Rozdział 1. Marfil
Rozdział 1
Marfil
DWA TYGODNIE PÓŹNIEJ
Patrzyłam na kolumbijską monetę peso, którą trzymałam w dłoni. Czekałam
na Liama, a po mojej głowie krążyła tylko jedna myśl: dwie strony monety
tworzą całość, ale jedna nigdy nie zobaczy drugiej. Może to głupie, w końcu to tylko moneta, lecz nie mogłam przestać się do niej porównywać.
Czy ja też miałam dwie całkowicie różne twarze, które nigdy nie będą
jedną spójną całością? Czasami niemal zupełnie nie rozumiałam samej
siebie. Gdybym mogła spojrzeć na swoje życie z boku, to jestem pewna, że
w większości przypadków jedyną rzeczą, o której pomyślałabym, byłoby...
Marfil, co ty, do cholery, wyprawiasz?
Moja siostra, Gabriella, twierdzi, że spędzenie całego dzieciństwa oraz
okresu dojrzewania w szkole z internatem, tysiące kilometrów od domu, na
zawsze zostawiło w nas blizny. Ja na szczęście zamknęłam już ten
rozdział mojego życia. Gabriella natomiast wciąż miała przed sobą dwa
długie lata pełne surowych zasad i pochmurnego nieba. Za kilka miesięcy
miała skończyć szesnaście lat, a jej największym zmartwieniem jest to,
że nigdy nie całowała się z chłopakiem. Narzekała, że jeśli ciągle
będzie mieszkać wyłącznie z dziewczynami, to w końcu zacznie się umawiać
z jedną z nich. Już widzę minę naszego ojca. Samo wyobrażenie wywołało
uśmiech na mojej twarzy.
Blizny... Temat, o którym mogłabym mówić godzinami. Najgłębsza z nich
wciąż sprawia, że budzę się w środku nocy z walącym sercem i łzami
spływającymi po policzkach. Jakbym miała cztery lata, a nie dwadzieścia.
Niesamowite, jak jedne wspomnienia na zawsze potrafią wryć się w nasz
umysł, a inne znikają bez śladu. Według studia Pixar - tak, tego od
filmów animowanych, które zrobiło W głowie się nie mieści - nasz mózg
usuwa wspomnienia, które nie są nam już potrzebne, i zachowuje te, które
uważa za ważne. Powinnam więc zadać sobie pytanie: co jest dobrego w tym, że pamiętam, jak moja matka została zamordowana na moich oczach?
Najwyraźniej bez względu na to, co sugeruje Pixar, mózg robi, co chce.
Gdy moje myśli błąkały się tak bez celu, zdałam sobie sprawę, że gapi
się na mnie grupa facetów. Stali po prawej stronie przy barze.
Bez wahania podniosłam głowę i spojrzałam na nich. Nie miałam zamiaru
odwracać wzroku. Chciałam ich speszyć lub przynajmniej sprawić, by
przestali się tak bezwstydnie patrzeć. Jednak dwóch z nich zaczęło się
śmiać, a trzeci, wysoki, o jasnobrązowych włosach, utrzymywał ze mną
kontakt wzrokowy.
Nie lubię być tą, która pierwsza odwraca wzrok. Bez względu na to, z kim
mam do czynienia. Tylko jedna osoba na tej planecie umiała sprawić, że
spuszczałam na zawołanie głowę: mój ojciec. Ale on był daleko stąd i nie
musiałam o nim myśleć. A teraz właśnie trwała najbardziej epicka walka
na spojrzenia w całej historii ludzkości. Cóż, może sytuacja nie była aż
tak dramatyczna, ale miewam skłonności do przesady. Tak czy inaczej,
wyczuwałam duże napięcie. Im dłużej on na mnie patrzył, tym większą
wzbudzał we mnie ciekawość, a im dłużej ja patrzyłam na niego, tym
bardziej mogłam sobie wyobrazić, co mu chodzi po głowie.
Mogłabym się trochę zabawić z tym facetem.
- Cześć, Marfil - rozległ się za mną głęboki głos, ale dopiero dotyk
dłoni na moich plecach sprawił, że podskoczyłam i odruchowo odwróciłam
wzrok.
Cholera! Właśnie przegrałam.
Moja frustracja wyparowała, gdy odwróciłam się i zobaczyłam mojego
najlepszego przyjaciela. Liam Michaelson miał prawie metr
dziewięćdziesiąt wzrostu, włosy czarne jak noc i jasnoniebieskie oczy.
Słynął z uśmiechu, który potrafi łamać serca, i najgorsze było to, że
Liam doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Jego rzęsy, długie i ciemne,
budziły zazdrość u każdej kobiety, a godziny spędzone na siłowni
tworzyły niemal ideał mężczyzny.
Kobiety traciły dla niego głowę. Był prawdziwym łamaczem serc. Nie - nie
był gejem, i tak - naprawdę był moim najlepszym przyjacielem.
Przydarzyły mi się już dziwniejsze rzeczy.
- Czy kazałem ci długo czekać? - zapytał, spoglądając ponad moją głową
na chłopaków siedzących na końcu baru.
- Wystarczająco długo, żebyś musiał postawić mi drinka.
Zgodnie z prawem nie mogłam pić alkoholu, a tym bardziej go kupować, ale
fałszywe dowody tożsamości były tak łatwo dostępne, że ten zakaz wydawał
się absurdalny.
Liam uśmiechnął się słodko i zawołał kelnerkę. Zamówił to, co zwykle
pijemy, i kilka minut później drinki stały już przed nami.
- A czemu zawdzięczam to półgodzinne spóźnienie? - zapytałam, kręcąc
oliwkami w moim martini.
Liam podniósł piwo do ust i przewrócił oczami.
- Nie chcesz wiedzieć.
- Virginia? Och, nie, czekaj... Rose?
- Tessi - odparł.
Nie mogłam powstrzymać śmiechu.
- Tessi? Nazywasz ją tak z jakiegoś konkretnego powodu?
- Ona chce, żebym ją tak nazywał. Cholera, jest nie do zniesienia.
Liam był facetem, który, no cóż... po prostu był facetem. Kropka. Faceci z reguły chcą się dobrze bawić. Ogólnie mówiąc, my, kobiety, też tego
chcemy, ale oprócz tego pragniemy jeszcze o wiele więcej. Chociaż ja
akurat nie zaliczam się do tej grupy. Ale rozumiałam, dlaczego Virginia,
Rose i... Tessi chciały czegoś więcej od mojego najlepszego przyjaciela.
Byłby świetną partią, gdyby tylko przestał podrywać wszystko, co się
rusza. Oczywiście.
Liam i ja poznaliśmy się, gdy byłam na pierwszym roku studiów. Właśnie
przeprowadziłam się do Nowego Jorku. Poprzednie osiem lat spędziłam w szkole z internatem, z dala od rodziny, w otoczeniu samych dziewcząt i zakonnic. Tylko kilka miesięcy w roku byłam w domu, w Luizjanie. Liam i ja studiowaliśmy ekonomię na Uniwersytecie Columbia. Jest o trzy lata
starszy ode mnie, co oznacza, że rozpoczynał wtedy ostatni rok studiów.
Sporo wysiłku kosztowało mnie przekonanie ojca, żeby pozwolił mi
przeprowadzić się do Nowego Jorku i rozpocząć samodzielne życie. W końcu
dwa lata temu dopięłam swego. Powiedzmy, że na początku trochę
przesadzałam z szaleństwami, bo po raz pierwszy znalazłam się w sytuacji, w której miałam nagle dużo swobody. Restrykcyjne wychowanie w okresie nastoletnim było bardzo niezdrowe i dlatego potem trochę mnie
poniosło. Teraz lubiłam myśleć, że okres dekadencji mam już za sobą.
To z Liamem całowałam się po raz pierwszy. Właśnie skończyłam
osiemnaście lat i odkrywałam, do czego jestem zdolna, jeśli chodzi o uwodzenie mężczyzn. Ojciec zawsze trzymał mnie pod kloszem, jakbym była
nietykalna. Ale Liam dotykał mnie... wszędzie.
Nie spaliśmy ze sobą, za to robiliśmy wiele innych rzeczy. W końcu
zrozumieliśmy, że lepiej będzie, jeśli zostaniemy przyjaciółmi. Pomimo
że byliśmy wręcz dla siebie stworzeni.
Po Liamie byłam w krótkim, poważniejszym związku z chłopakiem o imieniu
Regan. Ale potem dowiedziałam się, że on i jego kumple założyli się o dziesięć tysięcy dolarów o to, który z nich pierwszy się ze mną prześpi.
Tak właśnie, o dziesięć tysięcy dolarów. Jakie to żałosne. Co więcej,
fakt, że mój ojciec miał rację, mówiąc mi, żebym nigdy nie ufała
mężczyznom, dolał tylko oliwy do ognia. Zdarzenie to całkowicie mnie
odmieniło. Stałam się nie do poznania. Postanowiłam, że w relacjach z mężczyznami będę zaspokajać tylko swoje potrzeby i nie dam im nic w zamian, zero sentymentów i kropka.
- Ten facet z końca baru idzie w naszą stronę - powiedział Liam pół
godziny i trzy martini później. - Mam udawać twojego chłopaka?
- To mogłoby być zabawne, ale nie - odparłam, ciekawa, co ten facet ma
mi do powiedzenia.
Wyczułam za sobą czyjąś obecność, ale zachowałam spokój. Liam natomiast
odwrócił się i spojrzał na niego.
- W czym mogę pomóc, stary?
- Właściwie to chciałem zamienić parę słów z twoją koleżanką.
Odwróciłam się z uśmiechem. Był bardzo przystojny, o wiele
przystojniejszy niż mi się wcześniej wydawało. Wysoki, miał ciemne blond
włosy i emanował tą samą pewnością siebie, jaką cechowali się niemal
wszyscy mężczyźni, których znałam. Pewnością siebie wynikającą
najzwyczajniej z tego, że urodzili się w uprzywilejowanym świecie.
Mrugnął kilka razy.
- Kurwa... z bliska jesteś jeszcze bardziej seksowna.
Nie musiałam patrzeć na Liama, żeby widzieć, jak przewraca oczami.
- Tak? - zapytałam spokojnie. Komplementy nic dla mnie nie znaczyły.
Facet zaczął się jąkać, po czym z kieszeni koszuli wyjął wizytówkę i podał mi ją.
- Bardzo chętnie zaprosiłbym cię kiedyś na kolację - powiedział, a jego
głos brzmiał teraz nieco pewniej.
Spojrzałam na kartonik. Miał na imię Harry i był architektem.
Prawdopodobnie nie miał pojęcia, że mam zaledwie dwadzieścia lat. O to
mi właśnie chodziło w chodzeniu do barów na Wall Street.
- Zastanowię się nad tym - odpowiedziałam.
Harry uśmiechnął się, a ja dostrzegłam dołeczek w jego lewym policzku.
Odwzajemniłam uśmiech, a on pomachał mi na pożegnanie. Nawet nie
zapytał, jak mam na imię. Włożyłam wizytówkę do torebki i odwróciłam się
do przyjaciela, który patrzył na mnie z mieszaniną rozbawienia i irytacji.
- Czasami przeraża mnie, jak bardzo jesteś do mnie podobna.
Potrząsnęłam głową.
- Nie jesteśmy do siebie wcale podobni i dobrze o tym wiesz.
Liam westchnął.
- Facet, który w końcu się z tobą prześpi, będzie prawdziwym
szczęściarzem.
Spojrzałam na niego gniewnie.
- Cicho, nie zdradzaj mojej wielkiej, mrocznej tajemnicy.
- Nie ma się czego wstydzić. Przeszkadza ci, że faceci kłamią na temat
tego, że uprawiali z tobą seks?
Tak, to mnie denerwowało.
- Jeśli muszą kłamać, żeby poczuć się bardziej męscy, niech kłamią.
Jeśli ktoś chce znać prawdę, może mnie zapytać wprost.
- Jesteś jak modliszka. Wiesz o tym, prawda?
- Nikogo nie pożeram, po prostu biorę to, czego chcę, a resztę odrzucam.
Liam roześmiał się.
- Jesteś taka naiwna. Pewnego dnia jakiś facet sprawi, że stracisz rozum
i będziesz musiała pożegnać te wszystkie swoje feministyczne poglądy.
- To nie ma nic wspólnego z feminizmem. Mężczyźni wykorzystują kobiety
od zarania dziejów, biorą to, czego chcą, i idą dalej. Co w tym złego,
że robię to samo? Nie pozwolę na to, by ktoś inny czerpał przyjemność z mojego ciała. Ja chcę zaspokajać swoje potrzeby.
Liam spojrzał na mnie, jakbym spadła z księżyca.
- Każdy mężczyzna na świecie czerpie przyjemność już z samego patrzenia
na ciebie, Marfil. Dotknięcie twojego ciała byłoby dla niego jak wygrana
na loterii, uwierz mi.
To nie tak, że nikt nigdy nie doprowadził mnie do ekstazy. Ale Liam nie
musiał tego wiedzieć. Nikt nie musiał.
Zamilkłam na kilka minut, po czym w końcu powiedziałam:
- Jesteś jedyną osobą, z którą byłabym skłonna pójść dalej. Bo jesteśmy
przyjaciółmi.
Liam zakrztusił się piwem.
- I właśnie to mi mówi, że jesteś pijana. No dalej, chodźmy, odwiozę cię
do domu.
Nie kłamałam, mówiąc, że Liam jest jedynym mężczyzną, któremu mogłabym
się całkowicie oddać. Spośród wszystkich facetów na świecie tylko jemu
ufałam. Myślałam o tym wiele razy, bo choć miałam spore doświadczenie w niemal wszystkim, co poprzedzało seks, to bałam się pójść na całość. Od
najmłodszych lat ojciec wpajał mi przekonanie, że cnota jest
najważniejszą rzeczą, jaką posiada kobieta. A zakonnice w szkole z internatem nie szczędziły szczegółów na temat wszystkich okropnych
rzeczy, które mogą nas spotkać, jeśli ulegniemy grzechowi pożądania. Z jakiegoś powodu była to jedyna rzecz z tego okresu, którą wzięłam sobie
do serca. Wszyscy wokół mnie wydawali się obsesyjnie skupieni na
dziewictwie i jego utracie, i chociaż desperacko pragnęłam się zbuntować
i w pewnym sensie nawet to robiłam, wciąż nie byłam w stanie zrobić tego
decydującego kroku.
Liam odwiózł mnie do domu swoim szarym Audi. Niedawno je kupił, więc
siedzenia wciąż pachniały nowością. W przeciwieństwie do większości
studentów nie mieszkałam na terenie kampusu. Ojciec pozwolił mi
przeprowadzić się do Nowego Jorku pod warunkiem, że to on zdecyduje,
gdzie będę mieszkać. Moje mieszkanie znajdowało się w Upper East Side,
jednej z najdroższych dzielnic miasta. Dzieliła je od kampusu zaledwie
krótka przejażdżka metrem. Pewnie zabrzmię jak rozpieszczona panienka,
ale naprawdę zupełnie nie dbałam o to, że mieszkałam w jednym z najbardziej ekskluzywnych budynków na Manhattanie. Przez całe życie
otaczał mnie luksus i wiele osób uważało mnie za wariatkę, bo w ogóle
poszłam na studia. Przecież było jasne, że odziedziczę fortunę. Ale ja
od zawsze wiedziałam, że muszę iść własną ścieżką.
Byłam świetna z matematyki, więc ekonomia wydała się logicznym wyborem.
Jednak przez niemal cały okres nastoletni błagałam ojca, żeby pozwolił
mi dołączyć do zespołu New York City Ballet. Był nieubłagany i nigdy nie
wyraził na to zgody, a kiedy próbowałam mu się przeciwstawić, zawsze
szybko tego żałowałam. Zostałam więc zmuszona do porzucenia swoich
marzeń o karierze tancerki. Jeśli więc posiadanie tego wielkiego
mieszkania miało jakąś zaletę, to była nią możliwość tańczenia w domu,
gdy tylko miałam na to ochotę.
Pocałowałam Liama w policzek i obiecaliśmy sobie, że spotkamy się
jeszcze przed weekendem. Pomachałam do portiera, Normana, gdy
przechodziłam przez hol budynku do windy. Samotne mieszkanie w Nowym
Jorku może wydawać się odważnym posunięciem dla młodej kobiety, ale ta
okolica była bardzo bezpieczna. Mieszkali tu głównie bankierzy, którzy
zarobili niebotyczne sumy na Wall Street. Mój ojciec był jednym z nich.
Mieszkanie było urządzone w stylu minimalistycznym. Nie było w nim
prawie żadnych bibelotów, z wyjątkiem kilku jasnoróżowych, ozdobnych
poduszek. Moje motto brzmiało: "Im mniej posiadasz, tym mniej masz do
sprzątania", i ściśle się go trzymałam. Miałam szczęście, że
dysponowałam tak dużą przestrzenią, przynajmniej jak na nowojorskie
standardy: dwie sypialnie (nie licząc pokoju dla personelu), dwie
łazienki oraz otwartą przestrzeń łączącą salon, jadalnię i kuchnię.
Ponieważ mieszkałam sama, w drugiej sypialni urządziłam studio taneczne
i tam zwykle spędzałam większość czasu. Zainstalowałam nawet drążek
baletowy i duże lustra, w których widziałam swoje odbicie, gdy
relaksowałam się w rytm muzyki.
Na jednej ze ścian salonu moja najlepsza przyjaciółka, Tamara, zaczęła
malować mural. Mogłam patrzeć na niego bez końca. Była to mieszanka
cytatów z naszych ulubionych książek, naszych zdjęć, tekstów piosenek,
kwiatów, a przede wszystkim różnej wielkości oczu wyrażających mnóstwo
emocji... Tami fascynowała się ludzkimi spojrzeniami, a ja byłam zdumiona,
jak niemal idealnie potrafi przenieść je na każdą płaską powierzchnię, o ile tylko miała pod ręką coś do malowania. Kiedyś narysowała dla mnie
Minionka na serwetce ze Starbucksa, używając jedynie patyczka do
mieszania kawy i pianki z mojego frappuccino.
Położyłam torebkę na wyspie kuchennej i od razu podeszłam do lodówki,
choć nie do końca wiem, po co. Jeśli chodzi o gotowanie, byłam
kompletnym beztalenciem. Kiedyś próbowałam przygotować zapiekankę z mięsem według przepisu mojej byłej macochy, ale zapomniałam, że włożyłam
ją do piekarnika, i omal nie spaliłam całego mieszkania. Bezpieczniej
było zamawiać jedzenie na wynos.
Zbliżał się egzamin z mikroekonomii, postanowiłam więc trochę się
pouczyć. Włączyłam muzykę klasyczną i zanim się zorientowałam,
odpłynęłam na kilka godzin. Kiedy otworzyłam oczy, zdałam sobie sprawę,
że zasnęłam w bardzo niewygodnej pozycji. Usiadłam, marząc, żeby ktoś
zaniósł mnie do łóżka jak małą dziewczynkę.
Nie miałam tyle szczęścia.
Położyłam podręcznik na stoliku do kawy i zawlokłam się do sypialni.
Zwinęłam się w kłębek pod białą puchową kołdrą i ogarnęło mnie poczucie
samotności. Nie chodziło o to, że było mi smutno, po prostu zawsze wokół
mnie było dużo ludzi. W domu rodzinnym Lupita, nasza gosposia, była dla
mnie jak matka. Był też kierowca Peter, ogrodnik Frank, a nawet Logan,
ochroniarz mojego ojca, jeśli ten był akurat w domu. W szkole z internatem dzieliłam pokój z czterema innymi dziewczynami, w tym z Tami,
więc prawie nigdy nie byłyśmy same. Samotność w tym wielkim mieszkaniu
czasami wywoływała we mnie irracjonalne lęki, najmniejszy dźwięk
potrafił sprawić, że w mojej głowie rozgrywał się horror. Nienawidziłam
takich dni.
Zamknęłam oczy, schowałam się pod kołdrą i zaczęłam liczyć w myślach:
jeden, dwa, trzy... osiemnaście... czterdzieści cztery, czterdzieści pięć...
dwieście sześć. Gdzieś w okolicach liczby pięćset czterdzieści trzy w końcu zasnęłam.
Zanim się zorientowałam, nadszedł piątek. Zostałam zaproszona do klubu
na walentynkową imprezę dla singli, ale nie skorzystałam z tej
propozycji. Nie dlatego, że nie lubię wychodzić - wręcz przeciwnie,
uwielbiam to - ale zdecydowałam, że wolę zostać w domu i potańczyć sobie
albo obejrzeć film. W samotności.
Po ponad dwóch i pół godzinie spędzonych przy drążku baletowym na
ćwiczeniu plié założyłam na trykot obszerną białą koszulę i odnalazłam
wizytówkę Harry'ego.
Mogłabym zadzwonić i zapytać, czy nie miałby ochoty pójść na kolację. To
oszczędziłoby mi konieczności zamawiania kolejnej pizzy w lokalu za
rogiem. Ale wtedy przypomniałam sobie, że przecież nawet nie zapytał
mnie o imię. Co miałam zrobić, napisać SMS o treści: "Hej, to ja, ta
przypadkowa dziewczyna z baru. Chcesz pójść na kolację w walentynki?".
Nie ma, kurwa, mowy.
Na dworze było jeszcze jasno, więc włożyłam legginsy, narzuciłam sweter,
założyłam rękawiczki i moje ulubione trampki i wyszłam pobiegać. Zwykle
biegałam codziennie przez ponad godzinę, ale nigdy rano, bo nie znosiłam
wstawać wcześniej, niż to było absolutnie konieczne. Poza tym
uwielbiałam oglądać zachód słońca nad jeziorem w Central Parku.
Pomachałam Normanowi z uśmiechem i wyszłam na ulicę. Był wczesny
wieczór. Central Park zawsze tętnił życiem - rodziny z dziećmi na placu
zabaw, ludzie wyprowadzający psy, karmiący kaczki lub spędzający czas w cieniu drzew w cieplejsze dni. Kiedy słońce zaczęło opadać nisko nad
horyzontem, park opustoszał i zostali jedynie biegacze. Rozpoznałam
kilku innych stałych bywalców. Mijając się, skinęliśmy do siebie
głowami. Raz popełniłam błąd i umówiłam się z jednym z nich. Przysięgłam
sobie, że nigdy więcej tego nie zrobię. Potem wkurzałam się, bo musiałam
zmieniać trasę biegu, żeby nie wpaść przypadkiem na ten dawny "romans".
Po intensywnym, dłuższym niż zwykle treningu zwolniłam do tempa
spacerowego, żeby zacząć się ochładzać. Dzień ustąpił miejsca
przepięknej, bezchmurnej nocy, a światła drapaczy chmur migotały w wodzie. Kochałam to miasto. Wiele osób narzekało, że jest tu zbyt
tłoczno, że ludzie są w ciągłym ruchu i tak dalej i tak dalej. Całe
życie spędziłam na wsi i przebywanie tu, w tym wielkim mieście,
sprawiało, że czułam się częścią czegoś bardzo ekscytującego.
Pochyliłam się nad strumieniem chłodnej wody z fontanny, odsuwając długi
kucyk, żeby nie zmoczyć włosów, kiedy nagle...
Nie zdążyłam nawet krzyknąć.
Czyjaś ręka chwyciła mnie w talii i pociągnęła do tyłu, a druga ręka
zakryła mi usta wilgotną szmatką, która obrzydliwie śmierdziała.
Próbowałam się opierać najbardziej jak mogłam, panika ogarnęła moje
ciało i umysł. Walczyłam z całych sił, żeby się uwolnić, ale osoba
trzymająca szmatkę na mojej twarzy działała sprawnie i szybko. Powieki
zaczęły mi ciążyć, traciłam czucie w kończynach. Poczułam, że lecę do
tyłu i opadam na kogoś wysokiego i umięśnionego.
"Wsadźcie ją do furgonetki". To były ostatnie słowa, jakie usłyszałam,
zanim całkowicie straciłam przytomność.
Rozdział 2. Marfil
Rozdział 2
Marfil
Otworzyłam oczy. Leżałam w szpitalnej sali. Wokół nie było żywej duszy,
towarzyszył mi jedynie dźwięk urządzeń. Spojrzałam na swoje ciało i zobaczyłam, że mam na sobie zieloną szpitalną koszulę. Z lewej ręki
wystawała mi rurka do kroplówki, a na prawej miałam bandaż. Serce
zaczęło mi bić jak szalone, ale ponieważ nie byłam podłączona do
monitora, najwyraźniej słyszałam to dudnienie w swojej głowie.
Co się stało?
Drzwi się otworzyły i do mojego łóżka podeszła pielęgniarka.
- Panno Cortés? Jak się pani czuje?
Mrugnęłam kilka razy, oszołomiona.
- Gdzie ja jestem? Co się stało?
Próbowałam usiąść. Nie wiem, dokąd zamierzałam uciec, ale instynkt
podpowiadał mi, żebym wstała i uciekała, żeby się schronić... Tylko przed
kim?
- Wszystko w porządku, nic pani nie jest - zapewniła mnie.
Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu, a w głowie kłębiły mi się
ostatnie obrazy, jakie udało mi się przywołać z pamięci. Bieganie w parku, postój na łyk wody, ktoś zakrywający mi usta, ciemność, a potem...
Zanim zdążyłam zapytać, co się stało, drzwi znów się otworzyły i ku
mojej wielkiej uldze do pokoju wszedł mój ojciec.
- Marfil... - powiedział, podszedł do mnie i mnie objął. Przytuliłam twarz
do jego piersi i wdychałam perfumy Eau Sauvage Diora zmieszane z zapachem tytoniu, który prawdopodobnie palił bez przerwy. - Dzięki Bogu,
że się obudziłaś - powiedział, gładząc moje włosy.
Nie byłam jakoś blisko związana z ojcem, i to nie tylko dlatego, że
większość życia spędziłam za granicą. Natomiast nigdy nie czułam się
szczęśliwsza niż teraz, gdy trzymał mnie w ramionach.
Kiedy się uspokoiłam, wyjaśnił mi, co się stało.
- Zostałaś porwana, Marfil - powiedział ponuro mój ojciec, zaciskając
usta w cienką linię.
Znaleziono mnie nieprzytomną przed szpitalem w Nowym Orleanie, półtorej
godziny drogi od mojego rodzinnego domu w Baton Rouge. Na szczęście
miałam przy sobie portfel, dzięki czemu lekarze mogli mnie
zidentyfikować i skontaktować się z moim ojcem.
- Nie zostawili nic, żadnego listu, nie zażądali też okupu. Zdałem sobie
sprawę, że coś jest nie tak, kiedy dzwoniłem do ciebie w niedzielę i pięć razy włączała się poczta głosowa.
Niedziela! Boże! To znaczy, że musiałam być nieprzytomna przez co
najmniej trzy dni.
- Kiedy usłyszałem, że nie ma cię w mieszkaniu i że nikt nie widział,
jak wróciłaś z biegania w piątek wieczorem, wiedziałem już, że stało się
coś strasznego.
Potrząsnęłam głową, nie mogąc tego ogarnąć umysłem.
- Policja chciałaby z tobą porozmawiać. Na zewnątrz są dwaj
funkcjonariusze. Czekali, aż się obudzisz.
Ojciec wyszedł z pokoju i wrócił z dwoma policjantami. Usiadłam, byłam
zdenerwowana, gdy zaczęli zadawać mi pytania. Ojciec przez cały czas nie
spuszczał ze mnie wzroku. Nigdy w życiu nie widziałam go tak
zmartwionego.
- Nic nie pamiętam - powiedziałam, czując, jak zasycha mi w ustach, a dłonie zaczynają się pocić. - Pamiętam tylko moment, w którym na mnie
napadli...
- Ani razu nie odzyskała pani przytomności? - zapytał jeden z funkcjonariuszy.
Potrząsnęłam głową, gorączkowo myśląc, ale nic nie przychodziło mi do
głowy.
- Wszelkie informacje, które mogłaby nam pani przekazać, byłyby dla nas
niezwykle pomocne, panno Cortés.
Nerwowo spojrzałam na ojca, a potem na pielęgniarkę.
- Przepraszam... - powiedziałam drżącym głosem.
Ojciec zrobił krok w moją stronę, patrząc mi prosto w oczy.
- Czy istnieje jakakolwiek możliwość, że oni... Czy oni ci coś zrobili?
Zaczęły mi drżeć usta, więc przygryzłam wargi, próbując opanować
przerażenie, które mnie ogarniało. Nie chciałam nawet myśleć o takiej
możliwości. Przerażała mnie świadomość, że straciłam całkowicie
orientację w tym, co się wokół mnie działo, że mogłam znaleźć się w rękach morderców lub gwałcicieli... Przecież mogło się wydarzyć dosłownie
wszystko.
- Odpowiedz.
Podniosłam wzrok i spojrzałam na ojca, przerażona.
- Nic nie pamiętam... - powtórzyłam, sparaliżowana faktem, że nie mam
pojęcia, co się ze mną działo.
- Chcę, żebyście ją natychmiast poddali pełnemu badaniu. Cokolwiek
zrobiliście wcześniej, to nie ma znaczenia, chcę, żebyście powtórzyli
dokładnie wszystkie badania.
Policjanci spojrzeli na mojego ojca, a potem na mnie. Wydawali się
skrępowani, jakby sama myśl, że ktoś mógł mnie wykorzystać seksualnie,
przerażała ich tak samo jak mnie.
- Zostawię pani swoją wizytówkę. Jeśli cokolwiek sobie pani przypomni,
nawet jeśli wydaje się to nieistotne, proszę się nie wahać i zadzwonić
lub powiadomić nas na posterunku - poprosił jeden z funkcjonariuszy.
Skinęłam głową bez słowa, obawiając się, że głos mi się załamie, jeśli
spróbuję coś powiedzieć.
Gdy funkcjonariusze wyszli, pielęgniarka zapytała mnie, czy jestem w stanie chodzić, najwyraźniej potraktowała polecenie mojego ojca
poważnie. Wstałam, nie odczuwając żadnego bólu. Poczułam pewną ulgę.
Gdybym padła ofiarą napaści seksualnej, z pewnością coś bym poczuła,
choćby minimalny dyskomfort, ale nic takiego nie miało miejsca. Poszłam
z pielęgniarką do gabinetu. Poprosiła mnie, abym położyła się na fotelu
ginekologicznym i włożyła stopy w strzemiona. Starałam się nie rozpłakać
i pragnęłam jedynie, żeby ten koszmar się skończył.
- Musimy sprawdzić, czy nie ma śladów... jakichkolwiek płynów ustrojowych.
Nie stwierdziliśmy żadnych zewnętrznych oznak wskazujących na napaść
seksualną, ale zanim przejdziemy dalej, musimy upewnić się, że nie masz
nic przeciwko temu. Nawet jeśli twój ojciec nalega, jesteś pełnoletnia,
więc to ty musisz wyrazić zgodę... - wyjaśniła uprzejmie lekarka,
zaczynając badanie.
Rozumiałam, że ojciec chciał wszystko dokładnie sprawdzić. Dla mnie
również było ważne, aby wykluczyć rzeczy, które mogły mi się przydarzyć.
- Badanie nie wykazało żadnych widocznych obrażeń fizycznych ani obcego
DNA - zapewniła mnie. - Otrzymaliśmy wyniki twoich badań krwi i testu na
obecność wirusa HIV.
- AIDS? - Otworzyłam szeroko oczy ze strachu, ale lekarka uśmiechnęła
się uspokajająco.
- Nie AIDS, tylko HIV. Nie martw się, musieliśmy to po prostu sprawdzić.
To standardowa procedura. Wiem, że masz za sobą przerażające, okropne
doświadczenie, ale na szczęście nic ci się nie stało. Mimo wszystko
spróbuj się teraz zrelaksować.
Skinęłam głową, a po chwili pielęgniarka przyniosła moje ubrania, żebym
mogła przebrać się ze szpitalnej koszuli. Chciałam tylko wrócić do domu
i zapomnieć, że coś takiego w ogóle się zdarzyło.
Wypisano mnie ze szpitala. Peter Vertes, kierowca mojego ojca, czekał
przed wejściem, aby zawieźć nas do domu. Ojciec siedział z przodu na
fotelu pasażera, przez całą drogę rozmawiając przez telefon, podczas gdy
ja próbowałam ogarnąć fakt, że zaledwie trzy dni temu moim największym
zmartwieniem był egzamin z mikroekonomii.
Nie mogłam powstrzymać się od nerwowego rozglądania się, gdy wysiadłam z samochodu i wchodziłam po schodach do ogromnej, białej rezydencji, w której dorastałam. Lupita, która praktycznie wychowała mnie od
niemowlęcia, wyszła mi na powitanie ze łzami w oczach. Uściskała mnie
mocno, a ja odwzajemniłam jej uścisk, powstrzymując płacz.
- Marfil! - powiedziała, ocierając twarz fartuchem. - Nie masz pojęcia,
jak bardzo wszyscy się o ciebie martwiliśmy.
- Nic mi nie jest, Lupito, na szczęście jestem już w domu -
powiedziałam, próbując ją uspokoić, a jednocześnie byłam taka
szczęśliwa, że znalazłam się w bezpiecznym miejscu.
- Przygotuję ci coś ciepłego na kolację, dobrze? Weź prysznic, kochanie.
Ojciec zniknął w korytarzu z telefonem przyklejonym do ucha i miną
sugerującą, że nie należy mu przeszkadzać. Byłam wdzięczna, że z całych
sił starał się dowiedzieć, dlaczego, do diabła, ktoś mnie porwał, a przy
tym nie zadawał mi żadnych pytań.
Gdy stałam pod prysznicem, nie mogłam pozbyć się wrażenia, że to jeszcze
nie koniec. Coś mi podpowiadało, że porwanie było jedynie ostrzeżeniem
dla mojego ojca. Ale przed czym? Nie było tajemnicą, że ojciec ma
mnóstwo pieniędzy. I dlatego nie miał sensu fakt, że nikt nie zażądał
okupu. Z jakiego innego powodu ktoś miałby porwać córkę Alejandro
Cortésa?
Po prysznicu Lupita przyniosła mi filiżankę parującej zupy i talerz
pieczonej wołowiny z ziemniakami. Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo
jestem głodna, dopóki zapach nie ogarnął wszystkich moich zmysłów.
Zjadłam kolację w łóżku, z telewizorem grającym w tle, a przez głowę
przemykały mi miliony myśli. Liam wysłał mi tysiąc wiadomości, więc
zadzwoniłam do niego, żeby przestał się martwić.
- Kiedy zadzwonił do mnie twój ojciec, omal, kurwa, nie dostałem zawału!
- wykrzyknął. - Przesłuchiwał mnie, jakbym miał coś wspólnego z twoim
zniknięciem. Boże, Marfil, tak się martwiłem!
- Nie przejmuj się nim. Poza Tami jesteś jednym z niewielu przyjaciół, o których mu wspomniałam, a on nie wiedział, z kim ma jeszcze się
skontaktować.
Liam chciał wszystko wiedzieć i prosił mnie, żebym dokładnie opisała, co
się wydarzyło, co pamiętam, a czego nie, ale to była ostatnia rzecz, na
jaką miałam ochotę. Musiałam odpocząć. Czułam, że powieki mi ciążą i mimo że byłam bezpieczna w domu, strach w żadnym stopniu się nie
zmniejszył.
- Porozmawiamy, kiedy wrócisz do Nowego Jorku - powiedział Liam.
Dlaczego, do diabła, ktoś przewiózł mnie z Nowego Jorku do Nowego
Orleanu, i co więcej, jak to zrobił?
Te myśli krążyły nieustannie w mojej głowie, podczas gdy oczy same mi
się zamykały i zapadłam w głęboki, niespokojny sen.
Obudziłam się w burzowy dzień. Jakby pogoda chciała odzwierciedlić mój
nastrój. Spojrzałam przez okno na rozległy zielony trawnik otaczający
rezydencję. Zawsze lubiłam tu być. Świadomość, że to moja matka zmieniła
tę wielką i imponującą posiadłość w przytulny dom, sprawiała, że czułam
przyjemne ciepło w sercu. Drewniane podłogi w całym domu, meble,
wyposażenie. Jednak spośród wszystkich pomieszczeń moim ulubionym
miejscem była ogromna kuchnia, gdzie jako małe dziewczynki spędzałyśmy z siostrą większość czasu, piekąc z Lupe ciasteczka i podkradając kostki
cukru, by potem dać je koniom. Kuchnię również zaprojektowała moja
matka, która wierzyła, że jest ona sercem domu. Teraz, gdy nie
chodziłyśmy już razem z Gabi do szkoły, naszym ulubionym miejscem
spotkań podczas wakacji stał się salon z dużym kominkiem, gdzie
siadywałyśmy przy ogniu, piekąc pianki marshmallow i nadrabiając
zaległości w opowieściach z naszego życia.
Szybko założyłam legginsy i bluzę i zeszłam na śniadanie, szukając w telefonie najbliższego lotu do Nowego Jorku. Opuściłam już kilka zajęć i będę musiała porozmawiać z wykładowcą mikroekonomii, modląc się, żeby mi
pozwolił ponownie przystąpić do egzaminu, na który nie dotarłam.
Powinnam była bardziej martwić się tym, co się stało, ale wciąż nie
byłam w stanie sobie niczego przypomnieć. Bałam się, ale skoro nie
potrafiłam przywołać z pamięci żadnego obrazu, mój strach wydawał się
irracjonalny.
Weszłam do kuchni i zastałam Lupitę obierającą ziemniaki. Zapach kawy
wypełniał pomieszczenie, co oznaczało, że ojciec musiał wciąż być w domu. Nigdy nie spotkałam nikogo tak uzależnionego od kofeiny jak on. Ja
natomiast nie odziedziczyłam jego zamiłowania do tego gorzkiego napoju.
Na śniadanie wolałam szklankę ciepłego mleka z miodem.
Lupita uśmiechnęła się, gdy mnie zobaczyła, i zanim zdążyłam policzyć do
dziesięciu, postawiła przede mną śniadanie.
- Twój tata chce, żebyś przyszła do jego gabinetu, gdy tylko skończysz
jeść, kochanie.
Skinęłam głową. Wkładałam do ust jedną łyżkę płatków za drugą. Szybko
skończyłam śniadanie i podziękowałam Lupicie. Przeszłam przez salon.
Były w nim ciemnobrązowe skórzane sofy, gruby perski dywan,
sześćdziesięciocalowy telewizor oraz długi stół, przy którym jadaliśmy
podczas wyjątkowych okazji: Bożego Narodzenia, Święta Dziękczynienia,
moich urodzin lub urodzin Gabrielli, jeśli nie była wtedy u swojej
matki.
Przeszłam długim korytarzem prowadzącym do gabinetu ojca. Nienawidziłam
tego miejsca, ponieważ na ścianach wisiały wypchane głowy martwych
zwierząt. Ojciec był myśliwym polującym na grubą zwierzynę. Wydawał
fortunę na podróże do najodleglejszych zakątków świata w poszukiwaniu
wyjątkowych trofeów, które potem wieszał na ścianie. Wciąż pamiętam, jak
kiedyś nalegał, bym z nim pojechała. Nie tylko zmusił mnie do zabicia
jelenia, ale potem "ochrzcił" mnie, oblewając jego krwią od stóp do
głów. On i jego przyjaciele dobrze się bawili, gdy ja stałam tam,
szlochając. Do dziś dręczą mnie z tego powodu koszmary. Zarówno moja
siostra, jak i ja od zawsze byłyśmy zagorzałymi obrończyniami zwierząt i oburzał nas fakt, że ojciec spędza wolny czas na zabijaniu ich dla
własnej przyjemności.
Zanim weszłam, zapukałam do drzwi. Ojciec siedział przy swoim ogromnym
biurku, a przed nim stał Logan Price. Odkąd pamiętam, Logan kierował
zespołem ochrony mojego ojca. Gdziekolwiek ojciec się udawał, Logan mu
towarzyszył. Było to dla mnie tak normalne, że nigdy nie zastanawiałam
się, w zasadzie przed czym go chroni. Ojciec, z urodzenia Kolumbijczyk,
wyemigrował z Kolumbii do Stanów Zjednoczonych w wieku zaledwie
dwudziestu lat. Był geniuszem, który zbudował wielomilionową fortunę od
zera. Kupił ziemię w Kolumbii, gdy ceny były tak niskie, że praktycznie
rozdawano ją za darmo, i założył winnice, które obecnie zaopatrują całe
południe w wyśmienite wina. Miał też bardzo bliskie relacje z prezydentem Kolumbii. Prowadzili długie rozmowy przy cygarach.
Tak, Alejandro Cortés był człowiekiem sukcesu, ale wobec nas był bardzo
powściągliwy. Prawie nigdy nie rozmawiał z moją siostrą i ze mną o swojej pracy ani o nieustannych podróżach. Moją matkę poznał w Rosji, a miesiąc później wzięli ślub. Półtora roku później urodziłam się ja. Nad
kominkiem, właśnie w jego gabinecie, wisiało oprawione w ramkę jej
zdjęcie. Paulina Kozlova olśniewała urodą. Była wspaniałą kobietą o wydatnych kościach policzkowych, pełnych, uwodzicielskich ustach,
złocistych blond lokach i wielkich szmaragdowozielonych oczach. Byłam do
niej podobna, choć odziedziczyłam po ojcu ciemne włosy. Serce ściskało
mi się w piersi za każdym razem, gdy patrzyłam na to zdjęcie.
