"Do domu wrócimy..."
Rozdział 1
"Do domu wrócimy..."
Podróże tużpowojenne warszawska ulica - znana z poczucia humoru i ostrego dowcipu - prześmiewczo nazywała turystyką musową. W czym
mieściła się sugestia zarówno masowości, jak i przymusu. Było to bowiem
podróżowanie wymuszone ówczesnymi warunkami egzystencji i jedynie po
części zależne od chęci podróżujących. Pierwsze lata po II wojnie
światowej obdarzyły przecież Polskę "wędrówką ludów" o intensywności i skali, jakiej nasze ziemie wcześniej nigdy nie doświadczyły. W całych
tysiącletnich dziejach! Liczoną w milionach osób!
Nie mogło być inaczej. Wiadomo, każdy front wojenny prócz zniszczeń
powoduje exodusy ludności, a gigantyczny walec tej wojny przetoczył się
przez nasz kraj dwa razy. Najpierw na wschód, by dotrzeć pod Moskwę, i z kolei odwrotnie, na zachód aż do Berlina. Wiele przemieszczeń ludności
spowodowała niemiecka okupacja, a całkowicie nową sytuację dla milionów
ludzi stworzyło powojenne ukształtowanie polskich granic. Decyzją szefów
koalicji antyhitlerowskiej, czyli tak zwanej Wielkiej Trójki, podjętą na
konferencji w Jałcie, potwierdzoną następnie w Poczdamie, Polska
radykalnie zmieniła kształt terytorialny. Utraciła na wschodzie 47%
przedwojennego obszaru, który znalazł się w granicach ZSRR. Natomiast
zyskała należące przed wojną do Niemiec ziemie na zachodzie i północy,
stanowiące teraz łącznie jedną trzecią naszego terytorium.
W ten sposób nieuchronnie zaczęła się wielka wędrówka. Po kapitulacji
powstania warszawskiego cała ludność cywilna musiała opuścić miasto.
Jako mały chłopiec razem z matką i siostrą przemierzyłem szlak ze
Śródmieścia do obozu przejściowego w Pruszkowie, a potem przez trzy doby
jechałem w nieznane, w październiku, w odkrytym wagonie bydlęcym. W ścisku takim, że sztuką - i ryzykiem - było siąść ze zmęczenia na
podłodze. Dobrym wspomnieniem z tamtej podróży pozostały chwile, w których udawało się złapać owinięte w papier kromki chleba ze smalcem,
podrzucane nam przez dobrych ludzi na niektórych postojach. Po trzech
dobach niemiecka załoga pociągu okrzykami Raus! wyrzuciła wszystkich z wagonów w Starachowicach. Tam zastało nas wyzwolenie od Niemców, stamtąd
dopiero po roku ruszyliśmy w podróż powrotną do zniszczonej Warszawy.
Już w ludzkich warunkach, tyle że z naszego mieszkania, jak i całego
domu, zostało niewiele, zagęściliśmy się więc u krewnych mających więcej
szczęścia na przedmieściu. Przez obóz przejściowy noszący wówczas nazwę
Dulag 121 Pruszków przeszło około 400 tys. mieszkańców stolicy
wypędzonych przez Niemców po kapitulacji powstania. I z nimi wszystkimi
dzieliliśmy nasz los. Tyle że i tak należeliśmy do szczęściarzy
puszczonych wolno, ponieważ tysiące ludzi dorosłych i zdolnych do pracy
wywieziono na roboty przymusowe do Rzeszy, a wiele pociągów z tego
Dulagu trafiło wprost do obozów koncentracyjnych.
Repatrianci, ok. 1946-1948. Fot. NAC
Przez trzy powojenne lata "wędrówka ludów" trwała między Bugiem i Odrą
praktycznie nieustająco. Dwukierunkowy ruch zainicjowano na wschodzie
kraju już w 1944 roku. We wrześniu Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego
(PKWN) podpisał z władzami republik radzieckich umowę o wymianie
ludności i na jej podstawie do Polski mieli być repatriowani Polacy, a także Żydzi, wyrażający taką wolę, i we wrześniu 1939 roku legitymujący
się polskim obywatelstwem (czy też je deklarujący, co nie zostało
jednoznacznie dopowiedziane). Natomiast z Polski do narodowych republik
postanowiono przesiedlić Litwinów, Białorusinów i Ukraińców. I tak do
końca 1946 roku z radzieckiej Ukrainy przeniosło się 800 tys. Polaków, z Białorusi prawie 275 tys., z Litwy niespełna 200 tys. Nie wszyscy tam
osiedli, nie każdy bowiem decydował się opuścić swoje gospodarstwo i zostawić dobytek, nie każdemu wydawano zgodę na wyjazd, a ponadto władze
lokalne ustaliły dość ograniczone terminy. Zgodnie z umową zawartą przez
Polskę w lipcu 1945 roku z władzami ZSRR, powracali do ojczyzny także
rodacy z głębi Związku Radzieckiego, jednakże w trybie wyraźnie
hamowanym. Najdobitniej świadczą o tym wskaźniki: do roku 1949 wróciło
stamtąd niewiele ponad 260 tys. osób, podczas gdy - według oficjalnych
statystyk - nadal mieszkało w ZSRR około półtora miliona Polaków,
skupionych zwłaszcza w Kazachstanie. Toteż konieczne okazało się
uruchomienie drugiej fali repatriacji z ZSRR po "odwilży", w drugiej
połowie lat 50.
Kilkunastoletni wówczas Wiesław Zachaczewski w końcu lat 40. razem z rodziną o jeden dzień spóźnił się na ostatni pociąg do Polski i musiał
potem czekać prawie dziesięć lat na następny. A nie były to dla niego
łatwe lata, czasem była to walka o życie. Powierzono mi tam rolę
pastucha - opowiadał mi. - Raz zostałem ze stadem daleko od wsi,
wczesnym wieczorem wiatr przyniósł gwałtowną śnieżycę, wzrok sięgał nie
dalej niż parę metrów, temperatura zaczęła gwałtownie spadać. Ogarnął
mnie strach. Wówczas owce ciasno zbiły się w krąg, ja znalazłem się w środku. Otoczony ich gęstymi futrami poczułem się jak u mamy pod
pierzyną. Rano, jak gdyby nigdy nic, szczęśliwy znalazłem się we wsi.
O powrotach rodaków z dawnych polskich Kresów kształtujemy dziś sobie
dość powszechnie pojęcie głównie z filmu, na przykład z Samych swoich,
czyli pierwszej części trylogii w reżyserii Sylwestra Chęcińskiego
według scenariusza Andrzeja Mularczyka. Ten obraz stał się kultowy,
wymieniany bywa na każdej krajowej liście filmów najlepszych i najbardziej popularnych. Powraca wciąż na ekrany telewizyjne, zazwyczaj
w czasie Świąt Wielkanocnych, toteż znają go wszystkie kolejne
pokolenia. Opowiada o dwóch rodzinach, Pawlaków i Kargulów, sąsiadów z zabużańskiej wsi, których najpierw wejście krowy w szkodę, a następnie
zaoranie miedzy o trzy palce za daleko, zwaśniło na śmierć i życie. A jednak nie potrafili żyć bez siebie. Andrzej Mularczyk, scenarzysta
tryptyku, mówił, że inspirowały go wspomnienia rodzinne, a pierwowzorem
Kaźmirza Pawlaka był jego własny stryj, który na tak zwanych Ziemiach
Odzyskanych osiedlił się we wsi Tymowa dlatego, że... zobaczył pasące się
na łące krowy sąsiada z Boryczówki, z którym miał na pieńku.
W filmie Sami swoi oglądamy podróż Pawlaków z ich Ziemi Utraconej do
Ziem Odzyskanych. Wpisujący się w krajobraz potężnym pióropuszem
czarnego jak smoła dymu parowóz rodem z czasów króla Ćwieczka, a za nim
długi rząd wagonów towarowych. W każdym zaś rozlokowała się jedna
repatriancka rodzina z całym swoim dobytkiem. Taka była "salonka"
przesiedleńców: wagon towarowy, drewniany, o konstrukcji wzmocnionej
szynami metalowymi na metalowej ramie, zwanej ostoją. Z dachem łamanym,
mniej lub bardziej spadzistym albo zaokrąglonym. Z szerokimi przesuwnymi
drzwiami do załadunku, przeważnie w środku wagonu. I wywietrznikiem
jednym lub kilkoma. Niektóre dodatkowo z wejściem od szczytu, ze
stopniem. W nomenklaturze kolei europejskich taki wagon ma oznaczenie
literowe G.
Przesiedleńcy nie jechali z pustymi rękami, jak sugerować mógł
późniejszy dowcip o rzekomym pomniku Repatrianta, a w istocie -
ustawionej przy dawnym stołecznym Stadionie X-lecia (dziś Stadion
Narodowy) - rzeźbie trzech biegnących lekkoatletów. Figury sportowców
były nagie, jak kazała tradycja starożytnych olimpiad. No, ale
warszawska ulica od razu skorzystała z okazji. Komentowała: trzech
gołych biegnie ze wschodu, więc kto to może być? Oczywiście repatrianci
stamtąd! Prześmiewcza nazwa powszechnie się przyjęła, wprawdzie nikt
rozsądny nie wyrwałby się z nią w szerszym, a zwłaszcza oficjalnym
gronie, ale młodzież między sobą nie zawsze się krępowała.
Rzeczywistość w tym przypadku przedstawiała się nieco lepiej. W myśl
polsko-radzieckiej umowy repatrianci mieli prawo zabierać ze sobą do
dwóch ton bagażu na rodzinę: odzież i obuwie, żywność, umeblowanie i sprzęty domowe, a także inwentarz gospodarczy i zwierzęta hodowlane.
Przy tym wszystkich wyjeżdżających zwolniono z obowiązkowych
kontyngentów i wszelkich powinności podatkowych. Toteż wagon Pawlaków
przypominał ni to wnętrze ich wiejskiej chałupy, ni to miniaturową arkę
Noego.
Udekorowany pociąg repatriantów w drodze na Ziemie Zachodnie, ok. 1946-1948. Fot. NAC
Pawlakowie i Kargulowie nie zdradzają w filmie, jak długo trwało
kolejowe podróżowanie z kresowych Krużewnik do dolnośląskiego
Lubomierza, gdzie w zabytkowym Domu Płócienników funkcjonuje teraz ich
muzeum, ozdobione od frontu figurami głównych bohaterów i drogowskazami
podającymi odległości do ważnych miejsc na świecie, w tym - jakżeby
inaczej? - do Hollywood. Jedno można stwierdzić na pewno: nie była to
podróż ekspresowa. A po stronie radzieckiej obraz rzeczywisty wyglądał
znacznie gorzej od filmowego.
Maksym Gorki w jednym ze swoich dramatów rzucił hasło, które zrobiło
karierę: "Człowiek - to brzmi dumnie!". Radzieccy komuniści,
zawłaszczając Gorkiego, potraktowali je później jako wizytówkę swojego
humanizmu. Natomiast nadwiślańscy prześmiewcy wkładali je w usta
Stalina, Wodza Narodów, ze znamiennym dopiskiem: "Człowiek - to brzmi
dumnie... ale nie u mnie!". Stalinowska filozofia miała przełożenie na
wszystkie dziedziny życia. W praktyce przesiedleńczej obowiązywała tam
zasada: najpierw człowiek, potem transport. Niewtajemniczony może
odczytywać to opacznie, ale naprawdę chodziło o to, że zarejestrowani i zgromadzeni na stacjach przesiedleńcy mieli nie tylko dniami, ale nieraz
tygodniami czekać na swój pociąg, który potem na węzłach kolejowych był
przepuszczany w ostatniej kolejności. Ich "salonkami" często bywały
zwykłe odkryte wagony węglarki.
Pojęcie o przesiedleńczych odysejach na terenie Polski, innych jednak
niż u Wielkiego Brata, daje internetowe wspomnienie Jerzego Łucejki o przenosinach osadniczych jego rodziny z Bielska Podlaskiego do Darłowa.
"Urodziłem się w roku 1937 w Bielsku Podlaskim, dawnym miasteczku
powiatowym województwa białostockiego. W domu było nas troje rodzeństwa
i rodzice. W styczniu 1947 roku Ojciec przyniósł do domu wiadomość, że
wyjedziemy na Ziemie Odzyskane i będziemy mieszkać nad polskim morzem
[...] Załatwianie wszelkich formalności przeciągnęło się do maja.
Wreszcie! 17 maja 1947 roku, po załadunku do wagonu towarowego i zaopatrzeniu nas w suchy prowiant przez Państwowy Urząd Repatriacyjny,
ruszyliśmy. Już w drugim dniu podróży spotkała nas niemiła przygoda.
Rzęsisty deszcz poprzez dach podlał nas i niewielki dobytek w naszym
wagonie. Nawet i to zdarzenie nie zakłóciło naszego entuzjazmu i humoru.
Mama na dłuższych postojach - po uzgodnieniu z kolejarzami - gotowała
nam, na poboczu torów, w garnku żeliwnym ziemniaki ze skwarkami. Jak nam
to smakowało... Na dużych stacjach węzłowych przedstawiciele PUR-u zaopatrywali nas w wodę i uzupełniali prowiant. W wagonie nawiązała się
prawdziwa przyjaźń: w dużym koszu wiklinowym przebywały razem - nasza
kózka Mecia i pies Kajtek.
W szóstym dniu podróży dojechaliśmy do Torunia. Tu późnym wieczorem
przeżyliśmy niemiłą przygodę. Nie wiadomo skąd rozległy się dość częste
strzały. Pochowaliśmy się za koła wagonów. Potem dowiedzieliśmy się, że
strzelali do siebie milicjanci z szabrownikami, którzy okradali wagony z towarami. W ósmym dniu podróży oczom naszym ukazała się stacja naszego
przeznaczenia".
Proszę spojrzeć na mapę: z Bielska Podlaskiego do Darłowa - i to już
prawie dwa lata po wojnie - w osiem dni!
Jakże różnie wyglądały te powojenne powroty. Marian Kunicki po wyjściu
ze stalagu, jenieckiego obozu dla podoficerów i szeregowców, od pewnego
momentu podróży uznał, że najlepszym wehikułem będzie trofiejny, czyli
zdobyczny, rower, który pozwoli mu ruszyć na skróty. Rower wysłużony,
ale sprawny. Wszakże z jednym felerem: brakowało mu gumowych nakładek na
końcówki kierownicy. I to właśnie stało się przyczyną nieszczęścia. Na
zdezelowanym mostku przez rzekę przednie koło roweru wpadło w głęboką
szparę między deskami jezdni, zaklinowało się, nieprzygotowany na to
cyklista gwałtownie runął w przód i rura kierownicy wbiła mu się w brzuch. Głęboko. Na prędką pomoc chirurgiczną nie miał szans. Przeżył
wojnę, front, obóz, a zginął w drodze do niedalekiego już domu. Jego
matka nigdy się po tym nie pozbierała.
Podróże przesiedleńcze organizował i nadzorował PUR - Państwowy Urząd
Repatriacyjny, już w październiku 1944 roku powołany do życia przez
PKWN, potem parokrotnie przekształcany. Od połowy listopada 1945 roku
jego organem nadrzędnym stał się nowy "zadaniowy" superresort kierowany
przez Władysława Gomułkę. Ministerstwo Ziem Odzyskanych powołano do
przeprowadzenia planowej akcji osiedleńczej, regulowania jej zakresu i tempa, planowego zagospodarowania tych ziem oraz - koordynowania na ich
terenie prac wszystkich innych ministerstw i urzędów.
PUR dysponował rozległą siecią swoich przedstawicielstw terenowych, a zwłaszcza przeszło 250 punktami etapowymi. Wlotowe mieściły się przy
nowo ustanowionej granicy wschodniej. Przeładunkowe specjalizowały się w przeładunkach z radzieckich kolei szerokotorowych do naszych - o europejskich standardach torowych. Przelotowe rozstawiono wzdłuż
magistrali kolejowych. Docelowe zaś sytuowano w pobliżu planowanych
miejsc osiedlenia. PUR w sumie dobrze się zasłużył. Dla setek tysięcy
przesiedleńców przedstawiciele PUR byli niczym symboliczna pomocna ręka,
na ogół pierwsza, jaką w ojczyźnie spotykali. Niepewnym swojej
przyszłości ludziom służyli informacją i wsparciem materialnym, wiktem i poradą, także prawną.
Działalność PUR, a potem Generalnego Pełnomocnika Rządu ds. Repatriacji,
wspomagała grupa wybitnych uczonych skupionych w Radzie Naukowej dla
Zagadnień Ziem Odzyskanych przy Biurze Studiów
Osadniczo-Przesiedleńczych. Ich główną ideą było wdrożenie takiego
planowania, żeby przesiedlani rolnicy trafiali na tereny zbliżone do
tych, jakie opuścili - pod względem klimatu, typu gleby, rodzaju ich
zagospodarowania. Przy czym najlepiej, by przenosili się w zwartych,
zżytych wcześniej grupach, to bowiem ułatwiałoby procesy ich społecznego
przystosowania i przyspieszało też aktywizację produkcyjną. W praktyce
te światłe idee okazywały się trudne do urzeczywistnienia, ale jednak. Z grubsza realizowano więc zamierzoną rejonizację. Od lata 1945 roku
najczęściej przesiedleńców z Ukrainy kierowano na Śląsk. Z Białorusi -
na ziemię lubuską oraz do województw wrocławskiego i szczecińskiego. Z Litwy - do województw olsztyńskiego i gdańskiego. Przy czym
niejednokrotnie udawało się także spełniać kolejne wskazanie naukowców,
by repatrianci ze wschodu przybywali w zwartych grupach, niekiedy nawet
razem ze swoim księdzem i wiejskim nauczycielem. By zasiedlali całą
wieś, podobnie jak Pawlak z Kargulem, odtwarzając dawny układ sąsiedzki.
I wówczas cała wieś na zachodzie, jak w Samych swoich, mówiła kresową
gwarą z tak charakterystycznym jej śpiewnym akcentem.
Przesiedleńcom przyznawano z reguły gospodarstwa w granicach 10-12 ha,
co wielu zdawało się i tak Ziemią Obiecaną. Na domiar, zwłaszcza w pierwszym okresie, zastawali często gospodarstwa wyposażone w sprzęt
domowy i narzędzia, o jakich u siebie nie mogli marzyć. Halina, która po
wojnie trafiła w Olsztyńskie, jeszcze trzydzieści lat później
podejmowała mnie herbatą i ciastem w zachowanym bez żadnego uszczerbku
poniemieckim serwisie. Tam natomiast nie dałoby się już znaleźć sierpa,
jaki Pawlak zabrał ze sobą i potem niczym relikwię pokazywał Johnowi -
Jaśkowi, przybyłemu po latach z Ameryki. Znacznie wyższa aniżeli w miejscach opuszczonych okazywała się też infrastruktura zachodnich wsi i miasteczek, i to pomimo zniszczeń wojennych, sowieckiego rabunku i polskiego szabru. "Dom mam murowany, piwniczny, z dachem krytym
dachówką, nie słomą jak w Krużewnikach" - chwalił się Kaźmirz Pawlak
swemu bratu. Tylko babka, wierna starym przyzwyczajeniom, wtrąciła z przekąsem: "E, co to za dom, nawet pieca ni ma. Upiec upieczesz, ale
spać ni ma gdzie". No bo przecież dawna tradycyjna wieś nie znała
lepszego miejsca do spania niż na piecu; leżeć na piecu i tłustość łyżką
jeść - to był bajkowy ideał wiejskiego sybaryty!
Kiedy mówimy o zwartych grupach przesiedleńców, trzeba zauważyć, że to
zjawisko dotyczyło nie tylko wsi. Koronnym przykładem jest Wrocław,
który stał się głównym kierunkiem podróży lwowskich repatriantów, ich
szansą i wyzwaniem. Tam lwowianie spotykali się co krok. Jak w starej
piosence: "Ta joj, ta Józku, ta dawaj pyska, ta z twojej gęby widzę
Lwów". W ślad za byłym rektorem lwowskiego Uniwersytetu Jana Kazimierza
prof. Stanisławem Kulczyńskim, który objął początkowo rektorat dwóch
nowo organizowanych we Wrocławiu placówek, uniwersytetu i politechniki,
pojawiła się tam - zdziesiątkowana wprawdzie przez Niemców - kadra
znakomitych uczonych, którzy wcześniej utrzymywali Lwów w ścisłej
czołówce polskich uczelni. Nad Odrę przeniesiono też po wojnie
Ossolineum, jeden z najstarszych i najważniejszych ośrodków kultury
polskiej. Tamże - traktując tę lokalizację już jako oczywistą -
usytuowano Panoramę Racławicką, tyle że obawy polityczne (Polacy biją
Rosjan, wprawdzie pod carskimi sztandarami, ale jednak...) spowodowały, iż
unikalne dzieło Styki i Kossaka udostępnione zostało dopiero w połowie
lat 80. Lwowskich śladów do dziś w dolnośląskiej stolicy jest pełno i wciąż łatwo spotkać w niej ludzi kultywujących te tradycje.
Z końcem wojny na wschód od Odry, na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych,
znalazło się prawie 600 tys. polskich robotników przymusowych
przewiezionych tam przez Niemców do niewolniczej pracy. Wielu marzył się
powrót do dawnego domu, ale okazywało się to niemożliwe, skoro
pozostawał on na Kresach, teraz już w Związku Radzieckim, albo też
działania wojenne zrównały go z ziemią. W takiej sytuacji organizowali
sobie nowe życie na miejscu.
Po kapitulacji III Rzeszy i ustanowieniu na jej terytorium alianckich
stref okupacyjnych podobne prawie sześciusettysięczne zbiorowisko
Polaków znalazło się w strefie radzieckiej. Byli to znów robotnicy
przymusowi, ale także więźniowie obozów koncentracyjnych oraz jeńcy
wojenni, więźniowie żołnierskich stalagów i oficerskich oflagów. Oni
rozpoczęli masowy powojenny exodus rodaków z zachodu na wschód. Na wielu
czekali najbliżsi, więc spieszyli się, korzystając z każdego dostępnego
środka lokomocji. Zatłoczone chwilami drogi stanowiły niezwykłą,
kuriozalną wręcz mozaikę rozmaitych pojazdów.
Ponad milion rodaków znalazło się w tym momencie w zachodnich strefach
okupacyjnych. Oni stanęli przed trudnym wyborem: wracać do swoich, do
ojczyzny - zrujnowanej przez wojnę, wyzwolonej od Niemców, ale w sowieckich kleszczach? Czy też szukać sobie poza nią nowego miejsca na
ziemi? Oba rozwiązania gotowa była ułatwić im UNRRA (Administracja
Narodów Zjednoczonych do spraw Pomocy i Odbudowy), która brała pod swe
skrzydła tak zwanych dipisów (skrót od angielskiego określenia osób,
które w wyniku wojny znalazły się poza swoim państwem i chciały albo
wrócić do kraju, albo znaleźć nową ojczyznę, lecz bez pomocy uczynić
tego nie dałyby rady). Były to częstokroć wybory dramatyczne,
poprzedzały je zazwyczaj próby kontaktów z bliskimi w kraju i długie
nocne rodaków rozmowy.
Podobnie jak tysiące polskich rodzin, miałem w swym otoczeniu przykłady
obu wersji. Witold Różycki - więzień stalagu od kampanii wrześniowej aż
do końca wojny, i jego żona Krystyna - żołnierz Armii Krajowej,
powstaniec warszawski, wywieziona do Niemiec po upadku powstania.
Poznali się w Niemczech po ich kapitulacji, pokochali, wzięli ślub i parę miesięcy się zastanawiali. Po czym wrócili do Polski, podobnie jak
70% dipisów. Mieli podróż do ojczyzny zorganizowaną sprawnie, również
kolejową, lecz w warunkach cywilizowanych, dalekich od prymitywu podróży
ze wschodu.
Odmienny przykład z rodzinnego kręgu: Marian Więckowski, funkcjonariusz
Polskiego Państwa Podziemnego, wpadł na terenie Niemiec podczas kolejnej
swojej misji. Po wyzwoleniu w angielskiej strefie nie mógł wyobrazić
sobie powrotu pod sowiecką kuratelę. Podobnie jak 30% rodaków z alianckich stref okupacyjnych, wybrał drogę na zachód. Zasilił jakże
liczną Polonię londyńską. Po zwinięciu "żelaznej kurtyny" odwiedzało go
wielu członków rodziny, jednak pozostał niezmienny w swych poglądach.
Dożył polskiej transformacji ustrojowej, lecz uznał, że dla niego na
powrót już za późno. W zachodniej Europie pozostała zdecydowana
większość żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych oraz znaczna część elit
intelektualnych i politycznych.
Kolejną rzeszę przesiedleńców stanowili demobilizowani żołnierze.
Niespełna dwa miesiące po bezwarunkowej kapitulacji III Rzeszy marszałek
Michał Rola-Żymierski rozkazem nr 0141 nakazał wszystkim dowódcom
jednostek rozpocząć akcje osiedlania na Ziemiach Zachodnich wojskowych i ich rodzin. Miało to swoją długą tradycję, by na rubieżach
Rzeczypospolitej lokować jej obrońców. Tak czynił marszałek Józef
Piłsudski, nie inaczej Jan III Sobieski i wielu jego poprzedników.
Ten rozdział podróżowania na Ziemie Zachodnie także zyskał filmowe
uwiecznienie. Pod koniec lat 60. Henryk Przybył nakręcił komedię
Rzeczpospolita babska, opartą na motywach autentycznej historii 1.
Samodzielnego Batalionu Kobiecego im. Emilii Plater. Część jego
żołnierek zaraz po wojnie osiedliła się w dolnośląskiej wsi nazwanej
potem Platerówką, w sąsiedztwie ulokowanej tam jednostki męskiej. Choć
obie grupy były już zdemobilizowane, przez dłuższy czas utrzymywały
jednak dotychczasową hierarchię i porządki wojskowe. Najpierw ze sobą
rywalizowały, potem współpracowały, aż do kończącego opowieść... korowodu
ślubów. Mimo autentycznych korzeni trudno ten film - w przeciwieństwie
do Samych swoich - uznać za świadectwo czasu. Przybył zrobił widowisko
w stylu rozśpiewanych i roztańczonych komedii sprzed wojny, obfitujące w rzewne i naiwne scenki, okrasił je za to obsadą pełną młodych podówczas,
a znanych później aktorek, z Ireną Karel i Teresą Lipowską, Krystyną
Sienkiewicz i Elżbietą Starostecką, Zofią Merle i Aleksandrą
Zawieruszanką, do których w konkury uderzali między innymi zaczynający
aktorską karierę bracia Damięccy i 30-letni wówczas Jan Machulski. Smak
historii w tym filmie to co najwyżej transport dzielnych żołnierek
towarową "salonką" albo ceremonialne powitanie honorowych gości przez
starostę i funkcjonariusza PUR z identyfikującą opaską na ręku, przy
akompaniamencie strażackiej orkiestry. No i, rzecz jasna, opłakany stan
pałacyku, który dano w posiadanie zdemobilizowanemu żeńskiemu
batalionowi; taka była wówczas norma.
Akcja osiedleńcza żołnierzy miała jednak bardzo poważny wymiar. Wedle
rozkazu z samej góry każda jednostka, do pułku włącznie, miała już do
końca miesiąca zabezpieczyć zamieszkanie na Ziemiach Zachodnich
kilkudziesięciu rodzin i objęcie przez nie opustoszałych gospodarstw
rolnych. Wyznaczono w tym celu 12 powiatów przygranicznych, od Kamienia
Pomorskiego na północy po Zgorzelec na południu, zaś administracja
państwowa wstrzymała napływ na te tereny osadników cywilnych. Jakie
przypisywano temu znaczenie, świadczy powołanie Generalnego Inspektoratu
Osadnictwa Wojskowego, na czele którego stanął generał broni Karol
Świerczewski, ten, co się "kulom nie kłaniał", ale zginął od kul w Bieszczadach, gdzie toczyły się walki z oddziałami UPA (Ukraińskiej
Powstańczej Armii), a na jego zastępcę wyznaczono Piotra Jaroszewicza,
późniejszego premiera w ekipie Edwarda Gierka. Trzeba przyznać, że
punkty rozdzielczo-przesyłkowe osadnictwa wojskowego powstały
błyskawicznie, a wojsko pomagało swoim osiedleńcom, od organizowania
podróży koleją i taborem samochodowym, aż po wręczenie symbolicznych
kluczy do domostwa i całego gospodarstwa. Czym wyróżniało się to
żołnierskie podróżowanie? Może trochę większym udziałem zmotoryzowanych
środków transportu. I przede wszystkim lepszym zorganizowaniem, większą
dyscypliną podróżników. Summa summarum faktem się stało, że w wielu
przygranicznych miejscowościach dwunastu wydzielonych powiatów
zdemobilizowani żołnierze razem z rodzinami stanowili w roku 1948 ponad
30% ogółu polskiej ludności, a wojskowe porządki i żołnierski styl
utrzymywały się tam jeszcze przez lata. Co nie znaczy, że ludzie z mundurami schowanymi w szafach osiedlali się jedynie tam. Na całych tak
zwanych Ziemiach Odzyskanych do końca roku 1948 rozmieściło się około
170 tys. żołnierskich rodzin, łącznie dobrze ponad pół miliona osób, co
stanowiło około 12% całej tamtejszej polskiej społeczności.
Jednakże to nie rodacy zza Buga i zdemobilizowani żołnierze z rodzinami
stanowili większość na Ziemiach Zachodnich, ale mieszkańcy terenów
wpisanych w nasze stare granice aż do linii Buga. Mimo spowodowanych
wojną i okupacją niemiecką strat ludnościowych polska wieś była przecież
znacznie przeludniona i ogromnie zbiedniała, także w województwach
centralnych, na Mazowszu, w Świętokrzyskiem, a tymczasem na zachodzie i północy małorolny czy nawet bezrolny chudeusz miał teraz szansę stać się
gospodarzem całą gębą. Podobnie człowiekowi miastowemu, któremu wojna
zabrała dom i pracę, otwierała się możliwość korzystnego urządzenia się
na nowo. Rządowa odezwa jednoznacznie zachęcała wszystkich tymi słowy:
"Chłopi! Nie musicie już emigrować za morze, nowa Polska ma dla was
dosyć ziemi w ojczyźnie na własność. Chcecie chleba - na Zachodzie jest
chleb. Chcecie ziemi - na Zachodzie jest ziemia [...]. Miejska ludność
znajduje na Zachodzie porzucone przez Niemców placówki rzemieślnicze i sklepy, inteligencja zawodowa - pracę w biurach i urzędach [...].
Planowo zorganizowanymi grupami i gromadami ruszajmy na Zachód! Do
swoich wsi i miast! Po pracę i dostatek".
Już w maju 1945 roku, zaraz po kapitulacji Niemiec, wyruszyły więc
pierwsze kolumny osadnicze. Z dalszych województw, jak krakowskie czy
rzeszowskie, dowoziły je wahadłowo kursujące pociągi. Z rejonów
sąsiedzkich na drogach spotykały się samochody ciężarowe wypełnione
przesiedleńcami i ich skromnym dobytkiem, z zaprzężonymi w konie wozami,
a nawet piechurami, którzy wszystko, co im zostało, ciągnęli na
prymitywnych wózkach. Spieszyli się do swego Eldorado w przekonaniu, że
kto pierwszy, ten lepszy. Obraz był jak na wojnie, jedyny w swoim
rodzaju. Statystycy dokładnie wyliczyli i odnotowali, że do końca 1945
roku na poniemieckie ziemie przesiedliło się z Polski centralnej 1 630
838 osób, najwięcej z województwa warszawskiego - 369 067, z krakowskiego - 256 192, i z łódzkiego - 228 680.
Mój stryj, prawnik Stanisław Kunicki, przeniósł się do Kłodzka, gdzie
podobnie jak przed wojną w Białostockiem objął funkcję prokuratora. Gdy
w końcu lat 40. pojechałem do niego na kawałek wakacji, patrzyłem z podziwem - z perspektywy warszawskich gołodupców - na jego przestronne
mieszkanie, na stylowe biedermeierowskie meble, na zasobne wyposażenie
domu. Niestety, stryja wkrótce ciupasem z Kłodzka wyrzucili, no bo
przedwojenny prokurator musiał być obcy klasowo, ale to już całkiem inna
historia.
Bywali też przesiedleńcy podróżujący i zasiedlani na specwarunkach. Nie
tylko przedstawiciele władz, ale między innymi także szczególnie
pożądani ludzie kultury i nauki, traktowani przez rządzących z rewerencjami. Tak działał między innymi nazwany "przyjacielem poetów"
pierwszy wojewoda szczeciński Leonard Borkowicz, który zaoferował
ludziom pióra lokum w dzielnicach willowych i pracę w lokalnej rozgłośni
Polskiego Radia lub redakcjach miejscowych. W ten sposób "uwiódł" między
innymi Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, który z pokoiku w oficynie
legendarnego dziś już domu literatów na Krupniczej w Krakowie przeniósł
się razem z rodziną do luksusowej willi na Pogodnie. I pisał w wierszu
Szczecin:
"Tutaj mój port, tu słońce mam na czole
I dom, i sad, i kota - nie do wiary!
Natalia na werandzie. Kira w szkole.
A babci wchodzą sny pod okulary".
Nie zagrzał tam wprawdzie miejsca zbyt długo, przeniósł się do Warszawy,
do czego walnie przyczyniła się choroba, ale odwdzięczył się miastu nie
tylko poezją, także - wespół z hołubionym wówczas przez władze autorem
Popiołu i diamentu Jerzym Andrzejewskim, który też przejściowo
zamieszkał w Szczecinie - animacją Klubu 13 Muz, do dziś funkcjonującego
jako dom kultury.
Masowe i intensywne podróżowanie na tak zwane Ziemie Odzyskane trwało do
końca lat 40. W roku 1950 - jak podaje ich historyk Andrzej Sakson -
zaludniało je niemal 6 milionów ludzi, w tym ponad milion autochtonów,
którzy przetrwali bardzo dla nich ciężkie zawirowania polityczne, z górą
półtora miliona repatriantów ze Związku Radzieckiego, głównie z naszych
dawnych Kresów Wschodnich, i trzy miliony ludzi z różnych dzielnic
Polski.
Szli na zachód... szabrownicy
Rozdział 2
Szli na zachód... szabrownicy
Gorączka powojennego szabrowania na Ziemiach Zachodnich opuszczonych
przez Niemców, którzy zbiegli przed Armią Czerwoną bądź zostali
przymusowo przesiedleni, trwała wprawdzie krótko, ale w licznych
wspomnieniach, literaturze i filmie pozostawiła trwały ślad. Zyskała
także miano "turystyki" szabrowniczej, której pokłosiem są do dziś
tysiące, niekiedy zupełnie bezwartościowych, wywiezionych przedmiotów,
"zasilających" co najwyżej muzea techniki czy lokalne izby pamięci
Polski centralnej lub wschodniej.
Zanim jednak tysiące polskich amatorów łatwego wzbogacania się ruszyły
po II wojnie światowej na zachód, rabunku na niespotykaną skalę
dokonywali sowieccy żołnierze. Mieli to w planie od dawna. Obserwatorzy
Bitwy Warszawskiej 1920 roku oraz płocczanie, których domy zostały
splądrowane wówczas przez Sowietów, wspominają, jak bardzo marzenia o szabrownictwie mobilizowały napastników do walki. Wtedy, z wyjątkiem
kilku dużych miast, wielki szaber przeszedł im koło nosa. Tym razem
dobra zdobyczne wywozili pociągami, statkami i ciężarówkami. Dziś
określenie "szabrownictwo" wyszło z użycia, ale w drugiej połowie lat
40. minionego stulecia było na ustach mieszkańców całej Polski.
Niszczono bądź wywożono do ZSRR dosłownie wszystko - płonęły mury
wiekowych pałaców i meble wyrzucane z okien prosto na rozpalane przez
podchmielonych żołdaków ogniska. Rzeczy gabarytowo mniejsze, niekiedy
cenne, ale i przedmioty codziennego użytku, zabierano ze sobą w podróż
powrotną do domu.
Niemym świadkiem przywłaszczania wszystkiego, co wpadło w łakome oko
zdobywców Berlina, stał się osiemnastowieczny klawesyn. Po
kilkudziesięciu latach, już w naszym stuleciu, powrócił z powojennej
eskapady i jest cennym eksponatem poznańskiego Muzeum Instrumentów
Muzycznych. Przed II wojną światową zdobił komnaty wrocławskiego Pałacu
Królewskiego, w którym po odbudowie urządzono muzeum miejskie.
Instrument zamówił Fryderyk II Wielki u londyńskiego wytwórcy Burkata
Shudiego. Zagrał na nim dziewięcioletni Wolfgang Amadeusz Mozart, grywał
też syn Jana Sebastiana Bacha. Wrocławscy muzealnicy i melomani spisali
go na straty, sądząc, że spłonął podczas zmagań w 1945 roku. Cudem
odnalazł się w... podwarszawskiej wsi. Oto podczas kawalkady pojazdów na
wschód przeładowana łupami sowiecka ciężarówka wojskowa odmówiła
posłuszeństwa. Żołnierze szaber zamieniali na jadło i napoje, w tym
wypadku na bańkę spirytusu. A nabywcą instrumentu drogą bezgotówkowej
wymiany okazał się muzykalny mieszkaniec wioski.
Nasi rodacy nie zamierzali pozostać w tyle, o czym jasno mówiła znana
wtedy fraszka:
"Powstał nowy związek zawodowy,
członków ma bez liku -
Związek szabrowników".
O wyprawach na zachód Polski rozklekotaną ciężarówką szlakiem nie
osadników, jak w piosence Dany Lerskiej Szli na zachód osadnicy, lecz
grabieżców, dawni antybohaterowie wspominali niechętnie. Teraz rąbka
tajemnicy uchylają ich znajomi, a nawet rodziny.
Ze wspomnień o ludziach łączących pracę zawodową z turystyką
szabrowniczą wyłania się postać Maksymiliana Kowalkiewicza,
długoletniego pracownika kolei zatrudnionego na kilku dworcach PKP w miejscowościach na linii Warszawa-Lublin. Maks - jak mówili o nim
współpracownicy oraz rodzina - był człowiekiem przedsiębiorczym. Szybko
zwietrzył duży interes na Ziemiach Odzyskanych, jak je wtedy nazywano.
Był nieźle usytuowany w hierarchii pracowniczej PKP. Mógł wykorzystać
wagony do przewożenia dóbr zrabowanych z opuszczonych domów. Podobnie
jak i cała rzesza innych pracowników, otrzymał "za zasługi" przydział
luksusowego, poniemieckiego mieszkania w centrum Gliwic.
Kiedy odwiedziła go w Gliwicach kuzynka, wówczas kilkunastoletnia
dziewczyna, była zszokowana. Nie tylko zaskoczył ją duży metraż
mieszkania wyposażonego w stylowe meble, dywany i obrazy, ale również...
stan spiżarki. Okazało się, że ocalały tam nie tylko słoiki z zawekowaną
żywnością, ale również z zakonserwowanym mlekiem. Widocznie uciekający
przed frontem bądź wysiedlani stąd Niemcy nie mieli czasu i możliwości,
żeby zabrać żywność przygotowaną na czarną godzinę.
Zaproszonej w gościnę nastolatce nie spodobały się odmienione w jednej
chwili, teraz wielkopańskie zwyczaje rodziny Maksa. Wróciła do rodzinnej
wsi. Wkrótce zjechały tam towarowymi wagonami również meble, w które
zaopatrzyło się wiele sąsiednich rodzin. W jej domu przez lata stało
poniemieckie białe łoże. Dopiero następne pokolenie postanowiło pozbyć
się szabrowniczej pamiątki, sprzedając okazały mebel za psi grosz. Maks
natomiast przeniósł się z żoną i córką do Warszawy. Prowadził tam na
czarnym rynku biznes nieruchomościami. Nie zwierzał się, co zrobił z mieszkaniem w Gliwicach. Zapewne je sprzedał, podobnie jak wcześniej
wyposażenie.
Przydziały poniemieckich mieszkań fachowcom, których uznano za pomocnych
w zagospodarowywaniu Ziem Odzyskanych, można zrozumieć. Gorzej, gdy
część z nich zamiast prowadzić działalność na rzecz regionu, zajmowała
się nabijaniem własnej kabzy. Tak jak wicestarosta Kudowy-Zdroju, który
przez pół roku potrafił pięciokrotnie zmieniać komfortowo urządzone
poniemieckie mieszkania. Zabierał ze sobą wyposażenie, szybko je
upłynniał, a następnie zasiedlał kolejne domostwo. Lokalna prasa
informowała też o przypadku "oficera" podszywającego się pod wysłannika
marszałka Michała Roli-Żymierskiego. Zgłosił się do władz Wrocławia z żądaniem przydziału dwunastu samochodów. Fortel pewnie by się udał,
gdyby nie fakt, że delikwent został zauważony, jak w bramie pobliskiej
kamienicy zamieniał tablice rejestracyjne.
O szabrowniczych eskapadach można było przeczytać w wydawanej od połowy
1945 roku dolnośląskiej gazecie codziennej "Pionier", przemianowanej
następnie na "Słowo Polskie". "O szabrownikach wie każdy z nas -
informował autor artykułu. - Co drugi wygaduje na nich, gdzie się da i co się da. Szabruje zaś mniej więcej co trzeci, choć niektórzy twierdzą,
że to bardzo optymistyczne obliczenie." Redaktorzy, mając na co dzień do
czynienia z tym kryminogennym zjawiskiem, pokusili się o własne
nazewnictwo zróżnicowanych osobowościowo delikwentów.
Za najbardziej szkodliwy typ uznali "szabrownika rabusia". Ten rodzaj
osobliwej turystyki uprawiali pospolici złodzieje, wywożący poniemiecki
majątek wagonami kolejowymi i ciężarówkami. "Szabrownicy pospolici"
stanowili brać złodziejską mniejszego kalibru. Wałęsali się godzinami po
mieście w poszukiwaniu opuszczonych mieszkań. Wszystko, co wpadło im w ręce, natychmiast upłynniali. "Szabrownikiem poczciwcem" nazwali
wyniszczonych przez wojnę przybyszy osiadłych na Ziemiach Zachodnich.
Przeszukiwali oni opustoszałe mieszkania, urządzając własny dom z najróżniejszych wypatrzonych w pustostanach gratów. Bywali też
"szabrownicy patrioci". Twierdzili, że rabując, ratują wywiezione rzeczy
dla ojczyzny. Na swoją obronę argumentowali: i tak długo tu nie
posiedzimy! A "szabrownicy kulturalni" podawali się za kolekcjonerów.
Nie kradli, a jedynie ratowali przed zniszczeniem chodliwe obrazy i porcelanę.
W redakcyjnej typologii zabrakło określenia na szaber lokalny. Wielu
takich pseudopodróżników wyruszało po złote runo tam, gdzie było
najbliżej - Kaszubi jeździli na szaber do Elbląga, a mieszkańcy Śląska w Sudety. Gdy było blisko, środkami lokomocji stawały się furmanki, dziś
zapomniane konne wozy towarowe. Na archiwalnych filmach można zobaczyć
dwa konie ciągnące po kilka złączonych, jeden po drugim, wozów
wypełnionych towarami. Znany publicysta Edmund Osmańczyk relacjonował z Opolszczyzny o działaniach "band najgorszych mętów", które zjechały z Zagłębia, Kieleckiego i Częstochowskiego.
Wypady po opuszczone mienie zapewne szybko by się skończyły, gdyby nie
fakt, że od szabrowników kupowano chętnie nie tylko meble, dywany czy
landszafty z przysłowiowym jeleniem na rykowisku, ale też wiszące
szafkowe zegary ze zdobioną wskazówkami tarczą i lśniącym miedzianym
wahadłem oraz powszechnie pożądane maszyny do szycia. W powojennej
Polsce doskwierał brak ubrań, zwłaszcza dla dzieci, a z samodziału
(materiał wykonany ręcznie na domowym krośnie) można było wyczarować nie
lada kreacje. W wielu domach ceniono sobie zakupione tą drogą maszyny
marki Singer czy Dürkopp, które dziś można zobaczyć w muzeach techniki
czy w skansenach. W kuchniach wiejskich domów zawisły makatki z wyszywanymi niebieskimi nićmi oryginalnymi napisami w języku niemieckim.
Przedstawiały wizerunki uśmiechniętych gospodyń domowych, całujących się
gołąbków... Niekiedy z przyczepionymi do makatki solniczkami z napisem
Salz. Dopiero później pojawiły się polskie odpowiedniki, z utrzymanymi
w tym klimacie napisami w rodzaju: "Czysta woda zdrowia doda".
Pierwsze lata polskiej administracji na Ziemiach Zachodnich. Fot. NAC
Interesujących informacji dostarcza reporterski zapis dokonany w miejscach rabunku. W Lubaniu wychodziła od 1945 roku gazeta "Na Straży",
gdzie pojawiały się szczegółowe relacje na budzący szerokie
zainteresowanie temat. Gorączka szabrowania zaczęła się po przejściu
frontu. Za wojskiem ciągnął zmotoryzowany i pieszy, rosnący z każdym
dniem, strumień cywilów - osadników i szabrowników. Masowo zjeżdżali na
Ziemie Zachodnie ludzie przedstawiający się jako "delegaci" lub
"pełnomocnicy". Wywozili wszystko, co się da - od mebli, maszyn i ubrań,
po drzwiczki od pieców i płytki kuchenne. Jakby Polska żyła tylko z tego, co jednym udało się wywęszyć i wywieźć z Dolnego Śląska, a innym
tanio kupić.
Obok indywidualnej "turystyki" szabrowniczej pojawiła się zorganizowana
na masową skalę. Hurtownicy wywozili zrabowane dobra do Polski
centralnej i wschodniej ciężarówkami i wagonami kolejowymi. Obracali tak
wielokrotnie. Pozostawał tajemnicą poliszynela fakt, że nierzadko
docierali na zachód kraju samochodami na tak zwanych państwowych
papierach, uzyskanych za łapówkę. A łapownictwo było wówczas chorobą
powszechną.
Władze usiłowały coś z tym fantem zrobić, odkąd - 16 sierpnia 1945 roku
- zawarto w Moskwie umowę, zgodnie z którą rząd polski przejął pełną
kontrolę nad nowymi terenami. Strona radziecka zrzekła się dalszych
roszczeń do poniemieckiego mienia na terenie Polski. Artykuł 1
międzyrządowej umowy mówił: "Zgodnie z oświadczeniem na Konferencji
Berlińskiej, Rząd Radziecki zrzeka się na rzecz Polski wszelkich
pretensji do mienia niemieckiego i innych aktywów, jak również akcji
niemieckich przedsiębiorstw przemysłowych i transportowych na całym
terytorium Polski, łącznie z tą częścią terytorium Niemiec, która
przechodzi do Polski". Odtąd bardziej zdecydowanie próbowano ograniczyć
szabrownictwo. We wrześniu 1945 roku wprowadzono we Wrocławiu przepustki
wyjazdowe, ustawiając patrole milicyjne na rogatkach dróg wylotowych.
Ten stan rzeczy najlepiej obrazuje miejscowa fraszka przekazywana z ust
do ust:
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki