Przed burzą
PRZED BURZĄ
Musiałam oszaleć, skoro tuż po swoich czterdziestych pierwszych
urodzinach postanowiłam zrobić życiową rewolucję. Moja świętej pamięci
babcia Łucja padłaby trupem po raz drugi, a na pewno, czyniąc ręką znak
krzyża, powiedziałaby "Kto to widział w tym wieku się rozwodzić?! I to
bez powodu! Olga, opamiętaj się, dziewucho!". No bo skoro nie pije, nie
bije i nie zdradza, to przecież żadnego powodu być nie może. W dodatku
kocha, jest dobrym mężem i ojcem, opiekuje się rodziną oraz domem,
pracuje, zarabia, a nawet opuszcza po sobie deskę sedesową. Poza tym
jest troskliwy i nie ma najmniejszych problemów z okazywaniem uczuć.
Tak, Kuba dla wielu kobiet byłby chodzącym ideałem i te kobiety bez
wątpienia miałyby rację. Zresztą przez niemal cały czas trwania naszego
małżeństwa czułam się szczęśliwa i kochana. Sama też kochałam.
No to może seks był do bani? Nie, seks też był pierwszorzędny. Żadne tam
dziesięć minut po misjonarsku i dobranoc. Choć znaliśmy mapę naszych
stref erogennych na pamięć, nigdy nie chodziliśmy na skróty. Umieliśmy
godzinami cieszyć się bliskością i lubiliśmy eksperymentować w łóżku.
Dzielenie się swoimi seksualnymi fantazjami? Bez wstydu i bez problemu.
Spełnianie ich? Jak najbardziej. "Może dziś zobaczymy jakiś film porno?
Z rozkoszą. Co powiesz na zakupy w sex shopie? Też o nich myślałam".
Całkowite zaufanie, brak skrępowania, a przy tym naprawdę dużo cholernie
dobrej zabawy.
Tyle że nagle, któregoś dnia, może okazać się, że wszystko co masz w udanym dotąd małżeństwie, przestaje cieszyć i przestaje mieć znaczenie.
Nie wiesz, dlaczego. Nic się nie wydarzyło, nie pojawił się nikt trzeci,
ale już nie chcesz tego życia, które jeszcze wczoraj dawało ci
szczęście. Właśnie to mnie spotkało. Położyłam się spać jako dobra i zadowolona żona, a obudziłam się jako żona zepsuta i nieszczęśliwa.
Zaczęło się jakieś trzy lata temu. Kiedy wracałam z pracy, zobaczyłam
przed domem auto Kuby. Pamiętam bardzo dobrze, że pomyślałam wtedy "O nie, już jest w domu...". Ta myśl mnie zaniepokoiła, bo do tej pory, przez
kilkanaście lat, w takiej sytuacji cieszyłam się, że zaraz go zobaczę.
Jak to się stało, że zaistniała ta niby subtelna, a jednak bardzo
znacząca różnica? Przyszła tak niezauważalnie, tak podstępnie. Coś w tej
naszej usypiająco dobrej i zwyczajnej codzienności poszło nie tak, coś
istotnego musiało się ulotnić, niepostrzeżenie zniknąć. Coś
zaniedbaliśmy.
Postanowiłam powstrzymać proces przeistaczania się szczęśliwego
małżeństwa w wypełniającą codzienne obowiązki podstawową komórkę
społeczną. Małej i nudnej stabilizacji powiedziałam stanowcze "nie!".
Wiedziałam, że muszę zacząć od siebie. Uznałam, że nie mogę siedzieć jak
księżniczka na tronie i czekać, aż mój mąż królewicz zbawi mnie i zabawi. Powinnam działać, wpuścić w rutynę nieco świeżego powietrza,
może nawet odrobinę szaleństwa. Moja przyjaciółka Zuza jest zawodową
tancerką. Zapisałam nas do niej na indywidualne lekcje tańca.
Już następnego dnia poszliśmy na salsę. Ja urodziłam się na parkiecie i mogłabym z niego nie schodzić, za to Kuba mimo poczucia rytmu ma ogromne
kłopoty z koordynacją ruchową. W parze szło nam jak po grudzie. Moja
kochana Zuza robiła wszystko, żebyśmy w tańcu poczuli ogień namiętności,
ale we mnie płonął jedynie ogień złości i frustracji. To było wredne,
ale nad emocjami i odruchami trudno mieć pełną kontrolę. Ostatecznie po
kilkunastu lekcjach, lub raczej parkietowych walkach, poddaliśmy się.
