Ujrzała Maryna w nizinie Czarny Staw. Wiatr kołysał
ponurość jego wód wśród mgieł, w pomroce. Głuchy bełkot dawały fale
o głazy u brzegów bijąc. Coś niewypowiedzianie smutnego szło od tej
toni w górę. Stojąca na uboczy pod Kościelcem Maryna patrzała w tę
wodę, o której słyszała od urodzenia. Z biczem w ręku, opasterzona
w płachtę szarą od deszczu, patrzała w dół z pod skały, podana
piersią naprzód. Jej szafirowe ogniste oczy stykały się z czarną,
posępną powierzchnią wody, wiązały się z nią, zdawały spływać w
jedno. Dusza dziecka-dziewczyny uczuła się tak samo wahaną głucho
wiejącym wiatrem. Po raz pierwszy poszła paść w hale i po raz
pierwszy spojrzała na tę wodę, której imię było jądrem rozmów na
Hrubem. Lecz imię prawdziwe tej wody było: groza.
Powoli mgły zakryły staw i omroczyły Marynę, tłumiąc
wiatr. Nieprzewładana pustka objęła ją, nieogarnione stracenie się
od świata. Uczuła nad sobą zwały spiętrzone ślizgich, skrzesanych,
niebosiężnych skał i pod sobą wodę zapadłą w mgły i w okrąg mgły
niezmierne. Uczuła się w pustkowiu nieprzewładanem. I uczuła, że
wszystko, co w sobie miała, ucichło, znikło. W duszę jej wrażała
się ta godzina z mocą, wiadomą, że niezapomnisz jej nigdy. Oparła
się na biczysku i pochyliła twarz. Zapamiętała się w mroku.
Wtem tknęła jej ramienia ręka brata Sobka, juhasa, który
rzekł:
- Ja za tobom seł; haw przepaści...
* * *
Wrzało już, choć nie buchał jeszcze płomień. Chmielnicki
gotował się do ostatecznej rozprawy z królem i Rzecząpospolitą. Gdy
Jan Kazimierz rozsyłał wici na pospolite przeciw kozakom ruszenie,
tysiące wysłańców Chmielnickiego pospieszyło do dalekich ziem
polskich, pod Poznań, Kraków, w zachodnie województwa. Mieli oni
podniecić chłopów do buntu, gdy tylko szlachta pociągnie w pole.
Strach zaś był wielki. Olbrzymią armię zbierał
Chmielnicki. Naprzeciw sił królewskich zgromadził przeszło trzysta
pięćdziesiąt tysięcy kozaków, czerni i ordy tatarskiej.
Chmielnicki zamierzał daleko: zamierzał zwalić całą
szlachecką rzeczpospolitą, wywołać powszechne powstanie polskiego
ludu, Rakoczemu ułatwić zajęcie Krakowa, szlachtę zdruzgotać raz na
zawsze.
Rzucono i rozszerzano wieść, że szlachta buntuje się
przeciw królowi, że wymordować chce chłopów, że kozacy na pomoc
królowi i obronę chłopów ciągną. Judzeni chłopi, skorzy dla
tyraństwa, ucisku i wyzysku panów dawać posłuch podobnym wieściom,
łatwo burzyć się zaczęli. Buchnęły tu i owdzie pożary, w lasy
chłopi na tajemne narady szli, zuchwalsi, odważniejsi wobec
szlachciców i ich sług się stali.
Na Podtatrzu, w Beskidach, lud zdawien dawna do łupieży,
zbójectwa, oporu był pochopny. Przez całe Karpaty od zachodu do
wschodu ich granic węgierskich raz wraz tworzyły się i dawały o
sobie znać bandy grabieżcze.
W województwie krakowskiem, w małym stosunkowo okręgu
górskim, więcej było zbójów i napadów, niż na ziemiach całej
Rzeczypospolitej polskiej, a typ życia górali podobny był do typu
życia zaporozkich kozaków.
Rody sołtysie używały tej wolności w górach, jaką cieszyły
się rodziny kozacze na Rusi, a młódź chadzała na zbój na obie
strony gór, jak kozacy na wyprawy z Siczy. W owym czasie górale
byli rozjadli. Od trzydziestu lat trwał spór między dworem
szlacheckim i ekonomiami duchownemi i królewskiemi o czynsze za
wypasy na polach, na które jedni chłopi mieli przywileje i nadania
z uprzednich czasów, inni nie mieli, z rozmaitą słusznością, ale i
z tem, że i słuszność gwałcono. Prócz tego Lubomirscy, chciwi
tytułów i majątków, wstydzący się już rodzinnego, małego
Lubomierza, a piszący się hrabiami na Wiśniczu i Jarosławiu (Wacław
Śreniawa Potocki: "Wojna chocimska"), jęli wydzierżawiać dla
większego zysku Żydom cła, myta i karczmy i wzbraniać palenia wódki
i szynkowania, wbrew prawom osadniczym, warującym sołtysom i całym
gromadom w kasztelanii krakowskiej własne karczmy i gorzelnie. Za
przykładem nowych, ale już magnatów, szła okoliczna szlachta.
Rozjątrzeni chłopi rwali się do oporu i odwetu, powstawały bandy po
kilkudziesięciu ludzi, napadano dwory i podłoże pod bunt powszechny
było gotowe.
W uczuciu pewnej trwogi i niepokoju opuszczała szlachta
podgórska dwory i zagrody, aby do obozu królewskiego pod Sokal
ciągnąć. Szczupłe, prawie nieistniejące, lub zgoła nieistniejące
załogi po starościch grodach i gródkach, strzec mający w czas wojny
pokoju domowego wojscy, prywatne poczty te, których przeciw
Chmielnickiemu nie pchnięto, panów duchownych i świeckich: małą
dawały ochronę i skąpe bezpieczeństwo. Główną otuchą szlachty,
wyciągającej z progów rodzinnych, była nadzieja, że chłopi się na
nic większego nie ważą, a także przekonanie, że nad ogólniejszym
ruchem musiałaby stanąć jedna i nie chłopska, nie chamska głowa.
Nie bez trwogi, ale wzgardliwie liczono, że się taka głowa nie
znajdzie. Nie przypuszczano dwóch Chmielnickich równocześnie, gdy
jeden już był i od lat całych nękał wojną i odetchnąć nie dawał.
W dumnej hardości z zamków swoich spoglądali na okół
panowie małopolscy, ci, którzy dla wieku, czy niedomagania w pole
na wezwanie królewskie nie wyszli, i plenipotenci pańscy, pod czas
dominiami rządzący; z umyślnem też lekceważeniem patrzyli na ruchy
chłopskie urzędnicy królewscy. Starosta czorsztyński, pokojowiec
królewski, Platemberg, w zamku dzierżawców Żydów pozostawiwszy, w
zbroi szmelcowanej ku wojsku odjechał.
Gdy Szymek Bzowski, czyli Aleksander Leon Kostka z Krakowa
do Siworogu, zamku Joachima Herburta, pana na stu wsiach, u którego
podówczas bawił, zakupiwszy odzienia z sercem roztęsknionem wracał:
na każdym popasie, od Mogilan począwszy, tu o podpaleniu, tam o
kradzieży, ówdzie o zabójstwie nawet słyszał, a gromadki chłopskie,
nie budzące ufności, po drodze spotykał.
Ale jego strój szwedzki, bródka z szwedzka przycięta,
łatwa do poznania, najęta w Krakowie kolasa, czyniły na chłopach
wrażenie, iż obcy to człowiek jedzie, a napadu lękać się potrzeby
mieć nie musi, skoro go nawet na pachołka przy boku woźnicy nie
stać, bez którego lada szlachetka za próg z domu nie stąpił. Mijano
go też bez uwagi.
Ów zaś plany szerokie roił.
Beatę Herburtównę, jedynaczkę, poślubić, na stu wsiach
panem się uczuć, rywala wojewodzica Sieniawskiego pognębić, a potem
- ? Król Jan Kazimierz bezdzietny był, linia Wazów polskich gasła -
on jeden krew z krwi, kość z kości króla Władysława Czwartego, wnuk
jedyny Zygmunta Trzeciego, pierwszego z dynastyi, w Polsce
pozostawał... A choć go mała szlachcianka, panna Tekla Bzowska
porodziła, po ojcu on jeden z królewskiej w Polsce krwi się
wiódł... Gdyby jakiś wielki czyn, jakiś czyn znakomity...
Na dworze szwedzkim wiedziano, kim jest, gdy z listami
króla Władysława, wzywającemi do wojny tureckiej, w 1648 r. jeździł
i przyjmowano go odpowiednio; znał go także, jako królewskiego syna
książę Siedmiogrodu, Rakoczy, u którego po śmierci ojca przebywał;
wiedział o nim Chmielnicki. Czuł w sobie zręczność, śmiałość, dar
ujęcia ludzi, przyjaciół znaleść się spodziewał. Wychowany też w
magnackim domu Kostków z dzieciństwa, otarty o dwór jako paź
królowej Cecylii Renaty, wiedział, iż niejednego z panów panicza
dwornością, pańskiem obejściem przewyższy i gdyby trzeba było,
głowę wznieść i panem stanąć potrafi.
Rozumiał też, że król ojciec nie nic o nim myślał, gdy go
niewątpliwie z królewską wolą do Kostków, których imię przejął, na
wychowanie dano, gdy go później do fraucymeru królowej ztamtąd
wzięto i gdy nakoniec jako wysłaniec królewski do Szwecyi, miał
kredytywy do wszystkich monarchów i książąt chrześcijańskich. Król
Władysław IV jedynego miał syna, Zygmunta, i ten umarł. On był
jedynym synem królewskim, dziedzicem...
Małżeństwo stryja Jana Kazimierza z królową wdową nie
wróżyło już potomstwa - ale możnowładcy polscy choćby królewskiego
bękarta na tronby nie puścili. Nie puściłaby go też i szlachta,
ciemna, głupia i możnowładcom służąca. Ha! I jednych i drugich
zgnieść!
Pycha pierś Kostce rozpierała, żądza wzniesienia oddech
dławiła. Zgnieść, zdeptać, a znakomitym wojennym czynem błysnąć i
ogłosić się światu!...
Pod króla znaki pociągnąć nie chciał - nie chciał służyć
temu stryjowi, który go nie znał, który na tronie jego ojca
siedział, nie chciał służyć i słuchać, gdy się do panowania i
rozkazywania urodzonym widział.
Zawidził też panom polskim nad wyraz wszelki. Ci magnaci,
którzy, jak Bogusław Radziwiłł, kiedy jechali
incognito, w tysiąc koni jechali; ci dawni, dumni z rodów
Zborowscy, Chodkiewicze, Tarnowscy, ci dumni z książęcej krwi
Wiśniowieccy, Zbarazcy, Zasławscy, ci pyszni, rosnący przy pomocy
łask królewskich zagrabiciele dostojeństw, władzy i bogatych
starostw, Lubomirscy, Koniecpolscy, Potoccy: kłuli go w oczy aż do
krwawych w nich świateł. A porówno z ambicyą, gwałconą miłością własną, zazdrością
wrodzoną: wrzała mu w sercu miłość do Beaty Herburtówny.
Jej serca pewny był, lecz i tu naprzeciw niego stał
szlachcic - pan polski, potomek przodka, który się na akcie unii
lubelskiej podpisał, prastarego, potężnego, przesławnego domu syn:
Jan Sieniawski, wojewodzic krakowski.
Polak, rdzenny Lach, również z Herburtówny urodzony, w
którego żyłach krew wszystkich polskich królewiąt płynęła.
Bogaty, jak król, władny, jak hetman, butny, jak książę
udzielne, urodny, jak bożek słowiański.
Drobny, nikły, w obcisłych, szwedzkich pluderkach, często
skrycie łatanych, karłem i nędzarzem czuł się syn króla Władysława
naprzeciw tego dębczaka, od złota i drogich kamieni lśniącego.
Gryzł Kostka pod cienkim, czarnym wąsem wargi i w palcach
niecierpliwych pierścionek z włosów Herburtówny, ofiarowany mu jako
zadatek miłości, obracał.
Jako Kostka, choć z mniej bogatego, mniej możnego domu,
niż Sieniawski, od tego kasztelana rzekomo się wiódł, co również
podpis na akcie unii za Zygmunta Augusta położył. Świętego też w
rodzie miał, a ztąd osobliwe błogosławieństwo nad domem Kostków
upatrywano.
Stary Herburt, pobożny nad miarę, ze czcią go i
poszanowaniem, jako krewnego świętych gościł i niewątpliwie przez
samą pobożność związkowi z córką nie miałby się sprzeciwiać.
Do stanowczego punktu musiało przyjść. Sieniawskiemu na
polowaniu kość niżej łokcia niedźwiedź przetrącił i ztąd on,
sześciuset husarzów i tysiąc piechoty własnego pokrycia królowi pod
Sokal posławszy, sam w domu pozostał i do Siworogu, jako krewniak
po matce i konkurent do panny zjechał.
Popierała go stryjna panny, kasztelanowa księżna Dymitrowa
Korecka, po śmierci matki matkę Beacie zastępująca, pani dumna i
ubogim, choćby to był nie Świętego Stanisława Kostki, ale samego
Świętego Piotra krewny, gardząca.
Gdy Kostka w nowem odzieniu na zamku Herburtowskim stanął,
zastał on tam sprawy naprzód pchnięte. Oto księżna Sieniawskiego,
który rzeczy aż do szczęśliwego zakończenia kampanii kozackiej
odkładał, nastraszyła Kostką i ten się zdeklarował i o panny rękę
tegoż dnia właśnie prosić się gotował.
Zacisnął Kostka pięście na te wieści i ledwo się z kurzu
podróżnego otrzepawszy i obmywszy, do Beaty szedł.
Już się ku zachodowi słońce miało. Pachniał ciepłym
kwietniem ogród zamkowy, pełen kwiatów cennych i drzew odwiecznych.
Nad sadzawką zamyśloną napotkał Beatę.
Ośmnaście lat swoich i cudne lico uwieńczyła wianuszkiem
kwiatków polnych, zaplecionych zgrabnie i powabnie.
- Prawda-li to? - zawołał Kostka, prawie witać
zapominając. - Prawda-li to jest?
- Co ma prawdą być? - zapytała Beata.
- Co słyszę, iże wojewodzic Sieniawski o rękę waszą,
miłościwa wojewodzianko, prosić dziś jeszcze przed wieczorem ma?
- Prosić może, to nikomu niewzbronno.
- A ja?
- A wy też o nią prosić możecie.
- Lecz jakaż wasza odpowiedź będzie?
Wojewodzianka uśmiechnęła się lekko i wzniosła oczy
niebieskie ku górze.
- Gwiazd jeszcze niema - one wiedzą.
- Zatem je wydrzeć z nieba rękoma trza, aby rzekły!
- Wydrzejcie. I to wolno.
- Wojewodzianko! - krzyknął niemal Kostka. - Dawaliście mi
próby przyjaźni waszej! Włosów waszych pierścionek mam!
- Gwiazd jeszcze niema - odrzekła Herburtówna z uśmiechem.
- Nie wzszedł wieczór.
I aleją dębową ku zamkowi jęła iść, a Kostka szedł za nią,
tak gorejący ogniem, że trudno mu było chciwe usta i dłonie
pragnące na wodzy trzymać.
Szli chwilę w milczeniu, z jednego szpaleru w drugi
przechodząc. Wtem pierwsza gwiazda na błękicie zatlała, blada
jeszcze, ale już widoczna.
- Gwiazdy już są - szepnął Kostka, pochylając się ku
Beacie.
Ona zaś odwróciła ku niemu nieco głowę i niewypowiedzianej
łaski uśmiech posłała mu z ust i ze źrenic.
- Kto ma wiarę i nadzieję - zaczął Kostka pół
nieprzytomny.
- Ten posiąść może miłość - dokończyła Beata Herburtówna,
nigdy dotąd u niej przez Kostkę niesłyszanym, drżącym od wzruszenia
głosem.
- Mam rozumieć? - zapytał Kostka półszeptem namiętnością
zdławionym.
- Jak serce dyktuje.
Naówczas zastąpił on drogę Beacie, ukląkł przed nią na
kolana i za kraj jej żupanika obramowanego gronostajem ujął, a ona
zwróciła naprzód twarz w bok, jakby ze wstydu, a potem wraz ku
niemu, jakby zwalczona tem, co ją parło.
Za dłonie obie Kostka ją chwycił - nie broniła ich; ku
sobie pochylił - poddała się - i nachyloną, klęcząc, wyżej stanu
ułapił, piersiami przygarnął i usta w usta jej wcisnął. Wyrwać się
niby chciała, ale ją niemoc zniewoliła.
Wtedy Kostka wstał i wpół przez ramię przegiąwszy, lica,
oczy, usta, szyję obnażoną w czas ciepła całować bez upamiętania
zaczął.
Gdy do siebie przyszli, więcej już gwiazd na niebie
płonęło.
Szybko poprawiwszy i ogarnąwszy szatki, jak sarna
spłoszona, iść przed się ku zamkowi jęło dziewczę, Kostka zaś obok
kroczył, milcząc ze szczęścia, z ręką na rękojeści szpady, którą
szwedzkim obyczajem nosił, opartą.
Podeszli pod zamek.
W wielkiej sieni od ogrodu stał Herburt wojewoda, księżna
Korecka, Sieniawski i dworzanin jego i druh, Michał
Gozdawa-Sulnicki, człek siły niezwykłej i rębacz w Małopolsce
pierwszy, z twarzą zuchwałą i groźną, bez grosza majętności, z
łaski Sieniawskiego żyjący. Z nim razem on się chował, pół sługa,
pół przyjaciel.
Obaj strojni byli od stóp do głów - a Sieniawski na
podziw.
Miał on na sobie kontusz szafirowy aksamitny, z
brylantowemi guzami, z których każdy miasteczko żydowskie był wart,
pod tem żupan z niebieskiego atłasu, a pas go opasywał
niewysłowionej roboty, tak mieniący się przy blasku zapalonych już
świeczników, iż się widziało, że się sztuką tęczy przepasał. Ku
temu hajdawery karmazynowe i z żółtego safianu łyskliwe buty, na
złotych podkówkach u napiętków. U boku słynna Sieniawskich karabela
o złotej pochwie, na rękojeści kołpak soboli z czaplą białą kitą,
rubinami, szmaragdami, brylantami, szafirami i żółtemi topazami
przypiętą. Lewa ręka, od niedźwiedzia przetrącona, na czarnym
spoczywała temblaku.
Sulnicki, choć dworzanin, prawie niemniej od złota i
kamieni świecił, aby znać było, co to za pan, co nietylko siebie,
jak królewic, ale i dworzanina swego nawet nad miarę niejednego
possessyonata ubrać może.
Właśnie w imieniu Sieniawskiego Sulnicki deklaracyę o rękę
Beaty czynić kończył, gdy oboje z Kostką nadeszli. Aliści Beata,
która ostatnie wyrazy słyszała, a z nich i z wyglądu sceny snadnie
treść dyskursu poznać mogła, zwracając się wprost ku Sieniawskiemu,
z uprzejmem skinieniem głowy rzekła:
- Wielki to honor dla mnie, gdyż, ile się domyślam, rzecz
o mnie idzie, że potomek tak znakomitych przodków i sam niemniej od
nich znakomity kawaler, którego mężem swym nazwać za zaszczytby
sobie najpierwsze w Polszcze panny miały, ku mnie afekt swój
zwrócić raczył. Iście srodze mi markotno, że afekt ten w tym
momencie wewspółdźwięku nie znajduje.
- Jakoż to? - zapytała księżna Korecka.
- Gdyż serce moje komu innemu oddałam.
Blask radości zajaśniał na twarzy wojewody, Sieniawski zaś
przy tych słowach Beaty w bok się wsparł i płomieniem z oczu
zaświecił.
- I komuż to, jeśli wiedzieć wolno? - zapytała księżna
Korecka.
- Tu obecnemu panu Aleksandrowi Kostce - odpowiedziała
Beata.
Nim kto ozwał się, pospieszył wojewoda głos wziąć:
- Umiem i ja cenić honor - rzekł - jaki na dom mój z
ucieleśnienia afektu imci wojewodzina spłynąćby miał. Niema jednak
snadź domu wielkiego w Rzeczypospolitej, z którymby gniazdo
Herburtów spowinowacone nie było, a i samego tu przytomnego
wojewodzina Herburtówna rodziła. Gdy sami do czeskiej mitry prawo
nosim, nieobce w naszych krewieństwach małżeńskich buławy, wielkie
pieczęcie i mitry książęce. Z rodem atoli, którego najwyższa
dystynkcya ziemska: świętego wydać - z łaski Boga spotkała, nie dał
Bóg się dotychczas skoligacić. I gdy ani dostatków, ani dostojeństw
nam niebrak, za wyraźny dokument łaski Opatrzności mam, iż do krwie
naszej krew, która i we świętego Pańskiego żyłach krążyła,
przymieszać życzy sobie.
Naówczas zdarł w górę głowę Sieniawski i odpowiedział:
- Nie mam ja tu co dłużej porabiać, gdy mnie porówno serce
córki, jak wola ojca odtrąca. Zbyt jednak umiłowaną sercu mojemu
jest wojewodzianka Beata, w zbyt wielkiej czci mam jego wielmożność
pana wojewodę, w zbyt wielkiej estymie przesławny ród Herburtów,
abym, co wiem im przeciwnego, zmilczał.
A iż do delacyi nawet w świętej i obowiązkowej sprawie
usta Sieniawskiego się nie zniżą, Sulnicki - czytaj list, który na
twoje zapytanie kasztelan Janusz Kostka z Dębin ci odpisał.
Kostka drgnął, jakby złem przeczuciem tknięty, a Sulnicki
wielki arkusz z zanadrza dobywszy, czytać począł:
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.