WPROWADZENIE
Był lipcowy wieczór 2019 roku. W Seattle padał deszcz. Do wybuchu pandemii, która wkrótce miała wywrócić do góry nogami nasze życie, pozostało jeszcze kilka miesięcy, ale moja własna egzystencja już wtedy była pogrążona w chaosie. Niedawno urodziłam pierwsze dziecko i próbowałam się odnaleźć w nowej, wyczerpującej roli pracującej mamy. Moja córeczka, Fiona, miała osiem miesięcy, a ja właśnie wydałam trzecią powieść, We Came Here to Forget [Przybyliśmy tu, by zapomnieć]. Tamtego dnia szykowałam się do spotkania autorskiego w jednej z moich ulubionych księgarń. Moja nowa książka, o której miałam rozmawiać, opowiadała historię narciarki alpejskiej i tragedii, która zniszczyła jej relacje rodzinne i karierę sportową. Premiery wiążą się z wyjazdami, kampanią promocyjną w mediach i nieustanną huśtawką emocji, od ekscytacji po przerażenie. Zawsze są stresujące, ale ta wyjątkowo. Powieść opowiadała fikcyjną historię, którą jednak w dużym stopniu oparłam na własnych doświadczeniach. Pierwszy raz w mojej karierze literackiej czułam się tak odsłonięta i bezbronna.
Tym razem wszystko było na opak. Każdemu, kto, tak jak ja, wydał więcej niż jedną czy dwie książki, prędzej czy później trafia się premiera, kiedy wszystko się sypie - i właśnie tak było w tym przypadku. Zaczęło się od odejścia z wydawnictwa mojej ukochanej redaktorki. Potem nastąpiła lawina innych zmian personalnych i w dniu wejścia książki na rynek nie było tam już nikogo, z kim wcześniej współpracowałam. Na domiar złego, zamiast odpoczywać przed wieczorem autorskim, przez cały dzień dzwoniłam na przemian do swojego prawnika, agentki i terapeuty.
Powodem moich nerwów był list przedprocesowy, który w ostatniej chwili przysłała mi siostra. Megan próbowała zablokować publikację książki i zakazać mi publicznego wypowiadania się na temat osobistych doświadczeń związanych z jednym z głównych motywów powieści - przeniesionym zespołem Münchhausena. Nigdy nie przyznała się do stosowania przemocy, a teraz jej prawnik żądał ode mnie publicznego wycofania się z wcześniejszych wypowiedzi i zrezygnowania z trasy promocyjnej. Krótko mówiąc, Megan chciała, żebym zamilkła i zniknęła.
Większość powieści We Came Here to Forget powstała, kiedy byłam w ciąży. Od dawna wiedziałam, że kiedyś napiszę o mojej siostrze - pisarze mają skłonność do przepracowywania własnych traum na kartach swoich książek. Perspektywa macierzyństwa sprawiła, że poczułam pilną potrzebę zmierzenia się z tragedią, która rozbiła moją rodzinę. Niektóre historie dojrzewają latami, inne - tak jak ta - rodzą się w pełni ukształtowane i są tak natarczywe, że ich zignorowanie grozi emocjonalną rozsypką.
Kiedy pisałam tę książkę, byłam w dobrym momencie życia. Jednak zerwania kontaktów z własną siostrą nie da się po prostu "przepracować", zwłaszcza gdy powodem było podejrzenie przemocy wobec dziecka. Rana może się z czasem zabliźnić, ale kiedy myślisz, że już się całkiem wygoiła, znów zaczyna się jątrzyć. Macierzyństwo sprawiło, że ta historia odżyła we mnie i to w sposób, na który nic nie mogło mnie przygotować.
Najbardziej bolesna jest dla mnie nieobecność siostry w przełomowych momentach mojego życia. Kiedyś wyobrażałam sobie, że to jej pierwszej powiem, że jestem w ciąży. Nadal mam w głowie rozmowę, do której nigdy nie doszło: Megan mówi, że się cieszy, uspokaja moje lęki i sypie radami, co robić, a czego unikać. Pracowała jako pielęgniarka w klinice ginekologiczno-położniczej; byłaby idealną osobą, by wspierać mnie podczas ciąży, tłumić moje paranoiczne lęki i udzielać praktycznych wskazówek. Myślałam, że to będzie okazja do odzyskania bliskości, którą utraciłyśmy, gdy dorosłyśmy i nasze drogi się rozeszły. Cudownie byłoby móc do niej zadzwonić.
Niestety to nie wchodziło w grę. Od dawna nie utrzymywałyśmy kontaktów. Nie było jej przy mnie, gdy dowiedziałam się, że zostanę matką ani kiedy podpisałam pierwszą umowę wydawniczą. Nie trzymała mnie za rękę w sali porodowej, nie stała obok w dniu mojego ślubu. Jej nieobecność sprawiła, że moje życie wyglądało zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałam. Byłam pewna, że będziemy razem wychowywać dzieci i wspierać się w trudnych chwilach. Nie miałam wtedy wątpliwości, że wspólnie będziemy mierzyć się z chorobami rodziców i ich nieuchronnym odchodzeniem. Myślałam, że na starość będziemy umawiać się na obiadki i wymieniać opowieściami o wnukach. Dziś wiem, że prawdopodobnie nigdy nie pozna moich dzieci, a tym bardziej wnuków. Jej nieobecność w moim życiu, choć teoretycznie odwracalna, stała się permanentna jak śmierć.
W lipcu 2019 roku mijało niemal dziesięć lat, od kiedy po raz ostatni widziałam moją siostrę. Z każdym rokiem rosło we mnie poczucie, że już nigdy więcej się nie spotkamy. Kiedyś byłoby to dla mnie nie do pomyślenia; teraz wydawało się coraz bardziej prawdopodobne.
Aż do deszczowego wieczoru w dniu premiery mojej nowej książki.
Spotkanie prowadziła moja serdeczna przyjaciółka, satyryczka Geraldine DeRuiter, więc na szczęście miałam wsparcie. Wiele to dla mnie znaczyło, bo przeżycia poprzednich dni wyczerpały mnie emocjonalnie. Byłam w rozsypce. Gdy Geraldine skończyła mnie przedstawiać, uśmiechnęłam się i rozejrzałam po sali, próbując zachować pozory spokoju. Spotkanie odbywało się w moim rodzinnym mieście i wśród tłumu czytelników rozpoznałam wiele znajomych twarzy. W pierwszym rzędzie siedzieli moi rodzice, mąż z córeczką i kilkoro krewnych. W pewnym momencie dostrzegłam osobę, której widok poruszył mnie tak głęboko, że o mało nie wypadłam z roli - na mój wieczór autorski przyszła Stephanie, niegdyś najlepsza przyjaciółka Megan, a dla mnie bliska niemal jak druga siostra. Choć dopiero niedawno odnowiłyśmy kontakty, przyszła - siedziała tam w zaawansowanej ciąży obok swojej mamy.
Widok tylu znajomych twarzy na rozmowie wokół książki opartej na osobistych doświadczeniach sprawił, że poczułam, jakby nad pierwszym rzędem krzeseł unosił się duch mojej siostry. Nie było jej tam, a przecież powinna być. Puściłam wodze fantazji i przez krótką chwilę wyobrażałam sobie, że stoi gdzieś w cieniu pod ścianą. Od rana towarzyszył mi lęk, że może się pojawić i zakłócić wydarzenie, więc gdy okazało się, że jej nie ma, poczułam ogromną ulgę.
Większość pisarzy zna to dziwne napięcie - połączenie lęku i nadziei - że twoje dzieło wywabi cienie z przeszłości, by stały się świadkami twojego triumfu. Może na premierę przyjdzie dawny kochanek, by błagać cię o drugą szansę. Albo zjawi się szkolny prześladowca i po latach poprosi o przebaczenie. Gdy ukazywały się moje poprzednie książki, w głębi duszy liczyłam, że na wieczór autorski przyjdzie moja siostra, dumna, że udało mi się zrealizować marzenia. Ale to było, zanim zaczęłam mówić o niej publicznie. Przy trzeciej powieści wiedziałam już, że jeżeli ona cokolwiek czuje, z całą pewnością nie jest to duma.
Wbrew temu, co myślała Megan, nie napisałam We Came Here to Forget, by wyrównać rachunki. Napisałam tę książkę, bo musiałam. Zaczęłam mówić o swoich doświadczeniach z przeniesionym zespołem Münchhausena (inaczej medyczną przemocą wobec dziecka polegającą na pozorowaniu, wyolbrzymianiu lub wywoływaniu przez opiekuna choroby), ponieważ chciałam stworzyć prawdziwy, uczciwy portret rodziny dotkniętej tym zaburzeniem. Media niechętnie podejmują ten temat, a jeśli już to robią, to w tonie sensacji. Przed publikacją We Came Here to Forget nigdy nie rozmawiałam z nikim, kto przeżył to samo, co ja. Śledztwo w sprawie przemocy medycznej wobec dziecka to dziwne, bardzo samotne doświadczenie. Gdy rozpadała się moja rodzina, rozmowa z kimś, kto też przez to przeszedł, byłaby dla mnie bezcenna. O wiele lepiej bym to zniosła, gdybym wcześniej zetknęła się z podobną historią, opowiedzianą z empatią i szacunkiem, a nie w duchu makabrycznej sensacji. We Came Here to Forget napisałam zgodnie z zasadą: "stwórz książkę, którą pragnęłabyś przeczytać". Chciałam stać się głosem, którego sama kiedyś potrzebowałam.
Kilka dni po premierze jadłyśmy ze Stephanie lunch w pubie na Eastside w Seattle. Stephanie zajmowała w mojej przeszłości tak ważne miejsce, że jej słowa w moich uszach brzmią równie znajomo, jak głosy najbliższych członków rodziny. Mam więcej wspomnień z dzieciństwa, w których jest, niż w których jej nie ma. Fakt, że przeczytała We Came Here to Forget i przyszła razem z mamą na mój wieczór autorski, wiele dla mnie znaczył. Zwierzyłam się jej, że wydaniu książki towarzyszyły problemy prawne, a zrobiłam to, bo czułam potrzebę porozmawiania z kimś, kto również znał - i kochał - moją siostrę.
- Właściwie przez cały czas czekałam, aż wpadnie i zepsuje całą imprezę - powiedziałam, śmiejąc się z własnej paranoi.
Oczy Stephanie zrobiły się okrągłe.
- Muszę ci coś powiedzieć - zaczęła cicho. - Wtedy nie chciałam cię tym obciążać, ale tuż przed spotkaniem poszłam do łazienki i... i prawie zderzyłam się z Meg.
Zamarłam. A więc jednak tam była i to nie tylko w mojej wyobraźni. Poczułam ulgę, że jej nie zauważyłam i jednocześnie przerażenie, że była tam, obserwowała wszystko ukradkiem, czekając na moje potknięcie, zbędne słowo, które jej prawnik mógłby później wykorzystać przeciwko mnie. Może stała kilka kroków od mojego dziecka i męża, który nawet nie wie, jak ona wygląda.
Tak samo jak wszyscy, którzy kiedyś znali Megan - członkowie rodziny, dawni przyjaciele i znajomi - Stephanie od lat nie miała z nią kontaktu. Tamtego wieczoru dwie kobiety, w dzieciństwie nierozłączne, minęły się bez słowa w drzwiach toalety.
Gdy po powrocie do domu wspomniałam mężowi, że Megan była na premierze, pobladł. Nigdy nie poznał mojej siostry, ale jej nieobecność rzuca cień na nasze życie, który gęstnieje z każdym rokiem. Widziałam po jego twarzy, że nagle moja przeszłość nabrała dla niego realnych kształtów.
Tamten wieczór w księgarni otworzył nowy etap mojej nieprostej czterdziestoletniej relacji z Megan. Kiedyś byłyśmy siostrami. Później stałyśmy się sobie obce. W dniu premiery mojej trzeciej książki nastąpiła kolejna zmiana. Stało się coś, do czego nie chciałam dopuścić, choć było to chyba nieuniknione. Zostałyśmy wroginiami.
Detektywa Mike'a Webera poznałam w styczniu 2020 roku na seminarium poświęconym przeniesionemu zespołowi Münchhausena. Pozostało jeszcze kilka tygodni do wybuchu pandemii COVID-19, która położyła kres masowym imprezom odbywającym się w zatłoczonych salach konferencyjnych, bez maseczek ochronnych na twarzach. Mike przyjechał do San Diego na doroczną konferencję Amerykańskiego Stowarzyszenia Profesjonalistów Pomagających Dzieciom Krzywdzonym (American Professional Society on the Abuse of Children, APSAC) na zaproszenie profesora Marca Feldmana, psychiatry i jednego z najwybitniejszych na świecie specjalistów od zaburzeń pozorowanych. Wystarczy wpisać jego nazwisko w wyszukiwarkę, by natrafić na setki wywiadów, cztery książki[1] i dziesiątki artykułów naukowych, które stanowią fundament współczesnej wiedzy na ten temat. Przedstawiła nas sobie dziennikarka Dvora Meyers, autorka znakomitego tekstu The Disease of Deceit [Choroba oszustwa] opublikowanego w serwisie Longreads. Meyers opowiada w swoim artykule o przyjaciółce, udającej, że jest chora na nowotwór. Skontaktowała się z Feldmanem - i ze mną - w ramach researchu. Marc i ja zaprzyjaźniliśmy się, a nawet zaczęliśmy udzielać wspólnych wywiadów. Poprosił mnie, żebym wystąpiła przed komitetem APSAC do spraw przeniesionego zespołu Münchhausena - interdyscyplinarnym zespołem ekspertów zajmujących się problemem przemocy medycznej wobec dzieci. To bodaj jedyna inicjatywa w Stanach Zjednoczonych poświęcona konkretnie tej kwestii, która nadal jest zjawiskiem tabuizowanym i nierozumianym, także przez wielu profesjonalistów. Nawet najbardziej doświadczeni pracownicy Urzędu Ochrony Dzieci, policyjni detektywi i psychologowie często wolą się trzymać z daleka od takich spraw. Choć miałam już na koncie wiele publicznych wystąpień, tym razem bardzo się denerwowałam. Chodziłam po pokoju hotelowym, wdychając bryzę oceanu i wsłuchując się w uspokajający szum fal rozbijających się o brzeg znajdujący się za linią palm. Wcześniejsze próby opowiedzenia mojej historii zwykle nie kończyły się dobrze. Poza tym nie byłam pewna, jak grono specjalistów z tytułami naukowymi przyjmie opowieść pisarki, której znajomość tematu ograniczała się wyłącznie do tego, co sama przeżyła.
Członkowie komitetu czekali na mnie w salce konferencyjnej przy stole z kawą i hotelowymi wypiekami. Przywitali mnie ciepło i z życzliwością. Występując przed nimi, czułam się bardziej jak na spotkaniu starych znajomych niż sztywnych akademików. Po raz pierwszy moja historia została przyjęta z pełnym zrozumieniem i empatią. Do tamtej pory, ilekroć próbowałam komuś opowiedzieć, co spotkało moją rodzinę - a nie robiłam tego często - reakcją były szok i niedowierzanie: ludzie otwierali usta, bledli, w ich oczach pojawiały się łzy. Na konferencji w San Diego uświadomiłam sobie, że to, co się wydarzyło w mojej rodzinie, nie było jakimś ewenementem, lecz odtwarzało znany schemat. Przez niemal dziesięć lat byłam z tym sama. Aż do tej pory.
Poczucie, że nie muszę już borykać się z tym samotnie nasiliło się następnego dnia, gdy przysłuchiwałam się wystąpieniu detektywa Mike'a Webera i szeryfa Billa Waybourna. Opowiadali o sprawie Brittany Phillips, do której jeszcze wrócę w tej książce. Publiczność słuchała zafascynowana. Nie jestem osobą religijną, a jednak siedząc wtedy w pierwszym rzędzie ustawionych w hotelowej sali balowej krzeseł, doświadczyłam przemożnego poczucia, że jestem dokładnie tam, gdzie powinnam.
Bill Waybourn i Mike Weber wyglądają, jakby przyjechali prosto z Hollywood. Bill - typowy teksaski szeryf - ma ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu (bez kowbojskiego kapelusza, który stanowi jego znak rozpoznawczy), okazałe wąsy i pas z błyszczącą klamrą. Wyobrażam sobie, że kiedy trzeba (na przykład wymaga tego jego praca), potrafi wzbudzić strach, ale na co dzień emanuje serdecznością. Kiedy po prezentacji podeszłam do niego, by się przedstawić, nie powstrzymałam się i zapytałam, czy mogę go przytulić. Niewiele brakowało, żebym się rozpłakała. Bill był pierwszą osobą w moim życiu, która zetknęła się z przeniesionym zespołem Münchhausena we własnej rodzinie. Słuchając jego historii, większość obecnych nie mogła powstrzymać się od pociągania nosem. Równocześnie była to pierwsza opowieść o przemocy medycznej wobec dziecka, która wzbudziła we mnie iskierkę nadziei.
Mike nie był obecny na spotkaniu komitetu, ale wiedziałam, że do niego należy i że Feldman bardzo go ceni. Wysoki, krótko ostrzyżony mężczyzna w klasycznym garniturze i pod krawatem, ujmował połączeniem twardości i skromności. Gdy pogratulowałam mu prezentacji, wzruszył ramionami.
- E tam, po prostu wykonuję swoją robotę - mruknął.
Dziś już wiem, że to jego stała reakcja na pochwały, kompletnie nieadekwatna do wybitnych osiągnięć. Szybko odkryłam, że jest człowiekiem, który nie uchyla się od trudnych spraw, lecz zawsze chwyta byka za rogi. Mike prowadzi dochodzenia, których wielu doświadczonych śledczych woli unikać. Kiedy w czasie tamtej pierwszej rozmowy powiedziałam mu, że jestem pisarką, odparł nieśmiało, że powtarzają mu, żeby napisał książkę. Dodał, że gdyby się na to zdecydował, opisałby w niej trzy sprawy, które najbardziej go poruszyły i jednocześnie pozwoliły w pełni zrozumieć złożoność zjawiska, o którym opowiadał przez kilka ostatnich godzin.
- Powinieneś to zrobić - odparłam z przekonaniem.
- Och, sam nie wiem...
Wyjaśniłam, że od niemal dwudziestu lat pracuję w branży wydawniczej i słyszałam już tysiące pomysłów na książki.
- Przeważnie kiepskich - podkreśliłam. - A ten jest naprawdę dobry.
Maska poważnego detektywa spadła i Mike roześmiał się tubalnie.
Gdy się poznaliśmy, miał już za sobą około trzydziestu śledztw dotyczących przemocy medycznej wobec dziecka, zakończonych rekordową liczbą wyroków skazujących. Jednak najgłębiej w pamięć zapadły mu trzy przypadki: Hope Ybarry, Brittany Phillips i Mary Welch. To właśnie te dochodzenia ukształtowały jego sposób myślenia o przeniesionym zespole Münchhausena. Nauczyły go, że przemoc może się podszywać pod miłość; pokazały, jak objawy tego zaburzenia przejawiają się w mediach społecznościowych; i że niekompetentni prawnicy mogą zaprzepaścić nawet najlepiej przeprowadzone śledztwo.
To w sprawie Hope Ybarry było pierwszym dochodzeniem dotyczącym przemocy medycznej wobec dziecka, które Mike przeprowadził od początku do końca. Nigdy wcześniej nie zetknął się z taką sprawczynią - mistrzynią mistyfikacji - która przez osiem lat utrzymywała wielowarstwową fikcję, zanim ktokolwiek się zorientował, że coś jest nie tak. Przerażające fakty, które wyszły na jaw w toku śledztwa uświadomiły mu, że tego typu przestępcy są zdolni do wszystkiego. Jeśli jednak myślał, że wszyscy sprawcy cierpiący na przeniesiony zespół Münchhausena są urodzonymi manipulatorami, sprawa Brittany Phillips wyprowadziła go z tego błędu. Tym razem dochodzenie nauczyło go, jak ważne są dowody cyfrowe. Rozwój mediów społecznościowych nie tylko nasilił zjawisko przemocy medycznej wobec dzieci, lecz także dał mu nową platformę ekspresji. Na początku 2010 roku, gdy Mike badał sprawę Brittany, rola internetu dopiero zaczynała być dostrzegalna. Przypadek Mary Welch otworzył mu oczy na jeszcze inny aspekt: słabość systemu, który ma za zadanie chronić dzieci, ale często zawodzi. Pokazał też, że bogactwo, uroda i wysoki status społeczny potrafią skutecznie zamydlić oczy i zaburzyć trzeźwość osądu. Mary ucieleśniała ideał matki z klasy średniej. Wielu osobom nie mieściło się w głowie, że mogła popełnić zbrodnię.
Z początku zamierzałam pomóc Mike'owi w przygotowaniu propozycji wydawniczej, przedstawić go kilku agentom i wtedy zejść ze sceny, ale zanim się obejrzałam, zaproponowałam, żebyśmy napisali tę książkę razem. Długie lata unikałam powrotów do przeszłości i analizowania tego, co wydarzyło się w mojej rodzinie. W końcu jednak dojrzałam, by się z tym zmierzyć: zaczynałam rozumieć, co się właściwie stało, a także, w miarę możliwości, pomóc zmierzyć się z traumą innym ofiarom przeniesionego zespołu Münchhausena. Kiedy poznałam Mike'a, byłam już na zaawansowanym etapie tego procesu. Nasze spotkanie na konferencji w San Diego trwale wpłynęło na życia moje i jego. Zaowocowało powstaniem nie tylko tej książki, ale też mojego podcastu Nobody Should Believe Me [Nikt nie powinien mi wierzyć], który w chwili, gdy piszę te słowa, ma już ponad pięć milionów odsłuchań.
Zanim pójdziemy dalej - krótki informator.
Zaburzenia leżące u podstaw tak zwanego zespołu Münchhausena[2] (zaburzenia pozorowanego narzuconego sobie) oraz przeniesionego zespołu Münchhausena[3] (zaburzenia pozorowanego narzuconego innej osobie) należą do grupy zaburzeń pozorowanych. Charakteryzują się one celowym wprowadzaniem w błąd w kwestiach medycznych w celu uzyskania uwagi, wywołania współczucia albo podziwu otoczenia. Termin "zespół Münchhausena" po raz pierwszy został użyty w 1951 roku przez doktora Richarda Ashera w artykule opublikowanym w czasopiśmie "The Lancet". Nawiązuje do tytułowego bohatera powieści Przygody barona Münchhausena (1785), który miał zwyczaj opowiadać niestworzone historie o swoich rzekomych wyczynach. Choć zachowania typowe dla tego zaburzenia nie prowadzą do przemocy medycznej wobec innych, według wszystkich specjalistów, z którymi rozmawiałam, stanowią czynnik ryzyka. Dlatego w tej książce będziemy mówić o jego obu postaciach. Warto zaznaczyć, że przeniesiony zespół Münchhausena jest zjawiskiem bardzo złożonym i trudnym do uchwycenia, które wprawdzie może wyrządzić realną krzywdę osobom trzecim, zwykle jednak nie prowadzi do aż tak dramatycznych konsekwencji, jak przemoc medyczna wobec dziecka.
Rozważmy jeden przykład. W 2015 roku w Australii wybuchł skandal wokół pisarki i blogerki kulinarnej Belle Gibson, która twierdziła, że dzięki opracowanej przez siebie diecie "wyleczyła się" z kilku nowotworów. Jej opowieści okazały się całkowitą mistyfikacją. Szybko wyszło na jaw, że Gibson, oprócz innych nadużyć, kłamała w sprawie rzekomego przekazania na cele charytatywne darowizn o łącznej wysokości trzystu tysięcy dolarów. Federalny Sąd Australii skazał ją za naruszenie prawa konsumenckiego na karę grzywny w wysokości dwustu pięćdziesięciu tysięcy dolarów. Gibson do dzisiaj jej nie zapłaciła[4]. Media przytaczały relacje osób, które zrezygnowały z konwencjonalnego leczenia prawdziwych nowotworów, by przejść na jej dietę. W głośnym wywiadzie dla australijskiego programu 60 Minutes Gibson utrzymywała, że autentycznie wierzyła w swoją diagnozę i padła ofiarą nieuczciwych lekarzy. To też szybko okazało się nieprawdą. Blogerka w dalszym ciągu konsekwentnie wykręca się od przyjęcia odpowiedzialności za swoje czyny[5].
Nawet nie tak spektakularne, "zwyczajne" przypadki mogą mieć bardzo poważne długofalowe skutki. Sarah Treleaven opisała na łamach czasopisma "Elle" historię Sarah Delashmit, która przez lata udawała, że cierpi na liczne choroby, od dystrofii mięśniowej po raka piersi. Później przypadek Delashmit został szczegółowo omówiony w podcaście Sympathy Pains [Bóle fantomowe], podkreślając przede wszystkim emocjonalne, psychologiczne i finansowe konsekwencje jej oszustw. Nikomu, kto wpadł w sieć tego rodzaju manipulacji, nie udaje się wyjść z niej bez szwanku. Delashmit ostatecznie przyznała się do oszustwa i została skazana na półtora roku więzienia[6]. Trzeba zrozumieć, że zaburzenia pozorowane charakteryzują się świadomym wprowadzaniem w błąd i nie mają nic wspólnego z nadmiernym niepokojem ani nawet urojeniami co do stanu własnego zdrowia. To nie hipochondria. Warto w tym miejscu podkreślić, że takie historie nie dzieją się w próżni, lecz są ściśle wplecione w nasz wysoce wadliwy i skażony uprzedzeniami system opieki zdrowotnej. Ludzie naprawdę cierpią na trudne do zdiagnozowania przypadłości. Osoba, która ma poczucie, że lekarz jej nie słucha albo odmawia właściwego leczenia, ma pełne prawo szukać pomocy gdzie indziej.
Na zjawisko tak zwanego gaslightingu medycznego (lekceważenia, kwestionowania lub nieuzasadnionego tłumaczenia objawów czynnikami psychicznymi) najbardziej narażone są kobiety. To efekt wielowiekowej tradycji bagatelizowania kobiecego bólu. Mizoginia w medycynie jest faktem. Każda z nas, nie wyłączając mnie, przynajmniej raz w życiu spotkała się z lekceważącym traktowaniem lub kwestionowaniem jej odczuć przez pracowników medycznych.
Jest jeszcze gorzej, gdy na fakt bycia kobietą nakłada się przynależność do marginalizowanej grupy. W Stanach Zjednoczonych śmiertelność okołoporodowa w populacji czarnych jest trzy razy wyższa niż w populacji białych[7]; osoby otyłe regularnie słyszą, że najpierw mają schudnąć; osoby transpłciowe w gabinetach lekarskich napotykają opór, bariery i otwartą wrogość. Większość lekarzy wybrała ten zawód z chęci pomagania, ale są tylko ludźmi i funkcjonują w systemie zaprojektowanym dla białych cispłciowych mężczyzn, który pozostałych leczy niejako przy okazji. To podejście zaczyna się zmieniać, ale znajdujemy się dopiero na początkowym etapie tego procesu. Doskonałym przykładem jest indeks masy ciała (body mass index, BMI), opracowany dwieście lat temu przez belgijskiego astronoma i matematyka (nie lekarza) na podstawie sylwetki "statystycznego" Belga. Mimo tak problematycznej genezy wciąż używa się go powszechnie wobec wszystkich płci, ras i grup etnicznych, jakby był uniwersalnym miernikiem stanu zdrowia. Pamiętajmy też, że do lat dziewięćdziesiątych XX wieku w większości badań klinicznych nie uwzględniano kobiet[8], ponieważ medycyna postrzegała je jako pomniejszoną wersję mężczyzn z "cyckami, jajowodami i takimi tam". Najdrastyczniejsze przykłady systemowej przemocy wobec pacjentów dotyczą traktowania Afroamerykanów. Przypomnijmy Tuskegee Study od Untreated Syphilis in the Negro Male [Badanie nad nieleczonym syfilisem u czarnych mężczyzn], którego uczestników nie informowano, że chorują na kiłę i celowo ich nie leczono[9]. Ten niesławny eksperyment rozpoczęto w 1932 roku i wstrzymano dopiero czterdzieści lat później po ujawnieniu sprawy przez dziennikarzy agencji Associated Press. Nie zapominajmy też o doktorze J. Marionie Simsie[10], zwanym "ojcem ginekologii", który przeprowadzał bez znieczulenia makabryczne eksperymenty na czarnych niewolnicach. Te przykłady stanowią zaledwie wierzchołek góry lodowej, ale do pewnego stopnia wyjaśniają, dlaczego wiele osób słusznie nie ufa systemowi i uważa, że uzyskanie właściwej opieki medycznej wymaga uporu, determinacji, a może nawet wyolbrzymiania objawów.
Zespół Münchhausena nie polega jednak na szukaniu drugiej opinii ani nawet na dramatycznej przesadzie w opisywaniu symptomów, by lekarz potraktował pacjentów poważnie. Jest umyślnym, często precyzyjnie zaplanowanym oszustwem, mającym na celu uzyskanie nagrody w postaci współczucia, uwagi i zdobyciu czystej satysfakcji z możliwości przechytrzenia innych[11]. Przeniesiony zespół Münchhausena charakteryzuje się takimi samymi motywacjami i wzorcami zachowań, ale ofiarą jest bezbronne dziecko. Dlatego jego konsekwencje są znacznie poważniejsze i często drastyczne.
Określenie "przeniesiony zespół Münchhausena" wprowadził w 1977 roku brytyjski pediatra Roy Meadow. Nie figuruje ono w Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób (ICD) ani klasyfikacji zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego (DSM). To termin opisowy, a nie diagnostyczny. Oznacza zarówno działania polegające na celowym pozorowaniu, wyolbrzymianiu lub wywoływaniu choroby u dziecka, jak i psychopatologię dopuszczającego się takich działań opiekuna[12]. Nasza kultura ma dużą trudność ze zrozumieniem zjawiska przemocy medycznej wobec dzieci, a terminologiczne zamieszanie bynajmniej tego nie ułatwia. Jedno z pytań, które ja i Mike słyszymy najczęściej, brzmi: czy przeniesiony zespół Münchhausena to przestępstwo czy zaburzenie psychiczne? Odpowiedź jest prosta: jedno i drugie. Terminem tym określa się zarówno "przemoc medyczną wobec dziecka" (pojęcie wprowadzone przez uznaną pediatrkę i ekspertkę w dziedzinie ochrony dzieci, Carole Jenny, w książce wydanej 2009 roku przez Amerykańską Akademię Pediatrii[13]), jak i "zaburzenie pozorowane narzucane innej osobie" (oficjalna diagnoza DSM opiekuna, który celowo naraża dziecko na niepotrzebne leczenie, by uzyskać uwagę, współczucie i gratyfikację emocjonalną). W tej książce będziemy posługiwać się wszystkimi trzema określeniami, chociaż nadal lekarze, prawnicy i eksperci najczęściej mówią o przeniesionym zespole Münchhausena.
Kiedy Mike dostał pierwszą sprawę dotyczącą przemocy medycznej wobec dziecka, miał już za sobą wieloletnie doświadczenie w ściganiu przestępstw wobec dzieci. Aby wyjaśnić coś, co wielu osobom wydaje się bardzo zawiłe, mówi, że "przeniesiony zespół Münchhausena" funkcjonuje w przestrzeni publicznej tak, jak termin "pedofilia", często (niesłusznie) używany w znaczeniu zarówno aktu przemocy seksualnej wobec dziecka, jak i zaburzenia popędu seksualnego z klasyfikacji DSM. Choć w obu przypadkach istnieje związek między chorobą psychiczną a działaniem sprawcy, które wyrządza ofierze realną krzywdę, zaburzenie i czyn przestępczy nie są ze sobą tożsame. To bardzo trafne porównanie dobrze tłumaczy istotę sprawy i pomaga zrozumieć powagę zagrożenia. W obu przypadkach sprawca, który skrzywdził dziecko, pomimo że jest zaburzony psychicznie, ponosi odpowiedzialność za swoje czyny i jest w pełni świadomy różnicy między dobrem a złem. Potrzebujemy więcej pogłębionych badań nad zachowaniem tego rodzaju sprawców, ale z tego, co już o nich wiemy, wyłania się obraz złożonego, wielowymiarowego problemu, który jest bardzo trudny w leczeniu i stanowi ogromne wyzwanie dla systemu ochrony zdrowia psychicznego. Tym bardziej, że często współwystępuje z innymi zaburzeniami, takimi jak osobowość borderline, narcystyczna czy histrioniczna, a także z ciężką depresją.
Psychopatologia sprawców jest fascynująca i na pewno warto ją badać, ale nie powinno to przesłaniać tego, co najważniejsze: bezpieczeństwa ofiar. Mówiąc o sprawcach przemocy medycznej wobec dzieci, nie mamy na myśli rodziców z nadmiernym lękiem o zdrowie potomstwa ani działających pod wpływem urojeń. Chodzi o ludzi świadomie dopuszczających się oszustw, narażających dobrostan, a niekiedy nawet życie własnych dzieci.
W naszej kulturze te dwie odrażające formy przemocy - wykorzystywanie seksualne i przemoc medyczna wobec dzieci - tworzą mroczną diadę.
Przytłaczająca większość (osiemdziesiąt osiem procent[14]) sprawców wykorzystywania seksualnego dzieci to mężczyźni. Jeśli chodzi o przemoc medyczną wobec dzieci, jeszcze bardziej przytłaczająca jest większość (aż dziewięćdziesiąt sześć procent[15]) kobiet wśród sprawców. Przez długi czas wierzono, że seksualne wykorzystywanie dzieci jest zjawiskiem marginalnym. Dopiero w ostatnich dziesięcioleciach skandale w takich instytucjach jak kościół katolicki czy Boy Scouts of America1 uświadomiły nam dwie rzeczy: po pierwsze, do takich przestępstw dochodzi znacznie częściej, niż chcielibyśmy wierzyć; po drugie, sprawcą najczęściej jest osoba, którą dziecko zna, a nie jakiś obcy degenerat. Przemoc medyczna jest równie niszcząca i chyba jeszcze bardziej wkracza w intymność, ponieważ zwykle stosuje ją matka, osoba, której dziecko powinno móc bezgranicznie ufać. W obu przypadkach sprawca wykorzystuje pozycję zaufania społecznego. Kto podejrzewałby sympatycznego trenera, idola chłopaków? Kto odważyłby się zarzucić kłamstwo matce dziecka chorego na raka?
W Stanach Zjednoczonych co roku przeznacza się miliony dolarów na ochronę dzieci przed przemocą seksualną. Jakie środki są przeznaczane na zapobieganie przemocy medycznej wobec dzieci? Renomowane szpitale utrzymujące się same, programy CASA2 i GAL3 oraz lokalne organizacje pomocowe na pewno robią wiele dobrego, ale w całych Stanach Zjednoczonych jest tylko jedna instytucja, która specjalizuje się w tym konkretnym problemie: założona przeze mnie w 2021 roku niewielka organizacja pożytku publicznego, Münchausen Support. W biurze szeryfa hrabstwa Tarrant w Teksasie, gdzie obecnie pracuje Mike, zwalczaniem handlu ludźmi zajmuje się czterech oficerów i sierżant; przypadkami przeniesionego zespołu Münchhausena tylko jeden: Mike, który jednocześnie prowadzi wszystkie dochodzenia dotyczące fizycznej i seksualnej przemocy wobec dzieci, a jest ich wcale niemało. W pozostałych hrabstwach sytuacja przedstawia się jeszcze gorzej: Mike jest jedynym detektywem w Stanach Zjednoczonych posiadającym fachową wiedzę na temat tego przestępstwa. Dlatego śledczy Urzędu Ochrony Dzieci, policjanci i agenci FBI z całego kraju zwracają się do niego o pomoc w prowadzeniu najtrudniejszych spraw.
Aktorka Jennette McCurdy, autorka bestsellerowej książki Cieszę się, że moja mama umarła[16], zauważyła w wywiadzie dla tygodnika "New York": "O ojcu można z przekąsem powiedzieć: "Ech, daj spokój, wiesz, jacy są ojcowie!", ale o matce ludzie nie chcą powiedzieć złego słowa. Nie ma przyzwolenia społecznego na taką krytykę"4. Kultura masowa również długo omijała temat przeniesionego zespołu Münchhausena, ale powoli zaczyna się to zmieniać. W filmie Szósty zmysł duch dziewczynki granej przez Mischę Barton prowadzi małego bohatera filmu, Cole'a, na swój pogrzeb. Widzimy tam matkę, która szlocha, odgrywając rolę męczennicy, chociaż to właśnie ona doprowadziła do śmierci dziecka. Rok 2019, w którym wyszła moja książka We Came Here to Forget, okazał się przełomowy. Nastąpił wtedy prawdziwy wysyp poważnych produkcji, w których pojawia się wątek przemocy medycznej wobec dziecka, od takich seriali jak Ostre przedmioty (HBO), Wybory Paytona Hobarda (Netflix), po głośny The Act, opowiadający prawdziwą historię Gypsy-Rose Blanchard, ofiary przeniesionego zespołu Münchhausena, oskarżonej o współudział w zamordowaniu znęcającej się nad nią matki. HBO wyprodukował też dokument Kochana mamusia nie żyje, który moim zdaniem znacznie poważniej podszedł do tematu. Sprawa Gypsy-Rose rozpaliła wyobraźnię opinii publicznej. Pełna dramatycznych zwrotów akcji, ekscentrycznych bohaterów i makabrycznych szczegółów, urosła do rangi popkulturowego mitu. W 2023 roku Gypsy-Rose wyszła z więzienia i w ciągu kilku dni zdobyła miliony obserwujących w mediach społecznościowych. Ruszyła lawina medialna: zapowiedziano książkę i serial stacji Lifetime, Gipsy nieustannie udzielała wywiadów i występowała publicznie. Bezprecedensowy moment widzialności ofiary przeniesionego zespołu Münchhausena przeistoczył się w groteskowy spektakl. Straumatyzowana młoda kobieta stała się celebrytką obsadzoną w roli współczesnej Roxie Hart5.
My, którzy zawodowo zajmujemy się przeniesionym zespołem Münchhausena albo doświadczyliśmy go osobiście, z mieszanymi uczuciami obserwowaliśmy, jak ofiara przemocy przekształca się w zbiorowej wyobraźni w jednowymiarowy symbol wszystkich ofiar. Był to moment pożądanej uwagi, ale także niebezpiecznego balansowania między rzetelnym zainteresowaniem a sensacją. Co ciekawe, Gypsy-Rose wyszła na wolność tuż po zakończeniu głośnego procesu, wytoczonego przez rodzinę Mai Kowalskiej Johns Hopkins All Children's Hospital. Kowalscy oskarżyli szpital o nieuzasadnione odebranie dziecka spod opieki matki w związku z podejrzeniem przemocy medycznej. Sąd przyznał im rację i zasądził rekordowe odszkodowanie w wysokości dwustu sześćdziesięciu jeden milionów dolarów. Szpital nie zgodził się z zarzutami i złożył apelację. Inaczej niż w przypadku Gypsy-Rose, opinia publiczna stanęła po stronie domniemanej sprawczyni, Beaty Kowalskiej, która popełniła samobójstwo przed zakończeniem śledztwa. Media przedstawiały sprawę jako przykład tak zwanego porwania medycznego.
Przeciętny odbiorca mógł przeoczyć liczne niepokojące podobieństwa między obiema sprawami, ale dla nas, którzy uważnie śledziliśmy rozwój wydarzeń, zderzenie sprzecznych narracji było naprawdę szokujące. Na lekarzy, którzy nie ocalili Gypsy, spadła krytyka za bierność, podczas gdy ich kolegom, którzy podjęli taką interwencję w przypadku Mai Kowalskiej, zajrzała w oczy groźba bankructwa i ruiny kariery zawodowej. Trudno powiedzieć, czy to rozdwojenie jest przejawem dysonansu poznawczego (trudności, jaką nasze społeczeństwo ma z zaakceptowaniem faktu, że niektóre matki krzywdzą własne dzieci), czy też oznaką powolnego budzenia się świadomości społecznej. Czas pokaże.
Media wciąż relacjonują takie przypadki w tonie sensacji, skupiając się na drastycznych szczegółach i zaburzonej osobowości sprawcy. Ten obraz utwierdza przeciętnego odbiorcę w przekonaniu, że w jego najbliższym otoczeniu coś takiego się nigdy nie wydarzy. Trudno go za to winić. Tylko potwór mógłby tak krzywdzić własne dziecko, a wszyscy chcemy wierzyć, że umiemy rozpoznać bestię. Ciężki, gotycki klimat Ostrych przedmiotów i groteskowe portrety ekscentrycznych Blanchardów z Południa sugerują, że taka tragedia nie mogłaby mieć miejsca w normalnej rodzinie. Potrzebuje odpowiedniego tła: biedy, obsesji religijnej, patologii dziedziczonych z pokolenia na pokolenie.
Co gorsza, media interesują się przypadkami przemocy medycznej zwykle dopiero wtedy, gdy dziecko już umrze. Tak było w sprawie Olivii Gant6 i Garnetta Spearsa7. Tymczasem eksperci ostrzegają, że ten rodzaj przemocy charakteryzuje się najwyższym współczynnikiem śmiertelności: około dziewięciu procent[17]. Luki w świadomości społecznej i powierzchowne przekazy medialne zawężają przestrzeń refleksji, utrudniając nam zrozumienie mechanizmów i przeanalizowanie przypadków, w których udało się ochronić dziecko, zanim doszło do tragedii. Jeśli chcemy lepiej chronić najmłodszych przed przemocą medyczną, musimy przyjrzeć się, jak działa system tam, gdzie jest on skuteczny. Bo istnieje takie miejsce: hrabstwo Tarrant w Teksasie.
W znacznej mierze jest to zasługa detektywa Mike'a Webera. Nie działa jednak sam. Część osób, z którymi współpracuje, spotkacie na kartach tej książki. Na przykładzie ich wysiłków możemy prześledzić mechanizmy przemocy medycznej wobec dzieci i zobaczyć, jak ją skutecznie zwalczać.
Problemy społeczne splatające się ze zjawiskiem przeniesionego zespołu Münchhausena stały się drażliwe jak chyba nigdy dotąd. W czerwcu 2022 roku, gdy mój synek miał dziewięć dni, Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych w sprawie Dobbs przeciwko Jackson Women's Health Organisation uchylił precedens Roe przeciwko Wade, który przez poprzednie pół wieku stanowił fundament amerykańskiego prawa aborcyjnego. W wielu stanach wprowadzono restrykcyjne przepisy antyaborcyjne, które w praktyce uniemożliwiły kobietom dostęp do opieki położniczo-ginekologicznej i uruchomiły masowy odpływ lekarzy. Obszar, który zawsze wywoływał kontrowersje, zmienił się w prawdziwe pole minowe.
System wymiaru sprawiedliwości i egzekwowania prawa także stał się przedmiotem zażartej debaty, ale to już wykracza poza zakres tej książki. Mike i ja mamy odmienne poglądy polityczne, ale o przemocy medycznej wobec dzieci myślimy tak samo (rzadkość w czasach, gdy ludzie zamykają się w swoich bańkach). Mam wiele zastrzeżeń do amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości, ale to, co robi Mike, budzi mój wielki szacunek. Od kilkudziesięciu lat zajmuje się ściganiem przestępstw wobec dzieci i wiele razy narażał na szwank swoją karierę, podejmując słuszne działania tam, gdzie inni woleli odwrócić wzrok.
Prowadził wiele śledztw, które głęboko go poruszyły, ale te trzy - w sprawach Hope Ybarry, Brittany Phillips i Mary Welch - nauczyły go najwięcej. Historie trzech różnych sprawczyń i ich kontaktów z trzema kluczowymi instytucjami - systemem opieki zdrowotnej, Urzędem Ochrony Dzieci i sądami - dały mu gruntowną wiedzę o wszystkich aspektach ochrony nieletnich przed tą formą przemocy. Pokazały także, że nawet przy maksymalnym zaangażowaniu wszystkich stron, system może zawieść.
Od tamtych wydarzeń minęło już dziesięć lat, lecz w funkcjonowaniu instytucji powołanych do ochrony dzieci niewiele się zmieniło. Co gorsza, społeczna świadomość zaczyna dryfować w niepokojącym kierunku. Dramatyczne historie o fałszywych zarzutach wobec rodziców i porwaniach medycznych (teoria spiskowa, która głosi, że lekarze i Urząd Ochrony Dzieci bez uzasadnionego powodu odbierają chore dzieci rodzicom) coraz częściej trafiają na pierwsze strony gazet. Ta narracja zaczyna przenikać do głównego nurtu debaty publicznej.
W wyemitowanym w 2020 roku cyklu reportaży Do No Harm [Nie szkodzić] dziennikarz stacji NBC, Mike Hixenbaugh, odsądzał od czci i wiary lekarzy, którzy ograniczają rodzicom kontakt z dziećmi i lansował tezę o "nadmiernej władzy" medyków[18]. W Pensylwanii audytor lokalnych rządzących zarzucił regionalnej sieci opieki zdrowotnej Lehigh Valley Health Network "systematyczne nadużywanie diagnozowania" przemocy medycznej wobec dzieci[19]. Tymczasem z wieloletnich doświadczeń Mike'a i mojego własnego researchu do podcastu You Should Never Believe Me jednoznacznie wynika, że w rzeczywistości jest wręcz odwrotnie. W praktyce tego rodzaju przemoc znacznie częściej bywa przeoczana niż rozpoznana pochopnie. Zaniedbania i niezgłaszanie takich przypadków odpowiednim służbom są znacznie częstsze niż nadinterpretacje. Dlatego, jeśli w jakimś miejscu wykrywa się zdecydowanie więcej, niż wynosi średnia krajowa przypadków przemocy medycznej, należy przypuszczać, że to właśnie tam lokalny system działa skutecznie. I tak właśnie jest w hrabstwie Tarrant. Kobiety, o których opowiada ta książka, na pierwszy rzut oka niewiele ze sobą łączy. Pochodzą z różnych środowisk, reprezentują inne warstwy społeczne, różnią się wykształceniem i wykonywanym zawodem (wszystkie trzy są białe, ale eksperci, z którymi rozmawiałam, nie widzą związku między przeniesionym zespołem Münchhausena a rasą). Jednak mimo tych różnic między Hope Ybarrą, Brittany Phillips i Mary Welch zachodzą uderzające podobieństwa, zarówno pod względem ogólnych schematów ich zachowań, jak i konkretnych "chorób" i "dolegliwości", na które rzekomo cierpiały ich dzieci. Często miałam nieodparte wrażenie, że wszystkie trzy korzystały z tego samego podręcznika albo uczyły się jedna od drugiej. Jak zobaczymy w przypadku Brittany Phillips, byłam bliższa prawdy, niż mogło się wydawać.
Niestety te same elementy występują w mojej historii: w bezpośredniej relacji z siostrą i w dokumentacji jej sprawy, którą omawiam szczegółowo w drugim sezonie podcastu Nobody Should Believe Me. Od jego debiutu jesienią 2020 roku otrzymuję niezliczone wiadomości od słuchaczy. Ludzie zagadują mnie na przyjęciach i spotkaniach autorskich, by podzielić się swoimi historiami. Opowiadają mi o ciotkach, przyjaciółkach, sąsiadkach i znajomych z Facebooka, które bez przerwy publikują wpisy o chorobach dzieci. Kontaktują się ze mną ocalali i ich bliscy. Wielu z nich opowiada, że przeżyli szok, rozpoznając własną historię w cudzej opowieści. Powraca jedno zdanie: "Myślałem, że to nie spotkało nikogo oprócz mnie". Zauważyłam, że kiedy ktoś rozpozna wzorzec przemocy medycznej wobec dziecka i uzmysłowi sobie realność tego zagrożenia, nie potrafi już wymazać tego z pamięci. I dobrze - bo od naszej zdolności dostrzegania i rozpoznawania zależy życie dzieci. Dlatego, opowiadając te wstrząsające historie, prosimy was o jedno:
miejcie oczy otwarte.