W walce o ratowanie małżeństwa nie poddałam się jednak tak szybko. Były
wspólne narty, podróże, wypady za miasto, masaże dla dwojga, bieganie,
morsowanie i Bóg wie, co jeszcze. Tyle że coraz boleśniej docierało do
mnie, że jeśli w serduchu jest już popiół, to nie da się zreanimować
trupa... Pochodzące z zewnątrz atrakcje stanowiły jedynie gadżety, a nie
coś, co mogłoby do głębi nas poruszyć, połączyć i na nowo zachwycić sobą
nawzajem. Starałam się z tym pogodzić. Pomyślałam, że "bez tej miłości
można żyć, mieć serce suche jak orzeszek". Szybko okazało się, że z gorzką rezygnacją żyć się jednak nie da. Nie da się żyć bez zakochania,
bez oddania, bez podziwu. Kuba zaczął mnie drażnić. Irytowało mnie
niemal wszystko. Co mówi, jak mówi, jak chodzi, jak siada i jak je.
Okrutne, niesprawiedliwe, ale silniejsze ode mnie. Ciągle obecne i rozwijające się we mnie negatywne nastawienie do męża sprawiało, że
stawałam się niedobra, chmurna i sfochowana.
Kuba od zawsze miał w sobie pewną niezdarność oraz wyjątkową łatwość
popełniania faux pas. Uwielbiałam to kiedyś. Rozbrajał mnie gafami,
które popełniał. Często płakałam ze śmiechu. Pamiętam jak kiedyś po
pracy umówiliśmy się na Saskiej Kępie i każde z nas dojechało tam
własnym samochodem. Udało nam się znaleźć miejsca parkingowe w pewnej
odległości od siebie. Gdy szliśmy w swoją stronę, Kuba uśmiechał się
promiennie, a chwilę później przywitał mnie słowami "Myszko, jak ty dziś
pięknie wyglądasz, zwłaszcza z daleka!". No cudne to było po prostu!
Uwielbiałam te jego nietuzinkowe komplementy. Ale to było dawniej. Teraz
każde przejęzyczenie, nieścisłość, niezręczność Kuby doprowadzały mnie
do białej gorączki. Nienawidziłam siebie za to, ale prawda wyglądała
tak, że zaczęłam się dusić w tym małżeństwie. Gdyby na moim ramieniu
znajdował się guzik z napisem "kochaj męża", naciskałabym go bez
przerwy, ale to tak niestety nie działa.
Z czasem życie ze sobą, a tak naprawdę obok siebie, stało się dla mnie
nie do zniesienia. Zaczęłam marzyć o odzyskaniu wolności, śniło mi się
nawet, że mieszkam sama. Nasza córka Lena osiągnęła pełnoletność i właśnie zaczęła studia w Wielkiej Brytanii, ale i tak myślałam, że nie
mogę jej tego zrobić, nie mogę rozbić bańki rodziny idealnej. Miotałam
się między pragnieniem odzyskania wolności i siebie, a wewnętrznym
nakazem wypełniania roli dobrej żony i matki.
Aż któregoś niedzielnego przedpołudnia po prostu się stało. Chciałam
poprosić Kubę o kawę, ale zamiast tego powiedziałam:
- Kubuś, nie dam dłużej rady. Przeżyliśmy razem wiele szczęśliwych lat,
ale to się skończyło. Coś się we mnie wypaliło. Już cię nie kocham i odchodzę.
Oczywiście, że to był grom z jasnego nieba. Oczywiście, że skrzywdziłam
Kubę i to bardzo. Miał prawo nie rozumieć, dlaczego rozpada się zgodne
małżeństwo, które właściwie nie umiało się nawet porządnie pokłócić.
Zapytał czy jest ktoś inny, ale nikogo innego nie było, naprawdę nie
było. Chyba uwierzył.
Potem już zeszła cała lawina konsekwencji. Nasza Lena przyjęła to ze
smutkiem, ale - o dziwo - także ze zrozumieniem.
- Życie! - powiedziała - Macie prawo walczyć o to, żeby je przeżyć jak
najlepiej. Jeśli nie potraficie razem, trudno, próbujcie osobno. Kiedy
ona tak wydoroślała? Wychowaliśmy naprawdę wspaniałą dziewczynę.
To ja się wyprowadziłam, bo to ja rozwaliłam nasze małżeństwo. Wynajęłam
coś na mieście i zaczęłam załatwiać kredyt na kupno swojego mieszkania.
Rozwód był w toku.
Tak rozpoczęłam życie singielki.
Nowa Ja
NOWA JA
Nie miałam ochoty od razu wpadać w męskie ramiona, nie byłam na to
gotowa. Chciałam najpierw nauczyć się nowej siebie, obejrzeć nową Olgę w jej samotniczym życiu. Moja kochana Zuza, która jest nie tylko tancerką,
ale i trenerką mentalną, uprzedziła mnie, że przejście przez zmianę,
nawet tę ku dobremu, bywa bolesne. I rzeczywiście było. Po kilku
pierwszych euforycznych dniach, pełnych imprez i strzelających
szampanów, nastało zwykłe życie z powrotami po pracy do pustego domu i z samotnymi wieczorami. Brakowało mi zwykłych rzeczy, krzątania się po
swojej kuchni, głaskania kota, który został u Kuby, wspólnego oglądania
filmów. Ta nowa przestrzeń była taka obca, taka nie moja. Tłumaczyłam
sobie, że to normalne, że to osadzenie w nowej rzeczywistości musi
trochę potrwać. Przecież nikt nie rozłoży przede mną czerwonego dywanu i nie wręczy paczki z napisem "Nowe Szczęśliwe Życie". Ale racjonalne
podejście jakoś nie pomagało. Stawałam się coraz smutniejsza, coraz
bardziej rozczarowana.
Tymczasem Kuba, mój Kuba, już po trzech miesiącach znalazła sobie
kobietę. W dodatku bardzo do mnie podobną, tyle że młodszą o jakieś
dwanaście lat. Jak on śmiał?! Zdrajca! Przecież zawsze mówił, że jestem
miłością jego życia, że nie mógłby być z inną, choćby nawet nosiła tytuł
miss świata! Więc ja tak długo nie odchodziłam od niego, bo bałam się,
że skoczy z mostu albo co najmniej wpadnie w niekończącą się depresję, a on znalazł sobie atrakcyjną, młodą dupę! I to po trzech miesiącach.
Czyli żałoba po moim odejściu trwała tylko pieprzone trzy miesiące?! Co
za straszliwe upokorzenie!
Zuza postanowiła pierdolnąć mnie patelnią w łeb i przywołać do porządku.
- A czego ty się, gwiazdo, spodziewałaś? Miał tonąć we łzach i wić się u twych stóp, błagając o jeszcze jedną szansę? I to pewnie przez długie
lata, najlepiej do końca życia! Oczywiście ty miałabyś go centralnie w dupie. Ważne, żeby leżał w twojej zamrażarce do usranej śmierci. Tylko
po to, byś miała go pod ręką, w razie gdyby ci się nie udało. Jako
wariant awaryjny!
- Ale...
- Żadne "ale"! Cholerna egoistka z ciebie, pies ogrodnika. Sama nie
weźmiesz, ale innej też nie dasz. I bardzo dobrze, że się chłopak tak
szybko ogarnął. Po tym, co mu zafundowałaś, zasługuje na trochę
szczęścia i na zakochaną kobietę. Wstydź się, Olga! Zamiast zazdrościć
mu szczęścia, rozejrzyj się za własnym.
I za to Zuzę kocham. Nigdy nie pogłaszcze mnie po głowie, gdy postępuję
źle. Taką właśnie, czasem szorstką szczerość w przyjaźni niezmiernie
sobie cenię. Pewnie, że przez chwilę byłam na nią wściekła, ale zaraz
potem musiałam przyznać, że ma absolutną rację. Poza tym bardzo dobrze
mi zrobił kubeł zimnej wody. Jeszcze tego samego dnia wieczorem zdobyłam
się na napisanie wiadomości do Kuby.
Ja: Kubuś, bardzo się cieszę, że w Twoim życiu pojawiła się piękna
dziewczyna, szczęściara z niej. Mocno trzymam za Was kciuki!
Kuba: Ale miło, że napisałaś, bardzo Ci dziękuję! Zosia Cię pozdrawia,
jest Ci wdzięczna, że zwróciłaś mnie światu .
Mam nadzieję, że Ty też wkrótce znajdziesz
wspaniałego faceta. Zasługujesz na najlepszego. A póki co pamiętaj, że
jeśli oberwie ci się w mieszkaniu jakaś półeczka czy zepsuje kran, to ja
chętnie się tym zajmę!
Naprawdę zajebisty z niego facet. Skoro ja, głupia, nie potrafiłam tego
docenić, niech inna się nacieszy. Poczułam ulgę, a nawet coś na kształt
radości, że tak miło między nami się ułożyło.
Powoli przestawałam smęcić. Starałam się wypełniać po brzegi dzień po
dniu. Zapraszałam do siebie przyjaciół i z lubością gościłam ich
upichconymi przez siebie potrawami. Sama też często wychodziłam z domu,
do znajomych, na siłownię, na spacer, do kina. Przez kilka miesięcy
zobaczyłam więcej filmów w kinie i spektakli w teatrze niż przez
ostatnich dziesięć lat. Powoli moje emocje się wyregulowały i zaczęłam
lubić swoje nowe życie.
Kiedy to nowe życie zostało przypieczętowane orzeczonym rozwodem,
dokonało się. Wracałam na rynek!
Chłopaki, nadchodzę!
CHŁOPAKI, NADCHODZĘ!
Bez żadnych wyrzutów sumienia i zupełnie na legalu zaczęłam rozglądać
się za potencjalnym kandydatem na partnera. Na pewno nie za mężem, bo do
tej wody nie zamierzałam wchodzić. Mieszkać z kimś też nie chciałam. Nie
po to odzyskałam wolność, żeby znów prać czyjeś skarpety, chodzić na
niechciane kompromisy i każdego dnia czekać w kolejce do łazienki. Ale
silne ramię tuż obok? Czemu nie. Niechby pojawił się przy mnie facet,
który w sekundę będzie umiał mnie rozśmieszyć. Chciałabym łazić z nim po
górach i leżeć pod kocem, kochać się bez opamiętania i jeść kolację ze
śniadaniem. Niech ma swoje życie, swoje pasje i przyjaciół, byle nie
żonę. Niech będzie singlem tak jak ja. Każda nasza randka niech będzie
świętem. Czasem spotkamy się u mnie, czasem u niego, czasem wyjedziemy
za miasto lub spontanicznie wsiądziemy do samolotu i polecimy na szalony
weekend gdziekolwiek. Zamarzyło mi się dojrzałe, ale i radosne
partnerstwo. Bez ciśnienia, zaborczości, ograniczeń, z zaufaniem i uważnością na siebie nawzajem. I tak bardzo bym chciała znowu poczuć
motyle w brzuchu!
Hmmm... Tylko jak znaleźć idealnego kandydata? W pracy ciągle te same
twarze, spotkania towarzyskie też mniej więcej w tym samym gronie. W krajach południowej Europy można liczyć na miłą i finezyjną zaczepkę
zauroczonego nieznajomego, ale w naszej szerokości geograficznej
mężczyźni nie zaczepiają w ten sposób kobiet. Może czasem jakiś podpity
gość krzyknie "Hej, lalka!", ale nie takiego mężczyzny szukałam. Cóż,
trzeba wyjść do świata, dać się poznać, wysłać sygnał, że chętnie poznam
interesującego faceta. Zrobiłam naradę z przyjaciółkami i padło na
Tindera. Podobno najbardziej popularny portal randkowy, w którym facetów
jest tylu co butów w CCC. Oby z ich jakością nie bywało podobnie jak z tymi butami...
- Musisz przygotować się na to, że połowa z nich to zjeby i zboczeńcy.
Ale jak uzbroisz się w cierpliwość, to za czterdziestym podejściem
trafisz na sensownego gościa. Może.
Monia, która w randkowaniu w sieci ma spore doświadczenie, sprawdzała
wiele różnych portali tego typu. Zakochiwała się wiele razy i często
słyszałam, że teraz to już na pewno, a nawet na sto procent ten
właściwy. Niestety, nigdy się nie sprawdziło. Trudno się zatem dziwić,
że jest nieco sceptyczna, choć nadal zdeterminowana i randkująca. Boję
się tylko, że wciąż będzie przyciągać typów spod ciemnej gwiazdy.
Uwielbia epatować swoim niezaprzeczalnym seksapilem. W krótkich
spódniczkach eksponuje zgrabne nogi, a w obcisłych bluzeczkach duży,
ponętny biust. Poza tym jest otwarta jak stodoła, bez skrępowania mówi o seksie i uwielbia przeklinać (choć w jej ustach przekleństwa brzmią
uroczo). Przyciąga przez to facetów prostych jak konstrukcja cepa,
którzy myślą, że Monia wysyła im sygnał "weź mnie teraz!". Tak naprawdę
to dusza człowiek z wielkim sercem i jeszcze większym mózgiem. Nikt by
nie zgadł, że ta rudowłosa kocica jest dyrektorką na pół Europy potężnej
firmy z branży meblowej i że czuwa nad wielomilionowymi transakcjami.
Klara to jej przeciwieństwo. Rozważna i romantyczna. Ubrana z klasą,
dbająca o rozwój duchowy i intelektualny, szczerze przejęta losami
planety oraz biednymi ludźmi, którzy mają dużo gorzej niż inni.
Rozkręciła już trzy ogólnopolskie akcje charytatywne. Jako wzięta
prawniczka raz w tygodniu udziela potrzebującym bezpłatnych porad, a jako miłośniczka psów odbywa wolontariat w schronisku dla zwierząt. Jest
piękną i zgrabną kobietą, ale nie lubi tego pokazywać. Jedynym
atrybutem, który eksponuje są blond loki w iście hollywoodzkim stylu.
Ona też szukała szczęścia na Tinderze i na Łukasza trafiła już za
trzecim razem. Są ze sobą bardzo szczęśliwi już ponad dwa lata. Nic więc
dziwnego, że Klara starała się mnie nastawić na przygodę z portalem
randkowym bardziej optymistycznie niż Monia.
- Daj spokój, Monia, nie strasz Olgi. Ja swojego skarba znalazłam
błyskawicznie. I znam trzy udane małżeństwa z Tindera. Koniecznie daj
sobie szansę, Olga, a na pewno znajdziesz faceta, który będzie ciebie
wart.
- Przede wszystkim zacznij od przemyślanego profilu.
Zuza ma zawsze garść cennych porad. Trudno, żeby było inaczej, skoro
jako coach na co dzień pracuje z kobietami szukającymi u niej ratunku z dramatycznych życiowych sytuacji. To zdumiewające, jak mądrze Zuza
połączyła w życiu dwie pasje: taniec i psychologię. Od czasu do czasu
organizuje taneczno-rozwojowe warsztaty dla kobiet. Poprzez taniec
otwiera kursantki, pokazuje im ich atuty, pozwala poczuć własną
cielesność, kobiecość, sensualność i seksualność. Na takim gruncie
kobiety łatwiej docierają do przyczyn problemów i do swoich prawdziwych,
często głęboko skrywanych potrzeb. Sama Zuza jest najlepszym przykładem
na to, jak rozsądnie budować dzień po dniu wartościowy związek. Z Mariuszem tworzą od czterech lat zgrany duet, wspierają się i nadal
patrzą na siebie zakochanym wzrokiem. Pewnie wkrótce zatańczę na ich
weselu. Piękna i mądra Zuza. Niby filigranowa, eteryczna blondyneczka,
ale o ogromnej sile charakteru i determinacji.
We cztery tworzymy kolorową mieszankę - ruda, dwie blondynki i brunetka.
Różnimy się też bardzo charakterami i temperamentami, ale te nasze
różnice cudnie się uzupełniają i od ośmiu lat udaje nam się trwać jako
wspierający się team muszkieterek - jedna za wszystkie, wszystkie za
jedną.
- Wrzuć na profil dobre zdjęcia - poradziła Zuza - i nie przesadzaj z retuszem, ze wszystkimi tymi filtrami upiększającymi rzeczywistość.
Zresztą po co one ognistej czarnuli o niebieskich oczach? Może jesteś
trochę za chuda i masz za małe cycki, ale niektórzy faceci to lubią. I koniecznie napisz kilka zdań o sobie, szczerze i nietuzinkowo, ale też
bez niepotrzebnego przechwalania się. Nie wspominaj, broń Boże, że
jesteś szychą w telewizji.
- Bo większość facetów pomyśli, że jesteś pierdolnięta, a pozostali
zesrają się z wrażenia - subtelnie wyjaśniła Monia.
Dziewczyny rwały się do tego, żeby mój profil stworzyć za mnie, ale
grzecznie odmówiłam. Chciałabym na tym portalu znaleźć kogoś, kto sam
napisze kilka słów o sobie, a nie wyręczy się w tej kwestii kolegami.
Ze zdjęciami nie miałam większego problemu, przechowywałam ich w telefonie mnóstwo. Wzięłam pod uwagę tylko te z ostatniego roku, żeby
nie sprzedawać młodszej wersji siebie. Najpierw wrzuciłam zdjęcie
portretowe - uśmiechnięte i naturalne. Córka zrobiła mi je na balkonie w słoneczny, letni dzień. Na drugim widać całą sylwetkę, ale tyłem. Stoję
na tle morza w obcisłej, czerwonej sukience. A co! Niech będzie trochę
tajemniczo i trochę seksownie. Dołożyłam jeszcze trzy, zupełnie
niepozowane foty w plenerach, na których wyglądam jak sympatyczna i chyba całkiem atrakcyjna dziewczyna z sąsiedztwa. Taka, z którą chętnie
wyskoczyłoby się na kawę lub na rower. Żadnego ze zdjęć nie upiększyłam,
poszły takie, jakimi zostały zrobione. Zgadzam się z Zuzą. Nie rozumiem,
dlaczego niektóre kobiety wrzucają do Internetu wyretuszowane zdjęcia.
Przecież potem, gdy złapany w sieć facet przyjdzie na randkę w realu i zobaczy mocno odbiegający od pierwowzoru egzemplarz, to albo dyskretnie
się skrzywi albo ucieknie z krzykiem. A już na pewno będzie rozczarowany
i wkurzony. Wcale się nie dziwię. Po co tak oszukiwać, po co to sobie
robić? Żeby potem zobaczyć w oczach mężczyzny zawód? Bez sensu. Z wiekiem podobnie. Po jaką cholerę się odmładzać? Mogę napisać, że mam 30
lat, ale potem koleś spyta z jakiego wehikułu czasu wysiadłam. A zatem
prawda i tylko prawda!
Opis zaczęłam od odważnej deklaracji. Obrałam nick: Olga 41.
I co dalej? Chyba ze sto razy zaczynałam zdanie, by skasować je chwilę
później. Albo wydawało mi się na siłę zabawne, albo pretensjonalne, albo
bardzo sztampowe i napompowane. Ostatecznie wyszło tak:
Jestem dorosłą, wolną i kochającą życie kobietą. Dorosła córka
wyfrunęła w świat. Za mną piękny etap życia, przede mną cudna
niewiadoma. Będzie dobrze, bo moja szklanka zawsze jest w połowie pełna.
Uwielbiam to, co dobre: dobre książki i dobry film, ale nade wszystko
uwielbiam dobrych ludzi. Pracuję w mediach, czyli i frajda, i stresy.
Dużo się ruszam, biegam, ćwiczę, tańczę. Na lans i small talki szkoda mi
czasu. Jeśli jesteś mądrym optymistą, zaradnym, ale dobrym człowiekiem,
ciekawym świata i ludzi gościem - odezwij się
Może bez szału, ale napisałam szczerze, jak jest, dając jasno do
zrozumienia jakiego mężczyzny szukam. Tak mi się przynajmniej wydawało...
Najpierw odezwało się kilku zjebów i zboczeńców, przed którymi
ostrzegała mnie Monia.
Ogier 28: Wygrzmocę cie tak starszawko, że usłyszą cie w kosmosie!
Bąd 29: Jakie lubisz pozycje? Ja lubie wjeżdrzać od tyłu i lizać cipkę!
Piter 24: Jakie masz cycki? Uwielbiam mega balony!
Znudzony żonkoś 30: U ciebie czy w hotelu? Ale płacimy po puł.
Bolo 19: Uwielbiam ostre mamuśki. Chcem być twoim uległym. Zrub ze mnie
swojego psa, będe ci lizał buty. I musisz mnie karać, bij mnie jak
zasłurze!
Mistrz minety 23: Ostry seks w parach, trujkontach i orgie.
No tak, nie określiłam widełek wiekowych i młode, napalone na seks z dojrzałą kobietą byczki pomyślały, że mamuśka szuka jedynie seksualnych
wrażeń. Nie ma się co zrażać. Kilku napalonych małolatów mających
poważne problemy z ortografią nie stanowią tu, mam nadzieję, grupy
reprezentatywnej. Muszę po prostu określić przedział wiekowy
potencjalnych kandydatów. Niech będą maksymalnie pięć lat młodsi lub
pięć lat starsi, to jest chyba w sam raz. Moja rozwiedziona, samotna
ciocia Ola na pytanie, dlaczego nie chce się z nikim umówić,
odpowiadała:
- Bo widzisz... Młodego się wstydzę, a starego brzydzę.
No to niech mój Romeo nie będzie ani za młody ani za stary, 36-46,
enter!
Tym razem obrodziło żonatymi. Polubił mnie Darek 44 z opisem:
Żony nie szukam, bo już mam. Chcę gorącej i napalonej kobiety do
dyskretnych spotkań raz w tygodniu. Mogę tylko w ciągu dnia, najchętniej
u ciebie. Jak nie pasuje, to nara!
No już lecę! Na co taki koleś liczy? Czy naprawdę istnieją kobiety,
które odpiszą Darkowi, że chętnie, że choćby zaraz? Może tak teraz jest...
W końcu niczego nie wiem o świecie wirtualnych znajomości. Ostatnio
randkowałam w czasach, gdy rodzice gdzieniegdzie aranżowali małżeństwa.
Krótki opis Kazika 42 zaskoczył mnie i zaintrygował:
Tylko ONS lub FWB.
O rany, jakieś tajemnicze skróty, zaszyfrowane wiadomości, nic mi to nie
mówiło. Monia na pewno będzie wiedziała, o co chodzi.
- Hej Monia, już jestem na Tinderze i na razie słabo, same zboki lub
żonaci. Ale polubił mnie rok starszy ode mnie Kazik. Przystojny, dobrze
mu z oczu patrzy. Tylko opis jakiś taki ubogi i zaszyfrowany: Tylko ONS
lub FWB. Wiesz może, co to może znaczyć?
Monia omal nie udusiła się ze śmiechu. Zupełnie nie rozumiałam, co ją
tak rozśmieszyło. Wreszcie uspokoiła się na tyle, że mogła mówić.
- Ty to, Olga, albo jesteś dinozaurem z innej epoki albo wczoraj się
dopiero, kurwa, urodziłaś! ONS to One Night Stand, rozumiesz?
Erotyczna przygoda na jedną noc. Krótkie bzykanie dla rozładowania
ciśnienia i tyle, cześć pieśni!
- No coś ty! Tak wprost?! Przecież żadna kobieta na to nie pójdzie!
- Zdziwiłabyś się, kochana, ile lasek szuka dobrego ruchania bez
zbędnych komplikacji. W domu mają nudnego męża i ryczące dzieciaki, w robocie zasuwają jak pieprzone automaty i chcą się rozładować bez
ceregieli. Na dłuższe romanse nie mają ani czasu ani siły. Amatorów
takiego łóżkowego fast foodu jest naprawdę sporo i po męskiej, i po
żeńskiej stronie.
- No dobra, rozumiem... chociaż nie rozumiem... A to FWB?
- Friends with Benefits, przyjaciele z korzyściami. Chodzisz na
regularne spotkania, ale bez żadnych niepotrzebnych emocji i bez
zobowiązań, żadnego planowania wspólnego domu z ogródkiem. Oczywiście
znowu głównie chodzi o seks, ale powtarzany od czasu do czasu. Przy
odrobinie szczęścia możecie się nawet polubić. Wtedy po ruchaniu...
- Monia, błagam, nie mów tak wulgarnie, bo mi się odechciewa!
- Wtedy po pieprzeniu się można chwilę pogadać lub zobaczyć razem jakiś
film. Ale nigdy się w takim nie zakochuj, bo od razu ci spierdoli,
mówiąc na do widzenia: przecież umawialiśmy się tylko na FWB, niczego ci
nie obiecywałem. Twój Kaziu to albo znudzony pierdolony żonkoś albo
Piotruś Pan, który nie chce dorosnąć, nie chce się wiązać i brać
odpowiedzialności za jakąś babę. Obstawiam to drugie. Żonaci raczej nie
wrzucają zdjęć z twarzą, no chyba, że są do reszty pojebani. Na profilu
żonatego zobaczysz albo fotkę jego niekoniecznie wypasionej bryki, albo
męską sylwetkę na skałkach albo - jeszcze częściej - sugestywne zdjęcie
erotyczne. Na przykład przekrojoną soczystą brzoskwinię a la cipka,
męskie slipy wypełnione nabrzmiałym fiutem, kajdanki lub pejcze.
Pojebani poeci obrazu. Kaziutek jest raczej nie dla ciebie. Ale nie
zrażaj się, mała, szukaj dalej.
Całe to randkowanie przestało się jawić tak prosto, jak sobie
wyobrażałam. W roli szybkiego zaspakajacza świetnie sprawdza się
wibrator, a przyjaciela do łóżka mogłabym znaleźć wśród... swoich
przyjaciół. Oj, niejeden zgłosiłby się na ochotnika. Wprawdzie nie
szukałam przyszłego męża, jednak zależało mi na uczciwej relacji na
wyłączność. I chciałabym się jeszcze zakochać ze wzajemnością, widzieć
to zakochanie w jego oczach. Pewnie niepoprawna idealistka i romantyczka
ze mnie. Może jednak gdzieś na tym portalu jest równie naiwny i romantyczny facet? Tylko najpierw musimy na siebie trafić i wzajemnie
się polubić. Tak będzie, na pewno tak będzie!
Najwyraźniej pozytywne myślenie programuje pozytywne zdarzenie, bo oto
po kilku dniach pojawił się ON.
Milonga man
MILONGA MAN
Krzysztof 47 wyglądał jak gwiazdor filmowy. Nie taki z filmów klasy B z wyżelowanym włosem. Raczej jak z artystycznego kina niezależnego. Ostro
zarysowana żuchwa, wydatne kości policzkowe, wyjątkowo mądre i głębokie
spojrzenie niezwykle jasnych oczu. Ale włosy ciemne, lekko zmierzwione,
gdzieniegdzie poprzetykane srebrnymi nitkami. Cholera, trochę dla mnie
za wysoki... Przy moim metrze sto sześćdziesiąt pięć mężczyzna niemal
dwumetrowy to lekko groteskowa różnica. Ale jeśliby włożyć niebotyczne
wysokie szpilki na platformie i upiąć wysoko włosy? W końcu kilka
marnych centymetrów nie może przekreślić mojego szczęścia. Oczywiście
nie tylko jego melancholijnym ramionom, wysportowanej sylwetce i magnetycznemu spojrzeniu dałam lajka. Pewnie, że wnętrze, dusza i wrażliwość na świat i ludzi są najważniejsze... Ale jeśli przy okazji
mężczyzna jest trochę ładniejszy od diabła to przecież nie taka to znowu
wielka wada. Ujął mnie szczery, nietuzinkowy opis:
Gnałem, nie wiem za czym, kolekcjonując chwile, przygody, emocje.
Często nic niewarte, głupie. Od zmierzchu do świtu, na zatracenie, na
łeb na szyję, do dna. Aż usłyszałem rytm tanga... Ono mnie ocaliło i uwiodło. Rytm tańca stopił się z rytmem bicia mojego serca. W tangu
odnalazłem prawdziwe uczucia, moc i sens. Chcę Cię zaprosić do tańca.
Jeśli chcesz czuć i żyć naprawdę, masz odwagę wejść ze mną na parkiet i przeżyć najwspanialszą podróż swojego życia, to na Ciebie tu czekam!
Tak! Chcę! Zatańcz ze mną! Tak, chcę żyć naprawdę! Taaaak, mam odwagę!
Ooo, nawet nie wiesz, jak wielka jest moja odwaga! Gigantyczna! Jestem
odważna jak Lara Croft i dzika jak Dżana z dżungli! To na mnie czekasz
na tym parkiecie!
Oczywiście nie mogłam mu pokazać, jak piorunujące zrobił na mnie
wrażenie. Takiemu facetowi trzeba napisać coś intrygującego, zaczepnego,
ale powściągliwego jednocześnie... Żeby była w tym obietnica, ale i tajemnica. Nic dosłownego, raczej trochę metafory ze szczyptą
pikanterii.
Ja: A czy w tym tangu mocno przyduszasz?
Krzysztof: ???
Aaaaaa!!!! Jestem debilką! Największa gafiara flirtu to ja! Słoń w składzie porcelany to ja! Zdesperowany prymityw w spódnicy to ja!
Natychmiast muszę to nadrobić, bo zaraz poprosi do tańca inną!
Ja: Och, to taki żart :) No wiesz... że nieznajomy, że może Kuba
Rozpruwacz. Poza tym w ten metaforyczny i zawoalowany sposób chciałam
dowiedzieć się, czy w tym tańcu zostawiasz kobiecie trochę przestrzeni,
wolności, niezależności. Ale jakby co, to ja chętnie z Tobą w to tango
pójdę ;)
Krzysztof: Muszę nieco ochłonąć... Po kolei. Nie, nie jestem Kubą
Rozpruwaczem, ani wampirem, ani dusicielem. W życiu cenię kobiety
niezależne i uważam, że obie strony muszą dać sobie przestrzeń na własne
pasje i przyjaźnie. Jednak na parkiecie poczujesz mój oddech. Takie jest
tango. Bo ja naprawdę tańczę tango i od kilku lat namiętnie chodzę na
milongi. Byłaś kiedyś?
Ja: Nie, nigdy nie byłam, ale zawsze chciałam.
Krzysztof: To zapraszam Cię serdecznie w piątek do Księżycowej Milongi.
Spotkajmy się przed wejściem o 21.20. Zatańczymy?
Tak! Tak! Taaak! Tylko ty, ja i boskie tango! To będzie nasza noc!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki