Dexter znalazł w jakimś czasopiśmie fotografię, która ukazuje poetę Tennysona, jego żonę i dwóch synów podczas spaceru po ogrodzie ich domu na wyspie Wight. Współczesnego widza ten obraz dziwi: wszyscy, z wyjątkiem wielkiego człowieka, są odziani w skomplikowane, krępujące ruchy ubrania. Linie wzroku: Tennyson spogląda przed siebie, w przestrzeń. Kobieta stoi tuż przy nim, wciska dłoń pod ramię męża i wpatruje się w jego twarz. Jeden z chłopców trzyma ojca za rękę i patrzy na niego. Drugi, z dłonią w ręce matki, spogląda w obiektyw smutno, z żalem. Za nimi nieostro majaczy rozwiane listowie wielkiego ogrodu. Cienie tych czworga padają na trawnik: właśnie zrobili krok naprzód. Tennyson ma duże, kanciaste dłonie, uniesione niezręcznie na wysokość brzucha. Twarz jego żony jest wychudzona, a oczy zapadły się głęboko w oczodołach. To fotografia rodziny. Wiatr rozdyma wielki, sztywny rękaw sukni kobiety i odgarnia z czoła długie włosy stojącego obok ojca chłopca, odwróconego w stronę dramatu rozgrywającego się na twarzach rodziców; choć trzyma się ojca, jest oddzielony od grupy, a między jego torsem w szczelnie zapiętym ubraniu a nogą mężczyzny widać smugę światła.
Dexter przymocował to zdjęcie na ścianie między kuchenką a drzwiami do łazienki. Jest podarte, poplamione i pokryte błyszczącą warstwą tłustego osadu z gotowania. Wisi tam od dłuższego czasu. Ciągle się odczepia, przekrzywia na boki, zwisa za jeden róg. Jednak zanim całkiem odpadnie, ktoś zawsze je ratuje, ktoś przykleja je z powrotem.
Wieczorem Athena i Dexter kładli dzieci spać, a potem szli na spacer. Bezwzględnie przestrzegali tego zwyczaju, a często przed wyjściem nie sprawdzali nawet, czy chłopcy już zasnęli. Plotkowali i opowiadali sobie o tym, co wydarzyło się w ciągu dnia.
- Widzisz ten dom? - zapytał Dexter. - Dziś rano, w drodze do pracy, nierozważnie wdałem się tam w rozmowę z jakimś stetryczałym mądralą. Miło mi, że cię to śmieszy.
Dexter maszerował raźno i sprężyście. Z łatwością dotrzymywali sobie kroku, nawet się nie dotykając. Co wieczór pokonywali po ciemku wiele kilometrów, czasami kierując się przez połacie parku na wschód wzdłuż potoku, aż do miejsca, gdzie łączył się z rzeką Yarra, czasami na północny zachód, aż do ogromnego odwróconego spodka w Royal Park, gdzie dzikie psy w zoo wyły do księżyca, a małpy bełkotały za murem. Dexter ściągnął wargi i zagwizdał zawadiacką melodię. Był w tym gwizdaniu staromodny i radosny, uwielbiał wesołe tryle - kiedy zbliżał się do punktu kulminacyjnego melodii, przystanął, odwrócił się do Atheny i uniósł zakrzywiony palec wskazujący, żeby uprzedzić ją o nadchodzącym triumfie.
- A teraz zaśpiewam arię katalogową z Don Giovanniego - zapowiedział na skrzyżowaniu przed bankiem. Od pewnego egalitarnego przyjaciela ojca usłyszał kiedyś, że ma piękny głos. Uważał się za barytona dramatycznego w stylu rosyjskim, ale potrafił też poprawnie zaśpiewać Wikariusza z Bray czy Jeruzalem, nie myląc ani jednego słowa. Dexter pragnął wieść barwne życie i spełniał ten zamysł podczas wieczornych spacerów, gdy sprawiał, że rodziny odwracały się od ekranów, dzieci budziły się ze snu, a psy ujadały i skrobały łapami blaszane płoty.
- Ty nigdy nie śpiewasz! - krzyknął do Atheny, cały rozpromieniony.
- Właśnie że śpiewam - odparła, ale on zdążył już zacząć kolejny refren.
Kochała go. Kochali się nawzajem. Byli przyjaciółmi. Mieszkali w skromnie umeblowanym domku w pobliżu Merri Creek: ściany były popękane, podłogi krzywe, a obluzowane drzwi zwisały w futrynach. W kuchni stało pianino i w ciągu dnia Athena zamykała się tam pod portretem ojca Dextera i brzdąkała Mikrokosmos Bartoka albo najprostsze Małe preludia Bacha. Preludia do czego? Nawet pod jej niewprawnymi palcami te proste akordy brzmiały niczym okrzyk triumfu, a ona biegła wtedy do okna i wystawiała rozgrzaną twarz na powietrze. Zdarzały się jednak dni, kiedy pod portretem o tęsknym, dziewiętnastowiecznym wejrzeniu grała tak nierytmicznie i fałszywie, że robiło jej się wstyd, jak gdyby zbezcześciła ołtarz - zamykała wtedy wieko i wychodziła z miotłą na tylne podwórko. Za płotem, bliżej strumienia, mieszkało starsze małżeństwo, którego Dexter i Athena nigdy nie widywali, ale o którym mówili "państwo Jebaniec". Ludzie ci pili, tłukli domowe sprzęty, wrzeszczeli, bluzgali i wymiotowali, przeklinali się nawzajem, aż się kurzyło.
Jakie to dziwne, że w mieście wielkości Melbourne dwie osoby, które przez pięć lat studiów żyły niemal jak rodzeństwo, mogą rozstać się bez choćby słowa pożegnania, prowadzić zwykłe życie w odległości kilku kilometrów od siebie, a mimo to ani razu się nie spotkać. Zawierać małżeństwa, mieć dzieci, nie radzić sobie z czymś i brać się do czegoś innego, pić i tańczyć w miejscach publicznych, kupować jedzenie w supermarketach i paliwo na stacjach benzynowych, czytać o tych samych morderstwach w tych samych gazetach, drżeć w te same zimne poranki, a jednak ani razu na siebie nie wpaść. Może tak minąć osiemnaście, a nawet dwadzieścia lat! Jakie to dziwne!
Czy Dexter i Elizabeth myśleli o sobie przez ten czas? Oczywiście, Dexter częściej niż Elizabeth - nie z powodu braku równowagi uczuć między nimi, ale dlatego, że miał fioła na punkcie przeszłości. Wierzył w nią, podtrzymywała go na duchu, wykorzystywał ją do tego, by wpleść sens we wszechogarniający chaos. Przytaczał ją w anegdotach opowiadanych zawsze tymi samymi słowami. Przypominał sobie nawet szczegółowo sny, które inni ludzie mieli wiele lat wcześniej. Elizabeth nie lubiła przeszłości. Wypełniały ją wstydliwe chwile. Ona i Dexter nigdy nie byli w sobie zakochani, ale na studiach spędziła kiedyś całe sobotnie popołudnie w jego łóżku, czekając, aż wróci, bo miała ochotę kogoś przelecieć, a nikt inny akurat nie był dostępny. Godzinami leżała tam rozpalona i niecierpliwa, ale on nie wracał, aż w końcu wychyliła się przez wąskie okno, przez które wpadał ciepły powiew wiatru, usłyszała pokrzykiwania z uniwersyteckiego boiska i zdała sobie sprawę, że Dexter pewnie gra tam w krykieta. Wstała, poprawiła kołdrę, a potem wróciła przez ogród i bramę do swojego pokoju w sąsiednim budynku. Była zła. I nigdy nie powiedziała o tym Dexterowi. Odnosiła drobne zwycięstwa nad jego żarłoczną pamięcią.
Elizabeth nosiła w portfelu zdjęcie. Na drewnianej werandzie stoi kraciasta torba z dwiema rączkami. Wygląda stabilnie, jest szczelnie wypełniona. Górny suwak został rozpięty. Spomiędzy wygiętych uchwytów wystaje dziecięca główka. Okrągła buzia jest zwrócona prosto w obiektyw, bez śladu zaskoczenia. Dziecko ma potargane włosy, ciemną skórę, a białka oczu jasno się odznaczają. Na odwrocie fotografii matka zanotowała swoim chwiejnym, przerażającym pismem słowa: "Vicki: cenny bagaż". Matka poddała się i umarła. Co może łączyć dwie siostry urodzone w odstępie dwudziestu lat? Kim ma być starsza z nich: siostrą czy matką?
O pierwszej w nocy Elizabeth siedziała w łóżku, dziergała na szydełku i oglądała w telewizji sitcom Projektantki. Telefon zadzwonił akurat w chwili, gdy na ekranie miał pojawić się pies z butem męża w pysku. Elizabeth usłyszała pikanie.
- Coś się stało, Vicki?
- Niezupełnie.
- Która tam u ciebie godzina?
- Dziesiąta wieczorem.
- Nie mogę znowu przyjechać - powiedziała Elizabeth. - Nie wiem, po co do mnie dzwonisz. Dostaniesz kosmiczny rachunek za telefon. Chodzisz do szkoły?
- Tak jakby. Nie za często.
Elizabeth kopnięciem zrzuciła z materaca stygnący termofor. Poszewka na kołdrę była kradziona, prześcieradło kupione. Dobrana para.
- Twierdziłaś, że jesteś dość dorosła i możesz sama o siebie zadbać. Ostrzegałam cię. Mówiłam, że nie mogę co chwila do ciebie latać. Wiesz, ile kosztuje bilet na samolot?
- Nie chcę, żebyś przylatywała - odparła Vicki. Jej głos brzmiał głucho. - Pomyliłam się. Chcę przylecieć do ciebie.
- Żeby tu mieszkać?
- Mam dopiero siedemnaście lat.
- Kiedy ostatnio o tym rozmawiałyśmy, siedemnaście lat podobno oznaczało dorosłość, pamiętasz?
Dziewczyna milczała. Na linii rozległy się syki i świsty. Ich matka nie żyła, a one narobiły strasznego bałaganu.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.