Mag - John Fowles
62.00 zł
47.74 zł
(41,54 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Mimo że niniejsza wersja Maga nie jest nowa ani w sensie tematycznym, ani też narracyjnym, stanowi wszakże coś więcej niż stylistyczną korektę. Wiele scen gruntownie zmieniono, dopisano też jedną czy dwie nowe. Postąpiłem w ten dość niezwykły sposób nade wszystko dlatego, że - o ile listy mogą służyć za sprawdzian - powieść ta wzbudziła większe zainteresowanie aniżeli cokolwiek innego, co do tej pory napisałem. Już dawno nauczyłem się godzić z faktem, że utwory, które z zawodowego punktu widzenia zadowalają mnie najmniej (przy czym ich pierwsi recenzenci owo niezadowolenie bez reszty podzielają), wciąż najsilniej przyciągają moich czytelników.
Choć książka ta ukazała się w roku 1965 jako moja trzecia z kolei - pod każdym względem, prócz daty wydania, zasługuje na miano pierwszej. Zacząłem ją pisać już we wczesnych latach pięćdziesiątych, po czym zarówno nastrój, jak i sposób prowadzenia narracji ulegały niezliczonym przeobrażeniom. W swej pierwotnej formie powieść zawierała wyraźne elementy nadprzyrodzone, będąc próbą dokonania czegoś na wzór arcydzieła Henry'ego Jamesa W kleszczach lęku. Brakowało mi wówczas spójnego wyobrażenia o tym, ku czemu właściwie zmierzam, tak zresztą w życiu, jak i w owej książce. Obiektywna strona mej natury wyrażała powątpiewanie, czy kiedykolwiek stanę się pisarzem publikującym, tymczasem jednak strona subiektywna nie umiała rozstać się z tym mitem, który, choć nieudolnie i mozolnie, usiłowała wydać na świat. Najżywiej pamiętam dziś to, że nieustannie zmuszony byłem rezygnować z kolejnych wersji powieści, a to z tej przyczyny, iż nie potrafiłem opisać tego, co chciałem wyrazić. Zarówno niedostatki techniczne, jak i ów dziwaczny aspekt wyobraźni, który na pozór przypomina bardziej niezdolność zapamiętania tego, co istnieje, niż to, czym jest w istocie - to znaczy nieumiejętnością przywołania tego, czego nie ma - podcinały mi skrzydła, nim w ogóle oderwałem się od ziemi. Wszelako, gdy wraz z sukcesem Kolekcjonera w roku 1963 przyszła także wiara we własne siły, ów wiecznie kaleczony i zmieniany tekst dopomniał się w końcu swoich praw względem innych powieści, do których przymierzałem się w latach pięćdziesiątych (a z nich najmniej dwie, moim zdaniem, sprawiały lepsze wrażenie, co być może nie pozostałoby bez wpływu na moją karierę literacką, przynajmniej w Anglii).
W 1964 roku wziąłem się do pracy; porównałem wszystkie dotychczasowe wersje Maga i napisałem go na nowo. Niemniej pod względem narracji powieść nie posunęła się ani o krok naprzód, pozostając wytworem nowicjusza, notatnikiem z wyprawy - czasem chybionej i niepojętej - do nieznanej krainy. Nawet już w postaci, w jakiej ostatecznie go opublikowano, Mag był nadal dziełem instynktu, bardziej przypadkowym i naiwnym, aniżeli mogłoby się wydawać czytelnikowi kierującemu się kryteriami rozumu. Najcięższe zarzuty, jakie stawiali mi ówcześni krytycy, potępiały książkę jako zimną, wyrachowaną grę wyobraźni, intelektualną igraszkę. Z drugiej strony trzeba przyznać, iż jedna z nieusuwalnych wad powieści polegała na tym, że usiłowałem ukryć ów stan wiecznej płynności, w którym utwór ten powstawał.
Poza oczywistym wpływem Junga, którego teorie głęboko mnie zajmowały w owym czasie, trzy powieści odegrały nie mniej istotną rolę w toku pisania przeze mnie Maga. Najbardziej świadom byłem tu oddziaływania książki Alaina Fourniera Mój przyjaciel Meaulnes - w istocie tak bardzo, że usunąłem wiele aż nadto jednoznacznych aluzji. Aczkolwiek tropiącemu dosłowności badaczowi paralele mogą wydać się odległe, to jednak Mag byłby dzisiaj całkiem inną książką, gdyby nie jego francuski antenat. Siła Mojego przyjaciela Meaulnesa tkwi w tym (w każdym razie według niektórych z nas), że przekazuje on doświadczenia pozaliterackie - i ja również chciałem nadać tę siłę własnej powieści. Inna wada Maga, której też nie sposób już naprawić, wzięła się stąd, że nie rozumiałem jeszcze, iż doświadczenia takie stanowią charakterystyczną tęsknotę wieku młodzieńczego. Dorastanie głównego bohatera u Alaina Fourniera ukazane jest przynajmniej w sposób otwarty i konkretny.
Może się to wydać zdumiewające, lecz niewątpliwy wpływ wywarła na Maga również pewna książka, która swego czasu silnie poruszyła moją dziecięcą wyobraźnię: Bevis Richarda Jefferiesa. W moim przekonaniu powieściopisarze - czy są tego później świadomi, czy też nie - zostają ukształtowani w bardzo młodym wieku. Bevis zaś posiada tę samą cechę co Mój przyjaciel Meaulnes, a mianowicie przedstawia świat nader odmienny od świata, który istnieje - czy raczej istniał w oczach zamieszkującego na przedmieściach dziecka z klas średnich, którego rolę musiałem wówczas odgrywać. Przytaczam to jedynie gwoli przypomnienia, że głęboka struktura takich powieści, a także ich nastrój, pozostają w nas na długo po tym, jak przestajemy je już czytać.
Z istnienia trzeciej książki leżącej u podłoża Maga nie zdawałem sobie wtenczas sprawy, dopiero obecnie mogę podziękować spostrzegawczości pewnej studentki z Reading University, która napisała do mnie onegdaj, w kilka lat po opublikowaniu Maga, wskazując na liczne podobieństwa do Wielkich nadziei. Nie mogła wiedzieć przecież, że jest to jedyna powieść Dickensa, dla której zawsze żywiłem szczery podziw i uwielbienie (i dzięki której wybaczam mu aż tyle z tego, czego u niego nie lubię), oraz że wcześniej, pisząc własną książkę, z wielką przyjemnością uczyłem Wielkich nadziei w szkole w ramach lektur obowiązkowych; wreszcie, że od dawna chodził mi po głowie pomysł uczynienia z Conchisa kobiety - pogłos tejże idei, dla której pierwowzorem była Dickensowska panna Havisham, zachował się w postaci pani de Seitas. W niewielkim ustępie zamieszczonym w skorygowanym tekście oddaję hołd owemu niewidzialnemu wpływowi.
Zwięzłego komentarza wymagają również dwie inne, ważniejsze zmiany. Zawierają one mocniejsze akcenty erotyczne, co uznaję po prostu za naprawienie błędu wynikającego z braku pewności siebie. Druga zmiana dotyczy zakończenia. Pomimo że jego zamysł ogólny nigdy nie wydawał mi się tak niezrozumiały, jak stwierdzali to niektórzy czytelnicy - może dlatego że nie przywiązywali należnej wagi do dwu wersów z Pervigilium Veneris zamykających powieść - zgadzam się jednak, iż powinienem był opowiedzieć się za bardziej jednoznacznym zakończeniem powieści... co też właśnie uczyniłem.
Żaden pisarz nie wyjawia z radością głębszych biograficznych podstaw swego dzieła, które dotyczą autentycznych zdarzeń i sytuacji. I ja nie należę tu do wyjątków. Wszakże moja wyspa Phraxos (czyli "ogrodzona" wyspa) to w rzeczywistości grecka wyspa Spetsai, gdzie w latach 1951 i 1952 uczyłem w prywatnej szkole z internatem - odmiennej jednak od tej, którą rysuję w Magu. Gdybym próbował oddać wierny wizerunek tamtej szkoły, pokusić bym się musiał o napisanie powieści komicznej1.
Znany grecki milioner, który nabył niedawno na własność część Spetsai, nie wiąże się w żaden sposób z milionerem z mojej powieści; pan Niarchos przybył zresztą na wyspę później. Podobnie ówczesny właściciel willi "Bourani", której wygląd i bajeczne położenie rzeczywiście sobie przywłaszczyłem, nie stanowi bynajmniej pierwowzoru mego bohatera, mimo że, o ile wiem, tak właśnie głosi w tej chwili jedna z miejscowych legend. Z owym dżentelmenem - który jest przyjacielem starszego Venizelosa - spotkałem się tylko dwukrotnie, i to bardzo krótko. Za to jego dom utkwił mi wyraźnie w pamięci.
Jest bodaj rzeczą niemożliwą wyobrazić sobie dziś Spetsai taką, jaką opisałem tuż po wojnie, lecz wiem to wyłącznie ze słyszenia, nigdy bowiem nie powróciłem już na wyspę. Życie toczyło się tam w największym osamotnieniu, chociaż w szkole pracowało dwóch nauczycieli Anglików, nie zaś tylko jeden, jak to jest w książce. Swego współpracownika, a obecnie starego przyjaciela, Denysa Sharrocksa, poznałem szczęśliwym zbiegiem okoliczności. Był niesłychanie oczytany i znacznie lepiej niż ja obeznany w zwyczajach greckich. To on zaprowadził mnie do willi wkrótce po tym, jak postanowił dać spokój własnym ambicjom literackim. Właśnie w "Bourani" podczas swej poprzedniej wizyty - oznajmił cierpkim głosem - napisał ostatni wiersz w życiu. Dziwnie odseparowana willa, cudowne otoczenie, kres pewnego złudzenia przyjaciela - wszystko to w jakiś niewytłumaczalny sposób roznieciło iskierkę w mojej wyobraźni. Tamtego razu, gdy zbliżaliśmy się ku wybudowanej na przylądku willi, zaskoczyły nas przedziwne w tym klasycznym krajobrazie odgłosy... Nie były to dźwięki dostojnego klawesynu z mej książki, ale coś, co wręcz absurdalnie przywodziło w pamięci walijską kaplicę. Mam nadzieję, że to harmonium nadal tam stoi. Ono także miało swój udział w powieści.
Twarze obcokrajowców - a nawet Greków - należały wówczas do rzadkości. Pamiętam, że któregoś dnia przybiegł do Denysa i do mnie pewien chłopiec z wiadomością, iż z zacumowanego parowca, który przypłynął z Aten, zszedł jeszcze jakiś Anglik; pamiętam, jak pędziliśmy, niby dwaj doktorzy Livingstone'owie, żeby powitać niesłychanego przybysza na naszej samotnej wyspie. Innym znów razem zjawił się tu Katsimbalis - kolos z Maroussi Henry'ego Millera - my zaś czym prędzej złożyliśmy mu wyrazy szacunku. Grecja jeszcze wtedy odznaczała się wzruszającą atmosferą jednej wielkiej wioski.
Wyjąwszy zamieszkany zakątek wyspy, cała Spetsai znajdowała się we władaniu duchów, subtelniejszych jednak - i piękniejszych - od tych, które sam stworzyłem. Cisza jej sosnowych lasów była doprawdy nieziemska, niepodobna do niczego, co przeżyłem gdziekolwiek indziej: niby na zawsze niezapisana stronica, czekająca na słowo lub nutę. Cisza owa budziła osobliwe poczucie bezczasowości i rodzącego się mitu. To tutaj właśnie, ze wszystkich innych miejsc, jakiekolwiek zdarzenie było najmniej prawdopodobne, a zarazem coś jakby nieustannie wisiało w powietrzu. Zaiste, genius loci tego miejsca przywoływał na pamięć najlepsze wiersze Mallarmégo o niewidocznym locie, słowach pobitych przez to, co niewyrażalne. Nie jestem w mocy przekazać, jak ważne dla mnie jako pisarza okazało się to doświadczenie. Przepełniło mnie ono i naznaczyło znacznie silniej niż wszelkie inne wspomnienia dotyczące fizycznego bądź społecznego charakteru wyspy. Już wtedy wiedziałem, że jestem dożywotnim wygnańcem ze społeczeństwa angielskiego, a przynajmniej wielu jego aspektów, lecz powieściopisarz musi skazać się na jeszcze głębsze wygnanie.
Najdobitniej doświadczenie owo przejawiało się w przygnębieniu, o czym przekonało się zresztą wielu młodych, początkujących pisarzy i malarzy, którzy udali się do Grecji w poszukiwaniu natchnienia. Nadaliśmy nawet specjalną nazwę temu poczuciu nieprzystosowania i duchowego marazmu, które nas nachodziło: "egejska chandra". Tylko najwyższej miary artysta potrafi stworzyć rzecz wartościową pośród tych najczystszych, najbardziej harmonijnych krajobrazów na kuli ziemskiej, zwłaszcza jeżeli uprzytamnia sobie, iż jedynych ludzi, którzy mogliby się w ogóle z nim mierzyć, bezpowrotnie zabrał już czas. Grecja wysp to jeszcze w dalszym ciągu Kirke - nie miejsce tu dla artysty-podróżnika na niespieszne wędrówki, jeśli dba choć trochę o swą duszę.
Poza tym jednak w czasie mego pobytu na Spetsai nie wydarzyło się nic takiego, co znalazłoby odbicie w niniejszej prozie. Wszelkie powieściowe zdarzenia, które mają oparcie w rzeczywistości, nastąpiły już po tym, kiedy wróciłem do Anglii. Uciekłem wprawdzie przed Kirke, lecz jej brak mocno dawał mi się we znaki. Nie zdawałem sobie jeszcze wtenczas sprawy, jak ważna dla pisarza jest utrata, jakże płodna twórczo, choć jednocześnie bolesna dlań osobiście. Nabrzmiałe poczucie braku, zaprzepaszczona szansa, sprawiło, że pewne dylematy życia w Anglii zmieszały się u mnie ze wspomnieniami o wyspie i jej samotności; Spetsai coraz wyraźniej stawała się dla mnie utraconym rajem, domaine sans nom Alaina Fourniera, może nawet farmą Bevisa. Stopniowo mój protagonista Nicholas przybierał oblicze, jeśli nie współczesnego Everymana, to przynajmniej typowego reprezentanta mojej klasy i pochodzenia. W nazwisku, jakim go ochrzciłem, kryje się moja prywatna gra słów. Jako dziecko nie potrafiłem wymówić spółgłoski th inaczej niż jako f, tak więc Urfe oznacza w istocie Ziemię, Earth, a koncept ten poprzedza na długo wygodne skojarzenia z Honoré d'Urfé i Astrea.
Mam nadzieję, że powyższe uwagi zwolnią mnie od ciężaru tłumaczenia, co też historia ta "znaczy". Powieści, nawet pełniej przemyślane i dopracowane niż niniejsza, w niczym nie przypominają krzyżówek, w których podanym hasłom odpowiada jeden i tylko jeden zestaw bezbłędnych odpowiedzi. Czasem opadają mnie wątpliwości ("Szanowny Panie Fowles: proszę wyjaśnić mi prawdziwe znaczenie..."), czy kiedykolwiek zdołam wytępić tę analogię z umysłu współczesnego czytelnika. Jeśli już doszukiwać się w Magu jakiegoś "prawdziwego znaczenia", to ogranicza się ono do tego, jakie w psychologii ma test Rorschacha. Takie znaczenie powieści polegałoby na pewnej reakcji, którą wywołuje ona w czytelniku, w moim zaś osobistym przekonaniu nie istnieje tu określona "prawidłowa" reakcja.
Powinienem jeszcze dodać, że poddając tekst korekcie, nie usiłowałem oczyścić go z uzasadnionych zarzutów zbytniej komplikacji, przerostów, sztuczności i wielu innych, jakie pierwszemu wydaniu książki postawili co surowsi krytycy. Wiem teraz, które pokolenie jest najbardziej zafrapowane Magiem, wiem też i to, że w swej istocie musi on na zawsze pozostać utworem o dojrzewaniu napisanym przez człowieka jeszcze niedojrzałego. Na moje usprawiedliwienie powiem tylko, że wszyscy artyści muszą swobodnie obejmować pełną skalę swego życia. Cały świat może potem cenzurować i puszczać w niepamięć ich osobistą przeszłość - my tego nie uczynimy; i dlatego aż po dzień śmierci pozostaniemy bardziej lub mniej "zieloni"... mając tylko nadzieję, że nasza niedojrzała zieleń stanie się zielenią urodzaju. O takim utrapieniu mówi ostatni, bolesny utwór Thomasa Hardy'ego The Well-Beloved - ta najprzenikliwsza ze współczesnych powieści o pisarzach - w którym rzekomo "dojrzały" artysta w średnim wieku nie umie wyzwolić się od znacznie młodszej części swej natury. Można wprawdzie zrzucić tę tyranię, jak postąpił sam Hardy, lecz płaci się za to cenę w postaci kresu własnych zdolności pisarskich. To właśnie między innymi Mag spontanicznie (choć nieświadomie) celebrował przyjęcie na siebie owego jarzma.
Jeśli w tym gąszczu intuicji na temat istoty ludzkiej egzystencji - oraz istoty fikcji - ukrywa się gdzieś myśl przewodnia, to tkwi ona być może w pierwotnym tytule powieści, którego zmiany i dziś czasem żałuję: Gra w Boga. Istotnie, miałem zamiar, by Conchis przedstawił serię masek symbolizujących ludzkie wyobrażenia o Bogu, począwszy od nadprzyrodzonego, a skończywszy na żargonowo-naukowym, czyli serię ludzkich złudzeń dotyczących czegoś, co faktycznie nie istnieje - absolutnej wiedzy i absolutnej władzy. Zburzenie owych iluzji uważam nadal za jeden z najszczytniejszych humanistycznych celów; życzyłbym sobie, aby znalazł się obecnie jakiś super-Conchis, który by kazał Arabom i Żydom, ulsterskim katolikom i protestantom przejść przez taki sam heurystyczny młyn, jakiego doświadczył Nicholas.
Nie bronię decyzji Conchisa w momencie egzekucji, bronię jednak realności dylematu. "Bóg" i "wolność" to pojęcia zupełnie sobie przeciwne, ludzie zaś wierzą w swych wyimaginowanych bogów zazwyczaj dlatego, iż boją się uwierzyć w to drugie. Dość długo już żyję na tym świecie, by zdawać sobie sprawę, że czynią tak czasami z uzasadnionych powodów. Trzymam się wszakże ogólnej zasady - i to ją chciałem postawić na pierwszym planie tej opowieści - że prawdziwa wolność leży tylko między dwojgiem osób, nigdy w samej jednostce, tak więc nie stanie się nigdy wolnością absolutną. Być może wszelka wolność, nawet najwzględniejsza, jest fikcją; jednak moja wolność, po dzień dzisiejszy, skłania się ku tej drugiej hipotezie.
1976
JOHN FOWLES
1 Istnieje jeszcze jedna osobliwa powieość o tej szkole: Aleko pióra Kennetha Matthewsa (Peter Davies, 1934). Ponadto francuski pisarz Michel Déon opublikował autobiograficzny Le Balcon de Spetsai (Gallimard, 1961).
Zawodowy rozpustnik rzadko zasługuje na litość.
De Sade, Niedole cnoty
Urodziłem się w 1927 roku jako jedyne dziecko mieszczańskich rodziców; oboje byli Anglikami wychowanymi w groteskowo wydłużonym cieniu tego potwornego karła, królowej Wiktorii, i nigdy nie udało im się na tyle wznieść ponad historię, by się z tego cienia wydostać. Posłano mnie do internatu ekskluzywnej prywatnej szkoły, zmarnowałem dwa lata, służąc w wojsku, wstąpiłem na uniwersytet w Oksfordzie i tam zacząłem rozumieć, że wcale nie jestem taki, za jakiego chciałbym uchodzić.
Już dużo wcześniej doszedłem do wniosku, że przydaliby mi się zupełnie inni rodzice i przodkowie. Ojciec mój został generałem nie tyle z powodu jakichś specjalnych talentów, ile po prostu dlatego, że we właściwym czasie był w odpowiednim wieku, a matka stanowiła żywy wzór tego, jaka powinna być małżonka generała. Nigdy, w żadnej sprawie nie miała odmiennego zdania niż mąż i zawsze, nawet wówczas gdy znajdował się on o tysiące mil od domu, zachowywała się tak, jakby z sąsiedniego pokoju przysłuchiwał się jej słowom. W czasie wojny rzadko widywałem ojca i podczas tych jego długotrwałych nieobecności idealizowałem go sobie, a on zazwyczaj w ciągu pierwszych czterdziestu ośmiu godzin urlopu burzył całkowicie to moje o nim wyobrażenie.
Tak jak wszyscy ludzie, którzy nie całkiem dorastają do swego stanowiska, czepiał się pozorów i drobiazgów i zamiast posługiwać się intelektem, sprawił sobie pancerz z wielkich słów, a wymawiał je tak, jakby zaczynały się z wielkiej litery: Dyscyplina, Tradycja, Poczucie Odpowiedzialności. Jeśli czasem - z rzadka - ośmieliłem się mu sprzeciwić, zaraz sięgał po jedno z tych magicznych słów i walił mnie nim po głowie; niewątpliwie tak samo traktował w podobnych okolicznościach swych podwładnych. Jeżeli człowiek zaraz nie zamilkł i nie poddał się, wpadał w gniew, czy też raczej pozwalał sobie wpaść w gniew. A gniew miał zawsze pod ręką.
W naszej rodzinie kultywowano tradycję - a właściwie były to pobożne życzenia - że pochodzimy z Francji, z której nasi przodkowie uciekli po odwołaniu edyktu nantejskiego i że byli oni hugenotami ze szlacheckiej rodziny spowinowaconej z Honoré d'Urfé, autorem siedemnastowiecznego bestsellera Astrea. Co prawda - jeśli wykluczyć równie niepewne pokrewieństwo z Tomem Durfeyem, przyjacielem Karola II, który niewątpliwie posługiwał się piórem - to nikt z moich przodków nie wykazał nigdy najmniejszych skłonności artystycznych: z pokolenia na pokolenie byli to wojskowi, marynarze, drobni posiadacze ziemscy i kapłani, a odznaczali się jedynie brakiem indywidualności oraz zamiłowaniem do hazardu, przyprawiającym ich o nieustanne straty. Dziadek mój miał czterech synów, dwóch zginęło podczas pierwszej wojny, trzeci wybrał dość niesmaczny sposób pozbycia się obciążeń atawistycznych i nie spłaciwszy długów karcianych, uciekł do Ameryki. Mój ojciec, najmłodszy syn, posiadający te wszystkie cechy charakteru, jakich oczekuje się od syna najstarszego, nigdy o bracie nie wspominał i nie mam najmniejszego pojęcia, czy on jeszcze żyje ani czy mamy w Ameryce jakichś nieznanych kuzynów.
W ciągu ostatnich lat w szkole zrozumiałem, że mogę oczekiwać od rodziców tylko pogardy dla tego rodzaju życia, jakie pragnąłbym prowadzić, i że to właśnie jest w nich najgorsze. Byłem "mocny" w angielskim, w szkolnym pisemku drukowałem pod pseudonimem wiersze i uważałem D.H. Lawrence'a za największego człowieka stulecia; moi rodzice nigdy Lawrence'a nie czytali, a jeśli w ogóle o nim słyszeli, to tylko w związku z Kochankiem lady Chatterley. Pewne cechy moich rodziców, łagodna uczuciowość matki i sporadyczne wybuchy wesołości ojca, mogłyby mi ich przybliżyć, ale zawsze lubiłem ich właśnie za to, do czego oni nie przykładali żadnej wagi. Kiedy skończyłem osiemnaście lat, a zbiegło się to ze śmiercią Hitlera, rodzice stali się już dla mnie tylko ludźmi, którzy dostarczają mi środków utrzymania, więc zasługują wprawdzie na moją wdzięczność, ale nie są w stanie wzbudzić we mnie innych uczuć.
Prowadziłem podwójne życie. W szkole zdobyłem sobie reputację cynika i estety czasu wojny. Musiałem jednak wstąpić do wojska - żądały tego Tradycja i Ofiarność. Tyle że ubłagałem, i na szczęście poparł mnie w tym dyrektor szkoły, aby potem wolno mi było wstąpić na uniwersytet. W armii nadal prowadziłem podwójne życie, publicznie odgrywając rolę syna generała Urfe, czyli "Blezera", a prywatnie pożerając setki tomików wierszy i New Writing w seriach Pingwina. I gdy tylko stało się to możliwe, wystąpiłem z wojska.
Do Oksfordu przyjechałem w 1948 roku. Na drugim roku studiów, wkrótce po wakacjach, podczas których nader rzadko widywałem mych rodziców, ojciec musiał polecieć do Indii. Zabrał ze sobą matkę. Ich samolot rozbił się podczas burzy jakieś czterdzieści mil od Karaczi, wysokooktanowy stos pogrzebowy. Kiedy już minął pierwszy szok, ogarnęło mnie uczucie ulgi. Pozostał mi tylko jeden bliski krewny, brat matki, który miał farmę w Rodezji, zatem nie groziło mi już stłamszenie przez rodzinę tego, co uważałem za swoje prawdziwe "ja". Uczucia rodzinne nie były więc moją mocną stroną, ale za to byłem doskonale zorientowany w modnych prądach intelektualnych.
A przynajmniej wraz z całą grupą bratnich dziwaków z college'u Magdalen za takiego się uważałem. Założyliśmy maleńki klub, który nazwaliśmy Les Hommes Révoltés2, piliśmy bardzo wytrawne sherry i w proteście przeciwko rozchełstaniu końca lat czterdziestych wkładaliśmy na zebrania ciemne garnitury i czarne krawaty. Podczas zebrań dyskutowaliśmy o bycie i nicości, a pewien rodzaj niekonsekwentnego zachowania nazywaliśmy egzystencjalistycznym. Ludzie mniej wtajemniczeni uznaliby je za kapryśne lub wręcz samolubne, ale my nie rozumieliśmy, że bohaterowie, a raczej antybohaterowie czytanych przez nas francuskich powieści egzystencjalistycznych nie mają nic wspólnego z realizmem. Staraliśmy się ich naśladować, mylnie uważając, że metaforyczny opis złożonych stanów duchowych stanowi gotową receptę postępowania. I oddawaliśmy się kolejno wszelkim modnym niepokojom. Większość z nas, zgodnie z tradycyjnym oksfordzkim dandyzmem, chciała się po prostu różnić od innych ludzi. Naszemu klubowi to się udało.
Nabrałem kosztownych przyzwyczajeń i afektowanych manier. Z trudem uzyskałem marny dyplom i bez trudu uległem miłym złudzeniom: zacząłem się uważać za poetę. Choć trudno by było znaleźć coś mniej poetycznego niż moje nic-mnie-już-nie-jest-w-stanie-zadziwić znudzenie życiem w ogóle, a w szczególności tym, że na to życie trzeba jakoś zarobić. Wchłonąłem jednak pewną dawkę Sokratesowej rzetelności - na tym właśnie polega wkład Oksfordu do cywilizacji. I dzięki temu od czasu do czasu w przebłysku zdrowego rozsądku zdawałem sobie sprawę, że nie wystarczy buntować się przeciwko własnej przeszłości. Kiedyś w gronie przyjaciół wygłosiłem gwałtowną filipikę przeciwko armii; gdy wróciłem do domu, zrozumiałem nagle, że choć bezkarnie wypowiedziałem głośno wiele rzeczy, od których mój zmarły ojciec przewraca się chyba w grobie, to i tak jestem nadal pod jego wpływem. Nie byłem cynikiem z natury, stałem się nim z potrzeby buntu. Udało mi się uciec od tego, czego nienawidziłem, ale nie odnalazłem jeszcze tego, co mógłbym kochać, udawałem więc przed samym sobą, że nic nie jest godne miłości.
Wkroczyłem w życie szczodrze wyposażony we wszystko, co powinno skazać mnie na niepowodzenia. Ojciec w swoim arsenale wielkich słów nie przechowywał Przezorności Finansowej; płacił zawsze śmiesznie wysokie rachunki u Ladbroke'a oraz w kasynie oficerskim, dbał bowiem o popularność, a z braku osobistego wdzięku musiał się uciekać do alkoholu. Po zapłaceniu podatku spadkowego i adwokatów pozostało mi z jego pieniędzy o wiele za mało, by mogło wystarczyć na utrzymanie. Zacząłem rozglądać się za pracą, ale ani dyplomacja i służba państwowa, ani też banki, handel i agencje reklamowe nie pociągały mnie zbytnio. Odbyłem wprawdzie wiele wstępnych rozmów, ponieważ jednak nie uważałem za stosowne okazywać entuzjazmu, którego oczekuje się od młodego urzędnika, wszystkie te rozmowy spełzły na niczym.
W końcu postąpiłem tak samo jak wielu, wielu absolwentów Oksfordu: odpowiedziałem na ogłoszenie umieszczone w "Dodatku Oświatowym Timesa". Pojechałem do drugorzędnej szkoły prywatnej we wschodniej Anglii, zostałem pobieżnie przesłuchany, po czym ofiarowano mi pracę. Dowiedziałem się później, że prócz mnie zgłosiło się tylko dwóch kandydatów, obaj z niezbyt szacownych uczelni, a następny semestr zaczynał się za trzy tygodnie.
Chłopcy, których musiałem uczyć, masowy produkt średnich klas społecznych, nie mieli w sobie nic, co mogłoby wzbudzić moje zainteresowanie; koszmarne miasteczko mogło przyprawić o klaustrofobię, ale naprawdę nie do zniesienia był pokój nauczycielski. Ulgą stawał się powrót do klasy. Nuda i monotonia zawisły nad gronem nauczycielskim jak czarna chmura. Prawdziwa nuda, nie moja modna ennui. To z niej rodziły się frazesy, hipokryzja i bezsilny gniew starszych nauczycieli, którzy zdawali sobie sprawę ze swego bankructwa, i młodszych, którzy czuli, że są na nie skazani. Starsi nauczyciele przywodzili na myśl kazania pod szubienicą; patrząc na nich, odczuwało się coś w rodzaju zawrotu głowy, zupełnie jakby człowiek zajrzał do bezdennej studni jałowości ludzkich wysiłków - ja przynajmniej tak to zacząłem odbierać w ciągu drugiego semestru w szkole.
Nie widziałem powodu, by spędzić życie na tej saharze, i im lepiej zdawałem sobie z tego sprawę, tym bardziej czułem, że ta skostniała, zadowolona z siebie szkoła jest miniaturowym modelem całego kraju i że nie da się uciec od niej, nie uciekając także od niego. A poza tym miałem już dość dziewczyny, z którą ostatnio byłem.
Moje wymówienie - oczywiście po zakończeniu roku szkolnego - zostało przyjęte z rezygnacją. Wspomniałem coś niewyraźnie o gnającym mnie niepokoju i dyrektor chyżo wyciągnął z tego wniosek, że wybieram się do Ameryki lub do dominiów.
- Nie, panie dyrektorze, nie mam jeszcze konkretnych planów.
- Cóż, Urfe, osobiście uważam, że mógłby być z pana zupełnie niezły nauczyciel. I że pan także odkryłby z czasem nasze dobre strony. Ale teraz już za późno.
- Chyba tak.
- Nie jestem pewien, czy pochwalam to wałęsanie się po zagranicach. Osobiście radziłbym panu nie wyjeżdżać. Cóż... vous l'avez voulu, Georges Danton3. Vous l'avez voulu.
Bardzo typowe było to błędne przytoczenie cytatu.
W dniu mego wyjazdu lał deszcz. Mnie jednak przepełniało uczucie podniecenia, dziwne, wspaniałe uczucie, że zrywam się do lotu. Nie wiedziałem, dokąd trafię, ale wiedziałem, czego mi trzeba. Trzeba mi było innego kraju, innego życia, innego języka i, choć wtedy nie potrafiłbym tak tego sformułować, potrzebna mi była nowa tajemnica.
Dowiedziałem się, że British Council szuka pracowników, zatem w początku sierpnia wybrałem się na Davies Street, gdzie wzięła mnie na spytki ochocza, opętana "kulturą" dama o głosie i słownictwie z Roedean. Strasznie ważne jest, oznajmiła takim tonem, jakby się zwierzała, żeby reprezentowali "nas" za granicą właściwi ludzie, ale, głupia sprawa, ogłoszono już wszystkie wakaty i po przeprowadzeniu rozmów wybrano odpowiednich kandydatów, zresztą i tak aktualnie zmniejsza się liczba personelu za granicą. Wreszcie doszła do sedna sprawy: może mi zaoferować tylko nauczanie angielskiego w zagranicznych szkołach - pewnie uważam to za słuszne?
Uważałem.
Pod koniec sierpnia dałem półżartem ogłoszenie. Na zwięzłą ofertę, że jestem gotów wyjechać dokądkolwiek i robić cokolwiek, otrzymałem parę odpowiedzi. Oprócz broszurek, które miały mi przypomnieć, że znajduję się w ręku Boga, nadeszły trzy czarujące listy od zawsze czujnych, a za to gołych hochsztaplerów. I list, który proponował niecodzienną i zyskowną posadę w Tangerze - czy aby mówię po włosku? - ale moja odpowiedź pozostała bez echa.
Na horyzoncie zaczął majaczyć wrzesień: poczułem się bliski rozpaczy. Widziałem już, jak przyparty do muru sięgam do "Dodatku Oświatowego" i studiuję niekończącą się, szarą listę szarych propozycji. Zatem któregoś poranku zdecydowałem się powrócić na Davies Street.
Zapytałem, czy nie ma przypadkiem wolnych miejsc nauczycielskich w okolicach Morza Śródziemnego, i ta nadużywająca słowa "strasznie" kobieta poszła po akta. Usiadłem w poczekalni pod brunatnopomidorowym Mathew Smithem i zacząłem wyobrażać sobie samego siebie w Madrycie, Rzymie, Marsylii, Barcelonie... nawet w Lizbonie. Za granicą wszystko będzie inaczej, nie grozi mi pokój nauczycielski i będę pisał wiersze. Kobieta wróciła. Strasznie jej przykro, ale wszystkie lepsze miejsca zostały już zajęte. Oto, czym dysponuje. I wręczyła mi arkusik zawierający dane o szkole w Mediolanie. Pokręciłem przecząco głową. Zgodziła się ze mną.
- Więc pozostaje już tylko to. Właśnie daliśmy ogłoszenie. - I podała mi wycinek z gazety.
Szkoła im. Lorda Byrona, Phraxos
Szkoła im. Lorda Byrona, Phraxos, Grecja, poszukuje nauczyciela języka angielskiego. Rok szkolny rozpoczyna się w październiku. Kandydaci winni być kawalerami i mieć dyplom z języka angielskiego. Znajomość współczesnej greki niekonieczna. Pensja wynosi równowartość 600 funtów rocznie w walucie wymienialnej. Kontrakt dwuletni z możliwością przedłużenia. Zwrot kosztów podróży.
Kobieta wręczyła mi prospekt uzupełniający ogłoszenie. Phraxos była to wyspa na Morzu Egejskim, około stu trzydziestu kilometrów od Aten. Szkoła im. Lorda Byrona jest "jedną z najsłynniejszych greckich szkół z internatem, prowadzoną na wzór ekskluzywnych szkół angielskich" - stąd nazwa. Wyposażona była ponoć we wszystko, co taka szkoła mieć powinna. Nauczyciela obowiązywało maksimum pięć lekcji dziennie.
- Tę szkołę strasznie wychwalają. A wyspa jest wręcz czarowna.
- Była tam pani?
Kobieta miała koło trzydziestki, urodzona stara panna, do tego stopnia pozbawiona seksu, że szykowny ubiór i zbyt staranny makijaż nadawały jej żałosny wygląd; przypominała pozbawioną powodzenia gejszę. Nie, nie była tam, ale wszyscy tak mówią. Jeszcze raz przeczytałem ogłoszenie.
- Dlaczego tak z tym zwlekali?
- O ile nam wiadomo, mieli jakiegoś kandydata. Nie od nas. I w ostatniej chwili coś nie wyszło. - Zajrzałem do prospektu. - Nigdy dotąd nie szukaliśmy im kandydatów. Teraz robimy to tylko z uprzejmości. - Obdarzyła mnie wyrozumiałym uśmiechem, jej przednie zęby były o wiele za duże. Swoim najbardziej oksfordzkim głosem zapytałem, czy mogę ją zaprosić na lunch.
Wróciwszy do domu, wypełniłem kwestionariusz, który mi przyniosła do restauracji, i zaraz znów wyszedłem, by go wysłać. Tego samego wieczoru dziwnym zrządzeniem losu poznałem Alison.
Według norm tamtych czasów, które nie były jeszcze czasami łatwego seksu, miałem chyba jak na swój wiek dość duże doświadczenie. Dziewczyny - a przynajmniej pewien rodzaj dziewczyn - lubiły mnie, miałem auto, wówczas nie było to wśród studentów takie częste, i miałem także sporo pieniędzy. Nie byłem brzydki i, co ważniejsze, miałem swoją samotność, a jak każdy podrywacz wie, jest to broń niezawodna. Moja "technika" polegała na zachowaniu cynicznym, obojętnym i niemożliwym do przewidzenia. Nagle, jak prestidigitator wyciąga białego królika, ja wyciągałem z zanadrza samotne serce.
Nie kolekcjonowałem podbojów, ale gdy opuszczałem Oksford, tuzin dziewcząt dzielił mnie od utraty dziewictwa. W równym stopniu sprawiały mi przyjemność seksualne sukcesy, co wyraźnie efemeryczny charakter miłości. Tak jakbym gardząc golfem, uprawiał go, i to z powodzeniem. W ten sposób człowiek jest zawsze zabezpieczony, czy wygrywa, czy nie. Większość moich miłostek przypadała na okres wakacji, z dala od Oksfordu, w ten sposób na początku semestru opuszczałem bezkonfliktowo miejsce zbrodni. Czasem następowało parę nudnych tygodni wymiany listów, ale wkrótce odkładałem na bok samotne serce, gdyż z kolei "nie wolno mi było zaniedbywać kształcenia swej osobowości", i przybierałem pozę lorda Chesterfielda. Stałem się ekspertem nie tylko od nawiązywania, ale i od zrywania miłostek.
Brzmi to jak zimna kalkulacja, bo tak zresztą pewnie było, ale wynikało to nie tyle z prawdziwej oschłości serca, ile z narcystycznej wiary w znaczenie stylu życia. Uczucie ulgi, jakie sprawiało mi porzucenie dziewczyny, uważałem mylnie za umiłowanie wolności. Jedno tylko mogę chyba powiedzieć na swoją korzyść: rzadko kłamałem i zawsze starałem się, aby aktualna ofiara, zanim zdejmie sukienkę, wiedziała, jaka jest różnica między pójściem do łóżka a małżeństwem.
Jednak wtedy, we wschodniej Anglii, sprawy się skomplikowały. Zacząłem chodzić z córką jednego ze starszych nauczycieli. Była ładna w konwencjonalny angielski sposób, tak samo jak ja nienawidziła prowincji i robiła wrażenie namiętnej. Wkrótce jednak zrozumiałem, że namiętność ta nie jest bezinteresowna: dziewczyna chce się za mnie wydać. Robiło mi się niedobrze na myśl, że to, co było tylko zaspokojeniem często fizycznej potrzeby, może mi zwichnąć życie. Był nawet taki wieczór, a może dwa, kiedy o mało nie uległem Janet, choć wiedziałem, że jest idiotką, że jej nie kocham i nigdy nie będę w stanie pokochać. Długo nękało mnie wspomnienie pożegnalnej sceny w aucie nad brzegiem morza, całonocne gorzkie wymówki i szlochy. Na szczęście wiedziałem, i ona wiedziała, że wiem, iż nie jest w ciąży. Pojechałem do Londynu z mocnym postanowieniem trzymania się przez jakiś czas z dala od kobiet.
Mieszkanie pod moim, wynajętym przy Russel Square, przez niemal cały sierpień stało puste, ale którejś niedzieli usłyszałem ruch, trzaskanie drzwiami, muzykę. W poniedziałek minąłem na schodach dwie nieciekawie wyglądające dziewczyny i usłyszałem, jak rozmawiają, spłaszczając samogłoski. Australijki. Nadszedł wieczór owego dnia, kiedy jadłem lunch z panną Spencer-Haig, a był to piątek. Około szóstej usłyszałem stukanie do drzwi, w progu stała tęższa ze spotkanych wcześniej dziewczyn.
- Hej! Jestem Margaret. Z dołu. - Uścisnąłem wyciągniętą dłoń. - Miło mi pana poznać. Urządzamy składkowy bankiecik. Zajrzy pan?
- Hm. Nie wiem, akurat...
- Będzie głośno.
Zwykła sprawa: zapraszają sąsiadów, żeby uniknąć skarg. Zawahałem się, potem wzruszyłem ramionami.
- Dobra. Dziękuję.
- Fajnie. Koło ósmej, tak? - Już zaczęła schodzić, ale jeszcze zawołała ze schodów: - Ma pan dziewczynę, którą chciałby pan przyprowadzić?
- Nie, akurat nie.
- Zajmiemy się tym. Hej!
I już jej nie było. A ja natychmiast zacząłem żałować, że przyjąłem zaproszenie.
Zszedłem na dół, gdy usłyszałem, że przyszło już wiele osób. Miałem nadzieję, że brzydkie dziewczyny - brzydkie dziewczyny zawsze przychodzą pierwsze - znalazły już partnerów. Drzwi stały otworem. Przeszedłem przez maleńki przedpokój i stanąłem na progu, trzymając w ręku butelkę algierskiego burgunda. Rozejrzałem się po zatłoczonym pokoju, próbując odszukać wzrokiem którąś ze znanych mi dziewczyn. Głośne australijskie głosy, mężczyzna w szkockiej spódniczce i paru przedstawicieli Indii Zachodnich. Nie, to nie dla mnie, pomyślałem, i już miałem zamiar się wycofać. Tymczasem ktoś wszedł i stanął w przedpokoju, tuż za mną.
Była to dziewczyna mniej więcej w moim wieku, w ręku miała ciężką walizkę, na ramionach mały plecak. Była ubrana w białawy płaszcz nieprzemakalny, pomięty, noszący ślady podróży, a jej opalenizna była opalenizną kogoś, kto spędził wiele tygodni na prawdziwym słońcu. Długie włosy dziewczyny tak pojaśniały od tego słońca, że mogła uchodzić za blondynkę. Włosy te wyglądały dziwacznie, ówczesna moda bowiem nakazywała obcinać włosy krótko na sierotę, upodobniając w ten sposób dziewczyny do chłopców. Dziewczyna miała w sobie coś germańskiego, może Dunka? Wyglądała dziecinnie, ale zarazem perwersyjnie. Cofnęła się i przywołała mnie skinieniem głowy. Uśmiechnęła się przelotnie, blado i nieszczerze.
- Czy mógłby pan odszukać Maggie i poprosić ją, żeby tu przyszła?
- Margaret?
Skinęła głową. Przecisnąłem się przez zatłoczony pokój do kuchni, gdzie dojrzałem Margaret.
- Hej! Przyszedł pan!
- Ktoś pani szuka. Jakaś dziewczyna z walizką.
- Ach, nie! - Odwróciła się do stojącej za nią kobiety. Poczułem, że coś jest nie w porządku. Wahała się przez chwilę, ale odstawiła butelkę piwa, którą właśnie otwierała. Poszedłem za nią.
- Alison! Miałaś przyjechać w przyszłym tygodniu.
- Wydałam całą forsę. - Nowo przybyła zrobiła minę zabłąkanego dziecka i obrzuciła starszą koleżankę wzrokiem, w którym kryły się i przeprosiny, i wyzwanie. - Czy Pete wrócił?
- Nie. - Margaret zniżyła głos, który zabrzmiał ostrzegawczo: - Ale Charlie i Bill już są.
- Merde! - Nieznajoma oburzyła się. - Muszę się wykąpać.
- Charlie wstawił do wanny piwo, żeby się ostudziło.
Pod opaloną dziewczyną ugięły się kolana, więc wtrąciłem się do rozmowy:
- Proszę skorzystać z mojej łazienki. Mieszkam piętro wyżej.
- Pozwoli pan? Alison, to jest...
- Nicholas.
- Naprawdę? Przed chwilą przyjechałam z Paryża...
Zauważyłem, że mówi dwoma różnymi głosami, jeden brzmiał niemal po australijsku, drugi niemal po angielsku.
- Jasne. Zaraz panią zaprowadzę.
- Muszę zabrać ekwipunek.
Kiedy weszła do pokoju, rozległ się wrzask:
- Hej, Allie! Gdzieś ty się, dziewczyno, podziewała?
Otoczyło ją kilku Australijczyków. Kolejno ich ucałowała. Po chwili Margaret, jedna z tych tłustych dziewczyn, które lubią matkować dziewczynom chudym, odepchnęła ich. Alison podeszła do mnie, niosąc w ręku jakieś szmatki, i poszliśmy na górę.
- Chryste Panie! - powiedziała. - Ci Australijczycy!
- Gdzie pani była?
- Wszędzie. We Francji. W Hiszpanii.
Weszliśmy do mojego mieszkanka.
- Oczyszczę tylko wannę z pająków. Może się pani czegoś napije? Tu jest barek.
Kiedy wróciłem, stała ze szklanką whisky w ręku. Znów się uśmiechnęła, ale było widać, że przyszło jej to z trudem, gdyż uśmiech natychmiast zgasł. Pomogłem jej zdjąć płaszcz. Była tak mocno uperfumowana, że narzucało to myśl o jakimś środku odkażającym, a jej żółta spódniczka miała niewiele czystych miejsc.
- Mieszka pani na dole?
- Aha. Mieszkamy wszystkie razem.
Podniosła w milczącym toaście szklankę. Miała niewinne, szare oczy, jedyny niewinny szczegół twarzy, na której malowało się zepsucie: jak gdyby tylko okoliczności zmusiły ją do przybrania maski twardości. Widać było, że potrafi dawać sobie radę, a mimo to odnosiło się wrażenie, że potrzeba jej obrony. A jej głos z lekkim, bardzo lekkim australijskim akcentem, jednak nie całkiem angielski, brzmiał raz nosowo i szorstko, to znów sprawiał wrażenie pikantnej bezpośredniości. Dziwaczna dziewczyna, wcielenie sprzeczności.
- Jest pan sam? To znaczy na tym bankiecie?
- Tak.
- Spędzi pan ze mną wieczór?
- Jasne.
- Niech pan wróci po mnie za dwadzieścia minut.
- Zaczekam na panią.
- Wolałabym, żeby pan wyszedł.
Wymieniliśmy ostrożne uśmiechy i zszedłem na dół.
Od razu podeszła do mnie Margaret. Odniosłem wrażenie, że na mnie czeka.
- Nicholasie, jedna z moich angielskich przyjaciółek marzy, żeby pana poznać.
- Bardzo mi przykro, ale już się spóźniła.
Margaret spojrzała na mnie bacznie, rozejrzała się dokoła, potem skinęła, żebym wyszedł za nią do przedpokoju.
- Widzi pan, trochę mi niezręcznie powiedzieć, ale... Alison jest zaręczona z moim bratem. A dziś wieczór jest tu paru jego przyjaciół.
- No to co?
- Z nią są zawsze jakieś kłopoty.
- Dalej nie rozumiem.
- Nie chcę żadnej awantury. Już raz do tego doszło. - Patrzyłem na nią z głupią miną. - Niektórzy ludzie robią sceny zazdrości w czyimś imieniu.
- Będę uważał.
Ktoś zawołał ją do środka. Zawahała się, ale widać zdecydowała, że niczego więcej nie może się po mnie spodziewać.
- W porządku. Ale czy mnie pan dobrze zrozumiał?
- Jeszcze jak!
Spojrzała na mnie wzrokiem starego weterana, niezbyt zadowolona skinęła głową i zniknęła. Spędziłem dwadzieścia minut w pobliżu drzwi, następnie dyskretnie wyszedłem i wróciłem do własnego mieszkania. Zadzwoniłem. Długa cisza, wreszcie za drzwiami rozległ się głos:
- Kto tam?
- Dwadzieścia minut upłynęło.
Drzwi otworzyły się. Alison upięła włosy i owiązała się ręcznikiem, prezentując bardzo brązowe ramiona i bardzo brązowe nogi. Szybko wycofała się do łazienki. Zabulgotała wypuszczana z wanny woda. Zawołałem przez drzwi:
- Ostrzeżono mnie przed panią.
- Maggie?
- Powiedziała, że nie życzy sobie awantur.
- Głupia krowa. Moja przyszła szwagierka.
- Wiem.
- Studiuję socjologię. Na londyńskim uniwersytecie. - Nastąpiła pauza. - Czy to nie głupie? Człowiek wyjeżdża i wracając, myśli, że ludzie się zmienili, a tymczasem są zupełnie tacy sami.
- Co pani chce przez to powiedzieć?
- Sekundę.
Czekałem dobrych parę minut. Wreszcie drzwi się otworzyły i weszła do pokoju. Miała na sobie prościutką, białą sukienkę i znów rozpuściła włosy. Nie była wcale umalowana i wyglądała o wiele ładniej.
Wykrzywiła usta w uśmiechu.
- No co, ujdę w tłumie?
- Będzie pani królową balu. - Patrzyła tak bezpośrednim wzrokiem, że to zbijało z tropu. - Schodzimy na dół?
- Jeszcze kropelkę.
Nalałem jej więcej niż kropelkę. Patrząc, jak whisky leje się do szklanki, zauważyła:
- Nie wiem, czemu jestem taka wystraszona. Czemu jestem wystraszona?
- Czego się pani boi?
- Sama nie wiem. Maggie. Chłopców. Tych moich kochanych starych ziomków!
- Awantury?
- Boże! Była to zupełnie kretyńska historia. Też podczas bankietu. Bo całowałam się z takim miłym młodym Izraelczykiem. I to wszystko. Ale Charlie doniósł Pete'owi i razem rzucili się na tamtego chłopaka, i... Boże! Sam pan wie, jak to jest z tymi "prawdziwymi mężczyznami".
Na dole znikła mi na chwilę z oczu. Otoczono ją. Poszedłem po coś do picia i podałem jej nad czyimś ramieniem. Rozmawiali o Cannes, o Collioure, o Walencji. W drugim pokoju zaczął się jazz, więc stanąłem w drzwiach, by posłuchać. Za ciemnoskórymi tancerzami widziałem przez okno bladobursztynowe niebo, mroczne drzewa. Poczułem się nagle obcy. Z drugiej strony pokoju uśmiechnęła się do mnie dziewczyna w okularach, kryjących krótkowzroczne oczy, o miękkiej banalnej buzi, najwyraźniej jedna z tych posiadających duszę intelektualistek, które rodzą się po to, by wykorzystywali je i eksploatowali naciągacze. Stała samotnie i domyśliłem się, że to ona jest zaprzyjaźnioną "miłą Angielką", którą zaprosiła dla mnie Margaret. Używała zbyt czerwonej szminki do ust i miałem wrażenie, że znam ją na wylot. Odwróciłem się od niej, jakbym uciekał znad brzegu przepaści, i usiadłem na podłodze koło półki z książkami. Zacząłem udawać, że czytam.
Po chwili uklęknęła koło mnie Alison.
- Wstawiłam się. To ta whisky. Hej, chce pan się tego napić?
Podała mi gin. Przysiadła bokiem. Pokręciłem przecząco głową. Pomyślałem o tamtej Angieleczce z białą buzią, z rozmazanymi czerwonymi ustami. Ta dziewczyna była przynajmniej żywa, nieucywilizowana, ale żywa.
- Cieszę się, że pani dziś wróciła.
Wypiła łyczek ginu i spojrzała na mnie badawczo. Spróbowałem jeszcze raz:
- Czytała to pani?
- Dajmy sobie spokój z konwersacją. Do diabła z literaturą. Pan jest mądry, a ja jestem piękna. Porozmawiajmy o tym, jacy naprawdę jesteśmy.
W jej szarych oczach kryła się kpina, a może wyzwanie.
- A Pete?
- Jest pilotem. - Wymieniła słynną linię lotniczą. - Śpimy z sobą. Od czasu do czasu. I tyle.
- Aha.
- Obecnie się przekwalifikowuje. Jest w Stanach. - Zaczęła wpatrywać się w podłogę, przez chwilę wyglądała zupełnie inaczej, poważniej. - Zaręczyny wymyśliła Maggie. My nie jesteśmy tacy. - Spojrzała na mnie spod oka. - Wolni ludzie.
Nie było jasne, czy mówi o narzeczonym, czy też o mnie i o sobie, czy ta gadka o wolności to poza, czy też naprawdę tak myśli.
- Co pani robi?
- To i owo. Najczęściej pracuję jako recepcjonistka.
- W hotelach?
- Gdzie się da. - Zmarszczyła nosek. - Staram się o inną pracę. Chcę być stewardesą. Dlatego pojechałam na parę tygodni poćwiczyć się we francuskim i hiszpańskim.
- Czy mogę panią jutro gdzieś zaprosić?
Pojawił się masywny Australijczyk i stanął, opierając się o framugę drzwi.
- Charlie - zawołała przez pokój - on tylko pozwolił mi się wykąpać w swojej wannie. To wszystko.
Charlie wolno pokiwał głową, po czym pełnym przestrogi gestem wyciągnął gruby paluch. Wyprostował się i odszedł niezbyt pewnym krokiem.
- Czarujący.
Odwróciła głowę i zaczęła się przyglądać własnej ręce.
- Czy spędził pan dwa i pół roku w japońskiej niewoli?
- Nie. Dlaczego?
- Bo Charlie spędził.
- Biedny Charlie.
Nastąpiło milczenie.
- Australijczycy są prostakami, ale za to Anglicy to tępi zarozumialcy.
- Jeśli pani...
- Ja sobie z niego pokpiwam, bo jest we mnie zakochany, a on te moje kpinki lubi. Ale nikt inny nie będzie kpił z niego w mojej obecności.
Znów nastąpiło milczenie.
- Przepraszam.
- W porządku.
- W sprawie jutra?
- Nie. W sprawie Charliego.
Choć czułem się urażony lekcją, którą mi dała, abym się nie puszył i nie zniżał łaskawie do czyjegoś rzekomo niższego poziomu, Alison udało się mnie zmusić, bym jej o sobie opowiedział. Zadawała mi bezceremonialne pytania i nie przyjmowała do wiadomości wymijających odpowiedzi. Opowiedziałem jej, że jestem synem generała, opowiedziałem o swym osamotnieniu, tym razem jednak nie chciałem przydać sobie blasku, ale wytłumaczyć, jaki jestem. Zauważyłem w Alison dwie rzeczy: za jej szorstkością krył się wielki talent wprowadzania mężczyzn w dobry humor, umiała z nimi postępować, była wielką dyplomatką w sprawach seksu, a jej atrakcyjność polegała zarówno na bezpośredniości, jak i na tym, że dobrze wiedziała, iż ma piękne ciało i interesujacą twarz. Zupełnie nie po angielsku potrafiła nagle zabłysnąć wypowiedzeniem jakiejś prostej prawdy, umiała być poważna, umiała okazać zainteresowanie. Zamilkłem. Widziałem, że mnie obserwuje. Po chwili spojrzałem na nią. Miała zamyślony, nieśmiały wyraz twarzy - zupełnie nowa osobowość.
- Alison, bardzo panią lubię.
- Ja chyba też pana lubię. Ma pan sympatyczne usta. Jak na tępego zarozumialca.
- Jest pani pierwszą Australijką w moim życiu.
- Biedny Angol.
Dawno już zgaszono wszystkie światła, oprócz jednej przyćmionej lampki, i wszędzie, na wszystkich meblach, na każdym skrawku podłogi, pełno było czułych par. Bankiecik rozpadł się na parki. Maggie gdzieś znikła, a Charlie spał na podłodze w sypialni. Tańczyłem z Alison, na początku trzymaliśmy się blisko siebie, potem jeszcze bliżej. Całowałem jej włosy, szyję, a ona ścisnęła moją rękę i jeszcze bardziej przysunęła się do mnie.
- Idziemy na górę?
- Idź. Przyjdę za chwilę. - Zniknęła, a ja poszedłem do siebie. Minęło dziesięć minut i stanęła w drzwiach, uśmiechając się lękliwie. Stała tak w tej swojej białej sukience, malutka, niewinna i zepsuta, szorstka i wrażliwa, doświadczona nowicjuszka.
Weszła. Zamknąłem drzwi i od razu zaczęliśmy się całować, oparci w ciemnościach o drzwi, trwało to minutę, dwie, trzy. Nagle usłyszeliśmy kroki i ktoś zapukał. Alison zasłoniła mi ręką usta. Znów ktoś dwukrotnie zastukał, po chwili znowu. Wahaliśmy się, biły nam serca. Kroki oddaliły się.
- Chodź - powiedziała. - Chodź, chodź.
Obudziłem się dopiero późnym rankiem. Ona jeszcze spała, odwróciwszy się do mnie brunatnymi plecami. Poszedłem zaparzyć kawę i przyniosłem ją do sypialni. Alison już się obudziła i wpatrywała się we mnie z pościeli. Było to długie, pozbawione wyrazu spojrzenie, nieprzyjmujące do wiadomości mego uśmiechu. Odwróciła się nagle i naciągnęła na głowę prześcieradło. Usiadłem obok niej i niezręcznie próbowałem dowiedzieć się, co się stało, ale ona dalej chowała głowę pod prześcieradło, więc po chwili przestałem ją głaskać i zagadywać, i zabrałem się do kawy. Po jakimś czasie usiadła i poprosiła o papierosa. Spytała, czy nie mógłbym pożyczyć jej koszuli. Nie chciała mi spojrzeć w oczy. Naciągnęła koszulę, poszła do łazienki, a wróciwszy, potrząsnęła ostrzegawczo głową i weszła z powrotem do łóżka. Usiadłem w nogach i patrzyłem, jak pije kawę.
- Co się stało?
- Czy wiesz, z iloma mężczyznami spałam w ciągu ostatnich dwóch miesięcy?
- Z pięćdziesięcioma?
- Nie - uśmiechnęła się.
- Gdybym spała z pięćdziesięcioma, byłabym uczciwą profesjonalistką.
- Napij się jeszcze kawy.
- Wczoraj, w pół godziny potem, jak cię poznałam, pomyślałam, że gdybym była naprawdę zepsuta, to bym poszła z tobą do łóżka.
- Dziękuję ci.
- Poznałam się na tobie. Po twoim sposobie mówienia.
- To znaczy?
- Że jesteś facetem typu affaire de peau.
- Nie bądź śmieszna.
- Byłam wykończona - oznajmiła. - Strasznie byłam zmęczona. - Obrzuciła mnie długim spojrzeniem, potem pokręciła głową i zamknęła oczy. - Przepraszam. Jesteś miły. Jesteś bardzo miły w łóżku. Tylko co teraz?
- Skąd ja mam wiedzieć?
- A ja muszę.
- Przecież to nie zbrodnia. Po prostu udowodniłaś samej sobie, że nie możesz wyjść za mąż za tamtego faceta.
- Mam dwadzieścia trzy lata. A ty?
- Dwadzieścia pięć.
- Czy nie zaczynasz się domyślać, jaki właściwie jesteś? I jakim zostaniesz? Bo ja tak. Na zawsze pozostanę głupią australijską pindą.
- Daj spokój!
- Powiem ci, co teraz robi Pete. Wiesz, że pisze do mnie tak: W zeszły wtorek przygadałem babkę i urządziliśmy sobie maleńkie wuzzamaru.
- Co to znaczy?
- To znaczy "ty też możesz się przespać, z kim chcesz". - Wyjrzała przez okno. - Całą wiosnę przemieszkaliśmy razem. Wiesz, łatwo nam się z sobą dogadać, a kiedy wychodzimy z łóżka, czujemy się jak rodzeństwo. - Spojrzała na mnie z ukosa, przez dym. - Nie wiesz, co to znaczy, kiedy dziewczyna budzi się w łóżku faceta, którego poprzedniego dnia o tej porze nigdy nie widziała na oczy. Coś się traci. Nie tylko to, co wszystkie dziewczyny muszą stracić.
- Albo zyskuje.
- Co my, na Boga, możemy zyskać? Powiedz!
- Doświadczenie. Rozkosz.
- Czy mówiłam ci już, że uwielbiam twoje usta?
- Wiele razy.
Zgasiła papierosa i znów usiadła.
- Czy wiesz, dlaczego przed chwilą byłam bliska płaczu? Bo wyjdę za niego za mąż. Jak tylko wróci. Wyjdę za niego za mąż. Na nic innego nie zasługuję.
Oparła się o ścianę, siedziała w zbyt obszernej koszuli, jak podobny do kobiety chłopaczek ze smutną miną. Wpatrywała się we mnie, wpatrywała w narzutę na łóżku, wpatrywała w nasze milczenie.
- Przejdzie ci to. Każdy czasem czuje się nieszczęśliwy.
- Kiedy tylko zaczynam myśleć, zaraz czuję się nieszczęśliwa. Kiedy budzę się i widzę, jaka jestem.
- Zdarza się to tysiącom dziewczyn.
- Nie jestem tysiącami dziewczyn. Jestem mną. - Zdjęła przez głowę koszulę i schowała się w pościeli. - Jak się nazywasz? Chodzi mi o nazwisko.
- Urfe, U, R, F, E.
- Ja Kelly. Czy twój tata był naprawdę generałem?
- Tak.
Drwiąco, a zarazem nieśmiało zasalutowała, potem wyciągnęła w moją stronę brunatne ramię. Przysunąłem się do niej.
- Nie uważasz mnie za dziwkę?
Wtedy, patrząc na nią z tak bliska, miałem jeszcze chyba możność wyboru. Mogłem powiedzieć, co myślę. - Tak, jesteś włóczącą się dziwką, a co gorsza, usiłujesz to swoje włóczenie się wykorzystać, żałuję, że nie poszedłem za radą twojej przyszłej szwagierki. - Może gdybym był od niej dalej, gdybym siedział z drugiej strony pokoju, mógł uciec od jej wzroku, potrafiłbym się zdobyć na brutalność. Ale te szare, przenikliwe, niewinne oczy, które prosiły mnie, bym wyznał prawdę, zmusiły mnie do kłamstwa.
- Lubię cię. Bardzo cię lubię.
- Wróć do łóżka i obejmij mnie. Nic więcej. Tylko obejmij.
Wróciłem do łóżka i objąłem ją. I po raz pierwszy w życiu kochałem się z zapłakaną kobietą.
W ciągu tej pierwszej soboty płakała jeszcze nie raz. Koło piątej zeszła na dół zobaczyć się z Maggie i wróciła z czerwonymi oczyma. Maggie kazała jej się wynosić. Pół godziny później przyszła na górę współmieszkanka Maggie, Ann, jedna z tych nieszczęsnych dziewczyn, których profil od nosa aż do brody stanowi prostą linię. Maggie wyszła i prosi, aby Alison zabrała swoje rzeczy. Poszliśmy więc po te rzeczy na dół. Uciąłem rozmówkę z Ann. Na swój sposób, choć nie brakowało jej pruderii, okazała Alison więcej sympatii, niż się mogłem spodziewać; Maggie wyraźnie, wręcz demonstracyjnie, przymykała oczy na wszystkie wady brata.
Przez wiele dni Alison wychodziła z domu tylko nocą ze strachu przed Maggie, która z jakichś nieznanych powodów wydawała się jej znienawidzonym, ale potężnym monolitem australijskich cnót na wypalonej łące dekadencji angielskiej. To ja chodziłem kupić coś do zjedzenia, rozmawialiśmy, spaliśmy, kochaliśmy się, tańczyliśmy i gotowaliśmy o rozmaitych porach dnia i nocy, sous les toits; zwykły czas się nie liczył, był równie odległy jak ponury londyński świat za oknem.
Alison nigdy nie traciła swej kobiecości, nigdy, w przeciwieństwie do większości dziewcząt angielskich, nie zdradziła swej płci. Nie była piękna, często nie była nawet ładna. Ale miała modną chłopięcą sylwetkę, umiała się świetnie, nowocześnie ubrać, umiała się poruszać, toteż całość wyglądała znacznie lepiej niż poszczególne elementy jej powierzchowności. Często siedziałem w aucie i przyglądałem się, jak idzie w moją stronę, zatrzymuje się, przechodzi przez jezdnię; wyglądała cudownie. Kiedy jednak była tuż koło mnie, chwilami w jej wyglądzie uderzało mnie coś płytkiego, miała w sobie coś z rozgrymaszonego dziecka. Nawet gdy byliśmy bardzo blisko, przeważnie nie mogłem się połapać w jej urodzie. Przez chwilę była brzydka, a potem wystarczył jeden ruch, zmiana wyrazu twarzy, i wszelka brzydota wydawała się czymś nie do pomyślenia.
Kiedy miała wyjść, malowała sobie oczy, pasowało to do wykrzywionych często w podkówkę ust, nadających jej charakterystyczny wygląd skrzywdzonego dziecka, który sprawiał, że miało się ochotę skrzywdzić ją jeszcze bardziej. Na ulicy, w restauracjach, w pubach nie było mężczyzny, który nie zwróciłby na nią uwagi, i ona o tym dobrze wiedziała. Często obserwowałem, jak mężczyźni wodzą wzrokiem za przechodzącą Alison. Była jedną z tych nielicznych, nawet wśród ładnych niewiast, które rodzą się otoczone zmysłową aurą: w życiu takich kobiet najważniejsze będą zawsze ich stosunki z mężczyznami i to, jak mężczyźni na nie reagują. A mężczyźni, nawet ci najbardziej niemęscy, czują to.
Bez tuszu na rzęsach i cieni na powiekach Alison była zwyczajniejsza. W ciągu pierwszych dwunastu godzin nie zachowywała się w sposób typowy dla siebie, ale zawsze było w niej coś przewrotnego, trudno było przewidzieć, co zrobi. Nigdy nie było wiadomo, kiedy pojawi się ta druga Alison, bardziej wyrafinowana, skrzywdzona, a równocześnie twardsza. Oddawała się namiętnie, ale potrafiła ziewnąć w najbardziej nieodpowiednim momencie. Mogła też spędzić cały dzień na sprzątaniu, gotowaniu, prasowaniu, a potem przez trzy, cztery dni wylegiwała się na podłodze przed kominkiem, czytając Króla Leara, kobiece pisma ilustrowane, jakiś kryminał i Hemingwaya - nie naraz, ale kolejno, po kawałeczku, wszystko w ciągu jednego popołudnia. Robiła, co jej przyszło do głowy, i dopiero potem szukała motywacji takiego czy innego postępowania.
Któregoś dnia wróciła do domu z kosztownym wiecznym piórem.
- To dla pana, monsieur.
- Co ty wyprawiasz!
- Wszystko w porządku. Ukradłam je.
- Ukradłaś?
- Stale coś kradnę. Nie zauważyłeś?
- Stale?
- Nigdy nie kradnę w małych sklepach. Tylko w domach towarowych. Same o to proszą. Nie rób takiej zgorszonej miny.
- Nie robię. - Ale byłem zgorszony. Stałem, trzymając ostrożnie pióro.
Roześmiała się.
- To moje hobby.
- Po sześciu miesiącach w Holloway przestaniesz się śmiać.
Nalała sobie whisky.
- Santé! Nienawidzę domów towarowych. Ohydni kapitaliści. I to w dodatku angielscy. Jedna kradzież i trafiam dwa ptaki. No, bracie, uśmiechnij się. - Wsunęła mi pióro do kieszeni. - Masz, jesteś wspólnikiem zbrodni!
- Muszę się napić.
Wziąwszy do ręki butelkę, przypomniałem sobie, że to ona ją "kupiła". Spojrzałem na nią. Skinęła potakująco głową.
Kiedy nalewałem whisky, stanęła tuż koło mnie.
- Nicholasie, wiesz, dlaczego bierzesz wszystko tak poważnie? Bo zbyt serio traktujesz samego siebie. - Uśmiechnęła się do mnie na wpół czule, na wpół drwiąco i wyszła obrać kartofle.
A ja poczułem, że w jakiś tajemniczy sposób obraziłem i ją, i samego siebie.
Którejś nocy usłyszałem, że wypowiada przez sen czyjeś imię.
- Kto to jest Michel? - spytałem następnego dnia rano.
- Ktoś, o kim chcę zapomnieć.
Ale poza tym opowiadała mi o wszystkim, o swojej matce, która była Angielką z dobrej rodziny i starała się rządzić mężem, o ojcu, który był zawiadowcą stacji i przed czterema laty zmarł na raka.
- To dlatego mam taki idiotyczny głos. Za każdym razem, kiedy otwieram usta, mama i tata zaczynają we mnie walczyć. To pewnie dlatego nienawidzę Australii i kocham ją, i nigdy nie będę tam mogła być szczęśliwa, a równocześnie ciągle tęsknię do domu. Czy ty coś z tego rozumiesz?
Stale pytała mnie, czy coś rozumiem.
- Pojechałam do Walii odwiedzić rodzinę. Brata mamy. Jezu. Nawet kangur by się rozpłakał.
Uważała, że jestem bardzo angielski i bardzo czarujący. Częściowo dlatego, że byłem taki "kulturalny", często posługiwała się tym słowem. Pete wymyślał jej, ile razy poszła na wystawę lub na koncert. Świetnie go naśladowała: - No, mała, czy nie lepiej się urżnąć?
Któregoś dnia oznajmiła:
- Ty wcale nie wiesz, jaki Pete jest fajny. Poza tym, że to skurwiel. Zawsze wiem, czego sobie życzy, wiem, co myśli, i kiedy coś mówi, wiem, o co mu chodzi. A z tobą sama nie wiem, czego się trzymać. Urażam cię i wcale nie wiem czym. Podobam ci się i też nie wiem dlaczego. Bo jesteś taki angielski. Nie możesz nawet tego zrozumieć.
Skończyła szkołę w Australii i przez rok studiowała języki na uniwersytecie w Sydney. Ale potem poznała Pete'a i "wszystko się pokomplikowało". Musiała zrobić skrobankę i wyjechała do Anglii.
- On cię na tę skrobankę namówił?
Siedziała na moich kolanach.
- Wcale o tym nie wiedział.
- Nie wiedział!
- Nie byłam pewna, czy to jego dziecko.
- Biedactwo!
- Wiedziałam, że jeśliby to miało być jego dziecko, to go nie będzie chciał. A jeśli nie jego, to trudno, żeby je miał. I tyle.
- Nie było ci...
- Nie chciałam mieć tego dziecka. Co ja bym z nim zrobiła? - I dodała ciszej: - Tak było.
- A teraz?
Zamilkła. Lekko wzruszyła ramionami.
- Czasem.
Nie widziałem jej twarzy. Siedzieliśmy, milcząc, czuliśmy ciepło i bliskość, oboje o tym wiedzieliśmy, i wiedzieliśmy, że jesteśmy oboje zakłopotani implikacjami tej rozmowy o dzieciach. W naszych czasach nie odczuwa się strachu przed seksem, lecz przed miłością.
Któregoś wieczoru wybraliśmy się na stary film Carnégo Ludzie za mgłą. Kiedy wyszliśmy, Alison płakała; po raz drugi rozpłakała się w łóżku. Wyczuła moją dezaprobatę.
- Nie jesteś mną. Nie możesz czuć tego, co ja czuję.
- Mówisz tak, jakbym był wyprany z wszelkich uczuć.
- Bo jesteś. Postanawiasz sobie, że nie będziesz się wzruszał, czy coś w tym rodzaju, i wszystko jest od razu wspaniałe.
- Wcale nie wspaniałe. Po prostu nie takie straszne.
- Ten film wywołał we mnie uczucie, które mnie co chwila nawiedza. Że wszystko, co robimy, nie ma znaczenia. Człowiek ciągle na nowo próbuje być szczęśliwy i nagle zdarza się coś zupełnie przypadkowego, i wszystko bierze w łeb. To dlatego, że nie wierzymy w życie pozagrobowe.
- Nie dlatego, że nie wierzymy. Że nie możemy wierzyć.
- Za każdym razem, kiedy wychodzisz beze mnie, boję się, że możesz umrzeć. Co dzień myślę o śmierci. Za każdym razem, kiedy jesteś we mnie, myślę sobie, że jest to policzek dla śmierci. To takie uczucie, jakby się miało kupę forsy i świadomość, że za godzinę zamkną sklepy. Idiotyzm, ale człowiek leci wydawać. Czy ty to rozumiesz?
- Jasne. Chodzi ci o bombę?
Leżała, paląc papierosa.
- Nie o bombę. O nas.
Nie dała się nabrać na samotne serce, szóstym zmysłem wyczuwała każdą próbę uczuciowego szantażu. Uważała, że bardzo miło jest być zupełnie samemu na świecie i nie mieć żadnych rodzinnych więzów. Kiedy któregoś dnia zacząłem się w aucie rozwodzić nad tym, że nie mam bliskich przyjaciół, i użyłem swojej ulubionej metafory: szklany klosz oddziela mnie od świata, ona się po prostu roześmiała.
- Lubisz to - powiedziała - mówisz, że jesteś osamotniony, ale tak naprawdę, stary, to uważasz się za innego od wszystkich. - A kiedy milczałem urażony, dorzuciła, tyle że trochę za późno: - I jesteś inny.
- I osamotniony.
Wzruszyła ramionami.
- Ożeń się z kimś. Ożeń się ze mną.
Powiedziała to takim tonem, jakby proponowała mi aspirynę na ból głowy. Nie odrywałem oczu od jezdni.
- Przecież masz wyjść za mąż za Pete'a.
- Ty i tak byś się ze mną nie ożenił, bo jestem dziwką, i to w dodatku z kolonii.
- Wolałbym, żebyś nie używała takich słów.
- I dlatego, że wolałbyś, abym nie używała takich słów.
Stale wycofywaliśmy się znad brzegu przyszłości. Owszem, używaliśmy czasu przyszłego, mówiliśmy, jak to będziemy mieszkać w chacie na wsi, jak ja tam będę pisał, albo kupimy dżipa i przemierzymy całą Australię. Powiedzenie "Kiedy będziemy w Alice Springs" stało się żartem, oznaczało kraj nigdy-nigdy.
Dni mijały, jeden roztapiał się w drugim. Wiedziałem, że obecny romans różni się od moich poprzednich miłostek. Niezależnie od wszystkiego byłem znacznie szczęśliwszy w łóżku. Poza łóżkiem czułem, że uczę ją wielu rzeczy, że wyzbywa się przy mnie swojej prowincjonalności, nieokrzesania, poprawia swój akcent, w łóżku za to ja zamieniałem się w ucznia. Oboje wiedzieliśmy o tym, ale nie potrafiliśmy o tym mówić, może dlatego, że oboje byliśmy jedynakami. Każde z nas mogło coś zyskać, każde z nas miało coś do ofiarowania, a równocześnie z czysto fizycznego punktu widzenia mieliśmy te same gusty, te same apetyty, taki sam brak kompleksów. Zresztą ona, oprócz sztuki miłości, nauczyła mnie także wielu innych rzeczy, ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałem.
Pamiętam dzień, kiedy byliśmy w galerii Tate i zatrzymaliśmy się w jednej z sal. Alison lekko się o mnie opierała, trzymała mnie za rękę i patrzyła na Renoira wzrokiem dziecka, które ssie cukierek. Poczułem nagle, że jesteśmy jednym ciałem, jedną osobą, że gdyby teraz zniknęła, to byłoby tak, jakbym utracił połowę samego siebie. Przerażające uczucie podobne śmierci. Każdy, kto nie starałby się wszystkiego na zimno analizować, kto nie byłby tak pochłonięty sobą jak ja wówczas, zrozumiałby od razu, że to miłość. A ja uznałem to za pożądanie. Zabrałem ją prosto do domu i zdarłem z niej sukienkę.
Innego dnia spotkaliśmy na Jermyn Street Billy'ego White'a, absolwenta Eton, z którym zżyłem się w Oksfordzie, należał do naszej grupy Hommes Révoltés. Był to miły chłopak, wcale nie snob, ale - choć sam sobie tego prawdopodobnie nie uświadamiał - każdym ruchem, uśmiechem, sposobem ubierania się i doborem słów manifestował swą przynależność do najwyższych sfer. Weszliśmy do rybnej restauracyjki, właśnie słyszał, że pojawiły się pierwsze ostrygi sezonu. Alison mówiła niewiele, ale i tak czułem się zażenowany jej zachowaniem i akcentem; jakże różniła się od siedzących nie opodal panienek z arystokracji. Kiedy Billy rozlewał resztę Muscadeta, Alison na chwilę znikła.
- Pyszna babka, stary.
Wzruszyłem ramionami.
- Ma kolosalny wdzięk.
- Tyle że lepsza niż termofor.
- Cóż, oczywiście.
Ale wiedziałem, co myśli.
Kiedy się z nim rozstaliśmy, Alison zaczęła nad czymś rozmyślać. Jechaliśmy do Hampstead na jakiś film. Spojrzałem na jej zasępioną twarz.
- Co ci jest?
- Chwilami trudno wytrzymać z takim jak ty wyspiarzem z wyższych sfer.
- Nie należę do wyższych sfer. Jestem typowym przedstawicielem warstw średnich.
- Wyższe, średnie, kogo to, na Boga Ojca, obchodzi?
Przejechaliśmy dobry kawałek drogi, nim znów się odezwała.
- Zachowywałeś się tak, jakbyś nie miał ze mną nic wspólnego.
- Jesteś niemądra.
- Jakbym była prymitywną dzikuską.
- Co za bzdura!
- Na wszelki wypadek odcinałeś się ode mnie, mogłyby mi na przykład opaść majtki czy coś w tym guście.
- Jak ja ci to mam wytłumaczyć?
- O nie, bracie, nie ma tu nic do tłumaczenia.
Któregoś dnia oznajmiła:
- Mam na jutro wyznaczone spotkanie w sprawie pracy.
- Chcesz pójść?
- A ty chcesz, żebym poszła?
- Cóż, takie spotkanie do niczego jeszcze nie zobowiązuje. Nie musisz od razu podejmować decyzji.
- Dobrze mi zrobi, jeśli będą chcieli mnie przyjąć. Taka świadomość dobrze mi zrobi.
Zmieniła temat, mogłem się na tę zmianę tematu nie zgodzić. Ale się zgodziłem.
I zaraz następnego dnia ja także otrzymałem list wzywający mnie na rozmowę. Rozmowa Alison już się odbyła, Alison wydawało się, że przebiegła pomyślnie. W trzy dni później otrzymała list, że za dziesięć dni ma się zgłosić na szkolenie.
Zostałem przeegzaminowany przez komisję składającą się z samych fisz. Potem spotkałem się z Alison na mieście i poszliśmy do włoskiej restauracyjki. Był to dziwny lunch, zachowywaliśmy się tak, jakbyśmy się wcale nie znali. Alison miała zmęczoną, poszarzałą buzię, policzki lekko obwisłe. Zapytałem, co robiła, gdy mnie nie było.
- Napisałam list.
- Do nich?
- Tak.
- Co napisałaś?
- Jak myślisz?
- Że przyjmujesz propozycję.
Nastąpiła przykra chwila milczenia. Wiedziałem, co chciała ode mnie usłyszeć, ale nie mogłem tego wykrztusić. Czułem się jak lunatyk, który budzi się na krawędzi dachu. Nie dojrzałem jeszcze do małżeństwa, do ustatkowania się. Nie czułem się jej dostatecznie bliski psychicznie, rozdzielało nas coś, czego nie potrafiłbym zdefiniować, ale to tajemnicze coś emanowało z niej, nie ze mnie.
- Moja kompania lotnicza ma linię prowadzącą przez Ateny. Jeśli pojedziesz do Grecji, to cię tam odwiedzę. A zresztą, może zostaniesz w Londynie. Jakoś to będzie.
Zaczęliśmy snuć plany, jak będzie wyglądało nasze życie, jeśli nie dostanę pracy w Grecji.
Ale dostałem. Nadszedł list oznajmiający, że moje nazwisko zostało przesłane do komisji edukacyjnej w Atenach, "czysta formalność". W początku października powinienem już być w Grecji.
Ledwie wbiegłem po schodach, pokazałem Alison list i przyglądałem się jej, kiedy go czytała. Oczekiwałem, że się zmartwi, ale nie okazała zmartwienia. Ucałowała mnie.
- Mówiłam ci.
- Tak.
- Musimy to uczcić. Pojedźmy na wieś.
Uległem jej. Starała się potraktować sprawę lekko, a ja byłem zbyt wielkim tchórzem, żeby zacząć się zastanawiać, czemu czuję się potajemnie dotknięty tą jej pogodą. Pojechaliśmy zatem na wieś, po powrocie poszliśmy do kina, a potem potańczyć do Soho i przez cały czas Alison nie chciała potraktować sprawy serio. Ale kiedy znaleźliśmy się w łóżku, po miłości nie mogliśmy zasnąć i musieliśmy porozmawiać poważnie.
- Alison, co ja mam im jutro odpowiedzieć?
- Przyjąć propozycję.
- Chcesz, żebym ją przyjął?
- O nie, nie zaczynajmy wszystkiego od nowa.
Leżeliśmy na wznak, wiedziałem, że ma szeroko otwarte oczy. Liście drzewa rosnącego na dole koło latarni rzucały na nasz sufit drżące cienie.
- Gdybym potrafił powiedzieć, co do ciebie czuję, to...
- Wiem, co czujesz.
Nastąpiła nabrzmiała oskarżeniem cisza.
Wyciągnąłem rękę i dotknąłem jej nagiego brzucha. Odsunęła moją dłoń, ale zatrzymała ją w swojej.
- Ty czujesz, ja czuję, no i co z tego. Chodzi o to, co my czujemy. To, co ty czujesz, czuję także ja. Jestem kobietą.
Znów ogarnął mnie lęk i przemyślnie sformułowałem pytanie:
- Czy wyszłabyś za mnie, gdybym cię o to poprosił?
- Dziwnie to ująłeś.
- Ożeniłbym się z tobą już jutro, gdybym czuł, że naprawdę mnie potrzebujesz. Że mnie chcesz.
- Och, Nicko, Nicko. - W szyby uderzył deszcz. Parokrotnie potrząsnęła moją ręką. Nastąpiło milczenie.
- Muszę wyjechać z tego kraju.
Nie odpowiedziała, znów nastąpiło milczenie, wreszcie odezwała się:
- W przyszłym tygodniu wraca do Londynu Pete.
- Co on zrobi?
- Nie martw się. Wie o wszystkim.
- Skąd wiesz, że wie?
- Napisałam do niego.
- Odpisał ci?
Szepnęła:
- Że każdy robi, co chce.
- Chcesz do niego wrócić?
Oparła się na łokciu i przysunęła do siebie moją głowę, tak że nasze twarze niemal się dotykały.
- Poproś mnie o rękę.
- Wyjdziesz za mnie?
- Nie. - I odwróciła się.
- Po co ci to było?
- Żebyśmy to już mieli z głowy. Ja zostanę stewardesą, a ty pojedziesz do Grecji. Jesteś wolny!
- Ty także jesteś wolna.
- Jeśli ma ci to zrobić przyjemność... tak, ja także jestem wolna.
W okna i dach zaczęły nagle siec strumienie deszczu; była to wiosenna ulewa niepasująca do obecnej pory roku. W sypialni zrobiło się duszno od niewypowiedzianych słów, niesformułowanych oskarżeń, zaległa zła cisza, taka jak przed zawaleniem się mostu. Leżeliśmy obok siebie, nie dotykając się, dwa posągi na łóżku, które zamieniło się w nagrobek, ogarnięci obrzydliwym strachem, żeby nie powiedzieć tego, co naprawdę myśleliśmy. Wreszcie Alison odezwała się, próbowała mówić najnormalniejszym tonem, ale jej głos zabrzmiał szorstko:
- Nie chciałabym ci sprawić bólu, a im bardziej ciebie... chcę, tym bardziej mogę cię zranić. I nie chcę przez ciebie cierpieć, a im bardziej nie będziesz mnie chciał, tym bardziej będę cierpiała. - Na chwilę wyszła z łóżka. Kiedy wróciła, spytała: - Decyzja zapadła, co?
- Chyba tak.
Nie rozmawialiśmy więcej. Alison szybko usnęła, uznałem nawet, że zbyt szybko.
Rano była wesoła. Zadzwoniłem do British Council. I poszedłem tam, by wysłuchać dobrych rad oraz gratulacji panny Spencer-Haig. Zabrałem ją zresztą jeszcze raz na lunch, modląc się w duchu, aby był to raz ostatni.
Alison nie mogła wiedzieć - bo ja sam sobie tego wówczas nie uświadamiałem - że w ciągu ostatnich tygodni września zdradzałem ją z inną kobietą. Kobietą tą była Grecja. Gdyby komisja odrzuciła moją kandydaturę, i tak pojechałbym do Grecji. W szkole nie uczyłem się greckiego, a moja znajomość historii nowoczesnej Grecji zaczynała się i kończyła na śmierci Byrona w Missolonghi. Ale tamtego ranka w British Council na sam dźwięk słowa Grecja obudziła się we mnie dziwna tęsknota. Tak jakby ktoś w momencie, kiedy wszystko wydawało się stracone, wymyślił genialne wyjście z sytuacji. Grecja - czemu wcześniej nie przyszło mi to na myśl? Jak to dobrze brzmi: "Jadę do Grecji". Nie znałem nikogo, kto odwiedziłby Grecję - było to jeszcze, nim zaczęła się nowa inwazja turystów. Rzuciłem się na książki, czytałem wszystko, co udało mi się znaleźć o tym kraju. Byłem zaskoczony, jak niewiele o nim wiem. Czytałem i czytałem; niczym średniowieczny król zakochałem się w portrecie na długo przed obejrzeniem rzeczywistości.
Przed wyjazdem niemal już zapomniałem, że chodziło mi o ucieczkę z Anglii. O Alison myślałem tylko w związku z moim wyjazdem do Grecji. Kiedy kochaliśmy się, widziałem ją w Grecji u swego boku, kiedy indziej widziałem w Grecji tylko siebie. Alison nie miała wielkich szans.
Otrzymałem telegram od dyrekcji szkoły zatwierdzający moją nominację, potem nadszedł napisany potworną angielszczyzną uprzejmy list od mojego nowego dyrektora i umowa, którą miałem podpisać. Panna Spencer-Haig podała mi nazwisko i adres człowieka w Northumberland, który pracował w tej szkole w poprzednim roku. To nie British Council wysunęło jego kandydaturę, nic zatem nie potrafiła mi o nim powiedzieć. Napisałem do niego, ale nie otrzymałem odpowiedzi. Do wyjazdu pozostało mi jeszcze dziesięć dni.
Z Alison wszystko stało się dosyć skomplikowane. Musiałem opuścić mieszkanie na Russel Square i straciliśmy trzy dni, szukając dla niej nowego lokum. Wreszcie znaleźliśmy duży pokój niedaleko Baker Street. Pakowanie i przeprowadzka dały się nam obojgu we znaki. Ja miałem wyjechać dopiero drugiego października, ale Alison zaczęła już chodzić do pracy i nie bardzo umieliśmy się pogodzić z wczesnym wstawaniem i zorganizowanym trybem życia. Dwukrotnie pokłóciliśmy się. Pierwszą kłótnię rozpoczęła ona i podsycała ją, jak mogła, aż wreszcie dała upust swej pogardzie dla mężczyzn w ogóle, a dla mnie w szczególności. Byłem snobem, pedantem, donżuanem dla ubogich itd., itd. Następnego dnia przy śniadaniu zachowała lodowate milczenie, a kiedy wieczorem poszedłem po nią, nie stawiła się w umówionym miejscu. Czekałem godzinę i wróciłem do domu. W domu jej także nie było. Zadzwoniłem na lotnisko i dowiedziałem się, że nie ma już tam żadnej praktykantki. Czekałem coraz bardziej wściekły, a Alison wróciła dopiero o jedenastej. Poszła do łazienki, zdjęła płaszcz, nastawiła mleko, które zawsze piła przed snem, i nie odezwała się ani słowem.
- Gdzieś ty, u diabła, była?
- Nie mam zamiaru odpowiadać na żadne pytania.
Stała nad maszynką w kuchennej wnęce. Uparła się wynająć tani pokój. Nie cierpiałem tego spania, gotowania, mieszkania w jednym i tym samym pokoju, nie cierpiałem wspólnej łazienki i konieczności porozumiewania się szeptem.
- Wiem, gdzie byłaś.
- Co ty powiesz!
- Byłaś z Pete'em.
- Niech ci będzie. Byłam z Pete'em. - Spojrzała na mnie z wściekłością. - No i co?
- Mogłaś poczekać do czwartku.
- Dlaczego miałam czekać?
Wtedy wpadłem we wściekłość. Zacząłem wyciągać z pamięci wszystko, czym mogłem ją zranić. Nie powiedziała nic, rozebrała się i położyła do łóżka twarzą do ściany. Zaczęła płakać. Z ogromną ulgą powtarzałem sobie, że wkrótce już będę od tego wszystkiego uwolniony. Nie, żebym wierzył we własne oskarżenia, ale nienawidziłem jej za to, że doprowadziła mnie do ich sformułowania. Wreszcie usiadłem na łóżku i patrzyłem, jak z jej zapuchniętych oczu lecą łzy.
- Czekałem na ciebie tyle godzin.
- Poszłam do kina. Wcale nie widziałam się z Pete'em.
- Dlaczego skłamałaś?
- Bo mi nie ufasz. Jakbym mogła coś takiego zrobić!
- Dlaczego na sam koniec musimy się tak parszywie zachowywać?
- Dziś wieczorem miałam ochotę się zabić. Gdyby starczyło mi odwagi, rzuciłabym się pod pociąg. Stałam na peronie i nie mogłam się oprzeć tej myśli.
- Naleję ci whisky. - Przyniosłem jej szklaneczkę. - Boże, jakbym chciał, żebyś nie mieszkała sama. Czy nie ma jakiejś stewardesy, z którą mogłabyś...
- Nigdy już nie zamieszkam z żadną dziewczyną.
- Czy masz zamiar wrócić do Pete'a?
Spojrzała na mnie gniewnie.
- Czy próbujesz mnie od tego powstrzymać?
- Nie.
Opadła na poduszki i zaczęła wpatrywać się w ścianę. Lekko się uśmiechnęła. Whisky zaczęła działać.
- Jak na obrazach Hogartha. Miłość a la mode. Pięć tygodni później.
- Jesteśmy przyjaciółmi?
- Nigdy już nie będziemy przyjaciółmi.
- Gdybyś to nie była ty, to bym dziś wieczór wyszedł i nie wrócił.
- Gdybyś to nie był ty, to bym dziś wieczór nie wróciła.
Wyciągnęła w moją stronę pustą szklankę. Pocałowałem wyciągniętą dłoń i poszedłem po whisky.
- Czy wiesz, o czym dziś myślałam? - zawołała przez pokój.
- O czym?
- Że gdybym się zabiła, byłbyś zadowolony. Chodziłbyś i opowiadał: ona się przeze mnie zabiła. I to powstrzyma mnie od samobójstwa. Nie dopuszczę, żeby jakiś parszywy buc miał się przechwalać.
- Cios poniżej pasa.
- Potem pomyślałam, że mogłabym to zrobić, gdybym napisała, dlaczego to zrobiłam. - Dalej patrzyła na mnie, bynajmniej nieułagodzona. - Zajrzyj do mojej torebki. Jest tam bloczek do stenografii. - Wyjąłem go. - Zajrzyj na koniec.
Zobaczyłem dwie strony zapisane dużymi literami.
- Kiedy to napisałaś?
- Przeczytaj.
Nie mam ochoty dłużej żyć. Niemal nigdy nie miałam ochoty żyć. Szczęśliwa jestem tylko tutaj, gdzie się uczę i muszę o tym myśleć; albo kiedy czytam; albo w kinie. No i w łóżku. Jestem szczęśliwa tylko wtedy, kiedy zapominam, że żyję. Kiedy istnieją tylko moje oczy albo uszy, albo skóra. Nie pamiętam, abym od dwóch czy trzech lat była szczęśliwa. Od tamtej skrobanki. Tylko czasem zmuszałam się, by wyglądać na szczęśliwą, żebym spojrzawszy w lustro, mogła się oszukiwać, że przez chwilę jestem szczęśliwa.
Dalej były jeszcze dwa zdania, ale grubo przekreślone. Spojrzałem jej w oczy.
- Przecież wcale tak nie myślisz.
- Napisałam to dzisiaj podczas przerwy. Gdybym wiedziała, jak można się zabić w stołówce, zrobiłabym to.
- Brzmi to histerycznie.
- Jestem histeryczką! - niemal krzyknęła.
- I komediantką. Pisałaś po to, żebym ja przeczytał.
Dłuższa chwila milczenia. Alison nie otworzyła oczu.
- Tak. Ale nie tylko po to.
I znów się rozpłakała, ale tym razem płakała już w moich ramionach. Próbowałem przemówić jej do rozsądku. Obiecywałem, że odłożę podróż do Grecji, że w ogóle nie przyjmę tej posady, obiecywałem jej sto rzeczy, których nie zamierzałem dotrzymać, o czym ona dobrze wiedziała, ale udało mi się ją uspokoić.
Rano namówiłem ją, żeby zadzwoniła i powiedziała, że źle się czuje, i cały dzień spędziliśmy na wsi.
Następnego dnia rano, a było to na dwa dni przed moim wyjazdem, nadeszła kartka pocztowa ze stemplem z Northumberland. Od Mitforda, tego faceta, który był na Phraxos. Pisał, że jeśli chcę się z nim zobaczyć, to przez parę dni będzie w Londynie.
Zadzwoniłem do niego w środę do Klubu Armii i Floty i zaprosiłem na drinka. Był ode mnie o dwa, trzy lata starszy, mocno opalony, miał wąską głowę i błękitne oczy, nieruchomy wzrok. Co chwila dotykał ciemnych, przystrzyżonych po oficersku wąsików. Miał na sobie granatowy blezer i pułkowy krawat. Wyglądał jak przebrany i od razu rozpoczęliśmy podjazdową wojnę prestiżów i antyprestiżów. W czasie niemieckiej okupacji był w Grecji jako skoczek spadochronowy i usta mu się nie zamykały na temat Xanów i Paddych, i innych znanych condottieri tamtych czasów, o których mówił po imieniu. Bardzo się starał objawić trójjedyną osobowość modnego filhellena - pokazać, że jest zarazem dżentelmenem, człowiekiem wykształconym i łotrzykiem - ale mówił nieautentycznym akcentem, urywanymi zdaniami i używał szkolnego żargonu z nie najlepszej jednak szkoły. Był dogmatyczny, zasadniczy, wyczuwało się, że poza polem bitwy nie bardzo potrafi się znaleźć. Piliśmy różowy gin i udawało mi się dobrze odegrać swoją rolę: oznajmiłem mu, że dla mnie wojna oznaczała tylko dwa lata marzeń o najszybszej demobilizacji. Wszystko to było absurdalne. Chodziło mi przecież o informację, a nie o to, by wzbudzić jego antypatię, przyznałem się więc w końcu, że jestem synem wojskowego, i zapytałem, jak wygląda ta wyspa.
Wskazał na stojące na barze dania.
- Ma pan tu wyspę. - Papierosem pokazał jeden z półmisków. - Czyli pasztet. Chodzi o kształt. W środku grzbiet. W tym kąciku ma pan szkołę i wieś. A cała reszta północnego brzegu i południe to jedna wielka pustka.
- A szkoła?
- Pierwsza klasa! Najlepsza w Grecji.
- Dyscyplina?
Wyciągnął dłoń, sztywną jak do ciosu karate.
- Jakieś specjalne problemy z nauczaniem?
- Zwykły gips. - Przygładził wąsiki, wpatrując się w zawieszone nad barem lustro, i wymienił tytuły paru książek.
Zapytałem go o życie poza szkołą.
- Nie ma życia. Wyspa jest całkiem fajna, jeśli pan lubi takie rzeczy. Ptaszki, pszczółki i takie tam.
- A wieś?
Uśmiechnął się złowieszczo.
- Stary, grecka wieś to nie jest wieś angielska. Towarzysko zero. Żony nauczycieli. Paru drobnych urzędników. Czasem uczniów odwiedzają ich starzy. - Podniósł głowę, jakby uwierał go kołnierzyk. Był to tik mający mu dodawać autorytetu. - Parę willi, które przez dziesięć miesięcy w roku świecą pustką.
- Maluje pan przede mną niezbyt zachęcający obraz.
- Nie da się ukryć, że to zadupie. Cholerne zadupie. A ci faceci z willi to nudziarze. Poza jednym, ale tego pan pewnie nie spotka.
- Tak?
- Pokłóciliśmy się i wygarnąłem mu prosto z mostu, co o nim myślę.
- Dlaczego?
- Drań kolaborował w czasie wojny. I o to właściwie poszło. - Wypuścił kłąb dymu. - Nie, jeśli zbierze się panu na pogawędkę, będzie pan miał tylko innych belfrów.
- Mówią po angielsku?
- Większość zasuwa po francowatemu. No i jest ten Grek, który będzie z panem uczył angielskiego. Zadufany buc. Raz podbiłem mu oko.
- Nie da się zaprzeczyć, że nieźle przygotował pan dla mnie grunt.
Zaśmiał się.
- Wie pan, ich trzeba trzymać za mordę. - Poczuł, że ześlizgnęła mu się maska. - Ale grecki wieśniak, szczególnie z Krety, to sama sól ziemi. Wspaniałe chłopaki. Może mi pan wierzyć. Dobrze ich poznałem.
Spytałem, czemu stamtąd wyjechał.
- Piszę książkę. Wojenne wspomnienia i takie tam. Chodziło o kontakt z wydawcą. Pan rozumie.
Było w nim coś desperackiego. Mogłem go sobie świetnie wyobrazić, jak pomyka chyżo niczym ogarnięty żądzą zniszczenia harcerzyk przebrany w jakiś fantastyczny mundur, wysadzając w powietrze mosty; a tu musiał żyć w tym nudnym, powojennym społeczeństwie dobrobytu jak zabłąkany ichtiozaur. Śpiesznie ciągnął:
- Będzie pan wył z tęsknoty za Anglią. Panu będzie jeszcze trudniej. Nie zna pan greki. Jedyna pociecha to upić się. Będzie pan pił. Wszyscy to robią. Muszą. - Zaczął opowiadać o zaletach retsiny i aretsinato, raki i ouzo, a potem przeszedł na kobiety. - Dziewczynki w Atenach są nie do użytku. Chyba że chce pan złapać syfa.
- A na wyspie?
- Nic. Najbrzydsze kobiety nad całym Morzem Egejskim. Poza tym niebezpiecznie z nimi zaczynać. Honor wsi. Nie radzę. Miałem tego próbkę w innym podobnym miejscu. - Wykrzywił usta w grymasie i spojrzał na mnie porozumiewawczo spod oka.
Odwiozłem go do jego klubu. Było mgliste popołudnie, już się ściemniało, ludzie, auta, wszystko zasnute było rybią szarością. Zapytałem, czemu nie został w wojsku.
- W wojsku panuje cholerna ortodoksja. Szczególnie podczas pokoju.
Domyśliłem się, że nie chciano go na zawodowca. Pod pokrywką manier z kasyna oficerskiego było w nim coś niezrównoważonego, gwałtownego.
Dojechaliśmy tam, gdzie chciał wysiąść.
- Myśli pan, że dam sobie radę?
Spojrzał na mnie z powątpiewaniem.
- Niech ich pan ostro trzyma. Jedyny sposób. Nie wolno im się dać. Tego faceta, co był przede mną, wykończyli. Nigdy go nie spotkałem, ale ponoć zwyczajnie zbzikował. Nie umiał sobie poradzić z uczniami.
Wysiadł z auta.
- No, to wszystkiego dobrego. - Uśmiechnął się. - Jedna dobra rada. - Trzymał rękę na klamce drzwiczek. - Niech się pan wystrzega poczekalni.
Zatrzasnął drzwiczki, wyglądało na to, że obmyślił sobie tę scenę. Szybko otworzyłem okno i wychyliłem się.
- Czego mam się strzec?
Odwrócił się, ale tylko skinął mi ręką. Pochłonął go tłum na Trafalgar Square. Nie mogłem przestać myśleć o jego uśmiechu. Był taki tajemniczy. I to ostatnie dziwne zdanie. Poczekalnia, poczekalnia, poczekalnia, przez cały wieczór słowo to nie przestawało mi krążyć po głowie.
Zabrałem Alison i pojechaliśmy do garażu, w którym mieli się zająć sprzedażą mego wozu. Chciałem zostawić samochód Alison, ale odmówiła.
- Musiałabym stale o tobie myśleć.
- To dobrze.
- Nie chcę o tobie myśleć. I nie mogłabym znieść, żeby ktoś siedział na twoim miejscu.
- To weź forsę, którą za niego dostanę. Nie będzie tego dużo.
- Chcesz mi zapłacić?
- Nie bądź niemądra.
- Niczego nie chcę.
Ale ja wiedziałem, że ma ochotę na skuter. I postanowiłem zostawić jej czek wraz z kartką "Na skuter". Miałem nadzieję, że po moim wyjeździe to przyjmie.
Ostatni wieczór był dziwnie spokojny, tak jakbym już wyjechał i rozmawiały z sobą nasze dwa duchy. Omawialiśmy następny dzień. Nie chciała mnie odprowadzić na stację Victoria - jechałem pociągiem - zjemy więc zwyczajnie śniadanie, potem ona wyjdzie do pracy, tak będzie najlepiej. Mówiliśmy też o przyszłości. Jak tylko się da, postara się latać do Aten. Jeżeli nie, to ja na Gwiazdkę przylecę do Anglii. A może spotkamy się gdzieś w pół drogi - Rzym, Szwajcaria?
- Alice Springs - powiedziała.
W nocy leżeliśmy, nie śpiąc, oboje wiedzieliśmy, że nie śpimy, ale baliśmy się rozmawiać. Wreszcie Alison oświadczyła:
- A gdybym ci powiedziała, że będę czekać? - Milczałem. - To znaczy... myślę, że mogłabym na ciebie czekać.
- Wiem.
- Zawsze odpowiadasz: "Wiem". Ale to żadna odpowiedź.
- Wiem. - Uszczypnęła mnie w rękę. - A gdybym powiedział: tak, czekaj, za rok będę wiedział. I ty byś czekała i czekała.
- Nie szkodzi.
- Zwariowałaś. Co byś powiedziała o człowieku, który posłałby dziewczynę do klasztoru, żeby czekała, aż będzie gotów się z nią ożenić, a potem oświadczył jej, że się rozmyślił? To by było to samo. Musimy być wolni. Nie mamy wyboru.
- Nie wściekaj się. Proszę cię, tylko się nie wściekaj.
- Musimy spojrzeć prawdzie w oczy.
Nastąpiło milczenie.
- Pomyślałam sobie, jak to będzie, kiedy jutro wieczorem tu wrócę. To dlatego.
- Będę co dzień pisał.
- Tak.
- To będzie coś w rodzaju próby. Zobaczymy, czy bardzo będziemy za sobą tęsknić.
- Wiem, jak to jest, kiedy ktoś odjeżdża. Tydzień piekła, potem przez tydzień przykro, potem zaczyna się zapominać, potem wydaje się, że to się nigdy nie zdarzyło, że zdarzyło się komuś innemu i człowiek wzrusza ramionami. I mówi sobie, takie jest życie, tak to już musi być. Mówi same głupie rzeczy. Jakby czegoś na zawsze nie utracił.
- Nie zapomnę. Nigdy nie zapomnę.
- Zapomnisz. I ja także.
- Musimy tylko dalej żyć. Choćby to było nie wiem jak smutne.
Po dłuższej chwili Alison zauważyła:
- Wydaje się, że ty nie wiesz, co to smutek.
Rano zaspaliśmy. Umyślnie nastawiłem budzik na zbyt późną godzinę, żeby trzeba było się spieszyć, żeby nie było czasu na łzy. Alison zjadła śniadanie na stojąco. Rozmawialiśmy o bzdurach, o tym, że musi zamówić mniejszą ilość mleka, i o tym, gdzie może być zapodziana przeze mnie karta wstępu do biblioteki. Potem Alison odstawiła filiżankę i znaleźliśmy się przy drzwiach. Widziałem jej twarz, jakby jeszcze nie było na wszystko za późno, wszystko działo się jak w złym śnie, jej szare oczy szukały mego spojrzenia. W końcu pojawiły się w nich łzy, otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć. Ale tylko nachyliła się niezdarnie, rozpaczliwie, pocałowała mnie tak szybko, że zaledwie poczułem dotyk jej ust, i znikła. Mignął mi tylko na schodach jej płaszcz z wielbłądziej wełny. Nie obejrzała się. Podszedłem do okna i zobaczyłem, jak przechodzi szybko przez ulicę, jasny płaszcz i niemal tak samo jasne włosy, zobaczyłem, jak sięga do torebki, wyciera nos. Ani razu się nie obejrzała. Zaczęła biec. Otworzyłem okno, wychyliłem się i obserwowałem, jak na rogu ulicy skręca w Marylebone Road. I nawet wtedy, w tym ostatnim momencie, nie obejrzała się za siebie.
Wróciłem do pokoju, zmyłem naczynia po śniadaniu, posłałem łóżko, a potem usiadłem przy stole, wypisałem czek na pięćdziesiąt funtów i napisałem liścik:
Alison, kochanie, proszę, wierz mi, gdybym miał być z kimś, to tylko z Tobą. Nie mogłem okazać, jak mi jest smutno, bo byśmy oboje oszaleli. Proszę, noś te kolczyki. Proszę, weź te pieniądze, kup sobie skuter i pojedź tam, gdzieśmy jeździli - albo kup sobie coś innego, co chcesz. Proszę, dbaj o siebie. Boże drogi, jakże bym chciał, żeby warto było na mnie czekać
Nicholas
List miał brzmieć spontanicznie, ale obmyślałem go przez wiele dni. Włożyłem czek i kartkę do koperty, położyłem ją na kominku wraz z pudełeczkiem z dżetowymi kolczykami, które kiedyś zobaczyliśmy na wystawie zamkniętego wówczas antykwariatu. Potem ogoliłem się i poszedłem po taksówkę.
Kiedy taksówka skręciła na najbliższym rogu, czułem przede wszystkim ulgę, że udało mi się uciec. Nieco mniej wyraźne, ale bardziej obrzydliwe było przekonanie, że Alison kocha mnie bardziej niż ja ją, a zatem w jakiś nieokreślony sposób odniosłem zwycięstwo. Tak więc oprócz podniecenia podróżą w nieznane i radością, że znów rozwijam skrzydła, miałem przyjemną świadomość triumfu. Było to uczucie oschłe, ale ja ceniłem oschłość. Zdążałem w stronę Victorii, jak zgłodniały człowiek zdąża na dobry obiad po paru szklaneczkach Mananzilli. Zacząłem nucić pod nosem, bynajmniej nie dlatego, aby dzielnie ukryć żałość, po prostu miałem ochotę uczcić chwilę odzyskania wolności.
Cztery dni później stałem na Hymecie, patrząc w dół na wielki zespół Aten i Pireusu, na miasta i przedmieścia, na domki rozrzucone jak tysiąc kości po attyckiej równinie. Na południu rozciągało się czyste, błękitne, letnie morze, na nim blade wyspy koloru pumeksu, a dalej nad horyzontem sterczały pogodne góry Peloponezu. Pogodne, wspaniałe, majestatyczne: szukałem jakichś mniej zużytych przymiotników, ale każdy wydawał się zbyt ubogi. Wzrok mój sięgał co najmniej osiemdziesiąt mil w dal, wszystko było przejrzyste, wspaniałe, prześwietlone, ogromne, takie jak przed wiekami.
Poczułem się, jakbym odbywał podróż w kosmos. Stałem na Marsie, po kolana w tymianku, pod niebem, które zdawało się nie znać kurzu ani chmur. Spojrzałem na swoje blade, londyńskie ręce. Nawet one wydawały się zmienione, były mi obrzydliwie obce, były czymś, od czego już dawno powinienem się był odżegnać.
Kiedy to śródziemnomorskie światło opadło na otaczający mnie świat, zobaczyłem, że jest ono wspaniale piękne, ale kiedy mnie dotknęło, poczułem jego wrogość. Wydawało się, że nie oczyszcza tego, na co pada, lecz zżera. Czułem się tak, jakby za chwilę w świetle reflektorów miało się rozpocząć przesłuchanie, wydawało mi się, że przez otwarte drzwi widzę stół, do którego przymocowane są rzemienie, moje dawne "ja" wiedziało, że tego nie wytrzyma. Częściowo był to strach, elementarny strach przed miłością, bo od momentu przyjazdu poczułem się zakochany, na zawsze zakochany w greckim pejzażu. Jednak wraz z miłością pojawiło się rozdrażnienie, poczucie niemożności, poczucie niższości, jakby Grecja była kobietą tak pociągającą fizycznie, że musiałem się w niej rozpaczliwie zakochać, a równocześnie miała w sobie tak arystokratyczny spokój, że nie czułem się na siłach, by próbować ją zdobyć.
Żadna z przeczytanych przeze mnie książek nie wyjaśniała, na czym polega ta złowieszcza fascynacja, jaką wywołuje Grecja, ten jej aspekt Kirke, to coś, co sprawia, że jest jedyna i niezastąpiona. W Anglii przyroda, a właściwie to, co z niej pozostało, jest oswojone i żyjemy w spokojnej symbiozie z pejzażem i miękkim północnym światłem; w Grecji światło jest tak cudowne, tak wszechobecne, tak intensywne i gwałtowne, że wzbudza natychmiast namiętność, miłość połączoną z nienawiścią. Wiele miesięcy trwało, nim to zrozumiałem, a pogodziłem się z tym dopiero po wielu latach.
Nieco później tego dnia stałem przy oknie pokoju hotelowego; do hotelu tego skierował mnie młody znudzony urzędnik British Council. Przed chwilą skończyłem list do Alison, ale wydawała mi się już czymś bardzo odległym, nie w przestrzeni, nie w czasie, ale w innym wymiarze, który nie ma nazwy. Może po prostu w rzeczywistości. Patrzyłem na plac Konstytucji, miejsce spotkań całych Aten, przyglądałem się gromadkom spacerowiczów - białe koszule, ciemne okulary, nagie opalone ramiona. Syczący szmer unosił się znad stolików kawiarnianych tarasów. Panował upał, taki jak w Anglii w lipcu, a niebo było dalej doskonale czyste. Wychyliwszy się z okna i spojrzawszy na wschód, mogłem dojrzeć Hymet, na którego wierzchołku stałem rano, jego zachodnie zbocze lilaróżowe jak cyklamen. Z drugiej strony, nad chaosem dachów, wznosiła się masywna, czarna sylwetka Akropolu. Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak sobie wyobrażałem, więc aż nierzeczywiście. I poczułem się tak samo radośnie zdezorientowany, tak samo szczęśliwy z pełnej wyczekiwania samotności jak Alicja w krainie czarów.
Phraxos oddalona była od Aten o osiem olśniewających godzin na małym parowcu, sześć mil od Peloponezu, pośród krajobrazu, który równie głęboko zapadał w pamięć jak sama wyspa: na północ i na zachód sięgało ramię gór, a Phraxos leżała w jego wygięciu; na wschodzie w dali majaczyły łagodne wzgórza archipelagu, na południe miękka, błękitna pustynia Morza Egejskiego ciągnęła się aż po Kretę. Phraxos była piękna. Nie można było użyć innego przymiotnika, nie można było jej nazwać malowniczą, czarującą, ładną - była po prostu i bez wysiłku piękna. Kiedy ją pierwszy raz zobaczyłem, zaparło mi dech, unosiła się na wodzie jak majestatyczny czarny wieloryb na tle ametystowego wieczornego morza, tuż nad nią świeciła Wenus; do dziś zapiera mi dech, gdy zamykam oczy i wyobrażam ją sobie. Nawet na Morzu Egejskim jej uroda była czymś wyjątkowym, gdyż na wzgórzach rosły pinie, śródziemnomorskie pinie o igłach tak lekkich jak pióra dzwońca. Dziewięć dziesiątych wyspy stanowiła niezamieszkana, nieuprawiana ziemia: pinie, zatoczki, cisza, morze. W północno-zachodni kąt wciśnięta była malownicza miejscowość; śnieżnobiałe domki wokół dwóch niewielkich portretów.
Ale na długo przed przybiciem do lądu rzucały się w oczy dwa szkaradzieństwa. Obok większego portu wznosił się opasły hotel w stylu edwardiańskim, równie tu niepasujący jak taksówka do doryckiej świątyni. Drugi budynek, równie nieprzystosowany do krajobrazu, stał na skraju wsi i sprawiał, że otaczające go chaty robiły wrażenie skarłowaciałych: odstraszająco długi, wielopiętrowy i mimo korynckiej fasady wyglądający na fabrykę - jak odkryłem później, podobieństwo było nie tylko zewnętrzne.
Pomijając jednak Szkołę im. Lorda Byrona, hotel "Filadelfię" i wioskę, wyspa - trzydzieści mil kwadratowych wyspy - była to ziemia dziewicza. Na stromych zboczach północnego brzegu znajdowało się kilka tarasów uprawnej ziemi i parę oliwkowych sadów, ale cała reszta pokryta była lasem piniowym. Żadnych wykopalisk, starożytni Grecy nie lubili smaku wody z cysterny.
Brak strumieni sprawił też, że na wyspie nie było żadnych dzikich zwierząt i zamieszkiwało ją bardzo mało ptactwa. Cechę charakterystyczną stanowiła panująca poza wsią cisza. Na wzgórzach zdarzało się spotkać pasterza i jego zimowe (w lecie trawa wysychała doszczętnie) stadko kóz z zawieszonymi na szyjach dzwoneczkami, zgiętą wpół pod wiązką chrustu wieśniaczkę albo zbieraczy żywicy, zdarzało się to jednak rzadko. Świat sprzed ery maszyn, niemal sprzed ery człowieka i najmniejsze wydarzenie - przelot srokosza, odkrycie nowej ścieżki, płynący w oddali żaglowiec - nabierało niewytłumaczalnego znaczenia. Była to najmniej metafizyczna, najbardziej nienordycka samotność na świecie. Tej wyspy nigdy nie nawiedził strach. Jeśli ktoś ją nawiedzał, to nie potwory, lecz nimfy.
Często chodziłem na spacer, aby uciec od przyprawiającej o klaustrofobię atmosfery szkoły. Z początku było coś zabawnie absurdalnego w wykładaniu w szkole (zorganizowanej na wzór Eton-Harrow) oddalonej tylko o spojrzenie od miejsca, gdzie Klitajmestra zabiła Agamemnona. Nauczyciele, choć padali ofiarą tego, że w kraju ich istniały tylko dwa uniwersytety, byli niewątpliwie na dużo wyższym poziomie, niż to sugerował Mitford, a chłopcy byli tacy sami jak wszędzie, ani lepsi, ani gorsi. Do nauki angielskiego podchodzili z bezlitosną praktycznością. Nic ich nie obchodziła literatura, interesowali się wyłącznie techniką. Kiedy próbowałem czytać z nimi wiersze, ziewali, ale gdy uczyłem ich angielskich nazw części samochodowych, nie mogłem się ich pozbyć z klasy po lekcji. Często przychodzili do mnie z amerykańskimi podręcznikami pełnymi terminów, które były dla mnie czystą greką, i prosili o wytłumaczenie.
I uczniowie, i nauczyciele nie cierpieli wyspy i traktowali ją jak dobrowolne więzienie, na które się człowiek decyduje, żeby w nim pracować, pracować, pracować. Wyobrażałem sobie, że atmosfera będzie tu bardziej ospała niż w przeciętnej szkole angielskiej, a tymczasem uczniowie wkuwali co najmniej w dwójnasób. Szczytem ironii było, że całą tę obsesyjną pracowitość i krecią ślepotę na przyrodę uważano za coś typowo angielskiego. Może dla Greków, zblazowanych oglądaniem najpiękniejszych krajobrazów świata, nie było nic rażącego w tym zamykaniu się w kopcu termitów, ale mnie doprowadzało ono do furii.
Paru nauczycieli mówiło trochę po angielsku, większość po francusku, ale odkryłem, że niewiele mam z nimi wspólnego. Nieźle wytrzymywałem jedynie towarzystwo Demetriadesa, który też uczył angielskiego, a to chyba tylko dzięki temu, że lepiej niż inni mówił i rozumiał po angielsku. Z nim mogłem więc rozmawiać nie tylko na najprostsze tematy.
Oprowadził mnie po kapheneia i tawernach wsi. Niedługo trwało, jak zasmakowałem w greckiej kuchni i greckiej muzyce ludowej. Jednak w dzień wieś wyglądała posępnie. Większość willi była zabita deskami, na ulicach pojawiało się niewiele osób, jeść chodziło się zawsze do jednej z dwóch "lepszych" tawern i widywało się tam stale te same starcze twarze, stęchłą prowincjonalną lewantyńską społeczność, Balzaka w fezie, przywodzącą na myśl raczej cesarstwo otomańskie niż lata pięćdziesiąte. Musiałem przyznać Mitfordowi rację: beznadziejna monotonia. Próbowałem zaglądać do rybackich winiarni. Tam było weselej, czułem jednak, że rybakom przeszkadza moja obecność, a moja greka i tak nie wystarczała, by cokolwiek zrozumieć z miejscowego dialektu.
Zacząłem wypytywać o faceta, z którym Mitford miał scysję, ale nikt o tej awanturze ani o tym facecie nie słyszał, tak zresztą jak i o "poczekalni". Mitford najwyraźniej spędzał większość wolnego czasu na wsi, a naraził się nie tylko Demetriadesowi, ale i innym nauczycielom. Musiałem też ponosić konsekwencje ostrej anglofobii, powiększonej jeszcze przez aktualną sytuację polityczną.
Wkrótce zacząłem uciekać na wzgórza. Żaden z nauczycieli nie ruszał się ani o cal dalej, niż to było konieczne, uczniom nie wolno było wychodzić poza chevaux defrise ogrodzonych szkolnych terenów; tylko w niedzielę mogli opuszczać szkołę, a i to także tylko drogą prowadzącą wzdłuż wybrzeża do oddalonej o pół mili wsi. Wzgórza były upajająco czyste, jasne i odległe. Zdany na towarzystwo własnej nudy po raz pierwszy w życiu spojrzałem na przyrodę nowym okiem i pożałowałem, że znam jej język równie słabo jak grecki. Zacząłem w zupełnie inny sposób uprzytamniać sobie istnienie kamieni, ptaków, a spacery, pływanie, wspaniały klimat, jaki istniał na wyspie - tak na ziemi, jak w powietrzu, z braku dróg bowiem nie było tu ani jednego auta, a samolot pojawiał się na niebie co najwyżej raz w miesiącu - sprawiły, że poczułem się po raz pierwszy w życiu naprawdę zdrów. I wydawało mi się, że mój umysł zaczyna być w harmonii z moim ciałem. Okazało się to jednak złudzeniem.
Kiedy przyjechałem do szkoły, czekał na mnie list od Alison. Był krótki. Musiała go napisać w pracy tego samego dnia, gdy wyjechałem z Londynu.
Kocham Cię, a ponieważ Ty nigdy nie kochałeś nikogo poza sobą, nie wiesz nawet, co to słowo znaczy. Przez cały ostatni tydzień usiłowałam Ci to uprzytomnić. Teraz chcę Ci tylko powiedzieć, żebyś - kiedy się zakochasz - przypomniał sobie dzisiejszy dzień. Żebyś przypomniał sobie, jak pocałowałam Cię i wyszłam z pokoju. A idąc ulicą, ani razu się nie obejrzałam. Wiedziałam, że na mnie patrzysz. Przypomnij sobie, że to wszystko zrobiłam, kochając Cię. Nawet jeśli niczego już o mnie nie będziesz pamiętał, proszę Cię, tego nie zapomnij. Szłam ulicą i ani razu się nie odwróciłam, choć Cię kocham. Kocham Cię. Kocham Cię tak bardzo, że nigdy nie przestanę nienawidzić Cię za dzisiejszy dzień.
Następnego dnia znów przyszedł list. W kopercie był tylko przedarty na pół czek, na którym nagryzmoliła: "Nie, dziękuję". A w dwa dni potem trzeci list, w którym rozpływała się nad jakimś filmem, list niemal gawędziarski. Ale zakończyła go słowami: "Proszę Cię, zapomnij o moim pierwszym liście. Byłam wytrącona z równowagi. Teraz już wszystko minęło. Więcej się tak po staroświecku nie zachowam".
Rzecz prosta, ja też pisałem do niej, jeśli nie co dzień, to przynajmniej dwa, trzy razy w tygodniu, pisałem długie listy pełne usprawiedliwień i tłumaczeń, aż wreszcie któregoś dnia odpisała:
Proszę Cię, przestań już tak bez końca omawiać siebie i mnie. Pisz mi o tym, co robisz, o wyspie, o szkole. Wiem, jaki jesteś. Więc bądź taki, jaki jesteś. Kiedy piszesz o tym, co Cię otacza, mogę sobie wyobrazić, że jestem z Tobą, że oglądam to wszystko razem z Tobą. I nie obrażaj się. Przebaczyć to zapomnieć.
Niepostrzeżenie informacje zastąpiły w naszych listach uczucia. Alison pisała mi o swojej pracy, o dziewczynie, z którą się zaprzyjaźniła, o drobnych sprawach domowych, o filmach, książkach. Ja pisałem, tak jak prosiła, o szkole i o wyspie. Któregoś dnia przysłała mi swoją fotografię w mundurku stewardesy. Obcięła krótko włosy i schowała je pod czapką. Uśmiechała się, ale ten uśmiech w połączeniu z mundurkiem nadawał jej sztuczny, oficjalny wygląd, fotografia była wyraźnym ostrzeżeniem, że stała się kimś innym niż Alison, którą lubiłem wspominać, nie była już tą jedynie moją, prywatną Alison. A potem listy zaczęły przychodzić już tylko raz na tydzień. Fizyczna tęsknota, jaka nękała mnie przez cały pierwszy miesiąc, zaczęła znikać, choć od czasu do czasu bardzo pragnąłem Alison i dałbym wszystko, żeby znalazła się koło mnie w łóżku. Były to jednak chwile zmysłowej frustracji, nie tęsknoty za miłością. Pewnego dnia pomyślałem: gdyby nie to, że jestem na tej wyspie, to bym z nią zerwał. Pisanie listów przestało być przyjemnością, zamieniło się w obowiązek, i już nie zrywałem się po kolacji, by jak najprędzej wrócić do swego pokoju i zasiąść do listu; teraz najczęściej pisałem listy podczas lekcji i wysyłałem któregoś z uczniów, aby w ostatniej chwili pobiegł do bramy i złapał listonosza.
Podczas przerwy semestralnej wybrałem się z Demetriadesem do Aten. Zaproponował mi wspólną wyprawę do swego ulubionego burdelu na przedmieściu. Zapewnił, że dziewczynki tam są zdrowe. Wahałem się - ale czyż moralnym obowiązkiem poety, nie mówiąc już o cyniku, nie jest niemoralność? Więc się z nim wybrałem. Kiedy wyszliśmy z burdelu, padał deszcz, a światło z otwartych drzwi padło na trzepoczące mokre listki eukaliptusa, przypominając mi naszą sypialnię na Russel Square. Alison i Londyn wydawały mi się jednak martwą przeszłością, poza nawiasem mojego obecnego życia. Postanowiłem napisać w nocy list do Alison, by z nią zerwać. Ale kiedy wróciłem do hotelu, byłem zbyt pijany, a zresztą gdybym wziął pióro, nie wiem, co bym napisał. Może napisałbym, że nie ma już wątpliwości: dowiodłem, iż nie jestem wart, by na mnie czekać; może napisałbym jej, że mi się znudziła, a może mówiłbym o tym, jak się czuję samotny i że tej samotności pragnę. Ale wysłałem tylko nic nieznaczącą kartkę i ostatniego dnia pobytu wybrałem się jeszcze raz, już sam, do tego burdelu na przedmieściu. Jednakże libańska nimfetka, która wzbudziła moją pożądliwość, była zajęta, a inne dziewczynki nie podobały mi się.
Nadszedł grudzień i nadal wymienialiśmy z Alison listy. Wiedziałem, że coś przede mną ukrywa. Opisywała mi swoje życie, ale nie mogło być aż tak ubogie i pozbawione wszelkich kontaktów z mężczyznami. Nie byłem więc zdziwiony, kiedy nadszedł jej ostatni list. Nie oczekiwałem jednak, że poczuję się aż tak rozgoryczony i zdradzony. Nie była to tylko zmysłowa zazdrość o tamtego mężczyznę, lecz ogromne pragnienie Alison; chwile czułości, chwile, kiedy czuliśmy się jedną osobą, kiedy znikało poczucie tego, że to drugie jest kimś innym, przez wiele dni nie opuszczały moich myśli jak sekwencje jakiegoś marnego, romantycznego filmu, którego wcale nie chciałem pamiętać, ale którego nie mogłem wybić sobie z głowy i coraz to od nowa odczytywałem jej list, nie mogąc uwierzyć, że dwieście byle jakich, zużytych słów może temu wszystkiemu położyć kres.
Kochany Nicholasie! To nie może dłużej trwać. Nie chciałabym Cię zranić. Uwierz, że jest mi strasznie przykro, i nie gniewaj się na mnie, że wiem, że poczujesz się zraniony. Słyszę już, jak mówisz: wcale nie czuję się zraniony.
Byłam tak okropnie sama i zrozpaczona. Nie mówiłam Ci do jakiego stopnia, teraz też nie potrafię tego opisać. Przez pierwsze dni w pracy udawałam dzielną, a potem w domu następowało załamanie.
Znów sypiam z Pete'em, gdy przyjeżdża do Londynu. Zaczęło się to dwa tygodnie temu. Proszę, proszę, uwierz mi, nie zrobiłabym tego, gdybym sądziła... sam zresztą wiesz. Wiem, że wiesz. Nie czuję już do niego tego, co kiedyś, i nie zaczęłam czuć tego, co do Ciebie, nie musisz być zazdrosny.
Ale on jest taki nieskomplikowany, przy nim przestaję myśleć, przestaję się czuć taka samotna. Znów jestem Australijką wśród Australijczyków w Londynie. Może się pobierzemy. Jeszcze nie wiem.
Wszystko to jest okropne. Chciałabym, żebyś do mnie dalej pisał i ja będę do Ciebie pisać. Wszystko pamiętam.
Do widzeniaAlison
Zawsze pozostaniesz dla mnie sobą. Zawsze. Ten pierwszy list, który napisałam do Ciebie w dzień Twego wyjazdu. Gdybyś tylko potrafił go zrozumieć.
W odpowiedzi napisałem, że oczekiwałem tego listu i że jest oczywiście zupełnie wolna. Ale potem podarłem kartkę. Wiedziałem, że najbardziej zaboli ją moje milczenie, a ja naprawdę chciałem ją zranić.
Przez ostatnie parę dni przed Bożym Narodzeniem czułem się beznadziejnie nieszczęśliwy. Nagle, bez logicznego powodu zaczęła mnie niepomiernie drażnić szkoła. I tym, jak funkcjonowała, i tym, że tkwiła tu, ślepa, podobna więzieniu, w samym środku tego boskiego pejzażu. Kiedy przestały nadchodzić listy Alison, poczułem się jeszcze bardziej osamotniony. Cały zewnętrzny świat, Anglia, Londyn stały się absurdalnie i chwilami przerażająco nierealne. Paru oksfordzkich przyjaciół, z którymi nieregularnie wymieniałem listy, przestało dawać znaki życia. Od czasu do czasu słuchałem audycji BBC dla krajów zamorskich, ale wiadomości brzmiały dla mnie tak, jakby nadchodziły z Księżyca; dotyczyły spraw i społeczeństwa, do którego przestałem należeć, a kiedy z rzadka wpadały mi w rękę angielskie gazety, wydawały mi się podobne do rubryki "Przed stu laty...". Cała wyspa zdawała się odczuwać to wygnanie ze współczesności. Na molo w porcie tłok zaczynał się co dzień na wiele godzin przedtem, nim na horyzoncie pojawiał się parowiec z Aten, choć wszyscy dobrze wiedzieli, że zatrzyma się tu zaledwie na pięć minut, że wysiądzie z niego co najwyżej pięciu pasażerów i nie więcej wsiądzie. Należało jednak na to patrzeć. Tak jakbyśmy wszyscy byli więźniami, którzy nie utracili jeszcze nadziei na amnestię.
A przecież wyspa była piękna. Koło Gwiazdki zrobiło się zimno i wietrznie. Ogromne, granatowe morze huczało na przybrzeżnych kamieniach koło szkoły. Wzgórza stały się jeszcze bardziej puste, bardziej milczące. Często wychodziłem na spacer po prostu z nudów, a potem odkrywałem jakąś nową samotność, nowy widok. Ale ten nieskalany świat natury zaczął mnie w końcu przerażać. Czułem, że nie ma w nim dla mnie miejsca, jest mi do niczego nieprzydatny, a ja się do niego nie nadaję. Byłem człowiekiem miasta, i to pozbawionym korzeni. Odrzuciłem swoje stulecie, ale nie potrafiłem zanurzyć się w innym. Przypadł mi zatem los Skirona.
Nadeszły wakacje gwiazdkowe. Wyruszyłem w podróż po Peloponezie. Musiałem być sam, musiałem uciec od szkoły. Gdyby Alison była wolna, poleciałbym do niej do Anglii. Przychodziło mi na myśl, żeby podać się do dymisji, ale równocześnie czułem, że byłby to odwrót, jeszcze jedna klęska, i powtarzałem sobie, że z wiosną wszystko obróci się na lepsze. Gwiazdkę spędziłem samotnie w Sparcie, a Nowy Rok także samotnie, w Pyrgos. Wracałem przez Ateny, miałem tam wsiąść na statek, ale zatrzymałem się na cały dzień, by znów pójść do burdelu.
Rzadko myślałem o Alison, ale cały czas czułem jej obecność; usiłowałem o niej zapomnieć i to mi się nie udawało. Zdarzały się dni, kiedy sądziłem, że resztę życia spędzę w celibacie - dni klasztorne i dni, kiedy niemal boleśnie pragnąłem obecności dziewczyny, z którą dałoby się porozmawiać. Kobiety na wyspie były pochodzenia albańskiego, miały żółtą skórę, wydawały się równie posępne i mało pociągające co kongregacja sekty niezależnego Kościoła. Bardziej już ponętni byli niektórzy chłopcy, oliwkowa cera, wdzięk i mocno zaznaczone indywidualności, zupełnie inni niż stereotypowi uczniowie angielskich szkół prywatnych - umundurowane różowe mrówki, prosto z wylęgarni samego Arnolda4. Zdarzały się chwile a la Gide, nie spotykały się jednak z odzewem, nigdzie bowiem pederastia nie budzi takiego wstrętu jak w mieszczańskiej Grecji. Pod tym względem Arnold czułby się tutaj jak w domu. Zresztą nie byłem homoseksualistą; tyle że zrozumiałem (i w ten sposób odkryłem zakłamanie własnego wychowania), w jaki sposób się nim zostaje. Przyczyniło się do tego nie tylko moje osamotnienie, ale także Grecja. Konwencjonalne angielskie pojęcia o tym, co jest moralne, a co nie, wydawały się tu wręcz śmieszne; czy przekroczę jakieś tabu, czy nie, było tylko kwestią chęci, tak jakbym miał się zdecydować, czy spróbować nowego gatunku papierosów, z punktu widzenia moralności wydawało się to równie mało ważne. Dobro od piękna można było oddzielać w krajach północnych, ale nie w Grecji. Między skórą a skórą było tu tylko światło.
Miałem jeszcze swoją poezję. Zacząłem pisać wiersze o wyspie, o Grecji; wydawały mi się one głębokie filozoficznie i interesujące formalnie. Coraz bardziej marzyłem o literackich sukcesach. Całymi godzinami wpatrywałem się w ścianę swego pokoju, wyobrażając sobie krytyki, listy, jakie otrzymuję od słynnych poetów, pochwały, sławę coraz to większą. Nie znałem jeszcze wówczas tej wspaniałej definicji Emily Dickinson: "Poeta nie powinien zaprzątać sobie głowy sprawą publikacji", ważne jest, czy się jest poetą, a nie, czy jest się znanym jako poeta. Stworzony przeze mnie onanistyczny literacki obraz własnego "ja" zdominował moje rzeczywiste życie. Szkoła stała się wygodnym kozłem ofiarnym - czy człowiek może pisać nieskazitelne poematy, będąc poddany tak wyjaławiającej rutynie?
Ale nagle, pewnej ponurej marcowej niedzieli, łuski spadły mi z oczu. Przeczytałem swoje greckie wiersze i zobaczyłem je takimi, jakimi były: studenckie próbki, pozbawione rytmu i poetyckiej struktury, pełne soczystej retoryki, pod którą krył się banał. Przerażony sięgnąłem po wiersze napisane w Oksfordzie i we wschodniej Anglii. Nie były lepsze, były jeszcze gorsze. Prawda runęła na mnie jak lawina. Nie byłem poetą.
Ta świadomość nie przyniosła ulgi, tylko wściekłość, że prawa ewolucji mogły wyposażyć jeden i ten sam umysł w taką wrażliwość i taką nieudolność. W jednym i tym samym ego, moim ego, które wrzeszczało jak zając schwytany w pułapkę. Wziąłem wszystkie swoje wiersze i darłem je, kartka po kartce, w drobne strzępy, aż rozbolały mnie palce.
Potem wybrałem się na włóczęgę po wzgórzach, choć było bardzo zimno i zaczął padać deszcz. Cały świat sprzysiągł się przeciwko mnie. Tego całkowitego potępienia nie można już było zbyć wzruszeniem ramion. W moich najgorszych doświadczeniach znajdowałem pociechę w tym, że są one paliwem, rudą żelazną, że nie pójdą na marne, że potrafię je wykorzystać.
Poezja była dla mnie czymś, do czego zawsze w razie potrzeby mogę się uciec, zapasowym wyjściem, kołem ratunkowym, miała mi dostarczyć możności usprawiedliwienia się. Teraz znalazłem się na morzu, a koło ratunkowe tonęło jak ołów. Z trudem powstrzymałem się od łez litości nad samym sobą. Moja twarz zamieniła się w maskę maszkarona podtrzymującego kolumnę. Przez wiele godzin włóczyłem się, przeżywając piekło.
Pewnego typu ludzie należą do społeczeństwa, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, zaangażowanie innych objawia się chęcią wpływania na jego losy. Pierwsi to kółka w maszynie, drudzy to inżynierowie. Ale ktoś, kto ustawił się poza społeczeństwem, może tylko starać się wyrazić swoją niezależność, jedynie od tego zależy jego byt lub niebyt. Nie cogito, ale scribo, pingo ergo sum. Przez wiele dni czułem się przepełniony nicością, było to znacznie gorsze niż poprzednia samotność - metafizyczny odpowiednik bezludnej wyspy. Uczucie niemal dotykalne, jak gruźlica lub rak.
Wreszcie któregoś dnia, niecały tydzień później, stało się całkowicie dotykalne: zbudziłem się i odkryłem na swoim ciele dwie ranki. Właściwie mnie to nie zaskoczyło. Pod koniec lutego znów byłem w Atenach i odwiedziłem ten sam dom publiczny w Kephissia. Wiedziałem, że podejmuję ryzyko. Ale wówczas wydawało mi się to bez znaczenia.
Przez jeden dzień byłem zbyt wstrząśnięty, aby zacząć działać. We wsi mieszkało dwóch lekarzy: jeden, czynny zawodowo, zajmował się między innymi szkołą, a drugi, milczący stary Rumun, choć już nie prowadził praktyki, od czasu do czasu przyjmował jakiegoś pacjenta. Szkolny lekarz stale zaglądał do pokoju nauczycielskiego. Nie mogłem się zdecydować, by się do niego zwrócić. Wybrałem się więc do doktora Patarescu.
Przyjrzał się rankom, potem mnie i wzruszył ramionami.
- Félicitations - powiedział.
- C'est...
- On va voirça a Ath?nes. Je vous donnerai une adresse. C'est bien a Ath?nes que vous l'avez attrap?, oui? - Skinąłem głową. - Les poules la-bas. Infectes. Seulement les fous qui s'y laissent prendre5.
Stara, zżółkła twarz, binokle, złośliwy uśmiech. Moje pytania rozbawiły go. Tak, są wszelkie szanse, że wyzdrowieję; choroba ta nie jest zaraźliwa pod warunkiem unikania stosunku, mógłby mnie leczyć, gdyby miał odpowiednie lekarstwo, penicylinę z benzatininą, ale nie wie, gdzie je dostać. Słyszał, że ma je pewna prywatna klinika w Atenach, ale zedrą tam ze mnie skórę; dopiero po ośmiu tygodniach będzie wiadomo, czy kuracja poskutkowała. Odpowiadał mi oschle; osobiście mógłby mi tylko zaaplikować starą kurację arszenikową, ale tak czy owak muszę najpierw zrobić analizy. Już dawno wyschło w nim wszelkie współczucie i gdy kładłem na biurku honorarium, przyglądał mi się obojętnym żółwim wzrokiem.
Stałem w drzwiach, próbując jak idiota wzbudzić w nim współczucie.
- Je suis maudit.
Wzruszył ramionami i odprawił mnie z całkowitą obojętnością.
Groza. Do końca semestru został jeszcze tydzień; przyszło mi na myśl, żeby wszystko rzucić i wracać do Anglii. Ale nie mogłem znieść myśli o Londynie, przynajmniej tu, w Grecji, jeśli nawet nie na wyspie, byłem kimś w pełni anonimowym. Nie miałem pełnego zaufania do doktora Patarescu, był w przyjaźni z paroma starymi nauczycielami i wiedziałem, że spotykają się często na partyjce wista. W każdym skierowanym do mnie słowie, w każdym uśmiechu doszukiwałem się aluzji do tego, co zaszło, i wydawało mi się, że zaraz następnego dnia dostrzegłem w oczach niektórych kolegów ukryte rozbawienie. Któregoś dnia podczas przerwy dyrektor zawołał: "Głowa do góry, kyrios Urfe, bo pomyślimy, że piękności Grecji przyprawiły pana o smutek!". Wydało mi się to bezpośrednią aluzją, w każdym razie moi koledzy uśmiechnęli się szerzej, niż na to zasługiwała ta uwaga. W ciągu trzech dni, które upłynęły od mojej wizyty u lekarza, doszedłem do wniosku, że o mojej chorobie wiedzą wszyscy, łącznie z uczniami. Za każdym razem, kiedy zaczynali między sobą szeptać, słyszałem słowo "syfilis".
W ciągu tego potwornego tygodnia zawitała do nas grecka wiosna. Wystarczyły zaledwie dwa dni, a przynajmniej tak mi się zdawało, by ziemia pokryła się anemonami, storczykami, złotogłowiem i dzikimi mieczykami, pojawiły się wędrowne ptaki. Falujące sznury bocianów klekotały nad głową, niebo było błękitne i czyste, uczniowie śpiewali, a na twarzach najsurowszych nawet nauczycieli pojawił się uśmiech. Cały świat wokół mnie rozwijał skrzydła, a ja byłem przykuty do miejsca, Katullus pozbawiony talentu, zmuszony do życia na ziemi - bezlitosnej Lesbii. Spędziłem kilka potwornych nocy. Podczas jednej z nich napisałem długi list do Alison, próbując jej wyjaśnić, co się ze mną stało, że pamiętam dobrze jej pierwszy list i że teraz potrafię już jej uwierzyć, i że nienawidzę samego siebie. Ale nawet w tym liście brzmiał ton pretensji, zaczynałem bowiem widzieć, że rozstanie z nią było ostatnim i najgorszym z moich nieudanych posunięć. Mogłem się z nią ożenić, w ten sposób uniknąłbym przynajmniej samotności na tej pustyni. Nie wysłałem tego listu, ale znów zacząłem co noc rozmyślać o samobójstwie. Uznałem, że śmierć upodobała sobie moją rodzinę, dwóch wujów, których nie zdążyłem poznać, zginęło na wojnie, jeden pod Ypres, drugi pod Passchendaele, potem rodzice... Nagłe, bezsensowne śmierci. Było ze mną gorzej niż z Alison, ona nienawidziła życia, ja samego siebie. Niczego nie dokonałem. Należałem do nicości, do néant, i wydało mi się, że mogę stać się twórcą przynajmniej jednej rzeczy - własnej śmierci, ale przypuszczałem, nawet wówczas ciągle jeszcze przypuszczałem, że będzie ona oskarżeniem każdego, kto się kiedykolwiek ze mną zetknął. Że uzasadni mój cynizm, uprawomocni mój egoizm, stanie się ostatecznym ponurym zwycięstwem i tak przetrwa w pamięci ludzkiej.
Na dzień przed końcem semestru myśl o śmierci przeważyła. Portier szkolny miał starą strzelbę i kiedyś zaproponował, że jeśli miałbym ochotę zapolować na wzgórzach, chętnie mi ją pożyczy. Zrobił to z przyjemnością i załadował mi całą kieszeń nabojami; w piniowym lesie pełno było przelotnych przepiórek.
Poszedłem w górę wąwozem za szkołą, wdrapałem się na przełęcz i wszedłem między pinie. Wkrótce znalazłem się w cieniu. Złotą ziemię z drugiej strony wody, na północy, oświetlało jeszcze słońce. Powietrze było lekkie, ciepłe, niebo intensywnie i świetliście błękitne. Gdzieś daleko w górze brzęczały dzwoneczki kóz, które na noc zapędzano z powrotem do wsi. Szedłem dłuższy czas. Zupełnie, jakbym szukał miejsca, gdzie mógłbym się wypróżnić, chciałem być pewny, że nikt mnie nie dojrzy. Wreszcie znalazłem skalistą kotlinkę.
Nabiłem strzelbę i usiadłem na ziemi, opierając się o pień pinii. Poprzez pokrywające grunt igły przebijały się kwiaty muscari. Odwróciłem strzelbę i zajrzałem do lufy, do czarnego kółka mojego nieistnienia. Obliczałem, pod jakim kątem powinienem ją przyłożyć do głowy. Przystawiłem lufę do prawego oka i odwróciłem głowę tak, by strzał jak czarna błyskawica przeszył mózg i rozsadził tylną ściankę mojej czaszki. Sięgnąłem w stronę cyngla - ciągle jeszcze było to stadium przygotowań, prób - i stwierdziłem, że sprawa nie jest taka prosta. Nachylając się naprzód, mogę w ostatniej chwili przekręcić głowę i spartaczyć robotę. Zacząłem więc szukać i znalazłem suchy patyk, aby go zatknąć między bezpiecznik i cyngiel. Wyjąłem nabój, założyłem patyk i usiadłem ze strzelbą między kolanami, opierając podeszwy na patyku, z prawą lufą o cal od mego oka. Usłyszałem szczęk cyngla. Tak, to było proste. Naładowałem dubeltówkę.
Ze wzgórz za mną dobiegł głos dziewczyny. Pewnie zaganiała kozy i śpiewała na cały głos, trudno było rozpoznać melodię, przypominało to muzułmańskie śpiewy Turków. Głos był odcieleśniony, jakby śpiewało wzgórze. Przypomniałem sobie, że już kiedyś słyszałem podobny głos, może to ta sama dziewczyna wyśpiewywała wówczas na wzgórzu za szkołą. Śpiew dotarł do klasy, uczniowie zaczęli chichotać. Ale teraz głos brzmiał tajemniczo, przebijał z niego ból i takie osamotnienie, że moje cierpienia wydały się czymś drobnym i nieważnym. Siedziałem z dubeltówką między kolanami i póki ten głos unosił się w wieczornym powietrzu, nie byłem w stanie drgnąć. Nie wiem, jak długo śpiewała, ale niebo pociemniało, morze zbladło, nabrało perłowego odcienia szarości. Nad górami unosiły się różowe pasma chmur w ostrym jeszcze blasku zachodzącego słońca. I ziemia, i morze zatrzymywały światło, tak jakby było ciepłem i nie musiało znikać wraz ze zniknięciem jego źródła. Głos oddalał się w stronę wsi, aż wreszcie zamilkł.
Znów podniosłem strzelbę, celując sobie w oko. Patyk sterczał, czekając, aż go nadepnę. Wokół panowała cisza. Z odległości wielu mil dobiegł dźwięk syren ateńskiego statku zbliżającego się do wyspy. Ale brzmiało to jak coś spoza próżni. Rzeczywistością była śmierć.
Nie wykonałem żadnego ruchu. Czekałem. Na niebie, nad morzem gór na zachodzie pojawił się poblask najpierw bladożółty, potem świetlistozielony, potem witrażowoszafirowy. Czekałem, czekałem, usłyszałem znów syrenę statku, tym razem bliżej, czekałem, aż przyjdzie czarna chwila, która zmusi moją nogę, by kopnęła patyk, ale ciągle nie mogłem tego zrobić. Cały czas czułem się tak, jakby mnie obserwowano, jakbym nie był sam, jakbym odgrywał przed kimś jakąś rolę, a chodziło przecież o to, aby mój czyn był spontaniczny, czysty i moralny. Bo wraz z chłodem wiosennej nocy wkradła mi się do głowy wątpliwość, czy mój czyn wypływa z pobudek moralnych, a nie tylko czysto estetycznych; że może chcę zakończyć życie w sposób sensacyjny i znaczący. Że szukam nie prawdziwej śmierci, lecz śmierci Merkucja, śmierci, którą by zapamiętano, nie prawdziwej śmierci, prawdziwego samobójstwa, lecz śmierci, która wymazuje człowieka.
Ten głos, światło, niebo.
Zaczęło się ściemniać, zajęczała syrena oddalającego się statku z Aten, a ja dalej siedziałem, paląc papierosa, odłożywszy na bok dubeltówkę. Musiałem spojrzeć na siebie nowymi oczami. Zdałem sobie sprawę, że odtąd zasługuję już tylko na lekceważenie i wzgardę. Bywałem i będę kimś rozpaczliwie przygnębionym, ale był we mnie i zawsze pozostanie fałsz; żeby użyć terminu egzystencjalistycznego, byłem kimś nieautentycznym. Zrozumiałem, że nigdy się nie zabiję, zrozumiałem, że choćbym był nie wiem jak pustym, nieszczerym i skażonym człowiekiem, będę zawsze mógł siebie wytrzymać i z sobą żyć.
Podniosłem dubeltówkę i wystrzeliłem z niej, nie patrząc, gdzieś w niebo. Huk wstrząsnął mną. Rozległo się echo, na ziemię spadło parę gałązek. A potem ciężka studnia ciszy.
- Czy pan coś upolował? - spytał przy bramie stary portier.
- Raz tylko wystrzeliłem - odpowiedziałem. - I chybiłem.
Wiele lat później zobaczyłem w Piacenzy gabbię: zawieszoną wysoko na wieży czarną, chropawą klatkę na kanarki, w której ongi zostawiano więźniów, by umierali z głodu na oczach miasta. I zobaczywszy ją, przypomniałem sobie tę zimę w Grecji, tę gabbię, którą sam dla siebie zbudowałem ze światła, samotności i urojeń na własny temat. Próby pisania i próba samobójstwa, na pozór tak sprzeczne, były w gruncie rzeczy jednym i tym samym: usiłowaniem ucieczki. I pod koniec tego przeklętego semestru moje uczucia były uczuciami człowieka, który wie, że oczekuje śmierci, siedząc w klatce wystawionej na drwiny wszystkich swych dawnych ambicji.
Pojechałem do Aten, udałem się pod adres podany mi przez wiejskiego lekarza. Zrobiono mi analizę Kahna i potwierdzono diagnozę doktora Patarescu. Dziesięciodniowa kuracja była bardzo kosztowna, większość lekarstw pochodziła z kradzieży lub została do Grecji przeszmuglowana, znalazłem się w sytuacji odbiorcy siatki Trzeciego Człowieka. Gładki, młody, wyszkolony w Ameryce lekarz oświadczył mi, że nie mam się czym przejmować, wszystko zapowiada się jak najlepiej. Kiedy skończyła się wielkanocna przerwa i wróciłem na wyspę, zastałem w szkole kartkę od Alison. Krzykliwie kolorową z kangurem, z którego pyska wydobywał się obłoczek ze słowami: "Myślisz, że nie pamiętam?". Rocznica moich urodzin przypadła na mój pobyt w Atenach, skończyłem dwadzieścia sześć lat. Ze stempla pocztowego wynikało, że kartkę wrzucono w Amsterdamie. Na odwrocie nie było ani słowa. Tylko podpis: Alison. Wrzuciłem kartkę do kosza. Ale wieczorem wyjąłem ją z powrotem.
Żeby przeczekać jakoś ten niespokojny okres, póki nie uzyskałem pewności, że nie pojawi się następne stadium choroby, oddałem się cały wyspie. Pływałem i pływałem, włóczyłem się i włóczyłem, co dzień wychodziłem ze szkoły. Nagle zaczął się upał i po południu cała szkoła spała. A ja udawałem się do lasu piniowego. Przechodziłem przez grzbiet gór na południową stronę wyspy, żeby znaleźć się z dala od wsi i szkoły. Tam można się było zupełnie wyizolować: trzy ukryte chatki nad małą zatoczką, parę kapliczek zagubionych wśród pinii i pustych, o ile nie przypadał dzień stojącego w nich świętego, i jedna niemal niewidoczna, niezamieszkana willa. Cała reszta była podniosłym spokojem, wszystko, tak jak czyste płótno, nasuwało myśl o nieograniczonych możliwościach. Było to miejsce stworzone dla mitów. Jakby wyspa pękła, dzieląc się na ciemność i światło; toteż program lekcji, który poza weekendami lub wczesnymi godzinami rannymi (lekcje zaczynały się o pół do ósmej) uniemożliwiał zbytnie oddalanie się od szkoły, zaczął mi dokuczać niczym zbyt krótki łańcuch.
Nie myślałem o przyszłości. Mimo oświadczenia lekarza z kliniki nie wierzyłem w skuteczność kuracji. Czekał mnie los człowieka spadającego coraz niżej i niżej.
Ale w tym momencie rozpoczęła się seria tajemniczych wydarzeń.
2 Ludzie zbuntowani, od tytułu książki Camusa L'Homme revolté.
3 Cytat powinien brzmieć: vous l'avez voulu, Georges Dandin.
4 Dr Arnold Matthew - twórca ekskluzywnych szkół angielskich.
5 Trzeba to będzie sprawdzić w Atenach. Podam panu adres. Złapał to pan w Atenach, prawda? Ach, tamtejsze kurwy. Wszystkie są chore. Trzeba być wariatem, żeby się tak dać nabrać.