1. Przeznaczenie
Życie można przeżyć na wiele sposobów. Można być uczciwym kierowcą, sprzedawczynią, górnikiem, hutnikiem, policjantem, generalnie każdym. Każdy może również wybrać drogę pełną przemocy i zostać złodziejem, oszustem, gangsterem, krzywdząc każdego, kto wejdzie mu w paradę. Mówiąc krótko, być skurwysynem.
Czy mamy możliwość wyboru? Oczywiście, że tak. Ale jesteśmy uwarunkowani genetycznie, kulturowo i religijnie od dnia urodzenia. Olbrzymie znaczenie ma również wykształcenie, które przed każdym otwiera inną furtkę do kariery zawodowej. Wydawać by się mogło, że dla wszystkich ludzi jest to zrozumiałe, że w ten sposób podnoszą swoją świadomość intelektualną.
To tak nie działa. Nieważne, kim będziesz, zawsze będziesz miał do wyboru życie białe lub czarne. Nie ma nic pośredniego. Mechanik samochodowy podczas wymiany oleju na pewno się pobrudzi, tak samo jak chirurg po operacji pacjenta zobaczy poplamiony krwią fartuch.
Ostatecznie, jeżeli będziemy mieli okazję dożyć późnej starości, bujając się w starym fotelu, będziemy się zastanawiać, czy mogliśmy żyć inaczej. Tego już się nigdy nie dowiemy. Każdy ma swoje przeznaczenie składające się z tysięcy przypadkowych zdarzeń i decyzji, po których jest szczęśliwy albo umoczony w gównie po pas.
Dlaczego to jest takie ważne? Bo przekonał się o tym mężczyzna wiodący spokojny żywot agenta ubezpieczeniowego, który uważał, że najważniejszą cechą człowieka jest uczciwość w stosunku do rodziny i klientów. Ponieważ zawsze dobrze na tym wychodził, był przekonany, że nic go już w życiu nie zaskoczy. Aż do dzisiaj...
***
Ten rok był dla niego szczególny z kilku powodów. Po pierwsze, za kilka miesięcy przechodził na zasłużoną emeryturę i zbiegło się to z dwudziestopięcioletnim okresem pracy w ubezpieczeniach. Po drugie, kiedy patrzył w lustro na swoje odbicie, cieszył się, że widział faceta w okularach, którego dopadły wyraźne oznaki łysienia, maskowane przez krótko przystrzyżone włosy. Najbardziej był zadowolony z brzucha, który nie zasłaniał mu widoku podbrzusza i wypolerowanych butów.
Przyjazd do Warszawy okazał się kamieniem milowym, który obudził w nim cechy charakteru schowane głęboko w podświadomości. Ten spokojny i pozytywnie nastawiony do życia człowiek zderzył się z okrutną rzeczywistością, która zmieniła jego życie na zawsze. Wszystko zaczęło się dnia, w którym Marek Malicki wybrał się na szkolenie, które firma zorganizowała w ośrodku wypoczynkowym w Ryni, nad jeziorem Zegrzyńskim. Korzystając z okazji, że jest sobota, najpierw postanowił odwiedzić swojego przyjaciela Janusza Greckiego i jego żonę Beatę, którzy mieszkali w stolicy. To była świetna okazja, by dłużej porozmawiać o tym, co wydarzyło się od ostatniego spotkania, oraz przekazać oferty ubezpieczenia na życie dla obojga małżonków.
Janusza poznał kilkadziesiąt lat wcześniej, gdy przyjechał on z braćmi i rodzicami do wioski, w której mieszkał Marek. Jego ojciec, Tadeusz, dostał fuchę księgowego w zakładzie rolnym, a ojciec Malickiego pełnił funkcję behapowca i związkowca. Rodziny przypadły sobie do gustu na gruncie prywatnym i zawodowym. To były czasy komuny i wszystko było postawione do góry nogami. A oni świetnie się do tego dostosowali. Po zaledwie trzech latach rodzina Malickich przeprowadziła się bliżej Trzebnicy. Kontakt się urwał, ale przyjaźń przetrwała przez dziesięciolecia.
Podczas licznych spotkań często przypominali sobie o pomysłach na zdobywanie gotówki na biesiady zakrapiane alkoholem. Szczytowym osiągnięciem było sprzedanie wyhodowanych świń i balowanie za otrzymane pieniądze do czasu, aż się skończyły.
Grecki był tylko sześć lat młodszy od agenta, ale nie stracił włosów, a dodatkowo zapuścił wąsy i kozią bródkę, która dodała mu powagi tak potrzebnej w prowadzeniu własnego interesu. Jego żona Beata, choć skończyła już pięćdziesiąt pięć lat, to cieszyła się urodą, której pozazdrościć mogła jej niejedna młoda dziewczyna. Od trzydziestu lat byli szczęśliwymi rodzicami Matyldy i czekali z utęsknieniem na przyszłe wnuki.
Po omówieniu zakresu ubezpieczenia ustalili szczegóły i Marek schował papiery do teczki, dając znak, że negocjacje właśnie się zakończyły i będzie mógł wystawić polisy. Podziękowali sobie za miłą rozmowę i Beata przyniosła z kuchni mały poczęstunek.
Zgodnie z ustaleniami po kolacji udali się na parking, gdzie zaparkowany był ford Janusza. Marek zajął miejsce pasażera, a Beata powędrowała na tylne siedzenie wraz ze swoją ukochaną suczką Korą.
Kiedy zbliżyli się do wyjazdu z osiedla, ochroniarz uruchomił przycisk podnoszący szlaban i samochód skręcił w prawo, w kierunku drogi prowadzącej do Ryni nad jeziorem.
Kiedy dojechali do zjazdu z autostrady, jakiś kierowca błysnął światłami i Janusz zerknął najpierw na tablicę rozdzielczą, a potem na odbicie świateł na tylnej masce autobusu, do którego się zbliżył.
- Będziemy musieli zjechać na stację benzynową, muszę zatankować i sprawdzić, co się dzieje. Mam nadzieję, że to tylko przepalona żarówka reflektora - powiedział, pokazując słabe światła.
- Lepiej to zrobić, bo jak cię zatrzymają, to mandat murowany - poparł go Marek.
- Masz rację.
- Przestań, Balbina, o tej porze to gliny śpią - stwierdziła żona Janusza.
Marek Malicki uśmiechnął się, słysząc przezwisko Janusza w ustach żony przyjaciela. Wiedział, że jest to ksywa, która przylgnęła do niego jeszcze w młodości, gdy dla zabawy przebrał się za dziewczynę i poszli na wiejską imprezę. Jego piękne, naturalne, długie włosy i makijaż zrobiły swoje. Chłopcy, którzy go nie poznali, ubiegali się o jego względy, a on świetnie się bawił. Ktoś powiedział, że ma loki jak Balbina z kreskówki dla dzieci, i tak przylgnęła do niego ta ksywka.
Kiedy dojechali do Nieporętu, Janusz wjechał na stację benzynową i zatrzymał się obok dystrybutora. Zatankował do pełna i po uregulowaniu zapłaty odjechał na boczny parking w celu sprawdzenia oświetlenia.
- Ile czasu zajmie ci naprawa? - spytała Beata.
- Nie wiem, może kwadrans - odpowiedział żonie.
- Dobrze, to ja pospaceruję sobie z Korą.
- Tylko nie odchodź daleko.
- Nie bój się, nie zabłądzę, będę z tyłu stacji.
Malicki wysiadł z auta i wyprostował plecy.
- To ja skorzystam z okazji i odcedzę kartofelki - oznajmił i poszedł do środka stacji.
Za ladą stał około trzydziestoletni chłopak, który grzebał palcem w swojej czuprynie. Ze znudzoną miną obserwował agenta zmierzającego w głąb sklepu, w którym za regałami znajdowały się drzwi do toalety. Westchnął i spojrzał na zegarek. Była godzina dwudziesta trzecia trzydzieści i do końca zmiany pozostało jeszcze kilka godzin. Nie lubił nocnych zmian, bo czas zawsze wlókł się niemiłosiernie długo i klientów było jak na lekarstwo. Nudy na pudy.
Wszystko zmieniło się z chwilą, gdy na stację wszedł krępy grubasek z czapką na głowie oraz przyciemnionymi okularami na nosie. Omiótł wzrokiem całą salę i podszedł do lady.
Sprzedawca pomyślał, że mogą być kłopoty, ale zanim zorientował się w sytuacji, zobaczył wymierzony w swoje czoło pistolet. Odruchowo cofnął się, opierając plecami o regał.
- Kasa i gęba na kłódkę! - krzyknął napastnik.
Chłopak z przerażeniem wpatrywał się w wylot lufy, spodziewając się, że zaraz oberwie kulą w łeb i skończy się jego młode życie.
Napastnik zrozumiał, że musi coś zrobić, bo inaczej młody dalej będzie stał jak słup soli. Kiwnął pistoletem, wskazując na kasę.
- Rusz dupę, bo tracę cierpliwość! No już!
Sprzedawca wzdrygnął się, podszedł do kasy, otworzył ją i zaczął wykładać na ladę banknoty. Zerknął ukradkiem na kamerę w rogu sali, chociaż wiedział, że nic nie zarejestruje, bo akurat w tym dniu uległa awarii. Pech chciał, że dopiero rano miał się zjawić technik.
Grubasek sięgnął lewą ręką po banknoty i zaczął je upychać po kieszeniach.
- Bilon też chcesz? - spytał kudłaty sprzedawca.
- Nie, możesz go sobie w dupę włożyć - odparł złodziej rozbawiony własnym dowcipem. Poszukał wzrokiem telefonu sprzedawcy, ale nigdzie go nie dostrzegł.
- Telefon, dawaj go szybko. - Ponaglił go ruchem głowy.
Chłopak wyjął komórkę z tylnej kieszeni spodni i położył na blat. Z przerażeniem uświadomił sobie, że za chwilę przepadnie jego ulubiona zabawka.
- Jest zabezpieczony kodem?
- Nie, jeszcze nie zdążyłem tego zrobić.
- No, to masz nauczkę, żeby słuchać sprzedawcy w salonie - roześmiał się grubas. Schował aparat do wewnętrznej kieszeni kurtki i zamierzał opuścić stację, ale w tej samej chwili wydarzyły się dwie rzeczy.
W drzwiach wejściowych pojawili się Janusz i Beata z psem na ręku i dopiero po kilku krokach dostrzegli człowieka z bronią. Kora nagle zaczęła szczekać, jakby chciała mu powiedzieć, że zaraz go ugryzie. Po drugiej stronie sklepu zza regału wyłonił się Malicki i zatrzymał się, zaskoczony widokiem człowieka z bronią. Przez moment pomyślał, że jest w ukrytej kamerze, ale szybko został sprowadzony na ziemię.
Złodziej usłyszał hałas i odwrócił się do agenta.
- A ty skąd się wziąłeś? - spytał zaskoczony obecnością jeszcze jednego człowieka.
- Chcesz znać szczegóły? - odpowiedział agent i dopiero wtedy zrozumiał, że znaleźli się w samym środku napadu. Pierwszy raz w życiu ktoś mierzył do niego z broni. Poczuł, że podnosi mu się ciśnienie krwi i pojawia się strach o życie wszystkich obecnych.
Bandyta odsunął się dwa kroki w bok i spojrzał na psa.
- Uspokój go, bo zastrzelę go razem z tobą! I przejdźcie na stronę starego. - Wskazał głową agenta.
Janusz zbliżył się do Beaty i wskazał na pistolet.
- Dobrze, tylko nie rób żadnych głupstw, nie chcemy kłopotów.
Beata położyła rękę na karku Kory i pogłaskała ją po sierści. Suczka stuliła uszy i przestała szczekać.
Mąż chwycił ją pod rękę i przeprowadził na stronę, gdzie stał Marek. Odwrócili się do napastnika, czekając na jego kolejny ruch. Janusz zasłonił żonę i zerknął na przyjaciela.
Marek obserwował każdy ruch mężczyzny, mając świadomość, że są na łasce tego typa. Miał nadzieję, że zaraz wybiegnie ze stacji z łupem i koszmar się skończy. Niestety, opryszek uznał, że jest okazja do dodatkowego zysku.
- Wy tam, dawajcie swoje telefony i klucze od samochodu. Nie chciałbym, żebyście za mną pojechali. No, szybko, bo czas nagli.
Janusz położył smartfon na blat przy kasie i wrócił na miejsce. Nie chciał wystawiać się na niepotrzebne ryzyko, wiedział, że wcześniej czy później gruby i tak zostanie złapany przez policję.
Bandyta przeniósł wzrok na Beatę.
Zrozumiała, że teraz jej kolej.
- Mój telefon został w aucie - wyjaśniła.
- Który to wóz?
- Ford, stoi po drugiej stronie stacji, na parkingu - dodał Janusz, mając nadzieję, że typ zaraz sobie pójdzie i nikomu nic się nie stanie.
Malicki z przerażoną miną zrobił dwa kroki do przodu i zatrzymał się dopiero, gdy poczuł na czole lufę pistoletu.
- No, dziadek, teraz twoja kolej na fanty - powiedział bandzior do Marka, uśmiechając się szyderczo.
Malicki zerknął w górę na lufę i kiwnął głową, dając do zrozumienia, że zaraz wykona jego żądanie.
- Nie strzelaj! - Podniósł ręce do góry. - Zaraz dam ci mój telefon, mam go w kieszeni. Mogę?
Przechylił głowę lekko w prawo, wskazując na kieszeń.
- Dawaj, za dużo gadasz - ponaglił Marka bandzior, zerkając na wskazaną kieszeń.
To, co się stało, było zaskoczeniem dla wszystkich. Malicki zauważył, że palec napastnika nie leży bezpośrednio na spuście pistoletu, ale opiera się o jego osłonę. To była okazja, której nie można było zmarnować. Gdyby to był prawdziwy zabijaka, takiego błędu by nie popełnił. Malicki szybkim ruchem lewej ręki złapał za lufę i szarpnął ją do góry, wyrywając pistolet z dłoni grubego. Potem prawą ręką chwycił go za kark, jednocześnie podkładając mu nogę z tyłu jego nogi. Tak wykonana dźwignia spowodowała natychmiastowy upadek przeciwnika na plecy. Bandzior jęknął od uderzenia o podłogę i spróbował lewą ręką zaatakować agenta, ale w tym samym momencie Janusz przystąpił do działania. Błyskawicznie doskoczył do leżących i chwycił lewą rękę bandyty. Malicki skorzystał z przewagi i wymierzył grubemu potężny cios w podbródek, po którym głowa napastnika odskoczyła do tyłu. Ucisk na nerwy rdzenia kręgowego spowodował niedotlenienie układu nerwowego i bandyta na chwilę stracił przytomność.
Beata zakryła usta ręką, aby stłumić krzyk, a sprzedawca patrzył z otwartymi ustami na całą akcję, nie mogąc uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Kora szczekała jak oszalała, patrząc na leżącego opryszka.
Malicki odrzucił pistolet na bok i sięgnął rękoma do paska od spodni bandyty.
- Na co ci jego pasek? - spytał zdziwiony Janusz.
- Zrobimy kajdanki na nogach, żeby nie mógł nam zwiać - mówiąc to, rozpiął klamrę i pociągnął pasek w górę, wysuwając go ze szlufek. Następnie przyłożył do nóg powyżej kostek i spiął mocno.
Tak uwięziony mężczyzna nie miał szans na ucieczkę.
- Masz na stacji jakiś sznurek, żeby związać mu ręce? - spytał sprzedawcę.
- Tak, zwykły sznurek do paczek. Mam go tutaj w szafce.
- To dawaj szybko.
Beata zbliżyła się do leżących.
- Nic nam już nie grozi?
- Nie, jesteśmy bezpieczni - odpowiedział jej mąż i odwrócił głowę w stronę chłopaka, który przybiegł z kłębem sznurka.
- Odetnij ze dwa metry - rozkazał Marek.
Sprzedawca odmierzył około dwóch metrów sznurka i podał go mężczyźnie.
Malicki związał ręce bandyty w nadgarstkach, a potem połączył sznurek z pasem u nóg.
- Już nie ucieknie - stwierdził Marek, wstając z kolan. - Możesz teraz zabrać pieniądze - zwrócił się do kasjera.
Sprzedawca pochylił się nad leżącym i opróżnił jego kieszenie z gotówki i telefonu. Sprawdził, czy komórka nie została uszkodzona, i schował banknoty do przegródek w kasie.
- Kasa się zgadza - powiedział do siebie.
Janusz zabrał pistolet z podłogi, umieścił go w foliowym woreczku, który znalazł w kieszeni, i podał Markowi. Ten schował broń do kieszeni i spojrzał na Beatę głaskającą Korę po grzbiecie.
- Ja pierdolę, ale sajgon - powiedziała kobieta, drżąc ze strachu po wydarzeniach sprzed chwili. - Nie macie pojęcia, jak się wystraszyłam, gdy zobaczyłam tego typka z bronią. Co teraz zrobimy?
- Jak to co, zaraz zadzwonię na policję - rzucił sprzedawca, dla którego było to jedyne sensowne wyjście.
Sięgnął po telefon, ale Malicki mu przeszkodził.
- Na razie nigdzie nie zadzwonisz - powiedział rozkazująco i kopnął leżącego bandziora po żebrach.
Ten zawył z bólu i otworzył oczy, zastanawiając się, co robi na podłodze. Potem podniósł ręce i zobaczył, że jest skrępowany.
- Co jest, do kurwy nędzy? - Szarpnął sznurem, ale nic to nie dało.
- Zabezpieczenie, na wypadek gdybyś chciał zwiać - wyjaśnił Marek i schylił się, by sprawdzić, czy bandzior w kieszeni ma jakieś dokumenty. W jego portfelu znalazł dowód osobisty, kartę kredytową, prawo jazdy oraz dowód rejestracyjny. Wziął w palce dokument ze zdjęciem i spojrzał na nazwisko.
- Czesław Majchrowski - przeczytał na głos - No, Czesiu, to nie jest twój szczęśliwy dzień. - Schował dowód na miejsce i chwycił kartę kredytową. Pomachał nią w powietrzu jak wachlarzem. - Masz tam coś na koncie, Czesiu? - spytał z szelmowskim uśmiechem na ustach.
- Pierdol się! - zaklął bandyta.
- Na pieszczoty trzeba sobie zasłużyć. - Odwrócił się od niego i podszedł do kasy. Wskazał na kamerę pod sufitem. - Co z tymi kamerami? Zarejestrowały całe wydarzenie? - spytał sprzedawcę.
- Nie, proszę pana. Dzisiaj rano coś nawaliło i dopiero rano ma się zjawić jakiś spec, co się na tym zna.
Malicki pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Szkoda. Jak się nazywasz?
- Maciej Lisek - odpowiedział posłusznie chłopak.
- Dobra, Maciek, zrobimy to po naszemu.
- Co ma pan na myśli? Bo moim zdaniem należy mu się za ten napad cela z kratami.
- Ja też tak sądzę - poparła go Beata. - A ty? - skierowała pytanie do męża.
Janusz wzruszył ramionami.
- A co innego możemy zrobić? Nie może mu to ujść na sucho, sukinsyn musi za to beknąć.
Majchrowski przysłuchiwał się tej wymianie zdań, słusznie rozumując, że zaraz usłyszy, jaka jest jego przyszłość.
Malicki uśmiechnął się tajemniczo.
- Mam lepsze rozwiązanie. Jeżeli oddamy go w ręce policji, zostanie oskarżony, osądzony, osadzony, a jeżeli już siedział, to za recydywę dostanie ekstra dodatek i szybko nie wyjdzie na wolność. Mam rację? - Ostatnie pytanie skierował do Majchrowskiego.
- Zgadza się - potwierdził bandzior.
- Chcesz iść do pudła?
- Nie, tam jest strasznie, a ja mam chorą matkę, którą się opiekuję.
- No to świetnie ci idzie, bo właśnie dorzuciłeś do swojego CV napad z bronią w ręku. Jakbyś kochał swoją matkę, to zabrałbyś się do konkretnej roboty - powiedział i skinął na Janusza. - Posadźmy go przy stoliku.
Pomogli mu wstać i posadzili go na krześle. Janusz stanął za jego plecami, a Marek usiadł naprzeciw Majchrowskiego.
- No, to teraz sobie pogadamy - oznajmił agent.
- A co ja mam robić? - spytała Beata, patrząc na męża.
- Kochanie, idź na spacer z Korą. My tu sobie porozmawiamy i lepiej będzie, żebyś nam nie przeszkadzała - zasugerował żonie Janusz.
- Macie rację - odpowiedziała kobieta, ogarniając wzrokiem sytuację, odwróciła się i ruszyła do wyjścia.
Kiedy zostali sami, Malicki zwrócił się do Maćka.
- Masz prawo jazdy?
- Tak, od miesiąca. A dlaczego to pana interesuje?
- A masz samochód? - pytał dalej Marek.
- Jeszcze nie - odpowiedział chłopak.
- No to zaraz będziesz miał.
- Jak to?
- Wejdź w Google i wyszukaj druk umowy kupna samochodu, a potem wydrukuj w dwóch egzemplarzach.
Chłopak się zawahał. Nic z tego nie rozumiał.
Marek ponagli go ruchem ręki.
- Pośpiesz się, nie mamy do dyspozycji całej nocy.
Kiedy Maciek atakował komputer, Malicki wyjął wszystkie dokumenty z portfela Czesława i położył je na blacie.
- Co zamierzacie zrobić? - spytał, mając złe przeczucie.
Marek wziął do ręki dowód rejestracyjny i przeczytał na głos nazwę marki pojazdu.
- Opel Corsa, pojemność jeden dwa litra. Pragnę cię poinformować, że właśnie zdecydowałeś się na sprzedaż auta.
- Że co? - spytał zdziwiony Majchrowski.
Malicki wymierzył mu w policzek strzał z liścia.
Zaskoczony uderzeniem złodziej aż podskoczył na krześle.
- Skup się, Czesiu, bo nie będę dwa razy powtarzał. Maciek, dawaj ten druk i weź jeszcze kilka dodatkowych kartek.
Sprzedawca wykonał polecenie i usiadł obok agenta, zerkając z boku na Czesława.
- Powiedziałeś, że nie chcesz iść do pudła, zgadza się? - spytał agent Majchrowskiego.
- Tak - odpowiedział.
- Dobrze, będziesz wolny.
- Jak to?! Chce pan go wypuścić? Tak nie można! - Maciek nie mógł uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszał.
Marek poklepał go po plecach.
- Nie martw się, Maciek, jego wolność ma swoja cenę. Pan Czesław Majchrowski w ramach przeprosin za to przykre wydarzenie ma zamiar zakomunikować ci, że pragnie sprzedać ci swój samochód za symboliczną cenę wymienioną w umowie kupna-sprzedaży, prawda?
Dopiero teraz Majchrowski zrozumiał, że jest dla niego ratunek.
- Tak... Kurwa, zgadzam się.
Marek wskazał mu druki.
- Posłuchaj mnie uważnie, Maćku. Wpisz w obu drukach swoje dane jako kupującego oraz dane sprzedającego z dowodu rejestracyjnego. Nie zapomnij o dzisiejszej dacie i godzinie zakupu, a także o nazwie ubezpieczyciela i numerze polisy. Symboliczna kwota tysiąca złotych za transakcję oczywiście nigdy nie zostanie przez ciebie zapłacona.
Po pięciu minutach dokumenty były gotowe. Maciek podpisał się i odwrócił obie kartki w stronę sprzedającego. Czesław z zaciśniętymi zębami zrobił to samo i popatrzył na Malickiego.
- To wszystko? - Odrzucił długopis na blat stolika.
Marek pokręcił przecząco głową.
- Nie sądzisz chyba, że twoja wolność będzie miała taką małą cenę. - Mówiąc to, złożył druk umowy i umieścił go w portfelu Czesława. - Ta umowa jest dla ciebie, natomiast drugi egzemplarz i dowód rejestracyjny są już własnością Macieja. A teraz bierz jeszcze raz długopis do ręki i spisz na nowej kartce swoje dane, a potem napisz oświadczenie, że dziś dokonałeś napadu z bronią w ręku na stację paliwową w Nieporęcie. Data, czytelny podpis i numer telefonu. Jasne?
Kiedy Majchrowski skończył pisać, Marek podsunął mu pod rękę następną kartkę.
- A teraz pisz, tak samo jak poprzednio, że zgadzasz się na przelewy w kwocie pięciuset złotych na konto Macieja Liska. Co miesiąc przez pięć lat. Data i podpis. Maciek zaraz poda ci numer konta.
- Kurwa, pogięło was?! - krzyknął Czesiek i przerwał pisanie.
- Nie sądzisz chyba, że Maciek będzie płacił za paliwo z własnej kieszeni. Poza tym mówiłeś, że bardzo kochasz swoją matkę, prawda?
Maciek podsunął mu pod nos kartkę z numerem konta i uśmiechnął się do Malickiego.
Majchrowski, mamrocząc pod nosem, dokończył pisanie oświadczenia i odłożył długopis.
Marek zrobił zdjęcia dokumentów i schował je do portfela. Obrócił go w rękach i sprawdził jego zawartość. Było tam pięć banknotów dwustuzłotowych.
Uśmiechnął się do Majchrowskiego.
- Widzę, że trafiliśmy na dzianego bandziora.
Położył pieniądze na stoliku i oddał mu portfel. Schował do kieszeni dwa banknoty i skinął na Liska.
- To są nasze koszty, reszta dla ciebie. - Podsunął pieniądze ku niemu. Odwrócił się w stronę pechowego złodzieja i wskazał na Macieja. - Posłuchaj uważnie. Od następnego miesiąca regularnie wysyłasz kasę na konto Macieja. Jeżeli do piętnastego dnia miesiąca nie będzie pieniędzy na koncie, on wykona telefon do mnie i od tego momentu od kolejnego miesiąca stawka wzrasta o kolejne sto złotych. Jeśli przerwa w płatności będzie trwała trzy miesiące, na jeden z komisariatów zostanie przesłana paczka z pistoletem, na którym są twoje odciski palców, oraz podpisane oświadczenie. Skończy się idylla i pójdziesz do pierdla, bo na broni zostaną tylko odciski twoich palców. Czy wyraziłem się jasno?
- Tak - odpowiedział cicho. - Mam jakieś gwarancje?
- Moje słowo. Będę cię obserwował z ukrycia, a gdy zobaczę, że dalej robisz ludziom krzywdę, zrobię z tobą porządek. A teraz dawaj klucze od auta.
- Mam je w drugiej kieszeni - rzucił, wskazując na spodnie.
- Wstań - rozkazał Janusz, wyciągnął mu klucze z kieszeni i położył na stoliku.
Maciek bez skrepowania zgarnął swoją własność i wyszczerzył z zadowoleniem zęby. W życiu nie spodziewał się, że pojedzie do pracy autobusem, a wróci własnym samochodem.
- Odepnij sobie pasek na nogach - powiedział Marek do złodziejaszka i dał znak Januszowi, żeby się cofnął.
Czesiek, mając związane ręce, z trudem uporał się z paskiem i pokazał na sznurek.
- Sam nie dam rady rozwiązać.
- Nie tak szybko - powiedział Malicki i wskazał na drzwi. - Idziemy!
Razem z Januszem wyprowadzili go z budynku i zaprowadzili do miejsca, gdzie zaczynał się pas drzew rosnących wzdłuż drogi. Dopiero tam Janusz uwolnił go od sznurka i cofnął się dwa kroki w bok, zaś Malicki zbliżył się do Majchrowskiego i popatrzył mu w oczy.
- Nie nawal, bo będziesz miał kłopoty, i trzymaj się od tej stacji z daleka. A za to, że groziłeś mi bronią... - Wymierzył mu cios w szczękę i patrzył, jak grubas ląduje w objęciach Janusza.
Ten odsunął go lekko od siebie i odwrócił twarzą w swoim kierunku.
- A to ode mnie i mojej żony, palancie.
Kolejny cios powalił Majchrowskiego na trawę. Kiedy próbował wstać, wypiął do góry dupę, która okazała się świetnym celem. Janusz zasadził mu kopniaka w pośladki, zrzucając bandziora do rowu.
- Spierdalaj stąd i żebyś nie wszedł nam w drogę po raz drugi, śmieciu.
Wrócili na stację do zaparkowanego samochodu. Beata czekała przy drzwiach.
- Wszystko w porządku? - spytała
- Tak, jedziemy dalej - odpowiedział jej mąż, siadając za kierownicą.
Maciek Lisek podszedł od strony pasażera i poczekał, aż Malicki otworzy okno.
- Chciałbym podziękować za pomoc i za prezent.
- Nie ma sprawy - odparł Marek. - Pamiętaj, żeby zgłosić się do wydziału komunikacji, oraz zmień jak najszybciej miejsce zamieszkania i pracy, na wypadek gdyby ten typ zamierzał cię odwiedzić. Masz moją wizytówkę z telefonem i mailem. Gdyby ten bęcwał nie dotrzymał umowy, natychmiast dzwoń do mnie.
- Dobrze, jeszcze raz dziękuję - powiedział chłopak i schował wizytówkę do kieszeni.
Kiedy samochód zniknął za drzewami, Maciek zerknął w miejsce, gdzie upadł Czesiek, ale nigdzie go nie widział. Włożył rękę do kieszeni i zacisnął palce na kluczach od samochodu.
- Ja pierdolę, ale mam farta!
Podskoczył z radości i wrócił do środka, czekając na następnego klienta. Miał nadzieję, że ta noc skończy się bez kolejnych niespodzianek.
O tym samym pomyślał Malicki, kiedy dotarli pod bramę ośrodka wczasowego w Ryni.
- Jesteśmy wreszcie na miejscu - oznajmił zadowolony Marek. - Bardzo wam dziękuję za podwiezienie, mam nadzieję, że następne spotkanie będzie przebiegało bez takich atrakcji.
- My też mamy taką nadzieję. To my ci dziękujemy za wszelką pomoc, bo nie wiem, jak by się to skończyło, gdybyś nie interweniował.
- No właśnie, nie bałeś się go zaatakować? Bo ja jeszcze teraz cała się trzęsę.
Marek westchnął.
- Jestem normalnym obywatelem tego kraju, który przez całe życie nie musiał zmagać się z takimi typami jak ten na stacji benzynowej. Pytasz, Beatko, czy się bałem. No pewnie! Miałem cykora jak jasna cholera. Zdawałem sobie sprawę, że może coś pójść nie tak i będą poważne tarapaty.
- Skąd wiedziałeś, jak go obezwładnić? - pytała dalej Beata.
Marek się uśmiechnął, gdy przypomniał sobie dawne czasy.
- No cóż, kiedy jako młody chłopak trafiłem do jednostki wojskowej, był tam gość uczący technik samoobrony przed takimi bandytami jak Czesiek. Sporo czasu poświęcił na pokazanie nam potencjalnych błędów napastnika, które umożliwią nam jego obezwładnienie. Miałem szczęście, że Czesiek zrobił głupotę, trzymając palec na osłonie, a nie na spuście. W normalnych warunkach, gdyby był zbirem z prawdziwego zdarzenia, to odstrzeliłby mi łeb, zanim zdążyłbym zrobić ruch. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Mam nadzieję, że taka sytuacja w życiu już się nie powtórzy.
Janusz klepnął go po plecach.
- Ja też mam dość. Jak będziesz u nas następnym razem, to pogadamy sobie dłużej i Beata będzie miała okazję pokazać ci nowy lombard.
- Świetnie, już nie mogę się doczekać. Trzymajcie się i pamiętajcie, że zawsze możecie na mnie liczyć.
Uściskali się na pożegnanie i Marek przeszedł przez bramę pilnowaną przez młodego ochroniarza, który zamknął ją za nim na klucz, i przez chwilę obserwował odjeżdżający samochód Janusza.
Ośrodek wczasowy w Ryni jest obiektem, z którego agenci ubezpieczeniowi korzystali w celach szkoleniowych i rekreacyjnych. Kilkadziesiąt pokoi, stołówka oraz sale wykładowe z prawdziwego zdarzenia napędzały chętnych do odwiedzenia tego miejsca. Zalew Zegrzyński i otaczające go lasy stwarzały wrażenie, że cywilizacja jest gdzieś daleko stąd.
W recepcji za kontuarem siedziała dziewczyna, którą poinformował w południe, że będzie bardzo późno w nocy. Mimo to z uśmiechem przyjęła jego obecność i poprosiła o dowód.
- Dobry wieczór, panie Malicki - przeczytała jego nazwisko i sprawdziła, czy jest wpisane na liście osób zgłoszonych na szkolenie.
- Dobry wieczór, przepraszam, że tak późno, ale coś mi wyskoczyło po drodze.
- Nic się nie stało. - Podała mu plastik. - To jest karta do pokoju, życzę panu dobrej nocy.
- Dziękuję. - Odebrał kartę magnetyczną i dowód, po czym udał się na trzecie piętro.
W pokoju spał już jego kolega Paweł, z którym przyjechał z Wrocławia.
Cicho się rozebrał i wszedł do łazienki, aby skorzystać z prysznica. W doskonałym nastroju wskoczył do łóżka i dopiero wtedy usłyszał chrapanie Pawła. Zrozumiał, że życzenie recepcjonistki na pewno nie będzie spełnione.
- Kurwa, jak ja to wytrzymam... - powiedział do siebie, przykrywają głowę narzutą, aby zagłuszyć odgłos chrapiącego kolegi.
Kiedy udało mu się w końcu zasnąć, przyśnił mu się spacer w górach na tle zachodzącego słońca. Zatrzymał się na grani i obserwował, jak gwiazda powoli chowa się za górami. Światło docierało do niego coraz słabiej, a potem nastała noc. Nie martwił się tym. Wiedział, że za kilka godzin ponownie wzejdzie po drugiej stronie horyzontu.
Niestety wkrótce wszystko miało się zmienić. Przez zbieg okoliczności został uczestnikiem wydarzeń, o jakich czytał tylko w gazetach i jakie oglądał w kinie. A wszystko przez starego człowieka, któremu wydawało się, że może naprawić ten świat.