Magiczna Kokarda Laury - Gabriela Molesztak

Kup ebooka

10.10 zł
8.38 zł (8,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział II

Święty Gaj

- Pluuuum! -dziewczynka jak pocisk wypada z jeziorka.

Kropelki wody rozprysły się na wszystkie strony niczym drogocenne klejnoty.

Z impetem uderza prosto w sterty zgrabionych liści, przy których wesoło śpiewając, pracowały małe wróżki. Wszystkie przewracają się od siły uderzenia.

- Aaaa -ła! Co to było? - pyta jedna, chwytając się za głowę, a cekiny jej barwnej sukienki połyskują radośnie.

- Jeśli to chochlik - druga zaciera ręce - zaraz mu pokażę, gdzie raki zimują!

- O - czy - wi - ście! Cała Jarczesa - trzecia wróżka potrząsa puklami złotych loków na głowie i wydyma zaczerwienione policzki.

- Przestańcie - czwarta wróżka o blond włosach zaplecionych w "koszyczek" wokół głowy i różowych okularach w kształcie serc, gestem ucisza koleżanki. - Tam ktoś jest.

- Chętnie nauczę tę nimfę jak należy latać - sterta liści brzozy porusza się niespokojnie.

- Cha - cha - cha! - tłumi śmiech trzecia, a potem dotyka naszyjnika z jarzębiny.

Pierwsza z boginek - Lubosza - podbiega drobnymi kroczkami, a wielobarwne wstążki przy biodrach jej gorsetu falują niczym wzburzony ocean. Kilka kosmyków hebanowych włosów opada na twarz, reszta spływa swobodnie aż do pasa. Prędko uklęka.

- Szczodra? Nic ci nie jest? - Lubosza szybko rozgarnia liście.

Szczodra dmucha w kasztanową grzywkę.

- Bywało lepiej! - nimfa podnosi się powoli, otrzepuje żółtą sukienkę.

- Spójrzcie! - nimfa w okularach unosi dłoń.

Wszystkie boginki zgodnie obracają głowy.

- To... dziecko. Człowieka!

- Nieee! - Lubosza unosi dłoń do ust. Kilka barwnych bransoletek podzwania na jej ręce.

- Ale... ale to. Nie może. Być. Prawda - długie warkocze Szczodrej kołyszą się przy biodrach.

- Stańcie za mną - Jarczesa wysuwa się naprzód.

- Chcesz walczyć? Z dzieckiem? - trzecia rozkłada ręce w geście bezradności.

- Jeśli trzeba będzie.

- Nie czas na kłótnie, Mirosławo, Jarczeso - Nadzieja poprawia okulary i prosi pojednawczym tonem.

- Biedaczka, chyba strasznie się potłukła - Lubosza wyciąga rękę do leżącej bez ruchu dziewczynki i odgarnia włosy z jej czoła.

- Eee, tam. Liście i my zamortyzowałyśmy upadek, a teraz leży na mchu. Nie rozumiem, o co tyle hałasu? - Jarczesa strzepuje pyłki z ręcznie haftowanej, błękitnej koszuli.

- O, jej - Mirosława cofa się o krok. - Otwiera oczy!