ZMARTWIENIA KORNETA
Bartenjew nie omieszkał jednego z najbliższych dni udać się do mieszkania Wisnowskiej. Wybrał się nawet sam bez Prudnikowa. Następnie wizyty swe powtórzył parokrotnie, lecz nie dały mu one tego, czego się spodziewał. Artystka przyjmowała go uprzejmie, lecz raczej chłodno, mimo zachęcającego przy poznaniu uśmiechu. Zresztą zastawał stale liczne towarzystwo, składające się przeważnie z literatów i dziennikarzy, ci zaś nie chcieli mówić po rosyjsku, on zaś sam z trudem mógł się wyjęzyczyć po polsku. Rozmowy prowadzono niemal wyłącznie na tematy literackie, lub rozprawiano o sztuce, czasem nawet o filozofji, a śród rozmów rej wiodła wielce oczytana i wykształcona Wisnowska.
Kornet, choć posiadał pewną salonową ogładę, zewnętrzne, wykwintne manjery, tupet niesłychany i sam siebie poczytywał za artystę - w gruncie był mało inteligentny i niezbyt się orjentował w poruszanych śród dyskusji zagadnieniach. Aby głupstwa nie palnąć, wolał milczeć i cała jego rola na przyjęciach u aktorki ograniczała się do siedzenia w kącie i wodzenia po zebranych dość ogłupiałym wzrokiem. Od czasu do czasu tylko, gdy podawano mu, o zgrozo, filiżankę herbaty lub tacę z ciastkami szarmancko trzaskał w pięty, mówiąc "nda, merci", co wywoływało lekki uśmieszek obecnych.
Bartenjew rozumiał swą niezbyt wyraźną rolę i mimo, że wielu z gości aktorki znał już poprzednio z innych artystycznych zebrań, czuł się onieśmielony i zażenowany. Bodaj najwięcej onieśmielała go sama Wisnowska. Patrzył na nią z zachwytem i głębokiem uszanowaniem, niby na groźnego bożka, co lada chwila rozgniewać się może i przepędzi z raju precz śmiertelnika.
Była tak zupełnie inną, niźli wszystkie kobiety, które znał dotychczas, że nie wiedział ani jak do niej przystąpić, ani jak z nią rozmawiać. Poprzestawał na niemem uwielbieniu, łowiąc jej spojrzenia, które czasem padały nań filuterne i kokieteryjne. Lecz teraz nawet i spojrzeniom tym nie przypisywał zbytniej wagi.
- Miał rację Prudnikow - czasem myślał w duchu, nie na nasze zęby to kąsek, w bliższą przyjaźń się z nią nie wejdzie. Na nic to całe chodzenie, chyba tylko zakocham się naprawdę. Za każdym razem przysięgał sobie, iż więcej do Wisnowskiej nie pójdzie a potem coś bezwiednie ciągnęło go do niej i marzył tylko o tem, aby znaleźć się tam jaknajprędzej. Stan taki, w czasie którego kornet nawet mniej pił i hulał, popełniwszy zato ku chwale literatury rosyjskiej wiele sentymentalnych wierszy, trwał przez parę miesięcy, aż dnia pewnego zdobył się Bartenjew na siłę woli i wizyt zaprzestał, ograniczając się jedynie do bywania w teatrze i nadsyłania koszów z kwiatami, niesłychanych rozmiarów.
Jeśli chodzi o Wisnowską, to zwróciła ona uwagę na swego nowego wielbiciela. Początkowo spozierała nań bez zbytniej sympatji, określając w duchu niepozornego huzara, jako "krzywonogiego smarkacza". Wreszcie jednak wzruszył ją ten zachwyt bez granic.
Była przyzwyczajoną do pochwał, komplementów, oklasków, lecz nie była przyzwyczajoną do podobnej czci i podobnego podziwu.
On chciał tylko patrzeć na nią, nie żądając nic w zamian. Grając na scenie, widziała Bartenjewa, który nie opuszczał ani jednego przedstawienia siedząc w pierwszym rzędzie z wytrzeszczonemi oczami, o bałwochwalczym wyrazie. U niej w domu również zapatrzony z miną rozanieloną trwał w ekstazie zachwytu. Dalej, niema artystki, która nie byłaby czułą na składane publicznie dowody uznania, a bukiety nadsyłane przez Bartenjewa tak przedstawiały się wspaniale, iż na sam ich widok koleżanki żółkły z zazdrości.
- Dobry chłopak, myślała i pewnie we mnie do szaleństwa zakochany!
Z tych to przyczyn Wisnowska jęła huzara darzyć coraz większą sympatją, choć nie okazywała mu tego jawnie i zdziwiła się nieco, gdy częste wizyty oficera ustały. Jako na mężczyznie zależało jej na nim niewiele, lecz przykro było stracić równie oddanego wielbiciela talentu; o wielbicieli zaś dbała niezmiernie, pragnąc tą drogą powiększać swą sceniczną popularność. Zdziwiła więc ją dłuższa nieobecność Bartenjewa a nawet zastanawiała się, co ją tak nagle spowodować mogło.
Bartenjew tymczasem zaprzestawszy wizyt, mało dających możności pomówienia sam na sam z artystką, nie mógł jednak na tyle przezwyciężyć się, aby całkowicie wybić sobie z głowy swoje bożyszcze - jął krążyć w pobliżu mieszkania Wisnowskiej. A nuż ją spotka, nuż zechce z nim na ulicy porozmawiać, może wtedy łacniej wypowie jej wszystkie słowa z trudem cisnące się na usta.
Krążył tedy po Złotej, krążył po Marszałkowskiej, ale szczęście mu nie dopisywało.
Spotkać jej nigdzie nie mógł, natomiast omało parę razy nie natknął się na Prudnikowa i od niechybnego wyśmiania salwował się pospieszną ucieczką do najbliższej bramy.
Że jednak każdemu szczęście kiedyś musi się uśmiechnąć, spotkał zupełnie przypadkowo artystkę na Placu Teatralnym, gdy powracała z próby. Zdębiał, zamienił się w słup soli i wyprężony, niby przed jenerałem, stał salutując uroczyście. Aktorka zagadnęła go pierwsza:
- Cóż pan porabia, monsieur Alexandre? - odezwała się po francusku, gdyż stale z rosjanami rozmawiała w tym języku, władając nim świetnie. - Wcale pana u mnie nie widać! Nieładnie zapominać o starych przyjaciołach...
- Służba... musztra... moc zajęcia... bełkotał kornet zmieszany, tracąc w obecności aktorki całą swą pewność hulaszczego zawadyjaki.
- Bardzo nie ładnie! - powtórzyła, dobrze że spotykam, chciałam... Ale... Proszę tu na mnie zaczekać! - odwróciła się nagle i zbliżyła do przechodzącego starszego, siwego pana, dając mu znaki, aby przystanął.
Był to redaktor Kurjera Porannego, Fryze.
- Wujaszku! - zawołała żywo (stale redaktora zwała poufale wujaszkiem) - wujaszku stój, siostrzenica prosi!
Redaktor zatrzymał się z uśmiechem.
- To panna Marja z huzarami teraz wystaje? - zagadnął.
- A ty byś chciał wujaszku, żebym wystawała tylko z redaktorami?
- Pewnie! Bo jak ludzie zobaczą artystkę z redaktorem to powiedzą, że ona ma interes do niego, a jak ją widzą z huzarem - to sądzą, że huzar ma interes do artystki!...
- Fe, jaki złośliwy! Słuchaj wujaszku, chciałam przypomnieć... masz być u mnie jutro na obiedzie! Będzie parę osób.
- Ależ, oczywiście pamiętam!
- Wujaszku! zagadnęła filuternie, a huzara można zaprosić? Bardzo miły chłopak!
- Hm... jak uważasz! Zdaje się, że to pan Bartenjew. Znamy się nawet!
- Wy się znacie? - zapytała zdziwiona.
- Pewnie. Pan Bartenjew ogromnie garnie się do sfer artystycznych! Poznałem go u śpiewaczki Patini... wydawał się niezmiernie w niej zakochany...
- A nicpoń! - udała oburzenie Wisnowska - Monsieur Alexandre, zawołała, zwracając się w stronę korneta, proszę tu podejść, skoro panowie się znacie! Mam z panem na pieńku!
A gdy oficer się zbliżył, poczęła prawić, świetnie udając zagniewaną i bawiąc się jego zażenowaniem.
- Pięknych tu rzeczy dowiaduję się o zacnym kornecie! Kochał się w śpiewaczce, a ja sądziłam, że się we mnie kocha... Jestem doprawdy oburzona, bardzo oburzona... Za karę, zrobiła długą pauzę, ma pan do mnie jutro przyjść na obiad... i nadal wolno się panu kochać tylko we mnie! Zrozumiano?!
Bartenjew, czerwony niby burak, wymamrotał parę niezrozumiałych słów podziękowania, myśląc w duszy:
- Dziwna to jest doprawdy kobieta! Nie wiadomo nigdy czy mówi poważnie czy żartuje... Musi jej jednak zależyć na mnie, skoro sama zaprasza...
POZNANIE.
Marja Wisnowska stała u szczytu powodzenia i sławy.
Urodzona w 1860 r. - w momencie naszego opowiadania miała lat 29. Wcześnie straciła ojca a gdy matka powtórnie wyszła za mąż, aby w lat parę później po raz drugi owdowieć - oddana była na pensję, którą ukończyła w Warszawie w siedemnastym roku życia. Od wczesnej młodości ciągnęła ją scena i jeszcze dzieckiem będąc z rówieśniczkami bawiła się w teatr, a później, na pensji z zamiłowaniem występowała w przedstawieniach amatorskich.
Jako młodziutka dziewczyna obiera bez wahania zawód aktorski i dostaje się do teatru we Lwowie, gdzie wstępnym bojem zdobywa sukces niemały. Lecz pierwsze triumfy niezadawalniają Wisnowskiej. Ona nie chce być przeciętną aktoreczką, cieszącą się chwilowym poklaskiem, ona pragnie zdobyć pierwszorzędne stanowisko, stać się drugą Modrzejewską czy Sarą Bernhardt. Pracuje w dalszym ciągu uporczywie nad sobą a gdy echa jej sukcesów dochodzą do Warszawy, zaangażowana w 1881 r., obejmuje odrazu pierwszorzędne role.
Gra bez przerwy przez kilka lat i święcąc coraz nowe triumfy, zdobywa olbrzymią popularność, stając się wraz z drugą świetną artystką Czaki - ulubienicą miasta. Szczególniej zachwyca się nią młodzież, ta z paradyzu, stwarzająca klakę i sławę aktorkom a gdy poczynają się toczyć spory, która z gwiazd stoi wyżej - syreni gród dzieli się na dwa obozy - Wisnowczyków i Czakistów - zwalczających się wzajem namiętnie.
Uwielbienie dla Wisnowskiej jest tak wielkie, iż uczniowie przestają się uczyć, wystając tłumnie przed jej mieszkaniem przy ulicy Złotej ? 3, by na chwilę, choć przelotnie w oknie ujrzeć swoje bożyszcze. Teatralny szał młodzieży dochodzi do takich granic, że wdać się musi aż prasa, zaznaczając niewłaściwość podobnych zachwytów a Wisnowska pomieszcza w pismach listy, prosząc uczniów o zaprzestanie spacerów i demonstracyj pod jej oknami.
Owacje publiczne ustają, ale sława artystki, szczególniej po "Lenie" olbrzymieje.
Nic więc dziwnego, że gdy rozeszła się wieść, iż Marja Wisnowska sama, we własnej osobie, zasiądzie w kasie teatru Wielkiego, aby sprzedawać bilety na przedstawienie, z którego dochód miał być przeznaczony na zapomogę dla zasłużonej a sparaliżowanej aktorki charakterystycznej Mędrzeckiej, kasę obległy tłumy i wszystkie niemal bilety rozchwytano. Spieszono, by zbliska ujrzeć świetną artystkę, by zobaczyć jak wygląda nieucharakteryzowana, może aby pochwycić jeden z jej czarujących uśmiechów, lub z pięknych ust usłyszeć słówko "dziękuję". Bo Wisnowska, niezwykle dbała o swą popularność, starając się ją podtrzymać a może jeszcze zwiększyć, każdego z nabywców darzyła rozkosznem spojrzeniem, komplementem. Odchodzili też ludziska od kasy radzi i z rozanielonemi minami a tu i owdzie słyszało się szepty pochwalne:
- Jeszcze ładniejsza niż na scenie... a jaka miła!
Jeśli doszukiwać się głębszej przyczyny tego uwielbienia teatralnej gwiazdy, które nie powtarza się w czasach dzisiejszych a które przerastało nawet znacznie hołdy składane obecnie "star'om" kinematograficznym, to pamiętać należy, iż działo się to w dobie największego ucisku i rusyfikacji, gdy teatr był jedną z najważniejszych placówek narodowych, dzięki czemu jego przedstawiciele, niosący w tłum żywe polskie słowo cieszyli się specjalnym uznaniem i specjalną sympatją szerokich mas...
Nieco z boku, nie chcąc mieszać się z tłumem, przystanęli Prudnikow z Bartenjewym. Umyślnie przeczekiwali dopóki nie skończy się tłok przy kasie, w tych warunkach bowiem, mowy nawet nie mogło być o zamienieniu paru słów z artystką.
Dopiero, gdy liczba kupujących jęła rzednąć, na samym końcu ogonka i posuwając powoli, znaleźli się przed okienkiem, z którego wyjrzała roześmiana twarz aktorki.
- O... i panowie huzarzy zaszczycili mnie swą obecnością - zawołała wesoło, spostrzegłszy mundury - dziękuję bardzo za pamięć... oczywiście... w imieniu Mędrzeckiej - dodała filuternie. Szkoda tylko, że tak późno... zostało jedynie parę biletów na galerję po rublu...
- Ależ bierzemy, oczywiście bierzemy - zawołał po francusku Prudnikow, całując wyciągniętą ku niemu rączkę artystki, ja i mój przyjaciel! Sprowadziłem tu przyjaciela, aby się skromnym datkiem przyłączył. Pozwoli pani sobie przedstawić - monsieur Alexandre Bartenjew... Gorzeje od szeregu dni, niby potępieniec w piekle... tak pragnął osobiście poznać...
Oczy Wisnowskiej spoczęły na Bartenjewie a usta jej ułożyły się do uprzejmego uśmiechu.
Kornet, w tym czasie, wyciągnąwszy z portfelu dwie nowe sturublówki, złożył je ostentacyjnie przed artystką.
- Co za szczodry dar! - zawołała zdziwiona hojnością oficera - doprawdy szczodry! Wiecie panowie miałam dziś jeden z piękniejszych dni mego życia! Przyczyniłam się trochę, aby ulżyć niedoli biednej kobiety...
- I ja dziś miałem piękny dzień! - oświadczył Bartenjew.
- Czyżby... zauważyła, nie rozumiejąc, dokąd kornet zmierza.
- D'avoir fait votre connaissance, mademoiselle, - zakończył z ukłonem.
- No... no... jaki z monsieur Bartenjewa faiseur de compliments, - roześmiała się Wisnowska. Niestety, teraz muszę panów przeprosić, bo zamykamy kasę... Natomiast, gdyby którego dnia panowie zechcieli mnie odwiedzić, będzie mi bardzo miło... bardzo miło... powtórzyła, obrzucając Bartenjewa zalotnem spojrzeniem.
Gdy huzarzy, pożegnawszy artystkę, znaleźli się przed teatrem na ulicy, Bartenjew, który z podwójną energją dzwonił ostrogami a trzaskał długim kawaleryjskim pałaszem, przystanął na chwilę.
- Widzisz... zaprosiła.... oświadczył prężąc pierś dumnie!.. a zauważyłeś jakie puściła do mnie oko... Cudowna, przemiła kobieta...
- Zawsze miałeś szalone powodzenie u niewiast! - odparł z ukrytą ironją Prudnikow - któż się oprze urokowi Bartenjewa?!
OBIAD U WISNOWSKIEJ
Na obiedzie u artystki zebrało się sporo osób, wyłącznie niemal ze sfer dziennikarsko-literackich. Był więc Lubowski i Kazimierz Zalewski i redaktor Fryze i Przybylski i autor "Gasnącego słońca" Jeske Choiński - nazwiska podówczas w Warszawie najgłośniejsze. Z kobiet li tylko jej siostra przyrodnia Emma Sztengiel, siostrzenica Helena Coray i matka, pani Emilja Kicińska, (takie nosiła nazwisko po drugim mężu), która wraz z córką mieszkała. Pozatem oczywiście Bartenjew.
Obiad miał się ku końcowi. Siedziano przy czarnej kawie, panowie palili; toczyła się ożywiona dyskusja.
- Doprawdy nie rozumiem - perorował redaktor Fryze, wskazując na małe szkielety z kości słoniowej, którymi dziwacznie był przybrany pokój - co za sens podobne emblematy trzymać w domu. Stałe chyba: memento mori! Oj! ta nasza kochana Mania! Niema tu nikogo ktoby więcej od niej przywiązany był do życia... a podobnemi straszydłami kokietuje! Oj, ta kokieterja!
- Wiecie dlaczego Wisnowska to robi, dodał Kazimierz Zalewski, dowiedziała się, że Sara Bernhardt sypia w trumnie... oczywiście dla sensacji... i pragnie naśladować swój pierwowzór.
- Bardzo przepraszam - przerwała artystka! niezadowolona, iż ją odgadnięto, w rzeczy samej bowiem śmierci bała się bardzo a zagrobowe symbole porozwieszała przez ekscentryczność - bardzo przepraszam! Kiedyś marzyłam o pięknej śmierci, ubrana w bieli, w różowym pokoju, śród kwiatów, przy dźwiękach cichej muzyki! Tak nawet napisałam w moim pamiętniku!
- Ale to było bardzo dawno - przyciął znów Zalewski - gdy byłam na pensji i mama nie dała czekoladek! Wszystkie pensjonarki tak piszą.
- A teraz - zakończył Fryze - marzę o śmierci jako Ofelja... ale tylko po to, aby za chwilę wrócić na scenę po oklaski!
Wisnowska czując, że z ciętemi literackimi językami sobie nie poradzi, wolała skapitulować i wybuchnęła śmiechem.
- Macie rację - zawołała - życie jest piękne, kocham życie, pragnę żyć i używać... A przedewszystkiem mam jeszcze tyle do zrobienia... sztuka... sława... Kocham Warszawę... ale ona mi już nie wystarcza. Pragnę oklasków w Paryżu, w "Comedie Française", muszę zrobić tournée do Anglii, Ameryki... Mogła zbierać zagranicą laury Modrzejewska, musi je zebrać Wisnowska!
- Ma pani przynajmniej wszelkie dane po temu! odezwał się Lubowski.
- I to mnie najwięcej dręczy, mówiła nie zwracając wcale uwagi na słowa zachęty, to czasem morduje śród bezsennych nocy, czy celu dopnę... O wielebym dała zato, aby poznać przyszłość.
- Jest tu jeden taki między nami, co znakomicie potrafi wróżyć, wskazując na Jeske-Choińskiego odezwał się Zalewski.
Powieściopisarz istotnie wielce interesował się chiromancją, ze swemi jednak wiadomościami popisywał się niechętnie, więc też obecnie mruknął.
- Et, głupstwo wszystko!
- Kochany autorze - zawołała Wisnowska - musi pan mi coś z ręki powiedzieć, ale koniecznie, koniecznie...
Gdy i obecni poczęli nalegać, Jeske-Choiński, przymuszony, ujął dłoń artystki. Długo badał linje, marszczył czoło, coś kalkulował w końcu orzekł:
- Tak... bardzo ciekawe... w każdym razie czekają panią losy niezwykłe...
- Będę sławną, wielką?
- Zapewne... zapewne... linja Apollina szalenie rozwinięta, tylko... tylko....
- No... no... proszę mówić prędzej!
- Oczekuje panią jakiś wielki wstrząs moralny, bo ja wiem... tragiczne przeżycia... może gwałtowna śmierć...
- Dobryś, - klasnęła w dłonie Wisnowska, nieco przestraszona - najprzód mi wymyślają za kościotrupy, potem straszą śmiercią gwałtowną! Kiedyż to ma nastąpić?
- Tego określić nie mogę! - odparł ze śmiechem Jeske Choiński, sam niezbyt wiele przywiązując wagi do swej wróżby i pragnąc zatrzeć złe wrażenie - Zapewne za sto lat!
- Całe szczęście, mam przynajmniej dużo czasu, będę jeszcze w Ameryce! Słyszał pan, panie Bartenjew - zwróciła się do siedzącego na końcu stołu huzara - proroczą mi smutny koniec... Cóż pan na to?
- Pani! - odparł łamaną polszczyzną - jest jedno takie opowiadanie, poema naszego Puszkina "Egipskie noce". Niewolnik za jedno spojrzenie...........
ZAMIAST WSTĘPU
Nie mam zamiaru pisać przedmowy...
Chciałbym tylko czytelnikom wyjaśnić pokrótce, jakiemi zasadami rządzili się wydawcy i autor tej książki o jednej z najbardziej uroczych i najsławniejszych artystek naszych...
Gdy Marja Wisnowska umierała tragicznie, w Polsce panował naówczas system rządów rosyjskich... Dźwigaliśmy wtedy wszyscy ciężkie jarzmo niewoli, nie mogąc wyzwolić się z pęt i otrząsnąć z dusz tego wstrętnego, jadowitego, żrącego jak rdza, nastroju, w którym trzeba było żyć... Nie wolno nam było protestować, gdy działa nam się jakaś krzywda, nie wolno było się bronić, gdy nas napadano; każdy głos protestu, czy skargi, każdy odruch obrony najeźdźca tłumił i dławił brutalną dłonią przemocy.
I dlatego, gdy przed 40 laty jedna z najznakomitszych naszych artystek, chluba sceny polskiej, ulubienica całej Warszawy, Marja Wisnowska zginęła, jak ów "sen nocy letniej", w którym grała tak cudnie rolę Puka - nagle, gwałtownie... uczyniono ze strony rosyjskiej wszystko, aby padł cień na tragiczną postać lekkomyślnej może, ale obdarzonej dobrem sercem aktorki, pragnąc w ten sposób osłonić jej zabójcę Bartenjewa, syna jednego z dygnitarzy rosyjskich...
Oczywiście, mimo energicznej i mocnej postawy świadków, mimo czynione przez nich usiłowania, aby prawdę istotną ujawnić, aby odtworzyć scenę zabójstwa, tak jak ona w rzeczywistości się odbyła - ci, którym zależało na tem, aby Bartenjew uchodził za ofiarę kokietki bez serca - dopięli celu. W świetle sprawozdań sądowych, umiejętnie i odpowiednio redagowanych, figura Bartenjewa wygląda raczej na figurę nieszczęsnego kochanka, który w afekcie zamordował swoją ukochaną, niż na nikczemną postać mało inteligentnego o dzikich instynktach mordercy, który zwabił w zasadzkę swoją ofiarę.
Opowieść, którą utalentowany powieściopisarz Stanisław Wotowski, na tle życia Marji Wisnowskiej skreślił, nie rości sobie oczywiście, żadnego prawa do miana dokumentu historyczno-obyczajowego z przed lat 40-tu bezmała. Ma ona za zadanie do pewnego stopnia - przez rzucenie promieni światła na całą tę tragiczną sprawę, która w swoim czasie narobiła tyle hałasu - oczyszczenie pamięci wielkiej artystki... Autor oparł się na niedostępnych dawniej, za panowania caratu, materjałach, starając się odtworzyć z nich wiernie Marję Wisnowską i jej otoczenie.
W literaturze polskiej niema dotąd żadnego studjum poświęconego pamięci wielkiej artystki, ani powieści, któraby jej tragiczne losy miała za temat.
Powieść p. Wotowskiego jest pierwszą próbą w tym kierunku. Nie wyczerpuje ona, oczywiście przedmiotu, nie porusza zagadnień artystycznych, z któremi tak ściśle związana jest karjera Wisnowskiej, jako aktorki, usiłuje jedynie dotrzeć do jądra tajemnicy, jaką od lat wielu otoczona była śmierć artystki.
Wisnowska, ulubienica Warszawy, Wisnowska, świetna odtwórczyni tylu ról, że wymienimy tylko tytułową rolę w "Lenie" Jasieńczyka i "Żywy posąg" czeka jeszcze na studjum wyczerpujące o jej talencie i krótkim a bujnym okresie pracy scenicznej. Czarujący wdzięk artystki jednał jej wielu wielbicieli, niepospolity zaś jej talent zapisywał złotemi zgłoskami jej imię na kartach dziejów teatru polskiego. W panteonie zasłużonych mistrzów sceny polskiej stać będzie zawsze "żywy posąg" jej chwały, a legenda jej tragicznego zgonu wiążąc się z legendą jej bujnego, pełnego rozmachu życia, które wybuchało gorącym płomieniem jak gdyby w przeczuciu rychłego zgaśnięcia - przez długie jeszcze lata będzie kopalnią dociekań, domysłów, przypuszczań i - tematów dla pisarzy naszych i może obcych. W literaturze rosyjskiej istnieją przecież dwie powieści na życiu wielkiej artystki osnute.
Przeszła ona przez świat, jak wiosenna burza, jak uśmiech wiosennego słońca jaśniała przez krótką chwilę i zapadła w chmurną i posępną otchłań mogilną...
Lecz na jej grób zawsze rzucać będą świeże kwiaty ci wszyscy, którzy kochają Sztukę i Piękno, a pamięć o jej świetnych kreacjach przetrwa długo, długo, śród tych, co ją znali i przeżyli i śród tych, dla których Maria Wisnowska będzie już tylko otulonem w kir wspomnieniem...
Wspomnieniem młodości wiosennej i tego radosnego ukochania życia i sztuki, jakie jest udziałem tylko niektórych dusz.. I może dlatego te wybrane "ukochane przez bogów" duchy tak młodo z tego świata ulatują w krainę Nieznanego...
A że wiele cierpiały zazwyczaj tutaj na ziemi - wierzyć trzeba, że tam, w zaświatach, przebaczone im będzie wiele...
Tadeusz Kończyc
W warszawskim teatrze "Rozmaitości" w lutym 1889 roku grano z niesłabnącem powodzeniem "Lenę" Jasieńczyka, która dzień w dzień ściągała tłumy widzów, zarówno dzięki treści sztuki, jakoteż dzięki przewybornej grze artystów z Marją Wisnowską na czele, ulubienicą publiczności, odtwarzającą postać głównej bohaterki dramatu.
Podczas ostatniego antraktu, do natłoczonej sali, wszedł kornet rosyjskiego, grodzieńskiego pułku lejb-huzarów Aleksander Michajłowicz Bartenjew i pobrzękując szablą a dzwoniąc ostrogami, jął się przeciskać w stronę pierwszego rzędu krzeseł, gdzie zdala widniały jaskrawe mundury - zielone dolmany, czerwone spodnie - pułkowych jego kolegów.
- Ot Sasza! - odezwał się jeden z nich, rotmistrz Jelec, rychło w czas przychodzisz! Zaraz koniec, gdzieś bywał?
- Ty go się lepiej zapytaj - przerwał drugi, porucznik Prudnikow - ile butelek szampana wypił?
- Prawdziwy huzar butelek nie liczy! - odparł sentencjonalnie w ten sposób powitany i uśmiechając się, rad sam z siebie, zajął próżne miejsce.
Zamiłowanie korneta Bartenjewa do "silnych napitków" było rzeczą powszechnie znaną. Również powszechnie znane były w pułku i inne korneta słabostki. Mały, krępy, rudawy, piegowaty o krzywych i cienkich nogach, choć obutych z wyszukaną elegancją - pragnął za wszelką cenę uchodzić za świetnego w każdym calu kawalera i "tip top" złotego młodzieńca. Niezmiernie próżny, drogą hulanek szukał rozgłosu i nic tak nie cieszyło serca Saszy, jak napomnienie o jakim jego wybryku lub pijackiej hulance.
Teraz przyszedł do teatru wprost z wesołej zabawy z francuskiemi szansonistkami, przyszedł, gdyż najprzód spotkać się miał z przyjaciółmi, pozatem codzienne niemal bywanie w teatrze uważał jako jeden z wymogów dobrego tonu. Coprawda, dotychczas swą obecnością zaszczycał przeważnie operetkę, w "Rozmaitościach" znalazł się po raz pierwszy.
- Żałuj, żeś się spóźnił, podjął Jelec, przerwaną rozmowę. - Ach ta Wisnowska! Co za gra...
- Wspaniała! potwierdził Prudnikow. Bywam u niej, więc uważałem za konieczne przyjść oklaskiwać ją w tej roli, ale myślałem, że na polskim dramacie wynudzę się setnie! Tymczasem, jestem wprost zachwycony, gotówem przyjść jeszcze raz...
Istotnie, to co ściągnęło grupkę eleganckich rosyjskich huzarów na przedstawienie "Leny", było bardzo dalekiem od zainteresowania się twórczością Jasieńczyka, lub polską twórczością wogóle. Inne działały w tym wypadku pobudki. Oficerowie pułków gwardyjskich, ludzie przeważnie bogaci a pochodzący z najlepszych, szlacheckich rodzin rosyjskich, lgnęli niezwykle do warszawskich sfer artystycznych, do artystek w szczególności, mając dla nich ogromny respekt i poczytując je za nieodrodne, co do wdzięku i urody, siostry paryżanek. Znajomości z wybitnemi aktorkami należały do największego szyku, bywanie u nich w domu uważali sobie oficerowie za zaszczyt wielki, o który zabiegano usilnie, rewanżując się następnie stałem przesiadywaniem w pierwszych rzędach teatru i nadsyłaniem olbrzymich koszów z kwiatami na scenę. Podobne objawy nie zawsze cieszyły artystki, krzywem okiem bowiem spoglądało na to społeczeństwo, musiano się jednak z niemi godzić ze względu na rosyjską dyrekcję teatrów.
Magnesem tedy, dzięki któremu panowie Jelec, Prudnikow i Bartenjew znaleźli się dziś w "Rozmaitościach" na przedstawieniu polskiej sztuki, była nie sztuka sama a fascynująca postać uroczej ulubienicy publiczności Marji Wisnowskiej.
Marja Wisnowska! Któż podówczas w Warszawie mógł wymówić to nazwisko bez głębokiego wzruszenia, sam nie wiedząc co więcej podziwiać, czy niepospolitą grę, czy dziwną, niezwykłą urodę artystki... Marja Wisnowska! Toć za tą kobietą szalały tłumy, młodzież godzinami wystawała przed teatrem by zdala, choć na chwilę ujrzeć swoje bożyszcze a kochało się w niej całe miasto, poczynając od piętnastoletniego smyka a kończąc na zgrzybiałym starcu.
Rozległ się dzwonek zwiastujący początek ostatniego aktu.
- Zaraz się zaczyna! oświadczył Jelec, teraz dobrze uważaj Sasza i podziwiaj polską Sarę Bernhardt! Później nam powiesz czy zachwyty były przesadzone! Wszak zobaczysz ją pierwszy raz!
- Istotnie po raz pierwszy! - potwierdził Bartenjew, jakoś się dotąd nie składało! Znam Wisnowską jedynie z fotografji w pismach...
Zajaśniała oświetlona scena, oficerowie zamilkli.
Bartenjew wielce zainteresowany pochwałami przyjaciół, z zajęciem jął śledzić akcję, z trudem łowiąc sens poszczególnych zdań, po polsku bowiem rozumiał dość słabo, Wisnowskiej jednak jeszcze na scenie nie było. Nagle drgnął, lecz nie on jeden... Jakby tok elektryczny przebiegł po sali, rozległ się cichutki szmer, poczem setki widzów zamarło w natężonem oczekiwaniu.
Ukazała się Lena...
Jest biedna, zrozpaczona, sama nie wie co począć, ani do kogo się udać po radę. Za chwilę odbędzie się pojedynek. Jedyny wierny przyjaciel Janek ma się strzelać z jej mężem, nikczemnikiem, który znęcał się nad nią i nagą niemal wyrzucił z domu, na śnieg...
Twarzyczkę krzywi boleśnie wyraz nieludzkiej męki, przepastne wielkie, fijołkowe oczy, spozierające nieco z pod czoła, żebrzą o współczucie, o litość... W całej postaci coś z wdzięku i niezaradności dziecka; otulają ją cudne rozpuszczone włosy a z słodkich ust, niby szczebiot ptaszyny, biegnie cichy szept, skarga na złość, na podłość, na nikczemność ludzką...
Nagle pada strzał, w ślad za nim stłumiony jęk. To Janek kona raniony śmiertelnie; nikczemnik mąż triumfuje...
Lena patrzy nieprzytomnie... po policzkach płyną łzy... a wraz z nią płaczą na widzowni panie, nawet mężczyźni chyłkiem ocierają oczy.
Nagle Lena się uspokaja. Odrywa się od zwłok ukochanego, na twarzy maluje się rozpacz i powoli deklamować poczyna wiersz Asnyka.
Stoi wierzba płaczącą,
Drży w promieniach miesiąca
I wzdycha...
Mówi coraz wolniej, oczy poczyna przesłaniać mgła, chwieje się na nogach...
- Boże! - szepce jakiś przerażony głos na sali - z rozpaczy dostała pomieszania zmysłów!
Naprężenie niesłychane. Chwilę jeszcze chwieje się Lena... i jak kwiat podcięty, osuwa się na ziemię...
Powoli kurtyna zapada. Długa, przerażająca cisza, poczem żywiołowy, potężny huragan oklasków.
Wisnowska!... Wisnowska!... Wisnowska!!
Huzarzy pod silnem wrażeniem opuszczali teatr.
* * *
Bartenjewowi Wisnowska zaimponowała niezmiernie. Sam nie wiedział, co więcej podziwiać: grę aktorki, urodę kobiety czy owację, jaką jej zgotowano. Odtąd jeno marzył by ją poznać osobiście i szczerze zazdrościł Prudnikowowi znajomości z artystką.
Między innemi jedną z licznych słabostek korneta była chęć przebywania w towarzystwie gwiazd i sław wszelakiego rodzaju. Lecz jeśli wielu jego kolegów jednako lgnęło do sfer teatralnych - u Bartenjewa dążność powyższa miała jeszcze inne znaczenie. W gruncie poczytywał siebie za duszę wielce artystyczną, pisywał bowiem poezje, które z emfazą po pijanemu deklamował, był muzykalny, ładnie grał na fortepianie a matka natura, chcąc snać wynagrodzić go za niezbyt pociągający powierzchowność i płaską szeroką twarz - obdarzyła go wcale miłym barytonem, dzięki któremu uwodził w Moskwie różne piękności.
Przebywając w Warszawie Aleksander Michajłowicz zdążył był się już powkręcać tu i owdzie, poznać szereg aktorek a nawet zdobyć popularność śród minorum gentium aktorów dzięki hojnie stawianym kolacjom. Lecz najwięcej nęciły korneta wielkie sławy. Asystował tedy gwałtownie znanej śpiewaczce operowej Patini podczas jej występów w Warszawie, zdążył się zaprzyjaźnić z Michałowskim a nawet zaznajomić z mistrzem Barcewiczem.
Teraz mu w głowie utkwiła Wisnowska.
Przez dni parę kręcił się niespokojnie koło Prudnikowa, nie wiedząc, jakby mu zaproponować aby go przedstawił artystce, wkońcu zdobył się na odwagę i po wypiciu trzech większych kieliszków koniaku złapał przyjaciela w kasynie pułkowem w Łazienkach.
- Wiesz co - wypalił prosto z mostu, oddałbyś mi wielką przysługę, gdybyś zechciał mnie przedstawić Wisnowskiej.
- Tam cię niesie, - zaśmiał się kolega, znający manję Bartenjewa wciskania się do świata teatralnego - Widzę, zakochałeś się w Lenie!
- Zakochać się nie zakochałem - odparł czerwieniąc się lekko - ale pragnąłbym ją poznać osobiście i wyrazić cały podziw, jaki mam dla jej gry... Rozmowa z taką kobietą musi być prawdziwą przyjemnością...
- Z tej beczki zaczynasz! A ja myślałem, iż pragniesz uwieść Wisnowską, ty lowelasie... Obawiam się, będzie dość trudno...
- Przestań żartować! - przerwał Bartenjew, nieco zły na przyjaciela - Więc...
- Jeśli mamy mówić poważnie, ni dziwię ci się, iż chcesz poznać "Lenę". W życiu prywatnem jest to najmilsza i najsympatyczniejsza kobieta, jaką sobie wyobrazić można. Żywa, wesoła, wcale nie pozuje na wielką... Chętnie spełnię twą prośbę... tylko hm... uważasz Sasza... tylko...
- Co? tylko? - zapytał kornet niespokojnie, obawiając się odmowy.
- Tylko... jakby to zrobić? Widzisz... jak sam wiesz nasz mundur nie jest w Warszawie zbyt popularny... Pójść z wizytą, w czasie przedstawienia, za kulisy, może być niezadowoloną... Odwiedzić w domu, bez zaproszenia, może nie przyjąć... Nie znam jej znów tak dobrze, abym mógł się narzucać, a szczególniej ciebie wprowadzać bez upoważnienia... sam rozumiesz...
- Noo... tak... jęknął Bartenjew, czując jak padają w gruzy różowe nadzieje.
- Ale! Mam pomysł! - zawołał nagle Prudnikow trzaskając w palce, - że też mi do głowy wcześniej nie przyszło! Czytałem dziś w gazecie, że za parę dni Wisnowska osobiście sprzedawać będzie bilety w kasie teatru Wielkiego na jakąś sparaliżowaną koleżankę. Pójdziemy razem, kupisz bilet z odpowiednim szczodrym naddatkiem, ja cię przedstawię... a dalej dawaj sobie radę sam... czy cię zaprosi ręczyć nie mogę...
- Mołodiec Prudnikow! - niemal wrzasnął z radości Bartenjew - Aj! to głowa! Tak rzeczywiście wyjdzie zupełnie comme il faut! Prudnikow, idziemy pić szampana!
- Wypić zawsze można, bo każdy powód dobry do wypitki! A ja zaproszę na pociechę, wtedy jak ci Wisnowska kiwnie zaledwie głową a ty zostaniesz z długim nosem... Wcale nie wykluczone a będę się wówczas śmiał!...
- Uhm! - mruknął w odpowiedzi Bartenjew, myśląc w duchu, że przecież jest kornetem grodzieńskiego pułku lejb huzarów, ma lat dwadzieścia jeden a wszystkie niewiasty dotąd mu prawiły słodkie komplementy. Tego jednego nie mógł sobie dodać w duchu, że komplementy te tyczyły się raczej hojnych subsydjów pieniężnych, przesyłanych przez ojca, marszałka szlachty grodzieńskiej guberni. Uhm... powtórzył w myślach... gadaj zdrów... albośmy to jacy tacy... Śmieje się ten, co się śmieje ostatni!