Wstęp
Łodyna (Polska) - jesień 2012
Prawy bok Wiktora Fiedotowa przeszył ostry, kłujący ból. W ustach wyczuł
słodki, metaliczny smak krwi. Przez chwilę był oszołomiony po tym, gdy
lekki samolot - nieco wysłużony polski Gawron - zamiast na polanie
osiadł na gałęziach drzew. Mężczyzna gwałtownie otworzył drzwiczki
szkolno-sportowej maszyny. W dole była ciemność. W nozdrzach poczuł
intensywny, charakterystyczny zapach paliwa lotniczego.
- Iwan, gdzieś ty się, kurwa, uczył latać? Job twoju mat'... Bierz
sprzęt i wychodzimy - rzucił i powoli zaczął się wysuwać z kokpitu
samolotu.
Zeskoczył na ziemię pokrytą gęstą warstwą zeschłych bukowych liści.
Nagle poślizgnął się na śliskiej zmurszałej gałęzi i upadł na plecy, po
czym zjechał kilka metrów w dół. Zatrzymał się na wystającym kamieniu.
Szybko się pozbierał, otrzepał i nieco poobijany wrócił pod samolot.
Zapalił wojskową latarkę i omiótł snopem światła najbliższą okolicę. Na
szczęście nie zauważył nic niepokojącego. Słychać było tylko jakby
przytłumiony szelest powyginanych części maszyny i rozdartych płatów
płóciennych pokryć skrzydeł, balansujących na gałęziach drzew trzy metry
nad ziemią. Wyłączył latarkę. Zlustrował jeszcze raz okolicę. W oddali,
gdzieś na górskich stokach, dostrzegł światełka nielicznych zabudowań.
Pilot Iwan, nazywany przez kolegów Słowakiem, który nadal siedział w kokpicie samolotu, wyrzucił ze swojej strony plecak i gładkolufową
strzelbę Mossberg 500, a następnie linę, po której opuścił się na
ziemię. Jego buty po kostki zanurzyły się w miękkiej,
błotnisto-liściastej mazi. Miał więcej szczęścia niż Wiktor. Stanął
stabilnie. Założył plecak i wziął do ręki trochę zabłoconą broń. W samolocie nadal siedział Andriej i cicho stękał, próbując się uwolnić z pasów, które po gwałtownym lądowaniu oplotły jego klatkę piersiową
niczym macki ośmiornicy. Nie bez trudu wyszarpał ze skórzanej, czarnej
pochwy nóż bojowy Kizlyar Stalker i przeciął krępujące go więzy.
- Pomóż mu się wygrzebać z tej plątaniny - rzucił do Słowaka Fiedotow.
Następnie wyjął z kieszeni bluzy smartfona, a z małej foliowej
torebeczki nieużywaną jeszcze kartę SIM. Wsunął ją delikatnie do
urządzenia. Po chwili uruchomił aplikację z mapą. Przyjrzał się jej
dokładnie. Ich miejscem lądowania miała być duża, płaska polana u zachodnich stóp góry Kamienna Laworta, około trzech kilometrów od celu.
Tymczasem byli kilkaset metrów od niej. Fiedotow już wiedział, że
popełnili fatalny błąd, co mogło skutkować dekonspiracją. Wyłączył
smartfona. Z drugiej kieszeni wyszarpał telefon satelitarny systemu
Inmarsat. Odchylił krótką, grubą antenę i włączył urządzenie. Po kilku
minutach pojawił się sygnał o zalogowaniu do systemu. Przyłożył aparat
do ucha.
- To my. Problemy przy... posadku. Tak, tak, nużna nam twoja pomoc... -
Fiedotow starał się powoli dobierać słowa, tak jakby chciał mówić w języku polskim i unikać rosyjskich słów. - Tak, my w dierewni Łodyna.
Wmiesto spotkania dwa jeden - dodał po chwili. - Poka - zakończył,
wyłączył telefon, złożył antenę i schował go do kieszeni kurtki.
W tym czasie Andriejowi w końcu udało się opuścić rozbity samolot.
Podobnie jak Fiedotow, ciężko upadł na grubą warstwę mokrych liści,
które pokrywały liczne gałęzie i kamienie. Leżał chwilę i z trudem
oddychał.
- Andriej, co ci? - wyszeptał Iwan, który uklęknął przy nim i zaczął go
obmacywać, szukając ewentualnego złamania czy rany.
- Nic. Noga i plecy, ale chyba wszystko na miejscu... Zaraz wstanę.
- Cel jest kilkaset metrów od nas. Idziemy - rozkazał Fiedotow.
Wiktor jeszcze raz omiótł światłem latarki samolot i teren pod drzewami,
w konarach których tak niefortunnie wylądowali. Nic podejrzanego nie
dostrzegł. Założył na ramię karabin wyborowy Wintoriez z celownikiem
optycznym, tłumikiem dźwięku i drewnianą kolbą. Fiedotow lubił tę broń.
Po złożeniu kolby łatwo mógł ją przewieźć na miejsce operacji specjalnej
w zwykłej walizce.
Ruszyli łagodnym zboczem w dół, zostawiwszy za sobą wrak. Jedynie zapach
paliwa lotniczego towarzyszył im jeszcze przez kilkadziesiąt metrów.
W tym samym czasie, na przeciwległym wzgórzu, zza zakrętu polnej drogi
wyjechał szary, kilkunastoletni jeep grand cherokee. Jego obłocone
drzwi, klapa silnika i szosowo-terenowe opony świadczyły, że pokonał już
po drodze kilka trudnych miejsc. Nie wyróżniał się niczym specjalnym
wśród innych tego typu samochodów kręcących się po bezdrożach Gór
Słonnych i Bieszczadów. Kierowca zgasił światła. Powoli podjechał do
wyznaczonego miejsca. Zatrzymał się, ale nie wysiadał. Za szybą było
widać tylko żar palonego przez niego papierosa.
Po przejściu kolejnych kilkudziesięciu metrów Wiktor uniósł gwałtownie
rękę. Wszyscy jak na komendę zatrzymali się i zastygli w całkowitym
bezruchu. Dowódca grupy uklęknął i wycelował broń w kontur drewnianego
domu, przypominającego mu nieco podmoskiewskie dacze kolegów ze służby.
Odniósł wrażenie, jakby obok budynku na chwilę zapaliło się czerwone
światło, ale szybko zgasło. "Chyba mam zwidy" - pomyślał, następnie
cicho zwrócił się szeptem do swoich ludzi:
- Ostorożno!
Trzej mężczyźni po kilku minutach intensywnego marszu podeszli pod
drewniany taras domu.
- Słowak, obejdziesz go z lewej, a ja idę tutaj. - Fiedotow wskazał
głową i przeładował broń. - Ty zostajesz i zabezpieczasz cały teren
wokół - dodał cicho do Andrieja.
Otaczała ich niemal absolutna ciemność, ale oczy już rozróżniały
elementy budynku. Wokół panowała taka cisza, jakby w najbliższej okolicy
nie znajdowały się żadne żywe stworzenia. Jedynie co jakiś czas z odległego gospodarstwa dobiegało ujadanie psa.
Wiktor schylił się i przesunął w stronę okna. Spojrzał przez szybę. Nie
zauważył ruchu. Cicho podszedł do drzwi, nacisnął klamkę. W drugiej ręce
trzymał karabin. Szybko ocenił, że drewniane drzwi i jeden zamek nie
będą stanowić specjalnej przeszkody w dostaniu się do środka. Ponownie
przeszył go ból z prawej strony ciała. Złamana rura w samolocie przebiła
kurtkę i weszła centymetr w ciało.
Iwan okrążył już dom i podszedł do Fiedotowa:
- Ticho - wyszeptał.
Fiedotow cofnął się, splunął i błyskawicznie wymierzył w drzwi potężny
kopniak ciężkim wojskowym butem. Zamek puścił. Iwan wbiegł do środka,
trzymając w ręku mossberga. Podwieszona do niego latarka rozjaśniła
wnętrze snopem białego światła. Przeskoczyło ono z mebli na drewnianą
podłogę, a następnie przesunęło się po ścianie. Łóżko znajdowało się w nieładzie.
- Niet, nikogo.
- Szukajcie jakiegoś schowka, dokumentów, zdjęć, komputera, telefonu -
polecił Wiktor.
Nieco rozluźniony, wolno podszedł do kominka. Dotknął go dłonią.
- Jeszcze ciepły - powiedział i z całej siły uderzył pięścią w ścianę.
- Co tam mówicie, towariszcz kapitan? - zapytał Iwan.
- Do ciebie nic. Rób swoje - odpowiedział Fiedotow i wyszedł na
zewnątrz.
W pobliżu domku letniskowego nic się nie zmieniło, tylko za wzgórzem na
południu zaczynało się przejaśniać. Z doliny unosiła się gęsta jesienna
mgła. "Bez trudu nie wyłowisz i rybki ze stawu" - przypomniał sobie
przysłowie, które wiele razy słyszał od przełożonych jeszcze podczas
swojej służby w GRU, w 161 Centrum Szkolenia do Realizacji Zadań
Specjalnych. Uśmiechnął się do siebie. W tym momencie usłyszał trzask
deski podłogowej.
- Mamy skrytkę! Ale... jest pusta - usłyszał głos dochodzący z wnętrza
domku, najpierw pełen optymizmu, a po chwili zrezygnowany.
Zaraz potem na twarzy Fiedotowa pojawił się grymas. Dotknął dłonią
prawego boku. Wydawało mu się, że ból jakby zelżał, ale palce w jego
oliwkowej taktycznej rękawiczce były czerwone od krwi.
Wiktor, stojąc oparty o framugę wyważonych przez siebie drzwi, wciągnął
głęboko w płuca ostre, poranne górskie powietrze. W pewnym momencie
poczuł delikatny, charakterystyczny zapach surowej ropy, którą wciąż
jeszcze wydobywano w tej okolicy. Woń ta od razu skojarzyła mu się z Baku i niedawną operacją specjalną, którą przeprowadzał, będąc już na
etacie Służby Wniesznej Razwiedki.
- Na mój nos nic tu nie ma, towariszcz kapitan. Wyczyszczone, jakby
ktoś się nas spodziewał czy co. Chuj znajet - powiedział z rezygnacją,
ale i pewnością w głosie Iwan, podchodząc do Fiedotowa.
- Zbieramy się - rozkazał Wiktor, a latarkę, którą od kilku minut
nerwowo ściskał w dłoni, skierował w miejsce, gdzie miał czekać samochód
do ich podjęcia. Na miejsce oznaczone kryptonimem dwa jeden. Trzy razy
ją włączył, odczekał chwilę i ponownie trzykrotnie błysnął światłem.
Szary jeep powoli ruszył w kierunku drewnianego domu.
Fiedotow splunął na trawę. Był zły, bo nie wykonał zadania. Liczył, że
odnajdzie w domku letniskowym oficera Agencji Wywiadu dokumenty
niezmiernie ważne dla Kremla - listę terrorystów i ludzi wspierających
organizacje dżihadystyczne, którzy przed laty współpracowali ze służbami
bloku wschodniego, a dzisiaj zajmują eksponowane miejsca w koncernach
energetycznych na Bliskim Wschodzie. W irackim Kurdystanie kilka
miesięcy wcześniej polski oficer sprzątnął ją Rosjanom sprzed nosa ze
skrytki. Fiedotow przed przybyciem do Polski otrzymał informację od
przełożonych, że Marcin Łodyna nie poinformował o tym swoich
przełożonych w AW. W Moskwie nie wiedziano jednak, jak chce ją
wykorzystać.
Oficer SWR miał świadomość, że jego misja skończyła się kompromitującym
fiaskiem. Zakładał, że Gawron kupiony od łotewskich przemytników
niebawem zostanie odnaleziony przez polską Straż Graniczną, a wtedy jego
grupa będzie ścigana.
Jak najszybciej musiał się stąd ewakuować. Na szczęście mógł liczyć na
pomoc krótko ostrzyżonego mężczyzny siedzącego w jeepie.
Rozdział 1
Lesko, Cisna (Polska) - lato 1939
Pies jak oszalały biegał wokół czarnego fiata 508, który objechawszy
klomb, zatrzymał się przed frontowym wejściem do leskiego zamku
Krasickich.
- Przepraszam za to nagłe przybycie, ale obowiązki służbowe, sam pan
rozumie. Mam nadzieję, że telefonogram dotarł do pana hrabiego -
powiedział głośno major Czakucki, gdy już wysiadł z samochodu i regulaminowo zasalutował gospodarzowi zamku.
Ten wyglądał, jakby właśnie zakończył jazdę konną. Ubrany był w ciemną,
elegancką marynarkę w delikatną szkocką kratę, brązowe bryczesy i oficerki. Lekko uchylił maciejówkę, którą miał na głowie.
- Trottel! Zostaw! Spokój! - krzyknął do psa hrabia August Krasicki, a potem wyciągnął rękę na powitanie. - Zapraszam w nasze progi. Zakładam,
że pan major spędzi z nami dzisiejszy wieczór. Poprosiłem już o przygotowanie pokoju z najładniejszym widokiem. Zapraszam na posiłek. -
Uśmiechnął się. - Kuchnia zaserwuje dziczyznę z ostatniego polowania.
- Jak zawsze miło mi będzie spędzić u pana hrabiego kilka spokojnych
chwil.
Mężczyźni weszli na ukwiecony ganek. Po kolumnach i podcieniach
otaczających zamek wił się bluszcz, a na zewnętrznych ścianach budynku,
obok wielkich donic z monsterą dziurawą i czerwonymi pelargoniami,
wisiały myśliwskie trofea. Hrabia był zapalonym myśliwym, ale też
miłośnikiem roślin, dlatego zamek otaczała zieleń. Prowadził badania
botaniczne i wyhodował nawet unikatową odmianę świerku leskiego, który
nazwano jego nazwiskiem. W czasie wielkiej wojny hrabia Krasicki służył
w armii austriackiej, a potem w Legionach Polskich. Wykonywał zadania
specjalne jako kurier. Rezydent szesnastowiecznego zamku, usadowionego
na wzgórzu nad Sanem, był też rotmistrzem rezerwy przypisanym do dowódcy
Okręgu Korpusu w Przemyślu.
Major Romuald Czakucki - oficer II Oddziału Sztabu Generalnego Wojska
Polskiego - oraz hrabia Krasicki weszli do salonu poprzedzani przez
służącego. Oficer ciężko usiadł na rokokowym krześle. Rozejrzał się po
pomieszczeniu. Na ścianach wisiały liczne portrety członków rodu
Krasickich. Jego wzrok na moment przyciągnął obraz z charakterystyczną
postacią Ignacego - biskupa, poety i bajkopisarza. Obok stał biały piec
kaflowy przypominający grecką kolumnę oraz sekretarzyk, przy którym
gospodarz pisał listy. Na stoliczku umieszczono oprawione zdjęcia
uśmiechniętej Mai Sobańskiej z Guzowa w gustownym cylindrze i Jana
Krasickiego, syna hrabiego, w kontuszu.
- Oryginalne. - Oficer wskazał palcem na zdjęcie.
- Fotografie zostały wykonane tutaj, w Lesku, przed trzema laty -
wyjaśnił hrabia.
Tymczasem służba wniosła porcelanową zastawę na herbatę od Rosenthala i kieliszki na nalewkę.
- Co pana majora sprowadza?
- Wojna, a w zasadzie wojna na progu, panie hrabio. Jadę z Dynowa, ale
wcześniej odwiedziłem też Ołykę. W majątku Radziwiłłów ustalałem
szczegóły związane z ewentualnym wykorzystaniem zamku jako punktu
etapowego dla pewnego przedsięwzięcia. Być może, gdyby - odpukać w niemalowane drewno - Hitler nas zaatakował, będą tam rezydować,
oczywiście tymczasowo, prezydent albo premier i jego ministrowie. Może
to być również punkt etapowy ewakuacji na przedmoście rumuńskie. Ale,
panie hrabio, na razie to jest tajemnica państwowa - powoli cedził słowa
Czakucki. Po chwili wyjął z kieszeni srebrną papierośnicę, uchylił ją i zaproponował papierosa gospodarzowi. - Równie ważna pod tym względem
może być rezydencja pana hrabiego. Chciałbym przekazać, że gdyby jednak
wojna wybuchła, może tutaj zagościć przedstawiciel najwyższych władz...
- Wszystko mi pan, majorze, opowie później. Widzę, że jest pan zmęczony.
Trzeba się posilić - przerwał mu hrabia, a służba zaczęła nakrywać do
obiadu.
Po prawie godzinnym posiłku obaj wstali i skierowali się do zamkowego
parku. Lato 1939 roku było wyjątkowo słoneczne i suche. W ogrodzie wokół
posiadłości unosił się zapach kwitnących róż i egzotycznych roślin
sprowadzonych przez Krasickich z różnych regionów świata.
- Proszę usiąść, panie majorze - powiedział hrabia i wskazał na
wiklinowe krzesła. Po chwili obaj patrzyli na powolny zachód słońca.
Wokół wielkiej donicy z palmą zaczęły krążyć ćmy. Ich taniec przerwał
służący, który przyniósł dwa kieliszki napełnione aromatyczną słodką
wiśniówką.
- A pan, hrabio, niczego się nie obawia? Kraj już szykuje się na
najgorszy scenariusz.
- A czego ja mam się bać, majorze? Cóż Niemcy mogą zrobić mnie, staremu
oficerowi cesarsko-królewskiej armii? Mówi pan, majorze, że wojna
tuż-tuż. Wie pan, skoro tak, to ja też miałbym do pana prośbę. Wcześniej
o tym nie myślałem, ale gdy dostałem od pana telefonogram i po tym, co
mi pan tu opowiedział o Ołyce, ewakuacji, przedmościu, o Rumunii...
- Jak mogę panu pomóc?
- Czy zabrałby pan ze sobą nasze rodzinne dokumenty, między innymi
potwierdzone notarialnie kopie nadań królewskich i aktów własności
naszych majątków i przedsiębiorstw oraz pieczęcie herbowe?
- Naturalnie!
- I dołożyłbym spis naszych najcenniejszych dzieł sztuki. Wszystko
zmieści się w pakiecie plombowanym sznurkiem i lakiem. Jak w przesyłkach
dyplomatycznych.
- Panie hrabio, obiecuję, że zabezpieczę cały pakiet - odparł major i opróżnił kieliszek wiśniówki.
- Świetnie, przygotuję wszystko na rano. A teraz niech mi pan opowie, co
tam w polityce światowej. Jak ten Hitler? Jak Mussolini? A nasi
sojusznicy?
* * *
Następnego dnia po śniadaniu major Czakucki ruszył w dalszą podróż. Od
Leska do Baligrodu droga była jeszcze przyzwoita jak na podkarpackie
warunki, ale z Baligrodu do Cisnej zrobiła się wyboista i kręta.
Nieubłaganie nadwerężała zawieszenie jego czarnego fiata. Ale major
przyzwyczajony był do takich bezdroży. Od czasu gdy z ramienia Oddziału
II SG WP prowadził szkolenie żydowskich bojowników w okolicach
Andrychowa w Beskidach, a potem przerzucał ich wraz z uzbrojeniem do
Palestyny przez Karpaty i Rumunię, miał doświadczenie w jeździe
samochodem w takim terenie.
Droga nieco go nużyła. Czakucki cały czas się zastanawiał, czy wybór
kościoła Świętego Wawrzyńca w Dynowie na miejsce tajnego schowka był
właściwym rozwiązaniem. Ale nie miał wyjścia. Czas naglił. Musiał gdzieś
ukryć dokumenty dotyczące całego przedsięwzięcia, które teraz wchodziło
w fazę realizacji. Zawierały one opisy przygotowań do działań na
Zakarpaciu, w Rumunii, na Węgrzech, a nawet w Ameryce Południowej i na
Bliskim Wschodzie. Znajdował się w nich wykaz polskich obywateli i cudzoziemców, a nawet firm spedycyjnych, które pomagały w organizacji
działań wywiadowczych na tych obszarach. Standardowo w dwóch specjalnych
walizkach ukryto po jednej rolce dolarów amerykańskich różnych nominałów
oraz po kilkanaście złotych dwudziestodolarówek.
Wracał także myślami do rozmowy z Augustem, do swojej rodzinnej
Nowogródczyzny, do Lidy, do synka. Przy desce rozdzielczej miał
przyklejoną fotografię kobiety i kilkuletniego chłopca. Obok stał on
sam, w galowym mundurze i rogatywce z granatowym otokiem korpusu
piechoty.
Minął Jabłonki, a droga wzdłuż potoku zaczęła biec między wysokimi
zboczami. Nagle z zamyślenia wyrwał go huk strzału karabinowego, potem
drugi i trzeci. Kule przeszyły boczne drzwi i przednią szybę fiata.
Oszołomiony major nie wiedział, co się dzieje.
- Co jest, do kurwy nędzy! - krzyknął zaskoczony.
Odruchowo schylił głowę poniżej bocznej linii szyby, mocniej naciskając
pedał gazu. Auto gwałtownie przyspieszyło. To, co jeszcze do niedawna
sprawiało mu udrękę, teraz ratowało mu życie. Samochód podskakiwał
niekontrolowanie na boki, gdy mknął wyboistą drogą. Strzelec nie miał
łatwego zadania i pociski chybiły, tylko jeden zrykoszetował o dach.
Major co chwila spoglądał nerwowo przez przednią szybę, aby nie wpaść do
rowu. "Na to zapewne liczą. Tam mnie dorwą i rozwalą. Ale kto? Rusini,
Niemcy, zwyczajni bandyci?" - przelatywało mu przez głowę. Wilgotnymi
dłońmi coraz mocniej ściskał kierownicę. Pierwszy raz od wielu lat
poczuł strach.
Po kilkunastu minutach oddalił się od napastników. Zwolnił nieco, bo
obawiał się, że jego fiat nie wytrzyma dłużej takiej jazdy. Dotknął
kabury z visem przywieszonej do wojskowego skórzanego pasa. W schowku
miał dodatkowe magazynki. Włożył je do kieszeni spodni.
Wyjechał zza zakrętu na otwartą przestrzeń. Las miał za sobą. Postanowił
na chwilę się zatrzymać. Wysiadł z samochodu, nie gasząc silnika. Nadal
był jednak zdenerwowany, z czego zdał sobie sprawę, gdy zobaczył, jak mu
się ręce trzęsą, kiedy otwierał papierośnicę. Stojąc w otwartych
drzwiach, zapalił papierosa i mocno się zaciągnął. Zorientował się, że
jest przed Habkowcami, a więc niedaleko Cisnej. Wziął z siedzenia
pasażera lornetkę i przyłożył ją do oczu. Dostrzegł stojącą na wzgórzu
trójdzielną cerkiew, a poniżej, wzdłuż Habkowskiego Potoku, wiejskie
zabudowania. Przesunął nieco lornetkę w lewo i ujrzał murowany
prostokątny budynek na skrzyżowaniu dróg prowadzących do Cisnej i w głąb
wioski. Wyglądał na karczmę. Nie zauważył przy nim żadnego ruchu.
Skierował lornetkę na polany nad wioską. Dostrzegł kilkanaście koni
gnanych w dolinę od strony Jabłonek. Wokół nich krążyło trzech jeźdźców.
Jeden z nich trzymał w ręku karabin Mauser w skróconej wersji, a reszta
miała taką samą broń na plecach. Mężczyźni ubrani byli w brązowe
rusińskie kurtki i szare koszule z samodziału. Jeden z nich miał na
głowie zimową skórzaną czapkę z opuszczanym na kark kołnierzem.
I w tym momencie Czakucki zauważył, że wszyscy jeźdźcy mają
charakterystyczne wojskowe obuwie z opinaczami.
"Przecież to Schnurschuhe M37! Buty żołnierzy Wehrmachtu! I te mauzery".
Po chwili grupa "pastuchów" przecięła dolinę potoku za ostatnimi
domostwami i zaczęła szybko wspinać się polami w kierunku lasu. Nie
odrywając oczu od lornetki, zgasił papierosa i przydeptał tak silnie,
jakby chciał go wbić podeszwą buta w nawierzchnię dziurawej drogi. Konie
i jeźdźcy zniknęli między drzewami przed szczytem wzniesienia. "Pewnie
jadą w kierunku granicy" - pomyślał.
Po kilku minutach fiat majora wjechał do Cisnej. Gdy minął podłużne
chyże kryte grubą strzechą, Czakucki zobaczył kotlinę z polami
dochodzącymi prawie pod same wierzchołki otaczających ją gór. Zwolnił.
Przejechał obok wiejskich zagród, przy których po klepisku i resztkach
trawy chodziły kury i gęsi. Zostawił za sobą niewielki kościółek w stylu
neogotyckim, potem zaś stojące w równym szeregu domy. Z lewej strony,
nad dachami dworskich zabudowań, otworzył się widok na podszczytowe
polany tajemniczej góry Łopiennik.
Czakucki, gdy ostatni raz był w Cisnej, podjął decyzję o zorganizowaniu
zapasowego schowka ewakuacyjnego zawierającego broń, amunicję,
pieniądze, dokumenty, mapy, a nawet konserwy i ubrania. Jego lokalizację
wyznaczył w sąsiedztwie majątku we wsi Żubracze u Jadwigi
Kociatkiewiczowej, córki księcia Giedroycia. Przemawiała za tym bliskość
granicy, filii posterunku polskich pograniczników i spore zabudowania
dworskie. A poza tym majątek, a także samą rodzinę Kociatkiewiczów,
polecił mu August Krasicki, który z ojcem Jadwigi, Władysławem, robił na
Podkarpaciu i Galicji interesy na drewnie.
Na rozstaju dróg dostrzegł podłużny drewniany dom. Nieraz kupował tam
wódkę u żydowskiego właściciela. Następnie skierował się na zachodni
kraniec wsi. Poczuł zapach wypiekanego chleba. Minął dom sołtysa, a po
chwili, z lewej strony, na niewielkim wypiętrzeniu nad doliną Solinki
dostrzegł duży, trzypiętrowy drewniany budynek z poddaszem. Zaparkował
przed nim samochód. Na jego dwóch rogach wzniesiono rodzaj wieżyc, a spadzisty dach przypominał architekturę zakopiańskich willi. Nad bramą
widniała spora, podłużna tablica z napisem Pensjonat. Na werandzie w skrzynkach rosły wielobarwne kwiaty.
Czakucki zatrzymał się Pod Beskidem, który mieścił stację Towarzystwa
Krzewienia Narciarstwa. Prowadzony był przez przemysłowca drzewnego
Hugona Herczko i jego żonę.
Jak przystało na górskiego turystę, major zabrał ze sobą z samochodu
płócienny plecak ze skórzanymi paskami i anorak - wysłużoną na niejednej
wyprawie ulubioną kurtkę.
Poprawił przy pasie visa i wbiegł po pięciu stopniach szerokich schodów.
Nacisnął klamkę i wszedł do obszernego holu pełniącego jednocześnie
funkcję jadłodajni.
- Melduję się w Bieszczadach, panie Władysławie. Serwus - rzucił do
siedzącego przy stole wąsatego policjanta, komendanta miejscowego
posterunku, a jednocześnie funkcjonariusza Defensywy Policyjnej.
Podszedł do niego i uścisnął jego wielką dłoń.
- Nareszcie, panie majorze. Już się niepokoiliśmy. Zaraz wszystkich
zwołam na dół - powiedział Fijałkowski, wstając od stołu.
- Panie Władysławie! Strzelano do mnie! Za Jabłonkami, przed Habkowcami,
w tym ciemnym lesie przy drodze - zaczął major, a następnie
zrelacjonował, co go spotkało. - Jakby wiedzieli, kim jestem. Ja w przypadek nie wierzę. Psiakrew, jeszcze mi się ręce trzęsą.
- To nie pierwsza strzelanina w okolicy w ostatnim czasie. Ukraińcy,
Słowacy, Rusini, Cyganie, koniokrady i cholera wie kto jeszcze. Ale
powiem panu, obstawiałbym Madziarów. Chodzimy na przełęcz przy granicy i trochę z nimi czasami gawędzimy. Poza tym ludzie mi mówią, że oni się
interesują różnymi sprawami. Kto jest bogaty, kto ma gdzie rodzinę, czy
może w Ameryce, jaki ma majątek i takie tam. Jakby coś wisiało w powietrzu. Ale ja tu pana zagaduję, a pan jest pewnie zmęczony drogą i głodny. Nasz Hugo przygotował porządną kolację.
- Nie ukrywam, że cała ta sytuacja kosztowała mnie sporo nerwów.
- Zaraz zadzwonię do naszej placówki w Lesku, żeby się rozejrzeli po
okolicy.
- Panie Władysławie, zanim siądziemy do stołu, proszę do samochodu, bo
mam sporo bagażu.
Kiedy major już rozpakował swoje rzeczy w przydzielonym mu jasnym, dużym
pokoju, zszedł na dół i usiadł za solidnym drewnianym stołem. Po chwili
zaczęły dochodzić do niego głosy kilku osób i dźwięki walenia butami o drewnianą podłogę w pokojach na piętrze. "Zawsze te same dźwięki, te
same zapachy smażonej kiełbasy z cebulą z kuchni. Typowe schronisko w Karpatach" - pomyślał i zaczął wpatrywać się w duży, owalny portret w złotej ramie. Przedstawiał dystyngowaną kobietę uczesaną gładko do tyłu,
w czarnej sukience z głębokim dekoltem i dużym wisiorem na łańcuszku -
panią Annę, żonę właściciela pensjonatu. Zwykle w wakacje kłębił się tu
tłum letników, organizowano obozy i kolonie dla dziewcząt, słychać było
gwar, chichot dziewczynek, tupot stóp ganiających się chłopców. Teraz
wypoczywających próżno było szukać, bo Czakucki wynajął na kilka dni
cały pensjonat.
Major wiedział, że zaraz spotka ludzi, których być może będzie widział
ostatni raz. Niewykluczone, że wysyła ich na misję, która spowoduje
rozłąkę z ich bliskimi na bardzo długo. Niektórzy z nich nigdy nie wrócą
do domu. Nie miał wątpliwości, że wojna zbliża się z każdym dniem.
Trzecia Rzesza podciągała wojska na wschód. Mnożyły się prowokacje,
widoczny był ferment wśród Niemców zamieszkujących Polskę.
- Kazałem im się stawić za piętnaście minut! - krzyknął ze schodów
Fijałkowski. Usiadł koło Czakuckiego i otworzył wysoką butelkę z miejscowym bimbrem. - Poleję, panie majorze, bo wychodzi na to, że
możemy się jakiś czas nie widzieć. A panu przyda się na uspokojenie po
tej strzelaninie.
Sprawnie rozstawił kieliszki i wlał do nich alkohol.
- Coś panu powiem. Był u mnie dzisiaj kolega z naszej komendy w Sanoku.
Powiedział, że jak będzie się miało coś dziać, to przyjedzie do mnie
kurier z rozkazami w zalakowanej kopercie. Podobno mamy ruszyć do Lwowa.
- Co zrobić, panie Władysławie, służba.
- Służba, służba. Pan wie. Zostawimy tu wszystkich i wszystko. Po tym,
co się niedawno stało w Solince i odkąd Korpus Ochrony Pogranicza
stacjonuje nad granicą w Roztokach, nie jest wesoło.
- Dlaczego?
- Tak. Propaganda ukraińska jest coraz mocniejsza. My tu, panie majorze,
w Cisnej dobrze ze wszystkimi żyjemy. Ale pan wie, nastroje nienawiści
podsycają OUN-owcy, nawet komuniści.
- Aż tak źle?
- A tak. Właśnie tak. Ostatnio od znajomego Żyda, tego, u którego pan
wódkę zawsze kupował, dowiedziałem się ciekawych rzeczy. To porządny
człowiek, można mu zaufać... Moja opiekowała się jego żoną, gdy ta
chorowała na płuca ostatniej zimy. Niedawno odwiedził go kuzyn, który
mieszka po tamtej stronie, w Bardejowie. Powiedział, że na granicy
gromadzą się oddziały niemieckie i słowackie. To chyba ważne?
- Bardzo ważne, niech pan opowiada - zaciekawił się Czakucki.
- Mówił, że u nich w mieście wojsko nawet po domach na kwaterach siedzi.
Wspominał, że jak jeden słowacki oficer mocno popił, to gadał, że
niedługo będą w Komańczy i Sanoku w defiladzie maszerować. - Policjant
znowu wlał do kieliszków mętny alkohol.
- Nie wysyłał pan jeszcze meldunku?
- Nie, czekałem na pana. To na zdrowie. - Wychylili kieliszki wódki. -
Panie majorze, co to, kurwa, będzie? A Sowieci się nie ruszą, nie wbiją
nam noża w plecy za tysiąc dziewięćset dwudziesty rok? Aha, ten Żyd
mówił też, że ciężkie czasy dla mojżeszowych nastają na Słowacji. Chciał
nawet z rodziną do nas uciekać. Ale ja tak myślę, panie majorze, po co,
skoro zaraz hitlerowskie ścierwo na nas ruszy.
Czakucki patrzył tępym wzrokiem na ponownie napełniony przez
Fijałkowskiego kieliszek i milczał. Nagle podniósł go energicznie, wypił
i poprosił o dolanie następnej porcji samogonu.
- Rozumiem, że schowek w Żubraczem jest już zabezpieczony i gotowy do
wykorzystania? - zapytał, zmieniając temat.
- Tak jest. Wszystko gotowe, zgodnie z ustaleniami. Dotarł do nas ten
młody porucznik z Warszawy, no, ten wysoki, z jasną czupryną.
- I co z nim?
- Jak co z nim? Tak jak pan major polecił, od razu wyekspediowałem.
Poszedł z jednym przemytnikiem z Leska na Humenne, oczywiście z całym
wyposażeniem. Zgodnie z rozkazami ma organizować tam punkt kontaktowy.
- To dobrze, bo stacja przerzutowa już działa. W takiej wsi koło Egeru.
A gdzie, panie Władysławie, walizki?
- Walizki, zgodne ze specyfikacją, są u nas na posterunku. Na razie nie
chciałem po wsi z nimi paradować. W nocy przerzucimy je tutaj. Bo wie
pan, jak się coś zacznie, a że zacznie się, to pewne, wtedy rzucą się na
posterunki policji, Straży Granicznej, czy KOP-u. Więc lepiej je tu... -
Nie dokończył, bo do pomieszczenia zaczęli się schodzić uczestnicy
spotkania.
Czakucki nieco ściszonym głosem wyjaśnił zgromadzonym żołnierzom w cywilnych ubraniach, że prawdopodobnie niebawem wybuchnie wojna.
Poinformował, że ich zadania będą polegały na utrzymaniu punktów
kontaktowych i przerzutowych dla ludzi, którzy będą musieli się
ewakuować na Węgry lub do Rumunii. Przypomniał, że zabiorą z sobą
specjalny bagaż i że jeśli będą w poważnym niebezpieczeństwie, to mają
go dobrze ukryć, oznaczyć oraz zanotować opis miejsca. Podkreślił, że
nie można dopuścić, aby dostał się on w ręce wroga.
Po jego słowach wszyscy zamarli. Widział, jak młodzi mężczyźni patrzyli
pytającym wzrokiem jeden na drugiego, jakby nie wierzyli, że
przygotowują się do wojny. Major wyciągnął ze swojej torby papierowe
pakiety, zalakowane i obwiązane cienkim biało-czerwonym sznurkiem.
Złamał pieczęcie, rozciął nożem sznurek. Otworzył je. Wyjął dokumenty
legalizacyjne dla swoich ludzi, a następnie rozłożył płachtę kolorowanej
mapy z naniesionymi punktami, przy których znajdowały się opisy miejsc i tras przemieszczania się. Następnie dobrał zgromadzonych w pięć
dwuosobowych zespołów.
- Panowie, proszę bliżej... i przypominam, że to, co tutaj usłyszycie, nie
ma prawa nikt powtórzyć komukolwiek, nawet matce czy dziwce z burdelu.
Przypominam, że po odprawie idziecie zapoznać się swoimi nowymi danymi
osobowymi, informacjami o sytuacji bieżącej w terenie, politycznej w krajach, gdzie możecie dotrzeć, i co najważniejsze, z mapami Wojskowego
Instytutu Kartograficznego. Bo ze sobą zabierzecie jedynie mapy i przewodniki turystyczne. Wieczorem wszystkich przepytam, dokładnie! -
rzucił tonem służbisty.
* * *
Po zakończonej odprawie Fijałkowski wraz z Czakuckim zostali w jadalni,
zjedli pachnącą zalewajkę na maślance, świeże proziaki prosto z gorącej
blachy na piecu, a gdy na stole pojawiły się też fuczki - placki z kapusty kiszonej, major się rozluźnił. Lubił kuchnię południowego
pogranicza. Zawsze twierdził, że styk kultur ma doskonały wpływ na
kuchnię, obyczaje, a także urodę kobiet.
- No, panie majorze, jeszcze po jednym i idziemy na polowanie -
powiedział komendant i konfidencjonalnie dodał: - Czeka na nas zaufany,
który ma ciekawe obserwacje. To ten Janek Chojnacki, którego
przenieśliście do wywiadu. Nie możemy się tutaj z nim spotykać, za dużo
oczu i uszu we wsi.
Kilkanaście minut zajęło im przebranie się w stare, używane myśliwskie
ubrania. Na ramię zarzucili błyszczące belgijskie strzelby Browning 125,
które policjant zarekwirował niedawno słowackim kłusownikom. Czakucki
przepasał się skórzanym pasem na naboje. Okrążyli pensjonat, pokonali w zakolu płytką o tej porze roku Solinkę i weszli do lasu. Po chwili
przecięli tory kolejki drzewnej. Kilkadziesiąt metrów szli wzdłuż
torowiska. Kierowali się na południe. Po ostrym podejściu major
wyciągnął manierkę i pociągnął z niej łyk wody. Przy okazji zlustrował
okolicę. Sprawdził, czy ktoś za nimi nie ruszył. Pół godziny później
stali na niewielkiej polanie. Fijałkowski rozejrzał się, przyłożył do
ust dłonie i wydał dźwięk przypominający pohukiwanie puchacza.
Odpowiedział mu krótki gwizd. W cieniu na pniu zwalonego przez wichurę
drzewa siedział mężczyzna. To był Chojnacki, były funkcjonariusz Straży
Granicznej, który przez kilka lat zajmował się rozpracowywaniem
beskidzkich szlaków przemytniczych, ale jakiś czas temu został
zmobilizowany i zaczął realizować zadania związane z wywiadem.
Posługiwał się pseudonimem Mucha. Do jego głównych obowiązków należało
zbieranie informacji o dyslokacji jednostek wojskowych na przedpolu
granicy i powstających tam instalacjach militarnych.
- Oto i zaufany generała Czumy - przedstawił Muchę Fijałkowski.
- Czołem. Słyszałem, że ma pan ciekawe obserwacje. Coś niepokojącego
dzieje się u naszych słowackich braci? - Czakucki powiedział to z nieukrywanym sarkazmem, akcentując słowo "bracia".
- Wejdźmy bardziej w las, bo tu jesteśmy zbytnio na widoku. Ostatnio
różni się kręcą po okolicznych lasach.
Wyjaśnił, że Węgrzy zajęli tereny koło Użhorodu, które Czesi w 1936 roku
ufortyfikowali. Magazynowali tam gazy bojowe. Na tym odcinku, jego
zdaniem, było w miarę bezpiecznie. Ale Niemcy podchodzili od południa. W słowackich miastach byli już żołnierze przebrani w cywilne łachy.
- Z tymi przebierańcami to pewne? - spytał Czakucki.
- Pewne, panie majorze! Co najważniejsze, transport kolejowy jest
podporządkowany przerzutowi wojska, przez co cywile narzekają na
opóźnienia. Niemcy dokonują rekonesansu na drogach i przeprawach
mostowych. Mam informacje o budowanych schronach i magazynach polowych,
które powstają pod nadzorem austriackich inżynierów. Termin zakończenia
prac budowlanych określono na pierwszego września.
- A jak ruchy wojska?
Mucha zamyślił się.
- Ostre pogotowie jest już na przedpolu naszego Obwodu Jasło. Dojście do
granicy z tego kierunku jest zamknięte. Zresztą tamtejsza Straż
Graniczna jest odwoływana w głąb kraju i zastępuje ją wojsko. Na
przykład ze wsi Hobgrat ewakuowano dzieci niemieckich kolonistów. -
Mucha przerwał swoje sprawozdanie i spojrzał na rozmówców. - To mało?
- To za dużo! Dzisiaj rano, w drodze do Cisnej, za Jabłonkami, ktoś
ostrzelał mój samochód. Potem widziałem, jak trzyosobowa grupa
pastuchów, uzbrojona w krótkie mauzery, pędziła kilkanaście koni.
Uważacie, że po naszej stronie mogą już działać grupy dywersyjne?
- Konie, mówi pan major. - Na twarzy Muchy pojawił się lekki uśmiech. -
W trzydziestym szóstym zaobserwowaliśmy przemyt koni na dużą skalę.
Okazało się, że rozpoczęła się wtedy rejestracja koni przez
czechosłowacką intendenturę wojskową, a potem ich zakup na potrzeby
armii. Hodowcy wpadli w panikę. Przeprowadzili konie na naszą stronę.
Jeżeli weszliście na te konie na wysokości Jabłonek, to znaczy, że
przekroczyli granicę w okolicach Solinki. Musieli mieć jakieś wtyki u naszych, bo tam została wzmocniona obsada.
- Czyżby ruszyła już po tamtej stronie akcja poboru koni do wojska?
Tylko że ci jechali do granicy. I mieli buty z opinaczami, jakich
używają w Wehrmachcie! O pieprzonych czechosłowackich wersjach mauzera
nie wspominając - rzucił poirytowany major.
- Niewykluczone, że chcieli zmylić pościg. Ale sprawa bardzo ciekawa.
Zgadza się, panie majorze, ta broń nie jest popularna wśród jakichś
przemytników, pastuchów czy nawet zwykłych żołnierzy. Sprawdzę to. Ale
zawsze to może być jakaś działalność bandycka, tak przy okazji, albo
rozpoznawcza. Pan wie. Jest tu w okolicy parę bogatych rodzin. Dwór,
tartak, sklepy. A wojna takie szumowiny zawsze uaktywnia. Ale żebyście
byli świadomi, oni też wiedzą o naszej mobilizacji.
- Czyli najbardziej bezpieczny kierunek przerzutu to Węgry i prosto do
Rumuni? - włączył się do rozmowy Fijałkowski.
- Zdecydowanie tak, panowie. Taka jest moja ocena sytuacji. I jeszcze
jedno. Granicę naruszają słowackie samoloty zwiadowcze. Być może analiza
ich tras lotów może wskazać kierunki planowanego uderzenia.
Informator spojrzał w bok, zauważył bowiem jakiś ruch po drugiej stronie
polany.
- Panie majorze, mieliśmy też na posterunku kilku dezerterów z armii
słowackiej, a nawet Czechów. Zgodnie z instrukcją odesłaliśmy ich do
Krakowa - dodał oficjalnym tonem funkcjonariusz defensywy.
- Mówisz pan, że pierwszego września kończą pracę przy umocnieniach? Czy
wtedy wybuchnie wojna...?
- To wie chyba tylko Hitler, prawda, panie majorze? - odpowiedział nieco
filozoficznie Mucha.
W tym momencie, cofając się ostrożnie, odszedł kilka metrów od dwójki
pozostałych mężczyzn, wziął do ręki sztucer Mannlicher-Schönauer, który
dotąd stał oparty o rozłożysty buk, skierował lufę w kierunku
Czakuckiego, po czym przesunął broń w prawo i strzelił. Z oddalonej od
nich o kilkanaście metrów gałęzi jodły spadł okazały kogut głuszca.
- Przepraszam, że z zaskoczenia, ale przecież poszedł pan major na
polowanie.
* * *
Czakucki z Fijałkowskim pożegnali się i ruszyli w drogę powrotną.
- Panie majorze. Po drodze odwiedzimy naszego... wodzireja.
- Kogo?
- Andrzeja Drozda. Tak go tutaj nazywamy. Jego dom znajduje się ze sto
metrów od tartaku. Porządny chłop. Pięć lat temu odszedł z policji i zajął się stolarstwem.
- On też był w Defensywie Policyjnej?
- Prosiłem, żeby miał oko na granicę. Poza tym podejdziemy do tartaku,
do Arona Sommera. Trochę z nim było problemów w ostatnich latach.
- A co on zaczął tu mącić?
- Ludzie się skarżyli. Strasznie ich wykorzystywał w robocie. Jakby miał
mało pieniędzy. Bywało, że nie płacił robotnikom, tylko dawał kupony do
realizacji w żydowskich sklepach. No i mieliśmy niezły ferment.
Robotnicy i niemojżeszowi handlarze zaczęli się burzyć. Ledwie to
uspokoiliśmy! A mało to jest tu problemów? Niewiele brakowało, a od razu
byłoby, że to antyżydowskie niepokoje. A po prawdzie to się robotnikom,
również mojżeszowego wyznania, nie dziwię. No bo niech pan powie, jak
tak można ludzi i ich rodziny traktować?
- Ma pan rację. Do naszej roboty potrzebny spokój i cisza. Tylko że to
wygląda na ciszę przed burzą. Podejdźmy potem na pocztę. Trzeba
sprawdzić, czy nie ma przerw w łączności. Cholera wie, czy czegoś nie
pocięli.
Po powrocie do pensjonatu Czakucki pogrążył się w rozmyślaniach. Widmo
wojny, po informacjach od Fijałkowskiego i Muchy, nabierało realnych
kształtów. Na chwilę zamknął się w swoim pokoju. Chciał odpocząć po
wrażeniach z drogi, odprawie i górskiej wycieczce. Po godzinie napisał
meldunek i poszedł z nim do Fijałkowskiego.
- Panie Władysławie, niech pan wyśle zaufanego policjanta po cywilnemu
samochodem albo motocyklem do Sanoka z pakietem. Niech bezpośrednio
idzie do zastępcy dowódcy 2 Pułku Strzelców Podhalańskich. Pan wie, tego
majora, który odpowiada od czerwca za organizację Samodzielnego
Batalionu Szturmowego do akcji dywersyjnych za granicą.
- Wiem, o kogo chodzi, było u nas paru chłopaków od niego. Za granicę
chodzili.
- Niech natychmiastową szyfrówką wyślą meldunek do szefa Oddziału II w Warszawie. Oni tam mają mocną radiostację. Niech powie, że to ode mnie.
Fijałkowski odwrócił się, zamknął drzwi i szybko zbiegł na dół.
* * *
Wieczorem z krótkiej drzemki wyrwał Czakuckiego hałas na schodach i głośne pukanie do drzwi.
- Proszę! - krzyknął, zerwał się z łóżka, po czym drzwi do jego pokoju
otworzył Fijałkowski i zaczął wnosić pięć sporych drewnianych walizek.
- Panie majorze, przywiózł je z miesiąc temu pan Wacław. Ma dobre
kontakty na Węgrzech, bo kiedyś tam pracował. Jechał z Częstochowy do
Budapesztu, tak twierdził.
- Tak, znam sprawę.
- Naprawdę, świetna robota, panie majorze. Pan Wacław mówił mi, że
zostały wykonane w naszym specjalnym zakładzie w jednostce wojskowej w Myszkowie. Mają wzmocnione, numerowane zamki, okucia, gumowe uszczelki,
uchwyty do pasków, żeby móc je nieść jak plecak. To ja się na razie
odmeldowuję.
Czakucki zamknął na klucz drzwi pokoju. Zaczął przecinać sznurki i łamać
plomby w workach, które przyniósł po przyjeździe z samochodu. Zawierały
dokumenty najwyższej rangi, które mogły umożliwić normalne
funkcjonowanie rządu polskiego na emigracji, a po wojnie stanowić dowód
na ciągłość polskiej państwowości. Kierownictwo Dwójki obdarzyło
Czakuckiego pełnym zaufaniem. Te dokumenty należało chronić za wszelką
cenę.
Major rozpoczął od wypakowania wyprodukowanych przez Mennicę Polską
urzędowych i sądowych pieczęci z charakterystycznymi, pomalowanymi na
czerwono krawędziami i godłem Rzeczpospolitej. Włożył je do małych
woreczków. Następnie układał w specjalnych tekturowych teczkach karty
papieru z próbkami pisma prezydenta, premiera, szefa Sztabu Generalnego,
kilku ministrów i szefów urzędów, a także prezydentów i prezesów sądów z największych polskich miast, między innymi Warszawy, Krakowa, Poznania,
Wilna, Lwowa i Katowic. Do tego dołożył czyste karty papieru, który był
wykorzystywany do sporządzania pism urzędowych. W pakowanych materiałach
znalazły się też próbki papieru banknotowego i farb, a także wzory
podpisów prezesa Banku Polskiego, naczelnego dyrektora oraz skarbnika.
Czakucki dołączył też klisze, które mogły posłużyć do produkcji polskich
banknotów. Ponadto dorzucił spięte papierową banderolą pięć plików
banknotów o nominale tysiączłotowym, które dotychczas nie pojawiły się w obiegu. Zgodnie z założeniami do każdej z waliz włożył po dwie
banderolowane paczki dolarów amerykańskich - pieniądze, które miały
pozwolić kurierom na w miarę bezpieczną podróż.
Nie zapomniał o teczce z trzema rysunkami Albrechta Dürera, które na
przechowanie otrzymał od Andrzeja Lubomirskiego w czasie swego krótkiego
postoju w Przeworsku. Rysunki pochodziły z prywatnej kolekcji księcia.
Zostały kupione przed laty w Wiedniu. Ordynat przeworski poprosił
Czakuckiego, aby wywiózł je z kraju. Sugerował Szwajcarię, gdzie
mieszkała jego rodzina. Poinformował również majora, że reszta rysunków
pozostanie w muzeum we Lwowie. Przed spakowaniem ich w sztywną kopertę
zauważył, że dwa rysunki przedstawiają chyba jakieś postacie, być może
biblijne. Jednak jeden zrobił na nim wrażenie. Piękny szkic oka oraz
brwi z autoportretu Albrechta Dürera. Na karcie znajdował się
charakterystyczny znak artysty, duża litera A z wpisaną literą D oraz
datą 1499.
Na koniec położył na podłodze pakiet otrzymany od Augusta Krasickiego w Lesku. Posegregowane i ułożone materiały zajmowały całą podłogę pokoju.
Następnie zaczął wszystko ostrożnie pakować w pięć brezentowych worków
lekko nasączonych naftą, co miało eliminować bakterie i pleśń. Każdy z nich zawiązał biało-czerwonym sznurkiem i opieczętował. Trochę się przy
okazji poparzył gorącym lakiem, podgrzewanym na elektrycznej maszynce w niewielkim garnuszku. Poukładał je ostrożnie w walizach, przymocował
wewnętrznymi paskami, aby uniknęły przesuwania, i zamknął walizy, a ponumerowane kluczyki do nich schował do kieszeni, choć nie wiedział
dlaczego. Może liczył, że kiedyś, po wojnie, po prostu je otworzy.
Czakucki zdawał sobie sprawę, jak ważny dla państwa polskiego, dla jego
powojennego bytu, może być każdy pakunek. Zgodnie z planem miał je
powierzyć sprawdzonym i mającym odpowiednie predyspozycje i umiejętności
żołnierzom. Przygotowania do tej delikatnej tajnej misji ruszyły wiosną
1939 roku. Wiedział, że zapewne nie jest jedynym, który prowadzi takie
działania. W tym samym czasie generał Marian Kukiel w pobliskiej
Sieniawie ukrywał najcenniejsze zbiory z kolekcji Izabeli Czartoryskiej.
Major zastanawiał się, kto zajmie się ewakuacją złota z Banku Polskiego
albo wawelskiego skarbca i królewskich arrasów.
Rozdział 2
Altun Kupri, Rawanduz (Irak) - lato 1943
Major Romuald Czakucki przetarł podwiniętym rękawem bluzy mundurowej
czoło wilgotne od potu. Siedział na drewnianym krześle przy wypełnionym
dokumentami stoliku, na którym stał bukiecik polnych kwiatów. Nad jego
głową wisiała lampa naftowa, a przy drewnianej nodze stał gliniany,
pokryty niebieskim, popękanym szkliwem dzbanek z wodą.
Major utkwił wzrok w ciemnym punkcie rogu namiotu, w którym zasłonięte
były wszystkie otwory. "To cholerne lato na pustyni. Gorąc nie do
wytrzymania, nie do życia. Jak przetrwać to piekło!?" - pomyślał i lekko
się uśmiechnął. Przypomniał sobie, co kilka lat temu powiedział mu po
wizycie na Bliskim Wschodzie jego kolega, również oficer Dwójki, Jerzy
Niezbrzycki: "Chłopie, tylko w zaciemnionym pomieszczeniu jakoś
wytrzymasz. Wyjście na ostre słońce cię zabije!". Niezbrzycki prowadził
wtedy tajne rozmowy na temat szkolenia wojskowego żydowskich bojowników
w Polsce. A potem negocjował niejawną operację ich przerzutu na teren
Brytyjskiego Terytorium Mandatowego w Palestynie.
Major pociągnął duży łyk zimnej kawy. Jakby od niechcenia spojrzał na
stojącego przed nim na baczność młodego żołnierza.
- Poruczniku Godlewski... - zaczął nieco oficjalnym tonem.
- Melduję się, panie majorze.
- Nie było ostatnio czasu porozmawiać dłużej. Potrzebuję tu paru
bystrych i zaufanych chłopaków. Naczelne dowództwo po ujawnieniu w naszych szeregach sowieckiej siatki wywiadowczej doszło do wniosku, że
musimy wzmocnić działania wywiadowcze i kontrwywiadowcze. Może
niekoniecznie spodoba się to w pełni naszym angielskim sojusznikom, ale
trudno. To dlatego zdecydowałem o przeniesieniu cię z Batalionu
Przeciwdywersyjnego z Kirkuku. Podobnie jak Winieckiego, niech się
oderwie od tych bagdadzkich luksusów...
Czakucki, który tego dnia miał na sobie galowy, jasny mundur Polskich
Sił Zbrojnych, wziął do ręki papierośnicę, wyjął cygaretkę i powoli
zapalił ją srebrną zapalniczką. Po namiocie rozszedł się siwy dym
palonego tytoniu.
- Sojusznicy też zresztą na to naciskali. Zwłaszcza po zdjęciu przez
nich niemieckiego szpiegowskiego towarzystwa z hotelu Maude w Bagdadzie.
Zdajesz sobie sprawę, że to bardzo ważne...
- Tak jest, panie majorze.
- To świetnie. Szczególnie po zamieszaniu z Kleinerem i Konarską... -
Zawiesił głos.
Czakucki miał świeżo w pamięci zabójstwo dokonane przez jego dawnego
podwładnego z Dwójki - Mieczysława Kleinera. Poznał go jeszcze przed
wojną w czasie szkolenia żydowskich bojowników w rejonie Andrychowa.
Miał o nim doskonałą opinię. Kleiner wykonywał zadania specjalne.
Jeszcze przed wojną, jako przemytnik na granicy wschodniej, przechodził
nielegalnie granicę z ZSRR. Natomiast po wybuchu wojny realizował
operacje wywiadowcze pod przykryciem. Podszywał się pod funkcjonariusza
Trzeciej Rzeszy lub oficera Wehrmachtu. Po dekonspiracji przedarł się z okupowanej Polski przez Związek Radziecki na Bliski Wschód. Był dobrym
żołnierzem, ale w niejasnych dla Czakuckiego okolicznościach zastrzelił
w Bagdadzie Marię Konarską, która okazała się podwójną agentkę,
pracującą zarówno dla Sowietów, jak i Niemców. Myśli o Kleinerze
rozproszył hałas przejeżdżającej obok wojskowej półciężarówki marki
Leyland. Nad wewnętrzną drogą w polskim obozie w Altun Kupri uniosła się
chmura kurzu, który spowił też okolice sztabowego namiotu. Major
ponownie popatrzył na młodego oficera, który stał przed nim na baczność.
- Ale do rzeczy, Filip. Ustaliliście już z Winieckim, co z tym Zygutem?
Siadaj. - Czakucki spojrzał na szary karton teczki z nakreślonym
ołówkiem napisem Rozpracowanie operacyjne Singe. Stuknął w nią palcem.
- Dziękuję, panie majorze. Melduję, że w marcu, w czasie obozów
narciarskich w górach Kurdystanu, tam gdzie nasi prowadzili prace
pomiarowe i przygotowywali umocnienia w okolicach Rajatu...
- Wiem, wiem, gdzie to jest - przerwał major.
- I w tej dziurze przed granicą perską, to znaczy przed przełęczą,
porucznik Dariusz Zygut razem z innymi uczył kurdyjskie dzieci jazdy na
nartach. Niech pan major sobie wyobrazi, że te dzieciaki pierwszy raz w życiu widziały taki sprzęt. Wtedy też skrzyknęli paru chłopaków
pochodzących z Podhala i próbowali pokazać Kurdom, jak produkować sprzęt
narciarski w domowych warunkach, a konkretnie narty i kijki.
- Filip, co ty mi tu pieprzysz! Czy coś ustaliłeś na temat jego pobytu
na Węgrzech, w Rumunii i Libanie oraz tego, jak się tutaj znalazł i czy
się z kimś zwąchał?
- A co? Panu majorowi znudziły się już narty? Nie tęskni pan do jazdy,
do słonka na stoku...?
- Poruczniku Godlewski! Nie pieprzcie mi tu. Ogłuchliście? Do rzeczy!
- Bo to właśnie, to wszystko, panie majorze, się łączy.
- Skoro tak twierdzisz, słucham...- Powoli wypuścił dym z cygaretki.
- Ostatnio, jak byłem nad rzeką w Rawanduz, dobili do nas na przepustce
chłopaki z żandarmerii. Pan wie, ci, co jeżdżą na motocyklach w obstawie
generała Andersa. Opowiedzieli historię porucznika Olszewskiego,
instruktora jazdy w plutonie motocyklowym.
- Jak mówisz? Olszewski?
- Tak jest. Nie tak dawno, w czasie testów amerykańskiego motocykla
firmy Indiana, ten Olszewski wybrał się na daleką przejażdżkę właśnie z Zygutem. Ruszyli spod hotelu Farah w Sulajmaniji.
- Farah, Farah, cholera - przerwał major. - Był jakiś meldunek o tym
hotelu i sowieckiej siatce. Wiem! To Kleiner miał cynk, że stamtąd
razwiedczyki ruszyli w okolice Chanakinu do ich ukrytej radiostacji.
Chyba tak. - Major sam sobie odpowiedział. - Ale mów dalej. Mów...
- Pojechali w kierunku granicy perskiej. Byli przed przełęczą i wtedy
motocykl stanął. Silnik im się zagrzał. Musieli poczekać na jego
schłodzenie. I wtedy otoczyli ich uzbrojeni ludzie. Wie pan, w tych ich
śmiesznych szarawarach i w turbanach z biało-czarnych chust. Olszewski
to podobno niezły kozak i nieraz miał z nimi do czynienia. Uniósł rękę
do czoła i powiedział: salam alajkum. Ich herszt zapytał, czy są
Anglikami. A ci mu odpowiedzieli: we are Polish. Wtedy Kurd uśmiechnął
się, coś powiedział do swojej bandy i podał naszym papierosy. Na koniec
wymienili się podarunkami. Kurd dostał od nich zegarek, a oni sztylety w futerałach...
- Filip, kurwa, i co z tego wynika dla naszej sprawy!? Wejść! -
krzyknął.
Poły namiotu rozchyliły się gwałtownie. Wiszący przy wejściu bukłak na
wodę niemal spadł na ziemię. Do środka wszedł jak zwykle rozpromieniony
porucznik Piotr Winiecki, nazywany przez kolegów Armandem.
- Melduję się, panie majorze. Wszytko wiem! - dodał z nieukrywaną
radością w głosie.
- Ty, Armando, co ty tam wiesz? Ten mi tu opowiada o miłośnikach nart i rajdów motorowych, a ty z miejsca, że wszystko wiesz. Popraw to, bo mi
resztka zimnego piwa wypłynie. - Wskazał na bukłak.
- Panie majorze, to ja tylko skończę - odezwał się Godlewski. - Chodzi o to, że oni wcale nie mieli jechać na żadne testy. Zygut namówił
Olszewskiego, żeby go pilnie podwiózł do jakiejś doliny w górach.
Dokładnie dwa kilometry nad Rajatem. Zygut chyba nawet mu zapłacił. Tak
mi mówili. A że butelkę whisky jestem do tyłu w związku z uzyskaniem tej
informacji, panie majorze, to moja strata...
- Dlaczego tam pojechał? Nie wiesz? Szkoda, cholera...
- Nie wiem, ale powiedzieli mi, że Zygut miał ze sobą jakiś większy
bagaż. A potem, jak wrócił, to już go nie miał. Z Olszewskim nie udało
mi się porozmawiać, bo on już jest w Palestynie. Więc pewnie tam go
niedługo znajdziemy.
- Dobra... A jednak Filip nauczyłeś się czegoś na tym kursie wywiadowczym
u Angoli w Bagdadzie. A ty, Armando, czego się dowiedziałeś? - zwrócił
się major do stojącego na baczność Winieckiego. - Spocznij. I siadaj.
- Wszystko się zgadza, a w każdym razie układa w całość, panie majorze -
zaczął. - Ustaliłem dyskretnie przez naszych oficerów w obozie w Qizil
Ribat, no i u nas w Altun Kupri, że Zygut koleguje się z niejakim
podporucznikiem Ludwikiem Januszkiewiczem. To zaprawiony taternik. Znają
się jakoś od tysiąc dziewięćset trzydziestego ósmego. Na początku wojny
Januszkiewicz prowadził jakieś schronisko w Tatrach i zajmował się
przerzutem naszych żołnierzy uchodzących na południe.
- Czekaj, czekaj. No tak! Januszkiewicz! Teraz skojarzyłem, jak mi o tych Tatrach powiedziałeś...
- Januszkiewicz potem sam musiał uciekać w tysiąc dziewięćset
czterdziestym roku na Węgry, bo mu gestapo deptało po piętach. Przez
Rumunię dostał się do Syrii. W ubiegłym roku byli z Zygutem na jakimś
wspólnym wypadzie w Libanie. Nie wiadomo po co, ale miał zgodę ze
sztabu.
- Robi się coraz ciekawiej, panowie - wtrącił Czakucki.
- Ale to jeszcze nie wszystko, panie majorze. Kilka dni temu
Januszkiewicz uruchomił kurs wspinaczkowy. Ściągnął na niego ponad
pięćdziesięciu chłopaków. Ten kurs odbywa się właśnie w okolicach
Rajatu. Tak jak Filip mówił, blisko przełęczy na granicy z Persją.
- Tak, tak. Pamiętam. Tam gdzie Kleiner często jeździł robić pomiary.
- Jak ustaliłem u kierowców, co ich tam zawieźli, w transporcie jechał
Zygut, ale na liście kursantów go nie było. Nie pamiętali, czy z nimi
wrócił, bo jakieś osunięcie skał było i sakramenckie zamieszanie.
- Czyli podsumowując, panowie, Zygut dotarł do Januszkiewicza i od tego
czasu słuch o nim zaginął.
- Tak jest, panie majorze - odpowiedzieli razem.
- Januszkiewicz jest dzisiaj z kursantami w rejonie gardzieli Rawanduz.
Chłopaki z kolumny transportowej przewieźli ich tam wczoraj - dodał
Godlewski.
Czakucki się zamyślił. Wciągał w nos słodkawy zapach rozwiniętych już
kwiatów, których bukiet w dużej puszcze po konserwie postawiła mu rano
na stole Karolina z biura ewidencyjnego. Twierdziła, że to dla jego
lepszego samopoczucia. "To ostatnie w tym roku" - zaznaczyła. Ich zapach
mieszał się z dymem z cygaretki i lekką stęchlizną indyjskiego płótna
wysłużonego namiotu. Major był dzisiaj w sentymentalnym nastroju.
Czerwone zawilce z daleka przypominały polskie tulipany z okolic jego
rodzinnej Lidy. Przypomniał sobie, jak jeździł z synkiem i jego matką na
majówki nad Niemen.
- W porządku, panowie... - Ocknął się i mocno zaciągnął cygaretką, którą
zaraz ścisnął dwoma palcami i wrzucił do metalowej popielniczki. -
Pytajcie chłopaków o Januszkiewicza. Chcę o nim wszystko wiedzieć. Do
roboty. Oczekuję meldunków na bieżąco.
- Tak jest!
- Sam ustalę, kto podpisał zgodę na ich wyjazd do Libanu i co mieli tam
robić. Czas się panowie powoli zwijać z Iraku.
Gdy młodzi oficerowie wyszli z namiotu, Czakucki po raz kolejny otarł
rękawem nieco spocone czoło. W dwa palce wziął niewielki kawałek soli i delikatnie wsunął go do ust - jakby obawiał się, że się pokruszy. Ssał
go chwilę jak cukierek. Skrzywił się i przepłukał usta piwem imbirowym z glinianego naczynia. Major od kilku godzin czuł ból głowy. "To przez te
pustynne upały. Jakoś w zeszłym roku tak mi nie doskwierały" - doszedł
do wniosku.
Jego myśli coraz częściej zajmowała sprawa, która powoli układała się w pewną całość. Chodziło o Zyguta, oficera, którego przerzucił na Węgry
latem 1939 roku. Pojawiał się w miejscach, które następnie nawiedzały
różne katastrofy. Do tego Zygut znikał przełożonym. Już kilka miesięcy
temu major rozkazał swoim ludziom wziąć go pod dyskretną obserwację i przeprowadzić rozmowy operacyjne z ludźmi, którzy mieli z nim styczność.
Wszystko to jednak były przypuszczenia oparte tylko na poszlakach, że
mógł dla kogoś pracować. "Tylko dla kogo? - zastanawiał się major. - Dla
Sowietów? Niemców? A może w tym wszystkim grają teraz jeszcze jakąś rolę
Brytyjczycy?"
Ponownie spojrzał na teczkę z napisem Singe, w której lądowały
wszystkie meldunki dotyczące Zyguta.
Od miesięcy męczyła go niezwykle poważna sprawa, która dotychczas nie
została solidnie rozpracowana przez wywiad. Chodziło o materiały
ewakuowane we wrześniu 1939 roku na kierunku Cisna - Miszkole - Eger, za
które odpowiadał - a które zniknęły. Znajdowały się wśród nich pakiety
zabezpieczone w specjalnych walizkach. Zaginięcie ich można było
oczywiście wytłumaczyć ogólnym chaosem po wybuchu wojny, ale Czakucki
nie miał takiej pewności. Czuł przez skórę, a miał dobrą intuicję, że
ktoś za tym stał. Sprawę tę traktował ambicjonalnie, bo stracił z oczu
też niezwykle cenne i unikatowe rysunki Dürera, które otrzymał w zaufaniu od Lubomirskiego. Zniknęła również walizka z pakietem
przekazanym przez Augusta Krasickiego w Lesku, z jego dokumentami
rodzinnymi. Dla niego była to zatem również sprawa honorowa.
- Zaraz, zaraz. No tak! Olszewski! Żandarmeria! Zygut! Gdzie to jest? -
powiedział i nerwowo zaczął przeglądać jeden z segregatorów. Dopiero po
półgodzinie dokopał się do tajnej notatki z dowództwa żandarmerii,
jeszcze sprzed roku. Oparta była na informacjach porucznika
Olszewskiego, który w 1940 roku był świadkiem nietypowej sytuacji w pobliżu dworca kolejowego Gara de Nord w Bukareszcie. Raportował, że
jakiś mężczyzna dotkliwie pobił Polaka, który niósł solidną drewnianą
walizę. Zabrał mu bagaż i próbował uciec. Wtedy Olszewski obezwładnił
napastnika. W tym samym miejscu pojawił się porucznik Zygut. Powstało
jakieś zamieszanie i sprawca napadu uciekł. Zygut zadeklarował, że
pomoże napadniętemu i odprowadzi go do punktu medycznego na dworcu.
Wziął też jego walizkę - czytał notatkę sporządzoną ręcznym pismem. -
Psiakrew, że ja wcześniej tego nie skojarzyłem - pomyślał i włożył tę
notatkę do teczki.
- Dyżurny! - krzyknął, a do namiotu wbiegł żołnierz z przewieszonym
przez ramię stenem.
- Melduję się, panie majorze.
- Za piętnaście minut leyland i obstawa! Niech wpiszą w celu wyjazdu
Rawanduz!
* * *
Po kilku godzinach jazdy wyboistymi górskimi drogami północnego Iraku,
podczas której mijali kurdyjskie wioski, samochód Czakuckiego zjechał
powoli krętą drogą w kierunku głębokiej doliny. Przejechał most ze
stalowych kratownic i zatrzymał się nad słynną gardzielą Rawanduz. Szum
rzeki był wyraźny. Jej wody niosły przyjemny chłód. W towarzystwie
obstawy major poszedł do dużej grupy żołnierzy. Na pierwszej czujce
zameldował się kapral, który poinformował go o tym, gdzie przebywa
podporucznik Januszkiewicz. Po pięciu minutach oficer na baczność
meldował się Czakuckiemu.
- Spocznij. Proszę usiąść, podporuczniku. Mam do pana parę pytań.
- Rozumiem. Jak mogę panu majorowi pomóc?
- Jak pan dotarł na Bliski Wschód i gdzie pan poznał porucznika Zyguta?
- zapytał Czakucki nieco zdziwionego Januszkiewicza.
- Razem z Jurkiem Włoczkowskim, taternikiem jak ja, w tysiąc dziewięćset
czterdziestym przedzieraliśmy się przez Węgry. Tam zatrzymaliśmy się na
kilka tygodni we wsi Bogacz koło Egeru. Takie madziarskie zadupie, ale
wina z okolicznych piwniczek były wyśmienite. - Januszkiewicz powoli
zbierał myśli. Pot pojawił się na jego czole.
- W niewielkim pensjonacie koło kościoła, na wzgórzu? Tak?
- A skąd pan wie?
- To nieważne, po prostu wiem. Niech pan mówi dalej, podporuczniku.
- Warunki były ciężkie. Mieszkaliśmy po kilku w jednym pokoju. A że nie
było łóżek, to spaliśmy na słomie przykrytej kocami. Stacją kierował
były policjant, chyba z Podkarpacia...
- Rozumiem, ale co z Zygutem? - niecierpliwił się major.
- Po jakichś dwóch tygodniach dobił do stacji Darek, to znaczy porucznik
Zygut. Był w dobrej kondycji. Tydzień później ruszyliśmy razem do
Rumunii i Turcji. Latem tysiąc dziewięćset czterdziestego roku
dotarliśmy do syryjskiego Hims i wstąpiliśmy do Brygady Strzelców
Karpackich. Przeszliśmy jej cały szlak bojowy. Potem przerzucili nas
przez Kanał Sueski do Basry i do Qizil Ribat. Darek cały czas był ze
mną.
Januszkiewicz wytarł dłonią kropelki potu z czoła.
- To wszystko? - zapytał niepewnie Czakucki.
- Nie, ale przyniosę teraz, panie majorze, piwo. Już się pewnie
schłodziło w rzece. - Januszkiewicz wstał i po chwili wrócił z czterema
butelkami. - Nie ma to jak między górskimi zboczami porośniętymi
sosnami. I ten chłód, krystalicznie czysta rzeka... Coś jest, majorze, tu
takiego, jak w naszych Tatrach czy Czarnohorze - dodał, otwierając
butelkę.
- Całą drogę byliście razem?
Podporucznik zastanowił się, przygryzł lekko zębami górną wargę i pomasował dłoń.
- Tak. Prawie całą. Tylko raz zgubiliśmy się w Rumunii - kontynuował. -
Pamiętam, to było w Bukareszcie, chyba jakoś w okolicach dworca... Gara de
Nord. Darek i kilku naszych inżynierów i techników, którzy jechali do
zakładów lotniczych koło Ankary, nie zdążyli wsiąść do pociągu. Ale po
kilku dniach się odnaleźliśmy. Jeszcze przed zaokrętowaniem w Konstancy
na statek do Stambułu.
- A teraz tak między nami, podporuczniku. Niech mi pan powie, czy od
czasu ucieczki z Polski kontaktował się ktoś z panem z naszych dawnych
kolegów... z Dwójki - rzucił niespodziewanie major, czym wprowadził
Januszkiewicza w wyraźne zakłopotanie.
- Panie majorze, pan doskonale wie, że nie patrzą na nas tutaj
przyjaznym okiem. Ja pracowałem na kierunku niemieckim i daleko mi było
do tego, co się działo w naszym wywiadzie na Wschodzie. Nie chcę mówić o tych sprawach. Nie chcę, aby ktoś teraz wracał do mojej pracy dla
Dwójki. Pan wie, jak jest? Ja mam teraz swoje zadania w Sztabie 3
Dywizji. Prowadzimy w kilka osób prace planistyczne związane z przygotowaniami do pokonywania przez jednostki szturmowe trudnych
przełęczy górskich. A teraz w zasadzie pakujemy się już i pewnie zaraz
ruszymy do Palestyny.
- Dobra, rozumiem. Panie podporuczniku, kiedy pan widział ostatnio
Zyguta?
Januszkiewicz spojrzał w bok. Zbierał myśli.
- Nie pamiętam dokładnie. Chyba ostatnio w Kirkuku na motorze. Wcześniej
spotykałem go czasami w obozie w Dżaluali i Qizil Ribat. On zawsze dużo
się przemieszczał, zawsze było go pełno. W końcu był oficerem w Dowództwie Służby Geograficznej. - Januszkiewicz nie patrzył na
Czakuckiego, jego wzrok błądził gdzieś w oddali.
- A jak pan dostał zgodę na wyjazd do Libanu w ubiegłym roku?
- Od generała Kopańskiego! Poprosiłem o zgodę na wyjazd w naszym
konwoju. Chciałem wejść razem z dwoma chłopakami z baonu na najwyższy
szczyt Antylibanu Dżabal asz-Szajch. Przekonałem generała, że to dla
wprawy, że nam się to przyda w szkoleniach tutaj, w Iraku. A Zygut miał
przygotować drożnię, pan wie, taki raport dotyczący systemu dróg
Kirkuk-Damaszek. Dlatego się zabrał z naszą grupą. Zresztą, o ile
pamiętam, Darek jeździł tam już kilka razy i dobrze znał drogę. A że za
kołnierz nie wylewał i po francusku mówił, to było z nim wesoło. -
Januszkiewicz urwał i zawahał się. - To zwykła rozmowa? Tak? To nie jest
przesłuchanie, majorze? Z taką obstawą pan przyjechał!
- Na razie to tylko rozmowa. Skąd te przypuszczenia o przesłuchaniu?
- Skoro to nie przesłuchanie, to nie muszę panu odpowiadać.
- Nie, nie musi pan odpowiadać.
Januszkiewicz popatrzył na Czakuckiego, pokiwał głową. Milczał. Poprawił
swój szeroki parciany pas i wstał.
- Panie majorze, zapraszam. Dołączmy do reszty chłopaków, bo mocniejszy
alkohol czeka i się wietrzy. Przecież nie będziecie wracać po nocy! Ja
jutro muszę się zameldować w swojej jednostce. To chyba mój ostatni
piknik w gardzieli Rawanduz. Za kilka dni zbieramy się i przez
Sulajmaniję do Qizil Ribat. A potem pewnie już dalej. Jak Niemcy dostali
w dupę w Afryce, a Amerykanie i Anglicy wylądowali na Sycylii, to tylko
patrzeć, jak my wejdziemy do akcji.
- Chyba ma pan rację.
- Sierżancie, gdzie jest ten lwowiak Kurtycz?! - krzyknął Januszkiewicz
do żołnierzy siedzących przy ognisku. - Zanim go nam na dobre zabiorą do
teatrzyku Konarskiego, niech nam pogra na gitarze. Aha, i przynieś z mojego jeepa porządną whisky dla pana majora, a nie żadną fałszywą ćmagę
pędzoną w nocy po namiotach.
Słońce chowało się za górskimi szczytami. Chłód nad rzeką działał
rozleniwiająco. Czakucki podszedł do swojego leylanda i wyciągnął z niego skórzaną teczkę. Wyjął kilka kartek papieru. Zaczął pisać.
"Najlepsza notatka jest sporządzona zaraz po rozmowie. Nic nie ucieknie.
A jak jeszcze popijemy, to może się zatrzeć jakiś szczegół" - pomyślał.
Wyjął niewielki nożyk i naostrzył nim ołówek. "Zygut jest zbyt
tajemniczy. Za dużo jeszcze tych znaków zapytania, aby go jednoznacznie
ocenić, ale ta rozmowa przybliża do prawdy".
Część żołnierzy pływała, a inni tylko skakali do wody z nadbrzeżnych
skał. Pozostali pełnili wartę. Nad ogniskiem wisiał spory kociołek z herbatą. Żołnierze leniwie popijali anyżkowy arak, whisky, angielskie
ciemne piwo i grali w karty albo czytali "Orła Białego". Zapadła
ciemność. Blask ogniska zaczął rzucać na pobliskie skały cienie
nienaturalnie wielkich, kanciastych postaci. Dźwięki gitary Kurtycza i śpiew żołnierzy niosły się po czarnych, spadzistych ścianach gardzieli
Rawanduz. Ten spektakl uzupełniały strzelające iskry z palonego
iglastego drewna.
Nagle ostry świst pocisków wyrwał wszystkich z błogostanu. Odgłosy
strzelaniny dochodziły zza mostu. Żołnierze odruchowo przylgnęli do
ziemi.
- Co się tam, do cholery, dzieje?! - krzyknął Czakucki do
Januszkiewicza.
- Sierżancie! To w okolicach drugiej placówki, powyżej mostu. Idźcie tam
z patrolem! Natychmiast! - Nasłuchiwali jeszcze chwilę, ale strzały
szybko ustały. Żołnierze wstali. Po chwili przybiegł zdyszany sierżant i zameldował:
- Panie majorze. Nasza czujka zatrzymała jakiś oddział konny. Tamci
zaczęli strzelać. Jeden z chłopaków dostał w podeszwę, drugi kamieniem
po rykoszecie. Innych strat brak.
W milczeniu słuchali zasapanego sierżanta.
- Dobra, wracamy do ogniska. Kurtycz, graj dalej. Jak to było, kapralu,
z tym piątym przykazaniem? Nie odbijaj pestek z innych brygad! - zwrócił
się Januszkiewicz do grającego na gitarze żołnierza, a pozostali
roześmiali się chóralnie. - A ten, co te wiersze pisze, niech się
przygotuje, to w końcu publicznie posłuchamy jego twórczości.
* * *
Następnego dnia o świcie, w czasie zwijania obozowiska, do Czakuckiego
podszedł Januszkiewicz.
- Panie majorze, wszystko jasne. Po wschodzie słońca przyjechało do nas
na koniach dwóch kurdyjskich przemytników. Przepraszali za wczorajszy
incydent. Nie wiedzieli, że my Polacy. Na przeprosiny przywieźli kozicę
i trzy butelki porządnej whisky. Przyda się na drogę do Ziemi Świętej.
Odchodząc, mówili, że będzie teraz panować wieczna zgoda między nami a Kurdami. Ale pan wie, jak to z nimi jest... i tak nigdy nie wiadomo, co
będzie następnym razem.
Rozdział 3
Altun Kupri, Sulajmanija (Irak) - lato 1943
Czakucki po powrocie do Altun Kupri znowu czuł się nie najlepiej,
koszula kleiła się do rozgrzanego ciała. Oczy szczypały od soli, gdy z czoła kapał na nie pot.
W pewnym momencie bez pukania do jego namiotu, jak zwykle z rozmachem,
wszedł Winiecki.
Wyglądał, jakby przed chwilą wynurzył się z kąpieli, zapachniało od
niego wodą kolońską. Towarzyszył mu Godlewski. Ten z kolei miał za sobą
ciężką noc. Był wymiętoszony, czuć było od niego jeszcze słodki zapach
alkoholu.
- Panie majorze! Ustaliliśmy parę rzeczy - zaczął zdecydowanie Armando.
- Było wejść, poruczniku?!
- Przepraszamy, panie majorze. Chcieliśmy zameldować, co nam wyszło w sprawie tego Zyguta.
- Dobra, mówcie.
- Niektórzy zwracali nam uwagę na jego dziwne zachowanie. Że czasem to
wyglądało, jakby on coś ukrywał... no, że trochę się konspirował. Poza tym
potwierdziliśmy, że Zygut na pewno był w rejonie Rajatu w czasie
szkolenia wspinaczkowego. I od tego czasu nikt go już nie widział.
Zamyślony Czakucki pokrótce opowiedział im, czego dowiedział się od
samego Januszkiewicza. Wyglądało na to, że do końca sprawy jeszcze
daleko.
- Teraz pozostaje nam wyjaśnić, z jakiego powodu Januszkiewicz kłamał i nie powiedział panu, że Zygut go odwiedził. No i jeszcze dziwna jest ta
sprawa z Libanem - podsumował Godlewski.
- Co masz na myśli, Filip?
- Nic szczególnego. Bo mówili mi, że jeździł tam regularnie i zawsze
jęczał do kierowców, żeby załapać się do jakiegoś konwoju do Bejrutu.
- A w ogóle, panie majorze, to my się zastanawialiśmy z Filipem,
dlaczego zajmujemy się naszymi, grzebiemy się w starych sprawach, gdy
zaraz pewnie nas do Włoch wyślą.
Czakucki chrząknął. Nie było sensu dłużej tego przed nimi ukrywać.
- Latem trzydziestego dziewiątego pracowałem na południowym pograniczu
Polski. Przygotowywaliśmy różne rozwiązania, w tym drogi ewakuacji i punkty przerzutowe dla szczególnie ważnych osób i rzeczy istotnych dla
naszego państwa, dla ciągłości, kultury, systemu finansowego... Bo kiedyś
ta kurewska wojna się przecież skończy...
- Niemcy w dupę dostają, a Sowieci się wykrwawiają - rzucił Armando.
- Właśnie wtedy do mojej grupy specjalnej dołączył taki lekko zgarbiony,
wysoki blondyn, wtedy miał jasną, rzadką brodę. Pochodził z warszawskiej
Pragi. To był porucznik Dariusz Zygut. Jego zniknięcie w górach
Kurdystanu jest podejrzane i układa się w pewien obraz, niestety również
w związku z jego wcześniejszymi zadaniami. Rozumiecie?
- Tak jest.
- A nie myśli pan major, że może był jakiś wypadek drogowy po pijaku czy
bójka z Kurdami? Żandarmeria prowadzi trochę takich spraw - wtrącił
Godlewski.
- Może? Sam jeszcze nie wiem wszystkiego... Jeśli nasze podejrzenia, nie
daj Boże, się sprawdzą, to Zygut naprawdę mógł nam napsuć krwi. Straty
mogą być duże... Cholernie duże.
Siedzieli w milczeniu. Wszyscy zastanawiali się, czy zniknięcie Zyguta
ma jakieś drugie dno, ale Czakucki nie nabrał jeszcze takiej pewności.
Liczył na to, że jego podwładni przyniosą mu wreszcie twarde dowody.
Po chwili milczenia odezwał się Armando, który najwidoczniej był już
myślami w Palestynie:
- Czy po dyslokacji będziemy mieli tam jakąś swobodę poruszania się. Bo
wie pan, zabytki, Jerozolima, Betlejem, morze, plaże...
- Poruczniku, nie pierdolcie mi takich głupot. Doskonale się orientuję,
co wam chodzi po głowie. Pamiętajcie, że jak zaczną coś grzebać w sztabie przy sprawie zaginięcia Kleinera i śmierci Marii Konarskiej, to
nam wszystkim nogi z dupy powyrywają.
- Może nie powyrywają? Ale panie majorze, bo my z dziewczynami już się
dogadaliśmy, że...
- Słuchajcie, chłopaki - zwrócił się do nich Czakucki już zupełnie innym
tonem - Każdy z nas kogoś gdzieś zostawił, zgubił na tej pieprzonej
wojence. Czy myślicie, że nie chciałbym kogoś, tak prywatnie, po ludzku
odnaleźć? W Lidzie został mój syn, jego matka, rodzina, przyjaciele. Od
czterech lat nie wiem, co się z nimi dzieje. A chciałbym. Ale to nie
znaczy, że polecę zaraz liberatorem, skoczę ze spadochronem na
Wileńszczyznie i zacznę ich szukać po okolicy z jakimś wydzielonym do
tego oddziałem polskiej Armii Krajowej!
- To nie końca tak, panie majorze - odezwał się w końcu Godlewski.
- Dobrze. Dzisiaj nic już chyba nie wymyślimy, a ja muszę dopilnować
raportów z działań w okolicy Habaniji i Rutby na granicy z Cisjordanią.
Możecie się odmeldować i teraz zapieprzajcie do Sulajmaniji, hotel
Farah. Przyciśnijcie Januszkiewicza. Po swojemu.
* * *
Następnego dnia jeep z dwoma polskimi oficerami wyruszył na wschód. Z każdym kilometrem zbliżali się do wielkiej ściany gór. Widoki zapierały
dech w piersiach, dlatego zatrzymywali się na krótkie postoje. Po kilku
godzinach dotarli do miasta. Minęli najpierw długie ogrodzenie, za
którym znajdował się obszerny, iście kolonialny budynek z kolumnadą -
siedziba gubernatora. Samochód zwolnił, aż w końcu zatrzymał się przed
jedynym przyzwoitym hotelem.
Hamujący jeep Polaków wzbił w górę pustynny pył. Na sennej jeszcze o tej
porze dnia ulicy pojawiali się już pierwsi handlarze w białych
szarawarach. W wejściach do sklepów i warsztatów stali wąsaci Kurdowie,
dumnie prezentując swoje zakrzywione kindżały nazywane handżarami,
zatknięte za wojskowe brytyjskie pasy. W powietrzu unosił się zapach
kawy z kardamonem zmieszanym z dymem z szisz i wonią świeżego pieczywa z niewielkich piekarni. Panował jeszcze lekki, poranny chłód. Choć czyste
niebo zwiastowało, że niebawem słońce będzie w zenicie i stanie się
piekielnie gorąco.
Na podjeździe hotelu stało kilka wojskowych pojazdów. Parkowała też
półciężarówka. Po napisach na drzwiach widać było, że należy do
irańskiej firmy.
- Ty, patrz, Armando, jakiś znajomy z Pahlawi. Może wino od niego kupimy
dla dziewczyn na drogę? - powiedział Filip, wskazując palcem na
wypłowiały napis na drzwiach samochodu.
- Dlaczego nie. Popytamy. Dawaj, szukamy tego Januszkiewicza.
Mimo wczesnej pory w recepcji hotelu panował spory ruch. Część gości
siedziała na wielkich, obitych bordowym pluszem fotelach. Dziury na
oparciach świadczyły o ich zaawansowanym wieku. Kamienną podłogę
pokrywały granatowo-bordowo-rude dywany. Polacy skierowali się do
hotelowej restauracji. Przystanęli w drzwiach i bacznie przyglądali się
gościom. Kelnerzy roznosili kawę oraz zestawy śniadaniowe.
Przy stoliku w rogu sali siedział Januszkiewicz. Rozmawiał z cywilem,
krótko ostrzyżonym brunetem średniego wzrostu o nieco orientalnych
rysach. Kiedy podeszli bliżej, usłyszeli, jak siedzący obok
Januszkiewicza mężczyzna mówi z akcentem z kresów wschodnich, z charakterystyczną miękką wymową głoski "l", a nawet wtrącał słowa
rosyjskie.
- Podporuczniku, mamy sprawę, musimy porozmawiać.
- Panowie prosto z drogi, jak widzę. Zapraszam. Czy my się już gdzieś
nie widzieliśmy? - rzucił z uśmiechem Januszkiewicz do młodych oficerów.
- Proszę do nas.
- Panowie pozwolą, pan Kazimir Sokołow, nasz rodak właśnie dotarł do
Iraku okazją z Pahlawi. A w zasadzie Kazimierz, bo to chyba właściwsze
imię niż to mołdawskie.
Mężczyzna ubrany był w marynarską koszulkę w paski z podciągniętymi do
łokci rękawami. Miał też szerokie ciemne spodnie, a na głowie nieco
sfatygowaną czarną wełnianą czapkę. Obok leżał marynarski, płócienny,
biały worek. Wyglądał na typowego marynarza albo robotnika portowego.
- Porucznik Winiecki.
- Porucznik Godlewski.
- Panowie może z naszego sztabu w Bagdadzie?
- Niestety już nie. Przenieśli nas do tej zasranej, a w zasadzie
zasypanej piaskiem dziury Altun Kupri. Mieszkamy w namiotowym niby
mieście. Daleko mu do takich pensjonatów jak tutaj - powiedział Armando,
otrzepując furażerką bluzę munduru z kurzu.
- Nazywają je karawanseraje - wtrącił Sokołow i dalej obserwował nowo
przybyłych.
- A dlaczego uważa pan, że z Bagdadu? - zapytał Godlewski.
- Liczyłem, że może macie jakieś wieści ze sztabu, kiedy ruszamy z Iraku? Pewnie nam powiedzą niebawem. Kawa? Miałem tu ze cztery miesiące
temu nieprawdopodobne zdarzenie. Proszę sobie wyobrazić, że pewien
żołnierz pełniący służbę u miejscowego dowódcy garnizonu, jakiś znajomy
Darka Zyguta, może go znacie, zaprosił nas na poranną kawę. W czasie
rozmowy żołnierz zaczął mnie wypytywać o Polskę. Myślałem, że Darek mu
coś opowiadał. Ów żołnierz wiedział co nieco o Warszawie, Krakowie, o naszej historii. Wieczorem umówiliśmy się z nim w tym hotelu, nawet
siedzieliśmy przy tym samy stoliku co teraz. Znajomy Darka przyszedł na
spotkanie, trzymając w ręku książkę wydaną w Bagdadzie w języku
kurdyjskim pod tytułem Bulonia, to znaczy Polska.
- I co z tą książką? - zapytał nieco zniecierpliwiony Armando.
- Jej autorem, jak się dowiedzieliśmy, był kapitan armii irackiej, który
zmarł jeszcze przed wojną - zakończył opowieść akurat w momencie, kiedy
kelner stawiał przed nimi cztery pachnące kawy, a na spodkach filiżanek
leżały kawałki chałwy.
- A jak się pan dostał do Iranu? Przecież Sowieci wstrzymali ruch
pasażerski do naszego wojska - zwrócił się do Sokołowa Godlewski.
- To długa historia. Pracowałem przed wojną w rumuńskiej Konstancy. Mój
ojciec był Polakiem, matka Mołdawianką. Stąd znałem rumuński.
Studiowałem trochę na politechnice. Po wybuchu wojny zaciągnąłem się na
turecki drobnicowiec i pływałem jako pomocnik mechanika do spraw
łączności i elektryki. Kiedyś nasz statek burza rzuciła na skały gdzieś
w Dardanelach. Ledwo z tego wyszedłem. Wróciłem do rodziców, którzy
poważnie chorowali i w końcu zmarli na początku roku. Nic mnie już nie
trzymało.
- Bardzo ciekawa biografia...
- Wykorzystałem znajomości. Popłynąłem do Trabzonu, a potem pojechałem
do Pahlawi jako pracownik tureckiego spedytora. A tutaj dotarłem,
korzystając z pomocy kurdyjskich handlarzy. No i chciałbym się zaciągnąć
do naszego wojska. A w ogóle to ojciec nazywał mnie Andrzej, ale matka
uparcie używała imienia Kazimir. - Upił łyk kawy.
- Wyobraźcie sobie, że pan Kazimierz zamiast do Bagdadu pojechał na
granicę syryjską. I zanim się połapał, był w Syrii. Wiozący go handlarze
zorientowali się, że on Polak i do naszej armii chce, a nie do Damaszku.
I przywieźli go do Altun Kupri, a tam odesłali do Chanakinu. A tu się
zatrzymał w drodze.
Poranna kawa przeciągnęła się prawie do pory lunchu. Każdy z nich miał
sporo do opowiedzenia ze swoich tułaczych historii. Około południa
zaczęli schodzić się oficerowie brytyjscy, towarzyszyło im kilku
irackich żołnierzy. Kiedy minęło południe, Polacy zamówili butelkę
whisky. Wszyscy przeszli na ty. Około pierwszej Sokołow zakomunikował,
że musi coś załatwić z kierowcą, który go przywiózł. Przy okazji obiecał
odkupić od niego skrzynkę wina. Zapowiedział, że wróci za godzinę.
- Słuchaj, Ludwik. My przyjechaliśmy specjalnie do ciebie - zaczął
Armando.
- Pogadać z tobą... - przypomniał cel wizyty Godlewski.
Januszkiewicza te słowa wytrąciły nieco z dobrego nastroju. Popatrzył
badawczym wzrokiem na oficerów. Dolał whisky do szklanki i wypił do dna.
- Czego ode mnie chcecie? Kto was przysłał?
- Spokojnie. Nie masz co się unosić. Opowiedz nam o swoim kumplu sprzed
wojny, Darku Zygucie, przecież wspominałeś o nim przed chwilą... -
powiedział z naciskiem Armando. - Sam wiesz, że ta sprawa jest
śmierdząca. Nie bujaj nas, proszę. Wiemy, że w porządku z ciebie chłop.
- Od Czakuckiego jesteście...
- Wiemy z całą pewnością, że spotkałeś Zyguta w górach koło Rajatu. Mamy
świadków, którzy go z tobą widzieli - dodał z ponurym uśmiechem
Godlewski.
* * *
Jeszcze tego samego dnia obydwaj oficerowie wrócili do swojego obozu i zameldowali się u Czakuckiego. Było już ciemno. Usiedli na drewnianych,
zdezelowanych krzesłach.
- Bylibyśmy u pana po powrocie, ale gdzieś pan zniknął. W końcu major
też ma prawo pójść do kantyny. Skoro dostał od Karoliny piękne kwiaty i załatwił jej przeniesienie z jednej dziury w Chanakinie do drugiej
tutaj... - Winiecki zawiesił głos.
- Ty, Armando, nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy... Do rzeczy.
- Panie majorze, Januszkiewicz chyba się przestraszył. Po pierwsze
opowiedział nam ciekawą historię z Bukaresztu. Jak spotkał Zyguta w porcie w Konstancy, to miał on ze sobą dwie nietypowe drewniane walizy.
Wcześniej miał tylko jedną.
- Dziwne, prawda? - wtrącił Filip.
- Potem zapytaliśmy go o tę sprawę z Olszewskim i wyjazdy Zyguta w góry.
Okazało się, że w czasie tych wypraw Zygut czegoś szukał czy coś chował
właśnie w rejonie Rajatu. Wiąże się to z jego wyjazdami do Libanu.
Jeździł tam do jakiegoś miasta koło Bejrutu, zaraz... miałem zapisane...
Sydon.
- Czyli Sajda - zwrócił im uwagę major.
- Chyba odwiedził kogoś w naszym konsulacie generalnym i jakąś polską
rodzinę w Dekuane, która mieszka tam od paru lat. Mówił, że Zygut do
Iraku wracał zawsze z bagażami i potem jeździł w góry. W końcu
potwierdził nam, że spotkał Zyguta koło Rajatu. Ale nie wie, co dalej
się z nim stało. Według mnie coś jeszcze kręci.
- Tak jak przypuszczaliśmy, okłamał pana majora - wtrącił Godlewski.
- I jeszcze jedno, majorze. Poznaliśmy w Sulajmaniji jednego Polaka.
Przedzierał się chłop z Iranu. Ma trochę pojęcia o łączności. Może by go
do 11 Batalionu w Qizil Ribat... ma pan tam dobre układy przecież, albo na
kurs do Bagdadu... Pan wie, ten dla szyfrantów.
- Co ty mi, Armando, zawracasz głowę? Idź do sztabu, w kadrach pracuje
taka wysoka dziewczyna o wielkich fiołkowych oczach. Powołaj się na
mnie. Ona pomoże ci to załatwić.
Winiecki pokiwał głową.
- A co robimy dalej z tą sprawą, panie majorze?
- Teraz czeka nas, jak dobrze wiesz, Armando, relokacja do Palestyny.
Tam wrócimy do tematu. Aha, załatwiłem w sztabie, że pojedziecie razem z tymi swoimi dziewczynami. Zgłoście się do ewidencji obozowej do tej...
zresztą wiecie dobrze do kogo.
"Januszkiewicz kłamał. Dlaczego? Może jednak coś wie o zaginięciu
Zyguta?" Czakucki po wyjściu podwładnych zapalił papierosa. "Co ten
Zygut robił w Libanie? To muszę ustalić. Po co jeździł w góry
Kurdystanu? Wspinaczka to dobra legenda. Czy w tych walizkach mógł
mieć...?" Mocno potarł dłonią rozpalone czoło. Miał przeczucie, że jest
już coraz bliżej.