Rozdział 1
Cztery siostry
- Gwiazdka bez prezentów to żadna Gwiazdka! - narzekała Jo, leżąc na
dywanie.
- Strasznie jest być biednym! - westchnęła Meg, spoglądając na swoją
starą sukienkę.
- Niektóre dziewczęta będą miały mnóstwo pięknych rzeczy, inne nie będą
miały nic... To niesprawiedliwe! - dodała Amy obrażonym głosem.
- Ale mamy tatę, mamę i siebie nawzajem - odezwała się łagodnie Beth.
Na te słowa twarze młodych dziewcząt się rozjaśniły.
- Niestety, nie ma z nami taty - powiedziała ze smutkiem Jo. - Kto wie,
kiedy go ponownie zobaczymy...
Być może nigdy - nie ośmieliła się dodać.
I ich twarze ponownie sposępniały, ponieważ każda z niepokojem myślała o panu March, który wyruszył na front jako lekarz, setki kilometrów od
domu1. Po kilku minutach Meg przerwała ciszę, mówiąc zmienionym
głosem:
- Mama nie chce, abyśmy wydawały pieniądze na przyjemności, podczas gdy
nasi żołnierze codziennie cierpią na froncie. Zima będzie ciężka dla
wszystkich i powinnyśmy zdobyć się na te wyrzeczenia z dobrego serca.
- Rozumiem, że nie dostaniemy nic od mamy, ale nie pragnie przecież,
żebyśmy wyrzekały się wszystkiego! - zawołała Jo. - Niech każda z nas
kupi sobie prezent! Naprawdę na to zasłużyłyśmy.
- Ja na pewno tak. Spędzam całe dnie na nauczaniu tych nieznośnych
dzieciaków - zaczęła znowu utyskiwać Meg.
- Wolałabyś pozostawać w zamknięciu przez długie godziny z despotyczną
starą matroną, która nigdy nie jest zadowolona i sprawia, że masz ochotę
wyskoczyć przez okno? - odezwała się Jo.
- To nieładnie się skarżyć, ale naprawdę uważam, że nie ma nic gorszego
niż sprzątanie i zmywanie naczyń - rzekła Beth.
- Przynajmniej nie musicie chodzić do szkoły z tymi wstrętnymi
dziewczynami, które dręczą cię, kiedy czegoś nie umiesz i szalują cię,
ponieważ twój ojciec jest biedny! - wykrzyknęła Amy.
- Chciałaś chyba powiedzieć szkalują cię, prawda? - poprawiła siostrę
Jo ze śmiechem.
- Nie musisz od razu się wymądrzać. Dokładnie wiem, co mówię! Trzeba
używać interesujących słów, aby wzbogacać swoje sławnictwo - odparła z godnością Amy.
- Przestańcie już, dzieci! Jo, nie żałujesz, że tata stracił wszystkie
pieniądze? - zapytała Meg, która pamiętała stare dobre czasy. - Gdyby
nie to, nie miałybyśmy dzisiaj żadnych zmartwień...
- Ale mówiłaś kiedyś, że jesteśmy szczęśliwsze niż królowe.
- Masz rację. Pomimo trudności tworzymy całkiem zgraną paczkę, jak
powiedziałaby Jo.
- Rzeczywiście, Jo używa takich pospolitych słów! - stwierdziła Amy,
spoglądając z dezaprobatą na leżącą na dywanie siostrę.
Jo natychmiast usiadła, włożyła ręce do kieszeni i zaczęła gwizdać.
- Przestań, Jo! Zachowujesz się jak chłopak!
- Właśnie dlatego to robię.
- Nienawidzę dziewcząt, które nie potrafią się poprawnie zachowywać.
- A ja nie znoszę pretensjonalnych, zarozumiałych podlotków!
- Spójrzcie na zgodne ptaszęta w górze, tam - zanuciła Beth, robiąc to w tak zabawny sposób, że siostry nie mogły powstrzymać się od śmiechu.
Konflikt został zażegnany.
- Obie jesteście winne - zaczęła wywód w stylu najstarszej siostry Meg.
- Josephine, te maniery chłopczycy w twoim wieku - to już nie przystoi.
Teraz, kiedy dorosłaś i upinasz włosy jak młoda dama, powinnaś się
również w taki sposób zachowywać.
- Nigdy! Jeśli tak to ma wyglądać, to będę nosiła dwa warkocze aż do
dwudziestki - zawołała Jo, zrywając z włosów siatkę i rozpuszczając
kasztanową grzywę. - Nie mam najmniejszej ochoty dorosnąć, nosić długich
sukni ani zostać "panną March". Samo bycie dziewczyną jest już
wystarczająco trudne, gdy ktoś tak jak ja woli chłopięce zwyczaje i zabawy.
- Biedna Jo! - rzekła Beth. - Będzie ci musiało wystarczyć bycie bratem
dla nas i skracanie imienia, tak aby przypominało chłopięce.
- Co do ciebie, Amy - kontynuowała Meg - to jesteś zdecydowanie zbyt
sztywna. Teraz twoje egzaltowane miny są zabawne, ale jeśli nie będziesz
uważać, staniesz się pretensjonalną gąską. Doceniam twoje nienaganne
maniery i wyrafinowany język. Ale zbyt wyszukane słownictwo jest równie
śmieszne co żargon Jo.
- Jeśli Jo jest chłopczycą, a Amy gąską, to kim ja jestem? - zapytała
Beth, gotowa wysłuchać serii wyrzutów na swój temat.
- Ty jesteś aniołem. Po prostu - odpowiedziała z czułością Meg.
I nikt nie zaprzeczył.
Pokój, w którym siostry robiły na drutach, był wygodny pomimo wyblakłego
dywanu i starych mebli. Na ścianach wisiały ładne obrazy, w każdym kącie
piętrzyły się książki, a w oknach kwitły róże. Panowała spokojna, domowa
atmosfera.
Margaret, najstarsza z sióstr, miała szesnaście lat. Była śliczną
dziewczyną o jasnej cerze. Miała duże oczy, jedwabiste brązowe włosy,
ładnie zarysowane usta i piękne białe dłonie, które stanowiły jej wielką
dumę.
O rok od niej młodsza Jo była bardzo wysoka, smagła i bardzo chuda.
Miała zabawny nos, zdecydowany wyraz twarzy i przenikliwe szare oczy,
które były raz wyniosłe, raz rozbawione, to znów zamyślone. Istotę jej
urody stanowiły gęste kasztanowe włosy, które jednak często upychała w siatkę, aby czuć się swobodniej i nie przywiązywać uwagi do swojego
wyglądu. Duże dłonie i duże stopy nadawały jej wygląd nieco niezgrabnego
dziecka, które z dużą niechęcią stawało się młodą kobietą.
Elisabeth - lub Beth, jak ją wszyscy nazywali - była nieśmiałą
trzynastoletnią dziewczynką. Miała jasne oczy, zaróżowione policzki i tak spokojne usposobienie, że nic lub prawie nic nie mogło wyprowadzić
jej z równowagi.
Amy miała dwanaście lat i była najważniejszą osobą na świecie.
Przynajmniej we własnym mniemaniu! Ze swoimi błękitnymi oczami,
opadającymi na ramiona blond lokami i porcelanową cerą wyglądała jak
laleczka. Zachowywała się wytwornie, jak przykładająca dużą wagę do
dobrych manier młoda dama.
Zegar wybił szóstą. Beth zmiotła popiół i ustawiła przed kominkiem parę
kapci. Na ich widok dziewczęta rozpogodziły się - ich matka wkrótce
miała być w domu. Meg zapaliła lampę, Amy energicznie podniosła się z fotela, a Jo zapomniała o zmęczeniu i podsunęła pantofle bliżej ognia.
- Mama potrzebuje nowych kapci. Te są już całkiem znoszone!
- Właśnie myślałam, żeby kupić je dla niej za moje kieszonkowe -
powiedziała Beth.
- Nie, ja kupię! - wykrzyknęła Amy.
- Ja jestem najstarsza... - zaczęła Meg.
Przerwała jej jednak Jo, która oświadczyła stanowczym tonem:
- Pod nieobecność taty ja jestem w tym domu mężczyzną i ja się tym
zajmę!
- Mam pomysł! - wykrzyknęła Beth. - Niech każda z nas kupi jej prezent
na Gwiazdkę, zamiast kupować coś sobie.
- Masz takie dobre serce, moja droga Beth - powiedziała Jo. - Tylko nie
mówcie nic mamie; pozwólmy jej myśleć, że kupujemy coś dla siebie, i zróbmy jej niespodziankę!
Pomysł ten zyskał jednogłośną aprobatę wyrażoną radosnymi okrzykami.
- Jak cudownie widzieć was takimi wesołymi, moje dzieci! - rozbrzmiał
pogodny głos w pokoju.
Cztery siostry odwróciły się, aby powitać matkę - krzepką, ciepłą i niezwykle życzliwą kobietę. Jej twarz była naznaczona przeżytymi latami
i pracą, ale córki uważały ją za najpiękniejszą kobietę na świecie.
- Co dzisiaj robiłyście? Było tyle paczek do przygotowania, że nie
mogłam wrócić na obiad. Czy były jakieś wizyty, Beth? Jesteś już mniej
zakatarzona, Meg? Jo, wyglądasz na taką zmęczoną. Chodź, ucałuj mnie,
moja mała Amy.
Zadając te wynikające z troski pytania, zdjęła płaszcz, włożyła ciepłe
kapcie i, sadowiąc się w fotelu z Amy na kolanach, była gotowa na
rozkoszowanie się najlepszą chwilą swojego długiego dnia. Meg nakryła do
stołu, aby podać herbatę, Jo poszła po drewno, uderzając we wszystko po
drodze, a Beth kursowała spokojnie pomiędzy kuchnią i salonem. W tym
czasie Amy z założonymi rękami udzielała wszystkim rad.
Kiedy usiadły do stołu, pani March oznajmiła radosnym głosem:
- Po kolacji mam dla was niespodziankę.
Na wszystkich twarzach pojawił się uśmiech. Jo rzuciła swoją serwetkę do
góry i wykrzyknęła:
- List od taty! Hip, hip, hurra!
- Tak, długi i piękny list. Wasz ojciec czuje się dobrze i przesyła nam
najlepsze życzenia bożonarodzeniowe. Jest również wiadomość specjalnie
dla was - rzekła pani March, dotykając dłonią kieszeni, jakby skrywała
tam skarb.
- Szybko, szybko! - wykrzyknęła Jo. - Amy, przestań robić pretensjonalne
miny nad swoim talerzem.
Jo spieszyła się tak bardzo, że aż zakrztusiła się herbatą i upuściła na
ziemię kanapkę.
- Uważam za godne podziwu, że tata wyruszył na wojnę, chociaż jest już w zbyt podeszłym wieku, aby walczyć - oznajmiła Meg.
- Żałuję, że ja również nie mogę w niej wziąć udziału! - wykrzyknęła Jo.
- Mogłabym być tamburmajorem lub pielęgniarką, aby mu pomóc.
- Spanie pod namiotem musi być strasznie niewygodne - wtrąciła Amy.
- Kiedy on wróci, mamusiu? - zapytała Beth łamiącym się głosem.
- Nie wcześniej niż za kilka miesięcy, kochanie. Będzie wiernie
wypełniał swój obowiązek tak długo, jak pozwoli mu na to zdrowie.
Chodźcie, przeczytam wam list od niego.
Usiadły razem obok kominka. Pani March usadowiła się w fotelu, Beth u jej stóp, a Meg i Amy na podłokietnikach. Jo stanęła za oparciem fotela,
tak aby nikt nie widział jej emocji. W tych trudnych czasach bowiem
listy często były bardzo poruszające. Ten jednak był radosny i pełen
nadziei - pan March w żywy sposób opisywał życie w obozowiskach oraz
ruchy armii. Jedynie ostatnie linijki zdradzały uczucia, jakie skrywał w sercu.
Powiedz moim ukochanym dziewczętom, że myślę o nich każdego dnia. Wiem,
że przez cały czas będą kochać mamę, z oddaniem wypełniać swoje
obowiązki i odważnie przezwyciężać wewnętrzne ograniczenia. Kiedy wrócę,
będę dumny jak nigdy z moich czterech małych kobietek.
Pod koniec listu każda z dziewcząt w ciszy przełykała łzy. Amy wtuliła
się w matkę, nie zważając na to, że zniszczy sobie fryzurę.
- Jestem małą egoistką - zaszlochała. - Spróbuję się poprawić, by nie
zawieść tatusia. Obiecuję.
- Wszystkie spróbujemy! - zawołała Meg. - Będę mniej próżna i nie będę
się już skarżyła na pracę.
- Spróbuję być mniej gwałtowna i bardziej wyważona. Zadowolę się byciem
użyteczną tutaj, zamiast marzyć o byciu gdzie indziej - oświadczyła Jo,
myśląc, że jej porywczy temperament może być trudniejszy do okiełznania
niż żołnierze wroga.
Beth otarła łzy w milczeniu. Wróciła do przerwanej pracy i dziergała ze
wszystkich sił, aby jak najszybciej wykonać swoje zadanie.
- Nie zawsze jest łatwo być dobrą - powiedziała z czułością pani March.
- Jutro rano zajrzyjcie pod poduszki, a znajdziecie wasze przewodniki.
Wierna Hannah sprzątnęła ze stołu, a dziewczęta ponownie usiadły obok
swoich koszyków wypełnionych przyborami do szycia. Szyły prześcieradła
dla ciotki March, co nie było zbyt interesujące, ale tego wieczoru żadna
się nie skarżyła.
O dziewiątej przerwały pracę i zaczęły śpiewać, jak zwykły to czynić
przed snem. Jedynie Beth mogła wydobyć ze starego pianina równie
melodyjne dźwięki. Meg miała krystaliczny głos, więc wraz z matką
prowadziła chórek. Amy skrzypiała jak świerszcz, a Jo swobodnie błądziła
po dźwiękach, obdarowując czasami fałszywymi nutami najpiękniejsze
melodie.
Wspólne śpiewanie towarzyszyło im zawsze, od dzieciństwa. Stanowiło
tradycję rodzinną, ponieważ pani March była urodzoną śpiewaczką. Jej
piękny głos rozbrzmiewał w domu od wschodu do zachodu słońca, a jej
cztery córki uwielbiały go słuchać.
Rozdział 2
Radosne święta
Bożego Narodzenia
W bożonarodzeniowy poranek jako pierwsza obudziła się Jo. Brak
gwiazdkowych skarpet powieszonych na kominku wywołał w jej sercu uczucie
chwilowego smutku. Pomna jednak słów matki, wsunęła rękę pod poduszkę i wyciągnęła śliczną małą czerwoną książkę. Była to Wędrówka
Pielgrzyma2. Dobrze znała tę opowieść, historię najlepszego
człowieka, jaki kiedykolwiek żył na świecie. Był to doskonały przewodnik
nauki, pełen mądrości. Obudziła Meg i zachęciła ją, aby zajrzała pod
swoją poduszkę. Tym razem pojawiła się zielona książka zawierająca te
same rysunki, co ta otrzymana przez Jo. Była też krótka notatka od mamy,
która czyniła podarunek jeszcze cenniejszym.
Następnie obudziły się Beth i Amy i każda z nich znalazła swój
egzemplarz - pierwszy - w perłowoszarym, a drugi - w niebieskim kolorze.
W pokoju wkrótce zapanowała cisza, którą zakłócał jedynie szelest
przewracanych stron.
Pół godziny później Meg i Jo zeszły na dół, aby podziękować mamie.
- Gdzie ona jest? - zapytała Meg.
- Bóg jeden wie! - odpowiedziała Hannah. - Biedny dzieciak sąsiadów
przybiegł dziś rano i wasza matka poszła zobaczyć, czego im brakuje. Ta
kobieta jest pierwsza, jeśli idzie o dawanie odzienia i jedzenia
nieszczęśnikom.
Hannah mieszkała z rodziną March od narodzin Meg. Była jednak kimś
więcej niż zwykłą gosposią, była przyjaciółką całej rodziny.
- Powinna już tu być. Przygotuj, proszę, wszystko, co trzeba - rzekła
Meg, rzucając okiem na ukryte pod kanapą prezenty. - Ale gdzie się
podział flakonik wody kolońskiej Amy?
- Przed chwilą go zabrała. Niewątpliwie, aby ozdobić go wstążką -
odpowiedziała Jo, która tańczyła w salonie w nowych pantofelkach, aby je
rozchodzić.
- Spójrzcie na moje śliczne chusteczki! Hannah je wyprasowała, a ja
samodzielnie je wyhaftowałam - powiedziała Beth, prezentując z dumą
małe, nieco nierówne litery, które wymagały od niej tak wiele pracy.
- Jakie to zabawne! Wyhaftowała "Mama" zamiast "M. March"! - wykrzyknęła
Jo ze śmiechem.
- Meg ma takie same inicjały jak mama i nie chciałam, żeby się myliły.
Źle zrobiłam?
Beth była wyraźnie zmartwiona. Meg spiorunowała Jo wzrokiem.
- Wręcz przeciwnie, moja droga, to bardzo inteligentne rozwiązanie -
odrzekła Meg. - Mama będzie zachwycona.
Nagle trzasnęły drzwi i w przedsionku rozległy się kroki.
- To ona! Szybko, ukryjcie podarki! - zawołała Jo.
Ale to była tylko Amy, która wpadła do pokoju ubrana w płaszcz z kapturem na głowie.
- Gdzie się podziewałaś? I co chowasz za plecami? - zapytała Meg,
zdziwiona, że Amy, która lubiła poleniuchować, wyszła z domu tak rano.
- Nie chciałam wam wcześniej mówić... - próbowała złapać oddech Amy. -
Wymieniłam tylko mały flakonik na większy. Wydałam wszystkie swoje
pieniądze, nie chcę już być egoistką!
Pokazała im swój prezent z tak skruszoną miną, że Meg natychmiast wzięła
ją w ramiona. Jo nazwała ją "złotą dziewczyną", a Beth pospieszyła
obciąć jedną ze swoich najpiękniejszych róż, aby ozdobić flakon.
Drzwi trzasnęły ponownie. Prezenty szybko wróciły pod kanapę, a dziewczęta zebrały się przy stole. Tym razem to rzeczywiście była ich
matka!
- Wesołych świąt! - zawołały chórem. - Dziękujemy za książki! Rankiem
przeczytałyśmy po fragmencie i będziemy to robić codziennie.
- Wesołych świąt, moje najdroższe! Cieszę się, że zaczęłyście lekturę.
Zanim zasiądziemy do stołu, chciałabym coś wam powiedzieć. W bardzo
bliskim sąsiedztwie mieszka uboga kobieta, która właśnie powiła
niemowlę. Jej sześcioro pozostałych dzieci ciśnie się w jednym łóżku,
aby się rozgrzać. Ich najstarszy brat przyszedł dzisiaj i wyznał, że
cierpią z powodu zimna i głodu. Czy w ramach prezentu świątecznego
zechciałybyście podarować im swoje śniadanie?
Po godzinie oczekiwania siostry były bardzo głodne. Przez chwilę
panowała cisza, ale Jo bardzo szybko zawołała:
- Co za szczęście, że przyszłaś, zanim zaczęłyśmy!
- Będę mogła wam pomóc? - zapytała natychmiast Beth.
- Przyniosę babeczki i krem - westchnęła Amy, heroicznie rezygnując ze
swoich ulubionych przysmaków.
W tym czasie Meg już przykrywała naleśniki i układała bułeczki na dużym
talerzu.
- Byłam pewna, że się zgodzicie - powiedziała pani March zadowolona.
Osobliwy orszak wyruszył w drogę, przemierzając opustoszałe wciąż ulice
miasta, aby niebawem zatrzymać się przed nędzną, w połowie pustą izbą.
Szyby w oknach były powybijane, a w kominku nie palił się ogień. Matka
wyglądała na chorą, a noworodek płakał. Blade dzieci usiłowały ogrzać
się pod starą narzutą.
- Bogu niech będą dzięki! - wykrzyknęła biedaczka na widok rodziny
March. - Przyszły do nas anioły!
- Anioły w kapturach i w rękawiczkach. Takich to chyba jeszcze nikt nie
widział! - zażartowała Jo.
W ciągu kilku minut jednak izba ożywiła się, jakby rzeczywiście zabrały
się w niej do pracy prawdziwe aniołki. Hannah rozpaliła ogień i pozatykała okna starymi kapeluszami i swoim własnym płaszczem. Pani
March zaproponowała pani Hummel bulion, jednocześnie ją pocieszając. W tym czasie dziewczęta posadziły dzieci blisko ognia i karmiły je niczym
pisklęta.
- To naprawdę są anioły! - mówiły maluchy.
To był pierwszy raz, kiedy nazywano je aniołami i to się im spodobało!
Zwłaszcza Jo, którą od dzieciństwa traktowano jak "małego diabła".
Śniadanie było bardzo radosne, chociaż nie zjadły ani okruszka. W drodze
powrotnej nie było w mieście szczęśliwszej duszyczki niż te tych
czterech wygłodniałych dziewcząt, które podarowały bliźnim swój pyszny
świąteczny posiłek.
Podczas gdy pani March na piętrze przygotowywała ubrania dla Hummelów,
siostry położyły prezenty na stole w salonie. Na jego środku królował
duży wazon wypełniony czerwonymi różami i chryzantemami, nadając całości
dość elegancki wygląd.
- Nadchodzi! Beth, do fortepianu! Amy, otwórz drzwi! Hip, hip, hurra dla
mamy! - wykrzyknęła Jo, podskakując.
Meg wzięła matkę za rękę, podczas gdy Beth zagrała najbardziej
porywającą melodię. Pani March ze łzami w oczach otworzyła swoje
prezenty i przeczytała dołączone do nich liściki. Natychmiast założyła
kapcie, skropiła jedną z chusteczek wodą kolońską, ozdobiła różą gorset
i oświadczyła, że rękawiczki ofiarowane przez Meg idealnie na nią
pasują. Potem były śmiech, wyjaśnienia i pocałunki, które czynią tego
typu uroczystości rodzinne tak przyjemnymi w danej chwili i tak uroczymi
w późniejszych wspomnieniach.
Po wejściu do jadalni dziewczęta zobaczyły wystawny stół, jakiego nie
widziały ani razu od początku wojny. Stały na nim dwie misy wypełnione
lodami, ciastami, owocami, cukierkami, a na środku cztery wspaniałe
bukiety kwiatów.
Ten widok zapierał dech w piersiach. Pani March z olbrzymią radością
patrzyła, jak delektują się tą chwilą.
- Czyżby to było dzieło wróżek? - zapytała Amy.
- Raczej Świętego Mikołaja - stwierdziła Beth.
- To szczodry gest ciotki March! - zawołała Jo.
- Nie, naszej mamusi - oświadczyła Meg, uśmiechając się szeroko.
- Żadna z was nie zgadła - odezwała się pani March. - To prezent od
naszego sąsiada, pana Laurence'a.
- Dziadka młodego Laurence'a! - wykrzyknęła Meg. - Ciekawe, skąd wpadł
na taki pomysł, nigdy z nim nie rozmawiamy.
- Znał mojego ojca - wyjaśniła pani March. - Wczoraj po południu
przesłał mi bardzo miłą wiadomość, prosząc, abym zechciała przyjąć dowód
jego przyjaźni wobec moich córek.
- Założę się, że to był pomysł jego wnuka! Pewnego dnia przyniósł
naszego kota - uciekiniera i rozmawialiśmy ponad żywopłotem. Jest
sympatycznym, choć nieco nieśmiałym chłopcem; uciekł, gdy zobaczył, że
nadchodzi Meg! Chciałabym go lepiej poznać. Potrzebuje rozrywki, jestem
o tym przekonana! - powiedziała Jo zdecydowanym tonem.
- Uwielbiam jego dobre maniery i wygląd dżentelmena; nie mam nic
przeciwko temu, abyście zostali przyjaciółmi, gdy nadarzy się okazja -
powiedziała pani March.
- Nigdy nie widziałam równie pięknych kwiatów! - zachwyciła się Meg.
- Są wspaniałe. Ale wolę kwiaty Beth - odpowiedziała matka, wąchając
różyczkę, która wciąż zdobiła górę jej sukienki.