Nienawidziłam faktu, że miałam tylko jedno wspomnienie o mojej matce:
jej martwe oczy skierowane prosto na mnie, podczas gdy wokół niej na
podłodze powiększa się kałuża krwi.
Logan odwrócił się, gdy zamknęłam za sobą drzwi, witając mnie oszczędnym
"Dzień dobry, panno Cortés", i odsunął mi krzesło.
Ojciec oparł łokcie na biurku i spojrzał na mnie.
- Rozmawialiśmy o tym, co się stało, Marfil, i jedynym wnioskiem, do
jakiego doszliśmy, jest to, że porwano cię i przywieziono tutaj, nie
żądając niczego w zamian, po prostu po to, by wysłać mi wiadomość. By
pokazać mi, jak łatwo jest do ciebie dotrzeć, oraz dać mi do
zrozumienia, że mogą to powtórzyć, kiedy tylko zechcą.
Żadnego "Jak się czujesz, kochanie?". Ojciec, jak to miał w zwyczaju,
przeszedł od razu do sedna.
Zacisnęłam pięści, starając się nie okazać, jak bardzo przeraża mnie
myśl, że coś takiego mogłoby zdarzyć się ponownie.
- Ale dlaczego? Z jakiego powodu?
Ojciec odchylił się do tyłu, wzruszając ramionami.
- Wiele osób ma mi za złe mój sukces, a nawet mnie za to nienawidzi,
Marfil. Myślę, że próbowali dotrzeć do mnie, posługując się tobą.
Logan, który wpatrywał się wcześniej w okno, teraz odwrócił się do nas z poważną miną.
- Dopóki nie ustalimy, kto za tym stoi i co chciał osiągnąć, porywając
cię, będziesz potrzebowała ochrony, żeby mieć pewność, że to się nie
powtórzy.
O nie...
Ojciec wiedział, co powiem, zanim jeszcze otworzyłam usta.
- Błagałaś mnie, żebym nie zatrudniał dla ciebie ochrony, Marfil, a ja
byłem głupcem, że się na to zgodziłem. Nie posłuchałem ostrzeżeń moich
ochroniarzy, a teraz spójrz, co się stało. To się naprawdę wydarzyło.
Mogłaś zostać zgwałcona... albo zabita!
Przełknęłam ślinę, czując, jak krew pulsuje w moim ciele.
- Ale...
Ojciec wstał i podszedł do barku koło biurka.
- Żadnych "ale", Mar - powiedział, otwierając butelkę szkockiej i nalewając trochę do szklanki. - Nie zamierzam dłużej ryzykować. Od
początku nie powinienem był ci ustępować.
Spojrzałam na Logana, a potem na ojca. Obaj wydawali się bardzo poważni
i zdecydowani.
- Nie mogę prowadzić normalnego, codziennego życia, jeśli cały czas
będzie towarzyszył mi ochroniarz, tato.
- Wolałabyś, żeby to się powtórzyło?
Nie miałam żadnego dobrego argumentu i byłam wściekła, że musiałam po
prostu siedzieć tam w milczeniu.
- Dopóki nie wyjaśnimy, co się stało, musisz być pod ochroną przez całą
dobę. Ja również wzmacniam swoją ochronę. Gabriella też będzie miała
ochroniarza, kiedy wróci do domu. Na razie jest bezpieczna w szkole, ale
nie zamierzam pozwolić na to, żeby ktokolwiek kiedykolwiek jeszcze raz
porwał którąś z moich córek.
- Więc uważasz, że ktoś powinien mnie pilnować dzień i noc?!
Logan zrobił krok naprzód i odpowiedział w imieniu ojca.
- Tylko dopóki nie wyjaśnimy, co się stało, panno Cortés - oznajmił. -
Mamy już najlepszych prywatnych detektywów, którzy sprawdzają, kto panią
porwał.
- Prywatni detektywi? Czy nie byłoby lepiej zostawić to w rękach
policji?
- Policja działa powoli, kochanie, są przepracowani i niedofinansowani.
Wolę zapłacić profesjonalistom, zamiast siedzieć i patrzeć z założonymi
rękami na niekompetencję policjantów - odparł ojciec.
Zamknęłam usta. Oczywiście nie chciałam, żeby coś takiego się
powtórzyło. Mimo to czułam się pokonana. Tak bardzo walczyłam, by
przekonać ojca, że nie potrzebuję ochrony, a teraz wszystko poszło na
marne.
- Mamy dla ciebie najlepszego ochroniarza, jakiego udało nam się
znaleźć. Służył w armii amerykańskiej i został odznaczony za odwagę.
Mieliśmy szczęście, że zgodził się przyjąć tę pracę.
Westchnęłam, wiedząc, że walka jest przegrana.
- Nie chcę, żeby ktokolwiek w szkole wiedział, że mam ochroniarza, tato.
- Już o tym pomyśleliśmy. Będzie działał pod przykrywką. Nikt nie będzie
wiedział, dlaczego tam jest, chyba że sama komuś powiesz.
Poinformowaliśmy też uczelnię, więc będzie mógł uchodzić za studenta i wszędzie ci towarzyszyć. Nie musisz się o nic martwić, będzie tak, jakby
go w ogóle nie było. Obiecuję.
Było to pewnego rodzaju pocieszeniem, choć wątpiłam, żeby żołnierz mógł
pozostać niezauważony w tłumie złożonym głównie ze studentów.
- Twoje mieszkanie ma dwie sypialnie i oddzielny pokój dla personelu.
Wysłałem już kogoś, żeby przygotował miejsce dla pana Moore'a.
Cholera, moje studio tańca. Nie mogłam powstrzymać frustracji i złości.
Nie chodziło o to, że nie doceniałam tego, co robił dla mnie ojciec, ale
denerwowało mnie, że ktoś cały czas będzie mi się kręcił po domu. Tak,
wciąż się bałam, ale nie chciałam żyć w strachu. Nie chciałam ciągłego
przypominania sobie, że ktoś może mnie znowu skrzywdzić albo
przynajmniej spróbować to zrobić. Wiedziałam jednak, że w tych
okolicznościach nie miałam nic do powiedzenia.
- Jak myślisz, ile czasu zajmie ustalenie, kto za tym stoi?
Ojciec usiadł.
- Nie wiem, ale zapewniam cię, że jest to mój priorytet.
Skinęłam głową, gotowa do wyjścia.
- Mogę już iść?
Ojciec zgodził się i znów spojrzał na komputer. Nawet jeszcze nie
spotkałam tego pana Moore'a, kimkolwiek był, a już go nie lubiłam.
Rozdział 3. Marfil
Rozdział 3
Marfil
Ojciec zorganizował wszystko tak, żeby Logan poleciał ze mną następnego
dnia do Nowego Jorku, gdzie pan Moore miał na nas czekać na lotnisku.
Nie mogliśmy skorzystać z prywatnego samolotu, ponieważ ojciec bardzo
wcześnie rano wylatywał do Puerto Rico. Zresztą i tak mi na tym nie
zależało.
Czułam się niezwykle bezpiecznie z Loganem siedzącym obok mnie w pierwszej klasie. Nie byłam wielką fanką latania, więc zawsze wolałam
podróżować z kimś. Jednak poza strachem przed lataniem wciąż byłam
wstrząśnięta tym, co się wydarzyło, i to właśnie głównie zajmowało moje
myśli. Chciałam tylko, żeby wszystko wróciło do normy. Lecz zostałam
porwana tak blisko domu, że miasto, które tak bardzo kochałam, wydawało
mi się teraz wrogie.
Kiedy wysiadłam z samolotu i wyłączyłam tryb samolotowy w iPhonie,
dostałam wiadomość od Liama, w której napisał, że przyniesie mi kolację
i żebym się o nic nie martwiła, bo zaopiekuje się mną tak, jakbym była
jego dziewczyną. To wywołało uśmiech na mojej twarzy. Czasami
zastanawiałam się, dlaczego nie jesteśmy parą, ale potem przypominałam
sobie o naszej przyjaźni i wszelkie pomysły, by pójść o krok dalej,
wyparowywały mi z głowy.
Wcale nie cieszyła mnie perspektywa dzielenia mieszkania z nieznajomym.
Skoro ten Moore miał w nim zamieszkać razem ze mną, to z pewnością będę
spokojniejsza, jeśli Liam też tam będzie - przynajmniej dopóki nie
przyzwyczaję się do swojego bodyguarda. Ochroniarze mnie denerwowali.
Nieustannie przypominali mi, że może wydarzyć się coś złego.
Kiedy zginęła moja matka, ojciec zaostrzył środki bezpieczeństwa do
granic możliwości.
Nigdy nigdzie nie wychodził bez Logana, nawet jeśli zatrzymywał się
tylko po to, by kupić butelkę wody. Gabriella i ja nigdy nie miałyśmy
własnych ochroniarzy, ale tylko dlatego, że byłyśmy zamknięte w szkole z internatem, a tam nie było takiej potrzeby. Poza tym, w przeciwieństwie
do naszego ojca, który był znaną postacią, nasza prywatność była zawsze
ściśle chroniona.
Sytuacja zmieniła się, kiedy przeprowadziłam się do Nowego Jorku. Tu nie
było tak jak w Anglii, co do której ojciec był bardziej wyrozumiały, niż
się spodziewałam. A teraz, kiedy zostałam porwana, nie było na świecie
osoby, która przekonałaby go, żeby nie przydzielił mi ochrony. Drażniło
mnie to, a jednocześnie przynosiło ulgę. Nie będę kłamać - cała ta
sytuacja mnie przerażała, ale jeszcze bardziej przerażała świadomość, że
powody mojego porwania wciąż pozostawały tajemnicą. I ciągle nie mogłam
pozbyć się dręczącego mnie przeczucia, że najgorsze dopiero nadejdzie.
Próbowałam odsunąć te myśli na bok, idąc z Loganem długim korytarzem
lotniska. Tak wiele wydarzyło się w tak krótkim czasie. Jedyne, czego
teraz pragnęłam, to wziąć gorącą kąpiel i położyć się do łóżka, a potem
obudzić się rano i odkryć, że wszystko było tylko złym snem.
- Panno Cortés, nie odwiozę pani do mieszkania. Mój samolot odlatuje za
dwie godziny. Od tej pory zajmie się panią pan Moore, dobrze?
Zajmie się mną? Nagle poczułam się, jakbym była trzyletnim dzieckiem.
Skinęłam głową i milczałam, aż dotarliśmy do automatycznych drzwi
prowadzących do hali przylotów pełnej podróżnych oraz mężczyzn w garniturach trzymających tabliczki z nazwiskami.
Kiedy szłam w kierunku bardzo przystojnego mężczyzny trzymającego
tabliczkę z moim imieniem, który miał teraz być moim ochroniarzem, serce
zaczęło mi mocno bić. Logan podszedł do niego i poklepał go po plecach,
jakby już się znali. Ja natomiast stałam tam, nie mogąc oddychać, jakby
całe powietrze zostało nagle wyssane z moich płuc. Nigdy wcześniej
wygląd żadnego mężczyzny nie sprawił, żeby moje ciało zareagowało w tak
gwałtowny sposób. Pierwszy raz w życiu czułam coś takiego. Mogłabym
spróbować to opisać, ale słowa raczej nie oddadzą tego w pełni.
- Panno Cortés - powiedział, wyciągając rękę - nazywam się Sebastian
Moore. Od tej chwili będę odpowiadał za pani bezpieczeństwo.
Sebastian... Kurwa. Czy jego imię też musi być tak niesamowicie seksowne?
Potrzebowałam kilku sekund, żeby otrząsnąć się z oszołomienia, i wyciągnęłam rękę, by uścisnąć jego dłoń. Kiedy nasze dłonie się
zetknęły, poczułam motyle w brzuchu. Czy to było właśnie to, o czym
opowiadał mi Liam?
Poczułam się jak mała, bezradna dziewczynka... To uczucie było mi zupełnie
obce. Sebastian natomiast patrzył na mnie bez wyrazu, z całkowitą
obojętnością, jak na jakąś cholerną ławkę w parku.
Pospiesznie założyłam okulary przeciwsłoneczne. Musiałam uporządkować
myśli, żeby nie pokazać po sobie, jak bardzo spotkanie z tym mężczyzną
na mnie wpłynęło.
- Zostawiam panią w dobrych rękach, proszę się nie martwić - powiedział
do mnie Logan, po czym uścisnął dłoń Sebastianowi.
Patrzyłam, jak Logan mówi do niego coś, czego nie usłyszałam i co mnie w zasadzie nie obchodziło. Chłonęłam wzrokiem Sebastiana Moore'a. Był
wysoki, o kilka centymetrów wyższy od Liama, a żeby pocałować Liama,
musiałam stawać na palcach. Wyglądał na silnego na tyle, by podnieść
mnie jedną ręką... dokładnie tak, jak lubiłam. Miał jasnobrązowe włosy,
delikatny zarost na brodzie, który, jak sobie od razu wyobraziłam,
musiał być kłujący w dotyku, kwadratową linię szczęki i atletyczną
sylwetkę, z dużymi bicepsami odznaczającymi się pod rękawami jego
eleganckiej marynarki. Szczerze mówiąc, mógłby uchodzić za jednego z nowojorskich milionerów mieszkających w mojej okolicy, choć wydawał się
niesamowicie młody.
Ile miał lat? Dwadzieścia pięć? Dwadzieścia sześć? Nagle bardzo chciałam
dowiedzieć się o nim wszystkiego... Co się ze mną działo?
O dziwo, byłam na tyle przytomna, żeby w ogóle pożegnać się z Loganem.
Jednak gdy tylko ten się oddalił, dotarła do mnie świadomość, że
zostałam sam na sam z moim nowym ochroniarzem. Zaczęłam się nerwowo
bawić włosami, nie wiedząc, co zrobić ani co powiedzieć. Na szczęście
nie musiałam się zbyt długo stresować.
- Nie zaparkowałem daleko. Chodź, wezmę twoje torby.
Kiedy byłam z ojcem, zawsze woził nas kierowca, ale w Nowym Jorku
świetnie radziłam sobie sama, jeździłam taksówką, Uberem, a nawet
metrem. Jednak Sebastian przyjechał czarnym Audi, które stało na
parkingu lotniska. Podszedł od strony kierowcy, a ja czekałam, aż
otworzy drzwi pasażera.
- Usiądź z tyłu - rzucił do mnie.
Mrugnęłam kilka razy. Brzmiało to jak rozkaz, co było nieco dziwne, bo
ewidentnie nie zamierzał otworzyć mi drzwi. Nie chodziło o to, że miałam
się za jakąś księżniczkę, wręcz przeciwnie, ale byłam tak przyzwyczajona
do surowych zasad, jakie ojciec narzucał swoim pracownikom w mojej
obecności, że zachowanie tego faceta mnie zaskoczyło. Lupe była jedyną
osobą, która od czasu do czasu pozwalała sobie na brak formalności, i to
też tylko wtedy, gdy byłyśmy same.
Jechałam na tylnym siedzeniu, nieustannie spoglądając na jego odbicie w lusterku wstecznym. Nie miał żadnych problemów z orientacją w terenie i już po trzech minutach kierowaliśmy się w stronę Manhattanu. Musieliśmy
jeszcze przejechać przez całe Queens, co oznaczało kolejne pół godziny
jazdy. Czy on w ogóle zamierzał ze mną porozmawiać?
- Chciałabym wiedzieć, jakie dokładnie rozkazy wydał ci mój ojciec... -
powiedziałam po piętnastu minutach grobowej ciszy.
Sebastian na ułamek sekundy oderwał wzrok od drogi i spojrzał w moje
okulary przeciwsłoneczne.
- Rozkazy? - zapytał.
Nagle to słowo zabrzmiało bardzo niegrzecznie.
- No, instrukcje, wskazówki, wytyczne, jakkolwiek chcesz to nazwać.
- Moim zadaniem jest cię chronić i informować twojego ojca o wszystkim,
co się może nagle wydarzyć, kiedy jesteś ze mną.
Kiedy jestem z nim. Oczywiście, a nie na odwrót.
Nie chciałam już dłużej rozmawiać. Ten chłodny, obojętny ton zaczynał
mnie irytować, a jednocześnie jego głęboki, niski głos przyprawiał mnie
o gęsią skórkę.
Dotarliśmy na moją ulicę w rekordowym czasie. Było jasne, że prędkość
nie należała do zagrożeń, przed którymi starał się mnie chronić.
Zaparkowaliśmy samochód w garażu, a kiedy wszedł za mną do windy,
przypomniałam sobie, że będę musiała dzielić z nim mieszkanie.
Kurwa.
Cisza panująca w niewielkiej przestrzeni windy była ogłuszająca. Nigdy w życiu nie milczałam tak długo w towarzystwie innej osoby. Liam byłby ze
mnie dumny.
W końcu po czasie, który wydał mi się wiecznością, dzwonek w windzie
zasygnalizował, że dotarliśmy na moje piętro. Sebastian poszedł przodem,
zatrzymał się przed moim mieszkaniem i wyjął z kieszeni klucze. Otworzył
drzwi i skinął głową, żebym weszła pierwsza.
A więc rycerskość nie umarła, ale... Miał klucze do mojego mieszkania?!
Chwileczkę. Czyli on już tu był?
- Nie teraz - powiedział, jakby czytał w moich myślach. - Wejdź do
środka.
Zrobiłam, co powiedział, i rozejrzałam się po mieszkaniu. Wyglądało niby
tak, jak zawsze, ale ja nie czułam się już tak samo i nie byłam pewna,
czy kiedykolwiek to uczucie powróci. Kiedy ostatnio wychodziłam z domu,
martwiłam się tylko tym, czy powinnam zadzwonić do tego faceta z baru,
którego imienia już nie pamiętam.
Położyłam torbę na wyspie kuchennej, czując się nieswojo i niekomfortowo. Odwróciłam się, by spojrzeć na swojego nowego
współlokatora.
- To bardzo niezręczne - powiedziałam.
Sebastian zdjął marynarkę i powiesił ją na wieszaku przy drzwiach. Wtedy
zauważyłam, że ma broń w kaburze, jak policjanci.
- Po prostu zachowuj się, jakby mnie tu nie było.
Jasne! Bułka z masłem! Tylko że on praktycznie zajmował całą przestrzeń.
- Słuchaj, nic o tobie nie wiem, więc jeśli masz tu mieszkać i być ze
mną praktycznie dwadzieścia cztery godziny na dobę, to są pewne rzeczy,
które muszę wiedzieć.
- Możesz mnie zapytać o wszystko, co dotyczy ciebie i twojego
bezpieczeństwa.
- Ile masz lat? - rzuciłam, a w duchu pomyślałam "Serio, Marfil?".
Sebastian zmarszczył brwi, wyglądał na zdezorientowanego.
- To nie ma nic wspólnego z twoim bezpieczeństwem.
- Nie zamierzasz odpowiedzieć?
- Nie.
Zacisnęłam usta, zirytowana.
- Nie lubię mieć ochroniarzy. Wiedz, że trudno mi będzie się do ciebie
przyzwyczaić.
- Przyzwyczaisz się.
Zdjęłam okulary przeciwsłoneczne, bo zdałam sobie sprawę, że wciąż je
mam na nosie. Spojrzałam w jego brązowe oczy otoczone gęstymi, czarnymi
rzęsami. Chciałam odwrócić wzrok, byłam onieśmielona, ale nie poddałam
się.
- Więc mam po prostu udawać, że cię tu nie ma?
- Dokładnie. Po prostu daj mi znać, jeśli zamierzasz gdzieś wyjść.
Świetnie.
- Nie wiem, czy widziałeś pokój gościnny, czy.... - mówiłam dalej.
- Nie martw się, nie ruszyłem twojego studia tanecznego.
- Spędzam w nim dużo czasu. Wiem, że druga sypialnia jest znacznie
mniejsza, ale chciałabym nadal trenować, tak jak dotychczas.
- To twój pokój. Nie obchodzi mnie, jak go wykorzystujesz.
Poczułam ulgę. Bałam się, że ojciec zlikwidował moje studio taneczne,
żeby Sebastian mógł sobie tam urządzić sypialnię. Zdawałam sobie sprawę,
że idzie mi na rękę. Ten drugi pokój był znacznie mniejszy i mniej
wygodny, ale nie chciałam rezygnować z mojej ulubionej części domu. W końcu to było moje mieszkanie.
- W takim razie... idę do swojego pokoju - powiedziałam, po czym
odwróciłam się i poszłam sobie, nie czekając na jego odpowiedź. Zbytnio
mnie irytował.
W mojej sypialni panował bałagan, dokładnie taki sam, jaki zostawiłam. Z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu postanowiłam nagle posprzątać, wręcz
wpadłam w szał porządkowania. Nie wiem, czy robiłam to, żeby zagłuszyć
niepokój, czy dlatego, że nie mogłam po prostu pójść do salonu i położyć
się na kanapie, jak to miałam w zwyczaju. Wydawało mi się, że tracę
rozum, ale sprzątałam tak długo, aż pokój był nieskazitelnie czysty.
Zadowolona z tego, co zrobiłam, w końcu rzuciłam okiem na telefon.
Dostałam wiadomość od Liama, w której dał mi znać, że będzie u mnie za
godzinę. Przynajmniej będę miała pretekst, żeby odzyskać salon.
Wzięłam prysznic i ubrałam się w moje ulubione niebieskie dżinsy i wygodną, białą koszulkę, a potem stanęłam przed lustrem, uważnie się
sobie przyglądając. Co widział Sebastian, kiedy na mnie patrzył?
Odkąd sięgam pamięcią, wszyscy wokół mnie zawsze zwracali uwagę na mój
wygląd. Dziewczyny w szkole albo mnie nienawidziły, albo mi zazdrościły.
Bardzo dużo czasu zajęło mi zdobycie akceptacji koleżanek z klasy, a także zakonnic, które na początku były okrutne i ciągle powtarzały mi,
że jestem chodzącym grzechem. Nie do końca rozumiałam, co miały na
myśli, dopóki nie poznałam Liama. On w końcu wszystko mi wyjaśnił.
- Czy ty masz w ogóle pojęcie, jaką jesteś laską? - zapytał mnie kiedyś,
leżąc w moim łóżku. Miałam na sobie tylko bluzkę z długim rękawem i bieliznę, a on spodnie dresowe. To była noc, kiedy po raz pierwszy
posunęliśmy się dalej niż pocałunki.
- Cokolwiek widzisz, nie ma to nic wspólnego z tym, kim naprawdę jestem
- odpowiedziałam; nie czułam się dowartościowana.
Jasne, byłam ładna, ale jeśli bycie ładną oznaczało to, że ludzie nigdy
nie dostrzegali niczego więcej poza wyglądem, uroda mogła stać się
najgorszym wrogiem. Zwłaszcza w połączeniu z tak buntowniczą osobowością
jak moja. Dopiero później odkryłam władzę, jaką miałam nad innymi, i nauczyłam się, jak ją wykorzystywać. Jeśli mężczyźni traktowali mnie jak
przedmiot, a nie jak świadomą, myślącą istotę, ja traktowałam ich
dokładnie tak samo.
Wyszłam z sypialni, czując się jak intruz we własnym domu. I tak
siedziałam w niej dłużej, niż mogła to znieść moja niespokojna natura.
Salon był pusty, ale kiedy spojrzałam na korytarz, zauważyłam słabe
światło pod drzwiami pokoju Sebastiana. Pewnie będzie spędzał w nim
większość czasu, pomyślałam.
Westchnęłam i skierowałam się w stronę lodówki. Powinnam była pójść na
zakupy już kilka dni temu. W mieszkaniu nie było absolutnie nic.
Skończył się nawet papier toaletowy.
Zakładając trampki, zaczęłam w myślach sporządzać listę wszystkiego,
czego potrzebowałam ze sklepu. Nie było aż tak zimno, żeby zakładać
grubą kurtkę, więc zostawiłam ją na wieszaku i wzięłam torbę. Gdy
dotarłam do drzwi, zatrzymałam się. Czy musiałam powiedzieć
Sebastianowi, że wychodzę ? Przecież sklep znajdował się tylko o jedną
przecznicę stąd...
Instynkt podpowiadał mi jednak, że powinnam to zrobić. Przeszłam przez
korytarz i nieśmiało zapukałam do jego drzwi. Czułam się z tym naprawdę
dziwnie. Otworzył kilka sekund później. Swobodnie opierał się jedną ręką
o ścianę, a drugą lekko przytrzymywał drzwi, jakby celowo nie pozwalał
mi zajrzeć do środka. Nie mogłam się powstrzymać i przyjrzałam mu się od
stóp do głów. Miał na sobie białą koszulę z podwiniętymi do łokci
rękawami, dzięki czemu mogłam zobaczyć, że całe prawe ramię ma pokryte
tatuażami. Nosił też okulary w czarnych oprawkach, które nadawały mu
intelektualny wygląd, co na chwilę odebrało mi zdolność myślenia.
Czułam bolesną świadomość, że wpatrując się w niego w taki sposób,
stawałam się osobą, która sprowadza innych do roli przedmiotu, a przecież tak bardzo tym pogardzałam. Jednakże on całkowicie mnie
zahipnotyzował. Poza tym nie wiedziałam o nim zbyt wiele.
Uspokoiłam umysł i zmusiłam się do skupienia.
- Muszę pójść do sklepu po kilka rzeczy.
Sebastian skinął głową.
- Daj mi chwilę, proszę.
Odwrócił się, a ja skorzystałam z okazji, by zerknąć do pokoju. Nie
przypominał już magazynu, jakim był jeszcze tydzień temu. Co prawda z progu widziałam tylko czarne skórzane krzesło i ładny biały dywanik, ale
i tak zmiana była duża. Patrzyłam, jak Sebastian siada przed otwartym
laptopem, szybko coś wpisuje, a potem go zamyka, marszcząc brwi.
Czy przerwałam mu coś ważnego?
- Idziemy - powiedział, wyrywając mnie z zadumy.
Na ulicy czułam się bardzo dziwnie, mając go tak blisko siebie.
Ochroniarze mojego ojca zawsze albo szli za nim, albo przed nim. Ale
Sebastian szedł tuż obok mnie, jakby był moim znajomym.
- Czy zawsze tak będzie? - zapytałam, gdy weszliśmy do małego
supermarketu.
- Jak będzie, Marfil?
Sposób, w jaki wymówił moje imię, sprawił, że ogarnęły mnie emocje,
które z trudem opanowałam. Robiłam wszystko, co w mojej mocy, by ciągnąć
tę rozmowę tak, jakby facet stojący obok mnie w alejce z szamponami,
kosmetykami i tamponami był po prostu jakimś zwykłym gościem. Tampony...
cholera, też ich potrzebowałam.
Czy i tampony będę musiała kupować na jego oczach?
- No wiesz... że zawsze jesteś ze mną, nawet jeśli tylko muszę wyskoczyć
do sklepu za rogiem.
- Tak - odparł lakonicznie.
Spojrzałam na niego, zirytowana jego odpowiedzią. Wzięłam szampon i papier toaletowy, ale tampony zostawiłam na półce. Potem popchnęłam
wózek w stronę działu z winami. Wybrałam butelkę białego wina i włożyłam
ją do wózka. Sebastian nie powiedział ani słowa, więc kontynuowałam
zakupy. Wzięłam zgrzewkę Heinekena, a potem zatrzymałam się przy dziale
z owocami. Kiedy wybierałam truskawki i jabłka, dotarło do mnie, że
Sebastian też będzie musiał coś zjeść.
Już miałam go zawołać, lecz zauważyłam, że bacznie wpatruje się w wejście do sklepu. Również spojrzałam w tamtą stronę. Właśnie weszło
dwóch facetów, mniej więcej w jego wieku.
- Potrzebujesz czegoś? - zapytałam go.
- Czego? - odpowiedział, rozkojarzony.
- Czegoś do jedzenia? W domu nic nie ma, chyba że zamówisz coś na wynos.
Sebastian potrząsnął głową.
- Nie martw się o mnie. Sam się zajmę posiłkami.
Wzruszyłam ramionami i zaczęłam wrzucać do wózka kolejne produkty:
chipsy, oliwki, mleko, cukier i ciasto. Kiedy czekałam w kolejce do
kasy, zauważyłam, że Sebastian ani na sekundę nie przestawał się
rozglądać po sklepie. Jego wzrok ani na chwilę nie zatrzymywał się w jednym miejscu. Trudno było znaleźć wśród ochroniarzy mojego ojca kogoś,
kto samą swoją obecnością budziłby większy respekt. Gdy kasjerka
spojrzała na niego podejrzliwie, dotarło do mnie, że swoim wyglądem
greckiego boga prawdopodobnie sprawiał, że większość ludzi podchodziła
do niego z rezerwą.
Spojrzałam na jego czarne spodnie od garnituru i białą koszulę. Jak, do
cholery, miałam zabrać go na uczelnię?
Kiedy zapłaciłam za zakupy kartą Centurion mojego ojca - a dokładnie
moją kartą powiązaną z jego kontem - Sebastian podniósł torby i wziął je
wszystkie w prawą rękę, lewą pozostawiając wolną. Nie kupiłam aż tak
dużo, ale były w nich szklane butelki i inne ciężkie przedmioty.
Zaproponowałam, że mu pomogę, ale odmówił bez słowa, jedynie pokręcił
głową.
W drodze powrotnej tysiące myśli pędziły w mojej głowie. Było tyle
rzeczy, które chciałam o nim wiedzieć. Dlatego właśnie nigdy nie lubiłam
ochroniarzy, nie potrafiłam przebywać w towarzystwie innej osoby bez
rozmawiania z nią. Kiedy byłam małą dziewczynką, zanim jeszcze wysłano
mnie za granicę, moje nianie musiały zmieniać się co godzinę, taka byłam
męcząca. Przynajmniej tak mi powiedział ojciec, uzasadniając wysłanie
mnie do szkoły z internatem.
- Czasami, Marfil, nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo potrafisz być
irytująca. Jesteś tylko dziewczynką, jasne, ale w mojej obecności po
prostu nic nie mów - powtarzał mi wielokrotnie.
W końcu nauczyłam się milczeć od czasu do czasu, ale na krótko.
- Jesteś leworęczny? - zapytałam Sebastiana, idąc obok niego.
Spojrzał na mnie, marszcząc brwi.
- Cały ciężar trzymasz w prawej ręce. Nie dlatego, że jesteś
praworęczny, ale dlatego, że chcesz mieć lewą rękę wolną, żeby w razie
potrzeby sięgnąć po broń, prawda?
Lekko przechylił głowę, a ja zauważyłam delikatne drgnięcie jego ust,
które niemal wyglądało jak uśmiech.
- Jestem oburęczny, ale tak, trochę lepiej posługuję się lewą ręką.
Oburęczny... Spojrzałam na jego dłonie. Lewa zwisała luźno wzdłuż ciała, a druga niosła torby, jakby wypełnione były powietrzem, a nie ciężkimi
butelkami.
Niespodziewanie wyobraziłam sobie, jak te dłonie mocno mnie obejmują,
przesuwają się w dół po moich plecach, w górę po nogach...
Założyłam okulary przeciwsłoneczne i przez resztę drogi do domu nie
zwracałam na niego uwagi.
Na całe szczęście dla mojego zdrowia psychicznego po powrocie Sebastian
poszedł prosto do swojego pokoju, a ja zostałam w kuchni i rozpakowywałam zakupy. Zaproponował mi pomoc, ale chciałam pobyć sama.
Zapewniłam go więc, że dam sobie radę, a on nie nalegał.
Dzwonek do drzwi odezwał się akurat w momencie, gdy kończyłam wkładać
wszystko do lodówki. Wiedziałam, że to Liam, więc ochoczo ruszyłam do
drzwi, podekscytowana spotkaniem z moim najlepszym przyjacielem. Ale w korytarzu z impetem wpadłam prosto na ludzką postać. Duże dłonie złapały
mnie za przedramiona, powstrzymując mój pośpiech.
- Czekasz na kogoś?
Jego dotyk sprawił, że poczułam dreszcze w całym ciele. Sebastian jednak
szybko cofnął ręce, tak jakby moja skóra go parzyła.
- Tak, na przyjaciela - powiedziałam, robiąc krok do przodu.
Położył dłoń na drzwiach, tuż nad moją głową, uniemożliwiając mi ich
otwarcie.
Odwróciłam się w jego stronę, marszcząc brwi.
- Kto to? Nawet nie użył domofonu. Ma klucze - stwierdził Sebastian,
potrząsając głową i zaciskając usta. - Rozdajesz klucze komu popadnie?
- Dałam klucze mojemu najlepszemu przyjacielowi.
- Hej, Mar! Otwórz, kurwa, oszaleję, jeśli cię za chwilę nie zobaczę.
Położyłam ręce na biodrach.
- Jak ma na imię?
- Liam. - Przewróciłam oczami z irytacją.
- Twój ojciec jasno mi powiedział, że w mieszkaniu ma nie być żadnych
mężczyzn.
Roześmiałam się.
- Tak, jasne! A ja jestem Blue.
Sebastian wyglądał na zdezorientowanego.
- No, Blue, z kreskówki dla dzieci - wyjaśniłam, ale dalej milczał.
Prawdopodobnie nie miał młodszego rodzeństwa.
Pokręciłam głową i otworzyłam drzwi, ignorując obecność Sebastiana za
moimi plecami. Nie zdążyłam nawet spojrzeć na Liama, gdy jego ramiona
natychmiast uniosły mnie do góry i przycisnęły mocno do siebie.
Wdychałam jego zapach. Liam pachniał jak dom.
- Kurwa... przestraszyłaś mnie na śmierć.
Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Do tej pory tłumiłam emocje.
Odkąd wróciłam, miałam wrażenie, jakby moje życie nie należało już do
mnie, a mój dom przestał być moim domem. Teraz, gdy Liam tu był,
wszystko wydawało się wracać na swoje miejsce i wreszcie poczułam się
zrelaksowana, swobodna.
- Nadal nie mogę uwierzyć w to, co się stało... - szepnęłam, przytulając
się do jego szyi. Nie chciałam się od niego oderwać.
Liam wtulił twarz w moje włosy, a kilka sekund później nagle
zesztywniał. Jednym ruchem postawił mnie na ziemi i utkwił wzrok w Sebastianie.
- Kto to jest?
Westchnęłam z irytacją, bo ciągle chciałam być jego w ramionach.
- Mój ochroniarz.
Sebastian zmierzył Liama od stóp do głów. Zamknęłam drzwi, a temperatura
w mieszkaniu jakby spadła o kilka stopni.
- Muszę zobaczyć twój dowód tożsamości - zażądał Sebastian.
Liam spojrzał na niego z niedowierzaniem.
- Czy to nie wystarczy, że Marfil mnie zna?
Sebastian nawet nie mrugnął.
- Dowód tożsamości poproszę.
Liam poszperał w kieszeni i wyciągnął czarny skórzany portfel. Wyjął
prawo jazdy i podał je Sebastianowi.
Mój ochroniarz patrzył na nie przez kilka sekund, po czym je oddał.
- Będę musiał poprosić cię o zwrot kluczy do tego mieszkania. Ze
względów bezpieczeństwa nie możemy pozwolić, by krążyły po mieście.
Istnieje ryzyko, że ktoś mógłby je ci ukraść i spróbować się tu dostać.
Co? Nie! Dlaczego ktoś miałby próbować się tu dostać? Przecież porwanie
nie wydarzyło się w domu.
Liam wyglądał na zaszokowanego i urażonego.
- Nigdy bym jej nie naraził na niebezpieczeństwo. Mam klucz na wypadek,
gdyby zdarzyła się jakaś sytuacja awaryjna i gdyby Marfil mnie
potrzebowała.
- Jeśli pojawi się jakiś problem lub Marfil będzie potrzebowała pomocy,
to ja tu jestem.
Wpatrywali się w siebie przez kilka nieskończenie długich sekund.
- Liam, po prostu oddaj mu te klucze. Za tym wszystkim stoi mój ojciec.
Ostatnią rzeczą, jakiej bym chciała, to danie mu powodu do podjęcia
naprawdę skrajnych decyzji, jak na przykład zmuszenie mnie do powrotu do
domu.
Liam wypuścił powietrze, które do tej pory wstrzymywał, i odwrócił się w moją stronę z przerażonym wyrazem twarzy. Potem zrobił to, o co poprosił
Sebastian. Ten, gdy tylko dostał klucze, przeprosił i poszedł do swojego
pokoju, przypominając mi, żebym dała mu znać, jeśli będziemy gdzieś
wychodzić.
- Chcesz piwo? - zapytałam, skupiając się znowu na moim przyjacielu.
Liam skinął głową. Usiadł na kanapie, spoglądając w stronę korytarza.
- Nie mogę uwierzyć w to, co się stało, Mar - powiedział. Oparł łokcie
na kolanach i przejechał dłońmi po włosach.
Usiadłam obok niego, podałam mu zimne piwo, a potem wzięłam łyk swojego.
- Ja też nie... To było przerażające. A jednocześnie wydaje mi się, że to
był tylko zły sen. Że to nie wydarzyło się naprawdę. Przez cały czas
byłam pod wpływem narkotyków, więc chyba dlatego czuję, jakby cała ta
sytuacja przydarzyła się komuś innemu.
- Ale dlaczego? Kurwa. Dlaczego ktoś chciałby cię porwać?!
Było oczywiste, że pochodzę z zamożnej rodziny. Jednak rzadko kiedy o tym mówiłam. Liam wiedział, że czuję się z tym niekomfortowo, więc nigdy
o nic nie pytał. Jego matka była nauczycielką w szkole podstawowej, a ojciec prowadził sklep zoologiczny. Wszystko, co miał, zawdzięczał
swojemu błyskotliwemu umysłowi. Dostał się na Uniwersytet Columbia
dzięki stypendium, a żeby opłacić rachunki, pracował nocami w modnych
klubach w mieście, bo stypendium nie pokrywało wszystkich kosztów.
Podziwiałam Liama, ponieważ w przeciwieństwie do niego w moim wypadku
nie miało znaczenia, ile osiągnęłam w życiu - wszyscy zawsze postrzegali
mnie jako małą bogatą dziewczynkę, w czepku urodzoną, która nigdy nie
musiała kiwnąć palcem.
Mój ojciec miał tak wiele firm, że nawet nie potrafiłam ich wszystkich
wymienić. Był właścicielem Banco Cortés, jednego z najważniejszych
banków w Ameryce Łacińskiej. Hodował konie bardzo pożądanej na rynku
rasy Appaloosa. To wszystko, wraz z wieloma innymi inwestycjami,
uczyniło z niego swego rodzaju osobę publiczną i trudno się dziwić, że
ludzie zazdrościli mu fortuny. Dlatego właśnie ojciec zawsze trzymał
Gabriellę i mnie z dala od blasku reflektorów. Nigdy nie pozwalał nam
uczestniczyć w swoich przyjęciach i nie znałyśmy żadnego z jego
partnerów biznesowych. Ojciec rzadko mówił o swojej pracy, z nami
rozmawiał wyłącznie o koniach, które od najmłodszych lat nauczył nas
kochać i szanować.
- Nie wiem... nikt nie wie. Mój ojciec uważa, że ktoś po prostu
wykorzystał mnie, by pogrozić mu palcem. Fakt, że nie zażądali niczego w zamian i nie wysłali żadnej wiadomości, jest o wiele bardziej zagadkowy
niż samo porwanie.
- A teraz ten facet będzie cały czas przy tobie?
Skinęłam głową, zaciskając usta. Liam położył dłoń na moim policzku i odstawił piwo na stół.
- Twój ojciec postąpił słusznie. Zostałaś porwana tutaj, w Central
Parku, Mar. Mogą to zrobić ponownie, gdy tylko zechcą, zwłaszcza jeśli
dowiedzą się o innych częściach miasta, w których często bywasz -
powiedział z niezadowoleniem wypisanym na twarzy.
Liam i ja kłóciliśmy się o tę kwestię niezliczoną ilość razy. Zdałam
sobie sprawę, że będę musiała poinformować o tym również Sebastiana i błagać go, by nic nie mówił mojemu ojcu.
- Nie dam się znowu porwać. Będę ostrożna. Jedyne, co mnie martwi, to
ojciec... i moja siostra...
- Gabriella jest w Londynie. Tam powinna być bezpieczna.
- Gdybym ci opowiedziała, co ona wyprawia w szkole... Kurwa, muszę ją
ostrzec, że ma się stamtąd nie ruszać!
Czułam się tak, jakbym miała zaraz dostać zawału serca, kiedy pędziłam
do sypialni i szukałam komórki. U nas było wpół do dziesiątej, u niej
druga trzydzieści nad ranem. Na pewno już spała, więc wysłałam jej SMS:
Nawet nie myśl o wychodzeniu ze szkoły. Coś się wydarzyło. Zadzwoń do
mnie, gdy tylko to przeczytasz. To pilne.
Ojciec nie powiedział Gabi o porwaniu, bo nie chciał jej martwić, ale
nie miał pojęcia, że nauczyłam ją wszystkich genialnych sposobów na
wymknięcie się ze szkoły. Bez niczyjej wiedzy mogła przejść przez las i dotrzeć do miasta. Gdyby coś jej się stało, byłaby to moja wina!
Wyszłam z pokoju z telefonem komórkowym w dłoni i zobaczyłam, jak
otwierają się drzwi do pokoju Sebastiana. Wyszedł na korytarz, jakby
czytał w moich myślach i wiedział, że coś jest nie tak.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki