Rozdział 2
Perla, leżąca na skałach nad brzegiem morza, była najstarszym miasteczkiem w swoim regionie, jednym z pięciu całkowicie niezależnych od nikogo siedlisk. Nie było króla władającego tą krainą, a mieściny żyły ze sobą w mniej więcej dobrych stosunkach. Malowniczo wznoszące się na skale domy zachwycały niejednego podróżnego, który przybywał tu powozem, pieszo czy też statkiem do prężnie działającego portu. Nieustannie zachwycała swoim romantycznym położeniem wszelkich artystów. Kupcy chętnie sprzedawali towary na jarmarku działającym od późnej wiosny do jesieni. Burmistrz dbał o społeczność liczącą niecałe czterysta osób, choć dla postronnego obserwatora ze względu na napływ podróżnych ta liczba mogła się wydawać dużo większa. Dobrobyt mieszkańców powoli wzrastał, odkąd udało się pokonać smoka samotnika. Pamiątką po tym zdarzeniu był posąg ustawiony pośrodku placu położonego niedaleko morza. Niegdyś osiadło tu kilka rodzin z innego świata, nadając miejscu swoją nazwę, która przylgnęła do niego na zawsze. Obecnie zasiedlały je także rodziny z kilku krain. Ród Giovanniego należał do najstarszych, podobnie jak ród burmistrza i parę innych. Był jednym z najbardziej szanowanych.
Perla szczyciła się jeszcze jednym: w tym miejscu nie było ani śladu magii. Wszystko, co udało się dotąd osiągnąć mieszkańcom, stało się dzięki ich uporowi i pracy. "Nie to, co w innych krainach" - jak mawiali miejscowi. "Tam są czary, klątwy, boginie, demony, wiedźmy. My mamy od tego spokój". Nawet niezwykłe obrazy Bastiana tłumaczono jego talentem.
Duży zajazd położony na wzgórzu przeciwległym do miasteczka zawsze huczał od gości. Nic dziwnego, bowiem znajdował się przy jedynej drodze, którą dało się zjechać w dół konno lub powozem. Wprawnym piechurom zostawały dzikie ścieżki i niewielki most przez rzekę, która wiła się, również przepływając przez miasteczko. Widoki z okien zajazdu zapierały dech w piersiach niezależnie od tego, na którą stronę wychodziły. Z jednej strony rozpościerało się morze. Niezbyt wysokie góry porośnięte były lasami wśród skał. Goście uwielbiali zajazd Pod Smokiem i polecali go innym, kolejnym. Cała rodzina brała udział w prowadzeniu go, mając do pomocy jeszcze kilka osób.
Bastian o świcie dokończył rysunek rękawic. Obraz ten pojawił się w jego śnie, natrętnie domagając się realizacji. Rękawice bez palców. Ze smoczej skóry... Czuł, że czegoś tam brakowało. Po dodaniu kropli ciemnej cieczy spływającej po skórze, która jej nie wchłaniała, przyjrzał się rysunkowi z niepokojem w sercu. Krew... Teraz szkic był już pełną historią, lecz jedyne, co Bastian o nim wiedział na pewno, to że krew pojawi się tam w niedalekiej przyszłości.
Nie rozumiał skąd ma tę pewność ani dlaczego jego grafiki lub obrazy przestały być już tylko odskocznią od rzeczywistości. Przed chorobą stanowiły rosnącą pasję. Teraz, kiedy przez odsunięcie od dawnego życia zyskał więcej czasu, jego talent zaczął rozwijać się w nieoczekiwany sposób. Jakby wcześniej trwał w ukryciu, choć już wtedy, przed chorobą, śnił o tym, co chciałby przedstawić. Teraz jego wewnętrzny świat ożywał w obrazach. Ten rysunek zaś zwiastował morderstwo.
Do jaskini ukrytej w skale nad brzegiem morza dało się dostać, schodząc niczym po stopniach i progach. Wysoki Bastian pomagał sobie chwytami, zwinny niczym kozica. Ludzie przeciętnego wzrostu musieli radzić sobie, zsuwając się na własnym siedzeniu. Jaskinia była wysoka i łączyła się z systemem mniejszych lub większych zagłębień oraz wnęk, o których nic nie wiedział, podobnie jak mieszkańcy Perly. Wszedł tylko do dwóch z nich. Pierwsza, od strony morza, nie odróżniała się zbytnio od innych. Ale tylko do niej można się było dostać lądem. Prowadziło tam również zejście do morza, od jej wewnętrznej strony. Czasem lubił tam siedzieć pogrążony w ciemnościach. Z tego miejsca często skakał, żeby zanurkować.
Nocą zszedł do jaskini, by uspokoić nerwy po ostatnich zdarzeniach. Niepokojące rękawiczki ze smoczej skóry, do tego kolejne starcie z ojcem, którego znów rozdrażniła jego przypadłość. Nic dziwnego, odwracał głowę w trakcie wydawania poleceń, przez co Bastian wychwytywał tylko część słów, w efekcie nic nie rozumiejąc. Do tego to ożywienie w związku z przyjęciem zaręczynowym Alicji... Za kilka dni przyjmie pierścionek od Gregga - syna burmistrza miasta Marazon. Bolało go to. Nie chciał być świadkiem owego wydarzenia z wielu powodów. Ojciec zdecydował, że główne prawa do zajazdu przejmie jego siostra. Stało się tak po tym, jak stracił słuch. W zarządzaniu miał jej pomagać narzeczony, o którym słyszał, że miewa szalone pomysły. Podobno kiedyś przebrał konia za jednorożca, owijając go najpiękniejszą zasłoną z sypialni rodziców. Następnie przywiązał zwierzęciu do czoła róg wyrzeźbiony z drewna tylko po to, by siedzieć na nim pod oknem Alicji i recytować wiersze. Któż inny wpadłby na pomysł, by pomalować swoje długie włosy w połowie na czerwono? Po to jedynie, aby potem dumnie paradować u boku wybranki?
Alicja jednak go uwielbiała - ku ubolewaniu Bastiana utrzymując, że zapanuje "nad tym wariatem". Twierdziła, że Gregg ma wprawdzie głowę pełną fantazji, lecz nie brak mu też rozumu. Brat musiał wierzyć jej na słowo, jako że prawie go nie znał.
Tak więc tej nocy Bastian miał powody, by szukać odosobnienia. Zszedł, jak zwykle, zamierzając usiąść na kamieniu w swej jaskini, by pogrążyć się w ponurych rozmyślaniach.
Prawie był już na miejscu, kiedy jego but stanął na czymś, co sprawiło, że ześlizgnął się, o mały włos nie wpadając do wody, w której nie brakowało kamieni i skał.
W świetle księżyca poznał powód niefortunnego upadku. Siedząc, pochwycił tę rzecz, zbliżając ją do oczu, aby lepiej się jej przyjrzeć. Natychmiast poczuł, jak wstrząsa nim dreszcz.
Trzymał w dłoniach skórzaną rękawiczkę. Co więcej, poświęcając ostatnio tyle uwagi temu tematowi, był pewien, że jest to rękawiczka ze smoczej skóry, nie żadnej innej. Rękawiczka bez palców. Z jego wizji...
Wychylił się nieco, zaglądając do wnętrza kryjówki. Ten odruch prawdopodobnie ocalił mu życie. W środku zastał dwóch mężczyzn z pochodniami, gorączkowo przeszukujących jaskinię. W pewnym momencie jeden z nich chwycił drugiego gniewnie za poły, najwyraźniej mu grożąc. Jego twarz odbiła światło pochodni, a w uchu błysnęła ozdoba. Bastian z ruchu jego warg wyczytał tylko odpowiedź:
- Jedna rękawica uzdrowiciela też wystarczy!
Poczuł niemal, jak krew ścina mu się w żyłach. Pełen zaskoczenia i lęku wycofał się pospiesznie. Na górze zerknął jeszcze w stronę jaskini. Obcy szybko znaleźli porzuconą przez niego zgubę.
Palce zaczęły go mrowić. Dłonie chciały dotknąć farb, pędzla, czegokolwiek, by ujawnić obrazy pojawia jące się teraz w jego głowie. Mroczne, wypełnione okrucieństwem. Rozpacz i płacz. Blask na końcach palców był niczym poświata. Szybko objął całe dłonie. Musiał namalować! Musiał to namalować! Natychmiast!
Niczym szaleniec wpadł do pracowni urządzonej w szopie obok zajazdu. Ledwie nadążał za gonitwą myśli. Zapalić świece! Dużo świec! Mnóstwo świec! Wszystkie, jakie miał!
Wkrótce w pomieszczeniu zrobiło się bardzo jasno. Ogniki oświetliły wnętrze. Niczym światło latarni zalśnił centralnie ustawiony obraz, na pierwszy rzut oka będący chaosem kolorów, wśród których dominowała zieleń pomieszana ze złotem i błękitem. Lecz wystarczyło mgnienie, a on natychmiast stawał się jednością, ujawniając postać młodego mężczyzny o zielono-błękitnych oczach, otoczonego złotą aurą. Pomiędzy pociągniętymi palcami i pędzlem kolorami odsłaniały się i tony ponure, żałobne, budzące smutek. Zdradzające warstwy niesłychanego cierpienia naznaczonego krwią i śmiercią. Spojrzał na niego raz, wiedząc, że musi dokończyć przerwaną wizję ukrytą wewnątrz pozornie topornego portretu niemal dorównującego mu wielkością. Kolory lśniły jak żywe, niczym setki mniejszych i większych strumieni. Skrzyły się blaskiem, który otaczał jego dłonie.
Obrazowi brakowało dwóch szczegółów. Zdawał się zmieniać tony na jego oczach, lecz spojrzenie mężczyzny z portretu wciąż było łagodne. Zupełnie jakby chciał wyrazić tym, że nie jest zły. Ale brakowało w nim czegoś.
Z początku nie mógł rozpoznać tej wizji. Aż wreszcie jego ręce odnalazły drogę, niczym w transie sięgając po tony i cienie uzyskiwane na palecie i płótnie.
Wreszcie wokół postaci ujawniły się dłonie - blade, lecz o wyraźnie widocznych konturach. Sięgały po niego, czasem zaciśnięte w pięści, jakby mu grożąc. Było ich dużo. Obraz lśnił blaskiem postaci, wokół której gromadziło się pożądanie, chciwość i żądza mordu, a dłonie jakby chciały wydrzeć mu samo serce. To był pierwszy brakujący element.
Bastian usiadł umazany na twarzy farbami o wielu kolorach, kiedy to pośpiesznie dotykał jej, zastanawiając się przez moment, co jeszcze powinien przedstawić. Blade dłonie wyłaniały się z nicości, pojawiały zewsząd. To nie był koniec. Teraz Bastian umył ręce, by naprędce sięgnąć po rysunek rękawic. Widział je. Czuł dotyk niezwykłej skóry. Obrazy w jego głowie pojawiły się natychmiast. Porzucił szkic, sięgając po czyste karty. Chwycił ołówek.
Wiele godzin później, kiedy świt zajrzał przez okna, zmęczony do granic Bastian położył się wśród rozrzuconych wokół siebie rysunków. Część z nich malowana była czarną farbą, gdyż w ten sposób chciał podkreślić dramatyczny przebieg wydarzeń mający swój finał na malunku, którego tworzenie ostatecznie pozbawiło go sił.
Zaledwie złożył pośród nich głowę, kiedy poczuł podmuch świeżego, chłodnego jeszcze powietrza. Ktoś otworzył drzwi.
Zbyt zmęczony, by sprawdzić, kto go odwiedził, zapadł w sen bez obrazów, pozbawiony wizji.
Widok, jaki zastał jego ojciec po tym, jak wkroczył do środka, wywołał u niego wstrząs. Wszędzie wokół dopalały się świece. Wypalone ogarki walały się na wszystkim wokół, a pomiędzy nimi leżały rysunki. Pędzel z czarną farbą spoczywał na ostatnim z nich, tuż obok ręki skulonego we śnie syna. Ten właśnie rysunek wstrząsnął Giovannim najbardziej. Zimna twarz mężczyzny podcinającego gardło drugiemu została oddana bardzo precyzyjnie. Ofiara krwawiła z rany czarną krwią, wyraźnie zaskoczona atakiem. Giovanni spojrzał na obraz przedstawiający otwartą torbę na ramię. Wyraźnie dostrzegał w niej fiolki różnej wielkości, zwój opatrunku, jakieś narzędzia nieznanego mu zastosowania. Widział podobną u miejscowego medyka. A więc ofiara również jest medykiem. Tylko dlaczego? Pomiędzy nimi, jakby mniej istotne, w chronologicznym porządku leżały szkice ołówkiem oraz te malowane czernią, tworząc mrożącą krew w żyłach historię napaści. Kolejny obrazek przedstawiał pięść zaciśniętą na rękawiczkach.
Nad głową syna, na podłodze, ujrzał te rękawice pokryte delikatnym wzorem. Teraz plamiła je krew, jakby ich właściciela pobito, a on, broniąc się, zabarwił je swoją posoką.
Spojrzał na początek, pierwszy szkic. Potem na kolejne.
Nocą morderca zaczaił się na medyka idącego od strony pałacu w remoncie (świadczyły o tym drewniane fragmenty rusztowań i zabite deskami okna bez szyb). Wyrwał mu torbę z rąk, omal nie wysypując zawartości. Chwycił swój łup - rękawice. Następnie poderżnął ofierze gardło, by nie zdradziła jego tożsamości.
Dlaczego te rękawice były tak ważne? Do kogo należały? Co też go napadło, żeby skreślić coś tak odrażającego?
Szybko powróciło poczucie rzeczywistości. Jest świt, a ten przygłup siedział tu całą noc i malował! Jakim cudem weźmie się teraz za jakąkolwiek pracę?!
Znów musi zatrudnić pomoc na dziś, jak zawsze, gdy ktoś zachorował. Znów musi za to zapłacić. Do tego czekają go wydatki na świece, płótno, farby. Musi. Obiecał, że będzie to robił w zamian za to, na co nie pozwolił. Miał odłożoną niezłą sumkę dzięki podjętej niegdyś decyzji, lecz w zamian żona wymusiła na nim, by Bastianowi nigdy nie zabrakło farb, kart czy płótna. Skoro zamykał mu świat, miał mu zapewnić to, co syn zawsze uwielbiał robić.
Dzięki temu zajazd się rozwinął, a Bastian mógł sobie malować, co tylko zechciał.
Ale takie coś? Ogarnęła go nagła złość. Głupi chłopak! Nawet Alicja, zupełnie mijająca się z tradycją kobiet z tej rodziny i nosząca spodnie, była godna zaufania. To jednak było niczym wobec tego, co przez ostatnie trzy lata wyprawiał Bastian. Wszystko to coraz częściej wprawiało go w rozdrażnienie połączone z poczuciem winy. Wkrótce ta nerwowość i frustracja pozostały w nim na stałe, gasząc na dobre wrażliwość oraz poczucie humoru.
Giovanni miewał chwile, kiedy obwiniał Bastiana o to, że uległ chorobie, tracąc przy tym słuch. Obciążał go winą, by zaraz potem zmieniać front i winić za obecny stan rzeczy zły los. Utracił przyszłego, dobrze rokującego w prowadzeniu zajazdu partnera, który kiedyś powinien przejąć po nim interes. W zamian za to otrzymał jedynie namiastkę - godną pożałowania tępą postać malującą te swoje obrazki.
Nie dostrzegał jego talentu, a tylko to, co mu zabrano - pożytecznego zastępcę, zdolnego ogarnąć zajazd w razie jego choroby lub śmierci. Malowanie nie było mu do tego potrzebne, zaś kontakt wymagał zbyt dużego wysiłku.
Złościło go, że nie mógł się nawet wyżalić Marii - żonie i matce ich dzieci - z powodu tej jednej tajemnicy i podjętej z jej powodu rok temu decyzji. Od tego czasu zmieniło się jeszcze więcej niż wtedy, kiedy Bastian zaczął tracić słuch. Nie wszystko okazało się dobre.
Rodzina powoli odsuwała się od siebie. Nagle pojawił się nawał obowiązków, natłok gości. Pozornie nie było już czasu na to, by spędzić razem więcej niż chwilę.
Obiad z okazji zaręczyn miał stać się okazją do powrotu dawnych zwyczajów. Tymczasem Bastian najwyraźniej znów robił wszystko, aby zepsuć jego poukładane plany. Chwycił go za ramię, chcąc obudzić.
- Co ty wyprawiasz?! - warknął do niego wściekle. - Musisz malować takie okropne rzeczy? Co z tobą? Chcesz nam narobić kłopotów?! Zrujnować zaręczyny twojej siostry? Tego chcesz?!
Bastian widział gniew malujący się na twarzy rodzica. Rozpoznał też słowa, pomimo wielkiego znużenia. Jego stosunek do ojca przeszedł już dawno w stan pogardy pomieszanej ze starannie ukrywanym żalem. Czasem przeradzał się on w lśniące niespodziewanie łzy, wyrażające więcej niż jakiekolwiek słowa.
Ten człowiek go odrzucił. Przyswojenie sobie tego bolesnego faktu zajęło Bastianowi rok - najbardziej bolesny rok w życiu. Jak miał mu wytłumaczyć to wszystko? Jego wyraz twarzy szybko zmienił się w prosty przekaz: "I tak nie będziesz chciał zrozumieć".
Giovanni nie był idiotą, ignorował tylko zbyt wiele, pochłonięty własnym żalem do świata i syna. Bez trudu odgadł to spojrzenie. Ostatnio często je widział.
- Spal te potworności i weź się do roboty! - syknął gniewnie. - Wiem, że gdzieś tam w głowie czają się jeszcze resztki rozumu, bo patrzeć to ty umiesz, wredoto! - rzucił mu w twarz. - Nie obchodzi mnie, czy dasz radę to zrobić! Wstań i przydaj się do czegoś, zamiast malować te... bohomazy!
Bastian zerwał się, uwalniając ciało z uścisku ojca. Zgarnął puste pojemniczki po farbach do koszyka, następnie wcisnął mu go gniewnie w dłoń.
- Mam ci jeszcze kupować farby, żebyś malował dalej?! - Giovanni nie wytrzymał. - Sprzątnij stajnie, a potem sam ruszysz do miasteczka, gdzie wszystko kupisz! Wymazałeś wszystkie, to sobie spraw nowe, artysto z podwórka! I nie waż się brać żadnego konia! Pójdziesz na nogach!
Zamierzał mu raz jeszcze nakazać spalenie czarnych obrazków, kiedy nagle ich kłótnię przerwał głos:
- Jeśli mowa o koniach, to ja chętnie zapłaciłbym za dwa - rzekł ktoś męskim głosem. - Przypłynąłem właśnie do portu i polecono mi ich poszukać w tym zajeździe. Ponoć zawsze macie rezerwowe konie, panie Caren. Tak powiedziano mi w Perle.
Bastian nie słyszał głosu. Kiedy jednak ojciec się obejrzał, zagadnięty przez nieznajomego, także spojrzał w stronę przybyłego. Zbladł gwałtownie, patrząc na znajomą twarz.
Ojciec obejrzał się na niego szybko, wykorzystując tę chwilę, by zapanować nad emocjami. Bastianowi to wystarczyło. Giovanni także rozpoznał twarz z jego rysunku. Twarz człowieka, który zamordował medyka dla rękawic.
Bastian powoli ruszył do przodu, zamykając drzwi do swojej pracowni, by wnętrze nie zwróciło uwagi przybyszów, podczas gdy jego ojciec wciągnął ich w pogawędkę o koniach. Mordercy z rysunku towarzyszył drugi. Sądząc po podobieństwie, mógł to być jego brat.
Przeszedł go dreszcz, kiedy ich mijał. Powoli opanowywał go lęk, jakiego w swoim życiu nigdy nie odczuwał. Podświadomy strach człowieka, który czuje, że grozi mu śmierć, w dodatku taka, jakiej nigdy by sobie nie wyobraził. Żyjąc w swym bezpiecznym świecie nagle napotkał zło, które potrafiło zniszczyć w jednej chwili to, co dotąd wydało mu się nie do poruszenia. Ten człowiek już mu nie odpuści. Wyczuwał w nim zagrożenie w podobny sposób, jak Bastian czuł rosnącą obawę.
Morderca obejrzał się za nim. Giovanni szybko zbył zachowanie syna uwagą o jego przypadłości. Tym razem jednak przeczucie mówiło mu, że to nie wystarczy. Ten człowiek już coś podejrzewał, a to oznaczało, że życie Bastiana znajdzie się w niebezpieczeństwie.
Nagle wszystko inne przestało już mieć znaczenie: jego konflikt z synem, tajemnica, którą przed nim ukrywał... To wszystko stało się mniej istotne wobec faktu, że ktoś zagraża jego dziecku. Musiał pozostać czujny. Brak było dowodów na poparcie historii z rysunków Bastiana. Na razie nic się nie działo. Ten człowiek nie ma podstaw do obaw. Bastian musi być ostrożny.
Świadomość tego, że na podłodze pracowni syna wciąż leżą rysunki ujawniające oblicze mordercy, że ktoś wie o jego zbrodni, sprawiała, że Giovanni z trudem panował nad zdenerwowaniem.
Bastian zaczekał, aż ojciec odwróci uwagę przybyszów, zabierając ich do stajni. Okrężną drogą, klucząc między budynkami, wrócił do pracowni.
W pośpiechu pozbierał prace, zamykając je w skrzyni, którą ukrył w najciemniejszym miejscu. Klapa w podłodze prowadziła do starej, nieużywanej piwniczki. Wrzucił ją tam.
Nie miał pojęcia, jak długo pozostaną tam ukryte, chroniąc tajemnicę. Miał gorzkie przeczucie, że nie potrwa to długo.