RYTA ALLMERS (
stoi przy stole plecami zwrócona ku prawéj stronie, zajęta
wypakowywaniem walizki. Jestto kobieta średniego wzrostu, piękna,
kwitnąca blondynka około lat trzydziestu. Ubrana jest w jasną,
ranną suknię. Po chwili wchodzi Asta Allmers z prawéj strony.
Ubrana jest w jasną szarą letnią suknię, w kapeluszu, w żakiecie, z
parasolką. Pod pachą niesie dość wielką zamkniętą tekę. Jest
szczupła, ma ciemne włosy i ciemne głębokie oczy. Ma lat
dwadzieścia pięć).
ASTA (
we drzwiach). Dzień dobry, kochana Ryto. RYTA (
odwraca głowę i wita ją). Jakto! to ty, Asto. Tak rano
wybrałaś się do nas z miasta? ASTA (
kładzie kapelusz i żakiet na krześle przy stole). Tak
jest, nie mogłam sobie dać rady. Czułam, że muszę dziś koniecznie
odwiedzić małego Eyolfa i ciebie, Ryto. (
Kładzie tekę na stole). Wsiadłam więc na parowiec i
jestem. RYTA (
uśmiechając się do niéj). A może téż na statku spotkałaś
kogo z dobrych przyjaciół. Tak - zupełnie przypadkowo... ASTA (
spokojnie). Nie, nikogo znajomego nie spotkałam (
spostrzega walizkę). Ale cóż to znaczy? RYTA (
rozpakowując daléj). Podróżna walizka Alfreda. Alboż jéj
nie znasz? ASTA (
z radosném zdziwieniem). Jakto! Alfred powrócił? RYTA. Wystaw sobie, przyjechał niespodzianie nocnym
pociągiem.
ASTA. Więc ja przeczułam. To pewno nie dawało mi pokoju. I
on nic naprzód nie napisał, nawet karty pocztowéj?
RYTA. Ani słówka.
ASTA. I nie telegrafował?
RYTA. Tak, ale dopiéro na godzinę przed przyjazdem. Krótko
i chłodno (
śmieje się). Jak to do niego podobne, Asto. ASTA. Tak, on zawsze w sobie wszystko zamyka.
RYTA. Tém szczęśliwsza byłam, mając go znowu.
ASTA. Wystawiam to sobie.
RYTA. Wrócił o całe czternaście dni wcześniéj, niż
sądziłam.
ASTA. A jakże mu teraz? Zdrów? Nie rozstrojony?
RYTA (
zamyka kufer i uśmiecha się). Wyglądał doskonale, gdym go
ujrzała. ASTA Nie był zmęczony?
RYTA. No, zmęczony był trochę a nawet porządnie zmęczony.
Bo też biedak po większéj części podróżował pieszo.
ASTA. Może też górskie powietrze było dla niego za ostre?
RYTA. Przeciwnie, nie słyszałam ani razu, by zakaszlał.
ASTA. Widzisz. Jak to dobrze, że go doktór namówił do téj
podróży.
RYTA. Tak, teraz, kiedy się wreszcie skończyła; ale wierz
mi, Asto, że to był dla mnie czas nieznośny. Nie mogłam nawet o tém
mówić, a tyś mnie téż tak rzadko odwiedzała.
ASTA. Było to źle z mojéj strony. Jednak...
RYTA. Dobrze, dobrze, miałaś przecież tam w mieście swoję
szkołę (
uśmiecha się). Przytém nasz inżynier drogowy - był także w
podróży. ASTA. Ach! dąjże pokój, Ryto.
RYTA. No, nie mówmy o inżynierze. Nie możesz sobie
wyobrazić, jak mi Alfreda brakowało? Taka straszna pustka. Dom
wyglądał jak po pogrzebie.
ASTA. Boże mój - przecież wyjechał tylko na sześć lub
siedm tygodni.
RYTA. Tak, ale pamiętaj, że dotąd Alfred nigdy mnie nie
opuszczał, nawet na dwadzieścia cztery godzin i to przez całe lat
dziesięć.
ASTA. Ale właśnie dlatego, uważam, iż należało mu teraz
przejechać się trochę. Co lato powinien był jeździć w góry. Gdyby
tak było...
RYTA (
z uśmiechem). Zapewne, łatwo ci to mówić. Gdybym to ja
była tak rozsądna jak ty, byłabym go może wcześniéj puściła. Ale
mnie się zdawało, że tego nie zniosę, Asto, że go już nigdy nie
zobaczę. Czy ty tego nie rozumiesz? ASTA. Nie. Może dlatego, że nie mam nikogo do stracenia.
RYTA (
ze znaczącym uśmiechem). Czy doprawdy nikogo takiego
niéma? ASTA. O ile wiem (
zmieniając ton). Powiedz mi, Ryto, gdzie Alfred? Może śpi
jeszcze? RYTA. Cóż znowu. Wstał on dziś tak rano jak zazwyczaj.
ASTA. No, to nie musiał być bardzo zmęczony.
RYTA. Był zmęczony, w nocy, w chwili powrotu. Teraz jednak
miał u siebie przez całą godzinę Eyolfa.
ASTA. Biedny mizerny dzieciak. Więc on znowu będzie teraz
uczyć się ciągle i przesiadywać nad książką.
RYTA (
ruszając ramionami). Wiész, że taka jest wola Alfreda. ASTA. Tak, ale ty, Ryto, powinnaś się temu sprzeciwić.
RYTA (
trochę niecierpliwie). Wybacz, w to doprawdy mieszać się
nie mogę. Alfred się na tych rzeczach rozumie lepiéj odemnie.
Czémże zresztą Eyolf zająć się może? Nie podobna mu biegać, bawić
się jak inne dzieci. ASTA (
z postanowieniem). To ja pomówię o tém z Alfredem. RYTA. Zrób to, droga Asto... Otóż i oni. (
Alfred Allmers wchodzi drzwiami z lewéj strony, prowadząc za
rękę Eyolfa. Allmers nosi letni garnitur, jest to człowiek lat
trzydziestu siedmiu o łagodnych oczach i rzadkich ciemnych włosach,
szczupły, delikatnéj budowy. Twarz jego jest myślącą i poważną.
Eyolf ubrany jest w rodzaj mundurka ze złotemi pętlicami i
guzikami. Chłopiec kuleje i opiera się na kuli, jest małego
wzrostu, wygląda chorobliwie, ale ma piękne, inteligentne
oczy). ALLMERS (
puszcza Eyolfa i z radosnym zdziwieniem śpieszy do Asty,
wyciągając do niéj obie ręce). Asta! Asta najdroższa! Jesteś
tu. Jakżem szczęśliwy, że cię widzę znowu. ASTA. Miałam uczucie, że tu być muszę. Witam cię z całego
serca.
ALLMERS (
ściskając jéj ręce). To ślicznie z twojéj strony. RYTA. Nieprawdaż, że doskonale wygląda.
ASTA (
przypatrując mu się). Doskonale! znakomicie. Ma jasno,
wesołe oczy! Pewnieś dużo pisał w podróży. (
Z radosném podnieceniem). Wreszcie twoja książka
skończona? ALLMERS (
wzruszając ramionami). Książka? Ach! to. ASTA. Myślałam, że ci to tak łatwo pójdzie w czasie
podróży.
ALLMERS. Tak i ja sądziłem, ale widzisz, stało się inaczéj
zupełnie. Nie napisałem ani jednego wiersza.
ASTA. Nie pisałeś wcale?
ALLMERS. Doprawdy, nie rozumiem, jakim sposobem nie
ruszyłem nawet piórem!
ASTA. I cóżeś robił, Alfredzie, przez ten cały czas.
ALLMERS (
uśmiechając się). Dałem zupełną swobodę myślom, myślałem i
myślałem ciągle. RYTA (
kładąc rękę na jego ramieniu). A czy téż myślałeś o tych,
których zostawiłeś w domu? ALLMERS. Naturalnie, żem myślał i to wiele razy, niemal
codzień.
RYTA (
puszczając go). Więc wszystko jest w porządku. ASTA. Nie pisałeś wcale a jednak jesteś tak zadowolony i
wesoły? To nie było twoim zwyczajem, gdy robota szła ci oporem.
ALLMERS. Masz słuszność. Widzisz, dawniéj byłem taki
głupi. Tymczasem w myśleniu zawiera się to, co w nas jest
najlepszego. To zaś, co przenosimy na papier nie wiele warte.
ASTA (
z okrzykiem). Nie wiele warte?.. RYTA (
śmieje się). Chyba nie jesteś przy zdrowych zmysłach,
Alfredzie. EYOLF (
patrząc na ojca z zaufaniem pełném miłości). Przecież,
ojcze, to, co ty piszesz, ma wartość. ALLMERS (
głaszcząc go po głowie z uśmiechem). No! Skoro ty tak
sądzisz. Wierz mi jednak, przyjdzie potém kto inny, który to zrobi
daleko lepiéj ode mnie. EYOLF. Powiedz mi, co to za jeden?
ALLMERS. Cierpliwości. Nadejdzie on i sam się oznajmi.
EYOLF. A ty co wówczas zrobisz?
ALLMERS (
poważnie). Pójdę znowu w góry. RYTA. Fi! Wstydź się, Alfredzie.
ALLMERS. Znowu na wysokie szczyty i płaskowzgórza.
EYOLF. Prawda, tato, że nie długo będę tak zdrowy, aby
pójść tam z tobą.
ALLMERS (
boleśnie wzruszony). O tak, zapewne, mój mały. EYOLF. Taki byłbym szczęśliwy, gdybym mógł także drapać
się po górach.
ASTA (
odwracając rozmowę). Ale jakiś ty dziś wystrojony,
Eyolfie. EYOLF. Nieprawdaż, ciociu?
ASTA. I na przyjazd ojca ubrałeś się w nowe suknie?
EYOLF. Tak, prosiłem o to mamy, chciało mi się, by mnie
tak tata zobaczył.
ALLMERS (
cicho do Ryty). Nie powinnaś mu była takiéj sukni
sprawiać. RYTA (
cicho.) Ciągle mnie tém nudził i prosił tak usilnie. Nie
dawał mi spokoju. EYOLF. A czy wiész, tato, pan Borgheim kupił mi łuk i
uczył mnie z niego strzelać.
ALLMERS. To dobrze, właśnie dla ciebie zabawa.
EYOLF. A za pierwszym razem, gdy znowu tu będzie, poproszę
go, żeby mnie także pływać nauczył.
ALLMERS. Pływać? A cóż ci po tém?
EYOLF. Przecież wszystkie dzieci na wybrzeżu pływają. Ja
jeden tego nie potrafię.
ALLMERS (
ściska go wzruszony). Będziesz się uczył wszystkiego,
czego tylko chcesz, do czego będziesz miał ochotę. EYOLF. Czy wiész, tato, do czego miałbym największą
ochotę?
ALLMERS. Do czegóż? Powiedz.
EYOLF. Nadewszystko chciałbym być żołnierzem.
ALLMERS. Ach! Eyolfku, jest wiele rzeczy daleko lepszych.
EYOLF. Ale gdy będę duży, muszę być żołnierzem. Wiész
przecie o tém?
ALLMERS (
zaciskając dłonie). Tak, tak. Obaczymy. ASTA (
siada przy stole na lewo). Chodź do ranie, Eyolfie, powiem
ci coś. EYOLF (
idzie do niéj). Co, ciociu! ASTA. Wiész! widziałam tępicielkę szczurów.
EYOLF. Doprawdy, widziałaś ją? Nie, ty mi pewno tylko tak
mówisz.
ASTA. Naprawdę, widziałam ją wczoraj.
EYOLF. Gdzieżeś ją widziała?
ASTA. Widziałam ją na drodze niedaleko od miasta.
ALLMERS. Ja także ją gdzieś widziałem.
RYTA (
która usiadła na kanapie). Może zobaczymy ją my także,
Eyolfie. EYOLF. Jakże to zabawne, ciociu, że ona się nazywa
tępicielką szczurów.
ASTA. Ludzie ją tak nazywają, bo przebiega kraj cały i
wszystkie szczury wytępia.
ALLMERS. Właściwie zowią ją także panną Warg, jak
słyszałem.
EYOLF. Warg-wilkołak. To oznacza przecież wilka.
ALLMERS (
gładząc go po głowie). Wiész i to także, Eyolfie. EYOLF (
z namysłem). Więc to prawda, że ona w nocy przemienia się
w wilka? Czy wierzysz temu, ojcze? ALLMERS. O nie. Temu nie wierzę. Ale idź teraz do ogrodu i
pobaw się trochę.
EYOLF. Wolałbym wziąć z sobą parę książek.
ALLMERS. Nie, odtąd żadnych książek. Idź lepiéj na
wybrzeże do innych chłopców.
EYOLF (
zmieszany). O nie, tato, dzisiaj do nich iść nie chcę. ALLMERS. Czemu nie?
EYOLF. Bo tak jestem ubrany.
ALLMERS (
marszcząc czoło). Czy cię wyśmiewają, z powodu - z powodu
twego ładnego ubioru? EYOLF (
wymijająco). Nie, na to sobie nie pozwalają. Bo w takim
razie pobiłbym ich. ALLMERS. Więc cóż - dlaczegóż?
EYOLF. Bo - oni są tak źle wychowani. A do tego mówią, że
nie będę mógł być żołnierzem.
ALLMERS (
z powstrzymywanym gniewem). I jak sądzisz, dlaczego tak
mówią? EYOLF. Zapewne przez zazdrość, tato, bo oni są tak biedni,
że biegają boso.
ALLMERS (
cicho, zdławionym głosem). O Ryto! Jak mi to wszystko
serce rozdziera.
RYTA (
łagodząco, podnosząc się). Tylko spokojnie. Spokojnie! RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.