiętam, że gdy skończyłem deklamować, cała
sala płakała, a potem wyniesiono mnie na rękach. Takie rzeczy
na pewno kształtują osobowość. Miałem nawet dostąpić zaszczytu
spotkania z marszałkiem Piłsudskim. Zaniosłem do Belwederu laurkę
na jego urodziny, ale marszałka nie było, wezwały go jakieś nagłe
sprawy. Kiedy kilka lat potem umarł, moi rodzice zostali zaproszeni
na dworzec w Piasecznie, by oddać honory trumnie, która jechała
specjalnym pociągiem do Krakowa. Miałem im towarzyszyć, ale uparłem
się, że pojadę sam, rowerem. Byłem pięknie, odświętnie ubrany,
pędziłem w uniesieniu, jak szalony. Padał jednak deszcz, a ja nie
miałem w rowerze błotników. Wmaszerowałem na tę uroczystość cały
mokry i w błocie. Nie wpuszczono mnie w ogóle na peron. Tak więc
marszałka Piłsudskiego naprawdę nie było mi dane spotkać.
"Tragiczny pociąg posuwa się
majestatycznie. W blasku reflektorów widać trumnę okrytą sztandarem,
oplecioną wstęgą Virtuti Militari, z buławą, szablą i błękitną
maciejówką na szczycie..." - sprawozdawał "Wiarus"
w specjalnym żałobnym numerze.
Uroczystości pogrzebowe
marszałka Józefa Piłsudskiego trwały od 13 do 18 maja 1935
r. 17 maja odbyła się uroczystość na Polu Mokotowskim. Stamtąd, po
defiladzie wojskowej, kilku generałów z Gustawem Orlicz-Dreszerem
na czele przeniosło srebrną trumnę na specjalną platformę
kolejową. Następnie kilkudziesięciu generałów przeciągnęło
platformę do stojącej nieopodal lokomotywy. Ta, po specjalnie
położonych w tym miejscu torach, ruszyła w podróż do Krakowa. Na
trasie ustawiały się tłumy; przyjmuje się, że w tej części
pogrzebu uczestniczyło kilkaset tysięcy osób. Na stacjach organizowano
uroczyste czuwania.
"Wiarus": "Obok [trumny] nieruchomi czterej
młodziutcy szwoleżerowie pełnią najsmutniejszą i najzaszczytniejszą
służbę w swoim życiu. Wzdłuż toru zebrały się wielkie tłumy
ludności, falujące w blasku pochodni. Przejmujący warkot werbli
oznajmia o zbliżaniu się pociągu. Na widok trumny ludzie padają
na kolana w rozmiękłą od deszczu ziemię, na ostry żwir lub mokre
deski. Dziatwa szkolna ściele ostatnią drogę Marszałka kwiatami,
zerwanymi z pobliskich łąk. Wszędzie rozlega się płacz ludzi,
bicie dzwonów i gwizd syren fabrycznych".
Ciało marszałka Piłsudskiego złożono w krypcie
św. Leonarda na Wawelu.
- A mama?
- Była piękna. Miała wyraziste poglądy na
każdą kwestię, nawet najmniejszą. Była pełna energii. Ojciec
był pod pantoflem, nie ma co udawać, że było inaczej. Ja, razem
ze służącą i ordynansem ojca, stanowiliśmy pluton, którym mama
dowodziła bardzo autorytarnie. Gdy rodzice nie chcieli, byśmy ich
rozumieli, rozmawiali po francusku. Posądzałem mamę o zupełny brak
poczucia humoru. Ale jednocześnie prowadziła dom, który był otwarty
dla znajomych i ich dzieci. Przyjaźniłem się z Romanem, synem majora
Mularczyka, przyjaciela mojego ojca jeszcze z Garwolina. I Roman,
późniejszy pisarz - Bratny, mieszkał u nas całymi miesiącami,
podobne jak mój kolega Janek Srebrny. Mama lubiła dzieci, bardzo. Boże
Narodzenie, Wielkanoc, wyjazdy na narty, goście przychodzący na
brydża - cały czas coś się dzięki niej działo. Robiła
wyrozumiałą minę, gdy ojciec podczas przyjęć bawił towarzystwo
swoimi opowieściami. A był z niego wspaniały gawędziarz.
- O czym opowiadał?
- Miał fenomenalną wręcz
pamięć. I fotograficzną, i analityczną. Pewnie dlatego trafił do
II Oddziału. Oczywiście najbardziej lubił opowiadać anegdoty. Dla
mnie te historie były bardzo zabawne. Ojciec był doskonałym
jeźdźcem. Przez kilka miesięcy był stażystą Hiszpańskiej
Szkoły Jazdy w Wiedniu. Żeby cudzoziemiec się tam dostał,
zgodę na specjalnej cotygodniowej audiencji musiał wyrazić sam
cesarz Franciszek Józef. I ojciec poprosił osobiście cesarza
o możliwość nauki w najsłynniejszej szkole jeździeckiej
świata. Ten epizod w życiorysie pomógł mu dostać się po
mobilizacji w 1915 roku do rosyjskiej Szkoły Oficerskiej Gwardii
Cesarskiej. Prosto z tej szkoły trafił do pułku Gwardii Konnej, dla
której między innymi przeprowadzał konie z Mandżurii. Siedem tysięcy
kilometrów! Opowieści o jego kolegach - carskich oficerach -
były cudowne. To była elita, ludzie znający języki, mówiący płynnie
po francusku i niemiecku, gruntownie wykształceni i kurtuazyjni,
którzy jednocześnie, na przykład, gdy się pewnego razu upili, nalali
szampana do fortepianu i łowili w nim ryby. A potem, ponieważ nic
nie złowili, postanowili wyrzucić fortepian przez okno. Fortepian
duży, okno małe. Ojciec próbował im wytłumaczyć, że to nie ma
sensu. Dwie godziny ciężko pracowali, żeby ten fortepian rozbić na
części, pocili się, męczyli, podarli sobie mundury, ale fortepian
wyrzucili.
- Takich imprez już nie ma...
- Tak. Nie mam tutaj fortepianu.
- Już pan wyrzucił?
- Nigdy nie byłem utracjuszem. Jeden z tych
rosyjskich kolegów ojca z frontu, jakiś podoficer, dostał
spadek. Dziesięć tysięcy rubli. To był majątek, ogromna suma, bo
ludzie zarabiali wtedy w kopiejkach. Facet poprosił o urlop na trzy
dni. Do najbliższego miasta było dwieście kilometrów. Po trzech dniach
wraca, zadowolony. Gdzie byłeś, co zrobiłeś z pieniędzmi? -
pyta go mój ojciec. A on na to: Pojechałem na pobliską stacyjkę
kolejową, był tam bufet. Napiłem się wódki i potem szablą
rozbiłem ten bufet w drzazgi. Zapłaciłem dziesięć tysięcy kary
i wróciłem! Tylko mój ojciec był zdziwiony. Rosjanie uznawali to
za normalne. To była inna fantazja... Ojciec chyba coś z tego od nich
przejął, bo kiedyś kupił na Ukrainie małego niedźwiedzia i spał
z nim w jednym łóżku, bo cieplej. Żywy termofor. Ale niedźwiedź
szybko rósł i zaczął wypychać ojca z łóżka. Takimi historiami
się żywiłem...
- Tuląc własnego pluszowego misia w łóżku...
- Nie pamiętam, czy miałem misia. Chyba nie.
"Z Kolumbem znaliśmy się od dziecka. Jego ojciec,
Tadeusz Likiernik, był rotmistrzem kawalerii, potem pracował w II
Oddziale Sztabu Generalnego. Moja z Kolumbem przeszłość konspiracyjna
sięga lat trzydziestych - pełni dzieciństwa. To wówczas powstała
"groźna" przystajenna organizacja, walcząca z rywalizującą
grupą "kasyniarzy", czyli chłopców, z których jeden mieszkał
nad oficerskim kasynem. Jak każda organizacja konspiracyjna, ta
z naszego dzieciństwa również wyrodniała. Chodziliśmy "na
stopkę", jak zwano później w konspiracji nielegalne samowolne
"ekspropriacje". Otóż ja ze Staszkiem wykryliśmy, że jego ojciec
też uprawia konspirację. W tajemnicy przed żoną jest namiętnym
pożeraczem ciastek. Matka Kolumba zwalczała skłonności męża do
tycia i ten musiał się z tym nałogiem konsekwentnie ukrywać,
przechowując po kieszeniach w monetach równych nominałów
finansowe rezerwy na zakazane łakocie. Otóż stwierdziliśmy,
że ilekroć "Tadzio" zapadnie w fotelu na krótką drzemkę,
w szparach siedzenia i różnych tapicerskich czeluściach można
wydłubać jakąś monetę. Dokonywaliśmy tych rewizji solidarnie co
jakiś czas, bacznie się wzajemnie pilnując. Był to nasz budżet
militarno-aprowizacyjny. W części "militarnej" zabezpieczał koszty
nabycia papierowych torebek, które wypełnione później końskim
nawozem stanowiły tajną broń chemiczną naszej bandy [...], reszta
szła na zabezpieczenie "aprowizacji", czyli na oranżadę stanowiącą
o możliwości regeneracji sił straconych w walce.
[...] wsypywaliśmy, bądź co bądź pułk kawalerii,
więc materiału nie brakowało, suszony nawóz koński do torebek
i w momencie walki wręcz rozbijaliśmy tę torebkę na twarzy
nieprzyjaciela [...]".
Roman Bratny w rozmowie z Janem
Marxem,
w: Kolumbowie. Rocznik 20, Warszawa
2004
- Potem poszedł pan
do gimnazjum i rodzina przeprowadziła się do Warszawy. Rodzice
opuścili sielski Konstancin ze względu na pracę ojca i pana
szkołę.
- Ale nie bardzo to doceniałem. Zdałem
do gimnazjum Czackiego, które było blisko Starego Miasta. Droga
z Konstancina zajmowała ponad godzinę, więc rodzice zdecydowali
o przeprowadzce i zamieszkaliśmy na Żoliborzu, w dużym bloku przy
Mickiewicza 27. Ciężko mi tam było na początku. Cholernie tęskniłem
do wsi, mimo że dostałem własny pokój z balkonem, że naprzeciwko
był park... Do dzisiaj zresztą, jak dobrze wiecie, nic się tam nie
zmieniło. W szkole szło mi całkiem dobrze, nauczyciele mnie lubili,
chociaż gadałem na lekcjach jak najęty. Problemy miałem - to
zabrzmi ironicznie - tylko z francuskim i z uczącą go panią
Klimaszewską, którą przezywaliśmy "Piramida", bo była naprawdę
piramidalna, rozszerzała się w dół, duża taka, duże też były
moje problemy z francuską ortografią.
- Harcerstwo?
- Tak. W 1938 roku zostałem drużynowym
zuchów. Ale byłem rozczarowany! Wolałbym przecież grupę
starszych chłopaków, a tutaj zuchy... Z czasem polubiłem jednak
zabawę z tymi siedmiolatkami. Organizowałem wyprawy, jakieś gry;
to było pierwsze wprawianie się w sytuację odpowiedzialności
i dowodzenia. W sumie ten przedwojenny czas w Warszawie też był
dla mnie bardzo szczęśliwy. Jeździliśmy na wakacje, zimą na narty,
latem do różnych dworów, jako "płacący goście", w 1936 roku
byliśmy w Rumunii w Carmen Silva, zakochałem się tam w pięknej
rumuńskiej rówieśnicy.
- A ostatnie
lato, sierpień 1939? W albumie są zdjęcia znad jeziora
Dryświaty.
- To była wieś Bobrusz, tuż przy granicy
łotewskiej. Koniec świata: po wielogodzinnej podróży pociągiem trzeba
było jechać jeszcze bryczką jakieś dwadzieścia kilometrów. Mały
pensjonat, dwadzieścia kilka osób, wspólne posiłki przy wielkim
stole, wycieczki konne, spacery, kąpiel w jeziorze, mecze siatkówki,
rodzinna atmosfera, wiejskie śliczne dziewczyny, które podawały
do stołu, sprzątały i spały w stodole. To rozpalało moją
wyobraźnię i nie tylko wyobraźnię. W Bobruszu była też
śliczna, starsza ode mnie o cztery lata Wanda, córka astronoma
z Uniwersytetu Wileńskiego, po wojnie szefa katedry astronomii
w Toruniu, profesora Dziewulskiego[2]. Piękna blondynka o niebieskich oczach. Piękna! Smaliłem
do niej cholewki, zabierałem ją na spacery kajakiem po
jeziorze. Sielanka.
- Docierały do was
informacje o napiętej sytuacji?
- Oczywiście. To były już odgłosy zbliżającej
się wojny. Wszyscy o tym mówili. Ojciec był zaniepokojony,
zdawał sobie sprawę z zupełnego nieprzygotowania Polski do wojny
i z przewagi Niemców. Słuchałem go jednak z dystansem. Pamiętałem
film o linii Maginota i potędze francuskiej armii. Mieliśmy
sojuszników, nie było się czego bać! Ojciec zdecydowanie potępiał
zajęcie przez Polaków Zaolzia, to było jego zdaniem głupie,
choćby dlatego, że przez agresywne stanowisko Polski i de
facto jej współpracę z Niemcami podczas kryzysu sudeckiego
świetne czeskie lotnictwo nie mogło schronić się w Polsce,
tylko w całości wpadło w ręce Hitlera. Nie mogłem się więc
z tego "przyłączenia Zaolzia" cieszyć, tak jak cieszyli się
moi koledzy. Panowała atmosfera wojennego entuzjazmu, Rydz-Śmigły
był popularny. Ojciec był w Warszawie. Napisałem do niego list,
żeby postarał się o przyjęcie mnie, szesnastolatka, jako ochotnika
do 1. Pułku Artylerii Konnej. Odpisał, bezwzględnie nakazując
nam pozostanie w Bobruszu. Rozpoczęcie roku szkolnego przesunięto
z 4 na 15 września. Przyjąłem to z radością. Matka, pomimo
zakazu ojca, postanowiła jednak, że wracamy do Warszawy. Wracaliśmy 31
sierpnia. Ojciec, gdy nas zobaczył, wściekł się. Oczywiście okazało
się, że mama miała rację: wszyscy, którzy zostali w Bobruszu,
zostali zesłani przez Sowietów w głąb Azji.
- "A więc
wojna..."
- Wstałem z łóżka, popatrzyłem przez okno,
a tam samolot, dziwnie nisko. Po chwili huk eksplozji. Schodzę na
podwórko, trochę rozbitych szyb, zaniepokojeni sąsiedzi.
- Co robił
ojciec?
- Był w stanie spoczynku od 1934 roku. We
wrześniu go zmobilizowano, ale ku swojej szczerej rozpaczy został
oddelegowany do utworzenia Biura Cenzury Poczty. Dusił się, był
wściekły, starał się o przeniesienie, by walczyć, ale nie
zdążył. Po absurdalnym apelu pułkownika Umiastowskiego[3], by mieszkańcy Warszawy opuścili miasto i udali
się na wschód, ruszyliśmy. Jechaliśmy z Olkiem Tyrawskim na
rowerach. Pod Garwolinem spotkaliśmy moich rodziców - ojciec,
zgodnie z rozkazem, miał ewakuować swoje nikomu niepotrzebne już
Biuro Cenzury. Po drodze kupił parę koni i powóz. Z przygodami po
kilku dniach dotarliśmy do Bugu, tam zatrzymali nas Niemcy. Czołgi,
żołnierze. Olek i ja byliśmy w mundurach przysposobienia
wojskowego, ojciec w regularnym mundurze - byłem przekonany, że nas
rozstrzelają. Zrozpaczony, ale pomny romantycznej tradycji, wyszedłem
przed szereg i powiedziałem: Bitte schissen... -
Nein, nein - odpowiedział niemiecki żołnierz
i opuścił wycelowany w nas karabin. Tak, owszem, musiało to
wyglądać tragikomicznie. Puścili nas. Gdy dowiedzieliśmy się,
że 17 września prawy brzeg Bugu zajęli Rosjanie, wróciliśmy
do Warszawy. Ojca Niemcy aresztowali 18 października. Spodziewał
się tego, powiedział matce: Wyjedźmy z miasta, bo na pewno po mnie
przyjdą. - Ty megalomanie, nie mają kogo szukać, tylko ciebie? -
usłyszał. Ale pojechaliśmy do Konstancina. I tam odwiedziła nas
Abwehra, panowie usiedli na krzesełkach i czekali na ojca, grożąc,
że jeśli się nie zjawi, aresztują mnie i mamę. Ojciec, widząc
przed domem samochód, chciał uciekać. Służąca powiedziała mu
jednak o groźbie aresztowania rodziny, wszedł więc i powiedział:
Dzień dobry panom, jestem do dyspozycji. Jako oficer wywiadu był
przesłuchiwany w Berlinie, proponowali mu kolaborację, odmówił,
był w więzieniu w Moabicie, miał proces, sąd go wysłał do
obozu dla jeńców w Colditz. Przeżył. Umarł spokojnie tutaj, we
Francji. Mama też.
- Czytaliśmy,
że próbował pan składać reklamację na gestapo, gdy ojca
aresztowali...
- Tak, spadłem tam ze schodów. Na szczęście. Bo
poszedłem na Szucha, nie mówiąc nic matce. Wszedłem po schodach na
pierwsze piętro, widzę - siedzi żołnierz przy stole. Zwróciłem
się do niego moim pożal się Boże niemieckim: Warum mein
Vater hier? Was ist das? Wziął mnie za ramiona, odwrócił,
dał mi porządnego kopniaka i zrzucił ze schodów.
- Powiedzmy patetycznie,
że spadł pan ze schodów w dorosłość, pchnięty niemieckim
butem...
- Można tak to określić, to zręczne, to ma
sens. To był koniec dzieciństwa, owszem.
- Koniec dzieciństwa nie
musi jednak oznaczać dojrzałości.
- Oczywiście, że nie. Dojrzewałem przez kolejne
lata. To było specyficzne dojrzewanie, radykalne. Te lata w Polsce
całkiem mnie ukształtowały, na całe życie. Pierwszych dwadzieścia
lat, w tym pięć lat wojny, zrobiło ze mnie człowieka, jakim byłem
przez kolejnych siedemdziesiąt i jakim jestem dzisiaj.
- Ale wojna potem panu
się nie śniła...
- Bardzo rzadko. Ostrygi też już mi się nie
śniły. W 1946 roku, po tym całym piekle, siedziałem w restauracji
Dupont-Latin na Boulevard Saint Michel w Paryżu. Ktoś zamówił mi
ostrygi, a do nich butelkę chablis.
[1] Orlątko - wiersz Artura Franciszka Michała Opmmana (Or-Ota), (1867-1931). Opmman,
poeta "młodopolski", w 1921 r. służył w 5. Pułku Piechoty
Legionów; redaktor naczelny "Żołnierza Polskiego". Autor
m.in. Legend Warszawskich (Złota
Kaczka, Syrenka,
Bazyliszek).
[2] Władysław Dziewulski (1878-1962) - astronom,
profesor Uniwersytetu Batorego w Wilnie, wybitny uczony; po wojnie
współzałożyciel Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.
[3] Płk Roman Umiastowski
(1893-1982) - we wrześniu 1939 r. szef Biura Propagandy Sztabu
Naczelnego Wodza WP. 6 września w nocy, po wyjeździe z Warszawy
gen. Rydza-Śmigłego, wygłosił przemówienie radiowe, w którym
wezwał do ewakuacji na wschód, gdzie za linią Wisły miała być
utworzona nowa linia obrony. Wywołało to chaos i zamieszanie. Drogi
zostały zablokowane przez tłumy ludzi, samochody i zaprzęgi. Wybuchła
panika - mieszkańcy, wcześniej przekonywani o sile polskiej armii,
zrozumieli apel jako sugestię, że miasto lada dzień zostanie oddane
Niemcom bez walki. Dzień później rozkaz odwołano.