ROZDZIAŁ 1
Helikoptery nad sądem
Artur Górski: Wprawdzie jako świadek koronny przyzwyczaiłeś się do życia w świecie tajnych służb, konspiracji, nieustannego poczucia zagrożenia ze strony twoich wrogów, ale proces grupy pruszkowskiej musiał być dla ciebie przeżyciem szczególnym?
J.S.: Oczywiście. I to pod wieloma względami. Z jednej strony był to ciąg dalszy tego, co zaczęło się od przyznania mi statusu świadka koronnego, a z drugiej strony coś zupełnie innego. Ostatecznie, po długim czasie niewidzenia moich dawnych kumpli ze świata przestępczego, stanąłem z nimi twarzą w twarz.
A.G.: Przypomnijmy: proces tak zwanego starego Pruszkowa, czyli szefów polskiej mafii i ich bliskich współpracowników, rozpoczął się 18 września 2002 roku, czyli nieco ponad dwa lata po przyjęciu przez ciebie "korony". Na ławie oskarżonych zasiadło raptem czternaście osób, w tym pięciu członków zarządu. To chyba niewiele jak na strukturę, której członków można było liczyć w tysiącach?
J.S.: Wiele czy niewiele, to już kwestia do dyskusji. Przecież jakiś czas potem rozpoczął się proces tak zwanego młodego Pruszkowa, gdzie na ławie oskarżonych siedziało już o wiele więcej osób. Ale trzeba było od czegoś zacząć, więc na pierwszy ogień poszli starzy i kilku ich przydupasów.
A.G.: Opowiedz mi o tym dniu. Czy data rozpoczęcia procesu była przed tobą ukrywana tak samo jak data operacji zatrzymania pruszkowskich starych?
J.S.: Jej się nie dało ukryć, bo media trąbiły o tym nieustannie. To nie mogło być tak, że ktoś mnie budzi pewnego ranka i mówi: "Jarek, dziś jest twój wielki dzień. Będziesz zeznawać przed sądem na swoich byłych kompanów. Jesteś na to gotowy?". Nieco wcześniej przyjechał do mnie psycholog, żeby mnie przygotować na stres związany z procesem, ale ta wizyta nie trwała długo. Facet powiedział krótko: "Dasz sobie radę, jesteś odporny na ciśnienie".
Termin rozprawy dostaliśmy z sądu odpowiednio wcześniej, więc był czas, żeby się przygotować. Zapowiadał się bardzo gęsty, pracowity czas, bo niekiedy sesje zaplanowano dzień po dniu.
A.G.: Bardzo zmienił się twój rozkład dnia?
J.S.: Tak. I nie tylko w kwestii wypełnienia grafiku, ale też oprawy.
A.G.: Jakiej oprawy?
J.S.: Jako świadek koronny znajdowałem się pod bardzo dobrą ochroną, dyskretną. Nikt postronny nie mógł się zorientować, że jestem osobą pod specjalnym nadzorem, a towarzyszący mi faceci to policyjna elita. Bądźmy szczerzy, nawet policja, także funkcjonariusze CBŚ, nie miała prawa skumać, co jest grane.
Tym razem nie było mowy o jakiejkolwiek dyskrecji. To była wręcz demonstracja siły, która przeszła moje najśmielsze oczekiwania.
Kiedy rozpoczynał się proces, mieszkałem w jednym z dużych polskich miast, kilkaset kilometrów od stolicy. Policja uznała, że dużą część podróży do Warszawy odbędę helikopterem, a potem zmienię środek transportu. Dostałem też nową ochronę, w postaci prawie wszystkich antyterrorystów w tym kraju. Żartuję, oczywiście, ale zapewniam cię, że było ich bardzo wielu, ściągniętych zresztą z różnych miast. Odpowiadali za ochronę konwoju, w którym byłem ja.
A.G.: Jak wyglądała ta podróż?
J.S.: Wyruszyliśmy 18 września o świcie. Na początku w niewielkiej obstawie. Znam dobrze Warszawę, wiem, jak dojechać na Bemowo, gdzie znajduje się gmach sądu okręgowego, a tymczasem wyprowadzono mnie z domu i powieziono w zupełnie inną stronę. Gdy wjechaliśmy w las na obrzeżach miasta, w którym mieszkałem, zacząłem się rzucać: "Co wy, kurwa, knujecie? Mieliśmy jechać do Warszawy, na Kocjana, a nie na grzyby!".
Nic nie powiedzieli.
Wjechaliśmy na jakąś niewielką polanę, a tam... czarno!
A.G.: Jak to w gęstym lesie.
J.S.: Nie! Czarno od kombinezonów antyterrorystów! Nie powiem ci, ilu ich tam było, ale jakby poszli na wojnę, to pewnie wróg by spadał w podskokach na sam ich widok. Po prostu koszary! Po chwili usłyszałem jakiś huk - to helikoptery zniżały się do lądowania.
Wszyscy zapakowaliśmy się do nich i rozpoczął się kolejny etap podróży. Ale nie wyobrażaj sobie, że piloci od razu skierowali maszyny do Warszawy. Musieliśmy zrobić jeszcze trochę teatru dla zmylenia ewentualnego przeciwnika. Lataliśmy w różne miejsca, lądowaliśmy i znów startowaliśmy. Raz w lesie, raz przy jakiejś polnej drodze. Nie jestem w stanie określić, gdzie się znajdowaliśmy.
A.G.: Nie uważasz, że to była lekka przesada? Co twoi wrogowie mogli ci zrobić?
J.S.: Nie mnie to oceniać. Powiem tylko tyle: Pruszków, przynajmniej w czasach swojej świetności, miał możliwości, żeby zestrzelić helikopter. Nie zapominaj, że dysponowaliśmy granatnikami RPG, a gangsterzy byli szkoleni przez wojskowych. Owszem, dziś wiadomo, że Pruszków był już wtedy mocno bezzębny, i nawet wśród nich nikt przy zdrowych zmysłach raczej nie porwałby się z granatnikiem na policyjny konwój, ale wtedy stan wiedzy na ten temat był zupełnie inny. Powiedzmy, że służby dmuchały na zimne. I bardzo dobrze!
A wracając do mojego rejsu - lądowaliśmy nie tylko po lasach, ale także kilka razy w Warszawie i w jej okolicach: w Piasecznie, w Babicach, w Wołominie. Szybko przesiadałem się do innej maszyny i znów wzbijaliśmy się w powietrze.
Jestem pewien, że ta operacja została skonsultowana z różnymi służbami i potwierdzona przez kino sensacyjne.
Fot. Radosław Jóźwiak/Agencja Gazeta
A.G.: Zapewne ostatnie lądowanie nastąpiło na lotnisku na Bemowie, rzut beretem od sądu na Kocjana?
J.S.: Chyba żartujesz? To przecież byłoby wystawienie się na strzał! Wylądowaliśmy w miejscu, którego nikt nie mógł przewidzieć. Na jakiejś łące, których było w tamtym czasie w Warszawie mnóstwo. Zresztą pilot dostał informację, gdzie mamy lądować, niemal w ostatniej chwili.
Tam już czekał mnie sztywny konwój, taki, który nie mógł się zmienić aż do przyjazdu na Kocjana. Na jego czele jechał radiowóz drogówki, potem kilka wozów AT, a w środku znajdowało się moje opancerzone volvo 760 GLE, takie samo, jakim wożono generała Jaruzelskiego, gdy był u władzy. Pojechaliśmy na sygnale. Ulice, którymi się poruszaliśmy, zostały wcześniej dobrze zabezpieczone, a niektóre wręcz wyłączone z ruchu. I tak dotarliśmy do sądu.
A.G.: Od razu wprowadzono cię na salę rozpraw?
J.S.: Nie. Przybyliśmy znacznie wcześniej, więc przygotowano dla nas dwa chronione pomieszczenia - w jednym siedziałem ja i moja ochrona, a w drugim antyterroryści. Nikt spoza tej ekipy nie miał prawa nawet zbliżyć się do nas. Nawet sędziowie, nie mówiąc już o obrońcach oskarżonych. Byłem chroniony jak jakaś pieprzona Mona Lisa, co czasami prowadziło do sytuacji wręcz groteskowych.
Oto jedna z nich.
Działo się to podczas któregoś dnia procesu, dokładnie już nie pamiętam którego. Przed wjazdem na teren sądu znajdował się, i jest tam zresztą cały czas, szlaban. Stał przy nim uzbrojony policjant i wpuszczał tylko tych upoważnionych do wjazdu. No ale podczas procesu Pruszkowa wszyscy byli odrobinę bardziej nieufni i nerwowi. Tak samo policjant przy szlabanie. Kiedy podjechał nasz konwój, biedak - chyba nie wiedząc, co czyni - wycelował w nas swojego kałasza, albo coś innego, i zaczął drzeć mordę, że nas nie wpuści. To było odrobinę śmieszne, bo nie wyglądaliśmy na delegację z Al-Kaidy i wystarczyło spokojnie nas skontrolować.
No ale chłopu najwyraźniej podskoczyło ciśnienie. Rzecz w tym, że ciśnienie wzrosło także moim antyterrorystom. Wypadli jak burza z samochodów, mierząc do strażnika z broni automatycznej, i niewiele brakowało, a położyliby go na ziemi i skuli. Na obronę tego nieszczęśnika mogę powiedzieć tylko tyle, że tym razem jechaliśmy w nieco innym konwoju - to były tylko dwa ople vectra, a nie ta świta z radiowozami drogówki i land roverem ateciaków. Mógł gość nie skumać, że wiozą świadka koronnego. Poza tym nie dostał wcześniej żadnego halo od swoich szefów, więc nie spodziewał się Masy i jego ochroniarzy. Dlatego rozpoczął swoją samotną krucjatę.
A.G.: Mogła się dla niego skończyć źle?
J.S.: Gdyby kominiarze byli nieco bardziej nerwowi, mogliby go nawet zastrzelić, i to w majestacie prawa. Przecież to mógł być mafijny cyngiel w przebraniu gliniarza. Owszem, zrobiłby się wielki skandal, ale antyterroryści by się z tego wywinęli.
Pamiętaj, że nawet wielu szefów policji nie wierzyło, że ja dożyję rozprawy. Tak wielka była psychoza strachu przed długimi mackami ośmiornicy.
A.G.: Wróćmy do pierwszego dnia procesu.
J.S.: We wspomnianym pomieszczeniu, gdzie miałem czekać na wezwanie sędziego, mogłem już zdjąć kominiarkę i odsapnąć. Nie miałem jednak prawa kontaktować się ze światem zewnętrznym. Nikt, przynajmniej teoretycznie, nie mógł mieć przy sobie nawet komórki. Teoretycznie, bo adwokaci oskarżonych nagminnie łamali wszystkie zakazy i robili, co im się podobało. Generalnie czuli się w swoim żywiole, a jakiekolwiek napomnienia sędziego nie robiły na nich wrażenia.
No ale na adwokatów - przynajmniej na niektórych - też udało się znaleźć bat. I nie chwaląc się, to ja go miałem w ręku. Bat był tak skuteczny, że już na początku rozprawy dwóch mecenasów rzuciło w pizdu swoje togi i opuściło salę rozpraw. Jednym z nich był mecenas X., a drugim mecenas X.X.
A.G.: Powiedz zatem coś więcej o tym bacie.
J.S.: Najpierw dostało się temu drugiemu, czyli X.X. Kiedy zorientowałem się, że mogę mieć z nim problemy, w trakcie rozprawy powiedziałem: "Panie mecenasie, pan nie może występować w tej sprawie". Uśmiechnął się ironicznie. "A niby dlaczego nie?", zapytał. Wyjaśniłem mu: "Bo wcześniej reprezentował pan mnie, woził pan grypsy z więzienia do mojej żony, łamał pan prawo. Wcześniej o tym nie mówiłem, ale teraz zamierzam ujawnić wszystko zgodnie z prawdą". W tym momencie sędzia zrobił wielkie oczy i zwrócił się do X.X. z pytaniem: "Czy to prawda, co mówi pan Sokołowski?". X.X. przytaknął, bo nie miał innego wyjścia. Dlatego opuścił proces.
Fot. Piotr Skórnicki/Agencja Gazeta
A.G.: A czemu zależało ci na tym, aby X.X. nie reprezentował starych? Ostatecznie znałeś go, w przeszłości zapewne nawet mu zaufałeś. Zatem mogłeś liczyć na to, że nie będzie twoim wrogiem.
J.S.: Chyba żartujesz? Mecenas zawsze jest wrogiem tego, z którym procesuje się jego klient. O żadnych sentymentach z przeszłości nie mogło być mowy. Poza tym ja miałem z mecenasami wojnę. Z całą niemal warszawską palestrą. Oni mnie chcieli dojechać, a ja ich. Wszystkie chwyty w tym starciu były dozwolone.
A.G.: A jakiego haka miałeś na mecenasa X.?
J.S.: W trakcie procesu, o czym opowiem szerzej w następnych rozdziałach, podstawową strategią adwokatów były próby wyprowadzenia mnie z równowagi, tym bardziej że na początku rozprawy faktycznie kilka razy traciłem cierpliwość i dawałem się wypuścić. Zadawali mi też pytania o sprawy, które były utajnione, więc nie mogłem niczego na ich temat zeznać. Oni doskonale o tym wiedzieli, ale chcieli wykreować mnie na faceta, który boi się zeznawać. Który nie chce mówić prawdy i lawiruje.
Mecenas X. należał do tych najbardziej, przepraszam za określenie, wkurwiających gości, bo wciąż uderzał poniżej pasa. Przy jego kolejnej wycieczce pod moim adresem wstałem i powiedziałem: "Wysoki sądzie, proszę, aby nakazał sąd policji zabezpieczenie samochodu marki Jeep, którym przyjechał mecenas X. Oświadczam, że samochód pochodzi z kradzieży i był przekazany mecenasowi przez Pruszków. Mecenas doskonale o tym wiedział, przyjmując ten prezent, który mu zresztą sam przywiozłem na Saską Kępę".
Kurtyna zapadła. Mecenas rzucił togą i poszedł w diabły.
A.G.: A był jakiś ciąg dalszy? Czy jeep został zabezpieczony, a jego pochodzenie sprawdzone?
J.S.: Podchodzisz do życia zbyt idealistycznie. O ile wiem, nie było żadnego ciągu dalszego. Dla mnie ważne było to, że z szachownicy spadła wyjątkowo perfidna figura.
A.G.: O twoich bojach z prawnikami będziemy jeszcze mieli okazję rozmawiać. Teraz jednak mam inne pytanie: czy podczas procesu zmieniono miejsce twojego zamieszkania?
J.S.: Oczywiście. Nawet kilkakrotnie. Ale pamiętajmy, że ten proces, tak na dobrą sprawę, trwa cały czas. Przecież nie skończyło się na wyrokach w sprawie starego Pruszkowa w pierwszej instancji. Teraz - a mówię te słowa we wrześniu 2017 roku - starzy znów są za kratkami i czekają na kolejny proces.
A.G.: Czy zawsze po rozprawie wracałeś do siebie, a potem znów wyruszałeś do Warszawy?
J.S.: Tak. Na Kocjana nie było warunków do nocowania. Rozprawy trwały mniej więcej od sześciu do ośmiu godzin i kończyły się o szesnastej. Często zjawiałem się w domu wczesnym rankiem następnego dnia.
Dlatego uważam, że był to najbardziej pracowity czas w moim życiu. Chyba nawet bardziej niż ciężka harówka gangstera.
A.G.: Czy rzeczywiście budynek sądu na Kocjana był tak zabezpieczony, że nie wchodziły w grę żadne ewentualne akty terroru?
J.S.: Był doskonale zabezpieczony, znacznie lepiej niż jakikolwiek inny sąd w kraju. No, może z wyjątkiem sądu w Katowicach, gdzie również odbywały się spektakularne procesy i obawiano się nieprzewidzianych fajerwerków. Oczywiście, sąd na Kocjana został dodatkowo ufortyfikowany pod kątem procesu Pruszkowa. Gdy to zobaczyłem, poczułem się jak na planie jakiejś hollywoodzkiej produkcji: helikoptery w powietrzu, helikoptery na ziemi, gotowe do natychmiastowej ewakuacji, antyterroryści, snajperzy. W tamtych czasach nie było jeszcze dronów, ale gdyby były, latałyby nad okolicą i kontrolowały całe Bemowo.
No, mówię ci - być gwiazdą takiego filmu to naprawdę duże przeżycie!
Potem podobną modernizację przeszło wiele sądów, bo procesy grup zorganizowanych zaczęły się mnożyć jak grzyby po deszczu, ale w tamtym czasie sąd na Kocjana był czymś wyjątkowym. Pancernych klatek dla oskarżonych nie było nigdzie indziej, wyłączając Katowice, i szlus!
A.G.: Występowanie na takiej "scenie" musiało być dla ciebie silnym przeżyciem.
J.S.: Dlatego dobrze się stało, że kilka miesięcy wcześniej miało miejsce coś w rodzaju próby generalnej. Albo raczej przetarcia przed procesem Pruszkowa. Bodaj zimą rozpoczął się proces grupy Saida, która była związana z Pruszkowem. A ja składałem na nim zeznania.
A.G.: Przypomnijmy - Said, czyli Aleksander J., był uważany za szefa gangu ormiańskiego działającego w Warszawie, a głównie na Stadionie Dziesięciolecia, w drugiej połowie lat 90. Oskarżono go o zlecanie uprowadzeń dla okupu i rozboje. Podobno jego ludzie byli wyjątkowo brutalni i bezwzględni; przypalanie żelazkiem to zaledwie jedna z tortur. Pamiętam, że Said chwalił się mediom swoimi trzema żonami, przy czym tylko jedna z nich - jak miał powiedzieć - była legalna. Miał też siedmioro dzieci. Potrzebował więc sporo pieniędzy na utrzymanie tak wielkiej familii...
J.S.: Facet był z gatunku tych niezbyt przyjemnych, ale gangsterzy z Kaukazu rzadko kiedy przestrzegają zasad savoir-vivre'u. Natomiast w robocie są bardzo skuteczni. Złożyłem zeznania obciążające Saida, co on, oczywiście, próbował podważać, ale chyba sąd to mnie ufał trochę bardziej.
A.G.: Said dostał tylko dziewięć lat więzienia. Biorąc pod uwagę, że prokurator żądał piętnastu, to chyba niewygórowana kara?
J.S.: Nie mnie to oceniać. Ja zrobiłem swoje. Myślę, że dołożyłem jakąś tam cegiełkę do wyroku. Zresztą dziewięć lat to wcale nie tak mało, możesz mi wierzyć.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI
PEŁNY SPIS TREŚCI:
OD NARRATORA. Jarosław Sokołowski "Masa"
OD AUTORA. Artur Górski
Prolog
ROZDZIAŁ 1. Helikoptery nad sądem
ROZDZIAŁ 2. Oskarżeni w szklanych klatkach
ROZDZIAŁ 3. Pierwsze strony dla Masy
ROZDZIAŁ 4. Spojrzał na mnie, zanim zniknął
ROZDZIAŁ 5. Wróć do Hiszpanii, będzie balanga
ROZDZIAŁ 6. Podejrzany może posiadać broń palną
ROZDZIAŁ 7. Sztywny jak Mięśniak
ROZDZIAŁ 8. Przypalone skrzydełka
ROZDZIAŁ 9. Drugi szereg w pierwszym rzędzie
ROZDZIAŁ 10. Bolo i kaczka po pekińsku
ROZDZIAŁ 11. Najskuteczniej działać pod szyldem
ROZDZIAŁ 12. Coloseum dziwnych kontaktów
ROZDZIAŁ 13. Koledzy z pagonami
ROZDZIAŁ 14. Nie chcą wydać, to nie chcą wydać...
ROZDZIAŁ 15. Cyngiel potrzebuje dwudziestu sekund
Gangsterska galeria według Masy