ROZDZIAŁ 1
Jak wskoczyć na kapitana?
Artur Górski: Czy zdarzyło ci się kiedykolwiek nazwać jakiegoś podległego ci gangstera "żołnierzem"?
Jarosław Sokołowski "Masa": Ależ skąd! I myślę, że większość by się obraziła za to określenie, choć może nie wszyscy, bo ostatecznie znalazłbyś w grupie ludzi, którzy rzeczywiście zamienili armię na mafię. Ale generalnie mundur nie był u nas w wielkim poważaniu.
A.G.: A w rozmowach z zarządem też to słowo nie padało?
J.S.: Nie, nikt tak nie mówił. Ludzi, którzy dla nas latali, określaliśmy po prostu mianem "chłopaków". Były chłopaki z Grochowa, z Targówka, z Piastowa. Chłopaki od Rympałka czy od Bysia. Ale nie żołnierze.
A.G.: A jednak to określenie przylgnęło do mafijnych - bez urazy - dołów na lata. Kto je stworzył?
J.S.: To poniekąd moja sprawka, bo na potrzeby zeznań przed prokuratorem wymyśliłem sobie rangę kapitana. I nie tylko sobie - kapitanami byli szefowie większych grup przestępczych podlegających bezpośrednio zarządowi, czyli starym. Kapitan miał zatem dostęp do samej góry, przyjmował od niej zlecenia, choć cały czas musiał pamiętać, że nie jest jej częścią. I jak coś mu się we łbie pomiesza, jak będzie chciał podskoczyć za wysoko, to może się to dla niego źle skończyć.
A.G.: W tym kontekście uważam, że musiałeś być wyższy rangą. Może nawet pułkownikiem.
J.S.: Pułkowników u nas nie było. A i kapitanowie są różni, na przykład kapitan Kloss albo kapitan Sowa... Wszystko zależy od przydzielonych im zadań. Cóż, powiedzmy tak: byłem pierwszym pośród kapitanów. Czasami doklejałem sobie to i owo na pagonach, jakąś belkę, jakąś gwiazdkę, a potem znowu wracałem do dawnej roli. W grupie przestępczej musisz nieustannie analizować, jakie jest twoje aktualne miejsce w szeregu. Żeby się nie poparzyć.
Oczywiście, mówię to z przymrużeniem oka.
Tak czy inaczej, wojskowa nomenklatura dość dobrze oddaje panujące w niej stosunki. A jeśli pytasz, kto wymyślił żołnierzy... Pewnie byli to dziennikarze - naczytali się książek o włoskiej mafii i koniecznie chcieli tamte realia przenieść na nasz grunt. Bo jak pisali o prawdziwej mafii, a nie o jakichś obszczymurach, automatycznie rosła także ich pozycja!
A.G.: Czy ranga wszystkich żołnierzy była taka sama?
J.S.: Ależ skąd! Jeśli ktoś był młody i dopiero zaczynał karierę przestępczą, nie mógł się równać ze starszymi i doświadczonymi. Żołnierzem przez cały czas był choćby Marek S. "Sikor" - obecnie świadek koronny - który miał mocną pozycję w grupie Dariusza D. "Bysia". Niby nie był wysoki rangą, ale nawet szef musiał się liczyć z jego zdaniem. Takich przykładów mogę ci podać setki. Między żołnierzami też panowała hierarchia, tyle że nienazwana, niezdefiniowana. Ale zapewniam cię, że była wyraźnie odczuwalna. Było jasne, że skoro taki Sikor ma o wiele lepsze kontakty i wejścia do różnych środowisk niż jakiś młody złodziejaszek, to ten drugi musi siedzieć na piździe i grzecznie słuchać pana Sikora.
Tak samo wiele do powiedzenia w grupie miał mój przyboczny Grzesiek Ł. "Mięśniak". Wszyscy go szanowali, ale to jeszcze nie znaczyło, że stał się równy kapitanowi.
A.G.: Pamiętam, że kiedy media pisały o wysłaniu do sądu aktu oskarżenia przeciwko Mięśniakowi i jego kompanom, wielokrotnie pojawiało się określenie "żołnierze Pruszkowa". Gdzie ich rekrutowaliście? Skąd brali się w grupie?
J.S.: Akurat przykład wspomnianego przed chwilą Mięśniaka dobrze to obrazuje. Początkowo był to zwykły złodziejaszek z warszawskiej Ochoty, który działał na własną rękę i, oczywiście, na małą skalę. Po jakiejś odsiadce został zauważony przez kogoś większego i wyłowiony. Bo to tak wyglądało, że działając samotnie czy z takimi samymi jak ty, dochodziłeś do jakiegoś pułapu, gdzie już czekał gość z dużej struktury. I on ci mówił: "A co ty, robaczku, tak kombinujesz? Zachciało ci się robić duży hajs i nie chcesz się dzielić ze starszymi? Pojebało cię? Masz karę - powiedzmy, dychę papieru - a potem możesz dalej pracować, ale już dla nas. Powiedzmy: fifty-fifty".
W taki właśnie sposób został zwerbowany Mięśniak; pamiętam, że przyprowadził go do mnie Bysio. Od razu mi się spodobał, bo był bystry, a do tego napakowany i umiał się bić, co się okazało już wkrótce. Ważne było też to, że przyprowadził ze sobą swoich kumpli z Ochoty - razem z nimi stanowił poważne zaplecze pod kątem rozmaitych rozkminek i wszelkich akcji ulicznych. Akurat miałem zamiar rozstać się ze swoim dotychczasowym ochroniarzem, czyli Kamelem, więc postanowiłem, że od tej pory za moje bezpieczeństwo będzie odpowiadał Mięśniak. Oczywiście Kamelowi krzywda się nie stała, bo rzuciłem go do ochrony moich dzieci. Woził je do szkoły. Nawiasem mówiąc, na pewnym etapie Kamelowi totalnie odwaliło i chciał sobie strzelić w łeb.
A.G.: Wyrzuty sumienia? Karciany dług nie do spłacenia?
J.S.: E tam! Zakochał się i zgłupiał. Jak mu laska przyprawiła rogi, a on się o tym dowiedział, wyjął szajbę, znaczy pistolet, i buch! Na szczęście przeżył, ale z kulą poleciało mu trochę mózgu. Może akurat ta część, w której tkwiła ta jego niewierna ukochana? Powiem ci - Kamel to była słaba jednostka. Kiedy jechał na akcję razem ze mną, to odstawiał takiego chojraka, że ludziom trzęsły się dupy. Ale jak był sam, to od razu miękła mu rura.
Mięśniak był z innej gliny - nigdy nie pękał i było jasne, że będzie przy mnie trwał do końca. Zresztą przejście pod moją flagę od razu bezwzględnie wykorzystał, bo oharaczował ludzi z Ochoty, mówiąc im, że teraz będą się dzielić hajsem z Pruszkowem.
A.G.: Jak wyglądało takie oharaczowanie?
J.S.: Prozaicznie. Jak ktoś handlował, powiedzmy, prochami - a na Ochocie to był bardzo popularny proceder - to dostawał wpierdol. Rekwirowało mu się towar i mówiło, że może wrócić do gry, ale na nowych warunkach. I, oczywiście, po zapłaceniu kary.
A.G.: Mięśniak nie oszczędził swoich byłych kompanów?
J.S.: Powtarzam po raz setny - w grupie przestępczej nie było żadnej charakterności i żadnych sentymentów. Jednego dnia ktoś był twoim przyjacielem, a następnego obijałeś mu ryja i zabierałeś wszystko, co miało jakąkolwiek wartość. Tworząc własną podgrupę, zawsze szukałeś ludzi ze swojego podwórka. Jeśli ktoś cię wypatrzył na twojej dzielnicy, to ty potem brałeś pod skrzydła chłopaków z tego, a nie innego rewiru. Ja na przykład przyprowadziłem starym całą pruszkowską młodzież. To znaczy: młodych zabijaków, bo wśród studentów filozofii gangsterów nie szukałem.
A.G.: Czy złodzieje byli podzieleni według jakichś kategorii? Według - choć może niezręcznie to zabrzmi - branż?
J.S.: Raczej nie. Przynależność do grupy przestępczej wymuszała na ludziach wszechstronność.
A.G.: Ludzie renesansu, znaczy się...
J.S.: Coś w tym stylu. Generalnie chłopcy byli do wszystkiego, choć na przykład złodzieje samochodów czy handlarze prochami trzymali się swojej specjalności. Ale żeby było jasne, potrafili też spuścić wpierdol. Natomiast jeśli zachodziła potrzeba, w dilerkę wchodzili także złodzieje fur. Wiesz, jak ktoś jest dobry w swojej robocie, to poradzi sobie także na innym froncie. Ty też przecież nie piszesz wyłącznie o mafii i jakoś dajesz radę w innej tematyce, prawda? Może nie genialnie, ale obleci.
Ludzie Bysia zajmowali się i prochami, i furami, i jeszcze na dodatek haraczami, i każdy z nich musiał być przygotowany na rozmaite wyzwania. Inna sprawa, że nie wszystkim się opłacało być omnibusami. Na przykład tak zwana ekipa Jasików - mistrzów w zawijaniu fur - nie babrała sobie rąk inną robotą, bo nie musiała. Oni, jak pierdolnęli jakąś grubą sztukę, to dostawali półtora koła zielonych, i to od razu, na rękę. Dobry hajs za kilka godzin pracy. A ile czasu musieliby handlować prochami na taką kasę? Nawet dwa tygodnie. No to co im się bardziej opłacało? A skoro im się opłacało, to także ich szefowie byli zadowoleni. Nawiasem mówiąc, to najwięcej prochów kupowali sami gangsterzy - ciężko pracowali i ostro balowali. Według mojej oceny to my wywąchaliśmy jakieś siedemdziesiąt procent koki obecnej wówczas na polskim rynku. Pamiętaj, że mowa o kilku tysiącach chłopa, tylko na samym Mazowszu.
Byli jednak i tacy, którzy mieli dwie lewe ręce i po prostu nie umieli kraść. Takich to się wysyłało na rozkminki. Pohuczeli, potupali nogami, poszczerzyli zęby i też jakąś tam wartość wnosili do grupy.
Fot. Grzegorz Press/Agencja Forum
A.G.: A czy byli żołnierze odpowiedzialni wyłącznie za - jak by to powiedzieć? - rozstrzygnięcia fizyczne?
J.S.: Oczywiście. Były bojówki, których członkowie z reguły zajmowali się działalnością uderzeniową. Chłopy, nie ułomki, bo do tej roboty potrzebne były i predyspozycje fizyczne, i psychiczne. Twardzi, bezwzględni goście z obniżonym pułapem sumienia, silni, napakowani, doskonale znający sztuki walki. Jeśli trzeba było kogoś nastraszyć czy wyciągnąć haracz od jakiegoś upartego klienta, wysyłało się właśnie ich.
Zdarzyło się kiedyś, że pewna grupa ze Skarżyska-Kamiennej najechała Pruszków. Naprawdę! Ci debile przyjechali do naszego miasta i próbowali przejmować nasze interesy! Tak byli pewni swojej siły. Złożyliśmy im więc rewizytę - pojechali do nich gangsterzy pokroju Chińczyka i Szlacheta i spuścili im potworny wpierdol. Stało się to w jakiejś knajpie, która tamtejszym gangusom służyła za biuro. Wiem, że stoły i krzesła krążyły pod sufitem jak satelity. Demolka absolutna!
Od tamtej pory ta podkielecka metropolia zaczęła nam podlegać. Chłopcy stamtąd odprowadzali nam działkę z każdego biznesu.
A.G.: Podejrzewam, że robota w bojówce była o wiele słabiej płatna niż handel prochami czy kradzież samochodów?
J.S.: To prawda, ale chłopcy nie biedowali. Oni dostawali od nas comiesięczne pensje, które pozwalały im na dobre życie. A pamiętaj, że zawsze była też premia od akcji, tyle że tę premię oni musieli zdobyć sami. Mam na myśli fanty zawijane frajerom, których dojeżdżali.
A.G.: Wielokrotnie czytałem artykuły o zarobkach mafijnych karków. Dziennikarze zawsze podkreślali ich niskie zarobki, mniej więcej na poziomie 300-400 dolarów miesięcznie.
J.S.: Myślę, że w latach 90. wielu chciałoby zarabiać takie pieniądze. A poza tym to nieprawda. Takie zarobki należały do rzadkości, a dostawali je najmłodsi i najmniej doświadczeni. Z czasem leszcze zmieniały się w grube ryby i zarabiały o wiele więcej hajsu. Mówię o nierzadko milionowych fortunach. Problem tkwił w tym, że nawet ci najbardziej łebscy goście tracili rozum, jak pojawiało się wielkie siano. Chłopcy potrafili przepultać dosłownie wszystko, i to w kilka godzin! Gdyby oszczędzali, większość z nich jeździłaby dziś ferrari i mieszkała w rezydencjach. Gdyby...
A.G.: Czy bojówka była pojedynczą formacją?
J.S.: Było kilka ekip, które albo działały osobno, albo skrzykiwały się i tworzyły jeden oddział. Wszystko zależało od potrzeb. Czasami wystarczyło wysłać Chińczyka, Szlacheta, Szulawika i Gonza, a innym razem trzeba było dołożyć Mięśniaka, Orła i Karasia. Pamiętaj, że w każdym samochodzie wiozącym chłopców na akcję zawsze znajdowało się sporo ponad pół tony żywego mięsa! Oni robili wrażenie już samym wyglądem. Z kolei w ekipie u Roberta F. "Franka" latali tak zwani motocykliści - kilku chłopaków, którzy kochali jednoślady, ale nade wszystko uwielbiali łamać kości swoim ofiarom. Byli w tym naprawdę dobrzy.
W późniejszych czasach, czyli pod koniec lat 90., pojawiła się bardzo ostra ekipa Romana O. "Sproketa", grupa niebezpieczna także dlatego, że w jej szeregach znajdowali się twardzi Czeczeni. Sproket bardzo podkreślał ich obecność w swojej ekipie i zawsze powtarzał, że ma ich ponad trzystu pod komendą. I jakby co, to wszystkich chętnych do walki. Zawsze jeździli na akcję jeepem - nie chciałbyś widzieć, jak się zbliża, wiedząc, że jadą do ciebie...
Mieliśmy też Ormian, który zresztą bardzo się przydali w akcji oharaczowania rumuńskich kieszonkowców pracujących na Stadionie Dziesięciolecia. Na ten pomysł wpadł Ryszard P. "Krzyś", ale sam nie był w stanie nic z tym zrobić. Dlatego zaproponował mi wejście do interesu, a ja w zamian za to dałem mu gangsterów z Kaukazu. I to właśnie oni "przekonali" Rumunów do współpracy.
A.G.: Czy żołnierz mógł awansować w hierarchii?
J.S.: Naturalnie. Jeśli był sprytny, operatywny i spodobał się starym, kariera stała przed nim otworem. Dobrym przykładem jest Sproket, który szybko wskoczył w kapitańskie buty, choć zaczynał bardzo skromnie.
A.G.: Według mnie stał się kimś równym Rympałkowi. Choć trudno porównywać obie kariery, bo kiedy Sproket zdobył wysoką pozycję, Marek Cz. siedział już za kratkami.
J.S.: W jakimś sensie masz rację, choć trzeba pamiętać, że czasy Sproketa trochę różniły się od czasów świetności Rympałka. Marek Cz. cieszył się mirem wśród swoich, bo nie pękał przed nikim i nawet potrafił dojechać starych. To był taki typowy gangsterski kamikadze. Jak wydał polecenie, to nie było mowy, aby ktoś z jego ludzi odmówił. Ba, aby w ogóle podał w wątpliwość słuszność decyzji bossa! Sproket charakteryzował się jednak nieco większymi talentami dyplomatycznymi, choć - oczywiście - bez przesady.
A.G.: Czyli kapitanowie z reguły rządzili za pomocą strachu?
J.S.: Wszystko zależało od kapitana. Jako że za mną ciągnęła się legenda, swoim ludziom nie musiałem niczego udowadniać, nie musiałem przekonywać, jaki to ze mnie kozak. Oni to wszystko wiedzieli, więc mnie szanowali, a ja o nich dbałem. Rympałek, który wyskoczył trochę znikąd, musiał szacunek budować metodami bardziej drastycznymi - wrzaskiem, a czasem nogą od krzesła. No i oczywiście swoimi dokonaniami jako szef grupy; te były naprawdę imponujące.
Fot. Adam Nocon/Se/East News
Do jeszcze innej kategorii kapitanów należał Bysio. To była waga półśmieszna. Owszem, operatywny, umiał się zakręcić wokół jakiegoś biznesu, ale kiepski był z niego egzekutor. Mam na myśli egzekucje finansowe, bo jeśli chodzi o odpalanie ludzi, to Bysio w ogóle się nie nadawał do tej roboty. A może to i dobrze? Jak szedł do dłużnika, to albo dostał jakiś ochłap na odpierdol się, albo go wyśmiali i dopiero musiała jechać grupa interwencyjna, żeby sprawę załatwić do końca. Generalnie gdyby nie jego żołnierze, typu Chińczyka czy Gonza, to Bysio mógłby spokojnie wyjść z mafii i zatrudnić się w urzędzie gminnym. Patrząc na rzecz z dzisiejszej perspektywy, to ja raczej chwalę Bysia, niż go krytykuję...
Fot. archiwum prywatne Jarosława Sokołowskiego
A.G.: Sięgnijmy do korzeni polskiej mafii. Czy na początku lat 80. też istniały takie podziały? Na żołnierskie doły, panów oficerów i dowódców? W moim przekonaniu ta hierarchia zrodziła się już w latach 90., gdy podziemie przestępcze urosło liczebnie i stało się niemal wszechmocne.
J.S.: Mylisz się - podziały w świecie kryminalnym istniały zawsze. Może i armia była mniejsza, ale zawsze panowała w niej struktura, często zresztą ukształtowana w więzieniach. Kiedy wśród młodych przestępców pojawiały się takie tuzy jak: Wojciech K. "Kiełbacha", Leszek D. "Wańka" czy Jacek D. "Dreszcz", młodzi zawsze usuwali się na bok. Wiedzieli, że przyszli ważniejsi, członkowie elity, i trzeba im okazać szacunek.
Ja sam bardzo szanowałem Kiełbachę, który wziął mnie na swojego ochroniarza, co uważałem za ogromne wyzwanie i nobilitację. Przez pewien czas byłem tylko jego wsparciem fizycznym, wypełnieniem auta, wyjątkowo szczelnym zresztą. Ale bardzo szybko się polubiliśmy i staliśmy przyjaciółmi. A to sprawiło, że awansowałem na kogoś więcej niż goryla Kiełbachy. Na kogo? To trudno zdefiniować, ale było to odczuwalne. Nie tylko dla mnie, także dla całego naszego środowiska. Aż w końcu zostaliśmy wspólnikami, równymi sobie - kiedy Kiełbasy nie było na mieście, jego sprawy załatwiałem ja. Wojtek miał do mnie pełne zaufanie, a ja nigdy go nie nadużyłem. Tak więc jestem jednym z tych, którzy przeszli drogę od zera do bohatera. Czyli prawie na sam szczyt. Powtarzam - prawie.
A.G.: "Jednym z tych"? Taką drogę jak ty przeszedł mało kto.
J.S.: Powiedzmy, że miałem trochę więcej szczęścia niż inni.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI
PEŁNY SPIS TREŚCI:
OD AUTORA. Artur Górski
OD NARRATORA. Jarosław Sokołowski "Masa"
ROZDZIAŁ 1. Jak wskoczyć na kapitana?
ROZDZIAŁ 2. Król, king, pan
ROZDZIAŁ 3. Arsenał w trzech beczkach
ROZDZIAŁ 4. Ksiądz idzie do nieba (albo do piekła)
ROZDZIAŁ 5. Schabowe pod celą
ROZDZIAŁ 6. Łatwy tekst, trudny do zrozumienia
ROZDZIAŁ 7. Dlaczego nie ukradłem? Bo miałem gest!
ROZDZIAŁ 8. Ricky, żołnierz Nikosia
ROZDZIAŁ 9. Rozgoryczenie w grupie Grafa
ROZDZIAŁ 10. Porażka na Hożej
ROZDZIAŁ 11. Podróż z agentem
ROZDZIAŁ 12. Pojedynek na szosie
ROZDZIAŁ 13. Obalanie konia
ROZDZIAŁ 14. Wiara na kilogramy
ROZDZIAŁ 15. Rozterki samotnych wilków
ROZDZIAŁ 16. Karki tańczące na weselu
ROZDZIAŁ 17. Fury, konserwy i laski bez przerwy
ROZDZIAŁ 18. Depresja gangstera
Epilog
Gangsterska galeria według Masy