Marfil (#1). Uwikłani: Marfil - Mercedes Ron

Kup ebooka

49.99 zł
41.87 zł (49,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1. Marfil

Roz­dział 1

Mar­fil

DWA TYGO­DNIE PÓŹ­NIEJ

Patrzy­łam na kolum­bij­ską monetę peso, którą trzy­ma­łam w dłoni. Cze­ka­łam na Liama, a po mojej gło­wie krą­żyła tylko jedna myśl: dwie strony monety two­rzą całość, ale jedna ni­gdy nie zoba­czy dru­giej. Może to głu­pie, w końcu to tylko moneta, lecz nie mogłam prze­stać się do niej porów­ny­wać. Czy ja też mia­łam dwie cał­ko­wi­cie różne twa­rze, które ni­gdy nie będą jedną spójną cało­ścią? Cza­sami nie­mal zupeł­nie nie rozumia­łam samej sie­bie. Gdy­bym mogła spoj­rzeć na swoje życie z boku, to jestem pewna, że w więk­szo­ści przy­pad­ków jedyną rze­czą, o któ­rej pomy­śla­ła­bym, byłoby... Mar­fil, co ty, do cho­lery, wypra­wiasz?

Moja sio­stra, Gabriella, twier­dzi, że spę­dze­nie całego dzie­ciń­stwa oraz okresu doj­rze­wa­nia w szkole z inter­na­tem, tysiące kilo­me­trów od domu, na zawsze zosta­wiło w nas bli­zny. Ja na szczę­ście zamknę­łam już ten roz­dział mojego życia. Gabriella nato­miast wciąż miała przed sobą dwa dłu­gie lata pełne suro­wych zasad i pochmur­nego nieba. Za kilka mie­sięcy miała skoń­czyć szes­na­ście lat, a jej naj­więk­szym zmar­twie­niem jest to, że ni­gdy nie cało­wała się z chło­pa­kiem. Narze­kała, że jeśli cią­gle będzie miesz­kać wyłącz­nie z dziew­czy­nami, to w końcu zacznie się uma­wiać z jedną z nich. Już widzę minę naszego ojca. Samo wyobra­że­nie wywo­łało uśmiech na mojej twa­rzy.

Bli­zny... Temat, o któ­rym mogła­bym mówić godzi­nami. Naj­głęb­sza z nich wciąż spra­wia, że budzę się w środku nocy z walą­cym ser­cem i łzami spły­wa­ją­cymi po policz­kach. Jak­bym miała cztery lata, a nie dwa­dzie­ścia. Nie­sa­mo­wite, jak jedne wspo­mnie­nia na zawsze potra­fią wryć się w nasz umysł, a inne zni­kają bez śladu. Według stu­dia Pixar - tak, tego od fil­mów ani­mo­wa­nych, które zro­biło W gło­wie się nie mie­ści - nasz mózg usuwa wspo­mnie­nia, które nie są nam już potrzebne, i zacho­wuje te, które uważa za ważne. Powin­nam więc zadać sobie pyta­nie: co jest dobrego w tym, że pamię­tam, jak moja matka została zamor­do­wana na moich oczach? Naj­wy­raź­niej bez względu na to, co suge­ruje Pixar, mózg robi, co chce.

Gdy moje myśli błą­kały się tak bez celu, zda­łam sobie sprawę, że gapi się na mnie grupa face­tów. Stali po pra­wej stro­nie przy barze.

Bez waha­nia pod­nio­słam głowę i spoj­rza­łam na nich. Nie mia­łam zamiaru odwra­cać wzroku. Chcia­łam ich spe­szyć lub przy­naj­mniej spra­wić, by prze­stali się tak bez­wstyd­nie patrzeć. Jed­nak dwóch z nich zaczęło się śmiać, a trzeci, wysoki, o jasno­brą­zo­wych wło­sach, utrzy­my­wał ze mną kon­takt wzro­kowy.

Nie lubię być tą, która pierw­sza odwraca wzrok. Bez względu na to, z kim mam do czy­nie­nia. Tylko jedna osoba na tej pla­ne­cie umiała spra­wić, że spusz­cza­łam na zawo­ła­nie głowę: mój ojciec. Ale on był daleko stąd i nie musia­łam o nim myśleć. A teraz wła­śnie trwała naj­bar­dziej epicka walka na spoj­rze­nia w całej histo­rii ludz­ko­ści. Cóż, może sytu­acja nie była aż tak dra­ma­tyczna, ale mie­wam skłon­no­ści do prze­sady. Tak czy ina­czej, wyczu­wa­łam duże napię­cie. Im dłu­żej on na mnie patrzył, tym więk­szą wzbu­dzał we mnie cie­ka­wość, a im dłu­żej ja patrzy­łam na niego, tym bar­dziej mogłam sobie wyobra­zić, co mu cho­dzi po gło­wie.

Mogła­bym się tro­chę zaba­wić z tym face­tem.

- Cześć, Mar­fil - roz­legł się za mną głę­boki głos, ale dopiero dotyk dłoni na moich ple­cach spra­wił, że pod­sko­czy­łam i odru­chowo odwró­ci­łam wzrok.

Cho­lera! Wła­śnie prze­gra­łam.

Moja fru­stra­cja wypa­ro­wała, gdy odwró­ci­łam się i zoba­czy­łam mojego naj­lep­szego przy­ja­ciela. Liam Micha­el­son miał pra­wie metr dzie­więć­dzie­siąt wzro­stu, włosy czarne jak noc i jasno­nie­bie­skie oczy. Sły­nął z uśmie­chu, który potrafi łamać serca, i naj­gor­sze było to, że Liam dosko­nale zda­wał sobie z tego sprawę. Jego rzęsy, dłu­gie i ciemne, budziły zazdrość u każ­dej kobiety, a godziny spę­dzone na siłowni two­rzyły nie­mal ideał męż­czy­zny.

Kobiety tra­ciły dla niego głowę. Był praw­dzi­wym łama­czem serc. Nie - nie był gejem, i tak - naprawdę był moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Przy­da­rzyły mi się już dziw­niej­sze rze­czy.

- Czy kaza­łem ci długo cze­kać? - zapy­tał, spo­glą­da­jąc ponad moją głową na chło­pa­ków sie­dzą­cych na końcu baru.

- Wystar­cza­jąco długo, żebyś musiał posta­wić mi drinka.

Zgod­nie z pra­wem nie mogłam pić alko­holu, a tym bar­dziej go kupo­wać, ale fał­szywe dowody toż­sa­mo­ści były tak łatwo dostępne, że ten zakaz wyda­wał się absur­dalny.

Liam uśmiech­nął się słodko i zawo­łał kel­nerkę. Zamó­wił to, co zwy­kle pijemy, i kilka minut póź­niej drinki stały już przed nami.

- A czemu zawdzię­czam to pół­go­dzinne spóź­nie­nie? - zapy­ta­łam, krę­cąc oliw­kami w moim mar­tini.

Liam pod­niósł piwo do ust i prze­wró­cił oczami.

- Nie chcesz wie­dzieć.

- Vir­gi­nia? Och, nie, cze­kaj... Rose?

- Tessi - odparł.

Nie mogłam powstrzy­mać śmie­chu.

- Tessi? Nazy­wasz ją tak z jakie­goś kon­kret­nego powodu?

- Ona chce, żebym ją tak nazy­wał. Cho­lera, jest nie do znie­sie­nia.

Liam był face­tem, który, no cóż... po pro­stu był face­tem. Kropka. Faceci z reguły chcą się dobrze bawić. Ogól­nie mówiąc, my, kobiety, też tego chcemy, ale oprócz tego pra­gniemy jesz­cze o wiele wię­cej. Cho­ciaż ja aku­rat nie zali­czam się do tej grupy. Ale rozu­mia­łam, dla­czego Vir­gi­nia, Rose i... Tessi chciały cze­goś wię­cej od mojego naj­lep­szego przy­ja­ciela. Byłby świetną par­tią, gdyby tylko prze­stał pod­ry­wać wszystko, co się rusza. Oczy­wi­ście.

Liam i ja pozna­li­śmy się, gdy byłam na pierw­szym roku stu­diów. Wła­śnie prze­pro­wa­dzi­łam się do Nowego Jorku. Poprzed­nie osiem lat spę­dzi­łam w szkole z inter­na­tem, z dala od rodziny, w oto­cze­niu samych dziew­cząt i zakon­nic. Tylko kilka mie­sięcy w roku byłam w domu, w Luizja­nie. Liam i ja stu­dio­wa­li­śmy eko­no­mię na Uni­wer­sy­te­cie Colum­bia. Jest o trzy lata star­szy ode mnie, co ozna­cza, że roz­po­czy­nał wtedy ostatni rok stu­diów. Sporo wysiłku kosz­to­wało mnie prze­ko­na­nie ojca, żeby pozwo­lił mi prze­pro­wa­dzić się do Nowego Jorku i roz­po­cząć samo­dzielne życie. W końcu dwa lata temu dopię­łam swego. Powiedzmy, że na początku tro­chę prze­sa­dza­łam z sza­leń­stwami, bo po raz pierw­szy zna­la­złam się w sytu­acji, w któ­rej mia­łam nagle dużo swo­body. Restryk­cyjne wycho­wa­nie w okre­sie nasto­let­nim było bar­dzo nie­zdrowe i dla­tego potem tro­chę mnie ponio­sło. Teraz lubi­łam myśleć, że okres deka­den­cji mam już za sobą.

To z Lia­mem cało­wa­łam się po raz pierw­szy. Wła­śnie skoń­czy­łam osiem­na­ście lat i odkry­wa­łam, do czego jestem zdolna, jeśli cho­dzi o uwo­dze­nie męż­czyzn. Ojciec zawsze trzy­mał mnie pod klo­szem, jak­bym była nie­ty­kalna. Ale Liam doty­kał mnie... wszę­dzie.

Nie spa­li­śmy ze sobą, za to robi­li­śmy wiele innych rze­czy. W końcu zro­zu­mie­li­śmy, że lepiej będzie, jeśli zosta­niemy przy­ja­ciółmi. Pomimo że byli­śmy wręcz dla sie­bie stwo­rzeni.

Po Lia­mie byłam w krót­kim, poważ­niej­szym związku z chło­pa­kiem o imie­niu Regan. Ale potem dowie­dzia­łam się, że on i jego kum­ple zało­żyli się o dzie­sięć tysięcy dola­rów o to, który z nich pierw­szy się ze mną prze­śpi. Tak wła­śnie, o dzie­sięć tysięcy dola­rów. Jakie to żało­sne. Co wię­cej, fakt, że mój ojciec miał rację, mówiąc mi, żebym ni­gdy nie ufała męż­czy­znom, dolał tylko oliwy do ognia. Zda­rze­nie to cał­ko­wi­cie mnie odmie­niło. Sta­łam się nie do pozna­nia. Posta­no­wi­łam, że w rela­cjach z męż­czy­znami będę zaspo­ka­jać tylko swoje potrzeby i nie dam im nic w zamian, zero sen­ty­men­tów i kropka.

- Ten facet z końca baru idzie w naszą stronę - powie­dział Liam pół godziny i trzy mar­tini póź­niej. - Mam uda­wać two­jego chło­paka?

- To mogłoby być zabawne, ale nie - odpar­łam, cie­kawa, co ten facet ma mi do powie­dze­nia.

Wyczu­łam za sobą czy­jąś obec­ność, ale zacho­wa­łam spo­kój. Liam nato­miast odwró­cił się i spoj­rzał na niego.

- W czym mogę pomóc, stary?

- Wła­ści­wie to chcia­łem zamie­nić parę słów z twoją kole­żanką.

Odwró­ci­łam się z uśmie­chem. Był bar­dzo przy­stojny, o wiele przy­stoj­niej­szy niż mi się wcze­śniej wyda­wało. Wysoki, miał ciemne blond włosy i ema­no­wał tą samą pew­no­ścią sie­bie, jaką cecho­wali się nie­mal wszy­scy męż­czyźni, któ­rych zna­łam. Pew­no­ścią sie­bie wyni­ka­jącą naj­zwy­czaj­niej z tego, że uro­dzili się w uprzy­wi­le­jo­wa­nym świe­cie.

Mru­gnął kilka razy.

- Kurwa... z bli­ska jesteś jesz­cze bar­dziej sek­sowna.

Nie musia­łam patrzeć na Liama, żeby widzieć, jak prze­wraca oczami.

- Tak? - zapy­ta­łam spo­koj­nie. Kom­ple­menty nic dla mnie nie zna­czyły.

Facet zaczął się jąkać, po czym z kie­szeni koszuli wyjął wizy­tówkę i podał mi ją.

- Bar­dzo chęt­nie zapro­sił­bym cię kie­dyś na kola­cję - powie­dział, a jego głos brzmiał teraz nieco pew­niej.

Spoj­rza­łam na kar­to­nik. Miał na imię Harry i był archi­tek­tem. Praw­do­po­dob­nie nie miał poję­cia, że mam zale­d­wie dwa­dzie­ścia lat. O to mi wła­śnie cho­dziło w cho­dze­niu do barów na Wall Street.

- Zasta­no­wię się nad tym - odpo­wie­dzia­łam.

Harry uśmiech­nął się, a ja dostrze­głam dołe­czek w jego lewym policzku. Odwza­jem­ni­łam uśmiech, a on poma­chał mi na poże­gna­nie. Nawet nie zapy­tał, jak mam na imię. Wło­ży­łam wizy­tówkę do torebki i odwró­ci­łam się do przy­ja­ciela, który patrzył na mnie z mie­sza­niną roz­ba­wie­nia i iry­ta­cji.

- Cza­sami prze­raża mnie, jak bar­dzo jesteś do mnie podobna.

Potrzą­snę­łam głową.

- Nie jeste­śmy do sie­bie wcale podobni i dobrze o tym wiesz.

Liam wes­tchnął.

- Facet, który w końcu się z tobą prze­śpi, będzie praw­dzi­wym szczę­ścia­rzem.

Spoj­rza­łam na niego gniew­nie.

- Cicho, nie zdra­dzaj mojej wiel­kiej, mrocz­nej tajem­nicy.

- Nie ma się czego wsty­dzić. Prze­szka­dza ci, że faceci kła­mią na temat tego, że upra­wiali z tobą seks?

Tak, to mnie dener­wo­wało.

- Jeśli muszą kła­mać, żeby poczuć się bar­dziej męscy, niech kła­mią. Jeśli ktoś chce znać prawdę, może mnie zapy­tać wprost.

- Jesteś jak modliszka. Wiesz o tym, prawda?

- Nikogo nie poże­ram, po pro­stu biorę to, czego chcę, a resztę odrzu­cam.

Liam roze­śmiał się.

- Jesteś taka naiwna. Pew­nego dnia jakiś facet sprawi, że stra­cisz rozum i będziesz musiała poże­gnać te wszyst­kie swoje femi­ni­styczne poglądy.

- To nie ma nic wspól­nego z femi­ni­zmem. Męż­czyźni wyko­rzy­stują kobiety od zara­nia dzie­jów, biorą to, czego chcą, i idą dalej. Co w tym złego, że robię to samo? Nie pozwolę na to, by ktoś inny czer­pał przy­jem­ność z mojego ciała. Ja chcę zaspo­ka­jać swoje potrzeby.

Liam spoj­rzał na mnie, jak­bym spa­dła z księ­życa.

- Każdy męż­czy­zna na świe­cie czer­pie przy­jem­ność już z samego patrze­nia na cie­bie, Mar­fil. Dotknię­cie two­jego ciała byłoby dla niego jak wygrana na lote­rii, uwierz mi.

To nie tak, że nikt ni­gdy nie dopro­wa­dził mnie do eks­tazy. Ale Liam nie musiał tego wie­dzieć. Nikt nie musiał.

Zamil­kłam na kilka minut, po czym w końcu powie­dzia­łam:

- Jesteś jedyną osobą, z którą była­bym skłonna pójść dalej. Bo jeste­śmy przy­ja­ciółmi.

Liam zakrztu­sił się piwem.

- I wła­śnie to mi mówi, że jesteś pijana. No dalej, chodźmy, odwiozę cię do domu.

Nie kła­ma­łam, mówiąc, że Liam jest jedy­nym męż­czy­zną, któ­remu mogła­bym się cał­ko­wi­cie oddać. Spo­śród wszyst­kich face­tów na świe­cie tylko jemu ufa­łam. Myśla­łam o tym wiele razy, bo choć mia­łam spore doświad­cze­nie w nie­mal wszyst­kim, co poprze­dzało seks, to bałam się pójść na całość. Od naj­młod­szych lat ojciec wpa­jał mi prze­ko­na­nie, że cnota jest naj­waż­niej­szą rze­czą, jaką posiada kobieta. A zakon­nice w szkole z inter­na­tem nie szczę­dziły szcze­gó­łów na temat wszyst­kich okrop­nych rze­czy, które mogą nas spo­tkać, jeśli ule­gniemy grze­chowi pożą­da­nia. Z jakie­goś powodu była to jedyna rzecz z tego okresu, którą wzię­łam sobie do serca. Wszy­scy wokół mnie wyda­wali się obse­syj­nie sku­pieni na dzie­wic­twie i jego utra­cie, i cho­ciaż despe­racko pra­gnę­łam się zbun­to­wać i w pew­nym sen­sie nawet to robi­łam, wciąż nie byłam w sta­nie zro­bić tego decy­du­ją­cego kroku.

Liam odwiózł mnie do domu swoim sza­rym Audi. Nie­dawno je kupił, więc sie­dze­nia wciąż pach­niały nowo­ścią. W prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści stu­den­tów nie miesz­ka­łam na tere­nie kam­pusu. Ojciec pozwo­lił mi prze­pro­wa­dzić się do Nowego Jorku pod warun­kiem, że to on zde­cy­duje, gdzie będę miesz­kać. Moje miesz­ka­nie znaj­do­wało się w Upper East Side, jed­nej z naj­droż­szych dziel­nic mia­sta. Dzie­liła je od kam­pusu zale­d­wie krótka prze­jażdżka metrem. Pew­nie zabrzmię jak roz­piesz­czona panienka, ale naprawdę zupeł­nie nie dba­łam o to, że miesz­ka­łam w jed­nym z naj­bar­dziej eks­klu­zyw­nych budyn­ków na Man­hat­ta­nie. Przez całe życie ota­czał mnie luk­sus i wiele osób uwa­żało mnie za wariatkę, bo w ogóle poszłam na stu­dia. Prze­cież było jasne, że odzie­dzi­czę for­tunę. Ale ja od zawsze wie­dzia­łam, że muszę iść wła­sną ścieżką.

Byłam świetna z mate­ma­tyki, więc eko­no­mia wydała się logicz­nym wybo­rem. Jed­nak przez nie­mal cały okres nasto­letni bła­ga­łam ojca, żeby pozwo­lił mi dołą­czyć do zespołu New York City Bal­let. Był nie­ubła­gany i ni­gdy nie wyra­ził na to zgody, a kiedy pró­bo­wa­łam mu się prze­ciw­sta­wić, zawsze szybko tego żało­wa­łam. Zosta­łam więc zmu­szona do porzu­ce­nia swo­ich marzeń o karie­rze tan­cerki. Jeśli więc posia­da­nie tego wiel­kiego miesz­ka­nia miało jakąś zaletę, to była nią moż­li­wość tań­cze­nia w domu, gdy tylko mia­łam na to ochotę.

Poca­ło­wa­łam Liama w poli­czek i obie­ca­li­śmy sobie, że spo­tkamy się jesz­cze przed week­en­dem. Poma­cha­łam do por­tiera, Nor­mana, gdy prze­cho­dzi­łam przez hol budynku do windy. Samotne miesz­ka­nie w Nowym Jorku może wyda­wać się odważ­nym posu­nię­ciem dla mło­dej kobiety, ale ta oko­lica była bar­dzo bez­pieczna. Miesz­kali tu głów­nie ban­kie­rzy, któ­rzy zaro­bili nie­bo­tyczne sumy na Wall Street. Mój ojciec był jed­nym z nich.

Miesz­ka­nie było urzą­dzone w stylu mini­ma­li­stycz­nym. Nie było w nim pra­wie żad­nych bibe­lo­tów, z wyjąt­kiem kilku jasno­ró­żo­wych, ozdob­nych podu­szek. Moje motto brzmiało: "Im mniej posia­dasz, tym mniej masz do sprzą­ta­nia", i ści­śle się go trzy­ma­łam. Mia­łam szczę­ście, że dys­po­no­wa­łam tak dużą prze­strze­nią, przy­naj­mniej jak na nowo­jor­skie stan­dardy: dwie sypial­nie (nie licząc pokoju dla per­so­nelu), dwie łazienki oraz otwartą prze­strzeń łączącą salon, jadal­nię i kuch­nię. Ponie­waż miesz­ka­łam sama, w dru­giej sypialni urzą­dzi­łam stu­dio taneczne i tam zwy­kle spę­dza­łam więk­szość czasu. Zain­sta­lo­wa­łam nawet drą­żek bale­towy i duże lustra, w któ­rych widzia­łam swoje odbi­cie, gdy relak­so­wa­łam się w rytm muzyki.

Na jed­nej ze ścian salonu moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka, Tamara, zaczęła malo­wać mural. Mogłam patrzeć na niego bez końca. Była to mie­szanka cyta­tów z naszych ulu­bio­nych ksią­żek, naszych zdjęć, tek­stów pio­se­nek, kwia­tów, a przede wszyst­kim róż­nej wiel­ko­ści oczu wyra­ża­ją­cych mnó­stwo emo­cji... Tami fascy­no­wała się ludz­kimi spoj­rze­niami, a ja byłam zdu­miona, jak nie­mal ide­al­nie potrafi prze­nieść je na każdą pła­ską powierzch­nię, o ile tylko miała pod ręką coś do malo­wa­nia. Kie­dyś nary­so­wała dla mnie Minionka na ser­wetce ze Star­bucksa, uży­wa­jąc jedy­nie patyczka do mie­sza­nia kawy i pianki z mojego frap­puc­cino.

Poło­ży­łam torebkę na wyspie kuchen­nej i od razu pode­szłam do lodówki, choć nie do końca wiem, po co. Jeśli cho­dzi o goto­wa­nie, byłam kom­plet­nym bez­ta­len­ciem. Kie­dyś pró­bo­wa­łam przy­go­to­wać zapie­kankę z mię­sem według prze­pisu mojej byłej maco­chy, ale zapo­mnia­łam, że wło­ży­łam ją do pie­kar­nika, i omal nie spa­li­łam całego miesz­ka­nia. Bez­piecz­niej było zama­wiać jedze­nie na wynos.

Zbli­żał się egza­min z mikro­eko­no­mii, posta­no­wi­łam więc tro­chę się pouczyć. Włą­czy­łam muzykę kla­syczną i zanim się zorien­to­wa­łam, odpły­nę­łam na kilka godzin. Kiedy otwo­rzy­łam oczy, zda­łam sobie sprawę, że zasnę­łam w bar­dzo nie­wy­god­nej pozy­cji. Usia­dłam, marząc, żeby ktoś zaniósł mnie do łóżka jak małą dziew­czynkę.

Nie mia­łam tyle szczę­ścia.

Poło­ży­łam pod­ręcz­nik na sto­liku do kawy i zawlo­kłam się do sypialni. Zwi­nę­łam się w kłę­bek pod białą puchową koł­drą i ogar­nęło mnie poczu­cie samot­no­ści. Nie cho­dziło o to, że było mi smutno, po pro­stu zawsze wokół mnie było dużo ludzi. W domu rodzin­nym Lupita, nasza gospo­sia, była dla mnie jak matka. Był też kie­rowca Peter, ogrod­nik Frank, a nawet Logan, ochro­niarz mojego ojca, jeśli ten był aku­rat w domu. W szkole z inter­na­tem dzie­li­łam pokój z czte­rema innymi dziew­czy­nami, w tym z Tami, więc pra­wie ni­gdy nie były­śmy same. Samot­ność w tym wiel­kim miesz­ka­niu cza­sami wywo­ły­wała we mnie irra­cjo­nalne lęki, naj­mniej­szy dźwięk potra­fił spra­wić, że w mojej gło­wie roz­gry­wał się hor­ror. Nie­na­wi­dzi­łam takich dni.

Zamknę­łam oczy, scho­wa­łam się pod koł­drą i zaczę­łam liczyć w myślach: jeden, dwa, trzy... osiem­na­ście... czter­dzie­ści cztery, czter­dzie­ści pięć... dwie­ście sześć. Gdzieś w oko­li­cach liczby pięć­set czter­dzie­ści trzy w końcu zasnę­łam.

Zanim się zorien­to­wa­łam, nad­szedł pią­tek. Zosta­łam zapro­szona do klubu na walen­tyn­kową imprezę dla sin­gli, ale nie sko­rzy­sta­łam z tej pro­po­zy­cji. Nie dla­tego, że nie lubię wycho­dzić - wręcz prze­ciw­nie, uwiel­biam to - ale zde­cy­do­wa­łam, że wolę zostać w domu i potań­czyć sobie albo obej­rzeć film. W samot­no­ści.

Po ponad dwóch i pół godzi­nie spę­dzo­nych przy drążku bale­to­wym na ćwi­cze­niu plié zało­ży­łam na try­kot obszerną białą koszulę i odna­la­złam wizy­tówkę Harry'ego.

Mogła­bym zadzwo­nić i zapy­tać, czy nie miałby ochoty pójść na kola­cję. To oszczę­dzi­łoby mi koniecz­no­ści zama­wia­nia kolej­nej pizzy w lokalu za rogiem. Ale wtedy przy­po­mnia­łam sobie, że prze­cież nawet nie zapy­tał mnie o imię. Co mia­łam zro­bić, napi­sać SMS o tre­ści: "Hej, to ja, ta przy­pad­kowa dziew­czyna z baru. Chcesz pójść na kola­cję w walen­tynki?". Nie ma, kurwa, mowy.

Na dwo­rze było jesz­cze jasno, więc wło­ży­łam leg­ginsy, narzu­ci­łam swe­ter, zało­ży­łam ręka­wiczki i moje ulu­bione trampki i wyszłam pobie­gać. Zwy­kle bie­ga­łam codzien­nie przez ponad godzinę, ale ni­gdy rano, bo nie zno­si­łam wsta­wać wcze­śniej, niż to było abso­lut­nie konieczne. Poza tym uwiel­bia­łam oglą­dać zachód słońca nad jezio­rem w Cen­tral Parku.

Poma­cha­łam Nor­ma­nowi z uśmie­chem i wyszłam na ulicę. Był wcze­sny wie­czór. Cen­tral Park zawsze tęt­nił życiem - rodziny z dziećmi na placu zabaw, ludzie wypro­wa­dza­jący psy, kar­miący kaczki lub spę­dza­jący czas w cie­niu drzew w cie­plej­sze dni. Kiedy słońce zaczęło opa­dać nisko nad hory­zon­tem, park opu­sto­szał i zostali jedy­nie bie­ga­cze. Roz­po­zna­łam kilku innych sta­łych bywal­ców. Mija­jąc się, ski­nę­li­śmy do sie­bie gło­wami. Raz popeł­ni­łam błąd i umó­wi­łam się z jed­nym z nich. Przy­się­głam sobie, że ni­gdy wię­cej tego nie zro­bię. Potem wku­rza­łam się, bo musia­łam zmie­niać trasę biegu, żeby nie wpaść przy­pad­kiem na ten dawny "romans".

Po inten­syw­nym, dłuż­szym niż zwy­kle tre­ningu zwol­ni­łam do tempa spa­ce­ro­wego, żeby zacząć się ochła­dzać. Dzień ustą­pił miej­sca prze­pięk­nej, bez­chmur­nej nocy, a świa­tła dra­pa­czy chmur migo­tały w wodzie. Kocha­łam to mia­sto. Wiele osób narze­kało, że jest tu zbyt tłoczno, że ludzie są w cią­głym ruchu i tak dalej i tak dalej. Całe życie spę­dzi­łam na wsi i prze­by­wa­nie tu, w tym wiel­kim mie­ście, spra­wiało, że czu­łam się czę­ścią cze­goś bar­dzo eks­cy­tu­ją­cego.

Pochy­li­łam się nad stru­mie­niem chłod­nej wody z fon­tanny, odsu­wa­jąc długi kucyk, żeby nie zmo­czyć wło­sów, kiedy nagle...

Nie zdą­ży­łam nawet krzyk­nąć.

Czy­jaś ręka chwy­ciła mnie w talii i pocią­gnęła do tyłu, a druga ręka zakryła mi usta wil­gotną szmatką, która obrzy­dli­wie śmier­działa. Pró­bo­wa­łam się opie­rać naj­bar­dziej jak mogłam, panika ogar­nęła moje ciało i umysł. Wal­czy­łam z całych sił, żeby się uwol­nić, ale osoba trzy­ma­jąca szmatkę na mojej twa­rzy dzia­łała spraw­nie i szybko. Powieki zaczęły mi cią­żyć, tra­ci­łam czu­cie w koń­czy­nach. Poczu­łam, że lecę do tyłu i opa­dam na kogoś wyso­kiego i umię­śnio­nego.

"Wsadź­cie ją do fur­go­netki". To były ostat­nie słowa, jakie usły­sza­łam, zanim cał­ko­wi­cie stra­ci­łam przy­tom­ność.

Rozdział 2. Marfil

Roz­dział 2

Mar­fil

Otwo­rzy­łam oczy. Leża­łam w szpi­tal­nej sali. Wokół nie było żywej duszy, towa­rzy­szył mi jedy­nie dźwięk urzą­dzeń. Spoj­rza­łam na swoje ciało i zoba­czy­łam, że mam na sobie zie­loną szpi­talną koszulę. Z lewej ręki wysta­wała mi rurka do kro­plówki, a na pra­wej mia­łam ban­daż. Serce zaczęło mi bić jak sza­lone, ale ponie­waż nie byłam pod­łą­czona do moni­tora, naj­wy­raź­niej sły­sza­łam to dud­nie­nie w swo­jej gło­wie.

Co się stało?

Drzwi się otwo­rzyły i do mojego łóżka pode­szła pie­lę­gniarka.

- Panno Cortés? Jak się pani czuje?

Mru­gnę­łam kilka razy, oszo­ło­miona.

- Gdzie ja jestem? Co się stało?

Pró­bo­wa­łam usiąść. Nie wiem, dokąd zamie­rza­łam uciec, ale instynkt pod­po­wia­dał mi, żebym wstała i ucie­kała, żeby się schro­nić... Tylko przed kim?

- Wszystko w porządku, nic pani nie jest - zapew­niła mnie.

Poczu­łam, jak łzy napły­wają mi do oczu, a w gło­wie kłę­biły mi się ostat­nie obrazy, jakie udało mi się przy­wo­łać z pamięci. Bie­ga­nie w parku, postój na łyk wody, ktoś zakry­wa­jący mi usta, ciem­ność, a potem...

Zanim zdą­ży­łam zapy­tać, co się stało, drzwi znów się otwo­rzyły i ku mojej wiel­kiej uldze do pokoju wszedł mój ojciec.

- Mar­fil... - powie­dział, pod­szedł do mnie i mnie objął. Przy­tu­li­łam twarz do jego piersi i wdy­cha­łam per­fumy Eau Sau­vage Diora zmie­szane z zapa­chem tyto­niu, który praw­do­po­dob­nie palił bez prze­rwy. - Dzięki Bogu, że się obu­dzi­łaś - powie­dział, gła­dząc moje włosy.

Nie byłam jakoś bli­sko zwią­zana z ojcem, i to nie tylko dla­tego, że więk­szość życia spę­dzi­łam za gra­nicą. Nato­miast ni­gdy nie czu­łam się szczę­śliw­sza niż teraz, gdy trzy­mał mnie w ramio­nach.

Kiedy się uspo­ko­iłam, wyja­śnił mi, co się stało.

- Zosta­łaś porwana, Mar­fil - powie­dział ponuro mój ojciec, zaci­ska­jąc usta w cienką linię.

Zna­le­ziono mnie nie­przy­tomną przed szpi­ta­lem w Nowym Orle­anie, pół­to­rej godziny drogi od mojego rodzin­nego domu w Baton Rouge. Na szczę­ście mia­łam przy sobie port­fel, dzięki czemu leka­rze mogli mnie ziden­ty­fi­ko­wać i skon­tak­to­wać się z moim ojcem.

- Nie zosta­wili nic, żad­nego listu, nie zażą­dali też okupu. Zda­łem sobie sprawę, że coś jest nie tak, kiedy dzwo­ni­łem do cie­bie w nie­dzielę i pięć razy włą­czała się poczta gło­sowa.

Nie­dziela! Boże! To zna­czy, że musia­łam być nie­przy­tomna przez co naj­mniej trzy dni.

- Kiedy usły­sza­łem, że nie ma cię w miesz­ka­niu i że nikt nie widział, jak wró­ci­łaś z bie­ga­nia w pią­tek wie­czo­rem, wie­dzia­łem już, że stało się coś strasz­nego.

Potrzą­snę­łam głową, nie mogąc tego ogar­nąć umy­słem.

- Poli­cja chcia­łaby z tobą poroz­ma­wiać. Na zewnątrz są dwaj funk­cjo­na­riu­sze. Cze­kali, aż się obu­dzisz.

Ojciec wyszedł z pokoju i wró­cił z dwoma poli­cjan­tami. Usia­dłam, byłam zde­ner­wo­wana, gdy zaczęli zada­wać mi pyta­nia. Ojciec przez cały czas nie spusz­czał ze mnie wzroku. Ni­gdy w życiu nie widzia­łam go tak zmar­twio­nego.

- Nic nie pamię­tam - powie­dzia­łam, czu­jąc, jak zasy­cha mi w ustach, a dło­nie zaczy­nają się pocić. - Pamię­tam tylko moment, w któ­rym na mnie napa­dli...

- Ani razu nie odzy­skała pani przy­tom­no­ści? - zapy­tał jeden z funk­cjo­na­riu­szy.

Potrzą­snę­łam głową, gorącz­kowo myśląc, ale nic nie przy­cho­dziło mi do głowy.

- Wszel­kie infor­ma­cje, które mogłaby nam pani prze­ka­zać, byłyby dla nas nie­zwy­kle pomocne, panno Cortés.

Ner­wowo spoj­rza­łam na ojca, a potem na pie­lę­gniarkę.

- Prze­pra­szam... - powie­dzia­łam drżą­cym gło­sem.

Ojciec zro­bił krok w moją stronę, patrząc mi pro­sto w oczy.

- Czy ist­nieje jaka­kol­wiek moż­li­wość, że oni... Czy oni ci coś zro­bili?

Zaczęły mi drżeć usta, więc przy­gry­złam wargi, pró­bu­jąc opa­no­wać prze­ra­że­nie, które mnie ogar­niało. Nie chcia­łam nawet myśleć o takiej moż­li­wo­ści. Prze­ra­żała mnie świa­do­mość, że stra­ci­łam cał­ko­wi­cie orien­ta­cję w tym, co się wokół mnie działo, że mogłam zna­leźć się w rękach mor­der­ców lub gwał­ci­cieli... Prze­cież mogło się wyda­rzyć dosłow­nie wszystko.

- Odpo­wiedz.

Pod­nio­słam wzrok i spoj­rza­łam na ojca, prze­ra­żona.

- Nic nie pamię­tam... - powtó­rzy­łam, spa­ra­li­żo­wana fak­tem, że nie mam poję­cia, co się ze mną działo.

- Chcę, żeby­ście ją natych­miast pod­dali peł­nemu bada­niu. Cokol­wiek zro­bi­li­ście wcze­śniej, to nie ma zna­cze­nia, chcę, żeby­ście powtó­rzyli dokład­nie wszyst­kie bada­nia.

Poli­cjanci spoj­rzeli na mojego ojca, a potem na mnie. Wyda­wali się skrę­po­wani, jakby sama myśl, że ktoś mógł mnie wyko­rzy­stać sek­su­al­nie, prze­ra­żała ich tak samo jak mnie.

- Zosta­wię pani swoją wizy­tówkę. Jeśli cokol­wiek sobie pani przy­po­mni, nawet jeśli wydaje się to nie­istotne, pro­szę się nie wahać i zadzwo­nić lub powia­do­mić nas na poste­runku - popro­sił jeden z funk­cjo­na­riu­szy.

Ski­nę­łam głową bez słowa, oba­wia­jąc się, że głos mi się zała­mie, jeśli spró­buję coś powie­dzieć.

Gdy funk­cjo­na­riu­sze wyszli, pie­lę­gniarka zapy­tała mnie, czy jestem w sta­nie cho­dzić, naj­wy­raź­niej potrak­to­wała pole­ce­nie mojego ojca poważ­nie. Wsta­łam, nie odczu­wa­jąc żad­nego bólu. Poczu­łam pewną ulgę. Gdy­bym padła ofiarą napa­ści sek­su­al­nej, z pew­no­ścią coś bym poczuła, choćby mini­malny dys­kom­fort, ale nic takiego nie miało miej­sca. Poszłam z pie­lę­gniarką do gabi­netu. Popro­siła mnie, abym poło­żyła się na fotelu gine­ko­lo­gicz­nym i wło­żyła stopy w strze­miona. Sta­ra­łam się nie roz­pła­kać i pra­gnę­łam jedy­nie, żeby ten kosz­mar się skoń­czył.

- Musimy spraw­dzić, czy nie ma śla­dów... jakich­kol­wiek pły­nów ustro­jo­wych. Nie stwier­dzi­li­śmy żad­nych zewnętrz­nych oznak wska­zu­ją­cych na napaść sek­su­alną, ale zanim przej­dziemy dalej, musimy upew­nić się, że nie masz nic prze­ciwko temu. Nawet jeśli twój ojciec nalega, jesteś peł­no­let­nia, więc to ty musisz wyra­zić zgodę... - wyja­śniła uprzej­mie lekarka, zaczy­na­jąc bada­nie.

Rozu­mia­łam, że ojciec chciał wszystko dokład­nie spraw­dzić. Dla mnie rów­nież było ważne, aby wyklu­czyć rze­czy, które mogły mi się przy­da­rzyć.

- Bada­nie nie wyka­zało żad­nych widocz­nych obra­żeń fizycz­nych ani obcego DNA - zapew­niła mnie. - Otrzy­ma­li­śmy wyniki two­ich badań krwi i testu na obec­ność wirusa HIV.

- AIDS? - Otwo­rzy­łam sze­roko oczy ze stra­chu, ale lekarka uśmiech­nęła się uspo­ka­ja­jąco.

- Nie AIDS, tylko HIV. Nie martw się, musie­li­śmy to po pro­stu spraw­dzić. To stan­dar­dowa pro­ce­dura. Wiem, że masz za sobą prze­ra­ża­jące, okropne doświad­cze­nie, ale na szczę­ście nic ci się nie stało. Mimo wszystko spró­buj się teraz zre­lak­so­wać.

Ski­nę­łam głową, a po chwili pie­lę­gniarka przy­nio­sła moje ubra­nia, żebym mogła prze­brać się ze szpi­tal­nej koszuli. Chcia­łam tylko wró­cić do domu i zapo­mnieć, że coś takiego w ogóle się zda­rzyło.

Wypi­sano mnie ze szpi­tala. Peter Ver­tes, kie­rowca mojego ojca, cze­kał przed wej­ściem, aby zawieźć nas do domu. Ojciec sie­dział z przodu na fotelu pasa­żera, przez całą drogę roz­ma­wia­jąc przez tele­fon, pod­czas gdy ja pró­bo­wa­łam ogar­nąć fakt, że zale­d­wie trzy dni temu moim naj­więk­szym zmar­twie­niem był egza­min z mikro­eko­no­mii.

Nie mogłam powstrzy­mać się od ner­wo­wego roz­glą­da­nia się, gdy wysia­dłam z samo­chodu i wcho­dzi­łam po scho­dach do ogrom­nej, bia­łej rezy­den­cji, w któ­rej dora­sta­łam. Lupita, która prak­tycz­nie wycho­wała mnie od nie­mow­lę­cia, wyszła mi na powi­ta­nie ze łzami w oczach. Uści­skała mnie mocno, a ja odwza­jem­ni­łam jej uścisk, powstrzy­mu­jąc płacz.

- Mar­fil! - powie­działa, ocie­ra­jąc twarz far­tu­chem. - Nie masz poję­cia, jak bar­dzo wszy­scy się o cie­bie mar­twi­li­śmy.

- Nic mi nie jest, Lupito, na szczę­ście jestem już w domu - powie­dzia­łam, pró­bu­jąc ją uspo­koić, a jed­no­cze­śnie byłam taka szczę­śliwa, że zna­la­złam się w bez­piecz­nym miej­scu.

- Przy­go­tuję ci coś cie­płego na kola­cję, dobrze? Weź prysz­nic, kocha­nie.

Ojciec znik­nął w kory­ta­rzu z tele­fo­nem przy­kle­jo­nym do ucha i miną suge­ru­jącą, że nie należy mu prze­szka­dzać. Byłam wdzięczna, że z całych sił sta­rał się dowie­dzieć, dla­czego, do dia­bła, ktoś mnie porwał, a przy tym nie zada­wał mi żad­nych pytań.

Gdy sta­łam pod prysz­ni­cem, nie mogłam pozbyć się wra­że­nia, że to jesz­cze nie koniec. Coś mi pod­po­wia­dało, że porwa­nie było jedy­nie ostrze­że­niem dla mojego ojca. Ale przed czym? Nie było tajem­nicą, że ojciec ma mnó­stwo pie­nię­dzy. I dla­tego nie miał sensu fakt, że nikt nie zażą­dał okupu. Z jakiego innego powodu ktoś miałby porwać córkę Ale­jan­dro Cortésa?

Po prysz­nicu Lupita przy­nio­sła mi fili­żankę paru­ją­cej zupy i talerz pie­czo­nej woło­winy z ziem­nia­kami. Nie zda­wa­łam sobie sprawy, jak bar­dzo jestem głodna, dopóki zapach nie ogar­nął wszyst­kich moich zmy­słów. Zja­dłam kola­cję w łóżku, z tele­wi­zo­rem gra­ją­cym w tle, a przez głowę prze­my­kały mi miliony myśli. Liam wysłał mi tysiąc wia­do­mo­ści, więc zadzwo­ni­łam do niego, żeby prze­stał się mar­twić.

- Kiedy zadzwo­nił do mnie twój ojciec, omal, kurwa, nie dosta­łem zawału! - wykrzyk­nął. - Prze­słu­chi­wał mnie, jak­bym miał coś wspól­nego z twoim znik­nię­ciem. Boże, Mar­fil, tak się mar­twi­łem!

- Nie przej­muj się nim. Poza Tami jesteś jed­nym z nie­wielu przy­ja­ciół, o któ­rych mu wspo­mnia­łam, a on nie wie­dział, z kim ma jesz­cze się skon­tak­to­wać.

Liam chciał wszystko wie­dzieć i pro­sił mnie, żebym dokład­nie opi­sała, co się wyda­rzyło, co pamię­tam, a czego nie, ale to była ostat­nia rzecz, na jaką mia­łam ochotę. Musia­łam odpo­cząć. Czu­łam, że powieki mi ciążą i mimo że byłam bez­pieczna w domu, strach w żad­nym stop­niu się nie zmniej­szył.

- Poroz­ma­wiamy, kiedy wró­cisz do Nowego Jorku - powie­dział Liam.

Dla­czego, do dia­bła, ktoś prze­wiózł mnie z Nowego Jorku do Nowego Orle­anu, i co wię­cej, jak to zro­bił?

Te myśli krą­żyły nie­ustan­nie w mojej gło­wie, pod­czas gdy oczy same mi się zamy­kały i zapa­dłam w głę­boki, nie­spo­kojny sen.

Obu­dzi­łam się w burzowy dzień. Jakby pogoda chciała odzwier­cie­dlić mój nastrój. Spoj­rza­łam przez okno na roz­le­gły zie­lony traw­nik ota­cza­jący rezy­den­cję. Zawsze lubi­łam tu być. Świa­do­mość, że to moja matka zmie­niła tę wielką i impo­nu­jącą posia­dłość w przy­tulny dom, spra­wiała, że czu­łam przy­jemne cie­pło w sercu. Drew­niane pod­łogi w całym domu, meble, wypo­sa­że­nie. Jed­nak spo­śród wszyst­kich pomiesz­czeń moim ulu­bio­nym miej­scem była ogromna kuch­nia, gdzie jako małe dziew­czynki spę­dza­ły­śmy z sio­strą więk­szość czasu, pie­kąc z Lupe cia­steczka i pod­kra­da­jąc kostki cukru, by potem dać je koniom. Kuch­nię rów­nież zapro­jek­to­wała moja matka, która wie­rzyła, że jest ona ser­cem domu. Teraz, gdy nie cho­dzi­ły­śmy już razem z Gabi do szkoły, naszym ulu­bio­nym miej­scem spo­tkań pod­czas waka­cji stał się salon z dużym komin­kiem, gdzie sia­dy­wa­ły­śmy przy ogniu, pie­kąc pianki mar­sh­mal­low i nad­ra­bia­jąc zale­gło­ści w opo­wie­ściach z naszego życia.

Szybko zało­ży­łam leg­ginsy i bluzę i zeszłam na śnia­da­nie, szu­ka­jąc w tele­fo­nie naj­bliż­szego lotu do Nowego Jorku. Opu­ści­łam już kilka zajęć i będę musiała poroz­ma­wiać z wykła­dowcą mikro­eko­no­mii, modląc się, żeby mi pozwo­lił ponow­nie przy­stą­pić do egza­minu, na który nie dotar­łam. Powin­nam była bar­dziej mar­twić się tym, co się stało, ale wciąż nie byłam w sta­nie sobie niczego przy­po­mnieć. Bałam się, ale skoro nie potra­fi­łam przy­wo­łać z pamięci żad­nego obrazu, mój strach wyda­wał się irra­cjo­nalny.

Weszłam do kuchni i zasta­łam Lupitę obie­ra­jącą ziem­niaki. Zapach kawy wypeł­niał pomiesz­cze­nie, co ozna­czało, że ojciec musiał wciąż być w domu. Ni­gdy nie spo­tka­łam nikogo tak uza­leż­nio­nego od kofe­iny jak on. Ja nato­miast nie odzie­dzi­czy­łam jego zami­ło­wa­nia do tego gorz­kiego napoju. Na śnia­da­nie wola­łam szklankę cie­płego mleka z mio­dem.

Lupita uśmiech­nęła się, gdy mnie zoba­czyła, i zanim zdą­ży­łam poli­czyć do dzie­się­ciu, posta­wiła przede mną śnia­da­nie.

- Twój tata chce, żebyś przy­szła do jego gabi­netu, gdy tylko skoń­czysz jeść, kocha­nie.

Ski­nę­łam głową. Wkła­da­łam do ust jedną łyżkę płat­ków za drugą. Szybko skoń­czy­łam śnia­da­nie i podzię­ko­wa­łam Lupi­cie. Prze­szłam przez salon. Były w nim ciem­no­brą­zowe skó­rzane sofy, gruby per­ski dywan, sześć­dzie­się­cio­ca­lowy tele­wi­zor oraz długi stół, przy któ­rym jada­li­śmy pod­czas wyjąt­ko­wych oka­zji: Bożego Naro­dze­nia, Święta Dzięk­czy­nie­nia, moich uro­dzin lub uro­dzin Gabrielli, jeśli nie była wtedy u swo­jej matki.

Prze­szłam dłu­gim kory­ta­rzem pro­wa­dzą­cym do gabi­netu ojca. Nie­na­wi­dzi­łam tego miej­sca, ponie­waż na ścia­nach wisiały wypchane głowy mar­twych zwie­rząt. Ojciec był myśli­wym polu­ją­cym na grubą zwie­rzynę. Wyda­wał for­tunę na podróże do naj­od­le­glej­szych zakąt­ków świata w poszu­ki­wa­niu wyjąt­ko­wych tro­feów, które potem wie­szał na ścia­nie. Wciąż pamię­tam, jak kie­dyś nale­gał, bym z nim poje­chała. Nie tylko zmu­sił mnie do zabi­cia jele­nia, ale potem "ochrzcił" mnie, oble­wa­jąc jego krwią od stóp do głów. On i jego przy­ja­ciele dobrze się bawili, gdy ja sta­łam tam, szlo­cha­jąc. Do dziś drę­czą mnie z tego powodu kosz­mary. Zarówno moja sio­stra, jak i ja od zawsze były­śmy zago­rza­łymi obroń­czy­niami zwie­rząt i obu­rzał nas fakt, że ojciec spę­dza wolny czas na zabi­ja­niu ich dla wła­snej przy­jem­no­ści.

Zanim weszłam, zapu­ka­łam do drzwi. Ojciec sie­dział przy swoim ogrom­nym biurku, a przed nim stał Logan Price. Odkąd pamię­tam, Logan kie­ro­wał zespo­łem ochrony mojego ojca. Gdzie­kol­wiek ojciec się uda­wał, Logan mu towa­rzy­szył. Było to dla mnie tak nor­malne, że ni­gdy nie zasta­na­wia­łam się, w zasa­dzie przed czym go chroni. Ojciec, z uro­dze­nia Kolum­bij­czyk, wyemi­gro­wał z Kolum­bii do Sta­nów Zjed­no­czo­nych w wieku zale­d­wie dwu­dzie­stu lat. Był geniu­szem, który zbu­do­wał wie­lo­mi­lio­nową for­tunę od zera. Kupił zie­mię w Kolum­bii, gdy ceny były tak niskie, że prak­tycz­nie roz­da­wano ją za darmo, i zało­żył win­nice, które obec­nie zaopa­trują całe połu­dnie w wyśmie­nite wina. Miał też bar­dzo bli­skie rela­cje z pre­zy­den­tem Kolum­bii. Pro­wa­dzili dłu­gie roz­mowy przy cyga­rach.

Tak, Ale­jan­dro Cortés był czło­wie­kiem suk­cesu, ale wobec nas był bar­dzo powścią­gliwy. Pra­wie ni­gdy nie roz­ma­wiał z moją sio­strą i ze mną o swo­jej pracy ani o nie­ustan­nych podró­żach. Moją matkę poznał w Rosji, a mie­siąc póź­niej wzięli ślub. Pół­tora roku póź­niej uro­dzi­łam się ja. Nad komin­kiem, wła­śnie w jego gabi­ne­cie, wisiało opra­wione w ramkę jej zdję­cie. Pau­lina Kozlova olśnie­wała urodą. Była wspa­niałą kobietą o wydat­nych kościach policz­ko­wych, peł­nych, uwo­dzi­ciel­skich ustach, zło­ci­stych blond lokach i wiel­kich szma­rag­do­wo­zie­lo­nych oczach. Byłam do niej podobna, choć odzie­dzi­czy­łam po ojcu ciemne włosy. Serce ści­skało mi się w piersi za każ­dym razem, gdy patrzy­łam na to zdję­cie. Nie­na­wi­dzi­łam faktu, że mia­łam tylko jedno wspo­mnie­nie o mojej matce: jej mar­twe oczy skie­ro­wane pro­sto na mnie, pod­czas gdy wokół niej na pod­ło­dze powięk­sza się kałuża krwi.

Logan odwró­cił się, gdy zamknę­łam za sobą drzwi, wita­jąc mnie oszczęd­nym "Dzień dobry, panno Cortés", i odsu­nął mi krze­sło.

Ojciec oparł łok­cie na biurku i spoj­rzał na mnie.

- Roz­ma­wia­li­śmy o tym, co się stało, Mar­fil, i jedy­nym wnio­skiem, do jakiego doszli­śmy, jest to, że porwano cię i przy­wie­ziono tutaj, nie żąda­jąc niczego w zamian, po pro­stu po to, by wysłać mi wia­do­mość. By poka­zać mi, jak łatwo jest do cie­bie dotrzeć, oraz dać mi do zro­zu­mie­nia, że mogą to powtó­rzyć, kiedy tylko zechcą.

Żad­nego "Jak się czu­jesz, kocha­nie?". Ojciec, jak to miał w zwy­czaju, prze­szedł od razu do sedna.

Zaci­snę­łam pię­ści, sta­ra­jąc się nie oka­zać, jak bar­dzo prze­raża mnie myśl, że coś takiego mogłoby zda­rzyć się ponow­nie.

- Ale dla­czego? Z jakiego powodu?

Ojciec odchy­lił się do tyłu, wzru­sza­jąc ramio­nami.

- Wiele osób ma mi za złe mój suk­ces, a nawet mnie za to nie­na­wi­dzi, Mar­fil. Myślę, że pró­bo­wali dotrzeć do mnie, posłu­gu­jąc się tobą.

Logan, który wpa­try­wał się wcze­śniej w okno, teraz odwró­cił się do nas z poważną miną.

- Dopóki nie usta­limy, kto za tym stoi i co chciał osią­gnąć, pory­wa­jąc cię, będziesz potrze­bo­wała ochrony, żeby mieć pew­ność, że to się nie powtó­rzy.

O nie...

Ojciec wie­dział, co powiem, zanim jesz­cze otwo­rzy­łam usta.

- Bła­ga­łaś mnie, żebym nie zatrud­niał dla cie­bie ochrony, Mar­fil, a ja byłem głup­cem, że się na to zgo­dzi­łem. Nie posłu­cha­łem ostrze­żeń moich ochro­nia­rzy, a teraz spójrz, co się stało. To się naprawdę wyda­rzyło. Mogłaś zostać zgwał­cona... albo zabita!

Prze­łknę­łam ślinę, czu­jąc, jak krew pul­suje w moim ciele.

- Ale...

Ojciec wstał i pod­szedł do barku koło biurka.

- Żad­nych "ale", Mar - powie­dział, otwie­ra­jąc butelkę szkoc­kiej i nale­wa­jąc tro­chę do szklanki. - Nie zamie­rzam dłu­żej ryzy­ko­wać. Od początku nie powi­nie­nem był ci ustę­po­wać.

Spoj­rza­łam na Logana, a potem na ojca. Obaj wyda­wali się bar­dzo poważni i zde­cy­do­wani.

- Nie mogę pro­wa­dzić nor­mal­nego, codzien­nego życia, jeśli cały czas będzie towa­rzy­szył mi ochro­niarz, tato.

- Wola­ła­byś, żeby to się powtó­rzyło?

Nie mia­łam żad­nego dobrego argu­mentu i byłam wście­kła, że musia­łam po pro­stu sie­dzieć tam w mil­cze­niu.

- Dopóki nie wyja­śnimy, co się stało, musisz być pod ochroną przez całą dobę. Ja rów­nież wzmac­niam swoją ochronę. Gabriella też będzie miała ochro­nia­rza, kiedy wróci do domu. Na razie jest bez­pieczna w szkole, ale nie zamie­rzam pozwo­lić na to, żeby kto­kol­wiek kie­dy­kol­wiek jesz­cze raz porwał któ­rąś z moich córek.

- Więc uwa­żasz, że ktoś powi­nien mnie pil­no­wać dzień i noc?!

Logan zro­bił krok naprzód i odpo­wie­dział w imie­niu ojca.

- Tylko dopóki nie wyja­śnimy, co się stało, panno Cortés - oznaj­mił. - Mamy już naj­lep­szych pry­wat­nych detek­ty­wów, któ­rzy spraw­dzają, kto panią porwał.

- Pry­watni detek­tywi? Czy nie byłoby lepiej zosta­wić to w rękach poli­cji?

- Poli­cja działa powoli, kocha­nie, są prze­pra­co­wani i nie­do­fi­nan­so­wani. Wolę zapła­cić pro­fe­sjo­na­li­stom, zamiast sie­dzieć i patrzeć z zało­żo­nymi rękami na nie­kom­pe­ten­cję poli­cjan­tów - odparł ojciec.

Zamknę­łam usta. Oczy­wi­ście nie chcia­łam, żeby coś takiego się powtó­rzyło. Mimo to czu­łam się poko­nana. Tak bar­dzo wal­czy­łam, by prze­ko­nać ojca, że nie potrze­buję ochrony, a teraz wszystko poszło na marne.

- Mamy dla cie­bie naj­lep­szego ochro­nia­rza, jakiego udało nam się zna­leźć. Słu­żył w armii ame­ry­kań­skiej i został odzna­czony za odwagę. Mie­li­śmy szczę­ście, że zgo­dził się przy­jąć tę pracę.

Wes­tchnę­łam, wie­dząc, że walka jest prze­grana.

- Nie chcę, żeby kto­kol­wiek w szkole wie­dział, że mam ochro­nia­rza, tato.

- Już o tym pomy­śle­li­śmy. Będzie dzia­łał pod przy­krywką. Nikt nie będzie wie­dział, dla­czego tam jest, chyba że sama komuś powiesz. Poin­for­mo­wa­li­śmy też uczel­nię, więc będzie mógł ucho­dzić za stu­denta i wszę­dzie ci towa­rzy­szyć. Nie musisz się o nic mar­twić, będzie tak, jakby go w ogóle nie było. Obie­cuję.

Było to pew­nego rodzaju pocie­sze­niem, choć wąt­pi­łam, żeby żoł­nierz mógł pozo­stać nie­zau­wa­żony w tłu­mie zło­żo­nym głów­nie ze stu­den­tów.

- Twoje miesz­ka­nie ma dwie sypial­nie i oddzielny pokój dla per­so­nelu. Wysła­łem już kogoś, żeby przy­go­to­wał miej­sce dla pana Moore'a.

Cho­lera, moje stu­dio tańca. Nie mogłam powstrzy­mać fru­stra­cji i zło­ści. Nie cho­dziło o to, że nie doce­nia­łam tego, co robił dla mnie ojciec, ale dener­wo­wało mnie, że ktoś cały czas będzie mi się krę­cił po domu. Tak, wciąż się bałam, ale nie chcia­łam żyć w stra­chu. Nie chcia­łam cią­głego przy­po­mi­na­nia sobie, że ktoś może mnie znowu skrzyw­dzić albo przy­naj­mniej spró­bo­wać to zro­bić. Wie­dzia­łam jed­nak, że w tych oko­licz­no­ściach nie mia­łam nic do powie­dze­nia.

- Jak myślisz, ile czasu zaj­mie usta­le­nie, kto za tym stoi?

Ojciec usiadł.

- Nie wiem, ale zapew­niam cię, że jest to mój prio­ry­tet.

Ski­nę­łam głową, gotowa do wyj­ścia.

- Mogę już iść?

Ojciec zgo­dził się i znów spoj­rzał na kom­pu­ter. Nawet jesz­cze nie spo­tka­łam tego pana Moore'a, kim­kol­wiek był, a już go nie lubi­łam.

Rozdział 3. Marfil

Roz­dział 3

Mar­fil

Ojciec zor­ga­ni­zo­wał wszystko tak, żeby Logan pole­ciał ze mną następ­nego dnia do Nowego Jorku, gdzie pan Moore miał na nas cze­kać na lot­ni­sku. Nie mogli­śmy sko­rzy­stać z pry­wat­nego samo­lotu, ponie­waż ojciec bar­dzo wcze­śnie rano wyla­ty­wał do Puerto Rico. Zresztą i tak mi na tym nie zale­żało.

Czu­łam się nie­zwy­kle bez­piecz­nie z Loga­nem sie­dzą­cym obok mnie w pierw­szej kla­sie. Nie byłam wielką fanką lata­nia, więc zawsze wola­łam podró­żo­wać z kimś. Jed­nak poza stra­chem przed lata­niem wciąż byłam wstrzą­śnięta tym, co się wyda­rzyło, i to wła­śnie głów­nie zaj­mo­wało moje myśli. Chcia­łam tylko, żeby wszystko wró­ciło do normy. Lecz zosta­łam porwana tak bli­sko domu, że mia­sto, które tak bar­dzo kocha­łam, wyda­wało mi się teraz wro­gie.

Kiedy wysia­dłam z samo­lotu i wyłą­czy­łam tryb samo­lo­towy w iPho­nie, dosta­łam wia­do­mość od Liama, w któ­rej napi­sał, że przy­nie­sie mi kola­cję i żebym się o nic nie mar­twiła, bo zaopie­kuje się mną tak, jak­bym była jego dziew­czyną. To wywo­łało uśmiech na mojej twa­rzy. Cza­sami zasta­na­wia­łam się, dla­czego nie jeste­śmy parą, ale potem przy­po­mi­na­łam sobie o naszej przy­jaźni i wszel­kie pomy­sły, by pójść o krok dalej, wypa­ro­wy­wały mi z głowy.

Wcale nie cie­szyła mnie per­spek­tywa dzie­le­nia miesz­ka­nia z nie­zna­jo­mym. Skoro ten Moore miał w nim zamiesz­kać razem ze mną, to z pew­no­ścią będę spo­koj­niej­sza, jeśli Liam też tam będzie - przy­naj­mniej dopóki nie przy­zwy­czaję się do swo­jego body­gu­arda. Ochro­nia­rze mnie dener­wo­wali. Nie­ustan­nie przy­po­mi­nali mi, że może wyda­rzyć się coś złego.

Kiedy zgi­nęła moja matka, ojciec zaostrzył środki bez­pie­czeń­stwa do gra­nic moż­li­wo­ści.

Ni­gdy ni­gdzie nie wycho­dził bez Logana, nawet jeśli zatrzy­my­wał się tylko po to, by kupić butelkę wody. Gabriella i ja ni­gdy nie mia­ły­śmy wła­snych ochro­nia­rzy, ale tylko dla­tego, że były­śmy zamknięte w szkole z inter­na­tem, a tam nie było takiej potrzeby. Poza tym, w prze­ci­wień­stwie do naszego ojca, który był znaną posta­cią, nasza pry­wat­ność była zawsze ści­śle chro­niona.

Sytu­acja zmie­niła się, kiedy prze­pro­wa­dzi­łam się do Nowego Jorku. Tu nie było tak jak w Anglii, co do któ­rej ojciec był bar­dziej wyro­zu­miały, niż się spo­dzie­wa­łam. A teraz, kiedy zosta­łam porwana, nie było na świe­cie osoby, która prze­ko­na­łaby go, żeby nie przy­dzie­lił mi ochrony. Draż­niło mnie to, a jed­no­cze­śnie przy­no­siło ulgę. Nie będę kła­mać - cała ta sytu­acja mnie prze­ra­żała, ale jesz­cze bar­dziej prze­ra­żała świa­do­mość, że powody mojego porwa­nia wciąż pozo­sta­wały tajem­nicą. I cią­gle nie mogłam pozbyć się drę­czą­cego mnie prze­czu­cia, że naj­gor­sze dopiero nadej­dzie.

Pró­bo­wa­łam odsu­nąć te myśli na bok, idąc z Loga­nem dłu­gim kory­ta­rzem lot­ni­ska. Tak wiele wyda­rzyło się w tak krót­kim cza­sie. Jedyne, czego teraz pra­gnę­łam, to wziąć gorącą kąpiel i poło­żyć się do łóżka, a potem obu­dzić się rano i odkryć, że wszystko było tylko złym snem.

- Panno Cortés, nie odwiozę pani do miesz­ka­nia. Mój samo­lot odla­tuje za dwie godziny. Od tej pory zaj­mie się panią pan Moore, dobrze?

Zaj­mie się mną? Nagle poczu­łam się, jak­bym była trzy­let­nim dziec­kiem.

Ski­nę­łam głową i mil­cza­łam, aż dotar­li­śmy do auto­ma­tycz­nych drzwi pro­wa­dzą­cych do hali przy­lo­tów peł­nej podróż­nych oraz męż­czyzn w gar­ni­tu­rach trzy­ma­ją­cych tabliczki z nazwi­skami.

Kiedy szłam w kie­runku bar­dzo przy­stoj­nego męż­czy­zny trzy­ma­ją­cego tabliczkę z moim imie­niem, który miał teraz być moim ochro­nia­rzem, serce zaczęło mi mocno bić. Logan pod­szedł do niego i pokle­pał go po ple­cach, jakby już się znali. Ja nato­miast sta­łam tam, nie mogąc oddy­chać, jakby całe powie­trze zostało nagle wyssane z moich płuc. Ni­gdy wcze­śniej wygląd żad­nego męż­czy­zny nie spra­wił, żeby moje ciało zare­ago­wało w tak gwał­towny spo­sób. Pierw­szy raz w życiu czu­łam coś takiego. Mogła­bym spró­bo­wać to opi­sać, ale słowa raczej nie odda­dzą tego w pełni.

- Panno Cortés - powie­dział, wycią­ga­jąc rękę - nazy­wam się Seba­stian Moore. Od tej chwili będę odpo­wia­dał za pani bez­pie­czeń­stwo.

Seba­stian... Kurwa. Czy jego imię też musi być tak nie­sa­mo­wi­cie sek­sowne?

Potrze­bo­wa­łam kilku sekund, żeby otrzą­snąć się z oszo­ło­mie­nia, i wycią­gnę­łam rękę, by uści­snąć jego dłoń. Kiedy nasze dło­nie się zetknęły, poczu­łam motyle w brzu­chu. Czy to było wła­śnie to, o czym opo­wia­dał mi Liam?

Poczu­łam się jak mała, bez­radna dziew­czynka... To uczu­cie było mi zupeł­nie obce. Seba­stian nato­miast patrzył na mnie bez wyrazu, z cał­ko­witą obo­jęt­no­ścią, jak na jakąś cho­lerną ławkę w parku.

Pospiesz­nie zało­ży­łam oku­lary prze­ciw­sło­neczne. Musia­łam upo­rząd­ko­wać myśli, żeby nie poka­zać po sobie, jak bar­dzo spo­tka­nie z tym męż­czy­zną na mnie wpły­nęło.

- Zosta­wiam panią w dobrych rękach, pro­szę się nie mar­twić - powie­dział do mnie Logan, po czym uści­snął dłoń Seba­stia­nowi.

Patrzy­łam, jak Logan mówi do niego coś, czego nie usły­sza­łam i co mnie w zasa­dzie nie obcho­dziło. Chło­nę­łam wzro­kiem Seba­stiana Moore'a. Był wysoki, o kilka cen­ty­me­trów wyż­szy od Liama, a żeby poca­ło­wać Liama, musia­łam sta­wać na pal­cach. Wyglą­dał na sil­nego na tyle, by pod­nieść mnie jedną ręką... dokład­nie tak, jak lubi­łam. Miał jasno­brą­zowe włosy, deli­katny zarost na bro­dzie, który, jak sobie od razu wyobra­zi­łam, musiał być kłu­jący w dotyku, kwa­dra­tową linię szczęki i atle­tyczną syl­wetkę, z dużymi bicep­sami odzna­cza­ją­cymi się pod ręka­wami jego ele­ganc­kiej mary­narki. Szcze­rze mówiąc, mógłby ucho­dzić za jed­nego z nowo­jor­skich milio­ne­rów miesz­ka­ją­cych w mojej oko­licy, choć wyda­wał się nie­sa­mo­wi­cie młody.

Ile miał lat? Dwa­dzie­ścia pięć? Dwa­dzie­ścia sześć? Nagle bar­dzo chcia­łam dowie­dzieć się o nim wszyst­kiego... Co się ze mną działo?

O dziwo, byłam na tyle przy­tomna, żeby w ogóle poże­gnać się z Loga­nem. Jed­nak gdy tylko ten się odda­lił, dotarła do mnie świa­do­mość, że zosta­łam sam na sam z moim nowym ochro­nia­rzem. Zaczę­łam się ner­wowo bawić wło­sami, nie wie­dząc, co zro­bić ani co powie­dzieć. Na szczę­ście nie musia­łam się zbyt długo stre­so­wać.

- Nie zapar­ko­wa­łem daleko. Chodź, wezmę twoje torby.

Kiedy byłam z ojcem, zawsze woził nas kie­rowca, ale w Nowym Jorku świet­nie radzi­łam sobie sama, jeź­dzi­łam tak­sówką, Ube­rem, a nawet metrem. Jed­nak Seba­stian przy­je­chał czar­nym Audi, które stało na par­kingu lot­ni­ska. Pod­szedł od strony kie­rowcy, a ja cze­ka­łam, aż otwo­rzy drzwi pasa­żera.

- Usiądź z tyłu - rzu­cił do mnie.

Mru­gnę­łam kilka razy. Brzmiało to jak roz­kaz, co było nieco dziwne, bo ewi­dent­nie nie zamie­rzał otwo­rzyć mi drzwi. Nie cho­dziło o to, że mia­łam się za jakąś księż­niczkę, wręcz prze­ciw­nie, ale byłam tak przy­zwy­cza­jona do suro­wych zasad, jakie ojciec narzu­cał swoim pra­cow­ni­kom w mojej obec­no­ści, że zacho­wa­nie tego faceta mnie zasko­czyło. Lupe była jedyną osobą, która od czasu do czasu pozwa­lała sobie na brak for­mal­no­ści, i to też tylko wtedy, gdy były­śmy same.

Jecha­łam na tyl­nym sie­dze­niu, nie­ustan­nie spo­glą­da­jąc na jego odbi­cie w lusterku wstecz­nym. Nie miał żad­nych pro­ble­mów z orien­ta­cją w tere­nie i już po trzech minu­tach kie­ro­wa­li­śmy się w stronę Man­hat­tanu. Musie­li­śmy jesz­cze prze­je­chać przez całe Queens, co ozna­czało kolejne pół godziny jazdy. Czy on w ogóle zamie­rzał ze mną poroz­ma­wiać?

- Chcia­ła­bym wie­dzieć, jakie dokład­nie roz­kazy wydał ci mój ojciec... - powie­dzia­łam po pięt­na­stu minu­tach gro­bo­wej ciszy.

Seba­stian na uła­mek sekundy ode­rwał wzrok od drogi i spoj­rzał w moje oku­lary prze­ciw­sło­neczne.

- Roz­kazy? - zapy­tał.

Nagle to słowo zabrzmiało bar­dzo nie­grzecz­nie.

- No, instruk­cje, wska­zówki, wytyczne, jak­kol­wiek chcesz to nazwać.

- Moim zada­niem jest cię chro­nić i infor­mo­wać two­jego ojca o wszyst­kim, co się może nagle wyda­rzyć, kiedy jesteś ze mną.

Kiedy jestem z nim. Oczy­wi­ście, a nie na odwrót.

Nie chcia­łam już dłu­żej roz­ma­wiać. Ten chłodny, obo­jętny ton zaczy­nał mnie iry­to­wać, a jed­no­cze­śnie jego głę­boki, niski głos przy­pra­wiał mnie o gęsią skórkę.

Dotar­li­śmy na moją ulicę w rekor­do­wym cza­sie. Było jasne, że pręd­kość nie nale­żała do zagro­żeń, przed któ­rymi sta­rał się mnie chro­nić. Zapar­ko­wa­li­śmy samo­chód w garażu, a kiedy wszedł za mną do windy, przy­po­mnia­łam sobie, że będę musiała dzie­lić z nim miesz­ka­nie.

Kurwa.

Cisza panu­jąca w nie­wiel­kiej prze­strzeni windy była ogłu­sza­jąca. Ni­gdy w życiu nie mil­cza­łam tak długo w towa­rzy­stwie innej osoby. Liam byłby ze mnie dumny.

W końcu po cza­sie, który wydał mi się wiecz­no­ścią, dzwo­nek w win­dzie zasy­gna­li­zo­wał, że dotar­li­śmy na moje pię­tro. Seba­stian poszedł przo­dem, zatrzy­mał się przed moim miesz­ka­niem i wyjął z kie­szeni klu­cze. Otwo­rzył drzwi i ski­nął głową, żebym weszła pierw­sza.

A więc rycer­skość nie umarła, ale... Miał klu­cze do mojego miesz­ka­nia?! Chwi­leczkę. Czyli on już tu był?

- Nie teraz - powie­dział, jakby czy­tał w moich myślach. - Wejdź do środka.

Zro­bi­łam, co powie­dział, i rozej­rza­łam się po miesz­ka­niu. Wyglą­dało niby tak, jak zawsze, ale ja nie czu­łam się już tak samo i nie byłam pewna, czy kie­dy­kol­wiek to uczu­cie powróci. Kiedy ostat­nio wycho­dzi­łam z domu, mar­twi­łam się tylko tym, czy powin­nam zadzwo­nić do tego faceta z baru, któ­rego imie­nia już nie pamię­tam.

Poło­ży­łam torbę na wyspie kuchen­nej, czu­jąc się nie­swojo i nie­kom­for­towo. Odwró­ci­łam się, by spoj­rzeć na swo­jego nowego współ­lo­ka­tora.

- To bar­dzo nie­zręczne - powie­dzia­łam.

Seba­stian zdjął mary­narkę i powie­sił ją na wie­szaku przy drzwiach. Wtedy zauwa­ży­łam, że ma broń w kabu­rze, jak poli­cjanci.

- Po pro­stu zacho­wuj się, jakby mnie tu nie było.

Jasne! Bułka z masłem! Tylko że on prak­tycz­nie zaj­mo­wał całą prze­strzeń.

- Słu­chaj, nic o tobie nie wiem, więc jeśli masz tu miesz­kać i być ze mną prak­tycz­nie dwa­dzie­ścia cztery godziny na dobę, to są pewne rze­czy, które muszę wie­dzieć.

- Możesz mnie zapy­tać o wszystko, co doty­czy cie­bie i two­jego bez­pie­czeń­stwa.

- Ile masz lat? - rzu­ci­łam, a w duchu pomy­śla­łam "Serio, Mar­fil?".

Seba­stian zmarsz­czył brwi, wyglą­dał na zdez­o­rien­to­wa­nego.

- To nie ma nic wspól­nego z twoim bez­pie­czeń­stwem.

- Nie zamie­rzasz odpo­wie­dzieć?

- Nie.

Zaci­snę­łam usta, ziry­to­wana.

- Nie lubię mieć ochro­nia­rzy. Wiedz, że trudno mi będzie się do cie­bie przy­zwy­czaić.

- Przy­zwy­cza­isz się.

Zdję­łam oku­lary prze­ciw­sło­neczne, bo zda­łam sobie sprawę, że wciąż je mam na nosie. Spoj­rza­łam w jego brą­zowe oczy oto­czone gęstymi, czar­nymi rzę­sami. Chcia­łam odwró­cić wzrok, byłam onie­śmie­lona, ale nie pod­da­łam się.

- Więc mam po pro­stu uda­wać, że cię tu nie ma?

- Dokład­nie. Po pro­stu daj mi znać, jeśli zamie­rzasz gdzieś wyjść.

Świet­nie.

- Nie wiem, czy widzia­łeś pokój gościnny, czy.... - mówi­łam dalej.

- Nie martw się, nie ruszy­łem two­jego stu­dia tanecz­nego.

- Spę­dzam w nim dużo czasu. Wiem, że druga sypial­nia jest znacz­nie mniej­sza, ale chcia­ła­bym na­dal tre­no­wać, tak jak dotych­czas.

- To twój pokój. Nie obcho­dzi mnie, jak go wyko­rzy­stu­jesz.

Poczu­łam ulgę. Bałam się, że ojciec zli­kwi­do­wał moje stu­dio taneczne, żeby Seba­stian mógł sobie tam urzą­dzić sypial­nię. Zda­wa­łam sobie sprawę, że idzie mi na rękę. Ten drugi pokój był znacz­nie mniej­szy i mniej wygodny, ale nie chcia­łam rezy­gno­wać z mojej ulu­bio­nej czę­ści domu. W końcu to było moje miesz­ka­nie.

- W takim razie... idę do swo­jego pokoju - powie­dzia­łam, po czym odwró­ci­łam się i poszłam sobie, nie cze­ka­jąc na jego odpo­wiedź. Zbyt­nio mnie iry­to­wał.

W mojej sypialni pano­wał bała­gan, dokład­nie taki sam, jaki zosta­wi­łam. Z jakie­goś nie­wy­tłu­ma­czal­nego powodu posta­no­wi­łam nagle posprzą­tać, wręcz wpa­dłam w szał porząd­ko­wa­nia. Nie wiem, czy robi­łam to, żeby zagłu­szyć nie­po­kój, czy dla­tego, że nie mogłam po pro­stu pójść do salonu i poło­żyć się na kana­pie, jak to mia­łam w zwy­czaju. Wyda­wało mi się, że tracę rozum, ale sprzą­ta­łam tak długo, aż pokój był nie­ska­zi­tel­nie czy­sty.

Zado­wo­lona z tego, co zro­bi­łam, w końcu rzu­ci­łam okiem na tele­fon. Dosta­łam wia­do­mość od Liama, w któ­rej dał mi znać, że będzie u mnie za godzinę. Przy­naj­mniej będę miała pre­tekst, żeby odzy­skać salon.

Wzię­łam prysz­nic i ubra­łam się w moje ulu­bione nie­bie­skie dżinsy i wygodną, białą koszulkę, a potem sta­nę­łam przed lustrem, uważ­nie się sobie przy­glą­da­jąc. Co widział Seba­stian, kiedy na mnie patrzył?

Odkąd się­gam pamię­cią, wszy­scy wokół mnie zawsze zwra­cali uwagę na mój wygląd. Dziew­czyny w szkole albo mnie nie­na­wi­dziły, albo mi zazdro­ściły. Bar­dzo dużo czasu zajęło mi zdo­by­cie akcep­ta­cji kole­ża­nek z klasy, a także zakon­nic, które na początku były okrutne i cią­gle powta­rzały mi, że jestem cho­dzą­cym grze­chem. Nie do końca rozu­mia­łam, co miały na myśli, dopóki nie pozna­łam Liama. On w końcu wszystko mi wyja­śnił.

- Czy ty masz w ogóle poję­cie, jaką jesteś laską? - zapy­tał mnie kie­dyś, leżąc w moim łóżku. Mia­łam na sobie tylko bluzkę z dłu­gim ręka­wem i bie­li­znę, a on spodnie dre­sowe. To była noc, kiedy po raz pierw­szy posu­nę­li­śmy się dalej niż poca­łunki.

- Cokol­wiek widzisz, nie ma to nic wspól­nego z tym, kim naprawdę jestem - odpo­wie­dzia­łam; nie czu­łam się dowar­to­ścio­wana.

Jasne, byłam ładna, ale jeśli bycie ładną ozna­czało to, że ludzie ni­gdy nie dostrze­gali niczego wię­cej poza wyglą­dem, uroda mogła stać się naj­gor­szym wro­giem. Zwłasz­cza w połą­cze­niu z tak bun­tow­ni­czą oso­bo­wo­ścią jak moja. Dopiero póź­niej odkry­łam wła­dzę, jaką mia­łam nad innymi, i nauczy­łam się, jak ją wyko­rzy­sty­wać. Jeśli męż­czyźni trak­to­wali mnie jak przed­miot, a nie jak świa­domą, myślącą istotę, ja trak­to­wa­łam ich dokład­nie tak samo.

Wyszłam z sypialni, czu­jąc się jak intruz we wła­snym domu. I tak sie­dzia­łam w niej dłu­żej, niż mogła to znieść moja nie­spo­kojna natura.

Salon był pusty, ale kiedy spoj­rza­łam na kory­tarz, zauwa­ży­łam słabe świa­tło pod drzwiami pokoju Seba­stiana. Pew­nie będzie spę­dzał w nim więk­szość czasu, pomy­śla­łam.

Wes­tchnę­łam i skie­ro­wa­łam się w stronę lodówki. Powin­nam była pójść na zakupy już kilka dni temu. W miesz­ka­niu nie było abso­lut­nie nic. Skoń­czył się nawet papier toa­le­towy.

Zakła­da­jąc trampki, zaczę­łam w myślach spo­rzą­dzać listę wszyst­kiego, czego potrze­bo­wa­łam ze sklepu. Nie było aż tak zimno, żeby zakła­dać grubą kurtkę, więc zosta­wi­łam ją na wie­szaku i wzię­łam torbę. Gdy dotar­łam do drzwi, zatrzy­ma­łam się. Czy musia­łam powie­dzieć Seba­stia­nowi, że wycho­dzę ? Prze­cież sklep znaj­do­wał się tylko o jedną prze­cznicę stąd...

Instynkt pod­po­wia­dał mi jed­nak, że powin­nam to zro­bić. Prze­szłam przez kory­tarz i nie­śmiało zapu­ka­łam do jego drzwi. Czu­łam się z tym naprawdę dziw­nie. Otwo­rzył kilka sekund póź­niej. Swo­bod­nie opie­rał się jedną ręką o ścianę, a drugą lekko przy­trzy­my­wał drzwi, jakby celowo nie pozwa­lał mi zaj­rzeć do środka. Nie mogłam się powstrzy­mać i przyj­rza­łam mu się od stóp do głów. Miał na sobie białą koszulę z pod­wi­nię­tymi do łokci ręka­wami, dzięki czemu mogłam zoba­czyć, że całe prawe ramię ma pokryte tatu­ażami. Nosił też oku­lary w czar­nych opraw­kach, które nada­wały mu inte­lek­tu­alny wygląd, co na chwilę ode­brało mi zdol­ność myśle­nia.

Czu­łam bole­sną świa­do­mość, że wpa­tru­jąc się w niego w taki spo­sób, sta­wa­łam się osobą, która spro­wa­dza innych do roli przed­miotu, a prze­cież tak bar­dzo tym pogar­dza­łam. Jed­nakże on cał­ko­wi­cie mnie zahip­no­ty­zo­wał. Poza tym nie wie­dzia­łam o nim zbyt wiele.

Uspo­ko­iłam umysł i zmu­si­łam się do sku­pie­nia.

- Muszę pójść do sklepu po kilka rze­czy.

Seba­stian ski­nął głową.

- Daj mi chwilę, pro­szę.

Odwró­cił się, a ja sko­rzy­sta­łam z oka­zji, by zer­k­nąć do pokoju. Nie przy­po­mi­nał już maga­zynu, jakim był jesz­cze tydzień temu. Co prawda z progu widzia­łam tylko czarne skó­rzane krze­sło i ładny biały dywa­nik, ale i tak zmiana była duża. Patrzy­łam, jak Seba­stian siada przed otwar­tym lap­to­pem, szybko coś wpi­suje, a potem go zamyka, marsz­cząc brwi.

Czy prze­rwa­łam mu coś waż­nego?

- Idziemy - powie­dział, wyry­wa­jąc mnie z zadumy.

Na ulicy czu­łam się bar­dzo dziw­nie, mając go tak bli­sko sie­bie.

Ochro­nia­rze mojego ojca zawsze albo szli za nim, albo przed nim. Ale Seba­stian szedł tuż obok mnie, jakby był moim zna­jo­mym.

- Czy zawsze tak będzie? - zapy­ta­łam, gdy weszli­śmy do małego super­mar­ketu.

- Jak będzie, Mar­fil?

Spo­sób, w jaki wymó­wił moje imię, spra­wił, że ogar­nęły mnie emo­cje, które z tru­dem opa­no­wa­łam. Robi­łam wszystko, co w mojej mocy, by cią­gnąć tę roz­mowę tak, jakby facet sto­jący obok mnie w alejce z szam­po­nami, kosme­ty­kami i tam­po­nami był po pro­stu jakimś zwy­kłym gościem. Tam­pony... cho­lera, też ich potrze­bo­wa­łam.

Czy i tam­pony będę musiała kupo­wać na jego oczach?

- No wiesz... że zawsze jesteś ze mną, nawet jeśli tylko muszę wysko­czyć do sklepu za rogiem.

- Tak - odparł lako­nicz­nie.

Spoj­rza­łam na niego, ziry­to­wana jego odpo­wie­dzią. Wzię­łam szam­pon i papier toa­le­towy, ale tam­pony zosta­wi­łam na półce. Potem popchnę­łam wózek w stronę działu z winami. Wybra­łam butelkę bia­łego wina i wło­ży­łam ją do wózka. Seba­stian nie powie­dział ani słowa, więc kon­ty­nu­owa­łam zakupy. Wzię­łam zgrzewkę Heine­kena, a potem zatrzy­ma­łam się przy dziale z owo­cami. Kiedy wybie­ra­łam tru­skawki i jabłka, dotarło do mnie, że Seba­stian też będzie musiał coś zjeść.

Już mia­łam go zawo­łać, lecz zauwa­ży­łam, że bacz­nie wpa­truje się w wej­ście do sklepu. Rów­nież spoj­rza­łam w tamtą stronę. Wła­śnie weszło dwóch face­tów, mniej wię­cej w jego wieku.

- Potrze­bu­jesz cze­goś? - zapy­ta­łam go.

- Czego? - odpo­wie­dział, roz­ko­ja­rzony.

- Cze­goś do jedze­nia? W domu nic nie ma, chyba że zamó­wisz coś na wynos.

Seba­stian potrzą­snął głową.

- Nie martw się o mnie. Sam się zajmę posił­kami.

Wzru­szy­łam ramio­nami i zaczę­łam wrzu­cać do wózka kolejne pro­dukty: chipsy, oliwki, mleko, cukier i cia­sto. Kiedy cze­ka­łam w kolejce do kasy, zauwa­ży­łam, że Seba­stian ani na sekundę nie prze­sta­wał się roz­glą­dać po skle­pie. Jego wzrok ani na chwilę nie zatrzy­my­wał się w jed­nym miej­scu. Trudno było zna­leźć wśród ochro­nia­rzy mojego ojca kogoś, kto samą swoją obec­no­ścią budziłby więk­szy respekt. Gdy kasjerka spoj­rzała na niego podejrz­li­wie, dotarło do mnie, że swoim wyglą­dem grec­kiego boga praw­do­po­dob­nie spra­wiał, że więk­szość ludzi pod­cho­dziła do niego z rezerwą.

Spoj­rza­łam na jego czarne spodnie od gar­ni­turu i białą koszulę. Jak, do cho­lery, mia­łam zabrać go na uczel­nię?

Kiedy zapła­ci­łam za zakupy kartą Cen­tu­rion mojego ojca - a dokład­nie moją kartą powią­zaną z jego kon­tem - Seba­stian pod­niósł torby i wziął je wszyst­kie w prawą rękę, lewą pozo­sta­wia­jąc wolną. Nie kupi­łam aż tak dużo, ale były w nich szklane butelki i inne cięż­kie przed­mioty. Zapro­po­no­wa­łam, że mu pomogę, ale odmó­wił bez słowa, jedy­nie pokrę­cił głową.

W dro­dze powrot­nej tysiące myśli pędziły w mojej gło­wie. Było tyle rze­czy, które chcia­łam o nim wie­dzieć. Dla­tego wła­śnie ni­gdy nie lubi­łam ochro­nia­rzy, nie potra­fi­łam prze­by­wać w towa­rzy­stwie innej osoby bez roz­ma­wia­nia z nią. Kiedy byłam małą dziew­czynką, zanim jesz­cze wysłano mnie za gra­nicę, moje nia­nie musiały zmie­niać się co godzinę, taka byłam męcząca. Przy­naj­mniej tak mi powie­dział ojciec, uza­sad­nia­jąc wysła­nie mnie do szkoły z inter­na­tem.

- Cza­sami, Mar­fil, nie zda­jesz sobie sprawy, jak bar­dzo potra­fisz być iry­tu­jąca. Jesteś tylko dziew­czynką, jasne, ale w mojej obec­no­ści po pro­stu nic nie mów - powta­rzał mi wie­lo­krot­nie.

W końcu nauczy­łam się mil­czeć od czasu do czasu, ale na krótko.

- Jesteś lewo­ręczny? - zapy­ta­łam Seba­stiana, idąc obok niego.

Spoj­rzał na mnie, marsz­cząc brwi.

- Cały cię­żar trzy­masz w pra­wej ręce. Nie dla­tego, że jesteś pra­wo­ręczny, ale dla­tego, że chcesz mieć lewą rękę wolną, żeby w razie potrzeby się­gnąć po broń, prawda?

Lekko prze­chy­lił głowę, a ja zauwa­ży­łam deli­katne drgnię­cie jego ust, które nie­mal wyglą­dało jak uśmiech.

- Jestem obu­ręczny, ale tak, tro­chę lepiej posłu­guję się lewą ręką.

Obu­ręczny... Spoj­rza­łam na jego dło­nie. Lewa zwi­sała luźno wzdłuż ciała, a druga nio­sła torby, jakby wypeł­nione były powie­trzem, a nie cięż­kimi butel­kami.

Nie­spo­dzie­wa­nie wyobra­zi­łam sobie, jak te dło­nie mocno mnie obej­mują, prze­su­wają się w dół po moich ple­cach, w górę po nogach...

Zało­ży­łam oku­lary prze­ciw­sło­neczne i przez resztę drogi do domu nie zwra­ca­łam na niego uwagi.

Na całe szczę­ście dla mojego zdro­wia psy­chicz­nego po powro­cie Seba­stian poszedł pro­sto do swo­jego pokoju, a ja zosta­łam w kuchni i roz­pa­ko­wy­wa­łam zakupy. Zapro­po­no­wał mi pomoc, ale chcia­łam pobyć sama. Zapew­ni­łam go więc, że dam sobie radę, a on nie nale­gał.

Dzwo­nek do drzwi ode­zwał się aku­rat w momen­cie, gdy koń­czy­łam wkła­dać wszystko do lodówki. Wie­dzia­łam, że to Liam, więc ocho­czo ruszy­łam do drzwi, pod­eks­cy­to­wana spo­tka­niem z moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Ale w kory­ta­rzu z impe­tem wpa­dłam pro­sto na ludzką postać. Duże dło­nie zła­pały mnie za przed­ra­miona, powstrzy­mu­jąc mój pośpiech.

- Cze­kasz na kogoś?

Jego dotyk spra­wił, że poczu­łam dresz­cze w całym ciele. Seba­stian jed­nak szybko cof­nął ręce, tak jakby moja skóra go parzyła.

- Tak, na przy­ja­ciela - powie­dzia­łam, robiąc krok do przodu.

Poło­żył dłoń na drzwiach, tuż nad moją głową, unie­moż­li­wia­jąc mi ich otwar­cie.

Odwró­ci­łam się w jego stronę, marsz­cząc brwi.

- Kto to? Nawet nie użył domo­fonu. Ma klu­cze - stwier­dził Seba­stian, potrzą­sa­jąc głową i zaci­ska­jąc usta. - Roz­da­jesz klu­cze komu popad­nie?

- Dałam klu­cze mojemu naj­lep­szemu przy­ja­cie­lowi.

- Hej, Mar! Otwórz, kurwa, osza­leję, jeśli cię za chwilę nie zoba­czę.

Poło­ży­łam ręce na bio­drach.

- Jak ma na imię?

- Liam. - Prze­wró­ci­łam oczami z iry­ta­cją.

- Twój ojciec jasno mi powie­dział, że w miesz­ka­niu ma nie być żad­nych męż­czyzn.

Roze­śmia­łam się.

- Tak, jasne! A ja jestem Blue.

Seba­stian wyglą­dał na zdez­o­rien­to­wa­nego.

- No, Blue, z kre­skówki dla dzieci - wyja­śni­łam, ale dalej mil­czał. Praw­do­po­dob­nie nie miał młod­szego rodzeń­stwa.

Pokrę­ci­łam głową i otwo­rzy­łam drzwi, igno­ru­jąc obec­ność Seba­stiana za moimi ple­cami. Nie zdą­ży­łam nawet spoj­rzeć na Liama, gdy jego ramiona natych­miast unio­sły mnie do góry i przy­ci­snęły mocno do sie­bie. Wdy­cha­łam jego zapach. Liam pach­niał jak dom.

- Kurwa... prze­stra­szy­łaś mnie na śmierć.

Poczu­łam, jak łzy napły­wają mi do oczu. Do tej pory tłu­mi­łam emo­cje. Odkąd wró­ci­łam, mia­łam wra­że­nie, jakby moje życie nie nale­żało już do mnie, a mój dom prze­stał być moim domem. Teraz, gdy Liam tu był, wszystko wyda­wało się wra­cać na swoje miej­sce i wresz­cie poczu­łam się zre­lak­so­wana, swo­bodna.

- Na­dal nie mogę uwie­rzyć w to, co się stało... - szep­nę­łam, przy­tu­la­jąc się do jego szyi. Nie chcia­łam się od niego ode­rwać.

Liam wtu­lił twarz w moje włosy, a kilka sekund póź­niej nagle zesztyw­niał. Jed­nym ruchem posta­wił mnie na ziemi i utkwił wzrok w Seba­stia­nie.

- Kto to jest?

Wes­tchnę­łam z iry­ta­cją, bo cią­gle chcia­łam być jego w ramio­nach.

- Mój ochro­niarz.

Seba­stian zmie­rzył Liama od stóp do głów. Zamknę­łam drzwi, a tem­pe­ra­tura w miesz­ka­niu jakby spa­dła o kilka stopni.

- Muszę zoba­czyć twój dowód toż­sa­mo­ści - zażą­dał Seba­stian.

Liam spoj­rzał na niego z nie­do­wie­rza­niem.

- Czy to nie wystar­czy, że Mar­fil mnie zna?

Seba­stian nawet nie mru­gnął.

- Dowód toż­sa­mo­ści popro­szę.

Liam poszpe­rał w kie­szeni i wycią­gnął czarny skó­rzany port­fel. Wyjął prawo jazdy i podał je Seba­stia­nowi.

Mój ochro­niarz patrzył na nie przez kilka sekund, po czym je oddał.

- Będę musiał popro­sić cię o zwrot klu­czy do tego miesz­ka­nia. Ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa nie możemy pozwo­lić, by krą­żyły po mie­ście. Ist­nieje ryzyko, że ktoś mógłby je ci ukraść i spró­bo­wać się tu dostać.

Co? Nie! Dla­czego ktoś miałby pró­bo­wać się tu dostać? Prze­cież porwa­nie nie wyda­rzyło się w domu.

Liam wyglą­dał na zaszo­ko­wa­nego i ura­żo­nego.

- Ni­gdy bym jej nie nara­ził na nie­bez­pie­czeń­stwo. Mam klucz na wypa­dek, gdyby zda­rzyła się jakaś sytu­acja awa­ryjna i gdyby Mar­fil mnie potrze­bo­wała.

- Jeśli pojawi się jakiś pro­blem lub Mar­fil będzie potrze­bo­wała pomocy, to ja tu jestem.

Wpa­try­wali się w sie­bie przez kilka nie­skoń­cze­nie dłu­gich sekund.

- Liam, po pro­stu oddaj mu te klu­cze. Za tym wszyst­kim stoi mój ojciec. Ostat­nią rze­czą, jakiej bym chciała, to danie mu powodu do pod­ję­cia naprawdę skraj­nych decy­zji, jak na przy­kład zmu­sze­nie mnie do powrotu do domu.

Liam wypu­ścił powie­trze, które do tej pory wstrzy­my­wał, i odwró­cił się w moją stronę z prze­ra­żo­nym wyra­zem twa­rzy. Potem zro­bił to, o co popro­sił Seba­stian. Ten, gdy tylko dostał klu­cze, prze­pro­sił i poszedł do swo­jego pokoju, przy­po­mi­na­jąc mi, żebym dała mu znać, jeśli będziemy gdzieś wycho­dzić.

- Chcesz piwo? - zapy­ta­łam, sku­pia­jąc się znowu na moim przy­ja­cielu.

Liam ski­nął głową. Usiadł na kana­pie, spo­glą­da­jąc w stronę kory­ta­rza.

- Nie mogę uwie­rzyć w to, co się stało, Mar - powie­dział. Oparł łok­cie na kola­nach i prze­je­chał dłońmi po wło­sach.

Usia­dłam obok niego, poda­łam mu zimne piwo, a potem wzię­łam łyk swo­jego.

- Ja też nie... To było prze­ra­ża­jące. A jed­no­cze­śnie wydaje mi się, że to był tylko zły sen. Że to nie wyda­rzyło się naprawdę. Przez cały czas byłam pod wpły­wem nar­ko­ty­ków, więc chyba dla­tego czuję, jakby cała ta sytu­acja przy­da­rzyła się komuś innemu.

- Ale dla­czego? Kurwa. Dla­czego ktoś chciałby cię porwać?!

Było oczy­wi­ste, że pocho­dzę z zamoż­nej rodziny. Jed­nak rzadko kiedy o tym mówi­łam. Liam wie­dział, że czuję się z tym nie­kom­for­towo, więc ni­gdy o nic nie pytał. Jego matka była nauczy­cielką w szkole pod­sta­wo­wej, a ojciec pro­wa­dził sklep zoo­lo­giczny. Wszystko, co miał, zawdzię­czał swo­jemu bły­sko­tli­wemu umy­słowi. Dostał się na Uni­wer­sy­tet Colum­bia dzięki sty­pen­dium, a żeby opła­cić rachunki, pra­co­wał nocami w mod­nych klu­bach w mie­ście, bo sty­pen­dium nie pokry­wało wszyst­kich kosz­tów. Podzi­wia­łam Liama, ponie­waż w prze­ci­wień­stwie do niego w moim wypadku nie miało zna­cze­nia, ile osią­gnę­łam w życiu - wszy­scy zawsze postrze­gali mnie jako małą bogatą dziew­czynkę, w czepku uro­dzoną, która ni­gdy nie musiała kiw­nąć pal­cem.

Mój ojciec miał tak wiele firm, że nawet nie potra­fi­łam ich wszyst­kich wymie­nić. Był wła­ści­cie­lem Banco Cortés, jed­nego z naj­waż­niej­szych ban­ków w Ame­ryce Łaciń­skiej. Hodo­wał konie bar­dzo pożą­da­nej na rynku rasy Appa­lo­osa. To wszystko, wraz z wie­loma innymi inwe­sty­cjami, uczy­niło z niego swego rodzaju osobę publiczną i trudno się dzi­wić, że ludzie zazdro­ścili mu for­tuny. Dla­tego wła­śnie ojciec zawsze trzy­mał Gabriellę i mnie z dala od bla­sku reflek­to­rów. Ni­gdy nie pozwa­lał nam uczest­ni­czyć w swo­ich przy­ję­ciach i nie zna­ły­śmy żad­nego z jego part­ne­rów biz­ne­so­wych. Ojciec rzadko mówił o swo­jej pracy, z nami roz­ma­wiał wyłącz­nie o koniach, które od naj­młod­szych lat nauczył nas kochać i sza­no­wać.

- Nie wiem... nikt nie wie. Mój ojciec uważa, że ktoś po pro­stu wyko­rzy­stał mnie, by pogro­zić mu pal­cem. Fakt, że nie zażą­dali niczego w zamian i nie wysłali żad­nej wia­do­mo­ści, jest o wiele bar­dziej zagad­kowy niż samo porwa­nie.

- A teraz ten facet będzie cały czas przy tobie?

Ski­nę­łam głową, zaci­ska­jąc usta. Liam poło­żył dłoń na moim policzku i odsta­wił piwo na stół.

- Twój ojciec postą­pił słusz­nie. Zosta­łaś porwana tutaj, w Cen­tral Parku, Mar. Mogą to zro­bić ponow­nie, gdy tylko zechcą, zwłasz­cza jeśli dowie­dzą się o innych czę­ściach mia­sta, w któ­rych czę­sto bywasz - powie­dział z nie­za­do­wo­le­niem wypi­sa­nym na twa­rzy.

Liam i ja kłó­ci­li­śmy się o tę kwe­stię nie­zli­czoną ilość razy. Zda­łam sobie sprawę, że będę musiała poin­for­mo­wać o tym rów­nież Seba­stiana i bła­gać go, by nic nie mówił mojemu ojcu.

- Nie dam się znowu porwać. Będę ostrożna. Jedyne, co mnie mar­twi, to ojciec... i moja sio­stra...

- Gabriella jest w Lon­dy­nie. Tam powinna być bez­pieczna.

- Gdy­bym ci opo­wie­działa, co ona wypra­wia w szkole... Kurwa, muszę ją ostrzec, że ma się stam­tąd nie ruszać!

Czu­łam się tak, jak­bym miała zaraz dostać zawału serca, kiedy pędzi­łam do sypialni i szu­ka­łam komórki. U nas było wpół do dzie­sią­tej, u niej druga trzy­dzie­ści nad ranem. Na pewno już spała, więc wysła­łam jej SMS:

Nawet nie myśl o wycho­dze­niu ze szkoły. Coś się wyda­rzyło. Zadzwoń do mnie, gdy tylko to prze­czy­tasz. To pilne.

Ojciec nie powie­dział Gabi o porwa­niu, bo nie chciał jej mar­twić, ale nie miał poję­cia, że nauczy­łam ją wszyst­kich genial­nych spo­so­bów na wymknię­cie się ze szkoły. Bez niczy­jej wie­dzy mogła przejść przez las i dotrzeć do mia­sta. Gdyby coś jej się stało, byłaby to moja wina!

Wyszłam z pokoju z tele­fo­nem komór­ko­wym w dłoni i zoba­czy­łam, jak otwie­rają się drzwi do pokoju Seba­stiana. Wyszedł na kory­tarz, jakby czy­tał w moich myślach i wie­dział, że coś jest nie tak.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki