Prolog
Z mrocznej Bazyliki Świętego Mikołaja w Gdańsku wymykam się tuż po Baranku Bożym, który gładzi grzechy świata. Kwietniowe słońce, świeże jak spod igły, kłuje w oczy.
Zakładam ciemne okulary i lustruję okolicę. Z lewej starsza pani z yorkiem na smyczy. Patrzę w prawo - kolumna przedszkolaków maszeruje dziarsko w zwartym szyku, niczym oddział gwardii pretoriańskiej. Jest bezpiecznie.
Zza załomu kościoła, jak spod ziemi, wychodzi kloszard. Wory pod oczyma, ogorzały od słońca i błękitu Paryża. Nieśmiało zerka w moją stronę. Sandałki, jasne spodnie i pomięty trykot. Zaraz podejdzie i zapyta o papierosa, marząc w skrytości ducha, że załapie się na browar. Będzie miał na imię Heniek, jakby nie było innych imion.
Śpiewne "idźcie, ofiara spełniona", dobiegające zza pleców, ponagla mnie, by ruszyć tyłek. Wręczam Heniowi dychę i zmykam. Nikt nie może mnie zobaczyć. Zerkam na aurę. Wiatr NNE trzy, widoczność osiem, na niebie baranki boże.
Na dworzec mam dwadzieścia minut. Poszedłbym ulicą Długą, ale to zbyt ryzykowne. Może kiedyś. Ruszam wolnym krokiem w stronę stacji Gdańsk Główny, niczym turysta na spacerze po Śródmieściu. Zbyt pewny siebie tracę czujność.
Nie wiem, od kiedy za mną szedł, ale na Szerokiej nabieram pewności, że śledzi mnie jakiś facet. Kątem oka widzę, jak idzie drugą stroną ulicy, nachalnie gapiąc się w moją stronę. Nie kojarzę go. Zatrzymuję się przed oknem wystawowym pizzerii Da Grasso i udając, że studiuję menu, wypatruję odbicia jego sylwetki w szybie. Nie ma. Spoko. Fałszywy alarm. Gość zniknął, więc ruszam dalej, ale wkrótce uświadamiam sobie, że podąża kilka metrów za mną. Przyspieszam. "Ktoś mnie rozpoznał?" - myślę przerażony. Mijając pomnik Sobieskiego i Dom Prasy, słyszę wołanie, które mnie zmroziło:
- Panie Andrzeju! Andrzej Kawa, proszę się zatrzymać!
W głowie panika. Serce zamiera ze strachu. Jeszcze bardziej przyspieszam kroku. A więc jednak: zostałem zdemaskowany! Co za idiotyczna wpadka! A coś mi mówiło: "Nie jedź do Gdańska! Nie jedź!". Ale jak tu nie uczestniczyć we mszy za dusze marineros z mojego własnego statku?
Biegnę, nie oglądając się za siebie. Na Garncarskiej przeskakuję na drugą stronę ulicy z nadzieją, że go zgubię, schowany za ciężarówką z logo Coca-Coli, zaparkowaną przy krawężniku. Nic z tego, cały czas czuję za plecami jego oddech. Wpadam w pierwszą lepszą bramę z dużym szyldem "Notariusz", ale w środku tarasuje mi drogę żelazna krata. Nerwowo szarpię klamkę - bez powodzenia. Wtedy tuż za mną słyszę głos prześladowcy:
- No proszę, proszę! Pan kapitan Andrzej Kawa zmartwychwstał!
Odwracam się i robię ruch, jakbym chciał czmychnąć bokiem, ale tamten błyskawicznie blokuje mi drogę ucieczki.
Jest sprawny, silny i o wiele młodszy. Zanim opuszczam głowę, przygotowując się do bójki, miga mi twarz napastnika, zarośnięta pod same głębokie oczodoły, z orlim nosem i drapieżnym spojrzeniem jasnych oczu. Zaciskam pięść i z półobrotu wyprowadzam swój niezawodny hak prosto w szczękę. Gość przechwytuje moją rękę jak skiksowaną piłkę bejsbolową, a drugą łapę, kościstą i ogorzałą od słońca, pakuje mi pod szyję, przyciskając mnie do bramy. "Trzeba było tyle nie pić i zadbać o kondycję. Jesteś wolniejszy od leniwca"a - w głowie roi się od myśli. "Szaraczek w szponach jastrzębia. Kurwa!"!
- To pomyłka! Kim pan jest, do cholery, i czego pan chce?! - Bezskutecznie szamoczę się, próbując wyrwać z pułapki.
- Pomyłka? To dlaczego pan ucieka? - pyta, przysuwając drapieżną twarz sępa do mojej.
"To koniec" - przechodzi mi przez głowę.
Pyr, pyr, pyr - czyżbym ciągle gdzieś płynął?
Andrzej Kawa to ja. Z zawodu przewoźnik morski. Mam pięćdziesiąt pięć lat i nerwicę, na którą piję zieloną herbatę. Nie znoszę kawy. No może z whisky, ale bez kawy. Wyglądam źle. Zaorana zmarszczkami twarz i podpuchnięte oczy, które zamykam przed lustrem, goląc się po omacku. Zdrowie takie sobie, byle do następnej olimpiady, zmysł patrzenia wyostrzony, seks okazjonalny, planów dalekosiężnych brak, palę i piję stanowczo za dużo. Adres zamieszkania: ulica Turystyczna 13a, Radochów koło Lądka-Zdroju.
Moja kariera kapitana żeglugi wielkiej runęła z głośnym pluskiem w czarną otchłań Biskaju, osiągając dno na głębokości piętnastu tysięcy stóp. Nie ma co. Skończyłem z przytupem.
A było zupełnie nieźle. Przez ostatnich osiem lat dowodziłem niczego sobie frachtowcem. Niemłoda łajba, ale miała duszę. Choć w związku z M/V Laurą B. przeszliśmy razem wiele burz, nigdy nie kłóciliśmy się o detale. Wybaczałem jej zadyszki i myszkowanie, a ona mi furiackie manewry, podczas których trzeszczał jej kręgosłup.
Do czasu...
Niespodziewanie zarząd nad statkiem przejęła jedna z wchodzących na rynek morski wielonarodowych korporacji o nazwie Eastbull, z siedzibą w Glasgow, z jej wiceszefową Ritą Palamateki, która zniszczyła nasz beztroski związek z Laurą. Palamateki - typowa flądra, baba, z którą nie pogadasz. Korporacyjny jastrząb! Nigdy nie przypuszczałem, że zmusi mnie do tak desperackiego kroku... Żeby na starość zostać przestępcą?
Do dzisiaj zastanawiam się, czy istnieje coś bardziej sprzecznego niż marineros i korporacyjna przemoc.
Są statek, załoga i ocean. Gwiazdozbiory, tajfuny, mięsożerne wodorosty, ognie Świętego Elma, trójkąty smoka i inne hydrozagadki. Szorstki morski świat w gamie nastrojów od apatii do euforii, od irytującej trzeźwości do pijackiej balangi. I co?
Ni stąd, ni zowąd, w ten survivalowy porządek rzeczy dla prawdziwych facetów, wpycha się pyskata zołza z korporacji i poucza, co mam robić, co jest najlepsze dla mnie i załogi! Coś podobnego! Dyletancka prowokacja wiedźmy ze specjalnością znęcania się nad marineros.
Od czasu królowej Izabeli, która zabroniła Kolumbowi traktowania Indian jak bydła, nie było przypadku w dziejach żeglugi, żeby lądowe babsko wtrącało się w kapitańskie sprawy! W sprawy wolnej przestrzeni morskiej i suwerennych marineros! Poza tym, gdzie tej szui Ricie Palamateki do Izabeli Kastylijskiej...
Jeszcze niedawno kapitan był wilkiem morskim. Studiował mapy i atlasy wiatrów. Był pierwszym po Bogu. Decydował o wszystkim - od kursu statku po pietruszkę w prowianturze. W czasach odkryć geograficznych tubylcy mianowali go królem, a przez dzikich bywał nawet mylony z samym stwórcą. To skończyło się raz na zawsze...
Mój statek, Laura B., nazywany przez złośliwców "Laurą Bitch", czyli suką, zaliczał się do sławnych jednostek. Wystarczy wejść na forum pierwszego z brzegu portalu oceanicznego, aby się o tym przekonać. O, chociażby tutaj:
Lucky: Laura B.? Co to za statek jest? Ciągle ktoś się o niego pyta.
Guliver: Statek jest wspaniały, duże pole do popisu dla silnych i głupich. Kto chce pływać, pracując 17 godzin dziennie za 1200 dolarów?
Perła: Jakieś informacje o statku i załodze? Proszę, bo wcale nie jest tak łatwo się tam dostać.
Guliver: Odradzam. Banda leszczy i pijaków. Statek dzikich ludzi, groźba zachorowania na nerwicę paranoidalną. Tylko stewardesy wyrabiają normę bez problemu. Syrenki z Laury.
Max: Daj sobie na luz, człowieku. Statek jeszcze w porządku, ale stukania co niemiara. Faktem jest, że powinien nazywać się "Pech Marynarza" albo "Niezatapialny II". Załoga cały czas na dopalaczach. Uwaga: Kukuła donosi!
Sindbad: Psia ich morda. Statek ciężki, że aż oczy pękają. Panie Boże, miej w opiece tych, co tam teraz są.
I tak dalej... Nie idzie czytać tych bredni. Wstyd plugawić kolegów, nie wspominając o natrząsaniu się z Laury, która po ostatnim liftingu w stoczni Blohm + Voss w Hamburgu, pozbywszy się cellulitu z rufy i kurzych łapek z forszotu, wygląda bez zarzutu. Choć lata świetności ma za sobą i męczy ją częste kołatanie silnika głównego, daleko jej do menopauzy.
Przeciwnie, jak każda lady z klasą Norske Veritas[1] wygląda pociągająco. Jej wysoki współczynnik smukłości w zderzeniu z obłym nawisem rufowym (dumą Królewskiego Instytutu Konstruktorów Okrętowych) - tworzy seksowną wypukłość, dzięki której z gracją kołysze się i swinguje po wodzie, pomijając skłonności do złego nawyku myszkowania, czyli szukania własnej drogi, niezależnej od woli autopilota.
Z przodu może i dziwo, ale z tyłu fregata. Niezatapialny II... też mi coś. Ciężki statek? Bo się primabalerinom nie chce stukać rdzy?
Marineros nie oszczędzili nawet Bogu ducha winnych marynarek. Syrenki, co wyrabiają normę? O czym oni mówią? Od prawieków rybacy nazywali swoje łódki imionami żon i córek. Stąd wyraz "statek" w oryginale jest rodzaju żeńskiego. Feministyczny akcent podkreślały galiony na dziobie przedstawiające piękne boginie topless, gdyż wierzono, że nagość figur uspokaja morze. Nie czuję się upoważniony, by wypowiadać się za nieokreślonej orientacji seksualnej morze, ale mnie gołe cycki rajcują.
Niezwykłe, z jaką estymą marineros traktowali kobiety. A tu taki hejt? Z jednej strony kult i sentyment, a z drugiej - ordynarne drwiny ze stewardes. Bo jak zrozumieć porównanie do syren? Przecież syreny odznaczały się podłą reputacją. Pindrzyły się na skałkach niczym celebrytki na reklamowych ściankach. Siadały na nich odziane jedynie w biżuterię, czesały złote włosy i perfumując nagie ramiona i piersi z flakoników z różowymi pompkami, wabiły napalonych żeglarzy anielskim śpiewem w stronę zdradliwych mielizn. Szelmy. Kolumb twierdził, że niektóre nosiły brody i miały cętki jak makrele. Ich podobizny można zobaczyć w średniowiecznych bestiariuszach pośród innych potworów. Palamateki też powinna się znaleźć we współczesnej edycji bestiariusza, w rozdziale Morskie wiedźmy korpo XX wieku.
Co tu dużo mówić - załoga statku musi być jak rodzina, a kapitan, jeśli jest do tego powołany, winien być nie tylko jej dowódcą, ale też ojcem i moralnym autorytetem. Nieliczni twierdzili, że taki byłem.
Z pewnością miałem silną, odporną na kołysanie i impregnowaną solą morską mentalność oceaniczną, z etosem wolności w tle oraz zespołem niespokojnych nóg, czyli odziedziczonym po dziadku Janie włóczęgostwem. No i rozróżniałem kolory.
Moją przyszywaną rodzinę stanowiła garstka ludzi dobranych przypadkowo przez kilka agencji morskich o zróżnicowanej reputacji. Skazane na siebie chłopy kilku narodowości, kultur i religii. Nie mieli oni czystych kartotek kryminalnych, abstynencja i savoir-vivre były im obce, ale za to odznaczali się agresywnie roszczeniową naturą wspólnoty o podłożu klanowym, nieodzowną w ponurych sytuacjach.
Trzech Rosjan, Fin, Syryjczyk Caracala, dwóch wiecznie kłócących się Rumunów o niewyszukanych ksywach - Cygan i Drakula, no i rodacy, na czele z dwiema siostrami morskimi - Elą i Renatą, a także kukiem Mruczysławem i kapusiem Kukułą.
Niektórzy mieli sprawy karne za przemyt, Caracala nadużywał haszyszu, Matti z Helsinek miał słabość do młodych dziewcząt z Tajlandii, gdzie spędzał każdy urlop, a starszy marynarz Katana wjechał statkiem w ogródek pewnej sędziwej madame we Francji.
Ta zbieranina hulaków, szumowin i syrenek rządziła się nieformalnymi zasadami, wewnętrznym kodeksem morskim stworzonym na doraźne potrzeby brudnych interesów i orientalnych pragnień, łamiąc nagminnie narzucony urzędowo, sterowany cykl życia, za którym również nie przepadałem. Ich zachowanie, nacechowane autogeniczną arogancją, wpisywało się w ekstrawagancki, oceaniczny kanon bycia.
Samoregulujący się porządek na statku, daleki od przepisów kompanijnych i międzynarodowych standardów organizacji morskich takich jak IMO[2] czy ILO[3], tolerowałem jako mniejsze zło i reagowałem tylko w sytuacjach alarmowych lub ponurych. Les things happen było moją jedyną i bezpieczną dewizą. Może dlatego te hultaje pchały się na mój statek. Jednym słowem, miałem porządną załogę dalekomorską. Miałem...
Rozdział 1
Pyr, pyr, pyr - w ostatnią podróż. Ten kutas, co przyłapał mnie w Gdańsku, miał rację z tym zmartwychwstaniem, bo rzeczywiście w pewnym sensie wróciłem z umarłych, ale mój powrót do życia miał miejsce o wiele wcześniej, niż przypuszczał...
Dzień 1
Dziennik kapitana: 7 października 2006 rok, sobota. Dzień wyjazdu. Pogoda pod psem. Niby po urlopie, a czuję zmęczenie. Siedemdziesiąt siedem dni przed zmartwychwstaniem.
Miesiąc temu lekarz kompanijny, doktor Królikowski z przychodni portowej Medical Care w Szczecinie, wystawił mi świadectwo zdrowia, choć badania kontrolne wykazały bardzo wysoki cholesterol, cukier, a także zbyt wysokie ciśnienie krwi - sto osiemdziesiąt pięć na sto piętnaście.
- Przy pańskim stanie zdrowia nie powinienem go wystawić - powiedział, po czym zapisał mi kupę leków, które mam brać do końca swoich dni, i ostrzegł, że jak nie zmienię stylu życia, w ciągu roku nabawię się zawału albo wylewu.
Raptem tydzień później sam umarł na wylew, a ja byłem posiadaczem ważnego certyfikatu zdrowia od ciepłego jeszcze nieboszczyka. Może wiedział, co mówi z tym udarem. Od początku nad tą podróżą wisi jakieś fatum.
Kilka dni przed wyruszeniem w rejs skonfrontowałem wyrok lekarza kompanijnego z moim lekarzem domowym, doktorem Piotrowiczem z Radochowa, który nazwał tamtą diagnozę stekiem bzdur i wyciągnął diametralnie inne wnioski na temat mojego zdrowia. A mimo to, pijąc czwarte piwko w barze na lotnisku we Wrocławiu, by znieczulić się przed lotem, do którego, w odróżnieniu od pływania, natura nie przystosowała człowieka, zastanawiam się, jak zmienić ten cholerny styl życia na morzu, żeby nie skończyć jak medyk ze Szczecina.
Nie znoszę lotnisk. Są jak podciśnieniowe balony wyzute ze świeżego powietrza - jeszcze nie jesteś w przestworzach, a czujesz się, jakbyś już leciał. Na szczęście mają bary.
Dawniej wsiadałem na statek w Szczecinie lub Gdyni. Ale to było w czasach, kiedy istniały Polskie Linie Oceaniczne i miały ponad setkę kominów. Od lat pracuję dla zagranicznych armatorów i wyruszam z Polski samolotem do Panama City, Buenos Aires, Nowego Jorku lub Bejrutu. Dopiero na miejscu wsiadam na statek i zaczynam podróż morską. Do polskich portów nie zawijałem od wielu lat.
Kiedy przylatuję do Hanoweru, a stamtąd pociągiem docieram do Hamburga, do głowy mi nie przychodzi, że to moja ostatnia podróż w życiu.
Pociąg dojeżdża do Hamburga późnym wieczorem. Wychodzę przed dworzec i zapalam papierosa. Z głośników przed Hauptbahnhof. dochodzi cicha muzyka poważna, tworząc nastrojową aurę. Händel na dworcu? Pierwszy raz w życiu słyszę muzykę klasyczną na stacji kolejowej.
Wieczór jest ciepły. W świetle lamp tłum podróżnych wchodzących na stację i opuszczających ją zdaje się płynąć w powietrzu, w spokojnym nurcie unoszonym brzmieniem skrzypiec i wiolonczeli. Na dotkniętych zaklęciem muzyki twarzach podróżnych, dostawców ciast do kolejowych cukierni, członków załóg pociągów, taksówkarzy i miejscowych kund maluje się odświętna poświata. Zaciągam się Camelem i ogarnia mnie błogi spokój. Nie chcę drgnąć z miejsca po tym, co słyszę w głowie: "Neptun harpunem dźga cię w tyłek, ćwoku morski? Zamiast płuc masz skrzela? Jaja ci muszlami obrosły? Gdzie cię niesie, lądowy rozbitku, gdzie biegniesz?".
Unoszę błagalnie głowę ku niebu i nic.
"Zatrzymaj się, głupcze. Przestań gonić za wydarzeniami, które mają dopiero nadejść, bo nadejdą i nie trzeba być wieszczem, żeby przewidzieć, że z pewnością będą ponure".
Przestępuję z nogi na nogę i zapalam drugą fajkę.
"Popatrz na ludzi płynących w powietrzu w tę i z powrotem, świąteczny spokój na ich twarzach, ich czułą harmonię z otoczeniem, niekiwające się domy w oddali i zatoczkę zieleni otoczoną szpalerem żółtych taksówek".
"Dalej, baranie, kup bilet w kasie Deutsche Bahn i wracaj do domu. Kto dziś pływa na statkach? Mógłbyś żyć jak człowiek, a nie morski włóczęga".
Rozmarzony świr przestał pieprzyć, ale natychmiast odezwał się drugi kretyn, wzniecając rozruchy w głowie: "Marzy ci się bezchmurne życie, koleś? Rzucić morze? Nie ma o czym mówić. Kontrakt w konsulacie norweskim podpisany trzy dni temu. Do roboty, durniu".
Zaczyna się. Wątłą barykadę wzniesioną przez zdrowy rozsądek forsują lekkomyślne mrzonki o życiu na lądzie - ferment sieje nostalgia za czymś nieokreślonym i nieznanym. Między walczącymi panoszy się rajzefiber, merdając ogonem jak pies na widok pana wracającego do domu. Na szczęście powiew wiatru od morza rozprasza nagły atak nautofobii. Gaszę peta i wsiadam do taksówki.
Machinalnie zerkam przez okno. Widzialność pozioma - najwyżej dwie i pół mili. Lekka mgła, niski pułap chmur. Widzę dryfujące, ciemne nimbostratusy i od razu wraca lepsze samopoczucie. Nie znoszę monotonii na niebie, a chmury uzewnętrzniają nastrój atmosfery, dziś równie chwiejny jak mój.
Jazda na statek.
Laura B. stoi na Eurogate Terminal. Z powodu awarii bojlera cumuje zaraz za bramą, na odstawce, przy nieużywanym pirsie przeznaczonym dla statków oczekujących na ładunek. Zwalniam taksówkę i wchodzę do środka. Przystaję obok rufy, odruchowo sprawdzając zanurzenie, by zatrzymać wzrok na zawiesinie piany i wysepkach śmieci pod nawisem statku. W świetle księżyca lśnią pęcherze morzypeł o tłustym połysku. Pachnie mokrymi dalbami i wodorostami. Woda łapczywie mlaska o burtę. Przebiegam wzrokiem od niebotycznych dźwigów po wielkie magazyny, kontenery poukładane jak klocki Lego i srebrne wiatraki prądotwórcze w oddali. Dźwigi, magazyny, tiry, sztaple kontenerów i towary luzem rozmieszczone na terminalu przesłania ciężka mgła znad Elby, której języki przesiewają się cicho przez ciemny świerkowy zagajnik na skraju terminala. Mówią, że jesienna mgła przynosi morze w brzuchu...
Każdy port jest taki sam. Ma bramę, nabrzeża ze statkami, falochron i bary z dziewczynami. W powietrzu zapach ryb, ropy i nostalgii. I zgubną okazjonalność.
Wchodząc na wysoki trap, czuję, jak znowu odrywam się od Matki Ziemi, niczym pilot wsiadający do pasażerskiego Boeinga. Który to już raz? Pływanie uzależnia i przypomina latanie - monotonny szum wentylatorów, otwierająca się przestrzeń, stewardesy, drinki i dziesiątki nocy i dni spędzonych w odczepionym od rzeczywistości stanie nieważkości, straconym na podświadomym poszukiwaniu olśniewającego zrządzenia losu, w odniesieniu do pustki dotychczasowego życia.
Marynarz wachtowy A.B. Katana, sternik i strażak statkowy, śpi przy trapie. Po trzecim obchodzie przeciwpożarowym może być zmęczony, a nigdy, bez względu na okoliczności, nie budzi się zdjętych snem marineros. Kiedyś zauważyłem, jak podczas obchodu wyciągnął piwo ze skrzynki pożarowej, wypił dwa łyki i schował je z powrotem. Przy drugiej skrzynce zrobił to samo. Jeżeli trzymał piwo w każdej z piętnastu zewnętrznych szafek przeciwpożarowych, miał prawo być znużony.
Omijam go z dyskretnym szacunkiem i wpisuję do książki trapowej: "Godz. 23.00. Kapitan na burcie". Rzucam jeszcze wzrokiem na odrapane luki ładowni i znikam pod zadaszeniem nadbudówki.
W pustym ciemnozielonym korytarzu panuje półmrok przerywany jazgotliwym miganiem jarzeniówek. Mijam mesę i biuro statkowe. Nigdzie żywej duszy. Dopiero przy schodach na piętro pyrkanie agregatu i szum wentylatorów niespodziewanie zagłuszają nieludzkie wycie i salwy śmiechu w tle rytmicznej Macareny, dobiegające z rękawa załogowego. "Żyją" - pomyślałem z ulgą.
Podążając na piętro oficerskie, mijam szereg zielonych drzwi o sfatygowanych fugach i mosiężnych klamkach. Czuć wilgoć kanału portowego i olejowe wyziewy z maszyny, ale pomijając disco, jest coraz ciszej.
U wylotu pierwszego piętra schody kończą się wyjściem awaryjnym na galeryjkę, przy której sterczy hydrant z wężem pożarowym, a na ścianach wisi rząd certyfikatów statkowych i zmarszczone, pożółkłe plany Laur, z przekrojami kadłuba, planami balastów i długimi tabelami liczb po bokach.
Przystaję. Wiodę wzrokiem po szkicu czterech ładowni, zbiorników balastowych, masztówek, dźwigów i magazynków. Jakie tajemnice kryje przede mną niemłoda już lady Laura? Gdzie ukrywa swoje czułe miejsca - pęknięcia poszycia, dziury w rurociągach?
Schody na strych kończą się niszą zamienioną w magazyn aparatów tlenowych i rozwidlają w dwie strony. Jedna prowadzi schodkami do kartowni, a druga do kapitańskiej kabiny.
Rozpakowuję walizkę i z obrzydzeniem siadam przed komputerem. Z rewiru marineros dobiega głośne: Hands up, baby, hands up!.
W głowie apiać walki uliczne uatrakcyjnione skurczem żołądka. Nie rozstrzygam, czy są objawami ucieczki przed życiem na lądzie, czy też rutynowym "wmorzewstąpieniem". W milczeniu, na bezdechu i z zamkniętymi oczyma przeżywam następne chwile, jakby były naturalne. Ale nie są.
Uważam podróże za przereklamowane. Ale nic to. Jazda, ku nowym lądom, marzeniom, ku gwiazdom, ku przeznaczeniu. A niech tam. W drogę, a raczej - w wodę!
Mój zmiennik opuścił statek wczoraj, pozostawiając krótki hand over:
Witam na burcie.
Komplet papierów leży na biurku. Na odstawce naprawiono bojler. Jeszcze parę innych rzeczy się sypie, ale jak do tej pory jest to pod kontrolą niezawodnego Śruby, który świetnie daje sobie radę, choć bywa "przemęczony".
Załoga okej. Gorzej z samym statkiem. Szykują się duże zmiany. Przebąkują o sprzedaży Laury. Tydzień temu byli ludzie z managementu jakiegoś Eastbulla, straszne buce.
Trochę tu śmierdzi. Jakbyśmy się już nie widzieli, bo raczej nie zamierzam wracać, to życzę Ci wszystkiego najlepszego.
Pozdrawiam
Kpt. Marek K.
Marek K., obdarzony szóstym zmysłem, na czas uciekł jak szczur z trefnego okrętu.
Dziennik okrętowy, rubryka 39 - wydarzenia:
Godz. 23.55 czasu lokalnego. Kapitan Marek Kamiński wirtualnie przekazał za zgodą kompanii wcześniej opuścił statek, spiesząc do rodzącej żony) dowództwo statku M/V Laura B. kapitanowi Andrzejowi Kawie. Komplet dokumentów statkowych oddano należycie i zgodnie z przepisami.
Kapitan przejmujący dowództwo został szczegółowo poinformowany o przegłębieniu i stateczności oraz o innych danych statku. W pełni uwzględniono przepisy i zarządzenia armatora obowiązujące w tym wypadku. Środki ratunkowe sprawdzono i przekazano w stanie wymaganym przez normy. Powiedzmy...
Kpt. Andrzej Kawa
Rzucam okiem na leżącą na biurku listę bieżących spraw: cash box, plan podmian, nadgodziny, raporty techniczne, zestawienie kosztów portowych od agenta. Odpuszczam, bezkarnie rozkoszując się przez chwilę względną ciszą panującą w kabinie zawieszonej kilka pięter nad poziomem wody i rozległym terminalem Eurogate, przerywaną jedynie rykami z party marineros, po czym przebiegam wzrokiem po ekranie komputera. Z dołu dochodzą dźwięki Lambady, a na samej górze skrzynki pocztowej widzę mail sprzed kilku godzin od armatora - firmy Omega z Oslo:
Drogi Andrew,
z powodu rosnących kosztów eksploatacyjnych statku, związanych z zachwianiem rynku żeglugowego, management nad statkiem przejmie firma Eastbull. Trwają negocjacje dotyczące sprzedaży statku.
Lars Nilsen, Personnel Manager
Omega, Oslo
"Stało się" - myślę z niepokojem.
Omega z Oslo była niedużą, rodzinną firmą ludzi morza z pokolenia na pokolenie, począwszy od wikingów. Kilka osób w małej, przytulnej siedzibie przy Prinsens Gate 4 obsługiwało pięć własnych statków. Szanowali mnie i moje zdanie. Mówili:
- Good morning, Mr. Captain. Everything's fine? How's the crew?
Części zamienne, czasami nawet oryginalne, zawsze docierały na czas. Jednym słowem - wysoka kultura jak na skalniaków, a szef Omegi, osiemdziesięciopięcioletni Birkedal, wsławił się w czasie drugiej wojny światowej aktem niezwykłej odwagi.
We wrześniu 1942 roku niemiecki U-Boot z numerem bocznym 243 dopadł na Morzu Północnym duński frachtowiec M/V Julius Hansen, którym dowodził Birkedal. Wynurzył się i oba statki stanęły burta w burtę. Niemcy przez megafon oznajmili, że załoga ma dziesięć minut na opuszczenie statku, bo zaraz go storpedują. A Birkedal na to: "Hola, hola, co to, to nie!". On się nie zgadza i nie opuści statku, dopóki kapitan U-Boota nie da mu potwierdzenia na piśmie o storpedowaniu jednostki, bo inaczej właściciel mu nie uwierzy i oskarży go o utratę statku spowodowaną zaniedbaniem. "Czy pan sobie zdaje sprawę, jakie miałbym kłopoty? Nie zna pan wujka Olsena".
Wojna wojną, ale o swą reputację trzeba dbać!
I co się stało? Niejaki Otto Richter, kapitan U-Boota, wydał mu żądane oświadczeni, z datą, godziną i pozycją zatopienia frachtowca. Widziałem je, z jego podpisem i pieczęcią łodzi podwodnej, w gablocie na korytarzu Omegi podczas interview w Oslo. U-Boot storpedował statek, uprzednio pozwoliwszy odpłynąć załodze w szalupie.
Stary Birkedal miał jaja. Trzeba przyznać, że należał do ekskluzywnej grupy prawdziwych marineros, ostatnich wolnych myśliwych antylskich.
Dzień 2
Dziennik kapitana: 8 października, niedziela. Trzecia w nocy. Stan bezpieczeństwa statku siedem na dziesięć. Morale balującej załogi jeszcze wysokie cztery na pięć. Zachmurzenie pięć na osiem. Widoczność wystarczająca do bezpiecznej nawigacji. Siedemdziesiąt sześć dni przed zmartwychwstaniem.
Piwo w skrzynkach pożarowych i spanie przy trapie zapisuję w moim dzienniku, by wspomnieć o nich na najbliższym zebraniu załogowym, choć wiem, że to bezcelowe, wynik zbędnej nadgorliwości służbowej, właściwej pierwszym dniom w pracy. Zapominam, że zachowanie marineros jest podatne na notoryczny recykling, który sam w sobie przedstawia w końcu jakąś wartość - świadczy o niezachwianej sile charakteru. Idę spać. Łatwo powiedzieć. Nie wiem, co nas czeka. Mnie i tupiącą w podłogę, wydzierającą się wniebogłosy załogę:
"Kałasznikow! Kałasznikow!!!".!
Mimo tylu uciążliwości szybko zasypiam. Następnego dnia wszystko jest jasne. Wpadamy w szpony korporacji. Sprzedano nas jak niewolników.
Rozdział 2
Pyr, pyr, pyr - ranek rozpoczyna się od typowej afery obyczajowej. Jeszcze nic nie zapowiada burzy, która miała nadejść nazajutrz.
Rankiem schodzę na śniadanie do mesy, a tu awantura. Pijany kuk z tasakiem w ręku atakuje chiefa officera Veligurę.
- Już ja ci dam śniadanie, ruski zboczeńcu! - krzyczy. - Więcej nikogo nie skrzywdzisz! Mruczysław da ci nauczkę!
Łysy, z rękami pokrytymi licznymi bliznami po nożu wygląda, jakby wyszedł z mamra, a nie z kuchni. Ze wzrokiem wbitym w chiefa unosi wysoko tasak rzeźnicki i bredzi: "Mruczysław to był rudy kot. Z wyglądu coś z przechery. Wytarte futro, mnóstwo blizn, wzrok mętny i nieszczery".
I dalej wymachuje mu przed nosem toporem Manga Black.
- Wracaj do roboty! - krzyczy Veligura, zasłaniając się krzesłem.
- Do roboty, do roboty? To łopatę mi daj! - odpowiada kuk, opuszczając broń.
Veligura odstawia krzesło, macha ręką i pospiesznie wychodzi z mesy. Wtedy kuk dostrzega moją obecność.
- O, dzień dobry, panie kapitanie. Jak minęła podróż? Co podać na śniadanie? - Rumieni się, chowa tasak za siebie i znika w kuchni.
- Zaraz, zaraz... Właściwie dlaczego odmówiłeś podania śniadania chiefowi?
Poszło o donos. Dwóch matrosów pobiło się o stewardesę. Wewnętrzny konflikt wschodni. Drugi mechanik, Dima Krasow, odbił stewardesę Renatę drugiemu ruskowi, Iwanowi Veligurze, a ten z zemsty napisał esemesa do jego żony, że ma na statku kochankę, za co dostał w mordę. Ręce mi opadły. Donosy na moim statku! Czujesz to, Laura? Sama myszkowałaś, ale mnie w życiu by nie przyszło do głowy, żeby donosić na ciebie do kompanii.
Banalność tej historii nie zasługiwała nawet na miano harlequina. Po tym, jak Renata przespała się z Veligurą, a drugi raz nie chciała, ten zaczął ją prześladować. Słał jej esemesy, że jest najważniejszy zaraz po Bogu i Putinie (gbur nawet o mnie nie wspomniał), więc ona musi go słuchać, bo jej życie jest w jego rękach, a raz nawet wtargnął w nocy do jej kabiny, robiąc awanturę za niestosowny ubiór, jaki nosiła w ciągu dnia, i kazał jej się modlić.
Dopiero drugi mechanik, Dima Krasow, któremu Renata poskarżyła się na ziomala, stanął w jej obronie i podbił oko Veligurze, jednocześnie pozostając nowym opiekunem stewardesy.
Czar par.
- Nie wymagam, żebyś była świętą Faustyną, ale na drugi raz uważaj, z kim chodzisz spać - poradziłem Renacie, kiedy zwierzyła mi się z fatalnego romansu.
- Ależ, panie kapitanie...
- Proszę, nie musisz nic mówić.
Veligura unikał mnie cały dzień. Dopiero po południu spotkałem go na mostku.
- No co tam, Iwanie Iwanowiczu Veliguro, jebie? - zapytałem wprost.
Veligura tylko wzruszył ramionami i nic nie odpowiedział. Był przystojnym mężczyzną o ciemnej karnacji i lekko zwalistej posturze, przypominający wyglądem gruzińskiego premiera Saakaszwilego. Niestety ten inteligentny i oczytany oficer (znał Dostojewskiego, Gogola, Nabokova, a nawet Suworowa),- dewiant seksualny i dobry rosyjski chief był jednocześnie wiernym oddanym Putinowi, czyli klasycznym homo sovieticusem.
Na swoim komputerze zamiast zdjęcia Naomi Campbell albo chociażby pięknej Wiery Alentowej z filmu Moskwa nie wierzy łzom wkleił fotografię Władimira Władimirowicza Putina, a w każdą rocznicę zwycięstwa nad faszystami 9 maja urządzał w kabinie piknik rodem z linii frontu wojny ojczyźnianej - goście pili z menażek bimber specjalnie przywieziony na tę okazję z Rosji i zagryzali go słoniną.
Byłem poirytowany nie tyle patologicznym potraktowaniem Renaty przez chiefa, bo dewiacje nawigacyjne na morzu to norma, ile podłą denuncjacją kolegi. Ohyda!
Rycerza Renaty i jej nowego opiekuna Dimę Krasowa znałem słabo. Milczący wyrwidąb o zaciętej twarzy zaklinowanej zębatki windy ładunkowej robił dopiero drugi kontrakt. Chief engineer Śruba chwalił go za sumienność i stachanowską wytrwałość. Dobrze planował prace i konserwację - maszyna lśniła czystością. Kiedyś dowiedziałem się, że był na wojnie w Czeczenii.
- Jak tam było? - zapytałem go przy pierwszej okazji.
Dima opuścił głowę, zacisnął usta i wycedził przez zęby:
- Normalno.
- Nie pytam o urlop, tylko o wojnę.
- Niczewo, normalno - powtórzył zdecydowanie.
Wtedy dałem spokój.
No tak, jak miało być na wojnie, jak nie notorycznie normalno? Trupy, eksplozje, ruiny! Jak to na wojnie. Więcej na temat konfliktu w Czeczenii, który zamknął w sobie na dobre, nie wydobyłem z zaciętej zębatki.
Na szczęście Veligura schodził wkrótce na urlop. Rosyjski kochanek, psia krew.
Ach, te domowe historie. Jeśli załoga z jakiegoś irracjonalnego założenia powinna być rodziną, nawet szemraną, to nie jak z Rodziny Soprano czy Peaky Blinders. I jeśli statkowa siostra ma dwóch czy trzech opiekunów na burcie, zwanych szwagrami morskimi, to o co chodzi? Grunt, żeby wśród załogi panowała szlachetniejsza od prozaicznych romansów forma jakiejś towarzyskiej, internacjonalnej prawdziwej miłości, uczucia, którego "trędowata" Renata, bohaterka harlequina, nie zaznała od męża, policjanta z Gdańska, lekkoducha, pijaka i damskiego boksera. Już niemłoda, ale mająca w sobie trudny do nazwania powab, ukryty w zwartej figurze cegły, masywnych udach, niskim głosie i kocim sposobie poruszania się, którym rozpalała w chłopach niezdrową wyobraźnię.
- Kusi, przyciąga jak magnes, mietła jedna - mówił z uznaniem o Renacie marinero Katana.
- Sama sobie była winna - utrzymywali inni, podsumowując gorące spekulacje na temat konfliktu między ruskimi logiczną konkluzją: - Jeśli baba na statku puszcza się z kilkoma, jest naturalnie dziwką. Jeśli ma jednego stałego partnera, jest gorszą dziwką, bo dlaczego nie da innym? Przecież też by chcieli zamoczyć!
Kuk, obok bosmana najważniejszy dostojnik na burcie (wszyscy świeżo zaokrętowani, zanim napomkną o kapitanie, pytają w pierwszej kolejności, kto tu gotuje), zaimponował mi dzielną protekcją podopiecznej.
Mruczysław znał na pamięć wszystkie wiersze Eliota o kotach, których postacie lubił naśladować. Na co dzień utożsamiał się z kotem Gumbie z wiersza The Old Gumbie Cat. Pracowity kuk "kroi sery i wędliny, warzy bigos, smaży omlet, zrazy dusi", a od czasu do czasu, gdy coś łyknie, "przycupnie w kącie i w nim tkwi, tkwi i śpi jak trusia". Lecz w czasie potyczki w kuchni z chiefem adekwatnie do sytuacji wcielił się w rzezimieszka z portu, postrach londyńskich doków, okrutnego kota Tygryszarda Drapieżnego z wiersza Kot z barki. Ten ryży kurdupel z chłopięcą twarzyczką, statkowy kiper i znawca światowej kuchni stanowił wieczny temat niesłusznych kpin ze strony załogi.
- Zobaczcie go, mistrz patelni po wyższej szkole gotowania na gazie - nabijali się marineros.
- Żeby jeszcze umiał gotować. Nic, tylko jaja, a jak nie curry, to boczek albo wyszorowane i pozbawione gruczołów ślinowych krowie ozory w sosie śliwkowym. Jak u Angoli, a Angol jest jak koza, zje wszystko.
Kuk nie gryzł się w język i nie pozostawał dłużny załodze. Kiedy na obiad był kurczak, a wszyscy zamawiali nóżki, darł się z kuchni na całą mesę:
- Kurczak to nie stonoga, zakute pały!
Tym, co nie chcieli piersi z kurczaka, oferował "bingos" - podręczne danie zastępcze w ramach diety zrównoważonej, będące podsumowaniem tygodnia. Kapuścianą breję z resztkami mięsa z ostatnich dni wzbogacał chitynowy posmak skrzydełek karaluchów, które - jak skarżyli się konsumenci - z pewnością nie były liśćmi laurowymi, choć Gumbie zapewniał, że jest inaczej.
Po tym, jak kucharz zaoferowała danie zastępcze w ramach zdrowej diety z urozmaiconym menu marineros pokornie zamawiali piersi z obawy przed zemstą Krakena[4].
W kuchni i w ogóle na całym statku roiło się od karaluchów, które Mruczysław wybijał skórzaną packą. Po zabiciu karalucha meldował z triumfem do chochli:
- U-Boot Dwieście Dwa nie wrócił do bazy, konwój do Murmańska może przejść bezpiecznie.
Niektóre trafione "uboty" tonęły w garze z bingosem...
Pyr, pyr, pyr - Kuki.
Pamiętam, że kiedyś zaprosił mnie na małego. Ze względu na walory integracyjne nigdy nie odmawiałem pozytywnych impulsów od załogi, nie przypuszczając, jaki facet może zaproponować drugiemu ajerkoniak.
Zastałem go nagiego, w ręczniku przepasanym na biodrach i turbanie związanym na głowie, jak kończył myć podłogę. Na stoliku pod bulajem koreczki, biszkopty, chałwa i nieszczęsny, niepokojący likier z jajek. Nad stolikiem półka z książkami: Remarque i wiersze o kotach. Z magnetofonu lecą stare, dobre przeboje: Roberta Planta, Procol Harum i Stevie'ego Wonderar.
- Już się ubieram, proszę, usiądź - oznajmił kuk i rakiem, na klęczkach, wycofał się do łazienki. Jak słusznie podpowiadała mi część półkuli mózgowej odpowiedzialna za sceptycyzm, Mruczysław, czy tam Gumbie, okazał się pełnej krwi homoseksualistą. Kiedy po którymś kieliszku ajerkoniaku, między You Are My Destiny a Felicitą, położył mi rękę na kolanie, obdarzając mnie przylepnym spojrzeniem, ucałowałem go w łysy łeb z resztką ryżawych włosków i powiedziałem wprost, żeby nie pozostawić żadnych złudzeń:
- Dowódcy jednostki nie wypada współżyć z członkiem załogi, nawet tak słodkim jak ty. Lubię cię, ale nic z tego, stary. Nie pukam się w kakao. A teraz nalej szklankę wódki, bo ajerkoniak mnie zemdlił.
Od tamtej chwili odpuścił.
Pyr, pyr, pyr - życie rodzinne na statku: towar trudny do przewozu, o dużym ciężarze gatunkowym. Asortyment tłukący się, samozapalny i łatwo psujący. Piktogramy manipulacyjne ONZ na opakowaniu: kieliszek i płomień ognia.
Dzień 3
Dziennik kapitana: 9 października, poniedziałek. Pogoda nieciekawa. Niebo zmiędlone i rozczochrane - powłóczyny cirrusów w postaci łuków i prętów snują się nad horyzontem. Poranna planeta - Saturn. Morale załogi trzy na pięć. Degrengolada. Zbyt długi postój. Zarządzam alarm. Siedemdziesiąt pięć dni przed zmartwychwstaniem.
Godz. 10.00. Wyją dzwonki - sześć krótkich, jeden długi.General Alarm, czyli nie wiadomo co: może toniemy, może pożar, może Lewiatan.
Przez rozgłośnię rozchodzi się komunikat o ćwiczebnym alarmie opuszczania statku. Dziś tylko ćwiczenia. Słaba mobilizacja. Po siedmiu minutach od dzwonków załoga ustawia się rzędem wzdłuż łodzi ratunkowej. Ostatni dobiegają w pośpiechu motorzysta Diablo i marinero Szfagier z prądownicą przypisaną do alarmu pożarowego. Zawiązując w pośpiechu kamizelki ratunkowe, wpychają się w szereg.
Veligura sprawdza zadania alarmowe:
- Katana!
- Wyciągam zawleczkę na rufie i zwalniam stoper.
- Diablo!
- Opuszczam sztormtrap.
- Szfagier!
- Mocuję i rozwijam faleń dziobowy.
- Bosman!
- Opuszczam szalupę i zwalniam curingi.
- Cygan!
- Dowódca łodzi, przynoszę SART i emergency VHF GMDSS.
- Renata!
- Dodatkowy prowiant i koce, mocuję i rozwiązuję faleń rufowy.
- Mruczysław!
- Dostarczam na łódkę olej roślinny.
- Po co?
- Dla uspokojenia fal.
- Co jeszcze?
- Dostarczam na łódkę whisky z buntu.
- Ile?
- Ile tylko się da.
- Dobrze! Przypominam: jeśli w razie użycia tratw trzeba skakać do wody w kamizelce ratunkowej, mocno trzymamy ją przy sobie od góry, stopy razem, nos zatkany, broda przy piersi i ściśnięta dupa. Doznacie szoku termicznego, poczujecie smak soli w ustach... A potem ratuj się, kto może. Załoga, opuścić szalupę!
Dziennik okrętowy, strona 94:
Godz. 10.00. Ogłoszono alarm opuszczania statku - załoga zareagowała opieszale, odnotowano liczne spóźnienia w przybyciu na wyznaczone stanowiska. Dwóch członków załogi pojawiło się na alarmie w sandałach, a jeden pomylił alarm szalupowy z pożarowym. Opuszczono prawą i lewą łódź na pokład łodziowy, sprawdzono silnik, pokazano, jak należy używać rakiet sygnałowych i flar. Sprawdzono żurawiki łodziowe. Instrukcja na temat współpracy z helikopterem.
Przedyskutowano problem hipotermii i pierwszej pomocy. Ćwiczenie: marineros musieli z zawiązanymi oczyma określić po liczbie wypustek na rączce odpowiedni kolor flary. Zgodnie ze scenariuszem ratunkowym na nieprzytomnego członka załogi wybrano stewardesę Renatę. Sztuczne oddychanie odbyło się bez użycia maski oddechowej. W chwili kiedy Katana zbliżył usta do twarzy stewardesy, nieprzytomna ożyła i wymierzyła ratownikowi policzek. Tym samym próbę resuscytacji uznano za zakończoną sukcesem. Godz. 12.00 - odwołano ćwiczebny alarm opuszczania statku.
Pyr, pyr, pyr - aneksja Laury B.
Od porannej awantury i alarmu ćwiczebnego z pewnością gorsza była aneksja Laury przez korporację, co stawało się faktem.
***
Mamo, tato! Ja poszedłem pływać po morzu z romantyzmu, naczytałem się Verne'a: Piętnastoletni kapitan, Tajemnicza wyspa, Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi. Chcę do domu!
Jak byłem w siódmej klasie, powiedziałem mojemu ukochanemu stryjowi Marianowi, w przerwie między dręczącymi go ciągami alkoholowymi, że jak dorosnę, to zostanę marynarzem. Wtedy on, potomek wielkopolskich chłopów pańszczyźnianych, a także uwłaszczonych w 1816 roku drobnych właścicieli gruntu z okolic wsi Jeziorki w Wielkopolsce, spojrzał na mnie z trwogą, jak na podrzucone kukułcze jajo, i rzekł, że muszę wybrać jedno albo drugie. Zostałem majtkiem.
***
W samo południe pod statek podjeżdża ciężarówka pełna kartonów i na burtę wpada czterech dryblasów z Łotwy z czerwonymi bykami na białych kombinezonach. To jest napaść. Zanim schowałem się za firanką w nawigacyjnej, oznajmiają:
- My prijechali zdełać zmianu z Omegi na Eastbulla.
A potem niezwłocznie przystępują do przewracania mojego statku do góry nogami.
Transformacja z Omegi na Wschodniego Byka odbywa się galopem. Statek zmienia się w wielki bilbord z napisem: "Eastbull - The Company of the Future", przedstawiający rozjuszonego, puszczającego parę z nozdrzy byka w galopie między zarysami kontynentów.
Wszędzie nowe plakaty, regulaminy, instrukcje, tablice informacyjne, oznaczenia, piktogramy, taśmy odblaskowe i buńczuczne hasła typu "Safety first".
Wszystko, co stare, trafia do kosza. Nie poznaję własnej łajby - obklejonej rogatym bydłem. Czuję się jak mysz w laboratorium poddawana badaniom odporności immunologicznej ssaków na gwałtowną zmianę środowiska: wybuch wulkanu, trzęsienie ziemi czy przejście lodowca. Może to jakiś eksperyment i filmują nas z ukrycia? Na wszelki wypadek wydaję załodze polecenie, żeby niepotrzebnie nie zbliżać się do bulajów i zachować trzeźwość chociaż do wieczora.
Po sześciu godzinach anarchistycznej demolki czerwone byki wyjeżdżają w cholerę. Wychodzę z ukrycia na zrytą, zakrwawioną arenę. Zaglądam na mostek, gdzie zamontowano wielką szafę z sześćdziesięcioma pękatymi manualami, poradnikami i publikacjami nowej administracji. Doznaję szoku, który przechodzi kolejno we wzburzenie, w poczucie bezradności i w szybkiego drinka... Na grzbietach ksiąg rozjuszone buhaje.
Nowy manual operacyjny ma dwa tysiące stron! Osiemset procedur i dziewięćset checklist! Otworzyłem na chybił trafił. Strona czterysta trzydziesta siódma, procedura pięćset czterdziesta szósta: "Opuszczanie trapu".
Checklista. Czytam i oczom nie wierzę. Żeby nacisnąć zielony guzik i zjechać trapem na keję, trzeba wypełnić czterostronicowy formularz! Czego tam nie ma. Data i miejsce opuszczenia trapu, po co i dla kogo, data ostatniego audytu i ostatniej kontroli wewnętrznej, dane audytora, podpis zwierzchnika operatora guzika, data ostatniej wymiany stalówki i numer seryjny wciągarki. O co tu chodzi?
Z surrealistycznej kontemplacji wyrywa mnie telefon.
Przedstawia się jakieś babsko. Rita Palamateki - manager Laury B. i vice fleet manager Eastbulla w jednej osobie. I oznajmia, że od tej pory to ona, Rita Palamateki (powtarza, żebym wbił sobie jej nazwisko do głowy jak przykazanie Boże), wydaje polecenia w sprawach statku. Następnie tym samym, imperatywnym tonem carycy Katarzyny II żąda, abym natychmiast wyokrętował stewardesy i zamknął bond store[5], czyli nasz magazyn z wódą i fajkami, zgodnie z postępowym regulaminem nowej kompanii: "NO ALCOHOL ON BOARD".
- Ależ chwilę, szanowna pani... zero? A na reprezentację kapitana? - egoistycznie upominam się o odwieczny przywilej dowódcy. - Nie? Ani kropli?
- Zero to zero, chyba wyraziłam się jasno! - wrzeszczy.
Chcę coś powiedzieć w obronie skazanych na likwidację, a przecież szacownych i dobroczynnych dla funkcjonowania statku instytucji, ale wtedy wydziera się jak opętana, żeby jej nie przerywać i niezwłocznie spełnić polecenie. Jakby dostała szału, wyje do słuchawki, powtarzając, kim jest i że natychmiast mam wykonać jej rozkaz.
Z niewybaczalnym opóźnieniem zrozumiałem, że to nie eksperyment i nie filmują nas z ukrycia, a ponieważ nie znoszę, jak ktoś się na mnie wydziera, ciskam słuchawką, jak rycerz rękawicą, prosto w pyskatą gębę tej wiedźmy. I zarazem rzucam na szalę dalszą karierę na morzu. W głowie brzmią mi słowa starego przeboju Da Da Da zespołu Trio, z mojego pendrive'a z hitami dla oldbojów:
Was ist los mit dir mein Schatz, aha?
Ich lieb dich nicht, du liebst mich nicht.
Aha, aha, aha!a
Słowa tej prostej, genialnej niemieckiej piosenki wyrażają wszystko, co właśnie poczułem: Ja nie kocham ciebie, ty nie kochasz mnie" i "Da, da, da" - po rusku.
Nie pokochamy się, nie pojedziemy do Tomaszowa. Das ist alles. Schluss. Verstehen Sie, Fräulein?
Od razu wiem, że nie polubię baby. Moja natura buntuje się przeciw formie radykalnych rządów. Mam to po dziadku Janie, powstańcu wielkopolskim.
Aha, aha, aha!
- Nie zgadzam się na pruską tyranię. Będę interweniował u Omegi - szepcę do siebie w zdenerwowaniu.
Jak to? Przecież koleżanki morskie wprowadzają atmosferę domowej wspólnoty i harmonii na statku, nawet jeśli czasem ktoś się pobije o ich względy. Jak mamy poradzić sobie na morzu bez morskich koleżanek? Bez czystych firanek w oknach, śnieżnych obrusów, wazonu z kwiatami...? Tego nie zastąpią żadne procedury! A kto się uśmiechnie z rana zalotnie, jak nie stewardesy czy kuk? No i jak tu zamknąć bond store, idiotko? Wybuchnie bunt załogi, który osobiście poprę. Nie inaczej, kapitan przyłączy się do buntu załogi! Statek bez piwa, wódki i stewardes - zwariowała baba! Tak zaczęła się moja prywatna wojna z Palamateki.
Pyr, pyr, pyr - biegnę do kabiny i nalewam sobie drinka. I bez alkoholu?
Na statkach Omegi piwo i mocniejszy alkohol stały w barze w mesie i każdy mógł się napić na kreskę. Na innych skandynawskich okrętach alkohol sprzedawano wprost z kantyny. Jako oficer kilka lat pływałem ze Skandynawami, a to w końcu potomkowie wikingów, a więc szkolny wzorzec żeglarstwa i morskich tradycji.
Na ich statkach piło się systemowo. Tłumaczyłem kapitanom, że spożywam alkohol okazjonalnie i nie potrafię pić pod przymusem. Oni jednak byli nieubłagani. Musiałem się podporządkować skandynawskiej technice relaksu.
- Tylko zespołowa plenerowa rekreacja usuwa skutki zmęczenia i regeneruje psychicznie, prowadząc do wzrostu jakości życia jednostki - twierdził kapitan Kent z Pride of Stockholm, który raz w tygodniu urządzał zbiorowe opilstwo pod przykrywką barbecue. Był zdania, że "dobrowolne" spożycie dla przyjemności pozwala na odreagowanie, ucieczkę od codziennych kłopotów i od szeregu narzuconych norm społecznych, nakazów i zakazów (z tym akurat nie mieliśmy kłopotu nawet na trzeźwo). Taką podstępną i mętną demagogią wikingowie usprawiedliwiali pijaństwo.
Kapitan Kent również raz w tygodniu sprzedawał alkohol w kantynie, i to w dowolnych ilościach, krzycząc z podziwem: "Professional!", gdy ktoś brał z buntu kilka butelek. Tych, którzy brali jedną flaszkę, zbywał pogardliwym: "Amator. Only one?".
Albo taki Nielsen z Blue Atlantic. Ten zmuszał mnie do picia piwa w dużych ilościach! Podczas barbecue, na którym obecność była obowiązkowa, raz popełniłem błąd. Zamiast pociągnąć piwo z puszki, jak cała reszta, nalałem sobie kilka pilznerów do szklanego dzbana na wodę, który zastąpił mi porządny kufel z baru Tęcza w Lądku-Zdroju...
Nielsen to zapamiętał i kiedy po tygodniu otworzyłem maleńką puszeczkę, nie mając ochoty na więcej, podszedł do mnie z dzbanem, napełnił go sześcioma puszkami i oznajmił, że dopóki on jest na burcie, życzy sobie, żebym pił tylko z dzbana. Nie odmówiłem. Rozkaz to rozkaz.
Z czasem stałem się entuzjastą tej formy odpoczynku, o wiele lepszej od okazjonalnego picia, i kiedy zostałem kapitanem, kontynuowałem skandynawską kulturę relaksu plenerowego.
Suche statki - kto to wymyślił? Statek przez sam fakt pływania po wodzie już jest zamoczony po adekwatną do stanu załadowania linię ładunkową ze znaku Plimsolla[6] i nie ma nic wspólnego z posuchą.
Miejsce stewardes na burcie też jest poza dyskusją. Przepowiednia, że kobieta na pokładzie przynosi pecha, bo rozprasza żeglarzy i może rozgniewać bogów morza, jest antyfeministycznym bełkotem. Przy czym mówimy tu o kobietach ubranych, bo galiony babek z cyckami na wierzchu przynosiły, o dziwo, już tylko szczęście.
Marynarki długo walczyły o prawo pracy na statkach. Jeszcze w XVI wieku w Danii wyrzucano je do morza, kiedy tylko weszły na trap, zgodnie z zarządzeniem króla Chrystiana III Oldenburga zabraniającym kobietom i świniom wstępu na pokład. Na statek nie mogli też wchodzić księża, bo kojarzyli się z pogrzebami, a także mordercy i dłużnicy. Potem złagodzono warunki wstępu kobietom - z wyjątkiem rudych. Ruda mogła wejść na burtę, nie przynosząc pecha, pod warunkiem że się do niej zagadało, zanim ona przemówiła pierwsza. Wystarczyło warknąć, gdy wchodziła po trapie: "Czego tu szukasz, ruda wiedźmo? Jak fellatio, to wchodź" - i było po sprawie.
Dopiero w XIX wieku panie zaczęły być legalnie zatrudniane w brytyjskiej marynarce wojennej, a potem na statkach pasażerskich i handlowych. A taki jamochłon z korporacji mówi: "Wyrzucić i już!". Nasze dziewczyny! Aaaaargh!
Pyr, pyr, pyr - skandynawski relaks plenerowy: towar klasy Q, nadający się do przewozu morskiego, w stu procentach naturalny, pozbawiony alergenów, ze znakiem towarowym GTS - Gwarantowana Tradycyjna Specjalność, a także złotym medalem Ethical Award, z dyplomatyczną uwagą po francusku o zarejestrowanym znaku towarowym - marque déposée.
Dzień 4
Dziennik kapitana: 10 października, wtorek. Hamburg, Eurogate Terminal. Ranek. Stan bezpieczeństwa statku sześć na dziesięć. Morale załogi trzy na pięć. Chmury wysokie. Ciśnienie tysiąc dwadzieścia hektopaskali. Wieczorna planeta - Jowisz. Trwa sprzątanie po trzodzie. Przed kolacją zebranie na mostku. Siedemdziesiąt cztery dni przed zmartwychwstaniem.
Zdaniem chiefa mechanika Śruby, erudyty, obieżyświata i analityka sytuacji ponurych, Eastbull to mafia. Przywołuję go na strych, żeby podzielić się żądaniami nowego managementu. Przychodzi prosto z maszyny, w roboczym kombinezonie w kolorze błękitnego morza. Z lewej tylnej kieszeni overallu wystaje klucz francuski, a z drugiej butelka piwa zero procent - zamiennik bezskutecznej walki z nałogiem alkoholowym. Obwisłe powieki, rozpalone oczy i zapadłe policzki. Mocno wypachniony.
Jak zawsze, kiedy wpada z rzadka na mostek, zaczyna wnikliwie obserwować horyzont, całkowicie lekceważąc czyjąś obecność.
- Wszystko okej? - pyta zza pleców, skręcając papierosa z tytoniu Petteroes. Ze swoją paczką i z francuzem nigdy się nie rozstawał.
- Nie, nie jest okej - mówię, przyglądając mu się podejrzliwie.
W tym momencie marynarz Koperin, trzeci rusek w mojej załodze, przerywa sprzątanie mostka, podchodzi do mnie i szepce na ucho:
- A ten tu, ja dumaju, pan kapitan, to nikagda nie wysyhajet...
- Oj, nie wysyhajet, nie wysyhajet...
Komu jak komu, ale ruskowi w tej materii wierzę w ciemno.
- Nie jest okej, to w czym problem? - pyta Śruba, obracając się w naszą stronę.
Wysłuchawszy mnie, stwierdza autorytatywnie, że Eastbull to międzynarodowa organizacja o mafijnej strukturze. Słyszał o nich co nieco. Management z siedzibą w Glasgow wynajmuje za psie pieniądze zastępy zdesperowanych i posłusznych najemników z biednych krajów, choćby Łotyszy, którzy już nieraz sprawdzili się na cudzym żołdzie, służąc rosyjskiej tyranii i SS. Tłumili nawet powstanie warszawskie.
- W Rydze mają swoją bazę, tam kształcą ślepo wiernych urzędasów, a przyszłe kadry oficerskie biorą z Rosji. Typowa "unlaki sytuejszen". Trzeba się pakować. To koniec - podsumowuje beznamiętnie, przenosząc wzrok na horyzont.
- Jest aż tak źle?
- Dopóki właścicielem pozostaje Omega, możemy jeszcze coś wskórać - relacjonuje pospiesznie. - Ale sam mówisz, że statek ma być sprzedany. A wtedy dupa blada. Temperówka, korektor, nożyczki, tak działa korpo - dodaje dosadnie, gasząc peta drżącą ręką, po czym zagląda mi głęboko w oczy, jakby czekał na jakiś ciąg dalszy.
Po konsultacji ze Śrubą notowania Eastbulla lecą na łeb, na szyję. Obaj czujemy, że jest powód, by się napić, ale Śruba dobrze wie, że nie podejmę tematu.
- To by było na tyle, jesteś wolny.
- Idę. Do zobaczenia na zielonej trawce...
Jeszcze zobaczymy - pomyślałem, kiedy wyszedł. Sytuacja zdecydowanie dojrzała do zalania pały, ale ze Śrubą nie mogłem dać w gaz, więc zrobiłem to z kukiem i Brianem Adamsem, sprawdziwszy uprzednio, czy nie ma ostrzeżeń pogodowych.
Dzień 5
Dziennik kapitana: 11 października, środa. Ostatni dzień odstawki. Morale załogi trzy na pięć. Na niebie duże, zmęczone chmury tułacze, a na śniadanie zupa mleczna, omlet z karczochami i pomidorami. Siedemdziesiąt trzy dni przed zmartwychwstaniem.
Śruba, rzadki gość na śniadaniu, pije kawę i opowiada opordzewiałym bojlerze statkowym, który jakimś cudem pospawano, ale jest w kiepskim stanie. Jedzie od niego browarem.
- Korpus skorodowany i popękany. Rury i płyty zdeformowane. Olej musiał często przeciekać z wężownicy, a sadza pod okładziną pewnie nie raz się paliła. Ledwo go pospawali. - Patrzy na mnie spode łba, słusznie podejrzewając, że niewiele rozumiem.
- Dobrze się spisałeś. A teraz zjedz chociaż owsiankę, jeśli nie lubisz omletów. Na samej kawie daleko nie zajedziesz.
Spogląda na mnie z nieufnością, a potem penetruje wzrokiem podłogę wokół stolika.
- Przecież wiesz, że nie znoszę mleka - wydusza w końcu, patrząc na mnie z wyrzutem.
- To zamów jajka.
- Za wcześnie.
- Och, Śruba, Śruba. A co do bojlera, to będziemy wnioskować o jakieś systemy odmulające i monitorujące stan wody.
- Myślisz, że kupią?
Zadzwoniła komórka. To agent.
- Myślę, że nie kupią, ale głowa do góry, bracie. Najważniejsze, że mamy wydajną pompę zatapialną, podstawę wyposażenia każdego statku. Pogadamy później, bo muszę lecieć. I zjedz coś: dżem, twarożek, cokolwiek. Przed następnym browarem - rzucam na odchodne do Śruby.
Godz. 10.30. Agent linii HCP Hamburg - Bristoll, Dieter Hoffer, zapowiedział wizytę na dziesiątą, ale spóźnił się pół godziny.
Niewysoki, o twarzy przemęczonej i bladej jak wyblakła kartka pomiętego papieru, niczym duch przepracowanego Niemca, staje znienacka w drzwiach kabiny.
Spoglądam na zegarek i mówię z przekąsem:
- Dieter, dziesiąta godzina jest wtedy, gdy grose zeig, zeigt zwölf und kleine zeigt zehn. Pamiętam inne Niemcy.
Dieter siada, zapala papierosa i ze spokojem przetrzymuje drwinę.
- Wie gehts? - pyta.
- A co, nie widać? Lepiej ty mi powiedz. Co z nami?
- Cóż, z linią HCP koniec. Wymiarowo pasowaliście do transportu wiatraków, ale czy widziałeś kiedyś drobnicowiec na linii europejskiej? Chcieliśmy, żebyście zostali na linii, ale statek jest za drogi i za stary. Nieoficjalnie wiem, że podobno Omega kończy działalność ze względu na podeszły wiek Birkedala. I chce was sprzedać, podobnie jak pozostałe cztery statki.
- Do mnie napisali, że przez koszty i załamanie rynku. Tak czy owak, szkoda. Było okej. Myślałem, że jeszcze trochę pociągną. Sprawdza się stare porzekadło: "Nigdy niczego nie planuj na morzu".
- Genug.
- A co u ciebie, Dieter?
- Kłopoty. Pięć miesięcy temu rozkraczyła się M/V Clare, więc wynajęliśmy egipski statek Blue Star, a tu marynarze odmówili mocowania ładunku. Wyobraź sobie, że nie byliśmy w stanie wyegzekwować od nich wypełnienia kontraktu.
- Nie dziwi mnie to. Osobiście nigdy nie widziałem ciężko pracujących Egipcjan i spóźniających się Niemców.
Dieter wzrusza ramionami.
- To o której wyjazd?
- Wasza ostatnia podróż do Anglii rozpocznie się jutro wieczorem. Aha, byłbym zapomniał, przyniosłem ci kilka rachunków.
Dzwoni jego komórka. Chwilę rozmawia, po czym rzuca na stół plik papierów i wychyla duszkiem kawę.
- Przepraszam, ale muszę lecieć. - Podnosi się z fotela. - Do widzenia, Andrew. Nie wiem, czy jeszcze się zobaczymy.
- Do widzenia. Zmartwiłeś mnie. Trzymaj się!
- Dziś o północy shifting na Südwesthafen pod załadunek. Jak zwykle ładujecie gondole, piasty, transformatory i czterdziestometrowe łopaty do wież wiatrowych. Wyjście jutro o dziewiętnastej.
- Dzięki za współpracę. Wszystkiego dobrego.
Przyszłość Laury, jak każdego niechcianego liniowca, wyglądała smutno: wyrzucenie statku z linii europejskiej, rozpaczliwe szukanie kupca albo nowego czarteru połączone z zesłaniem na gorszą linię, a w najgorszym wypadku (do czego Laurze było na szczęście jeszcze daleko) beachingu na plaży Alia?a na Morzu Egejskim lub innym (indyjskim, pakistańskim lub tureckim) cmentarzysku.
Pocięty przez spawaczy na kawałki, kończy w wielkich piecach, a w internecie oferowane są na sprzedaż wybebeszone wnętrzności: silniki, pompy, liny i meble. Z Hamburga Laura B. miała płynąć do Anglii, a potem nie wiadomo gdzie.
Na koniec dnia dobre wieści: Herkules informuje, że Polska wygrała w Chorzowie z Portugalią 2:1. Dwie budy Smolarka. Eastbull na razie milczy. Cisza przed burzą?
Rozdział 3
Pyr, pyr, pyr - ahoj, przygodo, płyniemy do Anglii.
Dzień 6
Dziennik kapitana: 12 października, czwartek. Załadunek skończony o 20.00. Wysyłam do Bristolu listę załogową i raporty: celny, bezpieczeństwa, ładunków niebezpiecznych, wody zaolejonej, śmieci, rzeczy osobistych załogi i "etę"[7]. Potem, aż do wyjścia statku w morze, zagryzając nerwy bananem, zagłębiam się w lekturę Safety Management Manual Eastbulla. Lekturę przerywają niepokojące myśli o przyszłości Laury... Co ja powiem ludziom? Że to koniec? O 22.00 pilot na burcie. Jazda. Elbą ku Morzu Północnemu. Siedemdziesiąt dwa dni przed zmartwychwstaniem.
Dzień 7
Dziennik kapitana: 13 października, piątek. W morzu. Poranek popielaty. Spłaszczone, sztywne niebo. Chłód i powolność. Od rana wyją młotki i szlifierki - trwa remont klap ładowni. Pływamy w systemie samoremontu, czyli restaurowania statku podczas usługi transportowej. Przelot górną rutą Morza Północnego - bez przygód. Zbliżamy się do Kanału Angielskiego. Siedemdziesiąt jeden dni przed zmartwychwstaniem.
Dziennik okrętowy:
Godz. 18.0. Kurs kompasowy 250°, kurs magnetyczny 254°, kurs rzeczywisty 251°, kurs po wodzie 248°, kurs nad dnem 248°, kurs żyro 249°. Kurs dolara 3,10.
Dewiacja +4, deklinacja -3, dryf -3, poprawka żyrokompasu +1. Trzy godziny do wysokiej wody w Dover.
Pyr, pyr, pyr - marynarska szajba.
Można w to uwierzyć albo nie, ale czasami na morzu marineros odbija szajba. Zapewne wynika to z monotonii życia, raptownej zmiany ciśnienia lub konfiguracji planet. Zwierzyniec słychać już daleko przed Dover: "Miau, miau, miau", "Ko, ko, ko", "Muu, muu, muu" dochodzi do naszych uszu z radia UKF na kanale szesnastym, zastrzeżonym dla celów bezpieczeństwa. Potem jest tylko gorzej.
Wezwany na mostek przez trzeciego oficera - Cygana, zmęczony jak pies po całym dniu urzędowania rzucam się na kanapę w kartowni. Przepisy. Muszę być obecny na mostku w wąskich przejściach. Przypominam Cyganowi o moich "Standing Orders" wiszących na ścianie, informujących o tym, kiedy ma mnie bezzwłocznie budzić w razie niebezpieczeństwa, i popadam w letarg.
Wachtę uzupełniają Herkules, drobny marynarz w białym golfie, z wymownym irokezem na głowie i tatuażem smoka na ręce, i jego przeciwieństwo - potężny Katana, w dżinsowej katanie z amerykańskim orłem na plecach i ciemną łatą na twarzy, rodem z kreskówki o jaskiniowcu Fredzie Flinstonie. Ich zadaniem jest obserwacja ruchu na morzu i wszelka pomoc oficerowi.
Do przejścia Dover - Calaiss podążają statki ze wszystkich stron świata. Ich własne światła zlewają się z tymi z lądu w jasną, iskrzącą smugę. W księżycowym blasku na ładowniach wyrastają cienie masztów i radarowych anten.
Mijamy boję Varne, ruch się nasila. Tutaj statki zjeżdżają się w wąskiej cieśninie. Ogromne masowce z rudą i zbożem płyną po głębokowodnych rutach. Mniejsze drobnicowce ścigają się płytszymi torami. Sowicie oświetlone promy z Calais do Dover przecinają tor wodny z północy na południe i odwrotnie. Pojawiają się poduszkowce i wodoloty. Na trawersie holownik ciągnie barkę, a na granicy strefy separacyjnej statek układa rurociąg.
Pośród tego zorganizowanego ruchu kolebią się na wodzie wszędobylskie i bezczelne kutry rybackie, obwieszone koszami i walcami, które ostrzegają, by się do nich nie zbliżać, bo są zajęte połowem. Kołyszące się ospale zakały mają gdzieś całą resztę żeglugi, zachowują się jak furmanki przemierzające w poprzek drogę szybkiego ruchu...
Zaczyna się niewinnie, od zwykłej kłótni. Ktoś komuś zajechał drogę i tamten posłał mu wiązankę. Nic takiego, zwykła pyskówka. Później jednak na zastrzeżonym dla celów bezpieczeństwa kanale szesnastym coraz częściej pojawiają się dzikie rasistowskie okrzyki:
- Filipino monkey! Filipino monkey! Radio Banana is calling! Radio Banana! - drze się piskliwym głosem dowcipniś.
Kto woła, nie wiadomo - dookoła tysiące świateł. Każdemu takiemu zawołaniu towarzyszy replika składająca się ze sterty wyzwisk. Jazda bez zahamowań, explicite.
- Shut up, mother fucker! Wanker, wanker!
- Fuck you, asshole!
Niezainteresowani pyskówką uprawiają wspomniany już zwierzyniec lub puszczają w eter swoje ulubione rockowe kawałki. Właśnie leci Highway to Hell AC/DC.
Nagle rozlega się miły kobiecy głos. Szok! Cisza. A to gratka - kobieta nawigator na środku morza, owieczka w stadzie wilków, w całym tym męskim młynie! Uprzejmie zwraca się do statku przecinającego jej kurs z lewej strony, czy mógłby skręcić w prawo i minąć ją za rufą, bo to jej statek ma pierwszeństwo drogi.
- Could you, please... - szczebiocze z hiszpańskim akcentem nawigatorka z frachtowca. -...pass by my behind?
Tamten, a jakże, z przyjemnością ustąpi jej drogi, przechodząc za rufą. Przecież szanuje przepisy morskie, więc krzyczy:
- Okey, madam, I will take you from behind!
I wrzawa w eterze gotowa. Dwadzieścia statków drze się naraz:
- Tak, weź ją od tyłu!
Nieokrzesany ryk radości.
- Weź ją od tyłu! Weź ją od tyłu!
Jakby to była najbardziej ergonomiczna konfiguracja.
Hiszpański frachtowiec milczy, ale nie reszta. O nie. Chwilę później słychać całą serię nieartykułowanych dźwięków:
- Miau, miau, miau.
- Ko, ko, ko, ko.
- Muu, muu.
- Fuck you, kiss my ass!
I temu podobne.
W eterze rozbrzmiewa gustownie dobrany kawałek - Welcome to the Jungle Guns N' Roses.
Włącza się angielski coast guard. Suchy, spikerski głos prosi o ciszę, ale bez skutku. Psychopatyczna radiokonferencja trwa. Galanterię wyszukanego słownictwa wspomagają noc, anonimowość i alkohol.
Moi marineros nie pozostają bezczynni i żywo reagują na orgię wyzwisk. Słyszę przez sen, jak Katana mówi do Herkulesa, że jest okazja wywołać Greka. Żeby było jasne: nie zezwalam na rasistowskie okrzyki na pokładzie mojego statku, ale w przypadku Greków to co innego. Rita Palamateki jest rodowitą Greczynką na usługach mafii.
- Co to za sztuka wywołać zakompleksionego Filipińczyka? Taki ujawnia się od razuu - podjudza Herkulesa Katana.
Od lat greccy armatorzy zatrudniali dużą część polskich marynarzy, bezlitośnie kantując na pensjach i żarciu. Kradli na potęgę i mataczyli, fakty do dziennika wpisując ołówkiem, żeby móc je potem wymazać lub zmienić. Czy był powód do zemsty za czasy poniewierki? A jakże. Jak przepuścić taką okazję? Dajemy.
Herkules bierze mikrofon do ręki, chrząka kilka razy, ustawia moc na maksimum, a potem, przeciągając każde słowo w nieskończoność i parodiując beczenie kozy, samo w sobie wystarczająco śmieszne, wyje:
- Greeeecccoooo Malllaaakkkaaaa!
Odpowiada mu cisza. Poza sporadycznymi porykiwaniami, których w żadnym wypadku nie można wziąć za konstruktywny, twórczy odzew.
Cygan nie reaguje na błazenadę wachtowych. Sam pewnie by zaszczekał lub zamiauczał, gdyby nie moja obecność.
Herkules rozgląda się po horyzoncie zalanym światłem i pełen nadziei, że jednak usłyszy go jakiś Grek, wyje ponownie, modulując głos:
- Greccoooo Malllaaaakkkkaaa!
Znowu cisza. To nie załamuje jednak Herkulesa, który natychmiast ponawia swój zew w eterze. I nagle w radiu rozlega się podenerwowany, złowrogi głos:
- You cock sucker! Fuck you, mother fucker! - Rozjuszony Grek obsypuje Herkulesa bogatą gamą przekleństw o narastającej intensywności.
Moi marineros skaczą z radości, wykonując dziki taniec triumfu.
Potem radio znowu opanowuje na chwilę zwierzyniec.
- Czystej krwi Grek! Jest mój, jak babcię kocham! Słyszałeś, jak się ślinił? - mówi Herkules. - Z setek mil poznałbym ten niepowtarzalny, pireuski akcent. Ale się kamuflował. Teraz spokojnie, nie można niczego zepsuć. - Podekscytowany idzie zrobić kawę. - Wypijemy plujkę i zobaczymy. Nie spieszyć się, tylko się nie spieszyć, żeby nie zawalić. - Zapala papierosa, ale nie jest w stanie się zrelaksować. - Widziałeś, jak długo się trzymałł? Prawdziwy twardziel. Jak opowiem kumplom, że wywołałem Greka, nie uwierzą mi.
***
Tacy są współcześni marineros. Wstyd. Wybaczałem Herkulesowi o wiele za dużo. Stale szukał łatwego aplauzu. Był ofiarą sprzecznych impulsów, targających nim jak wicher. Praktykujący katolik, nawrócił się na islam w jeden wieczór, po kilku jointach haszyszu z marihuaną wypalonych z trzecim mechanikiem Caracalą z Latakii, stwierdzając, że Bóg był jednak poganinem.
Wyróżniał się skłonnością do bluzgania oraz głęboką pogardą do wszelkich świętości, norm społecznych i klasycznego seksu. Biedny Herkules, ze swą uszkodzoną osobowością, obdarzoną licznymi przypadłościami, nieprezentującą żadnej konkretnej postawy życiowej, nie mógł być za nią odpowiedzialny. Typowy marinero, pogubiony w wielokulturowym świecie. Już mniejsza o Greka, ale jak oni potraktowali tę Bogu ducha winną nawigatorkę?
Dzień 8
Dziennik kapitana: 14 października, sobota. Nad ranem wszystko cichnie. Statki się rozjeżdżają. W dobrej pogodzie mijamy Brighton, Southampton i Plymouth. Po obiedzie wołam chiefa. Dziś Dzień Edukacji Narodowej. Siedemdziesiąt dni przed zmartwychwstaniem.
- Weź przećwicz ich z MARPOL-u.
- Haraszo, budu, pan kapitan.
Godz. 13.00. Alarm "Oil spill", czyli wyciek oleju. Obecność sprawdzona. Veligura egzaminuje marineros na temat przepisów konwencji MARPOL[8]. Nuda. Co to jest statkowy plan ochrony przed wylewem oleju? Do czego służy separator wody zaolejonej i co to są obszary specjalne? Omawia aneksy konwencji, dotyczące zanieczyszczeń środowiska olejami, szkodliwymi substancjami, śmieciami i emisją gazów SO
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji