2
Samochód czekał na skraju szosy, z włączonym silnikiem. Czarny mercedes, ostatni model - podstawowy środek lokomocji w Moskwie. Dwie rosłe postaci w milczeniu paliły papierosy obok auta. Dostrzegłszy mnie, jeden z tych ludzi otworzył mi drzwi z tyłu, potem usiadł obok kierowcy.
Nie próbowałem nawiązywać rozmowy. Doświadczenie nauczyło mnie, że ze swoich towarzyszy zdołam co najwyżej wyciągnąć monosylaby. Tutaj mówi się, że są jak znaczki pocztowe, bo przyklejają się do ochranianych ludzi. Są to typy niezbyt rozmowne, ale emanuje od nich poczucie spokoju. Raz w tygodniu chodzą na obiad do mamy, z kwiatami i bombonierką. Gdy tylko nadarzy się po temu okazja, gładzą po główkach jasnowłosą dziatwę. Jedni zbierają kapsle od butelek, inni pucują motocykle. Najbardziej pacyfistyczne osoby na świecie. Z wyjątkiem nielicznych sytuacji, kiedy przestają nimi być. A wówczas to już całkiem inna historia: w takich chwilach lepiej trzymać się od nich z daleka.
Widziałem przesuwające się szybko przed oczami obrazy mojego ukochanego miasta. Moskwy. Najsmutniejszej i najpiękniejszej ze stolic dawnych imperiów. Potem pojawiły się mroczne i bezkresne lasy, które w moich myślach ciągnęły się już bez końca aż po Syberię. Nie miałem pojęcia, gdzie możemy być. Mój telefon przestał działać, gdy wsiadłem do samochodu. A GPS uparcie wskazywał naszą pozycję na drugim końcu miasta.
W pewnej chwili zjechaliśmy z głównej drogi na trakt zagłębiający się w las. Samochód nieznacznie zwolnił, pędząc po wertepach z takim samym zapałem, z jakim wcześniej mknął po autostradzie; by nikt nie mówił, że rosyjskiego kierowcę może zbić z tropu byle co, choćby sfora wilków. Jechaliśmy w ciemnościach, niezbyt długo, lecz to wystarczyło, by ożywić mroczne przeczucia. Rozbawiona ciekawość, która przepełniała mnie do tej chwili, ustępowała miejsca niejakim obawom. W Rosji, myślałem, wszystko na ogół przebiega bezproblemowo, ale kiedy coś przestaje się układać, naprawdę przestaje się układać. Najgorsze, co może ci się przydarzyć w Paryżu, to trafić do przereklamowanej restauracji, poczuć na sobie pogardliwe spojrzenie ładnej dziewczyny, dostać mandat. W Moskwie zakres nieprzyjemnych doświadczeń jest o wiele szerszy.
Zatrzymaliśmy się przed bramą. Strażnik siedzący w budce wartowniczej pozdrowił nas dłonią. Mercedes w końcu się uspokoił. Między brzozami widać było jeziorko, po którym kilka łabędzi pływało jak znaki zapytania skierowane ku nocy. Potem samochód skręcił po raz ostatni, by zatrzymać się przed wielką neoklasycystyczną budowlą o biało-żółtej fasadzie.
Wysiadłem z auta i wydawało mi się, że stoję przed jakimś domem w Hamburgu, nad rozlewiskiem rzeki Alster, nie przed willą oligarchy. To mogła być rezydencja lekarza, adwokata, bankiera, ale kalwinisty oddanego swej pracy i niezbyt skłonnego do obnoszenia się ze swoim bogactwem. Przy wejściu nieśmiały profil starszego pana w aksamitnym garniturze pozostawał w dziwnej sprzeczności z dwoma osiłkami, którzy mnie tu przywieźli. O ile ci zdecydowanie należeli do świetlistego i okrutnego miasta, z którego przybyliśmy, o tyle kamerdyner, o nieco znużonej twarzy, został wybrany przez swego chlebodawcę po to, by trzymał pieczę nad prywatnym i znacznie starszym światem.
Przekraczało się próg i wchodziło do westybulu wyłożonego korkiem. Tu też żadnych ustępstw na rzecz współczesnego stylu, tak modnego gdzie indziej. Za to w kolejnych pomieszczeniach, które zacząłem przemierzać w towarzystwie swojego niepokaźnego Charona, obfitość intarsjowanych mebli i zapalonych kandelabrów, pozłacanych ram i chińskich dywanów tworzyła ciepłą atmosferę, co podkreślały oszronione szyby i wielkie kaflowe piece. Wrażenie surowej harmonii, jakiego doznałem, przekraczając próg tego domostwa, pogłębiało się w każdej sali, aż w końcu weszliśmy do gabinetu, gdzie kamerdyner dał mi znak, bym zajął miejsce na zgrabnej małej sofie, która mogłaby stać w poczekalni jednej z postaci powieści Wojna i pokój. Ze ściany naprzeciwko olejny portret starego mężczyzny w stroju nadwornego błazna zerkał na mnie drwiąco.
Rozejrzałem się wokół, urzeczony i trochę zaskoczony. Jeśli gdzie indziej luksus rozprasza naszą uwagę, tu dominowało wrażenie siły i skupienia.
- Czego się pan spodziewał, złotych kranów?
Baranow się uśmiechał. Nie był to sarkazm, raczej spokój człowieka przywykłego do panowania nad cudzymi myślami. Zmaterializował się bez uprzedzenia, wchodząc zapewne jakimiś bocznymi drzwiami. Miał na sobie ciemną bonżurkę, miękką, która wyglądała na kosztowną. Wymamrotałem coś w odpowiedzi, ale Rosjanin nie zwrócił na to uwagi.
- Przepraszam za tę porę. Nabrałem złych nawyków i nie mogę się od nich uwolnić.
- Nie jest pan wyjątkiem - odparłem, myśląc o ożywionym moskiewskim nocnym życiu, zanim uświadomiłem sobie, że to zdanie mogło zabrzmieć jak aluzja do przyzwyczajeń Cara.
Odniosłem wrażenie, że jakaś myśl przemknęła przez jego ołowiane oczy.
- W każdym razie cieszę się, że tu jestem. To cudowne miejsce.
Gdy tylko wymówiłem te zdania, po raz pierwszy poczułem, że spoczęło na mnie spojrzenie Baranowa: Czyżbyś przybył tu po to, żeby mnie zanudzać jak inni?
Rosjanin nie ruszał się z miejsca.
- A zatem jest pan czytelnikiem Zamiatina - podjął, kierując się w stronę drzwi, przez które wszedł. - Proszę ze mną, chcę panu coś pokazać.
Weszliśmy do sali, której ściany zakrywała w całości rozległa biblioteka, jakiej nie powstydziłby się benedyktyński klasztor. Na półkach lśniły tysiące starych tomów, oświetlone blaskiem ognia, płonącego w imponującym kominku z kamienia.
- Nie wiedziałem, że kolekcjonuje pan stare książki.
Nie przestawałem stwierdzać rzeczy oczywistych.
- Nie jestem kolekcjonerem. Czytam je. To dwie różne rzeczy.
Rosjanin wydawał się poirytowany. Kolekcjonerzy to ludzie mali, owładnięci obsesją kontroli, której nigdy nie uda się im urzeczywistnić. Baranow nie uważał się za jednego z nich.
- Tak naprawdę nie wszystkie są moje. Wiele z nich odziedziczyłem po dziadku.
Z trudem próbowałem ukryć zaskoczenie. Przekazanie w spadku starej biblioteki nie było, mówiąc szczerze, czymś najzwyklejszym na świecie, zwłaszcza w Związku Sowieckim.
- Ale to znalazłem sam.
Baranow nadal nie był zbyt wylewny. Wyjął ze skórzanej teczki kilka odręcznie zapisanych kartek.
- Niech pan na to zerknie - powiedział, podając mi pożółkłe stronice.
Był to napisany cyrylicą list, datowany na 15 czerwca 1931 roku w Moskwie. Zacząłem czytać.
Drogi Iosifie Wissarionowiczu,
autor tego pisma, skazany na karę śmierci, zwraca się ku Tobie z prośbą o złagodzenie kary. Moje nazwisko jest ci przypuszczalnie znane. Dla mnie jako autora pozbawienie możliwości pisania jest równoznaczne ze skazaniem na karę śmierci.
Podniosłem wzrok. Baranow przeglądał jakąś książkę, jakby dając mi czas, bym ochłonął.
- To oryginał listu Zamiatina do Stalina - powiedział, nie patrząc w moją stronę - w którym prosi o zgodę na opuszczenie ZSRR.
Po tych słowach wyjaśnienia przez dłuższą chwilę wpatrywałem się w Rosjanina. Nie byłem w stanie uwierzyć, że trzymam w dłoniach ten list. Potem znalazłem w sobie siłę, by kontynuować lekturę.
Nie twierdzę, że jestem niewinny. Wiem, że mam zwyczaj, bardzo niestosowny, mówić to, co uważam za prawdę, zamiast tego, co w danej chwili byłoby dla mnie użyteczne. Nigdy nie ukrywałem swojego stosunku do literackiego serwilizmu, do pochlebców i kameleonów, zmieniających barwę. Uważam, iż jest to poniżające dla pisarza i dla rewolucji.
Przez chwilę byłem pogrążony w lekturze. Kiedy podniosłem wzrok, Baranow mi się przyglądał.
- To jedna z najpiękniejszych próśb, jaką artysta skierował do Stalina. Zamiatin nigdy się nie ukorzył. Mówi szczerze, jak były bolszewik. Walczył z wojskami cara, przeżył wygnanie, wrócił, by wziąć udział w rewolucji. Jedyny problem polega na tym, że zbyt szybko wszystko zrozumiał i był na tyle nieostrożny, żeby o tym napisać.
Przekonany o swojej zażyłości z autorem, poczułem się w obowiązku wyrazić własne zdanie. Wygłosiłem więc kilka banałów na temat nieuchronnego napięcia między sztuką a władzą, koczowniczego charakteru Zamiatina, jego przeświadczenia, że zwycięstwo idei, nawet jeśli jest to idea rewolucyjna, zakłada jej automatyczną gentryfikację. Baranow przyglądał mi się z miłym wyrazem twarzy, jak przyjaciel rodziny zmuszony do uczestnictwa w szkolnym przedstawieniu na zakończenie roku. Kiedy odniósł wrażenie, że wyczerpałem temat, dodał:
- Tak, właśnie. Ale sądzę, że chodzi o coś więcej. Zamiatin próbował powstrzymać Stalina, zrozumiał, że nie jest on politykiem, tylko artystą. Że przyszłość nie będzie konfrontacją dwóch politycznych wizji, lecz dwóch artystycznych projektów. W latach dwudziestych Zamiatin i Stalin to dwaj awangardowi artyści, którzy spierają się o dominację. Rzecz jasna, siły są niewspółmierne, bo tworzywem Stalina jest ciało i krew ludzi, jego płótnem ogromny naród, publicznością wszyscy mieszkańcy planety, którzy w setkach języków z czcią szepczą jego nazwisko. To, co poeta tworzy w wyobraźni, demiurg wystawia na scenie światowej historii. W tej walce Zamiatin jest niemal zupełnie odosobniony, a jednak próbuje stawić opór nowemu porządkowi. Wie, że sztuka Stalina w nieunikniony sposób wiedzie ku obozom koncentracyjnym, ponieważ na planie regulującym życie Nowego Człowieka nie ma miejsca na herezję. Oto dlaczego Zamiatin, choć inżynier z zawodu, walczy orężem literatury, teatru, muzyki; pojął, że jeśli władza usunie dysonanse, gułag będzie już tylko kwestią czasu. Jeśli zacznie się prześladować niedozwolone harmonie, wkrótce możliwy będzie już jedynie rytmiczny marsz. Minorowa tonacja, niezgodna z ideałami nowego społeczeństwa, stanie się wrogiem klasowym. Skala durowa! Wyłącznie durowa! Wszystkie drogi prowadzą do skali durowej! Muzyka, nawet bez słów, będzie ściśle podporządkowana słowu. I nie powstanie już ani jedna symfonia, która nie wychwalałaby marksizmu-leninizmu.
Kiedy Rosjanin wymawiał te ostatnie słowa, w jego głosie po raz pierwszy dało się wyczuć emocje, jakby nie była to już tylko analiza historycznego zdarzenia.
- Kiedy Zamiatin nakłania swojego przyjaciela Szostakowicza, by skomponował Powiatową lady Makbet - ciągnął - robi to, ponieważ wie, że przyszłość ZSRR zależy od tego widowiska. Że jedynym sposobem na powstrzymanie procesów politycznych i czystek jest ponowne ukazanie w sztuce jednostki, która buntuje się przeciwko zaplanowanemu odgórnie ładowi. A kiedy Stalin wstaje wściekły i po trzecim akcie wychodzi z Teatru Bolszoj, robi tak, bo uświadamia sobie, że wolność kompozytora i jego postaci jest wyzwaniem rzuconym wprost jego władzy, jego globalnemu projektowi artystycznemu. Dlatego każe zamieścić w "Prawdzie" ów słynny artykuł, oskarżający kompozytora o to, że zanadto skupił się na zmysłowym aspekcie postaci, które zachowują się w "bestialski" sposób. W stalinowskim dziele jest miejsce dla bestialskich instynktów tylko jednej osoby. Apel Lenina trzeba rozumieć dosłownie: "powinniśmy marzyć", ale jedynym dozwolonym marzeniem jest marzenie Stalina; wszystkie inne należy zlikwidować.
Baranow zamilkł na chwilę. Ten komfortowo urządzony gabinet pozostawał w wyjątkowym kontraście z drastycznymi faktami, które przywoływał gospodarz.
- Jeśli się nad tym zastanowić - podjął - pierwsza połowa dwudziestego wieku w gruncie rzeczy była właśnie tym: starciem artystów i tytanów. Stalin, Hitler, Churchill. Później pojawili się biurokraci, bo świat potrzebował chwili wytchnienia. Ale dziś artyści powrócili. Proszę rozejrzeć się wokół. Gdziekolwiek pan spojrzy, ujrzy pan wyłącznie awangardowych artystów, którzy twierdzą, że nie opisują rzeczywistości, lecz ją tworzą. Jedynie styl się zmienił. Dziś miejsce dawnych twórców zajęły postaci z reality shows. Ale zasada pozostała ta sama.
- Czy jest pan jednym z nich?
- Oczywiście, że nie. Przez jakiś czas grałem rolę posłańca. A teraz jestem na emeryturze.
- Nie brakuje panu adrenaliny?
- Proszę mi wierzyć, nie ma większego wyzwania, niż obudzić się rano, wypić kawę i odprowadzić córkę do szkoły. Serio, sądzę, że w życiu pragnąłem czegoś nie więcej niż trzy-cztery razy. Ale kiedy już tak się zdarzyło, zwykle otrzymywałem to, czego chciałem. I zapewniam pana, że teraz nie pragnę niczego więcej.
Baranow wskazał gestem bibliotekę, stary drewniany globus i ogień płonący w kominku.
- A jak odebrali to inni?
- A niby jak mieli to odebrać? Oczywiście, że źle. W akwarium przebacza się wszystko: kradzieże, mordy, zdradę. Ale nigdy dezercji. Jak to? Nie chcesz tego, za co my moglibyśmy zabić? Tego dworacy nie mogą wybaczyć.
- A Car?
- Car to całkiem inna historia. On widzi i wybacza wszystko.
W nieprzeniknionym spojrzeniu Rosjanina pojawił się ironiczny błysk.
- Czy pisze pan wspomnienia?
- Wcale o tym nie myślę.
- A jednak miałby pan niejedno do opowiedzenia!
- Żadna książka nigdy nie odda tego, na czym polega gra władzy.
- Równie dobrze można powiedzieć coś wręcz przeciwnego.
Przez jego oczy przemknął lekki cień. Baranow się uśmiechnął.
- Ma pan rację. Zatem proszę pozwolić, że ujmę to inaczej. Żadna napisana przeze mnie książka nigdy nie odda tego, na czym polega gra władzy.
- Czym jest dla pana władza?
- Pańskie pytanie jest zbyt bezpośrednie. Władza jest jak słońce i śmierć, nie można patrzeć na nią wprost. Zwłaszcza w Rosji. Ale skoro już pan tu przybył i ma trochę czasu, chętnie opowiem panu pewną historię.
Baranow wstał, by z kryształowej karafki nalać whisky do dwóch szklanek. Podał mi jedną i znów usiadł w skórzanym fotelu. Przez chwilę wpatrywał się we mnie uważnie, potem spojrzał na swoją szklankę.
- Mój dziadek był świetnym myśliwym - powiedział powoli.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.