Maria Skłodowska-Curie i jej córki - Claudine Monteil

-
Proszę czekać

1

Z Polski do Francji - potęga woli

Roz­lega się dźwięk dzwonka. Mała Maria Skło­dow­ska, schlud­nie ubrana, naj­lep­sza uczen­nica w kla­sie, pod­nosi głowę. Zastyga. Nie dla­tego, że zimą 1874 roku w sali tej war­szaw­skiej szkoły panuje chłód, ale dla­tego, że ten nie­do­bry rosyj­ski car, któ­rego imię doro­śli wyma­wiają w domu przy­ci­szo­nymi gło­sami, ten budzący lęk męż­czy­zna przy­słał inspek­tora. Maria szybko chowa zeszyty i pol­skie książki, które dała im nauczy­cielka, choć wła­dze zabra­niają z nich korzy­stać. Inne dziecko bie­gnie do dormi­to­rium ukryć te zaka­zane książki. Przede wszyst­kim nie można dać się przy­ła­pać. Jej ojciec lub matka mogliby zostać strasz­li­wie uka­rani. Wystar­czy, że brat jej ojca, stryj Zdzi­sław, był powstań­cem, który schro­nił się we Fran­cji, został schwy­tany przez tajną poli­cję car­ską i zesłany w łań­cu­chach na Sybe­rię, podob­nie jak tylu innych jego roda­ków1. Dziew­czynka drży, jej policzki płoną. Wie, co ją czeka, więc spusz­cza wzrok, by nie rzu­cać się w oczy. Drzwi się otwie­rają. Inspek­tor wcho­dzi z surową miną i widzi grzeczne dziew­czynki, które obszy­wają dziurki do guzi­ków. Małe aniołki.

Gru­biań­ski, przy­ciężki męż­czy­zna pod­cho­dzi pew­nym kro­kiem do każ­dego pul­pitu po kolei, otwiera je z łomo­tem i spraw­dza. Biada, jeśli znaj­dzie choć jedną książkę po pol­sku - czy nawet jedną linijkę napi­saną w języku, który rosyj­ski oku­pant chce wyma­zać z pamięci tego uci­ska­nego narodu. Zresztą Pol­ska, wykre­ślona z map, funk­cjo­nuje już tylko jako "Kraj Nad­wi­ślań­ski". Inspek­tor wydaje się nie­mal zado­wo­lony. Wszyst­kie książki są fak­tycz­nie po rosyj­sku, opi­sują wie­lo­wie­kowe dzieje carów i Rosji. Zupeł­nie jakby Pol­ska, tak droga sercu Marii, ni­gdy nie ist­niała. Kła­mać, ukry­wać się - jakież cięż­kie wyzwa­nie dla dziecka! Nauczyć się masko­wać swój ból i upo­ko­rze­nie. Ale męż­czy­zna jesz­cze nie skoń­czył inspek­cji. Teraz chce prze­py­tać jedną z uczen­nic. Maria wie, że to wła­śnie ją wskaże nauczy­cielka. Wstaje, czer­wona ze wstydu. Zgod­nie z pole­ce­niem wymie­nia jedno po dru­gim imiona człon­ków rosyj­skiej rodziny car­skiej, ich tytuły. Wresz­cie inspek­tor dopy­tuje sro­gim gło­sem: "Kto jest naszym władcą?". Maria nie może wydo­być głosu, ale sły­sząc gniewny pomruk, odpo­wiada: "Jego Wyso­kość Alek­san­der II, cesarz Wszech­rusi". Inspek­tor wydaje się zado­wo­lony z jej odpo­wie­dzi, a przy oka­zji - zado­wo­lony z sie­bie. Wycho­dzi, by kon­ty­nu­ować kon­trolę w innej kla­sie, pod­czas gdy Maria zalewa się łzami. Jak mogła tak skła­mać, prze­cież jej serce wypeł­nia miłość do Pol­ski?

Po powro­cie do domu, gdzie czeka na nią czworo rodzeń­stwa - Zofia, Bro­nia2, Helena, nazy­wana Helą, i Józef - zale­d­wie sied­mio­let­nia Maria jest smutna i zawsty­dzona, że w taki spo­sób sprze­nie­wie­rzyła się, jak sądzi, swo­jemu naj­droż­szemu kra­jowi. Za to Wła­dy­sław Skło­dow­ski, jej ojciec, jest spo­kojny. To krzepki męż­czy­zna z bujną brodą, o poważ­nym wyglą­dzie wyni­ka­ją­cym z jego urzęd­ni­czego sta­tusu. Pan Skło­dow­ski uczy mate­ma­tyki i fizyki, a obec­nie pełni funk­cję pod­in­spek­tora gim­na­zjum przy ulicy Nowo­lipki. Jego córka wła­śnie oca­liła rodzinę przed wiel­kim nie­bez­pie­czeń­stwem. Już i tak było wśród nich zbyt wielu pol­skich rewo­lu­cjo­ni­stów, a on bar­dzo wcze­śnie zro­zu­miał, że opór wobec rosyj­skiego zaborcy gwa­ran­tuje jedy­nie wygna­nie, inter­no­wa­nie i repre­sje wobec całej rodziny. Zacho­wa­nie Marii, kla­so­wej pry­mu­ski, to postawa, którą wypada przyj­mo­wać. Ale mała wciąż jesz­cze drży, pod­cho­dzi do swo­jej mamy, chcia­łaby jej dotknąć - i zatrzy­muje się, muska­jąc jedy­nie jej suk­nię. Tak bar­dzo pra­gnę­łaby schro­nić się w jej ramio­nach! Dziew­czynka wie, że piesz­czoty, o któ­rych marzy, są wyklu­czone. Chora na gruź­licę matka Marii nie może ryzy­ko­wać zara­że­nia swo­ich dzieci. Bro­ni­sława Skło­dow­ska, piękna kobieta o wyra­fi­no­wa­nej owal­nej twa­rzy i ciem­nych wło­sach, kie­ro­wała nie­gdyś pre­sti­żową szkołą dla mło­dych dziew­cząt (była jedną z nie­licz­nych ówcze­snych kobiet, która osią­gnęła takie sta­no­wi­sko), ale musiała zaprze­stać naucza­nia i uni­kać wszel­kiego kon­taktu z uczen­ni­cami. Cza­sem muska pal­cami czoło córki - i szybko odcho­dzi. "Ten zna­jomy gest jest tym, co dziecko zna naj­le­piej. Mania, jak daleko sięga pamię­cią, ni­gdy nie została przy­tu­lona przez matkę"3.

Pod­stępna cho­roba ode­zwała się po uro­dze­niu Marii, stop­niowo okra­da­jąc jej matkę z sił. Zatem Maria ni­gdy nie znała jej w dobrym zdro­wiu. Zmar­twiona matka dba, by jeść posiłki z osob­nych naczyń, wysyła dzieci, by bawiły się w ogro­dzie, choć tak bar­dzo chcia­łaby je przy­tu­lać, oka­zać im swoją miłość. Mimo to Maria dora­sta w rodzi­nie peł­nej czu­ło­ści, zain­te­re­so­wa­nej nauką, sztuką, muzyką i lite­ra­turą, a zwłasz­cza poezją, która przy­nosi pocie­sze­nie, gdy recy­to­wana jest na głos dzie­ciom, nagle cichym i słu­cha­ją­cym z uwagą. Ich matka, osoba otwarta na innych, przyj­muje u sie­bie rów­nież przy­ja­ciół róż­nych wyznań, choć w XIX wieku taka tole­ran­cja nie jest jesz­cze oczy­wi­sto­ścią.

Pew­nego wie­czoru, gdy dzieci się bawią, ich świat nagle drży w posa­dach. Ich ojciec wraca z gim­na­zjum, otwiera kore­spon­den­cję - i robi mu się słabo. Z bólem siada w swoim ulu­bio­nym fotelu z listem w dło­niach. Uprzejme i nie­szczere odpo­wie­dzi małej Marii w szkole nie wystar­czyły, by zapo­biec nie­szczę­ściu spa­da­ją­cemu na niego i jego rodzinę. Kolej­nemu nie­szczę­ściu spo­wo­do­wa­nemu rosyj­ską oku­pa­cją. Z ofi­cjal­nego pisma Wła­dy­sław Skło­dow­ski dowia­duje się, że jego pen­sja zostaje obni­żona, pozba­wia się go rów­nież urzęd­ni­czego miesz­ka­nia i funk­cji pod­in­spek­tora. Jego żona jest prze­ko­nana, że to, jak zawsze, zemsta dyrek­tora szkoły, pozo­sta­ją­cego w bli­skich kon­tak­tach z ludźmi cara. Wów­czas Wła­dy­sław przy­po­mina sobie, jak sprze­ci­wił się dyrek­to­rowi, bro­niąc dziecka, które popeł­niło błąd gra­ma­tyczny w wypra­co­wa­niu z rosyj­skiego...

Kara jest dotkliwa. Trzeba szybko prze­pro­wa­dzić się do mniej­szego miesz­ka­nia, a pen­sja nie wystar­cza już na wyży­wie­nie rodziny. Dla­tego muszą jesz­cze bar­dziej ogra­ni­czyć prze­strzeń, by wygo­spo­da­ro­wać pokoje na stan­cje dla chłop­ców. Cierpi na tym intym­ność rodziny, która jest teraz zmu­szona poro­zu­mie­wać się szep­tem. Wszy­scy Polacy są w ten spo­sób tłam­szeni.

Oczy­wi­ście trzeba też pil­no­wać każ­dego wydatku. To trudne, a cza­sem ryzy­kowne. Pew­nego wie­czoru pan Skło­dow­ski wraca przy­bity. Inwe­sty­cja, na którą przy­stał, aby nie nara­zić się szwa­growi, oka­zuje się stud­nią bez dna, która pro­wa­dzi go do ban­kruc­twa. Pochła­nia trzy­dzie­ści tysięcy rubli - wszyst­kie oszczęd­no­ści zgro­ma­dzone z takim tru­dem. Nie będzie mógł już zapew­nić posagu swoim cór­kom. A one nie będą już mogły liczyć na dobrą par­tię, na zgodne z kon­we­nan­sami i zapew­nia­jące kom­fort finan­sowy mał­żeń­stwo. Będą teraz, jak sądzi, ska­zane na biedę. Ni­gdy nie wyba­czy sobie swo­jej naiw­no­ści.

Nie­długo póź­niej, w stycz­niu 1876 roku, gdy Wła­dy­sław jesz­cze nie pod­niósł się po tej porażce finan­so­wej, jeden z mło­dych pen­sjo­na­riu­szy, chory na tyfus, zaraża Bro­nię, szcze­gól­nie bli­ską Marii, i Zofię, naj­star­szą z sióstr, która umiera bar­dzo młodo. Bro­ni­sława Skło­dow­ska, zbyt cier­piąca i prąt­ku­jąca, by wziąć udział w pogrze­bie swo­jego dziecka, obser­wuje z okna kon­wój żałobny. Jej mąż i córki powol­nym kro­kiem podą­żają za trumną. Maria ma dzie­więć lat, a prze­żyła już tyle zmar­twień i udręk. Doro­śli, tak kocha­jący, wydają się bar­dzo krusi, nie­mal zmiaż­dżeni przez swoje tro­ski.

Mar­twi ją także stan zdro­wia matki, która słab­nie z dnia na dzień. 9 maja 1878 roku, dwa lata po śmierci Zofii, pani Skło­dow­ska umiera, wycień­czona walką z cho­robą. Strata jest ogromna i dzie­się­cio­let­nia Maria pogrąża się w depre­sji. Pan Skło­dow­ski zostaje jedy­nym opie­ku­nem dzieci i zamie­rza oto­czyć je miło­ścią i wspar­ciem moral­nym, wobec braku moż­li­wo­ści wspar­cia finan­so­wego. Uważa, że dzieci powinny mieć mło­dość tak nor­malną, jak to tylko moż­liwe. Stop­niowo prze­jażdżki konne i śmie­chy biorą górę. Maria bawi się oczy­wi­ście ze swoją sio­strą Bro­nią, ale także z rówie­śni­kami. Uczy się tań­ców, polki, mazurka, obe­rka. Pasjo­nuje się zaję­ciami z lite­ra­tury i naukami ści­słymi, szcze­gól­nie mate­ma­tyką, któ­rej uczy jej ojciec.

Jako nasto­latka Maria odczuwa ogromny głód wie­dzy. Zaspo­ka­ja­nie go to jedna z jej życio­wych przy­jem­no­ści, która zapro­cen­tuje. Kilka lat po swo­jej sio­strze Broni otrzy­muje złoty medal na koniec gim­na­zjum, a w ramach nagrody książki pisane po rosyj­sku, ale Maria nie kryje szczę­ścia. Ojciec jest obecny pod­czas cere­mo­nii wrę­cze­nia nagród. Wła­dy­sław Skło­dow­ski czuje ulgę. Mimo braku żony udało mu się zapew­nić swoim dzie­ciom jak naj­lep­sze wykształ­ce­nie.

Dora­sta­jąca dziew­czyna marzy, by słu­żyć Pol­sce, swo­jej udrę­czo­nej ojczyź­nie, ofie­rze nie­spra­wie­dli­wo­ści, którą Maria chcia­łaby zre­kom­pen­so­wać. Nie tak jak nie­któ­rzy mło­dzi Polacy, anar­chi­ści lub rewo­lu­cjo­ni­ści, rzu­ca­jący bom­bami w rosyj­skich żoł­da­ków, któ­rzy para­dują po uli­cach i zacho­wują się bez­czel­nie wobec miesz­kań­ców oku­po­wa­nego kraju. Nie, jej córka Ewa potwier­dzi póź­niej: "Jedyna rzecz, która się liczy, to praca, usta­no­wie­nie dla Pol­ski wspa­nia­łego kapi­tału inte­lek­tu­al­nego i roz­wi­nię­cie edu­ka­cji narodu, który wła­dze celowo utrzy­mują w ciem­no­cie"4.

W tych póź­nych latach XIX wieku ważne stają się kwe­stie spo­łeczne, walka z biedą i dzia­ła­nia na rzecz wol­no­ści. We Fran­cji, w kraju, któ­rego języka uczą się Maria i Bro­nia, wkrótce umrze wybitny pisarz: Vic­tor Hugo, mityczna postać, autor Nędz­ni­ków, Kate­dry Naj­święt­szej Marii Panny w Paryżu i Legendy wie­ków, obrońca bied­nych i uci­śnio­nych, któ­rego powie­ści znane są w całej Euro­pie. Jak go nie kochać, jak bez drże­nia czy­tać jego prozę oraz wier­sze? Ten fran­cu­ski pisarz na zawsze pozo­sta­nie drogi sercu Marii.

Tym­cza­sem nowe idee wywo­łują namięt­no­ści, pod­sy­cają cie­ka­wość i wzbu­dzają fascy­na­cję. Pozy­ty­wizm Augu­ste'a Comte'a, prace Pasteura i Dar­wina spo­ty­kają się z żywym oddźwię­kiem. Nade­szła epoka nauk, a wraz z nią wśród pol­skiej mło­dzieży nara­sta pra­gnie­nie postępu spo­łecz­nego. Ale pol­ski uni­wer­sy­tet jest zamknięty dla dziew­cząt! Trudno. Maria wstę­puje na tajną pol­ską uczel­nię - zwaną Uni­wer­sy­te­tem Lata­ją­cym - i zostaje jej bły­sko­tliwą stu­dentką. Jakże zazdro­ści zagra­nicz­nym stu­dent­kom, ucząc się w swoim war­szaw­skim pokoju! Maria mar­twi się obec­nie o swoją star­szą sio­strę. Na jaką przy­szłość może liczyć Bro­nia, skoro pra­gnie zostać lekarką?

Pan Skło­dow­ski nie ma dobrych wie­ści. Czuje się zmę­czony. Oczy­wi­ście za wszelką cenę kon­ty­nu­uje pracę w gim­na­zjum, ale nie ma już siły kwa­te­ro­wać w swoim miesz­ka­niu przy ulicy Leszno pen­sjo­na­riu­szy, któ­rych skromne opłaty pozwa­lały mu nieco poma­gać cór­kom. A nowe miesz­ka­nie przy ulicy Nowo­lipki jest bar­dzo małe. To tam wraca Maria. Nie szko­dzi, że ma mało miej­sca, kocha tego odda­nego ojca, który tak bar­dzo chro­nił swoje dzieci i któ­rego kul­tura wciąż ocza­ro­wuje młode poko­le­nie. Cóż za przy­jem­ność dla mło­dej dziew­czyny zada­wać mu pyta­nia naukowe, filo­zo­ficzne i lite­rac­kie, pro­wa­dzić z nim nie­ustanne roz­mowy. Dzięki niemu Marii nie nuży ucze­nie się o aktu­al­nych odkry­ciach nauko­wych, pozna­wa­nie języ­ków obcych i naj­now­szych publi­ka­cji: "Od lat sobotni wie­czór - opo­wiada Ewa Curie - poświęca się w domu Skło­dow­skich lite­ra­tu­rze. Sia­dają wokół dymią­cego samo­wara. Pan Skło­dow­ski recy­tuje wier­sze albo czyta coś synowi i cór­kom [...]. W każdą sobotę dawne arcy­dzieła nie­sie do uszu Mani znany głos"5. To wyjąt­kowa oka­zja dla tej mło­dej pol­skiej dziew­czyny, któ­rej pozaz­dro­ści­łyby sio­stry z innych kra­jów euro­pej­skich - tak bar­dzo uprze­dze­nia zwią­zane z edu­ka­cją kobiet są wciąż zako­twi­czone w jej epoce. Cesar­ski Uni­wer­sy­tet War­szaw­ski nie jest zresztą otwarty dla kobiet - taka dys­kry­mi­na­cja panuje wów­czas rów­nież w naj­bar­dziej pre­sti­żo­wych kole­giach angiel­skich, by wspo­mnieć tylko jeden przy­kład, który wiele lat póź­niej potępi Vir­gi­nia Woolf w swoim eseju Trzy gwi­nee.

Ale pan Skło­dow­ski wkrótce będzie musiał przejść na eme­ry­turę, któ­rej wyso­kość, wsku­tek jego nie­po­wo­dzeń finan­so­wych, nie pozwoli mu zatrud­nić nikogo do pomocy. Zapada wer­dykt rodzinny. Jego córki nie mogą mieć nadziei na posag i będą musiały pra­co­wać. Maria nie ma czasu lamen­to­wać ani się skar­żyć, byłoby to zresztą sprzeczne z jej cha­rak­te­rem. Bie­rze się do udzie­la­nia pry­wat­nych kore­pe­ty­cji, ale szybko okaże się to nie­wy­star­cza­jące, by się wyży­wić, zakwa­te­ro­wać, prze­żyć i, kto wie, być może także kon­ty­nu­ować naukę. Trzeba krą­żyć po War­sza­wie w desz­czu i zim­nie, nara­żać się na brak zapłaty - zwy­kłe zapo­mnie­nie, tak powszechne wśród rodzi­ców, któ­rzy nie rozu­mieją, co ozna­cza te kilka rubli dla dziew­czyny bez środ­ków do życia.

Ale w każ­dej nie­doli zawsze docho­dzi w Marii do głosu to skryte marze­nie o służ­bie Pol­sce - nie poprzez akty rewo­lu­cyjne, ale poprzez kształ­ce­nie. Chęć sta­nia się poko­jową siłą dla oku­po­wa­nego kraju. Ta siła nie bie­rze się z mistycz­nego porywu, który odczu­wają nie­któ­rzy mło­dzi Polacy, ale z cie­ka­wo­ści i fascy­na­cji nauką. Myśli Marii zaj­mują Pasteur, Dar­win i Claude Ber­nard. Intry­gują ją też słowa pew­nej nauczy­cielki zafa­scy­no­wa­nej nie­daw­nymi odkry­ciami nauko­wymi i pra­gną­cej dzie­lić się swoim entu­zja­zmem z uczniami. Maria wraz z Bro­nią i Helą będzie uczest­ni­czyć w taj­nych kur­sach Uni­wer­sy­tetu Lata­ją­cego, jej pierw­szych nauko­wych przy­miar­kach, przede wszyst­kim do stu­diów ana­to­micz­nych i bio­lo­gicz­nych, które zosta­wią w niej ślad na całe życie i które póź­niej będzie cie­pło wspo­mi­nać w swo­ich pismach. Stu­dia są nie­le­galne i uczest­ni­cząc w nich, dziew­częta podej­mują ryzyko. Jed­nak entu­zjazm nie pozwala im na tym poprze­stać. One same z kolei zapo­znają młode kobiety z ludu z wie­dzą i kul­turą, do któ­rych te ina­czej nie mogłyby aspi­ro­wać. Nauka i prze­ka­zy­wa­nie wie­dzy, soli­dar­ność - te ide­ały to dla nich oczy­wi­stość. Maria nie ma poję­cia, że zapro­wa­dzi ją to dalej, niż przy­pusz­cza w naj­śmiel­szych marze­niach.

Ale oto znów dopada je rze­czy­wi­stość: kon­dy­cja mło­dych Polek bez rubla przy duszy. Bro­nia, naj­star­sza, marzy o Paryżu, gdzie dziew­częta mogą się zapi­sy­wać na uczel­nię. Chce zostać lekarką, a następ­nie wró­cić do Pol­ski, zamiesz­kać na wsi, gdzie tyle ist­nień potrze­buje lecze­nia, być uży­teczną, poma­gać ludziom. Wizja pełna huma­ni­ta­ry­zmu, ale dla ubo­giej dziew­czyny zupeł­nie nie­rze­czy­wi­sta.

Chi­mera? Nie do końca. Maria kocha swoją sio­strę podwójną miło­ścią. Bro­nia, jej opie­kunka, zastą­piła zmarłą matkę - bar­dziej czuła, bar­dziej obecna i wesoła. Poprzez tę zaży­łość, wspólne rado­ści, nadzieje i zmar­twie­nia two­rzą bar­dzo bli­ską, a jed­nak nie­ogra­ni­cza­jącą rela­cję. Maria trosz­czy się o szczę­ście Broni. I nie myśli już o wła­snych marze­niach, choć sama także ide­ali­zuje Fran­cję, jej kul­turę, naukę, sztukę, lite­ra­turę, kra­jo­brazy, kuch­nię i sto­licę, która przy­ciąga inte­lek­tu­ali­stów z całego świata. Odsuwa od sie­bie to marze­nie. Liczy się wyłącz­nie przy­szłość Broni. Musi ist­nieć jakieś roz­wią­za­nie, mówi sobie, jed­no­cze­śnie gubiąc się w sza­lo­nych pro­jek­tach, które mogą nie dojść do skutku.

Nagle poja­wia się pomysł. Jeśli Maria zatrudni się jako guwer­nantka przy boga­tej rodzi­nie, będzie mogła każ­dego mie­siąca wysłać Broni jakąś sumę: "Na początku będziesz wyda­wać swoje pie­nią­dze - wyja­śnia jej. - A na następny rok i póź­niej­sze już ja ci będę przy­sy­łać. Ojciec też zresztą tro­chę pomoże. Jed­no­cze­śnie będę odkła­dać i dla sie­bie na póź­niej. A gdy ty zosta­niesz lekarką, to ja pojadę i ty znów będziesz mnie dopo­ma­gała"6.

Bro­nia jest wzru­szona. Jak przy­jąć takie poświę­ce­nie ze strony sie­dem­na­sto­let­niej sio­stry, tak mądrej i bły­sko­tli­wej, tak bli­skiej? I dla­czego mia­łaby wyje­chać jako pierw­sza? Jest star­sza i dla Marii róż­nica wieku to oczy­wi­sty argu­ment. Bro­nia nie powinna zwle­kać. W wieku dwu­dzie­stu lat wielu stu­den­tów ma już za sobą kilka lat nauki, nie ma czasu do stra­ce­nia. Maria za to może pocze­kać kilka lat. Bro­nia ustę­puje żąda­niom sio­stry, którą wspiera ojciec. Oczy­wi­ście roz­sta­nie będzie bole­sne. Paryż jest tak daleko, nikt nie będzie mógł sobie pozwo­lić na bilet, choćby czwar­tej klasy, ani prze­być całej Europy Środ­ko­wej, żeby się z nią zoba­czyć. Wie­lo­let­nia roz­łąka? To ryzyko, ale podej­mo­wane w nadziei na lep­szy świat.

Z kil­koma kanap­kami i ter­mo­sem Bro­nia wsiada do pociągu, który zawie­zie ją do Paryża. Marii z kolei udaje się zna­leźć pracę guwer­nantki. I odkrywa kulisy życia. W War­sza­wie, w któ­rej wszystko jest dro­gie, jej talent do oszczę­dza­nia nie wystar­cza - Maria wydaje zbyt wiele i nie może wysy­łać Broni dość pie­nię­dzy. Czy plany jej star­szej sio­stry nie powiodą się z jej winy? Nie znio­słaby tego, czuje się zagu­biona. Ale nie pogrąża się w ponu­rych myślach. Nie ma czasu. Trzeba dzia­łać. A gdyby tak przy­jęła sta­no­wi­sko guwer­nantki na wsi? Żyłaby na odlu­dziu, ale mia­łaby wikt i opie­ru­nek, nie mia­łaby żad­nych wydat­ków. Cze­ka­łoby ją wiele lat okrop­nej izo­la­cji, z dala od ojca i sio­stry. Ale czy cel nie jest wart tego poświę­ce­nia?

Dzień po syl­we­strze wsiada do pociągu i jedzie w nie­zbyt rado­sne miej­sce. W prze­ni­kli­wym zim­nie tego 1 stycz­nia 1886 roku Maria z drże­niem myśli o wszyst­kich, któ­rych kocha. Czy jesz­cze kie­dyś ich zoba­czy? Tego nie wie. Ale wkrótce, wcze­snym ran­kiem w domu dzier­żaw­ców wiel­kiego majątku ziem­skiego odkrywa, że ta wieś, o któ­rej marzyła - lasy, drzewa, polany - to tak naprawdę tylko kominy i cią­gnące się aż po hory­zont pola bura­ków. Zamiast tak wycze­ki­wa­nej har­mo­nii i róż­no­rod­no­ści natury, otrzy­muje jedy­nie szpetną mono­to­nię plan­ta­cji pod ciem­nym, słot­nym nie­bem. Poza tym ma mnó­stwo pracy z nie­zno­śnymi i nazbyt roz­piesz­czo­nymi dziećmi. A przede wszyst­kim odkrywa, że zasoby finan­sowe nie pocią­gają za sobą inte­li­gen­cji, kul­tury ani inte­lek­tu­al­nej cie­ka­wo­ści. Nic z tych rze­czy. To praw­dziwy szok. Cóż za roz­cza­ro­wa­nie! A jed­no­cze­śnie jaka lek­cja życia. W wieku osiem­na­stu lat Maria uczy się praw­dzi­wego świata - i nie zapo­mni tej nauki.

Uważ­nie obser­wuje też nie­pi­śmienne dzieci rol­ni­ków i robot­ni­ków. Bez przy­szło­ści, tak jak ich rodzice. Zaczyna marzyć o naucze­niu ich alfa­betu. Czy­ta­nia, pisa­nia. To dla nich nie­do­stępny luk­sus, który ona byłaby w sta­nie im zaofe­ro­wać. Oczy­wi­ście potrzebne będzie pozwo­le­nie głowy rodziny, u któ­rej pra­cuje. Maria zamie­rza nauczać dzieci po pol­sku, nie po rosyj­sku. Akt oporu, o któ­rym po latach przy­po­mni Ewa Curie w bio­gra­fii swo­jej matki. Młoda dziew­czyna ryzy­kuje zsyłkę na Sybe­rię7. Mimo zagro­że­nia wła­ści­ciel rów­nież daje się uwieść tej idei, ale kie­ru­jąc się zdro­wym roz­sąd­kiem, narzuca naj­ści­ślej­szą dys­kre­cję. Dzie­się­cioro dzieci wcho­dzi po cichu, na pal­cach, do pokoju Marii, która spę­dza z nimi śred­nio pra­wie osiem godzin tygo­dniowo. Dzieci odkry­wają zeszyty i kredki, czę­sto się znie­chę­cają, by wresz­cie, po łzach i zwąt­pie­niach, nauczyć się kre­ślić litery. Cóż za triumf! Jakąż nagrodą dla Marii są ich zwy­cię­skie twa­rze! Wra­cają wie­czo­rami do rodzi­ców, by z dumą pochwa­lić się swo­imi suk­ce­sami, swo­imi osią­gnię­ciami. Czują się sil­niej­sze, bar­dziej przy­go­to­wane do życia niż ich ojco­wie i matki, któ­rzy przez wiele godzin dzien­nie harują w cukrowni.

Maria osią­gnęła swój cel, a jed­nak nie czuje satys­fak­cji. Tak młoda, cza­sem marzy o Paryżu, gdzie jej sio­stra pod­cho­dzi do egza­mi­nów medycz­nych, gdzie chłopcy i dziew­częta roz­ma­wiają, dys­ku­tują, śmieją się po zaję­ciach, żyją. W listach do ojca błaga, by wysłał jej szybko zada­nia z che­mii, fizyki, a nawet mate­ma­tyki. Pasjo­nują ją nauki ści­słe - zawsze tak było. Te listy staną się ser­deczną wię­zią - wię­zią, którą Maria powtó­rzy potem z wła­sną córką Ireną. Bli­skość wyra­ża­jąca się poprzez naukę.

Są także inne porywy serca, jak choćby pociąg do syna rodziny pra­co­daw­ców, prze­chadzki we dwoje po polach bura­ków. Stop­niowo z ich roz­mów rodzi się zaży­łość i młody męż­czy­zna prosi rodzi­ców o zgodę na ślub. Ale w tej rodzi­nie, w któ­rej dotąd była trak­to­wana tak cie­pło, jakby była jej człon­ki­nią, zapada okrutny wyrok. Młoda dziew­czyna nie ma ani gro­sza, nie pocho­dzi z rodziny, która zapew­ni­łaby odpo­wied­nią pozy­cję spo­łeczną. Maria pyta mło­dego męż­czy­znę, czy zamie­rza prze­ciw­sta­wić się swo­jej rodzi­nie. Ale on nie ma na to siły. Gdy znów się zoba­czą, ona ponow­nie zada mu to samo pyta­nie - znów na próżno - a potem odwróci się od niego. Roz­cza­ro­wana. Zdru­zgo­tana. Po raz pierw­szy ktoś zła­mał jej serce. Odtąd będzie bar­dziej ostrożna, zanim ule­gnie uczu­ciom. Sta­nie się nie­przy­stępna, a zbli­że­nie się do niej będzie sta­no­wić praw­dziwe wyzwa­nie. Tym­cza­sem daleko, we Fran­cji, Bro­nia jesz­cze przez lata będzie kon­ty­nu­ować stu­dia i potrze­bo­wać pomocy rodziny. Przy­szłość dwu­dzie­sto­let­niej Marii rysuje się w ciem­nych bar­wach.

Jed­nak nie można się pod­da­wać. Mijają dni, mie­siące. Wkrótce upłyną trzy lata, odkąd Maria mieszka na tej ponu­rej wsi. Jej ojciec prze­cho­dzi na eme­ry­turę. Maria roz­waża wów­czas powrót do War­szawy, zamiesz­ka­nie z nim w małym miesz­ka­niu. Czyż powin­no­ścią córek nie była od zawsze, od wie­ków, opieka nad sta­rymi rodzi­cami? Ale pan Skło­dow­ski nie zamie­rza stać się cię­ża­rem. Przyj­muje posadę, któ­rej nie­gdyś w ogóle nie brałby pod roz­wagę - dyrek­tora domu popraw­czego dla dzieci. Cóż za smu­tek! A jed­nak w tej ponu­rej atmos­fe­rze widać prze­błysk świa­tła. Pen­sja. W końcu może wysy­łać Broni wię­cej pie­nię­dzy. Maria będzie w sta­nie oszczę­dzać dla sie­bie. Naresz­cie. Po wywią­za­niu się z umowy młoda kobieta wraca do War­szawy. Znów roz­po­czyna się praw­dziwe życie. Zamiesz­kuje przy bar­dzo boga­tej rodzi­nie, obser­wuje to szczę­śliwe towa­rzy­stwo, ich szczo­drość wobec niej, ich małost­ko­wość, ich sztuczny, choć cza­sem zwró­cony w stronę kul­tury świat - aż nagle przy­cho­dzi list od Broni, w który już nie wie­rzyła. Jej star­sza sio­stra bie­rze ślub z Pola­kiem, a ten zacznie zara­biać na życie, gdy tylko skoń­czy stu­dia medyczne. Bro­nia nie będzie już zale­żeć od pomocy finan­so­wej ojca:

Ty także, Maniu­siu, musisz wresz­cie pomy­śleć o Twoim losie! Jeśli uda Ci się zebrać kil­ka­set rubli w ciągu tego roku, mogła­byś przy­je­chać tu już na jesieni i zamiesz­kać u nas, gdzie mia­ła­byś utrzy­ma­nie. Tych kil­ka­set rubli potrzeba koniecz­nie na cze­sne na Sor­bo­nie [...]. Trzeba bez­wa­run­kowo, abyś zde­cy­do­wała się na to: już cze­kasz sta­now­czo za długo! Zapew­niam Cię, że zro­bisz licen­cy­jat w dwa lata. Pomyśl o tem, zbie­raj pie­nią­dze, ulo­kuj je dobrze, nikomu ich nie poży­czaj!8

Maria się waha, musi się pozbie­rać po latach życia jak we mgle. Nie wie, czy wciąż jesz­cze ma siłę opu­ścić Pol­skę, zosta­wić ojca. Byłaby tak daleko. Ale nauka tak bar­dzo ją pociąga! Już wkrótce będzie spę­dzać nie­dziele nie na spo­tka­niach z innymi mło­dymi ludźmi, lecz w udo­stęp­nio­nym jej przez Uni­wer­sy­tet Lata­jący labo­ra­to­rium w Muzeum Prze­my­słu i Rol­nic­twa w War­sza­wie. Cóż za szczę­ście! Chwyta za pro­bówki, czuje w sobie siłę, rodzącą się pasję. Ale znów cho­ruje, waha się. Wresz­cie podej­muje decy­zję: wysyła do Paryża mate­rac, pościel, kufer ze skrom­nym dobyt­kiem. Zabiera ze sobą coś do jedze­nia - podróż będzie długa, trzy dni i trzy noce. To cała wiecz­ność, gdy trzeba podró­żo­wać na ławce w czwar­tej kla­sie. Pan Skło­dow­ski ści­ska córkę na sma­ga­nym wia­trem pero­nie dworca, Maria wska­kuje na sto­pień pociągu, a ten zaczyna toczyć się po torach w kłę­bach pary. Kilo­me­try ucie­kają przy wtó­rze tur­kotu, który poru­sza jej serce, i przy­bli­żają ją do tak wytę­sk­nio­nej Fran­cji.

Dziel­nica nie­opo­dal Gare du Nord, w któ­rej miesz­kają Bro­nia i jej mąż, w niczym nie przy­po­mina wyobra­żeń Marii. A jed­nak sym­bo­li­zuje to, za czym tak tęsk­niła: wol­ność i dostęp do uczelni. Tutaj młoda kobieta może postę­po­wać tak, jak jej się podoba, roz­ma­wiać, dys­ku­to­wać bez lęku, nie musi szep­tać ani się kryć. Wspa­niałe odkry­cie. Upa­ja­jące. Prze­mie­rza­nie sto­licy, by dojść na Sor­bonę, jej nie męczy. Prze­ciw­nie: hałas, ruch omni­bu­sów i koni, śmie­chy prze­chod­niów, ich stroje - wszystko ją olśniewa. A jed­nak coraz czę­ściej bije się z myślami. Cie­szy się z bli­sko­ści sio­stry, ale mał­żeń­stwo ma pewne przy­zwy­cza­je­nia, które prze­szka­dzają jej w kon­cen­tro­wa­niu się na stu­diach. Kazi­mierz Dłu­ski i Bro­nia przyj­mują wie­czo­rami przy­ja­ciół, dys­ku­tują, do późna w nocy śpie­wają. Pewien znany pol­ski pia­ni­sta, któ­rego spo­tka tu Maria, zaszczyci ich swoją grą. Nikt nie wątpi, że ta wscho­dząca sława, Ignacy Pade­rew­ski, zachwyci swo­ich słu­cha­czy. Póź­niej zaan­ga­żuje się w sprawę wol­nej Pol­ski, będzie dzia­łał na rzecz nie­pod­le­gło­ści swo­jej ojczy­zny w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, spo­tka się nawet z ame­ry­kań­skim pre­zy­den­tem Tho­ma­sem Woodro­wem Wil­so­nem w 1917 roku i jako pre­mier i mini­ster spraw zagra­nicz­nych pod­pi­sze trak­tat wer­sal­ski w imie­niu pol­skiej dele­ga­cji. Będzie jed­no­cze­śnie kon­ty­nu­ował karierę dyplo­maty i pia­ni­sty.

Aktu­al­nie młoda dziew­czyna nad­ra­bia w Sor­bo­nie trzy lata spę­dzone z dala od świata uni­wer­sy­tec­kiego. Nie ma chwili do stra­ce­nia, bo jej oszczęd­no­ści top­nieją. Nawet gdy siada w pierw­szych rzę­dach sal wykła­do­wych tego pre­sti­żo­wego miej­sca, zda­rza jej się zasy­piać. Jej fran­cusz­czy­zna nie jest tak zna­ko­mita, jak wcze­śniej sądziła, a chce pisać i mówić jak inni stu­denci. W końcu, jest jedną z nie­licz­nych dziew­czyn. Chłopcy obser­wują tę pochy­loną nad zeszy­tem panienkę o jasnych wło­sach, która wydaje się tak pilna, nawet jeśli jej poważne spoj­rze­nie cza­sem roz­świe­tla cza­ru­jący uśmiech. Te pierw­sze mie­siące, choć wypeł­nione eks­cy­ta­cją, są wycień­cza­jące. Czy Maria to wytrzyma?

Roz­wią­za­nie: wyna­ję­cie pokoju bli­sko Sor­bony. Oczy­wi­ście, jest to nie­duży pokoik, ale wresz­cie będzie się w nim mogła skon­cen­tro­wać na stu­diach i odkry­wać niebo, świa­tło i sza­ro­nie­bie­skie łup­kowe dachy - sym­bole sto­licy. W marcu 1892 roku wpro­wa­dza się więc na szó­ste pię­tro domu przy rue Flat­ters, bli­sko Val-de-Grâce, w 5. dziel­nicy, a więc tej, w któ­rej znaj­duje się Coll?ge de France, biblio­teki, École nor­male supérieure, École supérieure de phy­si­que et de chi­mie indu­striel­les de la Ville de Paris, nie­da­leko Ogrodu Luk­sem­bur­skiego, gdzie będzie mogła zaczerp­nąć świe­żego powie­rza. Na Sor­bonę ma dwa­dzie­ścia minut pie­chotą - cho­dzi tam tęt­nią­cymi życiem uli­cami, obfi­tu­ją­cymi w księ­gar­nie i biblio­teki.

Cóż za szczę­ście! Paryż jej marzeń wresz­cie ist­nieje. Maria raz po raz zmie­nia pokoje, gdyż ni­gdy nie są dość spo­kojne i tak odludne, jak by sobie tego życzyła, by móc uczyć się w peł­nym spo­koju. Zdo­bywa kilku przy­ja­ciół, naj­pierw w spo­łecz­no­ści pol­skiej. Cza­sami ten czy ów, mimo skrom­nych warun­ków, przy­go­to­wuje pol­skie posiłki, kilka pysz­nych potraw, które przy­po­mi­nają im ich rodziny i tak odle­gły kraj. Są to małe, rado­sne święta. Ale stop­niowo Maria się izo­luje, decy­duje się na man­sardę bez ogrze­wa­nia i wody. Bieda daje się we znaki. Jej córka będzie przy­po­mi­nać, że Maria musiała wno­sić węgiel i wodę po tych stro­mych i nie­bez­piecz­nych scho­dach, w zim­nie. Na szczę­ście biblio­teki są nieco ogrze­wane i to ją ratuje. Bra­kuje jej smacz­nych cie­płych posił­ków ser­wo­wa­nych u Broni i Kazi­mie­rza, ona sama nie potrafi goto­wać, a z pomocą małej pate­lenki i imbryczka nie zdoła się odpo­wied­nio żywić. Jej posiłki skła­dają się z chleba z masłem i her­baty. Traci siły, ma zawroty głowy, ane­mię, jest wyczer­pana. Pew­nego dnia mdleje; jej szwa­gier lekarz spie­szy na ratu­nek, pod­kar­mia ją, ale Maria wkrótce na nowo wraca do swo­ich lichych por­cji. Mimo wszystko zdaje egza­miny i, co wydaje się nie­wia­ry­godne przy tych pry­mi­tyw­nych warun­kach, z pierw­szą notą uzy­skuje licen­cjat z nauk fizycz­nych w 1893 roku, a w kolej­nym roku na dru­gim miej­scu koń­czy licen­cjat z nauk mate­ma­tycz­nych9. Bo dla Marii jeden licen­cjat był nie­wy­star­cza­jący - doło­żyła sobie pracę nad dru­gim! Po zda­nych egza­mi­nach wraca na lato do War­szawy, lepiej się odży­wia, ale towa­rzy­szy jej nie­po­kój. Jak da sobie radę w Paryżu jesie­nią?

Poja­wia się świa­tełko w tunelu. Dzięki szczo­dro­ści pew­nej Polki, uzy­skuje sty­pen­dium Alek­san­dro­wi­czów przy­zna­wane pol­skim stu­den­tom, któ­rzy stu­diują za gra­nicą. Maria otrzyma sześć­set rubli - nie­ocze­ki­wany zastrzyk pie­nię­dzy! Dzięki temu ma zabez­pie­czony rok nauki, ale na­dal będzie oszczę­dzać, ze szkodą dla zdro­wia, tak by to sty­pen­dium wystar­czyło na dwa lata! Pra­cuje bez wytchnie­nia, z rado­ścią, bo te bada­nia naukowe, chwile w labo­ra­to­rium, gdzie na sto­jąco prze­pro­wa­dza doświad­cze­nia, są dla niej speł­nie­niem. Pro­wa­dze­nie badań, odkry­wa­nie i nauka ją fascy­nują. Rok po roku w wybit­nym stylu zbliża się do końca stu­diów. Nic nie może jej zde­kon­cen­tro­wać. A przy­naj­mniej tak jej się wydaje.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki