Major Łodyna (tom 3). Operacja Retea - Marcin Faliński, Marek Kozubal

Kup ebooka

34.99 zł
26.94 zł (20,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Pol­ska - wio­sna 2014 rok

Się­gnął ręką do wewnętrz­nej kie­szeni i szybko wyjął z mary­narki jedwabną chu­s­teczkę. Spoj­rzał na wyha­fto­waną literę E i przy­po­mniał sobie dło­nie uko­cha­nej Eve­lyn, które ją naszyły. Pamię­tał, że kie­dyś, zawsze przed reali­za­cją zada­nia, cało­wała ten kawa­łek mate­riału swo­imi peł­nymi kar­mi­no­wymi war­gami i wkła­dała mu chu­s­teczkę w dłoń. To miało mu zapew­nić szczę­śliwy powrót do domu.

Ile to już lat minęło od tamych chwil? Trzy­dzie­ści?

Ze szkla­nego sto­lika pod­niósł fili­żankę kawy. Napój nie miał takiego smaku jak jego ulu­biona red bour­bon - z lek­kim posma­kiem suszo­nych owo­ców wiśni i aro­ma­tem czer­wo­nego wina. Tym­cza­sem zanu­rzył usta w gorą­cym, nieco mdłym napoju, który był zbyt kwa­sko­waty. Zapewne ziarna zmie­lono zbyt dawno. "Pew­nie leżały bli­sko her­baty i mięty" - pomy­ślał, wyczu­wa­jąc ich deli­katną woń. A smak, pomimo upływu lat, cią­gle miał dosko­nały.

Wyglą­dał jak prze­ciętny tury­sta, cho­ciaż nieco ina­czej ubrany niż zwy­kle poja­wia­jący się w tej oko­licy War­szawy przy­jezdni z Wysp Bry­tyj­skich, Nie­miec, Rosji czy nawet Japo­nii. Nazbyt ele­gancki i ubrany ze sma­kiem. Wprawny obser­wa­tor mógłby jed­nak zauwa­żyć, że ma na sobie sztruk­sowe spodnie, które modne były kil­ka­na­ście lat temu. Brą­zowe, lekko wytarte skó­rzane trze­wiki lśniły w słońcu. Jasna koszula i twe­edowa jed­no­rzę­dowa brą­zowa mary­narka Har­risa ide­al­nie opi­nały jego klatkę pier­siową.

Dawno skoń­czył sie­dem­dzie­siątkę, ale utrzy­my­wał dosko­nałą kon­dy­cję. Nie tylko ćwi­czył na siłowni, ale też codzien­nie sta­rał się pły­wać w base­nie. Siwe, nad­zwy­czaj bujne jak na ten wiek włosy kon­tra­sto­wały z deli­katną opa­le­ni­zną, a piwne oczy mogły wska­zy­wać na jego połu­dniowe pocho­dze­nie. Kobiety, które spo­ty­kał na swo­jej dro­dze, porów­ny­wały go z Hum­ph­reyem Bogar­tem. Może dla­tego, że jego twarz - zawsze gładko ogo­lona - była lekko pocią­gła i zakoń­czona pod­bród­kiem z deli­kat­nie zary­so­wa­nym doł­kiem.

Spoj­rzał na zega­rek i osza­co­wał, że może jesz­cze posie­dzieć przy kawiar­nia­nym sto­liku kil­ka­na­ście minut. W tym momen­cie z gło­śnika umiesz­czo­nego wewnątrz budynku popły­nęły dźwięki tak bli­skiej mu bossa novy. Zanu­rzył się w deli­katny rytm Garota di Ipa­nema wyko­ny­wa­nej po angiel­sku i ponow­nie odpły­nął myślami za ocean. Zmru­żył oczy. Przed nimi prze­pły­nął obraz z prze­szło­ści, gdy razem z Eve­lyn wybrali się z Belo Hori­zonte czer­woną alfą romeo do Nova Ponta da Fruta nad oce­anem. Tam, w barze na nada­tlan­tyc­kiej plaży, po raz pierw­szy usły­szał utwór Jobima i Mora­lesa w wyko­na­niu Jo?o Gil­berto oraz aksa­mitny głos jego uko­cha­nej Astrud. Tań­czyli z Eve­lyn na pia­sku do późna w nocy, a potem namięt­nie się kochali w wyna­ję­tym na week­end nie­wiel­kim domku sto­ją­cym kil­ka­dzie­siąt metrów od brzegu oce­anu.

Yes, I would give my heart gla­dly but each day as she walks to the sea - zanu­cił pod nosem.

Star­szy męż­czy­zna ock­nął się z zadumy. "Zbyt to wszystko sie­lan­kowe. Sen­ty­men­talne? Za bar­dzo" - pomy­ślał. Ponow­nie spoj­rzał na nie­bie­ski cyfer­blat swo­jej sekondy. Lubił zegarki tej marki - jed­nego z nie­wielu eks­por­to­wych radziec­kich hitów, które zdo­były zachod­nie rynki zdo­mi­no­wane przez szwaj­car­skie, japoń­skie czy nie­miec­kie firmy z tej branży. Od momentu wypadku, w któ­rym został popa­rzony, nosił zega­rek na lewej ręce.

Popra­wił kra­wat, a rogowe oku­lary prze­ciw­sło­neczne zało­żył na nos. Zarzu­cił na rękę oliw­kowy, nieco sta­ro­świecki płaszcz i ener­gicz­nie wstał. W tym momen­cie odru­chowo dotknął wewnętrz­nej kie­szeni. Pod pal­cami wyczuł cha­rak­te­ry­styczny kształt rewol­weru - pię­cio­strza­ło­wego Tau­rusa 605. Ten dotyk przy­wró­cił trzeź­wość jego umy­słowi. Musiał być czujny i skon­cen­tro­wany na zada­niu, które miał wyko­nać. Nie mógł sobie pozwo­lić na jaki­kol­wiek moment zawa­ha­nia.

Tym razem musiał posprzą­tać i zatrzeć ślady. Miał prze­rwać nici, gdyż te mogłyby dopro­wa­dzić do odkry­cia osoby i służby, która za wszyst­kim stała. Ale też czuł przez skórę, że coś się koń­czy. Nie towa­rzy­szyło mu już takie napię­cie, jakie nie­mal zawsze odczu­wał w prze­szło­ści, z mniej­szą lub więk­szą inten­syw­no­ścią, w cza­sie reali­za­cji podob­nych ope­ra­cji. A miał ich za sobą wiele. Musiałby się mocno wysi­lić, aby przy­po­mnieć sobie twa­rze osób, z któ­rymi skrzy­żo­wał go los i któ­rych linię życia prze­ciął.

Pod fili­żanką zosta­wił dwa­dzie­ścia zło­tych. Pod­niósł się i nie­spiesz­nie ruszył Chmielną w kie­runku Nowego Światu, gdy nagle jego wzrok zatrzy­mał się na cha­rak­te­ry­stycz­nej postaci, a następ­nie zaczął ją śle­dzić.

Wysoki ciemny blon­dyn wyło­nił się z bramy kamie­nicy zale­d­wie kil­ka­na­ście metrów od niego. Prze­ciął jezd­nię i zatrzy­mał się przy witry­nie sklepu z odzieżą. Wszedł do środka. Po chwili wyszedł, ale zatrzy­mał się na uła­mek sekundy w drzwiach. Mogłoby się wyda­wać, że lustruje oto­cze­nie. Potem spo­koj­nie skrę­cił w wąski prze­świt mię­dzy kamie­ni­cami. Miał na sobie roz­cią­gniętą czarną bluzę z kap­tu­rem oraz ciemne spodnie bojówki i róż­nił się znacz­nie od wize­runku ze zdję­cia, które star­szy męż­czy­zna oglą­dał przed przy­jaz­dem do Pol­ski. Mimo to nieco sta­ro­świecki dżen­tel­men był jed­nak pewien, kogo ma przed oczami.

Wło­żył oliw­kowy pro­cho­wiec i ruszył za blon­dy­nem. Szedł w takiej odle­gło­ści, aby nie stra­cić go z oczu, ale też żeby nie nara­zić się na dekon­spi­ra­cję. Miał cho­lerne szczę­ście, bo zakła­dał, że spo­tka tego mło­dego czło­wieka dopiero za jakiś czas w pew­nej piwiarni przy Nowym Świe­cie. Infor­ma­cję o tym, kiedy i gdzie może się w niej poja­wić, prze­słano mu w krót­kim ese­me­sie.

Przy Juliana Tuwima oce­nił, że przy­szedł wła­ściwy moment na reali­za­cję zada­nia. Ulica była pusta, póź­no­wio­senny popo­łu­dniowy upał zamknął oko­licz­nych miesz­kań­ców w ocie­nio­nych miesz­ka­niach. Z otwar­tego okna na dru­gim pię­trze pły­nął dość gło­śno hip-hop, który zagłu­szał miej­ski szum. To też mu sprzy­jało. Się­gnął prawą dło­nią do kie­szeni mary­narki, wyczuł chłód ręko­je­ści rewol­weru i... w tym momen­cie powoli ją cof­nął. Z pobli­skiej bramy wyszedł szybko jeden, a za nim drugi męż­czy­zna. Mieli spor­towe buty trek­kin­gowe, dżinsy i prze­ciw­desz­czowe kurtki z gore­texu. Jakby wybie­rali się na wycieczkę w góry, a nie na spa­cer po sto­licy Pol­ski. Po ich ruchach widać było, że kogoś szu­kają. Zasta­na­wiali się, w którą bramę wejść. U jed­nego z nich - wyż­szego z ciem­nym wąsem, zauwa­żył w uchu słu­chawkę. Po chwili ten ze słu­chawką zaczął coś komuś tłu­ma­czyć, korzy­sta­jąc z łącz­no­ści bez­prze­wo­do­wej. Z dala wyglą­dało to tak, jakby roz­ma­wiał sam z sobą.

Miał za sobą dzie­siątki podob­nych ope­ra­cji i ni­gdy prze­czu­cie, a w zasa­dzie wie­lo­let­nie doświad­cze­nie, nie pozwa­lało mu błęd­nie oce­nić sytu­acji. I tym razem wyczuł zagro­że­nie. "Nie wyglą­dają na jego ochronę. Obser­wa­cja!" - pomy­ślał i cof­nął się w cień pobli­skiej bramy.

W tym momen­cie blon­dyn na chwilę odwró­cił jakby od nie­chce­nia głowę. Na uła­mek sekundy ich spoj­rze­nia się skrzy­żo­wały. Blon­dyn prze­cze­sał dło­nią włosy. Wyraz twa­rzy wska­zy­wał, że zasta­na­wiał się nad czymś przez chwilę. Ruszył dalej. Za nim w pew­nej odle­gło­ści podą­żyli po czte­rech, pię­ciu sekun­dach dwaj męż­czyźni w kurt­kach gore­te­xo­wych. Kiedy wyda­wało się, że nie stracą z zasięgu wzroku blon­dyna, z ulicy Gór­skiego wyszła kil­ku­na­sto­oso­bowa grupa przed­szko­la­ków w żół­tych kami­zel­kach. Dzieci, które trzy­mały się za rękę, prze­cięły drogę pomię­dzy blon­dynem a podą­ża­ją­cymi za nim wywia­dow­cami. Ci zaczęli mio­tać się pomię­dzy dziećmi. Nie wie­dzieli, jak sobie z nimi pora­dzić. Deli­kat­nie pró­bo­wali je odsu­wać ze swo­jej drogi, ale opie­kunka grupy zaczęła ostro pro­te­sto­wać.

- Pano­wie, spo­koj­nie, to są dzieci! Uwa­żaj­cie na nie! Sta­siu, odsuń się! - krzyk­nęła do jed­nego z malu­chów.

Trwało to kil­ka­na­ście sekund. W tym cza­sie blon­dyn wszedł w mar­twe pole. "Dzię­kuję, dzie­ciaki" - pomy­ślał. Tak jak pla­no­wał, wyszedł spod obser­wa­cji. Zawsze marzył, aby tak jak kie­dyś ofi­ce­ro­wie CIA czy BND wyko­rzy­stać sys­tem przejść w tym rejo­nie. Miał w pamięci opo­wie­ści chło­pa­ków i dziew­czyn z daw­nej betki o roz­ry­so­wa­nych przej­ściach, bra­mach, zaka­mar­kach, drzwiach, zauł­kach mię­dzy Ale­jami Jero­zo­lim­skimi a ulicą Świę­to­krzy­ską. Major Agen­cji Wywiadu Mar­cin Łodyna zmie­rzał na spo­tka­nie ze swoją kole­żanką ze służby Magdą Sier­pecką oraz ofi­cer CIA Kate. Miał się dowie­dzieć, kto jest rosyj­skim agen­tem na Miło­będz­kiej.

Gdy dwaj męż­czyźni znik­nęli mu z oczu, star­szy męż­czy­zna oparł się o ścianę cuch­nącą moczem i poma­zaną graf­fiti. Dopiero teraz do niego dotarło, że już prze­cież widział tego blon­dyna. "Dla­czego, kurwa, wcze­śniej nie roz­po­zna­łem go na zdję­ciu?! Co jest ze mną?!" Wie­dział, że nie wyko­nał zada­nia, ale w tych warun­kach nie mógł tego zro­bić. Dekon­spi­ra­cja nie wcho­dziła w grę. To miała być tajem­ni­cza śmierć pod­bu­do­wana póź­niej całym cią­giem dzia­łań dez­in­for­mu­ją­cych pol­skich śled­czych.

"Nie teraz. Nie teraz. Oko­licz­no­ści się zmie­niły, a jemu się upie­kło" - tłu­ma­czył się przed samym sobą.

Doszedł do ulicy Warec­kiej. Zda­wał sobie sprawę, że musi wyjść jak naj­szyb­ciej ze strefy pro­wa­dzo­nych dzia­łań obser­wa­cyj­nych. W innym wypadku mógł zostać przy­pad­kowo nagrany lub zapa­mię­tany. Nie mógł do tego dopu­ścić.

Skrę­cił w lewo, w Nowy Świat. Dotarł do Świę­to­krzy­skiej. Na przy­stanku wsiadł w auto­bus, któ­rym doje­chał do przy­stanku rondo ONZ. Przy ulicy Twar­dej wstą­pił do sklepu i kupił kawa­łek swoj­skiej, mocno czosn­ko­wej kieł­basy, dwie chru­piące kaj­zerki i kilka ogór­ków kiszo­nych. Potem pod­szedł kil­ka­dzie­siąt metrów i wsiadł do zapar­ko­wa­nego gra­na­to­wego forda fie­sty. Zamknął oczy. Dzi­siaj miał wyjąt­kowo inten­sywny dzień. Zostało mu jesz­cze jedno zada­nie do wyko­na­nia. "Na razie jeden do jed­nego". Uśmiech­nął się w duchu na myśl, że użył pił­kar­skiego porów­na­nia.

Przed połu­dniem był w szpi­talu MSWiA w War­sza­wie przy Woło­skiej. Samo­chód zapar­ko­wał przy ulicy Dąbrow­skiego z dala od kamer ochrony. Prze­szedł koło wej­ścia głów­nego. Minął po lewej park ze sta­wem. Skrę­cił w prawo pod nie­wielki daszek nad bocz­nym wej­ściem. Wewnątrz budynku skie­ro­wał się do windy. Zna­lazł się na miej­scu. Przed wej­ściem na oddział hema­to­lo­gii i onko­lo­gii przy­go­to­wany był na wyko­rzy­sta­nie legendy, która miała mu pozwo­lić dostać się do jed­nej z sal dla pacjen­tów. Nie było jed­nak takiej potrzeby. Miał bar­dzo dużo szczę­ścia. Pie­lę­gniarka oddzia­łowa aku­rat gdzieś wyszła. Nagle z gabi­netu wyło­niła się lekarka, która trzy­mała w ręku plik papie­rów, prze­pu­ścił ją i wszedł na wewnętrzny kory­tarz. Uśmiech­nął się do lekarki i powie­dział z akcen­tem Kre­so­wiaka:

- Sza­nowna pani, ja do brata. Romań­czuk ma na nazwi­sko.

Mówiąc to, jakby bar­dziej się zgar­bił. Sta­rał się wyglą­dać na jesz­cze star­szego. Lekarka spoj­rzała na niego badaw­czo.

- Ależ pro­szę pana, pan tam nie może wejść. Poza tym płaszcz trzeba zosta­wić na dole w szatni. No i należy zało­żyć spe­cjalne ochra­nia­cze i maseczkę, sale pacjen­tów są ste­rylne. Nie mówiła panu tego pie­lę­gniarka przy wej­ściu?!

Męż­czy­zna zdjął pro­cho­wiec, nie­dbale rzu­cił go na krze­sło sto­jące na kory­ta­rzu.

- Pani dok­tor. Mówiła, mówiła. Ale pani rozu­mie. To dla mnie wysi­łek. Ja tylko na chwi­lu­nię - odpo­wie­dział.

- Dobrze. Tam są ochra­nia­cze na buty i far­tuch. - Kobieta wes­tchnęła i wska­zała pal­cem na wie­szak sto­jący w kory­ta­rzu. - A tu, pro­szę, maseczka. - Podała mu podłużne papie­rowe pudełko z jed­no­ra­zów­kami.

Zało­żył jedną i ochra­nia­cze na buty. Potem narzu­cił na ramiona zie­lony far­tuch ochronny.

- Tak może być? - spy­tał i popa­trzył pro­szą­cym wzro­kiem na lekarkę.

- Sala druga, po pra­wej stro­nie.

Star­szy męż­czy­zna, zamiast ruszyć we wska­zane miej­sce, skrę­cił do męskiej toa­lety. Wszedł do kabiny. Z kie­szeni mary­narki wyjął chi­rur­giczną latek­sową ręka­wiczkę i nacią­gnął ją, a następ­nie w tej samej dłoni scho­wał nie­wielki ato­mi­zer wyglą­da­jący jak bute­leczka z per­fu­mami. Deli­kat­nie prze­krę­cił jego główkę. Spu­ścił wodę i wyszedł z toa­lety.

Romań­czuk był sam w szpi­tal­nym pokoju. Spał. Ciężko oddy­chał. Jego skóra przy­po­mi­nała tro­chę per­ga­min, spod któ­rego prze­świ­ty­wały błę­kitne paję­czyny żył. Świe­cąca nad nim jarze­niówka pogłę­biała jej bla­dość, podob­nie jak jasno­żółte płytki na ścia­nach. Przy łóżku stała kro­plówka, jed­nak nie była pod­łą­czona. Na sto­liku obok leżała jakaś gruba książka w czer­wono-czar­nej okładce z dużym bia­łym napi­sem. Obok stała szklanka z nie­wy­pitą wodą. Męż­czy­zna spraw­dził w szpi­tal­nej kar­cie cho­ro­bo­wej przy­mo­co­wa­nej do ramy łóżka nazwi­sko pacjenta. Upew­nił się, że nie doszło do pomyłki. Mimo że miał w prze­szło­ści do czy­nie­nia z Romań­czukiem, musiał to zro­bić. "Nie ma gorączki? Ciśnie­nie w nor­mie jak na ten wiek i stan?" - czy­tał w myślach kartę. Jesz­cze raz popa­trzył na cho­rego. "Jed­nak tro­chę się zmie­nił. Posta­rzał się, schudł, posi­wiał, włosy już mocno prze­rze­dzone. Cho­roba i lata odci­snęły na nim piętno" - doszedł do wnio­sku.

Ostroż­nie pod­niósł szklankę z wodą. Odwró­cił się od Romań­czuka. Dłoń w ręka­wiczce odsu­nął jak naj­da­lej od swo­jej twa­rzy. Wstrzy­mał oddech i deli­kat­nie spry­skał szklane kra­wę­dzie. Następ­nie posta­wił ją na sto­liku i zdjął ręka­wiczkę. "Szkoda go, szybko się uczył i awan­so­wał" - pomy­ślał.

Wycho­dząc z sali, spo­koj­nie zlu­stro­wał kory­tarz. Nie zauwa­żył jakie­go­kol­wiek ruchu. Na oddziale pano­wała senna atmos­fera. Kątem oka dostrzegł jed­nak kamerę przy wej­ściu oraz nad punk­tem pie­lę­gniar­skim.

Obec­ność tych urzą­dzeń nie zbu­rzyła jed­nak jego spo­koju. "Pew­nie już ni­gdy nie przy­jadę do Pol­ski. To prze­cież jest koniec. Mogą mnie szu­kać!" - pomy­ślał. Ale jed­nak odru­chowo zgar­bił się i schy­lił głowę, kry­jąc ją w ramio­nach.

- Do widze­nia. - Uśmiech­nął się do pie­lę­gniarki, która poja­wiła się przy wej­ściu i patrzyła w jakieś papiery.

Nawet mu nie odpo­wie­działa. Zgar­nął z krze­sła płaszcz i wyszedł. W kie­szeni spodni deli­kat­nie wyma­cał nie­wielki krzy­żyk zro­biony z kamie­nia - jego tali­zman, z któ­rym nie roz­sta­wał się nie­mal od początku swo­jego życia. Dostał go od opie­kuna w dale­kiej Afryce. Zawsze miał go przy sobie, wie­rzył, że przy­nosi mu szczę­ście.

* * *

Star­szy męż­czy­zna zapar­ko­wał fie­stę pomię­dzy drze­wami kil­ka­na­ście metrów od ulicy Topo­lo­wej na pery­fe­riach Żyrar­dowa. Wcze­śniej na jed­nej ze sta­cji ben­zy­no­wych na tra­sie z War­szawy kupił kawę. Pod­je­chał na nie­od­le­gły par­king. Prze­brał się w ciemne spor­towe ubra­nie. Miał teraz na sobie gra­na­towe jog­gery i czarną bluzę, a na gło­wie czapkę z dasz­kiem. Ewen­tu­alny prze­cho­dzień powi­nien wziąć go za zwy­kłego bie­ga­cza.

Wyszedł i skie­ro­wał się w kie­runku kępy krza­ków. Od pose­sji, która była jego celem, dzie­liło go nie­całe dwie­ście metrów. Wyjął z zapi­na­nej na suwak kie­szeni spodni małą lor­netkę. Zaczął spo­koj­nie obser­wo­wać ruch wokół domu. Przed bramą wej­ściową stał ozna­ko­wany radio­wóz poli­cyjny, a na tere­nie pose­sji czarny volks­wa­gen trans­por­ter. Boczne drzwi vana były uchy­lone, a w środku sie­dział męż­czy­zna i coś prze­glą­dał na lap­to­pie. W par­te­ro­wym, poma­lo­wa­nym na szaro domu, kry­tym rudą cera­miczną dachówką, krę­cili się ludzie. Co kilka minut ktoś wcho­dził i wycho­dził. Ekipa wno­siła i wyno­siła jakieś walizki. Każdy ruch na podwórku gar­dło­wym uja­da­niem sygna­li­zo­wał przy­wią­zany linką do budy owcza­rek bel­gij­ski. Pies, gdyby tylko mógł, sko­czyłby na każ­dego obcego, który poja­wił się na jego tere­nie. W pew­nym momen­cie z domu wyszła szczu­pła, krótko ostrzy­żona kobieta w śred­nim wieku. Sta­nęła z boku i ner­wowo zapa­liła papie­rosa. "Chyba żona. Tak, zga­dza się" - upew­nił się w myślach.

Po sie­dem­na­stej część ekipy docho­dze­nio­wej odje­chała samo­cho­dami, które stały z dru­giej strony pose­sji. Tych pojaz­dów nie widział ze swo­jego miej­sca obser­wa­cji. Pół godziny póź­niej z podwórka na szu­trową drogę wyje­chał van. Kie­rowca zatrzy­mał się jesz­cze przy poli­cyj­nej kii, uchy­lił okno i coś powie­dział do funk­cjo­na­riu­sza w radio­wo­zie. Chwilę potem ten także odje­chał. W tym momen­cie na pose­sję wje­chał sele­dy­nowy citroën C3 kie­ro­wany przez kobietę. Zatrzy­mał się. Z auta wysia­dło dwóch nasto­lat­ków, któ­rzy zaraz pod­bie­gli do psa. Pies był spo­kojny, zapewne ich znał. Wyszła do nich żona Romań­czuka. Kobiety roz­ma­wiały ner­wowo przez kil­ka­na­ście minut. Potem goście wsie­dli do citroëna i odje­chali.

Dzie­sięć minut póź­niej świa­tła w domu zga­sły. "Jest zmę­czona. Pew­nie weź­mie śro­dek na sen. W końcu spa­dło to na nią jak grom. Musi odpo­cząć" - doszedł do wnio­sku, nie odry­wa­jąc oczu od lor­netki. Posta­no­wił wró­cić do fie­sty i odcze­kać godzinę. Przy­po­mniał sobie o kieł­ba­sie, która mocno pach­niała czosn­kiem w samo­cho­dzie. Nie miał czasu nawet cze­goś zjeść. Wziął kaj­zerki. Napił się resztki zim­nej kawy w papie­ro­wym kubku. Strzep­nął z jog­ge­rów okru­chy po buł­kach.

Wró­cił na swój punkt obser­wa­cyjny. Wła­śnie w tym momen­cie zauwa­żył jakiś ruch koło domu poprze­dzony włą­cze­niem świa­tła na ganku. Przy­ło­żył do oczu lor­netkę. W uchy­lo­nych drzwiach domu stała żona Romań­czuka. W jed­nej ręce trzy­mała kie­li­szek wina, w dru­giej - papie­rosa. Paliła łap­czy­wie. Wrzu­ciła nie­do­pa­łek do doniczki z czer­woną pelar­go­nią. Pode­szła do wej­ścio­wej furtki i zamknęła ją na klucz, następ­nie spu­ściła psa z uwięzi. Cho­ciaż ten zaczął się łasić, nie miała ochoty na zabawę. Znik­nęła za drzwiami. Świa­tło na weran­dzie zga­sło.

Męż­czy­zna wró­cił do samo­chodu. W pobliżu nie zauwa­żył nic nie­po­ko­ją­cego. Powoli się ściem­niało. Z połu­dnia nad­cią­gały chmury burzowe. Wyjął ze schowka fie­sty zawi­nięte w papier pętko kieł­basy oraz nie­wielką bute­leczkę i strzy­kawkę. Wcią­gnął w nią cen­ty­metr płynu, wbił igłę w kawa­łek wędliny i naci­snął tło­czek. Wło­żył ręka­wiczki, na głowę nacią­gnął komi­niarkę, do zapi­na­nej kie­szeni wło­żył małą latarkę tak­tyczną. Odcze­kał chwilę. Robiła się już sza­rówka. Był znowu na miej­scu obser­wa­cji.

W domu nie paliły się żadne świa­tła. "Czas na mnie". Schy­lony pod­biegł przez poro­śnięte wysoką trawą pole do ogro­dze­nia pose­sji. Pies bły­ska­wicz­nie zna­lazł się przy nim, spoj­rzał na intruza, zastrzygł uszami, a potem, szcze­rząc zęby, gwał­tow­nie naparł na ogro­dze­nie. Ale wła­śnie wtedy męż­czy­zna przez siatkę prze­rzu­cił kawa­łek kieł­basy naszpry­co­wany środ­kiem usy­pia­ją­cym. Pies jesz­cze przez chwilę uja­dał, ale po kilku minu­tach znu­dził się, bo wywą­chał sma­ko­łyk. Po kolej­nych kilku leżał na boku i się nie ruszał. Męż­czy­zna spraw­nie poko­nał nie­zbyt wyso­kie ogro­dze­nie. Latarką omiótł bru­natne ciel­sko owczarka, dla pew­no­ści deli­kat­nie dotknął go nogą. Pies nie reago­wał, z pyska wysta­wał mu jedy­nie różowy język.

Skie­ro­wał się do sto­ją­cej obok domu nie­wiel­kiej drew­nia­nej komórki. Uchy­lił drzwi. Wszedł do środka i zamknął je za sobą. Dzia­łał jak auto­mat. Zapa­lił latarkę i pod­szedł do równo poukła­da­nych kawał­ków drewna. Wyjął z kie­szeni zdję­cie z zazna­czo­nym jed­nym z nich. Szybko odna­lazł ten wła­ściwy, wycią­gnął i scho­wał do czar­nego worka. Wyszedł. W tym momen­cie zapa­liło się świa­tło nad drzwiami do domu. Usły­szał szczęk otwie­ra­nego zamka. Bie­giem ruszył do ogro­dze­nia. Poko­nał je dwoma spraw­nymi ruchami. Spoj­rzał za sie­bie i zoba­czył prze­ra­żoną kobietę. Nie krzy­czała. Zamarła ze stra­chu, patrzyła na nie­ru­chome ciemne ciało psa. Dło­nie przy­ci­skała do ust, jakby bała się, że głos wydo­sta­nie się jej z gar­dła.

Męż­czy­zna dobiegł do samo­chodu. Bły­ska­wicz­nie uru­cho­mił sil­nik i powoli ruszył. Kątem oka spoj­rzał jesz­cze raz na dom. Kobieta ucie­kła do środka. Jed­nak pose­sja cała była roz­świe­tlona. Zerwał z głowy komi­niarkę. Wci­snął pedał gazu. Prze­je­chał obok ple­ne­ro­wej siłowni na osie­dlu Leśna. Kie­ro­wał się w stronę Zalewu Żyrar­dow­skiego.

Droga do zbior­nika wod­nego zajęła mu nie­całe pięć minut. W tym cza­sie nad mia­stem roz­sza­lała się burza. Wiał mocny wiatr, ale deszcz jesz­cze nie padał. Zro­biło się zupeł­nie ciemno, a niebo roz­świe­tlały bły­ski. Zwol­nił. Wje­chał na pusty o tej porze par­king. Włą­czył w samo­cho­dzie latarkę i nożem ze swo­jego mul­ti­to­olu Leather­mana pod­wa­żył szcze­linę w kawałku drzewa. Ze schowka wyjął tele­fon komór­kowy, który Romań­czuk wyko­rzy­sty­wał do łącz­no­ści spe­cjal­nej. Tele­fon i kartę SIM zmiaż­dżył kom­bi­ner­kami. Wyszedł z samo­chodu i rzu­cił znisz­czony tele­fon i kartę daleko przed sie­bie, w ciemną otchłań wody. Usły­szał cichy plusk. Odszedł kil­ka­na­ście metrów w bok i z całej siły wyrzu­cił do zalewu swój rewol­wer. Wró­cił do fie­sty. Nie bez trud­no­ści prze­brał się w ele­ganc­kie ubra­nie. Wło­żył twe­edową mary­narkę. Prze­glą­da­jąc się w lusterku wstecz­nym, popra­wił włosy. Spor­towe rze­czy i komi­niarkę zwi­nął i wło­żył do torby folio­wej na śmieci. Posta­no­wił wyrzu­cić ją gdzieś dalej, po dro­dze.

Stał się zupeł­nie innym czło­wie­kiem. Dopiero teraz napię­cie zupeł­nie puściło. Roz­luź­nił się. To było jego ostat­nie zada­nie. Wcią­gnął nosem cie­pły zapach nocy. W tym momen­cie zaczął padać rzę­si­sty deszcz. "Limit szczę­ścia na dziś został wyczer­pany". Uśmiech­nął się na myśl, że wszyst­kie ślady, które zosta­wił na polu w pobliżu domu Romań­czuka, nie­ba­wem spłyną wraz z wio­sen­nym desz­czem.

Ruszył w kie­runku War­szawy. Na trasę do sto­licy wje­chał przez węzeł Wiskitki. Po czter­dzie­stu minu­tach zosta­wił samo­chód na par­kingu pod­ziem­nym przy lot­ni­sku Fry­de­ryka Cho­pina. Klu­czyki zosta­wił pod wycie­raczką, podob­nie jak doku­menty wozu. Wyjął z bagaż­nika nie­wielką walizkę i ruszył do ter­mi­nalu A.

Samo­lot do Frank­furtu miał za dwie godziny.

Roz­dział 1

Rumu­nia, Tur­cja - wrze­sień 1939 roku

Czarny dodge D-1125 z bia­łym napi­sem Taxi na przed­nich drzwiach ruszył gwał­tow­nie spod kamie­nicy przy Calea Vic­to­riei, gdzie mie­ścił się nie­wielki hotel Maje­stick. Minął po pra­wej Savoy The­atre i nowo­cze­sny budy­nek cen­trali tele­fo­nicz­nej nazy­wany The­le­pone Palace. Mimo póź­nej pory na głów­nej arte­rii rumuń­skiej sto­licy pano­wał spory ruch. Piesi prze­ci­skali się chod­ni­kami, co chwila zatrzy­mu­jąc się przed witry­nami licz­nych skle­pów, restau­ra­cji i kawiarni. Po dwu­dzie­stu minu­tach szyb­kiej jazdy samo­chód minął z piskiem opon ostatni zakręt. Świa­tło z jego reflek­to­rów omio­tło sto­jący przy bru­ko­wa­nej ulicy kiosk z kwia­tami na rogu Calea Târgovi?tei. Zwol­nił nieco dopiero przed torami tram­wa­jo­wymi, cią­gną­cymi się środ­kiem poprzecz­nej arte­rii. Skrę­cił w lewo i skie­ro­wał się w stronę kolum­nady z głów­nym wej­ściem do dworca kole­jo­wego Gara de Nord w Buka­resz­cie.

Major Sorin Dumi­tru, ofi­cer Sec­tia A II-a Sztabu Gene­ral­nego Kró­lew­skich Sił Zbroj­nych Rumu­nii, odde­le­go­wany ostat­nio do Sekre­ta­riatu Gene­ral­nego MON, zdą­żył jesz­cze spoj­rzeć na zegar znaj­du­jący się na pię­cio­pię­tro­wej wieży dwor­co­wej zakoń­czo­nej tara­sem wido­ko­wym. Tro­chę się uspo­koił. Tak­sówka gwał­tow­nie się zatrzy­mała. Major ure­gu­lo­wał należ­ność, podwa­ja­jąc ją wyso­kim napiw­kiem. Był hojny, bo czas był dla niego teraz naj­cen­niej­szy. Wyszedł z samo­chodu i rozej­rzał się uważ­nie.

Dumi­tru był wyso­kim i przy­stoj­nym czter­dzie­sto­lat­kiem. Nie­wielki czarny wąsik dopeł­niał jego wyraź­nie orien­tal­nego wyglądu. Nało­żył gra­fi­tową fedorę, która świet­nie paso­wała do cało­ści ciem­no­gra­na­to­wego ubra­nia. Dwu­rzę­dowa mary­narka o nieco kwa­dra­to­wej linii kroju, sze­ro­kie spodnie i biała koszula leżały na nim ide­al­nie, do tego docho­dził ciemny kra­wat. Wyjął z kie­szeni spodni meta­lową zapal­niczkę i paczkę lucky strike'ów. Zapa­lił i zacią­gnął się. W tym samym cza­sie szo­fer wysta­wił dwie duże skó­rzane walizki prze­wią­zane solid­nymi pasami z mosięż­nymi klam­rami. Męż­czy­zna rzu­cił nie­do­pa­łek papie­rosa. Pod­szedł powoli do drzwi pasa­żera i otwo­rzył je. Nachy­lił się i ze środka samo­chodu ode­brał nie­wiel­kie zawi­niątko. Od razu widać było, że to nie­mow­lak. Potem z pojazdu wysia­dła na oko trzy­dzie­sto­pię­cio­let­nia bru­netka. Spod nie­wiel­kiego, czar­nego, eks­tra­wa­ganc­kiego kape­lu­sza wysta­wały nieco spłasz­czone loki. Jak przy­stało na naj­now­sze trendy w modzie dam­skiej, kobieta miała odsło­niętą linię karku, uszu i skroni. Ubrana była w bor­dową gar­sonkę ozdo­bioną haftem. Nio­sła torebkę oraz wypchaną skó­rzaną brą­zową torbę lekar­ską zapiętą na meta­lowe zawiasy.

- Dorina, kocha­nie. Pospiesz się. Wejdźmy szybko do środka - rzu­cił major, dźwi­ga­jąc walizki.

- Już, już. Jesz­cze tylko popra­wię kocyk Emilce. Prze­cież mamy jesz­cze czas. Weź ode mnie tę torbę z zaku­pami - odpo­wie­działa.

- Jakimi zaku­pami?

- Jak to! Mówi­łeś, że ruszamy w daleką podróż i żebym się przy­go­to­wała. Jak wysze­dłeś dzi­siaj rano na spo­tka­nie w Athene Palace, ja byłam w deli­ka­te­sach Dra­go­mir Nicu­le­scu i kupi­łam parę rze­czy na drogę.

Major poki­wał głową, uśmiech­nął się i wziął od kobiety wysłu­żoną torbę. Po chwili mał­żon­ko­wie weszli do now­szej czę­ści dworca nazwa­nego na cześć cesa­rza Fran­ciszka Józefa Royal Hall. Szli wzdłuż głów­nej hali dwor­co­wej o ażu­ro­wej, meta­lo­wej kon­struk­cji sufitu. Major wyglą­dał, jakby liczył wszyst­kie mijane, wąskie sta­lowe kolumny pod­trzy­mu­jące dach. Odno­sił wra­że­nie, że one ni­gdy się nie skoń­czą. Gdy docho­dzili do pero­nów, spoj­rzał za sie­bie. Wśród spie­szą­cych się podróż­nych, snu­ją­cych się kole­ja­rzy, roz­ma­wia­ją­cych z poli­cjan­tem dwóch cel­ni­ków, jakiejś grupy żoł­nie­rzy i mary­na­rzy z Marina Natio­nala a Roma­niei, nie dostrzegł nikogo podej­rza­nego.

Okrą­gły zegar pod­wie­szony pod dachem wska­zy­wał za kwa­drans dwu­na­stą. Szli wzdłuż noc­nego składu pociągu do Kon­stancy. Ciem­no­zie­lone wagony z bocz­nymi napi­sami CFR powoli zapeł­niały się podróż­nymi, któ­rych zresztą nie było wielu. Major zwró­cił uwagę, że prze­działy są nie­oświe­tlone. Szu­kali wagonu pierw­szej klasy. Mijali te trze­ciej i dru­giej klasy. Jego wagon miał nama­lo­wany żółty pas nad linią okien i znaj­do­wał się zaraz za pocz­to­wym, na początku składu. Przed scho­dami kon­duk­tor popro­sił o bilety i dodał:

- Przy­po­mi­nam sza­now­nym pań­stwu, że okna w prze­dziale muszą być zasło­nięte.

- A co się dzieje? - zapy­tał nieco naiw­nym gło­sem major.

- Sza­nowny pan nie wie, że w Pol­sce wojna?! My też musimy się do niej szy­ko­wać. Pod Buka­resz­tem budo­wane są umoc­nie­nia i okna muszą być zasło­nięte, a świa­tło wyłą­czone. Uprze­dzam sza­now­nych pań­stwa, że mogą być opóź­nie­nia. Miłej podróży. - Oddał im bilety.

Ich prze­dział był pusty. Po paru minu­tach męż­czy­zna wyszedł i zapa­lił papie­rosa, spo­koj­nym kro­kiem ruszył w kie­runku czar­nego ciel­ska paro­wozu. Sapiąca powoli i wyrzu­ca­jąca na boki parę loko­mo­tywa z fabryki Uzi­nele de Fier?i Dome­niile Re?i?a wyglą­dała dostoj­nie. Odwró­cił się i popa­trzył na peron. Nikt go nie obser­wo­wał. To go uspo­ko­iło. Spoj­rzał na przód loko­mo­tywy i czer­woną tabliczkę z bia­łym nume­rem 142. 072. Wró­cił do swo­jego wagonu i wsko­czył zwin­nie na schodki.

- Jestem już, kocha­nie.

- Wszystko w porządku? Czy­sto? - spy­tała.

- Tak, chyba tak. Na pero­nie nie ma żywej duszy - odparł i zsu­nął okno. Wychy­lił się i uważ­nie jesz­cze raz na wszelki wypa­dek zlu­stro­wał peron.

Po paru minu­tach do ich uszu dobiegł dźwięk kole­jar­skich gwizd­ków. Jakby w odpo­wie­dzi usły­szeli prze­cią­gły gwizd loko­mo­tywy. Pociąg szarp­nął. Koła paro­wozu zabuk­so­wały w miej­scu, a biała para spo­wiła perony. Skład ruszył, by po chwili minąć ostat­nią tablicę z napi­sem Prima platformă. Buka­resz­teń­ski dwo­rzec zosta­wał z tyłu.

Podróż do por­to­wej Kon­stancy trwała kilka godzin. Pociąg zatrzy­my­wał się czę­ściej niż pod­czas ostat­nich waka­cji. Przez szparę w zasło­nię­tych oknach wagonu major kilka razy zauwa­żył mijane składy towa­rowe z trans­por­tem woj­ska. Przez całą podróż nie mógł pozbyć się wąt­pli­wo­ści, czy ich miesz­ka­nie w dużej, sece­syj­nej kamie­nicy przy Piata Sana­to­lui, nie­da­leko Pałacu Spra­wie­dli­wo­ści, zostało dobrze wyczysz­czone. Nacho­dziła go myśl, że zapo­mniał zli­kwi­do­wać skrytkę, w któ­rej prze­cho­wy­wał mate­riały do fał­szo­wa­nia doku­men­tów. Znisz­czył więk­szość sprzętu ze swo­jego nie­wiel­kiego, kon­spi­ra­cyj­nego labo­ra­to­rium foto­gra­ficz­nego. Nie mógł sobie jed­nak przy­po­mnieć, czy także spe­cjalny mikro­skop sprzę­żony z apa­ra­tem foto­gra­ficz­nym, słu­żący do pomniej­sza­nia zdję­cia nor­mal­nego for­matu pocz­tów­ko­wego do mikro­kropki. Wszystko działo się tak szybko. Oba­wiał się, że mógł popeł­nić jakiś błąd. Ulgę odczuł dopiero wtedy, gdy zdał sobie sprawę, że nie wróci szybko do Buka­resztu.

Naj­bar­dziej żało­wał, że fia­skiem zakoń­czyła się pla­no­wana od wielu mie­sięcy Ope­ra­cja Retea. Miało to być pio­nier­skie i wie­lo­let­nie przed­się­wzię­cie.

Pisk kół pociągu obu­dził majora i jego żonę. Pociąg wyraź­nie toczył się wol­niej. Zbli­żali się do końca podróży.

- Posłu­chaj. Zanim stąd wyje­dziemy - zaczął major - pój­dziemy do restau­ra­cji w hotelu Chérica, to koło plaja modern i nie­da­leko portu. Wynajmę dla nas pokój i zjemy tam śnia­da­nie. Potem muszę jesz­cze wyjść na chwilę do mia­sta.

- Sorin, kocha­nie. Może zosta­niemy i odpocz­niemy jeden dzień? Wiesz, Emi­lia może być zmę­czona nocną eska­padą. Jakoś słabo cią­gnęła mleko z piersi - powie­działa, gła­dząc z czu­ło­ścią twarz kil­ku­mie­sięcz­nego dziecka.

- Dosko­nale wiesz, że to wyklu­czone. Tłu­ma­czy­łem ci. Koniecz­nie dzi­siaj musimy opu­ścić Rumu­nię. To jedyna szansa na prze­ży­cie. Mamy prze­cież jesz­cze sporo godzin, żeby odpo­cząć. Może się tro­chę prze­śpi­cie po śnia­da­niu. Kie­dyś w tym hotelu odpo­czy­wali mnisi. Może udzieli ci się tro­chę ich spo­koju - odparł ser­decz­nym tonem i uśmiech­nął się.

- Mnisi? Jacy mnisi?

- Pra­wo­sławni podró­żu­jący na świętą górę Athos na pół­wy­spie Chal­ki­diki w Gre­cji.

Major nie znał zbyt dobrze Kon­stancy. To nie był jego obszar zain­te­re­so­wa­nia. Pamię­tał tylko z uzy­ska­nych w ostat­nich dniach infor­ma­cji od zna­jo­mych, że port ma pły­wa­jący dok, kilka lat temu wznie­siono nowy budy­nek dla admi­ni­stra­cji i zakoń­czono budowę nowego dworca kole­jo­wego, utwo­rzono też giełdę. Dużo sły­szał o naj­słyn­niej­szej budowli w mie­ście, czyli Cazi­no­ul­din Con­stanta w stylu art nouveau, zbu­do­wa­nym na początku XX wieku, oraz o pałacu kró­lew­skim. Zna­jomi reko­men­do­wali także liczne pen­sjo­naty i hotele. Może dla­tego zde­cy­do­wał, aby czas do wyjazdu spę­dzić wła­śnie w jed­nym z nich. Nie chciał poka­zy­wać się z żoną i dziec­kiem na mie­ście, aby nie rzu­cać się w oczy.

Po zje­dze­niu śnia­da­nia i krót­kim odpo­czynku w pokoju major wyszedł z naroż­nego budynku hotelu. Z por­to­wego nabrzeża co jakiś czas sły­chać było krót­kie albo prze­cią­głe sygnały dźwię­kowe ze stat­ków wcho­dzą­cych do portu. Nakła­dały się na nie odle­głe odgłosy z jed­no­stek ocze­ku­ją­cych na redzie. Dumi­tru popa­trzył na zacu­mo­wany przy nabrzeżu czarny pasa­żer­ski linio­wiec z dwoma bia­łymi komi­nami i czer­wo­nymi pasami wokół. Przez głowę prze­szła mu myśl, że może wła­śnie takim stat­kiem popłyną z Doriną i Emi­lią w nie­znane. Minął kilka toro­wisk, na któ­rych stały wagony towa­rowe oraz cysterny do prze­wozu ropy naf­to­wej.

Nie spie­sząc się, szedł rów­nym tem­pem ponow­nie w kie­runku Gara Mar­tima, dużego, czte­ro­pię­tro­wego bia­łego budynku dwor­co­wego z kil­koma masz­tami łącz­no­ści radio­wej na dachu. Minął nie­wielki skwer i sta­nął na scho­dach pod kolum­nadą wej­ściową. Spo­koj­nie zapa­lił papie­rosa. Miał jesz­cze pięć minut do spo­tka­nia z łącz­ni­kiem i rezy­den­tem NKWD w Kon­stancy. Jego noz­drza wcią­gały mie­szankę ame­ry­kań­skiego tyto­niu, rumuń­skiej ropy naf­to­wej i czar­no­mor­skiej bryzy. Przez kilka minut lustro­wał oto­cze­nie, po czym nacią­gnął moc­niej kape­lusz na czoło. Spoj­rzał na zega­rek. Była punk­tu­al­nie dzie­siąta.

Dwo­rzec mor­ski wypeł­niony był tłu­mem prze­ci­ska­ją­cych się podróż­nych, pokrzy­ku­ją­cych urzęd­ni­ków z agen­cji cel­nych i spe­dy­cyj­nych, mary­na­rzy z dużymi płó­cien­nymi wor­kami na ple­cach, kole­ja­rzy z cha­rak­te­ry­stycz­nymi, skó­rza­nymi tor­bami. Chaos potę­go­wały odgłosy w róż­nych języ­kach: rumuń­skim, rosyj­skim, angiel­skim, pol­skim, turec­kim, a nawet arab­skim. Pod­szedł do ostat­niego z pra­wej strony kon­tu­aru. Zdjął kape­lusz, odło­żył go obok, wyjął z wewnętrz­nej kie­szeni pióro i zaczął wypeł­niać doku­ment celny, który zabrał wcze­śniej z pliku róż­nych kwe­stio­na­riu­szy. Następ­nie zło­żył go na czworo i wsu­nął powoli do pra­wej, zewnętrz­nej kie­szeni mary­narki.

- Prze­pra­szam, czy mógłby mi pan poży­czyć pióro? Swoje zosta­wi­łem w hotelu - zwró­cił się do majora trzy­dzie­sto­pa­ro­letni męż­czy­zna o nieco kau­ka­skich rysach, mówiący z wyraź­nym moł­daw­skim akcen­tem.

Uchy­lił lekko czar­nego kape­lu­sza w stylu hom­burg z pod­wi­nię­tym nieco ron­dem. Następ­nie poło­żył na kon­tu­arze zło­żoną na pół gazetę z czer­wo­nym tytu­łem "Gazeta Spor­tu­ri­rol".

- Nie­stety, muszę odmó­wić. Spie­szę się. Nie­długo mam sta­tek do Pireusu - odpo­wie­dział major zgod­nie z przy­ję­tym sys­te­mem łącz­no­ści.

- Pro­szę iść za mną - rzu­cił szep­tem męż­czy­zna. - A, to prze­pra­szam sza­now­nego pana - dodał gło­śniej, ponow­nie uniósł swo­jego hom­burga i zapiął na dwa guziki gra­na­tową kapi­tań­ską mary­narkę.

Po kil­ku­na­stu minu­tach spa­ceru, w cza­sie któ­rego obaj męż­czyźni bacz­nie obser­wo­wali oto­cze­nie, dotarli do moder­ni­stycz­nego hotelu Bel­lona. Podłużny kształt, biały kolor i bal­kony cią­gnące się wzdłuż budynku przy­po­mi­nały peł­no­mor­ski sta­tek pasa­żer­ski. Skie­ro­wali się do restau­ra­cji. Po dro­dze męż­czy­zna zamó­wił dwie kawy i dwa papa­nasi - pączki ze śmie­taną i wiśniową kon­fi­turą na wierz­chu.

- Kapi­tan Kazi­mir Soko­łow - przed­sta­wił się tam­ten. - Towa­rzy­sza majora znam tylko ze zdję­cia, no i ze szko­le­nia w Moskwie. Rozu­miem, że ewa­ku­acja prze­bie­gła pomyśl­nie?

- Kapi­ta­nie, pomyśl­nie prze­bie­gnie, jak będę z żoną i córką poza Rumu­nią! - odpo­wie­dział poiry­to­wany Dumi­tru.

- Pro­szę się nie dener­wo­wać. Kiedy dosta­łem sygnał z Cen­trali o waszej ewa­ku­acji, natych­miast przy­stą­pi­łem do dzia­ła­nia. Wszystko przy­go­to­wane - zapew­nił spo­koj­nie Soko­łow i wyjął pękatą szarą kopertę. - Rozu­miem, że środki towa­rzysz major posiada?

- Tak. Zli­kwi­do­wa­łem miesz­ka­nie w Buka­resz­cie i nie­wielką część pie­nię­dzy ze sprze­daży miesz­ka­nia mam przy sobie. Poza tym zostało coś z naszego fun­du­szu ope­ra­cyj­nego. Resztę zamie­ni­łem na bry­lanty i złotą biżu­te­rię.

- Świet­nie. Rozu­miem, że ukrył towa­rzysz major wszystko w skrytce w walizce. Rumuń­skie prze­pisy celne są bar­dzo restryk­cyjne w zakre­sie wywozu pie­nię­dzy.

- W skryt­kach, kapi­ta­nie. W walizce pie­nią­dze, w tor­bie pod­ręcz­nej bry­lanty, a biżu­te­ria, co oczy­wi­ste, w torebce żony. Tro­chę zaszy­łem też w ubra­niach.

- Pro­szę słu­chać, majo­rze. Wyru­sza­cie do Kairu przez Stam­buł.

- Gdzie?! - Ofi­cer nie krył zasko­cze­nia.

- Tak. Do Kairu.

Zapa­dło mil­cze­nie. Major patrzył na Soko­łowa z nie­do­wie­rza­niem. Był przy­go­to­wany na każdą sytu­ację, ale spo­dzie­wał się raczej, że będzie ewa­ku­owany do Ame­ryki Połu­dnio­wej. Egipt zasko­czył go abso­lut­nie. Pomy­ślał o żonie i córeczce.

Soko­łow kon­ty­nu­ował:

- Towa­rzysz major jest od dzi­siaj Ada­mem Ahma­dem al-Nag­ga­rem, wnu­kiem ze strony ojca egip­skiego kupca robią­cego inte­resy w Tur­cji. Bab­cia nato­miast była Polką z Adam­pola. To taka pol­ska osada koło Stam­bułu. Ojciec wasz zamiesz­kał w Ode­ssie i poznał tam córkę pol­skiego zesłańca car­skiego - tłu­ma­czył Soko­łow. - Żona wasza nato­miast nazywa się Ożanna al-Nag­gar i jest rosyj­ską Żydówką z Kon­stancy, która ucie­kła wcze­śniej z Kijowa. Córka ma wysta­wione doku­menty na Eve­lyn al-Nag­gar. Aha. Macie już, na wsia­kij pożar­nyj słu­czaj, wysta­wione na te dane karty pobytu w Tur­cji na rok. Nazy­wają to vesica. Pamię­taj­cie, że opłata za jedną kartę to pięt­na­ście fun­tów turec­kich.

- A legenda podróży?! - wtrą­cił major.

- Wra­ca­cie do kraju przod­ków, ucie­ka­jąc przed wojną i bol­sze­wi­kami. Czyli nami. - Soko­łow się zaśmiał.

- Jak się stąd dosta­niemy do Stam­bułu, a potem do Egiptu?

- Towa­rzysz major mnie nie doce­nia. Całego statku to ja wam nie wynajmę, bo to kosz­to­wa­łoby ze dwa i pół tysiąca fun­tów angiel­skich. Ale frach­to­wiec z kil­koma kabi­nami pasa­żer­skimi można zna­leźć. Zresztą wszystko jest napi­sane. Rów­nież i to, jak się macie potem dostać do Kairu. Zapo­znaj­cie się. - Soko­łow wska­zał kopertę.

- Mów­cie dalej, kapi­ta­nie.

- Jak już wej­dzie­cie do portu, to idź­cie na pierw­sze nabrzeże. Tam cumuje nie­duży frach­to­wiec Stilla pły­wa­jący pod ban­derą mal­tań­ską. Łatwo znaj­dzie­cie. Obok niego stoi jakiś roz­kle­ko­tany, mały ame­ry­kań­ski sta­tek pod ban­derą Hong­kongu. Nie pomyl­cie się, towa­rzy­szu majo­rze. - Soko­łow znowu się zaśmiał. - Zgło­si­cie się do kapi­tana. Ale dopiero przed samym wyj­ściem z portu w morze, czyli o pią­tej po połu­dniu. Stilla wypły­nie o szó­stej. Wszystko zapła­cone. Jakieś pyta­nia, towa­rzy­szu majo­rze?

- Kto wymy­ślił tę legendę? Wy?

- Ja? - zdzi­wił się Soko­łow. - Major mnie tym razem prze­ce­nia. To decy­zja Moskwy. A jak wie­cie, z Cen­tralą się nie dys­ku­tuje. Widocz­nie jeste­ście potrzebni w Egip­cie.

- Czyli mam jesz­cze jakieś pięć, sześć godzin.

- Tak jest, towa­rzy­szu majo­rze. Powo­dze­nia. Czuję, że mi się tu w naj­bliż­szym cza­sie zapo­wiada dużo roboty z Polia­kami. Dosta­łem dzi­siaj pole­ce­nie z Cen­trali wypro­du­ko­wa­nia albo pozy­ska­nia kil­ku­dzie­się­ciu pol­skich pasz­por­tów. Mam też mieć na oku statki pod ban­derą bry­tyj­ską.

Major bez słowa wstał od sto­lika. Nało­żył kape­lusz i wyszedł z hotelu. Skie­ro­wał się do plaja modern i hotelu Chérica. Na wszelki wypa­dek posta­no­wił iść małymi ulicz­kami, pomię­dzy nad­mor­skimi pen­sjo­na­tami.

* * *

Tygo­dniowy pobyt rodziny Al-Nag­gar w aile­pen­sionu Moda, pro­wa­dzo­nym przez Gre­ków w Kad?köy-Moda - na przed­mie­ściach Stam­bułu po azja­tyc­kiej stro­nie, upły­nął szybko. Tylko raz wybrali się na wycieczkę paro­wym pro­mem na euro­pej­ski brzeg Bos­foru. Major cza­sem gry­wał z innymi gośćmi tego rodzin­nego pen­sjo­natu w sza­chy, nato­miast jego żona spę­dzała dużo czasu z dziec­kiem w fan­ta­stycz­nie ukwie­co­nym ogro­dzie. Codzien­nie cho­dzili na dłu­gie spa­cery na połu­dnio­wym brzegu Bos­foru, które koń­czyli zwy­kle nie­da­leko pen­sjo­natu w sąsied­niej kawiarni. Oglą­dali syl­wetki prze­pły­wa­ją­cych stat­ków oraz napa­wali się wido­kiem Błę­kit­nego Meczetu i Hagia Sophia po dru­giej stro­nie cie­śniny. Major i jego żona wyko­rzy­sty­wali te spa­cery do spraw­dza­nia, czy nie są obser­wo­wani, zarówno przez miej­scową poli­cję, jak i wro­gów pań­stwa sowiec­kiego.

Mimo że byli daleko od Rumu­nii, cią­gle czuli nie­po­kój, oba­wiali się, że nie­bez­pie­czeń­stwo może poja­wić się w każ­dej chwili. W końcu, po sied­miu dniach, kiedy scho­dzili na śnia­da­nie, grecki recep­cjo­ni­sta zako­mu­ni­ko­wał majo­rowi, że jest do niego list. Wewnątrz koperty były trzy bilety na kabinę pierw­szej klasy statku pły­ną­cego do Hajfy w Bry­tyj­skim Tery­to­rium Man­da­to­wym w Pale­sty­nie. Następ­nego dnia rano rodzina Al-Nag­ga­rów wsia­dła do tak­sówki. Czarny, pękaty renault juva­qu­atre zawiózł ich na pobli­ski dwo­rzec kole­jowy Hay­dar­pa­sza, z któ­rego odjeż­dżały pociągi do Ankary, wschod­niej Tur­cji, a nawet do Bag­dadu. Żeby nie zwra­cać na sie­bie uwagi, wyku­pili bilety w wago­nie trze­ciej klasy.

Jechali przez dwa dni. Pociąg prze­mie­rzał zale­sione góry Ana­to­lii. Minął Izmik, aż w końcu dotarł do portu w Mer­sin. Byli zmę­czeni podróżą ze Stam­bułu. Ponie­waż mieli jesz­cze sporo czasu, zatrzy­mali się w nie­wiel­kim pen­sjo­na­cie Azak ?ş Han? przy głów­nej ulicy mia­sta i nie­da­leko sta­cji kole­jo­wej. Nie­wielki sta­tek pasa­żer­ski pod cypryj­ską ban­derą miał pod­nieść kotwicę dopiero następ­nego dnia wie­czo­rem.

- Kocha­nie, Emi­lia w końcu zasnęła - powie­działa Dorina do męża, bio­rąc go deli­kat­nie pod ramię.

Ten obej­rzał się dys­kret­nie na długi pokład pasa­żer­ski, który zwy­kle w sło­neczny dzień wypeł­niony był sie­dzą­cymi na leża­kach podróż­nymi. Popa­trzył na bulaje kabin, w któ­rych świe­ciły się lampy. Nikogo nie było. Nikt ich nie obser­wo­wał.

- Eve­lyn, kocha­nie. Pamię­tasz? Nasza córka nazywa się teraz Eve­lyn.

- Nie mogę się jesz­cze przy­zwy­czaić. To wszystko tak szybko... Jak to tam będzie, kocha­nie? - dodała po paru minu­tach.

Obej­mu­jąc ramie­niem żonę, major upił łyk z pęka­tego kie­liszka napeł­nio­nego mar­tel­lem. Następ­nie zdjął zarzu­cony na plecy cie­pły, weł­niany biały pulo­wer i okrył nim żonę.

- To w takim razie... pen­tru vic­to­rie, jak mówią Rumuni - wzniósł toast.

Uśmiech­nął się, poca­ło­wał ją czule w czer­wone usta. Kobieta wtu­liła się moc­niej w jego ramię. Major ponow­nie wziął łyk alko­holu, tym razem więk­szy. Obser­wo­wali powoli zmniej­sza­jące się świa­tła portu Mer­sin i odda­la­jący się zarys wzgórz nad mia­stem. Lekka bryza, która jesz­cze w por­cie przy­no­siła ulgę od cie­pła dnia, na otwar­tym morzu przy­bie­rała na sile.

Dopiero wtedy dotarło do nich, że zaczy­nają nowy etap życia. W miej­scu, któ­rego nie znają, wśród ludzi, o któ­rych nic nie wie­dzą.

Roz­dział 2

Tan­ga­nika - jesień 1945 roku

Chło­pak poczuł ostre ude­rze­nie w bok.

- Aj! - krzyk­nął, odsu­nął się i oparł o ter­mi­tierę.

Witek Nowacki z całej siły znów ude­rzył go drew­nia­nym mie­czem, tyle że w drugi bok. Sied­mio­la­tek osu­nął się na ubitą glinę. Nie­for­tun­nie ude­rzył się w twarz, z nosa pole­ciała mu strużka krwi.

- Witek, czego chcesz? Zostaw - wystę­kał Józek i nie­zdar­nie pró­bo­wał wstać.

Miał na sobie krót­kie jasne spodenki na szelki z guzi­kami i przy­bru­dzoną koszulkę z koł­nie­rzy­kiem. Wtem obok nich wyrósł męż­czy­zna ze sporą czarną brodą i łysiną. Zła­pał Witka za rękę, wykrę­cił ją do tyłu, nasto­la­tek tylko zdą­żył cicho stęk­nąć i puścił swój miecz.

- Znę­caj się nad star­szymi, łachu­dro jedna! - krzyk­nął męż­czy­zna do Witka, który miał na sobie kostium teatralny przed­sta­wia­jący rzym­skiego legio­ni­stę.

Ten, widząc, co się święci, ruszył bie­giem do baraku, w któ­rym znaj­do­wał się sie­ro­ci­niec.

- Wsta­waj, mały. - Wybawca pod­niósł chłopca jedną ręką. - Coś cię boli? - zapy­tał tro­skli­wie.

- Nie... psze pana - odpo­wie­dział cichutko Józek i wytarł dło­nią krew, roz­cie­ra­jąc ją po policzku.

- Chodź, prze­my­jemy. - Ruszyli do beczki z wodą. - No już się nie maż. Jak na cie­bie wołają?

- Józio.

Chło­pak nagle przy­sta­nął, zaczął ner­wowo wyła­my­wać palce i patrzył na czubki san­da­łów.

- No chodź - popę­dzał go bro­dacz.

Minęli jeden z dom­ków nazy­wa­nych ulami. Był to okrą­gły budy­ne­czek z gliny, pobie­lony i kryty mię­si­stymi liśćmi bana­nowca. Przed nimi uka­zał się widok na górę Meru, nad którą wisiał wie­niec cięż­kich rów­ni­ko­wych chmur. W tym momen­cie War­ta­nian się­gnął do kie­szeni i wyjął oło­wia­nego żoł­nie­rzyka na koniu - austra­lij­skiego kawa­le­rzy­stę.

- Masz i nie płacz już wię­cej. Trzeba być sil­nym. - Wło­żył zabawkę w małą dłoń Józka i obmył mu twarz chłodną wodą.

Józef stał na środku placu i z każ­dej strony oglą­dał figurkę żoł­nie­rza. Był zachwy­cony. Śmiał się do sie­bie. Pod­niósł go i spoj­rzał pod słońce na soczy­ste kolory i detale, sza­blę, którą niósł przed sobą Austra­lij­czyk, lekko pod­wi­nięty kape­lusz i spięty ogon konia. W pew­nym momen­cie zaczął wzro­kiem szu­kać bro­da­cza. Ten jed­nak, jak znie­nacka się poja­wił, tak szybko znik­nął w któ­rejś z chat.

Chło­pak wszedł do baraku sie­ro­cińca i zamarł. Zoba­czył Witka, który zdej­mo­wał z sie­bie papie­rowy szy­szak poma­lo­wany na złoto, a z piersi tek­tu­rowy biały ryn­graf z orłem. Obok leżał hełm przy­po­mi­na­jący te uży­wane przez Rzy­mian i drew­niany miecz. Nie­dawno uczest­ni­czył bowiem w przed­sta­wie­niu teatral­nym opar­tym na frag­men­tach Quo Vadis. Nowacki nie zwró­cił jed­nak uwagi na Józka. Chło­piec pod­szedł do swo­jego łóżka, rzu­cił się na nie i odwią­zał moski­tierę. Scho­wał się za siatką. Jego poduszka stała się na krótko ste­pem, po któ­rym pędził Austra­lij­czyk na koniu.

Po kilku minu­tach wstał, pod­niósł ser­wetkę, która leżała na jego bla­sza­nej walizce, słu­żą­cej teraz za sto­lik. Uchy­lił wieko i scho­wał w środku żoł­nie­rzyka.

Taki sam leżał na sza­rym kocu Witka.

* * *

W uzu­peł­nie­niu dzia­łań zwią­za­nych z reali­za­cją głów­nej ope­ra­cji pod­ją­łem w ostat­nim cza­sie dzia­ła­nia w pol­skich ośrod­kach z tak zwaną wzmoc­nioną strefą bez­pie­czeń­stwa. Usta­li­łem, że poza kry­mi­na­li­stami z war­szaw­skich żydow­skich grup prze­stęp­czych oraz kry­mi­na­li­stami ze śro­do­wisk socja­li­stycz­nych jest grupa osób z band lwow­skich i tarnopol­skich. W związku z tym spo­śród pra­wie pięć­dzie­się­ciu osób wyty­po­wa­łem kil­ku­oso­bową grupę wyka­zu­jącą się dużą sym­pa­tią do idei komu­ni­stycz­nych (dokładne dane prze­sy­łam oddziel­nym szy­fro­gra­mem). Podobne dzia­ła­nia pod­ją­łem w obo­zie, w któ­rym prze­bywa ponad czter­dzie­ści pro­sty­tu­tek róż­nych naro­do­wo­ści i wyzna­nia z przed­wo­jen­nych wschod­nich tere­nów pol­skich. Jed­nak praca tam jest utrud­niona. Dodat­kowo zle­ci­łem dzia­ła­nia ope­ra­cyjne agen­towi ps. Wik­tor w Rode­zji, gdzie grupa kry­mi­na­li­stów liczy trzy­dzie­ści osób, podob­nie jak grupa pro­sty­tu­tek. Wciąż nie mam dostępu do wię­zie­nia w Makindu, gdzie kie­ro­wano naj­groź­niej­szy kry­mi­nalny ele­ment z pol­skich obo­zów lub wprost z trans­por­tów mor­skich.

Johan

Męż­czy­zna w polo­wym tro­pi­kal­nym mun­du­rze bez ozna­czeń odło­żył ołó­wek i wstał od nie­wiel­kiego stołu. Popa­trzył na drew­niany szkie­let z drą­gów sta­no­wiący kon­struk­cję dachu pokry­tego liśćmi bana­nowca. Wyszedł na moment na zewnątrz. Budy­nek oto­czony był kwia­tami i jakimś ziel­skiem opla­ta­ją­cym ściany. Wypro­sto­wał się i prze­cią­gnął, pogła­dził po łysej gło­wie i wcią­gnął w płuca rześ­kie powie­trze, które wiatr przy­wiał spod Kili­man­dżaro. Popa­trzył na ota­cza­jące obóz w Ten­ger wul­ka­niczne wzgó­rza poro­śnięte gęstą roślin­no­ścią. Dosko­nale się czuł w tym poło­żo­nym na tysiącu dwu­stu metrach nad pozio­mem morza pol­skim obo­zie. Nie było tu wszech­obec­nej nad­mor­skiej wil­goci czy skwaru i kurzu suchych rejo­nów sawanny.

Jego myśli po chwili ucie­kły do małego Józka. Usły­szał o nim zupeł­nie przy­pad­kowo w cza­sie roz­mowy z ojcem Fran­cisz­kiem, który uczył reli­gii. War­ta­nian co jakiś czas dostar­czał zakon­ni­kowi spro­wa­dzane z połu­dnio­wej Afryki pino­tage - wytrawne czer­wone wino. Ojciec Fran­ci­szek twier­dził wpraw­dzie, że to tylko na potrzeby odpra­wia­nych mszy, jed­nak zbyt duże zamó­wie­nia wska­zy­wały, że duchowny mógł nad­uży­wać alko­holu. Wska­zy­wały na to jego gwał­towne, niczym nie­spo­wo­do­wane napady agre­sji. Z tego powodu dzieci po pro­stu się go bały. Bił chło­pa­ków linijką albo cienką bam­bu­sową tyczką, gdy nie potra­fili odpo­wie­dzieć na pyta­nia w cza­sie kate­chezy. Raz przy­znał War­ta­nianowi, że zle­cił chło­pa­kom z grupy Tar­zana pobić Janka Niwiń­skiego, bo w cza­sie lek­cji coś nie­przy­jem­nego mu odburk­nął.

- W zasa­dzie nie sły­sza­łem nawet, co powie­dział, ale dostał dla zasady. Dys­cy­plina musi być! - stwier­dził.

War­ta­nian obser­wo­wał sied­mio­latka już od pew­nego czasu. Wie­dział, że może być mu oddany jak mało który z chłop­ców. Witek Nowacki bez pro­blemu przy­jął od War­ta­niana zada­nie "posztur­cha­nia" tro­chę Józka. Za przy­sługę dostał oło­wia­nego żoł­nie­rzyka.

O gru­pie Tar­zana było gło­śno w obo­zie. Przy­wódcą był pięt­na­sto­letni Michał Bart­kie­wicz. Chło­pak tak zapa­trzył się w serię fil­mów ze słyn­nym ame­ry­kań­skim pły­wa­kiem John­nym Weis­smul­le­rem, że zaczął go naśla­do­wać. Ucie­kał do dżun­gli i zakła­dał na drze­wach chatki, w któ­rych godzi­nami prze­sia­dy­wał. Gro­ma­dził w nich banany, papaje i dak­tyle. Impo­no­wał tym młod­szym kole­gom. Nie­któ­rzy szli w jego ślady i ury­wali się z obozu. On zaś, świa­domy tego, że jest naj­od­waż­niej­szy, testo­wał ich lojal­ność. Do jego bandy tra­fiali tylko ci, któ­rzy naj­gło­śniej ryczeli jak fil­mowy Tar­zan i potra­fili bujać się na lia­nach. A naj­bli­żej byli ci, któ­rzy wytrzy­mali uką­sze­nia czer­wo­nych mró­wek.

War­ta­nian obser­wo­wał grupę i zda­wał sobie sprawę, że łączy tych chło­pa­ków jakaś więź, która nie wynika już tylko z zabawy. Więź, która popy­cha ich do łama­nia zasad obo­wią­zu­ją­cych w obo­zie, a nawet do popeł­nia­nia drob­nych wykro­czeń.

Witek Nowacki peł­nił w gru­pie nie­ty­pową funk­cję - skarb­nika. Zbie­rał w obo­zie uży­waną odzież oraz przed­mioty codzien­nego użytku, takie jak sztućce, scy­zo­ryki, latarki. Potem ury­wał się na kilka godzin z obozu, jechał zde­ze­lo­wa­nym auto­bu­sem z panem Zyg­mun­tem do pobli­skiej Aru­szy i sprze­da­wał swoje skarby Hin­du­som i Masa­jom. Za zaro­bione szy­lingi kupo­wał papie­rosy. Część pie­nię­dzy zako­pał przy jed­nej z palm dak­ty­lo­wych, ale o tym poza nim wie­dział tylko Tar­zan. Pie­nią­dze te miały im się przy­dać w cza­sie ucieczki. Pla­no­wali bowiem ruszyć na wschód, na wybrzeże. Tam chcieli wsiąść na jakiś sta­tek, aby popły­nąć do Austra­lii. Takie było ich chło­pięce marze­nie.

Petros War­ta­nian od kilku lat pra­co­wał dla EARA - East Africa Refu­gee Admi­ni­stra­tion - wyspe­cja­li­zo­wa­nego urzędu bry­tyj­skiego, który zaj­mo­wał się spra­wami zwią­za­nymi z poby­tem uchodź­ców. Odde­le­go­wano go do pomocy kie­row­ni­kom obo­zów - Polish Camp Leaders, do koor­dy­no­wa­nia spraw­nego sys­temu dys­try­bu­cji towa­rów w warun­kach afry­kań­skich bez­droży i dużych odle­gło­ści dzie­lą­cych osie­dla od por­tów na wybrzeżu.

Męż­czy­zna poda­wał się za Ormia­nina zamiesz­ka­łego w Pol­sce. Utrzy­my­wał, że pocho­dzi z rodziny, która ucie­kła jesz­cze przed wojną z Rosji Sowiec­kiej. W rze­czy­wi­sto­ści już pra­wie dwa lata pra­co­wał pod przy­kry­ciem w pol­skich obo­zach w Afryce Wschod­niej.

* * *

War­ta­nian wró­cił do tym­cza­so­wej kwa­tery, zdjął buty i posta­wił je przy łóżku na malut­kim dywa­niku roz­ło­żo­nym na gli­nia­nym kle­pi­sku. Obok stała szafka z wia­drem, ręcz­ni­kiem i mydłem. Poło­żył się. Patrzył na jedno z czte­rech osło­nię­tych siatką okie­nek w okrą­głej ścia­nie. Pod­ło­żył pod głowę poduszkę i zwi­nięty koc. Pło­mień lampy naf­to­wej słabo oświe­tlał wnę­trze. Chciał odpo­cząć, zanim przy­stąpi do pisa­nia kolej­nego mel­dunku. Musiał je zawieźć do Dar es-Salaam, do radio­ope­ra­tora, który w jed­nym z biur spe­dy­to­rów mor­skich miał dobrze zaka­mu­flo­waną radio­sta­cję typu Sie­wier.

- Panie Petro­sie! Panie Petro­sie!

Usły­szał przed domem gło­śne dzie­cięce woła­nie. Znał ten głos. Uśmiech­nął się do sie­bie i nie wsta­jąc z łóżka, odpo­wie­dział:

- Jestem, Józek, jestem! Co się stało, chłop­cze?

- Panie Petro­sie. Niech pan przyj­dzie do nas na kola­cję. Poopo­wiada pan o Pol­sce? Pro­simy, panie Petro­sie. Bar­dzo pro­simy.

War­ta­nian wstał. Przed chatką stał uśmiech­nięty sied­mio­la­tek i w ręku trzy­mał oło­wia­nego żoł­nie­rzyka.

Józek był sie­rotą. Pocho­dził z żydow­skiej rodziny Niczhan­se­rów z Andry­chowa. Jesz­cze w 1939 roku całą jego rodzinę Niemcy zmu­sili do pracy przy­mu­so­wej. Na początku musieli zamia­tać ulice, a potem porząd­ko­wać domy, które szy­ko­wano dla nie­miec­kich osad­ni­ków. Ojciec tra­fił do obozu pracy w Sosnowcu, tam ślad po nim zgi­nął, podob­nie jak po matce i sio­strze oraz dwóch bra­ciach.

Nikt nie chciał chłopcu utrud­niać i tak już cięż­kiego dzie­ciń­stwa. Józek żył marze­niami. Tęsk­nił za bli­skimi. Ich zdję­cia trak­to­wał jak naj­więk­szą reli­kwię. W doku­men­ta­cji obo­zo­wej w Ten­ger zna­lazł się zapis, że jego brat Ber­nard słu­żył w 2. Pułku Strzel­ców Pod­ha­lań­skich w Sanoku, któ­rego kom­pa­nia zwiadu, dowo­dzona przez porucz­nika Jana Skałę, została roz­bita w rejo­nie Bara­nowa nad Wisłą. Ber­nard miał się prze­dzie­rać do Tar­nowa do swo­jej dziew­czyny, ale czy tam dotarł, trudno powie­dzieć. Ślad po nim zagi­nął.

Józka ura­to­wał sier­żant Karol Mar­jań­ski, który kilka mie­sięcy wcze­śniej uczest­ni­czył w szko­le­niu zor­ga­ni­zo­wa­nym pod Andry­cho­wem dla żydow­skich bojow­ni­ków i dosko­nale znał rodzinę Niczhan­se­rów. Zaopie­ko­wał się led­wie kil­ku­na­sto­mie­sięcz­nym dziec­kiem. Późną wio­sną 1940 roku sier­żant uciekł wraz z żoną i małym Józ­kiem na Węgry. Stam­tąd dotarli do Splitu, a następ­nie do Hajfy. W miej­sco­wo­ści Samach w Pale­sty­nie zgło­sił się do Samo­dziel­nej Bry­gady Strzel­ców Kar­pac­kich. Żona została z Józ­kiem, gdy sier­żant wal­czył w Tobruku i został tam ciężko ranny.

Chło­piec z tam­tego okresu pamię­tał led­wie jak przez mgłę kra­cia­stą fla­ne­lową koszulę męż­czy­zny, pach­nącą tyto­niem faj­ko­wym. W 1942 roku cała trójka przy­była do Tan­ga­niki. Następ­nego roku sier­żant umarł, a rok póź­niej na mala­rię zmarła rów­nież jego żona.

Chło­piec został zupeł­nie sam. Wtedy War­ta­nian, który miał dostęp do obo­zo­wej ewi­den­cji, zmie­nił mu nazwi­sko, a w zasa­dzie upro­ścił na Han­ser.

* * *

Józek chwy­cił War­ta­niana malutką dło­nią i pocią­gnął w kie­runku jadalni. Minęli maga­zyny, pral­nię i budy­nek kuchenny. W obszer­nym pro­sto­kąt­nym pomiesz­cze­niu sie­działo już kil­ku­na­stu małych chłop­ców i nasto­lat­ków. Józek był z nich naj­młod­szy. Każdy go znał i wszy­scy trak­to­wali go z sym­pa­tią, bo był bar­dzo ruchliwy i wszę­do­byl­ski. Zaglą­dał w każdy zaka­ma­rek obozu, a nie­raz nawet podą­żał do dżun­gli za chło­pa­kami z grupy Tar­zana, cho­ciaż ci go odpę­dzali. Śmiali się z niego, że nie da sobie rady w gęstym lesie wśród dzi­kiej zwie­rzyny, ale on sta­rał się im udo­wod­nić, że nie mają racji.

Na sto­łach przy wej­ściu do jadalni, która wie­czo­rami sta­wała się świe­tlicą dla mło­dzieży, leżały cza­so­pi­sma "Pro­my­czek Afry­kań­ski", "Czuj Duch", powie­la­czowy "Brzask" oraz miej­scowy "Głos Har­ce­rza". Liczne tłu­ste plamy zosta­wione na papie­rze wska­zy­wały, że cie­szyły się popu­lar­no­ścią.

Dla ponad stu pol­skich sie­rot w Ten­der namiastkę nor­mal­nego życia orga­ni­zo­wał Józef Jagiel­ski, były bur­mistrz Wie­liczki. Chłopcy go lubili, a on two­rzył dru­żyny har­cer­skie i zespoły spor­towe, przede wszyst­kim piłki noż­nej. Po uda­nym wej­ściu na Kili­man­dżaro w 1944 roku starsi chłopcy uczest­ni­czyli póź­niej w całej serii wypraw gór­skich.

- Zobacz­cie, kogo przy­pro­wa­dzi­łem! - krzyk­nął Józek.

Kil­ku­na­stu chłop­ców, któ­rzy szy­ko­wali się do kola­cji, odwró­ciło się w jego stronę. Szybko wstali od sto­łów i przy­wi­tali gościa.

- Zapra­szamy pana! Tutaj, do nas! A opo­wie nam pan coś o pol­skich górach, opo­wie? Pro­simy! O naszych żoł­nier­zach i o bitwie pod Monte Cas­sino! Dobrze? Albo o czymś innym! - krzy­czał jeden z nich.

- O Lwo­wie, Wil­nie! I o War­sza­wie! - prze­krzy­ki­wał go inny.

- A o moich Bara­no­wi­cach?! - dokła­dał kolejny.

- Niech pan nam lepiej powie, kiedy ci cho­lerni Anglicy nas wyślą do Pol­ski?! Bo to róż­nie mówią w radiu i w naszym obo­zie - z głębi sali rzu­cił Tar­zan.

Ormia­nin wpraw­dzie pocho­dził z kre­sów Rzecz­po­spo­li­tej, ale jego rodzina została po trak­ta­cie ryskim po sowiec­kiej stro­nie gra­nicy. Choć znał język pol­ski, nie­wiele wie­dział o kraju. Dla­tego wyko­rzy­sty­wał przede wszyst­kim infor­ma­cje uzy­skane od pol­skich żoł­nie­rzy w Pale­sty­nie. Teraz pogłę­biał wie­dzę, czy­ta­jąc prasę lokalną, czyli "Polaka w Afryce", a także Komu­ni­katy Pol­skiej Agen­cji Pra­so­wej, Komu­ni­katy Radio­wego Pol­skiego Cen­trum Infor­ma­cji w Nairobi i Komu­ni­katy Infor­ma­cyjne Pol­skiego Fun­du­szu Pra­so­wego. Znał dobrze język angiel­ski, więc korzy­stał też z prasy anglo­ję­zycz­nej, głów­nie z "The East Africa Stan­dard", gdzie zamiesz­czano mate­riały doty­czące spraw pol­skich.

Za każ­dym razem kiedy przy­jeż­dżał do Ten­ger, dużo czasu poświę­cał mło­dzieży. Sta­rał się tłu­ma­czyć dzie­ciom ota­cza­jącą rze­czy­wi­stość, opo­wia­dał o nim, a oni trak­to­wali go niczym okno na świat. Część chłop­ców obec­nych na sali znał dosko­nale. Poznał ich losy, ponie­waż miał wgląd w infor­ma­cje o ich rodzi­nach, pocho­dze­niu, naro­do­wo­ści, wyzna­niu, kon­tak­tach towa­rzy­skich, a nawet sym­pa­tiach poli­tycz­nych rodzi­ców - wszystko to znaj­do­wało się w ewi­den­cji obo­zo­wej. Obser­wu­jąc dzieci, sta­rał się też oce­nić, jakie mają moż­li­wo­ści inte­lek­tu­alne, fizyczne i języ­kowe, a także poznać ich sła­bo­ści. To pozwa­lało mu wpły­wać na ich uczu­cia, mode­lo­wać ich cha­rak­tery.

- Chło­paki, cisza! A przede wszyst­kim to dobry wie­czór.

- DOBRY WIE­CZÓR! - odpo­wie­dzieli chó­rem zgro­ma­dzeni.

- Naj­pierw coś zjedzmy. Głodny jestem jak wilk, a wła­ści­wie jak lew na sawan­nie. Potem wam opo­wiem, co tam sły­chać w Pol­sce i na świe­cie, i co u naszego gene­rała Andersa we Wło­szech.

- Ja zaraz przy­niosę talerz i łyżkę. - Józek i pobiegł do kuchni.

Gdy wró­cił i usiadł dum­nie obok War­ta­niana, wypro­sto­wał się, jakby chciał w ten spo­sób wydać się wyż­szy i poważ­niej­szy. Patrzył na niego z uwiel­bie­niem, a jed­no­cze­śnie z nie­cier­pli­wo­ścią, jakby nie mógł się docze­kać tego, co miał za chwilę usły­szeć z ust swo­jego ulu­bieńca. Męż­czy­zna uśmiech­nął się do Józka, po czym odwró­cił się do wszyst­kich i gło­śno rzu­cił:

- Smacz­nego!

- SMACZ­NEGO! - odpo­wie­dział chór chłop­ców.

Po kola­cji przez ponad dwie godziny opo­wia­dał zgro­ma­dzo­nym, o czym prze­czy­tał lub co usły­szał w radiu, co opo­wia­dali mu mary­na­rze w por­cie w Dar es-Salaam. Chłopcy w zupeł­nej ciszy, z otwar­tymi ustami i czer­wo­nymi uszami słu­chali jego słów. Uwiel­biali go i po każ­dej skoń­czo­nej opo­wie­ści mieli mnó­stwo pytań do pol­skiego Ormia­nina. Doce­nili to, że zna­lazł dla nich czas.

- Jutro po apelu poran­nym i śnia­da­niu będę miał do zako­mu­ni­ko­wa­nia nie­któ­rym chłop­com dobrą wia­do­mość - oznaj­mił i wstał od stołu.

W sali zale­gła cisza. Sły­chać było tylko głos cykad za oknem. Popa­trzył na zebra­nych, nabrał powie­trza i dodał:

- Wojna wresz­cie się skoń­czyła. Japo­nia prze­grała. Nastał zatem czas, aby powoli wra­cać do domu! - rzu­cił krótko.

W pierw­szej chwili na twa­rzach chłop­ców malo­wało się zasko­cze­nie, które nagle eks­plo­do­wało wybu­chem rado­ści. W sto­łówce roz­le­gły się krzyki, har­mi­der był gło­śniej­szy niż na boisku pił­kar­skim.

- Cisza! Cisza! - prze­krzy­ki­wał chłop­ców. - Cisza! Jutro na apelu dowie­cie się, kto jedzie do Egiptu, a kto jesz­cze zostaje. Byłem tam i wiem, że wam się spodoba. Pamię­ta­cie ten film Błę­kitni chłopcy? To wła­śnie tam pojadą nie­któ­rzy z was. A może wszy­scy - dodał, chcąc ich uci­szyć.

- Do Egiptu? Nie do Pol­ski? - zapy­tał naj­star­szy z nich. - Co? Znowu nas Anglicy oszu­kali? - dodał Tar­zan, cho­ciaż myślami był na dale­kich anty­po­dach.

Ormia­nin popa­trzył na niego i poki­wał głową. Żegna­jąc się, powie­dział do Józka, że go odpro­wa­dzi do baraku.

War­ta­nian był zmę­czony. Przez cały dzień pro­wa­dził roz­mowy z kie­row­nic­twem obozu, prze­glą­dał raporty oraz wymie­niał poglądy z ofi­ce­rami prze­by­wa­ją­cymi na rekon­wa­le­scen­cji. Zaj­mo­wał się też zaopa­trze­niem osie­dla w żyw­ność z farm pro­wa­dzo­nych przez Pola­ków, któ­rzy upra­wiali warzywa i hodo­wali drób. Musiał rów­nież napi­sać infor­ma­cję do Cen­trali w Moskwie. Usiadł ciężko na skraju łóżku sied­mio­latka, a ten poło­żył się obok niego na brzu­chu i zaczął bawić się oło­wia­nym żoł­nie­rzy­kiem.

- Podoba ci się?

- Jest klawo - chło­pak sta­rał się naśla­do­wać slang uży­wany przez star­szych kole­gów.

- Widzia­łeś film Dumbo?

- Tylko sły­sza­łem. To o takim śmiesz­nym sło­niu?

- Tak. Wiesz, mogę ten film zała­twić do naszego kina. Chcesz?

- Tak.

- Pój­dziemy wtedy razem do kina. A wiesz, że ty też możesz tak jak ten słoń...

- Latać?

- Nie, ale tak jak on reali­zo­wać swoje marze­nia. A wła­śnie? Jakie one są?

- Chciał­bym mieć rodzeń­stwo, i mamę, i tatę.

- Cóż, nie wszystko jest moż­liwe. Ale możesz mieć rodzinę. Ja mogę być twoim wuj­kiem. Chcesz?

- Naprawdę?! - Oczy chło­paka stały się jakby więk­sze.

Józek odwró­cił się na plecy na łóżku i patrzył na zwi­niętą w ogon moski­tierę. W pew­nym momen­cie deli­kat­nie ujął dłoń War­ta­niana i uśmiech­nął się. Kilka minut póź­niej zwol­nił uścisk, zasnął. Męż­czy­zna wło­żył w dłoń chło­paka nie­wielki kamienny krzy­żyk z dziurką i wyszedł.

Ormia­nin wpi­sał go wraz z kil­koma chło­pa­kami z bandy Tar­zana na listę dzieci prze­zna­czo­nych do ewa­ku­acji do Egiptu. Nie chciał z nim tra­cić kon­taktu, Józef był mu potrzebny.

Korzy­sta­jąc ze swych ukła­dów w BOAC - Bri­tish Over­seas Air­ways Cor­po­ra­tion, zała­twił, że jedna z dakot DC3 z dywi­zjonu nr 1, z pol­ską załogą, na początku następ­nego roku zabie­rze chłop­ców przez Char­tum do Kairu.

* * *

Polacy bar­dzo prze­sią­kają impe­ria­li­styczną atmos­ferą two­rzoną przez Bry­tyj­czy­ków. Nie prze­ja­wiają szcze­gól­nego zro­zu­mie­nia dla wol­no­ścio­wych i nie­pod­le­gło­ścio­wych ambi­cji rdzen­nej lud­no­ści Afryki. To w oczy­wi­sty spo­sób kłóci się z pod­kre­śla­nym na każ­dym kroku naro­do­wym eto­sem Pola­ków. Przyj­mują punkt widze­nia Afry­ka­ne­rów i Rode­zyj­czy­ków. Uwy­pu­kla się w tej posta­wie soli­dar­ność ludzi bia­łych wobec obcego cywi­li­za­cyj­nie i rasowo świata czar­nych miesz­kań­ców kon­ty­nentu.

Część Pola­ków chce wra­cać do kraju, część chce emi­gro­wać do Ame­ryki Połu­dnio­wej bądź Pół­noc­nej albo nawet do Austra­lii. Po ostat­nich decy­zjach Lon­dynu i Waszyng­tonu odczuwa się w obo­zach atmos­ferę wycze­ki­wa­nia i nie­pew­no­ści. Coraz wię­cej poja­wia się gło­sów o zdra­dzie Pol­ski przez ich dotych­cza­so­wych sojusz­ni­ków.

Nie odno­to­wa­łem prze­ja­wów aktyw­no­ści wywiadu bry­tyj­skiego, a także pol­skiego z ośrodka ander­sow­skiego. Warunki do pracy wer­bun­ko­wej korzystne.

Johan

Następ­nego dnia komen­dant obozu odczy­tał na apelu poran­nym listę dwu­dzie­stu chłop­ców w róż­nym wieku, któ­rzy pojadą w naj­bliż­szym cza­sie do Egiptu. Mieli być tym­cza­sowo skie­ro­wani do pro­wa­dzo­nego od 1943 roku Liceum Tech­niczno-Lot­ni­czego w Helio­po­lis na przed­mie­ściach Kairu. Miesz­czący się przy lot­ni­sku RAF-u ośro­dek miał swoje gim­na­zjum i liceum. Poza zaję­ciami w warsz­ta­tach mecha­niczno-lot­ni­czych, gdzie mło­dzież star­sza uczyła się spa­wa­nia lot­ni­czego i maszy­no­znaw­stwa, mieli lek­cje z języka pol­skiego, angiel­skiego, geo­gra­fii i histo­rii.

Naj­młod­szych, wśród któ­rych zna­lazł się Józef, pla­no­wano umie­ścić cza­sowo w obo­zie woj­sko­wym w Qas­sa­sin w rejo­nie Kanału Sueskiego.

* * *

Pierw­szy trans­port pol­skich uchodź­ców dotarł do Tan­ga­niki w Afryce Wschod­niej w sierp­niu 1942 roku. W 1945 roku w obo­zach afry­kań­skich prze­by­wało ponad trzy­na­ście i pół tysiąca Pola­ków. Sta­no­wili oni naj­więk­szą spo­łecz­ność wśród Euro­pej­czy­ków. Przy­wo­żono ich do por­tów na pokła­dach nie tylko bry­tyj­skich stat­ków, lecz także pol­skich trans­atlan­ty­ków: Bato­rego i Sobie­skiego. Po zej­ściu do portu byli kie­ro­wani do obo­zów przej­ścio­wych.

Ewa­ku­owani do Afryki uchodźcy zbu­do­wali przed­szkola, szkoły pod­sta­wowe i śred­nie zawo­dowe oraz licea. Dzia­łały tam rów­nież zespoły arty­styczne. Były boiska spor­towe i korty teni­sowe, szpi­tale i przy­chod­nie lekar­skie. Wznie­siono kościoły, cer­kwie i boż­nice. Dzia­łało har­cer­stwo, utwo­rzono kluby YMCA. Kol­por­to­wana była pol­ska prasa, rów­nież dla mło­dzieży i dzieci.

W poło­wie 1945 roku pod naci­skiem Sowie­tów sytu­acja się zmie­niła. Zaczęto zamy­kać agendy rządu lon­dyń­skiego. Roz­po­częły się naci­ski mające na celu likwi­da­cję obo­zów uchodź­ców.

Komu­ni­styczne wła­dze w War­sza­wie nale­gały na szybką repa­tria­cję pol­skich sie­rot do Pol­ski. Ale zaczęły też pły­nąć do Pola­ków pierw­sze sygnały o moż­li­wo­ściach emi­gra­cji do róż­nych kra­jów, w czym pośred­ni­czył Waty­kan. Pol­scy miesz­kańcy obo­zów w Afryce Wschod­niej sta­nęli przed trud­nym wybo­rem.

Roz­dział 3

Egipt - lato 1946 roku

Czter­dzie­sto­letni męż­czy­zna z nie­wiel­kim wąsi­kiem, wyglą­da­jący na Egip­cja­nina, wszedł spo­koj­nym kro­kiem do kawiarni Groppi w cen­trum Kairu. Rozej­rzał się i skie­ro­wał się do sto­lika, przy któ­rym War­ta­nian sie­dział i czy­tał "The Daily Tele­graph".

Spoj­rzał na sto­lik, na któ­rym leżała koperta poczty lot­ni­czej zaadre­so­wana dużymi lite­rami:

Mon­sieur,

BER­NARD SCHE­ININ

B. P. 503

TEL-AVIV (PALE­STINE)

Koperta poza nie­bie­skim znacz­kiem by air mail miała nakle­jo­nych pięć znacz­ków z wize­run­kiem króla Faruka, przy czym cztery były koloru fio­le­to­wego, a jeden poma­rań­czo­wego. Wła­śnie tego wypa­try­wał męż­czy­zna, bo to był sys­tem zna­ków pozwa­la­ją­cych na nawią­za­nie kon­taktu. Sygnał, że bez­piecz­nie może przy­stą­pić do roz­mowy.

- Good eve­ning, sir! Czy może pan War­ta­nian z Afryki Połu­dnio­wej?

- Good eve­ning! Z Afryki, ale Wschod­niej. Przy­je­cha­łem z Rode­zji.

- Ach tak, widocz­nie coś pomie­szali w moim kair­skim biu­rze - odpo­wie­dział męż­czy­zna i poło­żył przy koper­cie starą paczkę egip­skich papie­ro­sów Mogul z rysun­kiem wiel­błą­dów, Ara­bów i trzech pira­mid. - W porządku. Jak mogę ci pomóc?

- Naresz­cie. Sprawa jest pilna. Wiesz, o co cho­dzi?

- Zapa­mię­taj. Nazy­wam się Adam Ahmad al-Nag­gar, pra­cuję w Oddziale Mor­skim Mię­dzy­na­ro­do­wego Czer­wo­nego Krzyża w Kairze.

- Okej. Wra­ca­jąc do sprawy. Wszy­scy chłopcy są na waka­cjach w Agany koło Alek­san­drii. Wiem, że pla­no­wane są już trans­porty, w tym z ośrodka z Helio­po­lis, do Anglii - rzekł War­ta­nian.

- Tak, sły­sza­łem coś o tym. Mam w Trze­cim Kor­pu­sie gene­rała Wia­tra kon­takt z byłym komen­dan­tem placu w Port Saidzie, a teraz kwa­ter­mi­strzem Szpi­tala Wojen­nego. Pola­ków trans­por­tują pocią­gami z Alek­san­drii przez Banhę, Isma­ilię i Al-Kan­tarę do Port Saidu. Przez La Valettę, nie­kiedy Pireus, płyną do Gibral­taru i do Anglii. Korzy­stają z dużych stat­ków - takich jak ten Otrano. Praw­dziwy kolos. Wyso­kość pięć pię­ter i dwa tysiące pasa­że­rów na pokła­dzie - odpo­wie­dział Adam Ahmad al-Nag­gar.

- Sam widzisz, że czas naj­wyż­szy prze­rzu­cić moich chłop­ców do Lizbony. Jak tra­fią do Anglii, to wszystko prze­pad­nie. Druga sprawa to grupa kilku męż­czyzn i kobiet z obo­zów spe­cjal­nych w Afryce. Pra­cu­ją­cym dla nas albo sprzy­ja­ją­cym nam obie­ca­łem szybki prze­rzut do Egiptu albo Pale­styny. Załatw to tu, w pol­skim sądzie polo­wym, a następ­nie po przy­by­ciu na miej­sce wycią­gnij ich za pie­nią­dze z pol­skiego wię­zie­nia czy jakie­goś ich­niego obozu inter­no­wa­nia. Sprawa jest pilna. Ktoś musi nad­zo­ro­wać to wszystko na miej­scu i być gotowy na ewen­tu­alną eli­mi­na­cję wszel­kich zagro­żeń dla naszej ope­ra­cji. Rozu­miesz, Adam?

- Tak, majo­rze - odparł i poki­wał głową. - A wiesz, jak Polacy nazy­wają to, co wła­śnie pijesz? - Wska­zał na szklankę mro­żo­nej kawy na sto­liku. - Oso­bi­ście wolę z cze­ko­ladą.

- Nie wiem. - Ormia­nin chu­s­teczką prze­tarł spo­coną łysinę.

- Bra­zy­lianka! - Ostroż­nie rozej­rzał się po kawiarni.

Nie zauwa­żył, aby ktoś się im przy­glą­dał. Ruch gości był cał­ko­wi­cie natu­ralny. Kel­ne­rzy uwi­jali się przy zamó­wie­niach, pokrzy­ku­jąc to do bar­mana, to do obsługi z zaple­cza. Z zewnątrz docie­rał wcze­sno­po­po­łu­dniowy uliczny gwar.

- Posłu­chaj - rzekł Adam ści­szo­nym gło­sem. - Codzien­nie spraw­dzaj naroż­nik muru z pra­wej strony drzwi wej­ścio­wych w kościele ormiań­skim, nie­da­leko mostu Isma­ilia na Zama­liku. Jak będzie krzy­żyk koloru cegla­stego, to nie spo­ty­kamy się tutaj, w Dużym Groppi, ani w miej­scu zapa­so­wym w Małym Groppi. Dowie­dzia­łem się nie­dawno, że po tych loka­lach kręcą się czę­sto Polacy. Więc nie możemy ryzy­ko­wać. W takiej sytu­acji widzimy się następ­nego dnia na ostat­nim sean­sie w kinie Metro przy Talaat Harb Street numer trzy­dzie­ści pięć, kie­dyś to była Soli­man Pasha Street. Zapa­mię­ta­łeś?

- Tak.

- To jedyne kino w Kairze z kli­ma­ty­za­cją.

- Jakoś daję radę z tym upa­łem. - War­ta­nian roze­śmiał się i ponow­nie prze­tarł spo­coną głowę.

- Jakby coś nie wyszło, zapa­so­wym miej­scem jest wej­ście do kina Miami, które latem jest nie­czynne. Cze­kaj na mnie następ­nego dnia o szó­stej po połu­dniu. I tak do skutku.

- Znajdę je?

- Jest naprze­ciwko pod nume­rem trzy­dzie­stym ósmym. Taki nowo­cze­sny, wysoki budy­nek, jakby z wieżą. Wywiad bry­tyj­ski ma tu olbrzy­mie moż­li­wo­ści ope­ra­cyjne. Hotel She­phe­ard, jak wynika z naszych obser­wa­cji, to stałe miej­sce spo­tkań ofi­ce­rów SOE. No i jest tu jesz­cze tro­chę pol­skich nie­do­bit­ków od Andersa - powie­dział Al-Nag­gar, wstał od sto­lika i ruszył w kie­runku kan­cia­stej, czar­nej tak­sówki.

Po chwili pod­niósł się rów­nież War­ta­nian. Prze­szedł przez postój tak­só­wek, minął poli­cjanta w bia­łym mun­du­rze i czer­wo­nym fezie na gło­wie, otwo­rzył drzwi beżo­wego dodge'a D 1125, siadł ciężko w zapad­nię­tej tyl­nej kana­pie i rzu­cił do kie­rowcy:

- Naafi night club!

Samo­chód powoli ruszył i wbił się w uliczny potok nie­mi­ło­sier­nie trą­bią­cych na sie­bie kie­row­ców pojaz­dów. Mię­dzy nimi prze­ci­skali się rowe­rzy­ści. Ruch blo­ko­wały zaprzę­gnięte w wiel­błądy czte­ro­ko­łowe wozy i dwu­konne dorożki.

Ani War­ta­nian, ani Al-Nag­gar nie zwró­cili uwagi, że w samym rogu Dużego Groppi sie­działo dwóch męż­czyzn. Jeden młody, ale lekko już łysie­jący, o spo­koj­nym wyra­zie twa­rzy. Drugi star­szy, z zacze­sa­nymi do tyłu wło­sami roz­ja­śnio­nymi zapewne od egip­skiego słońca.

* * *

- Fra­nek. Dobrze przyj­rza­łeś się temu łysemu bro­da­czowi? - spy­tał, nie odry­wa­jąc wzroku od szklanki po bra­zy­liance, porucz­nik Filip Godlew­ski. - To nie­jaki Petros War­ta­nian. Pra­co­wał do nie­dawna dla Bry­tyj­czy­ków.

- Zapa­mię­ta­łem go. Ale wydaje mi się, że tego, który z nim roz­ma­wiał, to ja skądś znam - odparł major Fran­ci­szek Wierz­bicki.

Wierz­bicki zała­twiał w Kairze sprawy zwią­zane z dzia­łal­no­ścią firmy Asphal­tina, która na zle­ce­nie Oddziału Infor­ma­cyjno-Wywia­dow­czego Sztabu Gene­ral­nego Naczel­nego Wodza miała pomna­żać środki finan­sowe. Wypra­co­wy­wane zyski zasi­lały fun­dusz ope­ra­cyjny pol­skich służb spe­cjal­nych ope­ru­ją­cych na Bli­skim Wscho­dzie. Major był doświad­czo­nym ofi­ce­rem wywiadu. Peł­nił służbę w Eks­po­zy­tu­rze T w Jero­zo­li­mie, gdzie odpo­wia­dał za pro­wa­dze­nie sprawy o kryp­to­ni­mie praca X, czyli nasłu­chu na kie­runku Związku Sowiec­kiego. Teraz miał roz­po­znać aktyw­ność radziecką w Kairze. Czasu było nie­wiele, bo sytu­acja Pola­ków w tym rejo­nie sta­wała się coraz trud­niej­sza.

- Ustalę to, Filip. Jutro widzę się z Sulimą. A dzi­siaj poga­dam jesz­cze z takim Pia­sec­kim z Ośrodka Rezerwy Per­so­nal­nej Ofi­ce­rów. On ma bar­dzo dobre kon­takty w Kairze. Spo­tkajmy się tutaj, o tej samej porze poju­trze.

- Yes, sir - rzu­cił Godlew­ski i mru­gnął do niego.

- Filip. A co robimy z tą byłą maszy­nistką z kon­su­latu ze Stam­bułu, jak jej tam?

- Lucy Rossi-Buczyń­ska...

- O wła­śnie! Według puł­kow­nika Libie­cha, który kie­ro­wał eks­po­zy­turą Bał­tona, była agentką nie­miecką. Moje kon­takty w Bej­ru­cie i w Jero­zo­li­mie to potwier­dziły. Jako pra­cow­niczka naszego Mini­ster­stwa Infor­ma­cji i Doku­men­ta­cji będzie łatwa do namie­rze­nia. Można to szybko zała­twić. W łeb szkop­skiej dziwce i do wody. Może wypły­nie po paru tygo­dniach na jakiejś śród­ziem­no­mor­skiej plaży obgry­ziona przez rybki.

- Nie dosta­łem od Cza­kuc­kiego takich wytycz­nych. Poza tym powiem ci coś, ale tylko mię­dzy nami. Niemcy prze­stali być dla nas wro­giem. Dużo się o tym mówi już zupeł­nie jaw­nie u nas we Wło­szech. Teraz liczą się tylko Sowieci.

- Tak, kurwa mać. Tak się liczą, że Angole z Jan­ke­sami doga­dali się z nimi nad naszymi gło­wami. Widzę, co się tu dzieje. I wiesz, co jesz­cze? Naj­le­piej na tym inte­re­sie wyszli nasi dawni kole­dzy moj­że­szo­wego wyzna­nia. Ci, co pry­snęli od Andersa jesz­cze w Iraku.

- Pie­przysz. Ty mówisz o wiel­kiej poli­tyce. A tutaj roz­po­czyna się cicha wojna z Sowie­tami.

- Tylko zauważ, Filip, że naszym kosz­tem!

Major wypro­sto­wał się na krze­śle. Spoj­rzał na kel­nera, mach­nął ręką i krzyk­nął:

- Whi­sky!

Odpro­wa­dził kel­nera wzro­kiem do baru i wró­cił do roz­mowy:

- Dobra. Powiedz mi, Filip, jak Cza­kucki wpadł na tego Ormiaszkę War­ta­niana. Prze­cież Cza­kucki jest we Wło­szech.

- Dosta­li­śmy sygnał od Bry­toli. Namie­rzyli jakąś radio­sta­cję w por­cie w Dar es-Salaam. Angole nic nie zro­bili. Zdjęli ją tylko, a radio­ope­ra­tor zagi­nął w por­to­wych wodach. Ze strzę­pów infor­ma­cji dla Angoli nic nie wyni­kało. Ale wiesz, Cza­kucki to stary lis. I coś wywę­szył. A poza tym mie­li­śmy kie­dyś podobną sprawę jesz­cze w Ira­nie i Iraku. Sko­ja­rze­nia, a potem wnio­ski z usta­leń były słuszne.

- Rozu­miem, że mamy być gotowi do likwi­da­cji. Bo to za gruba ryba, żeby do niego pod­cho­dzić.

- Tak. Cza­kucki też jest tego zda­nia. Ale przy­go­tuj się jakby co na likwi­da­cję oby­dwu. Ja jed­nak cze­kam na twoje usta­le­nia. Potem niech we Wło­szech decy­dują.

- Sami to mamy zro­bić?

- Nie. Przy­je­dzie jesz­cze do pomocy porucz­nik Winiecki.

- Pewny?

- Pewny to mało powie­dziane. Armando? Mogę za niego ręczyć jak za sie­bie. Znamy się jesz­cze z tego śmier­dzą­cego ropą Kra­sno­wodzka. Nie­jedno razem prze­szli­śmy. W Rzy­mie reali­zo­wa­li­śmy trudne zada­nie... - Godlew­ski ugryzł się w język i prze­rwał. - Odbie­ram go za pięć dni w Port Saidzie. Ma przy­pły­nąć z Włoch liniow­cem Fran­co­nia.

- Cunard Line. Znam ten sta­tek. Nasi w czter­dzie­stym czwar­tym roku na nim pły­wali. Dobra, Filip. Masz tu jesz­cze naj­now­szy mate­riał eks­po­zy­tury do wysła­nia szy­fro­gra­mem przez radio. Nie chcę się u nas za czę­sto krę­cić. To ser­wus. Widzimy się poju­trze - rzu­cił i wstał od sto­lika.

Godlew­ski wyjął z koperty ostem­plo­waną pie­czę­cią z orłem: Pol­ska Misja Repa­tria­cyjna na kraje Bli­skiego Wschodu, Indie i Afrykę w Kairze zło­żoną kartkę papieru i zaczął powoli czy­tać:

Z uzy­ska­nych w ostat­nim cza­sie infor­ma­cji wynika, że wzro­sła aktyw­ność wszel­kich czyn­ni­ków sowiec­kich w Egip­cie. Odno­to­wano wiele kon­tak­tów z miej­sco­wymi par­tiami opo­zy­cyj­nymi. Sowieci wyko­rzy­stują głów­nie ele­menty szo­wi­ni­zmu naro­do­wego wszyst­kich klas spo­łecz­nych i trudną sytu­ację gospo­dar­czą, w jakiej zna­lazł się Egipt po woj­nie. Sprzyja to wzra­sta­ją­cemu nasta­wie­niu anty­bry­tyj­skiemu. Jed­nak naj­bar­dziej nie­po­ko­jące są bli­skie rela­cje z lokal­nymi par­tiami komu­ni­stycz­nymi, które w swo­ich dekla­ra­cjach wal­czą ze znacz­nym bez­ro­bo­ciem, a jed­no­cze­śnie żądają wyco­fa­nia wojsk bry­tyj­skich nie tylko z Egiptu, lecz nawet całego regionu Środ­ko­wego Wschodu.

Istot­nym ele­men­tem destruk­cyj­nym dzia­łań sowiec­kich jest pod­wa­ża­nie dekla­ra­cji ze stycz­nia 1946 roku. W krę­gach dyplo­ma­tycz­nych Sowieci pod­wa­żają bry­tyj­skie sta­no­wi­sko, aby oprzeć sto­sunki anglo-egip­skie na zasa­dzie peł­nego part­ner­stwa mię­dzy rów­nymi sobie. Nie­wy­klu­czone, że po zakoń­cze­niu waka­cji może dojść do zapo­wia­da­nej rewolty stu­denc­kiej zapo­cząt­ko­wa­nej zimą tego roku. Na kam­pu­sie uni­wer­sy­tec­kim rów­nież akty­wi­zują się czyn­niki pro­so­wiec­kie.

Zakła­damy, że te dzia­ła­nia wywro­towe będą wspo­ma­gane zama­chami bom­bo­wymi w takich miej­scach publicz­nych jak kina czy restau­ra­cje. Sta­wiam zatem tezę, że Zwią­zek Sowiecki zarówno poprzez swoje posel­stwo dyplo­ma­tyczne, jak i wywiad oraz jego agen­turę dzia­ła­jącą pod róż­nym przy­kry­ciem pró­buje zde­sta­bi­li­zo­wać sytu­ację w Egip­cie wszel­kimi dostęp­nymi środ­kami.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki