ROZDZIAŁ PIERWSZY
Okazało się, że ma miejsce przy oknie. Samolot zatoczył koło nad Paryżem i poszybował w górę. Bajkowo piękna panorama miasta malała szybko, aż skryła się w błękitnej poświacie. Puszyste obłoki wychynęły z bezkresu i zakryły wszystko.
Mireille odwróciła się od okna i rozsunęła ekler torebki. Wyjęła z niej grubą kopertę i przez chwilę ważyła ją w dłoni.
- Kiedy już odbędziesz te swoje koncerty i oswoisz się z urokiem mazurskich lasów, poproś Marię, żeby przejrzała z tobą te papiery. Już ona będzie wiedziała, co z nimi zrobić - powiedziała Irmina. Ucałowała wnuczkę, poczekała, aż przejdzie przez bramkę odprawy paszportowej, pokiwała jej i odeszła szybkim, sprężystym krokiem.
Ma grand-m?re, babuszka, babcia, "Bibou" Irmina - pomyślała czule Mireille. - Co ja bym bez niej poczęła? Odkąd pamięta, babcia była blisko, ilekroć którekolwiek z nich potrzebowało wsparcia. Szczupła, bardzo ruchliwa, o niespożytej energii. Kto by uwierzył, że stuknęła jej osiemdziesiątka? Od zawsze ma tę swoją jasną, rozwichrzoną głowę. Jej włosy - jakie one właściwie są: blond czy siwe? Wciąż piękne oczy o błękitnym spojrzeniu, długich podwiniętych rzęsach, pomalowanych niestosownie do wieku o wiele za grubo granatową mascarą, której nigdy wieczorem nie zmywa, bo jest zbyt zmęczona. Dopiero rano szoruje je mydłem pod prysznicem po to, żeby natychmiast pokryć nową warstwą tuszu.
- Gdybym ja tak obchodziła się z moimi rzęsami, miałabym oczy łyse jak kolano, jakże ty, mamo, możesz sypiać umalowana? - pokrzykuje Sophie, matka Mireille. Ma zwyczaj mówić podniesionym głosem, zabarwionym nutką pretensji.
Daremne to słowa, bo natura zarówno ją, jak i Mireille obdarzyła takimi samymi wielkimi błękitnymi oczami w pięknej oprawie. Przynajmniej pod względem typu urody te trzy kobiety są do siebie podobne, bo poza tym różni je wszystko.
Irmina skrupulatna, zapracowana, zawsze znajduje porę na coś poza pracą: na lekturę, słuchanie muzyki i całkiem bogate kontakty towarzyskie. Jak jej się to udaje, trudno pojąć, musi mieć jakieś tajemne układy z czasem. Posiada też rzadki dar przyciągania ludzi niezwykłych, wybitnych i dziwacznych. Krąg jej przyjaciół to osobny rozdział.
Córka Irminy, Sophie, jest podobnie urodziwa, ale jeszcze bardziej efektowna, świetnie oprawiona, ubrana odważnie na granicy ekstrawagancji i kokietliwa. Gdziekolwiek się pojawia, wywołuje szum i zamieszanie. Chaos zdaje się być jej sprzymierzeńcem, potrafi się w nim doskonale poruszać. Umie działać z rozmachem i skutecznie, ale równie skutecznie nieraz niweczy swoje dokonania emocjami, które co rusz biorą ją w posiadanie. Taka jest z natury, chociaż los też nie szczędzi jej ku temu racji, ale o tym potem.
Mireille, najstarsza z dzieci Sophie, uchodzi za najbardziej z nich skrytą i wrażliwą. Od miesiąca jest absolwentką paryskiej szkoły teatralnej i jest też zwyciężczynią castingów do dwóch głównych ról w musicalach.
Albert, smagły, czarnooki, wysportowany, rokujący nadzieje na kontynuowanie pasji naukowych swego ojca, załamał się zupełnie nieoczekiwanym przebiegiem zdarzeń w rodzinie i nie zdał matury. Śliczna jak obrazek młodsza córka Sophie, Sara, oczko w głowie babci Irminy, okazała się jedyną osobą, która do zaistniałej sytuacji podeszła z niespotykaną u nastolatki tolerancją, usiłując za wszelką cenę znaleźć racjonalne przesłanki na wytłumaczenie bolesnych zdarzeń.
W ostatnim roku bowiem los zgotował matce i rodzeństwu taką niespodziankę, że cały ich świat stanął na głowie. To dlatego Irmina wymyśliła dla starszej wnuczki podróż do Polski, a Sophie zdecydowała się przed początkiem nowego roku szkolnego wyemigrować z dwojgiem młodszych dzieci za ocean. Robiła to przede wszystkim dla syna, który po zmianach, jakie nastąpiły, zupełnie się pogubił. Po stracie ukochanego brata Sophie panicznie boi się o syna, to zrozumiałe...
Nic dziwnego zatem, że tajemnice zamknięte w pękatej kopercie, dotyczące odległej przeszłości jej przodków, przyciągnęły uwagę podróżniczki o wiele mniej niż to, co przydarzyło się im ostatnio. Po krótkim przebywaniu na dłoni dziewczyny koperta wylądowała z powrotem w przepaścistej torbie, a Mireille, żeby oderwać myśli od bolesnych zdarzeń, zabawiła się w odgadywanie, jak się potoczy jej polska przygoda.
Bibou Irmina poznała Marię dzięki swemu mężowi, René, który jako pianista wirtuoz odbywał tournée koncertowe po Polsce. To ona oprawiała słowem jego występy.
Wkrótce po tym tournée Maria otrzymała stypendium Bruna Coquatrixa i zjawiła się w Paryżu. Jako że zaprosiła kiedyś René na kolację do swego domu w Warszawie, wypadało zrewanżować się jej i uczyniono to. Owego pamiętnego wiosennego popołudnia u schyłku lat siedemdziesiątych cała rodzina Bergeronnette'ów, a więc René z Irminą oraz ich dzieci, dwudziestoletnia wówczas Sophie, studentka anglistyki na Sorbonie, i szesnastoletni licealista Patryk - wszyscy w komplecie obejrzeli w Olimpii galowy koncert polskich artystów z udziałem znajomej René, Marii Nagłowskiej, która prowadziła konferansjerkę i śpiewała frywolne piosneczki. Po koncercie porwali sympatyczną Polkę na kolację do swego apartamentu przy rue Jasmin.
Aktorka była młodsza od Irminy o kilkanaście lat, mimo to kobiety bardzo przypadły sobie do gustu i znalazły wspólny język. Od tamtej pory Maria przemyka przez domy Bergeronnette'ów i de la Chapelle'ów. Mireille zna ją z wyrywkowych spotkań, opowieści i albumów rodzinnych, świadczących o zażyłości Marii z jej rodziną: fotki z koncertu dziadka René w Conservatoire de Rachmaninoff, z przyjęcia zaręczynowego rodziców, z kliniki Laenec, na których Maria stoi obok kołyski w dniu jej narodzin, przy choince w apartamencie dziadków przy rue Jasmin, na garden party z okazji chrzcin Sary w dawnej rezydencji królewskiej Saint-Germain-en-Laye. Maria w kostiumie cyganki z czarnymi warkoczami i rocznym Alfredem w ramionach... Ulubionym zdjęciem Mireille jest portrecik Marii z uduchowioną miną i oczami pełnymi łez. Uwieczniła ją tak na kliszy babcia, kiedy Maria oglądała efekty swojej pracy. Bo nie kto inny, a właśnie Maria przygotowywała Mireille do egzaminu z interpretacji piosenki, gdy zdawała do Conservatoire.
Ona też przyleciała z Warszawy i zamieszkała z babcią Irminą natychmiast po samobójczej śmierci wujka Patryka. Teraz, gdy tylko dowiedziała się, co ich spotkało, od razu zapytała, w czym może pomóc. Nie tylko zaprosiła Mireille na wypoczynek, ale załatwiła jej nawet występy w gronie najlepszych polskich artystów. Emocje z tym związane okazały się najbardziej kojącym remedium na zranione serce dziewczyny. Jeden z koncertów odbędzie się w uroczysku, gdzie latem mieszka rodzina Marii, w jej "magicznym" (wedle słów babci Irminy) domu.
Mireille myślała o tym wszystkim i zaczęła podświadomie nucić. Dyskretne oklaski sąsiada z samolotu przerwały rozmyślania.
- Quelle chance - pas seulement une belle fille comme voisine, en plus des attractions! Belle voix, mademoiselle, vraiment une belle voix![1] Pani jest artystką, nie mylę się? - dodał po polsku.
- Pardonnez-moi?[2] - spłoszyła się Mireille.
- Nie mówi pani po polsku?
Nie czekając na odpowiedź mężczyzna gładko przeszedł na francuski i zaczęło się bezpardonowe tokowanie. Najpierw zaoferował swoje usługi jako przewodnik po Warszawie, a następnie przedstawił cały wachlarz dostępnych w tych ramach atrakcji. Posypały się komplementy i wymowne spojrzenia. Mireille wcisnęła się w swój fotel.
Przytłoczona elokwencją i siłą inicjatywy nieznajomego, nie śmiała się ruszyć ani mrugnąć okiem. Mimo że ukończyła studia aktorskie i miała czas oswoić się ze środowiskiem artystycznym, któremu świat przypisuje swobodę obyczajów, jej odwaga nie wychodziła poza działania sceniczne. W życiu pozostała nieśmiałą, cichą istotą, lubiącą samotność i spokój. Taka była od dziecka i to się nie zmieniło. Nawet w głośnych zabawach rodzeństwa uczestniczyła w sposób ograniczony.
Atak, który przypuścił na nią poszukiwacz przygód, sprawił, że zaczęła modlić się w duchu, aby lot trwał jak najkrócej. Zamknęła oczy, udawała, że drzemie, ale natręt nie dawał za wygraną. Zerknęła ukradkiem na zegarek. Do planowego lądowania pozostało ponad czterdzieści minut.
Co robić, co robić? - myślała rozpaczliwie. Wreszcie odważyła się przeprosić go i wstać.
Resztę podróży spędziła w toalecie, nie widziała, jak samolot zniżał lot nad Warszawą i może w ogóle przegapiłaby lądowanie, gdyby zaniepokojona stewardessa nie wywabiła jej z zacisznego przybytku. Nie tak to sobie obiecywała.
Jak pech, to pech - jej walizka pojawiła się na podajniku jako ostatnia, już myślała, że zaginęła. Na tym jednak skończyły się przykre niespodzianki. Justyna, córka Marii, ze swoimi dziećmi czekała na nią, jak było umówione. Pojechali razem na obiad, a potem prosto na dworzec autobusowy, bo Mireille jeszcze tego dnia musiała dotrzeć do letniego domu Nagłowskich. Nazajutrz mają się rozpocząć próby do koncertu jubileuszowego, w którym Maria wyznaczyła jej spory udział.
Nie zabrakło jej atrakcji i na tym etapie podróży. Pasażerami niemal połowy autobusu okazali się być studenci jadący na zawody żeglarskie do Mikołajek. Nie miałoby to większego znaczenia, gdyby nie to, że byli akurat z romanistyki. Zobaczyli, że czyta francuską gazetę, zagadnęli ją i omal nie przegapiła docelowej stacji, na której Maria dosłownie wyciągnęła ją z autobusu. W odróżnieniu od przygody w samolocie, pogawędka ze studentami polskimi dostarczyła jej przyjemnych wrażeń.
Jeśli tak dalej pójdzie, nie będę miała czasu myśleć o moim strapieniu - pomyślała i uśmiechnęła się do siebie. - Może Bibou rzeczywiście miała rację mówiąc, że ta podróż dobrze mi zrobi.
Maria wyglądała zupełnie inaczej niż wtedy, gdy widywała ją w Paryżu. Wśród znajomych babci uchodziła za urodziwą, ale na Mireille atrakcyjność osób starszych nie robiła wrażenia. Teraz przykuła jej uwagę - ubrana na sportowo, w dżokejce z szerokim daszkiem nasuniętym na czoło, za kierownicą bordowego citroena GS dotkniętego zębem czasu, na oko wydawała się być młodszą kopią paryskiej damulki, którą dotychczas znała. Tam mówiono, że jest czarująca, ale wyglądała znacznie poważniej, tu wydawała się jej bardziej pewna siebie. Nie widziały się trzy lata, zaskoczyła ją korzystna zmiana.
- Odmłodniała pani, Mario - powiedziała - naprawdę świetnie pani wygląda.
- Tak uważasz? - roześmiała się komplementowana. - To miłe, co mówisz, ale to ty dojrzewasz, kochanie. Z wiekiem coraz bardziej tolerancyjnie patrzymy na ludzi starszych od siebie, aż nadchodzi taki czas, kiedy różnice wieku w przyjaźni nie mają znaczenia.
Mireille pomyślała, że podoba się jej taka Maria. Energiczna, swobodna, klęła na nieuważnych kierowców i z fantazją omijała przeszkody na drodze. Zadawała tysiące pytań, pokazywała co piękniejsze szczegóły mijanego krajobrazu, opowiadała o miejscu, do którego zmierzały.
Droga wiła się pośród dorodnych lasów, podobnych tym, jakie dziewczyna pamiętała z wakacji w Kanadzie. We Francji takich rozległych zalesionych przestrzeni chyba nigdy nie widziała. Ale też większość jej niedługiego życia nie toczyła się we Francji. Zanim okrutne fatum nie dotknęło ich rodziny, ciągle podróżowali. Najdłużej mieszkali w Palo Alto w Kalifornii. Alfred i Sara tam się urodzili.
- Jesteśmy na miejscu, witaj w domu - powiedziała Maria i zatrzymała samochód przed białym budynkiem z czerwonym stromym dachem w otoczeniu wysokich modrzewi i brzóz. Szczupły, przystojny mężczyzna o siwych włosach i nerwowych ruchach otwierał bramę, a towarzyszący mu energiczny i sprężysty foksterier jazgotliwym szczekaniem obwieszczał, że jest tu gospodarzem.
- Oto i moi panowie: Piotr i Portos, czyli mąż i jaśnie pan pies, prawda, że podobni do siebie? - poinformowała przybyłą Maria i zaraz zganiła swojego psa: - Hej, szczekaczu, ucisz się, pozwól mi przedstawić naszego gościa. Ta młoda dama to Mireille. Masz być dla niej miły, nawet gdyby chciała opuścić posesję bez twojej łaskawej zgody.
Portos wszystkich przybyszów wita entuzjastycznie i zapisuje do swego stada. Gorzej jest, kiedy zechcą wyjść - zębów wtedy nie żałuje.
Wjechali za ogrodzenie i Maria zahamowała tuż przed rabatą. Drzwi drewnianego ganku uchyliły się i pojawiła się w nich starsza pani o ujmującej powierzchowności.
- A oto i nasza królowa matka - powiedziała i ucałowała ją Maria. - Mamusiu, to jest Mirejka, wnuczka Irminy, ma jej oczy, prawda?
- Bonjour, madame, je suis enchantée de vous voir[3].
A więc to jest ta legendarna matka Marii - myślała Mireille przyglądając się Zofii - zupełnie nie wygląda na tyle lat, ile ma. Bielusieńkie włosy, ale jaka miła, gładka, pogodna twarz! Dziewczyna poczuła nagle, że bierze ją ochota, aby się do niej przytulić i wypłakać na jej piersi wszystkie swoje troski.
Oglądanie domu, spacer nad jezioro, relacje z podróży, przekazywanie listów od matki i babci - wszystko to działo się jakby we śnie. Wrażeń jak na jeden dzień było aż nadto, nawet dla kogoś tak młodego jak Mireille. Ożywiła się nieco przy kolacji, bo też nie każdemu przytrafia się zajadać pierogi ruskie przyrządzone przez dziewięćdziesięciosześcioletnią panią Zofię, do tego pierogi - délicieux![4] I jeszcze deser - maliny, poziomki i czarne jagody prosto z lasu!
Do okien jej pokoju na górze dobijał się modrzew, omiatając szyby wiotkimi gałęziami. Kojący zapach żywicy przynoszony z puszczy ciepłymi podmuchami wiatru obiecywał dobre sny.
A jutro? Pierwszy raz od dłuższego czasu uśmiechnęła się na myśl o jutrze i zamknęła oczy.
[1] - Ale mam szczęście - nie tylko mam za sąsiadkę piękną dziewczynę, a jeszcze do tego takie atrakcje! Piękny głos, panienko, naprawdę piękny głos!
[2] - Słucham?
[3] - Dzień dobry pani, bardzo mi miło panią poznać.
[4] pyszne!