Matka Polka sika w krzakach Przygody z dzieckiem w mieście wysokich krawężników, nieczynnych toalet i zepsutych wind - Monika Pastuszko

Kup ebooka

39.99 zł
35.99 zł (23,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
 
 
Wstęp
 

Pamiętacie Solaris Stanisława Lema? Spoko, ja też nie bardzo, ale sprawdziłam i szło to tak: była sobie pokryta oceanem planeta Solaris, a na niej stacja kosmiczna. Ocean był niezwykły, bo zbudowany z plazmy, a do tego czytał myśli kosmonautów i spełniał ich ukryte, podświadome pragnienia. Pewnego dnia w kajucie głównego bohatera Krisa zjawia się dziewiętnastoletnia Harey w białej plażowej sukience z czerwonymi guziczkami. Harey to jego miłość z młodości, od wielu lat nie żyje. Stoi w kajucie i jest ludzka, ale dziwnie niedokończona. Nie wie, gdzie jest, skąd się wzięła. Wie, że żyje z Krisem. Kiedy astronauta chce ją przebrać w kombinezon kosmiczny, okazuje się, że suknia jest atrapą.

 

Natychmiast okazało się coś dziwnego: że niepodobna jej było zdjąć, bo nie miała żadnego zapięcia. Czerwone guziczki pośrodku były ozdobą. Brakowało jakiegokolwiek zamka, błyskawicznego czy innego.

 

Przewidywanie pragnień oceanowi wychodzi różnie, bo wie o ludziach za mało. Sukienka Harey, która pięknie wygląda, ale nie jest użyteczna, przypomina mi się, kiedy wchodzę do toalety w nowym, wspaniałym, nagradzanym budynku centrum kultury w Ostrowcu Świętokrzyskim - znajduję tam wszystko, tylko nie miejsce do przewinięcia dziecka, mimo że na piętrze jest biblioteka dla dzieci. Jestem z dzieckiem na placu zabaw i okazuje się, że toalety brak. Jadę pociągiem i nie mam jak ściszyć głośniczka, który przed każdą stacją budzi niemowlę, bo o takiej funkcjonalności projektant nie pomyślał, za to przewidział podświetlenie diodami gniazdek elektrycznych w przedziale dla opiekuna z dzieckiem. Kiedy po połogu chcę wrócić do życia seksualnego i okazuje się, że pigułka hormonalna, którą proponuje mi ginekolożka, jest dla mnie, nie dla mojego partnera - więc hormony dostanie też moje dziecko karmione piersią.

Kiedy jest mroźna zima, ale jest też covidowy lockdown, a rząd decyduje o zamknięciu kawiarni, bibliotek i wszystkich przybytków, które z perspektywy ministerialnych gabinetów są zbędne. Z mojej są kluczowe, bo tylko tam mogę nakarmić piersią poza domem. Więc teraz: latte albo lunch na wynos - proszę bardzo. Mleczko - sorry, bobo, wracaj do domu. W tym czasie otwarte pozostały biura, sklepy z ciuchami i, uwaga, kasyna. Jak to możliwe? Nie wiem, pewnie ówczesny premier by wiedział. Ale wyobrażam sobie, że panowie od ruletki spotkali się z kimś i go przekonali, że to ważne, żeby nie zamykać miejsc gry. Panie od bobasów z nikim się nie spotkały i nikogo nie przekonały, ponieważ były skupione na karmieniu, lulaniu, sprzątaniu, gotowaniu, kąpaniu, usypianiu, leczeniu gluta, planowaniu posiłków, zmywaniu podłóg z kaszki. Cóż, poszłabym karmić i do kasyna, ale akurat żadnego nie miałam w pobliżu.

 

Harey uśmiechała się zmieszana. Udając, że [brak guzików i suwaka w sukni] jest to najzwyklejsza rzecz na świecie, podniesionym z ziemi, podobnym do skalpela instrumentem naciąłem materiał tam, gdzie kończył się z tyłu dekolt. Teraz mogła ściągnąć sukienkę przez głowę.

 

Ja też uśmiecham się zmieszana. Karmię piersią na przenikliwym zimnie, przewijam pieluchę na rachitycznym trawniczku na środku parkingu, przerabiam przedział na przyjaźniejszy dla dzieci za pomocą naklejek, zatyczek, zwiniętych koców. Ale nie chcę udawać, że jest to najzwyklejsza rzecz na świecie. Kurczę, tak wcale nie musi być.

 

Świat, w którym żyję, określają słowa:

- urlop macierzyński - chociaż z urlopem ma on tyle wspólnego co obóz przetrwania;

- specjalne potrzeby - chociaż przestrzeń publiczna powinna być dla wszystkich;

- aktywizacja matek na rynku pracy - chociaż osobiście wolałabym czasem móc posiedzieć, zamiast być aktywniejsza; miło też byłoby, gdyby ktoś wliczył lata lulania, spacerowania, opiekowania się do PKB - szczególnie że kiedy próbuję komuś tę pracę zlecić, okazuje się, że ma zwykłą rynkową cenę;

- pokój wypoczynkowy - w którym znajduje się przewijak i miejsce do karmienia piersią, dziękuję za taki wypoczynek;

- przerwa na karmienie - którą tylko nieliczne osoby są w stanie wykorzystać zgodnie z nazwą; powinna się nazywać "zwolnienie wcześniej na karmienie" albo "przerwa na odciąganie";

- mamoza - słowo, które w wyszukiwarce ma prawie pół miliona haseł, nie ma go jednak w słowniku języka polskiego ani w Wikipedii (pewnie te, których dzieci mają mamozę, nie mają czasu na pisanie haseł encyklopedycznych);

- madka - dyscyplinujące mnie widmo w tyle głowy; czy już nią jestem, jeśli dziecko krzyczy w autobusie, a ja mam czelność pozostawać w pojeździe?

- winda nieczynna, za utrudnienia przepraszamy - ależ proszę, przywykłam już, że winda to luksus, który się przytrafia.

 

To jest życie z zajętymi rękami i cyckiem na wierzchu. Potrzeba do niego dużo ławek, toalet, mało wysokich krawężników. Życie w ciele niedospanym, czasem głodnym, gotowym do zapominania o niewygodach, skupionym na dobru dziecka. To jest też życie na świeżym powietrzu. Blisko dziecka, które cieszy się z prostych rzeczy i proste rzeczy doprowadzają je też na szczyty rozpaczy.

Wcześniej patrzyłam na świat matek i niemowląt z zewnątrz. Ciekawił mnie. Dokąd znikają te kobiety, które jeszcze niedawno były tu, gdzie ja, ale teraz są na "urlopie", a ja pracuję za nie na zastępstwo? Czym jest to życie pozabiurowe? Dlaczego dzieci występują tłumnie na placach zabaw, a w centrum Warszawy, pod palmą na rondzie de Gaulle'a raczej nie?

Prowadzę swoją obserwację uczestniczącą w świecie rodziców niemowląt i małych dzieci od trzech lat. W życiu pozamatkowym jestem urzędniczką. Zawodowo zajmuję się tym, żeby ludziom żyło się w ich mieście coraz lepiej. Żeby ten fragment oceanu Solaris, który odpowiada za miasto, popełniał jak najmniej błędów. To trudne i ciekawe, bo każdy jest inny i każdy ma inne potrzeby. Wiele z nich można pogodzić, jeśli rozłoży się je na te najprostsze. Najpierw trzeba jednak wiedzieć, kto i czego potrzebuje. W książce Niewidzialne kobiety. Jak dane tworzą świat skrojony pod mężczyzn, o wykluczeniu kobiet w projektowaniu przestrzeni i usług, Caroline Criado Perez przekonuje, że trzeba zbierać dane w podziale na płcie, pytać kobiet o zdanie oraz - co za zaskoczenie - traktować ich głos poważnie. Banalne? Razem z Olą, która podobnie jak ja ma dzieci, pęcherz oraz cykl miesiączkowy, zgłaszam, że przy placu zabaw potrzebna jest toaleta. Po kilku tygodniach dostajemy odpowiedź w duchu: "Uprzejmie informujemy, ze ustawienie toalety typu toi toi nie jest planowane". Ale my nie pytałyśmy, czy jest planowane. Zgłaszałyśmy, że jest potrzebne. "Będzie znów sikanie w krzakach" - pisze ze smutkiem Ola. Parę tygodni później któregoś ranka okazuje się, że toi toi stoi. Ola, która jest już na porannym spacerze, wysyła mi zdjęcie. Mamy to! Zwycięstwo! Planeta Solaris dodała suwak do sukienki.

O miejskie potrzeby dzieci najmłodszych trudno spytać. Bobasy są stworzeniami protolingwistycznymi, skupionymi na mleku, mamie, kupie, nierozumiejącymi idei partycypacji społecznej, reprezentacji obywatelskiej ani samorzecznictwa. Matki bobasów - te osoby, które spędzają z nimi zazwyczaj najwięcej czasu - bywają z kolei stworzeniami przemęczonymi, obrzyganymi mlekiem, marzącymi o ośmiu godzinach nieprzerwanego snu i nadużywającymi czekolady (no dobra, mówię przede wszystkim o sobie). Niektóre z nich walczą o sprawy publiczne, jednak w ciągu ostatnich dwudziestu lat w Warszawie naliczyłam dwie organizacje, które zajmowały się stricte prawami rodziców małych dzieci i tym, co przeszkadza im w mieście. Pierwsza to Fundacja MaMa, ale to już historia. Jedną z założycielek była Sylwia Chutnik, której syn niedawno świętował osiemnastkę. Druga to Fundacja "Rodzic w mieście", która działa od kilku lat, a o niskie krawężniki i inne ważne dla wózków sprawy walczy jej założycielka Agnieszka Krzyżak-Pitura. Dwie organizacje to jednak dość mało. Matki najczęściej milczą w publicznych sprawach matczynych, bo nasze zasoby muszą starczyć na opiekę nad bobo, a ta opieka to często i tak bardzo dużo, za dużo. Ojcowie, cóż, ci bywają zajęci niemożliwym zadaniem łączenia pracy z zaangażowanym rodzicielstwem. Tor ich codzienności przebiega równolegle, ale zwykle w pewnym oddaleniu. Widzą co innego. Za to, co dla matek jest codziennym obowiązkiem, zbierają pochwały. Do innych rzeczy nie są dopuszczani. (Kiedy zapisujemy Henia do publicznego żłobka, mejle początkowo trafiają do Roberta. Kiedy jednak ja zostawiam swój adres mejlowy, ktoś je zamienia i od tego dnia Robert jest odcięty od informacji. Próbuje o to zawalczyć, ale dowiaduje się, że inaczej się nie da. Mejl może iść tylko do jednego rodzica: matki albo ojca. Dziwne. A co, gdybyśmy byli w konflikcie? Wtedy jeden rodzic nie dostawałby informacji?). Na szczęście wysokie krawężniki, niesprawne windy, kładki dla pieszych czy niebezpieczne przejścia dla pieszych przeszkadzają też innym: osobom na wózku, rowerzystom, a właściwie to każdemu pieszemu. O zmiany dla nich walczą więc organizacje osób z niepełnosprawnościami, ruchy miejskie i organizacje rowerowe.

Interesuję się miastem ukrytym. Tym, co jest, ale czego nie widać. Kiedyś badałam historię żydowskiego miasta. Historia mieszkańców, którzy żyli w moim rodzinnym Ostrowcu Świętokrzyskim przez kilka wieków, a w 1942 roku zostali zgładzeni, odbija się do dziś w siatce ulic, pustych parcelach, nazwach. Ale żeby ją odkryć, trzeba poskrobać. Podobnie doświadczam odkrywania miasta matek: dopiero codzienne bycie w tym świecie pozwala odkryć, który chodnik jest nie do przejścia, bo zastawiony samochodami, które sklepy niedostępne, bo prowadzą do nich schody, na którym przystanku lepiej nie wysiadać, jeśli jesteś z wózkiem.

Impulsem do napisania tej książki było chodzenie. Chodziłam wokół stołu, perypatetyka repetytywna, nazywałam ten stan. Perypatetycy to greccy filozofowie, którzy filozofowali, chodząc. Repetytywna - jak muzyka repetytywna, jedna fraza muzyczna przez pół godziny. Medytacja. Miałam wolną głowę, a zajęte ręce. Chodziłam też po mieście. Pchałam wózek, patrzyłam, myślałam. Pokonywałam wysokie krawężniki, zapamiętywałam jakość nawierzchni w kolejnych spacerowych miejscach, uczyłam się zwyczajów ekip odśnieżających miasto (na bazarek nie przejdziesz, szybko zarejestrowałam), w deszcz bezskutecznie szukałam zadaszonych ławek do karmienia.

Impulsem był też Robert, mój partner i tata Henia. Jest geografem, urbanistą i aktywistą, po godzinach działa w stowarzyszeniu Zielone Mazowsze, zajmuje się miastem dobrym dla pieszych i rowerzystów. Fascynują go chodniki. Zaraził mnie tym.

To jest książka o macierzyństwie w mieście i projektowaniu, o języku i ciele. O macierzyństwie - ale nie zaczynam jej od porodu. Macierzyństwo zaczyna się gdzieś wcześniej, może wtedy, kiedy szukasz ciuchów na duży brzuch i odkrywasz, że wszystkie są nie w twoim stylu. Może wtedy, kiedy próbujesz się nauczyć, czym różnią się pajacyki od śpioszków i półśpioszków i po co niemowlętom śliniaki, i kiedy już prawie ogarniasz, to ktoś przynosi ci parę, hmm, rampersów. A może wtedy, kiedy kolejna osoba mówi ci, że nie wolno ci tego czy tamtego, "teraz nie jesteś już sama", mówi z zatroskaną miną.

Różnie zaczyna się to macierzyństwo. Nie ma reguły. Anka od początku mówi o swoim dziecku po imieniu i głaszcze się czule po brzuchu. W domu pewnie puszcza mu Mozarta. Ja skrywałam imię jak tybetańska wieśniaczka, imię można nadać dopiero, gdy dziecko jest na świecie i wszystko jest już dobrze. Poza tym trzymałam się długo stałych rzeczy w swoim życiu. Dżinsów sprzed ciąży, roweru, pracy.

To jest też książka o tym, że jesteś ważna i masz prawo do wszystkiego. Możesz być madką. Możesz jeździć w ciąży na rowerze, pojechać na rowerze do porodu, puszczać malca, żeby ganiał z kijem w lesie, i co jeszcze chcesz. Masz prawo się złościć, kiedy ktoś wrzeszczy na ciebie: "A gdzie czapeczka?!".

Opowiadam tu o swoim doświadczeniu. Piszę nie dlatego, że chcę się uzewnętrzniać, ale dlatego, że mam graniczące z pewnością przeczucie, że wiele matek ma tak samo. Bo jest Ola, która opowiadała, jak sika w krzakach na spacerach z dwójką dzieci. Bo jest Beata, która na wieść o braku wind na warszawskim dworcu kolejowym mówi: "To ja zostanę w domu". Bo jest Sylwia, która trzy miesiące przed podróżą szuka odpowiedzi na pytanie, jak wysikać się w pociągu.

 

Opowiem wam o rzeczach, o których nie miałam pojęcia, dopóki nie zostałam matką:

- że matka Polka sika w krzakach;

- że zostanę specjalistką ds. sikania w pociągu z niemowlęciem (i będę dostawać pisemne zapytania w tej sprawie);

- jak prezentowałam piersi w półtoplessie gastronomicznym w przypadkowych miejscach i czy było mi to koncertowo obojętne;

- że hormony poporodowe to niezłe dragi;

- że tego zmęczenia nie da się do niczego porównać, i tej radości też nie;

- że niemowlę słyszy więcej niż ja;

- że wpadnę w panikę na widok gluta;

- że zostanę madką;

- że będę rozmawiać głównie z nieznajomymi;

- że zacznę służbowy telefon od "Dzień dobry, tu Monika Pastuszko, mama Henia" i że powrót do pracy może być trudniejszy, niż myślałam;

- że na rynku pracy za macierzyństwo jest kara, a za ojcostwo nagroda;

- że prawo pracy wspiera matki w macierzyństwie, a ojców mniej;

- że smog może uwięzić mnie w domu;

- że zostanę strażniczką podwórka;

- że trzeba nie mieć godności, żeby zastawiać autem chodnik;

- że ławki w miejscach głośnych, brudnych i złych mają sens (i że przez brak ławek na trasie przestanę chodzić do najbliższego centrum handlowego);

- że odśnieżanie dyskryminuje;

- że place zabaw mogą być nudne także dla dzieci;

- że można się świetnie bawić poza placem zabaw;

- że życie pozabiurowe jest zachwycające;

- że w ciąży da się jeździć na rowerze;

- że można pojechać na rowerze do porodu;

- że da się jeździć na rowerze z bobo;

- że jazda koleją z małym dzieckiem jest jak himalaizm (i też jest za to nagroda);

- że jazda bez fotelika w samochodzie osobowym jest dla niemowląt śmiertelnie niebezpieczna, no chyba że tym samochodem jest taksówka, to wtedy spoko.

 

I może coś jeszcze, kto wie. Życie z dzieckiem to ciągła zmiana.

Opowiadam o sobie, oddaję też głos innym matkom i rodzinom. Część imion i wrażliwych szczegółów zmieniam, żeby bohaterki mogły czuć się bezpieczniej. Pewnie nie ujęłam wszystkiego, bo tak się nie da. A po co piszę? Bo chcę żyć w świecie, w którym planeta Solaris daje nam coś bardziej przydatnego niż antykoncepcja dla niemowląt albo taksówki bez fotelików.

 
 
 
Jak pojechałam do porodu na rowerze
 

W ciąży jestem jak wystraszone zwierzę. Nie do końca wiem, co mnie czeka, bo jeszcze nigdy nie rodziłam człowieka. A tymczasem zastaje mnie pierwsza fala covidu, miło, że nowości się grupują! Potrzebuję spokoju, a tymczasem sklepy zamykają się na miesiąc właśnie wtedy, kiedy brzuch rośnie i muszę kupić większe ubrania. Dobrze, że i tak nie ma dokąd wychodzić, bo nie mam jak dopiąć spodni! Kiedy obostrzenia stają się lżejsze - ale ludzie nadal się boją wyjść - ja ruszam na zakupy. Galerie handlowe są zamknięte, ale lumpeksy działają. Przymierzam więc sukienki w wielkim szmateksie, w którym zwykle był tłum, a teraz stoję tu sama i w przebieralni duszę się w maseczce.

Z biblioteki wypożyczam stos poradników o ciąży. Czytam o szczotkowaniu piersi i hartowaniu sutków, śpiewaniu brzuchowi, porodach domowych w baseniku dziecięcym, jodze z intencją dla macicy. Świetnie, moja macica już się na to cieszy. Doktoryzuję się z masowania krocza - ma mi zapewnić bezbolesny poród - ale wszystkie opisy są nieprecyzyjne. Mam wrażenie, że ich autorki i autorzy najchętniej nie używaliby w ogóle słowa "wagina" ani "wulwa". Wyraźnie brakuje im języka, który pozwoliłby opisać jej poszczególne części, a mnie zrozumieć, gdzie dokładnie mam się masować. Nie rozumiem, czy mam masować wnętrze, czy zewnętrze. "Masuj się na szóstej godzinie", czytam i nic z tego nie rozumiem, nigdy nie myślałam o swojej cipce jak o cyferblacie.

Ćwiczę jogę, gromadzę ubranka, zaopatruję się w gaziki jednorazowe i krem na odparzenia, nebulizator i nadmanganian potasu, łóżeczko i ręczniczki, misia szumisia i laktator, wkładki laktacyjne i lanolinę do sutków. Mam srogi zapieprz przy tych przygotowaniach do porodu. Dbaj o ruch na świeżym powietrzu, mówią poradniki, tymczasem ja pracuję osiem godzin dziennie, trwa pierwsza fala covidu, czyli epoka paniki i moralnego uniesienia. Zostań w domu, piszą ludzie na swoich balkonach. Dbaj o swój dobrostan, spaceruj, piszą autorki poradników, tymczasem premier Morawiecki ogłasza kolejne obostrzenia: nie wolno wchodzić do parków i lasów, gdzie kwitną właśnie mirabelki, nie wolno poruszać się po ulicach bez celu. Nagle nie mogę się dodzwonić do szpitali, w których mogłabym wykonać niezbędne badania, wszędzie odpowiada automatyczna sekretarka. Panikuję. Ja przecież nie mogę czekać, to badania do wykonania w pierwszym trymestrze, za miesiąc będzie za późno. A w ogóle to chcę wąchać mirabelki.

Na szczęście mam jeszcze rower. Przewiduję, że zsiądę z roweru wcześniej czy później, ale na razie jeżdżę. Moje ciało - w odróżnieniu od głowy - w ciąży czuje się doskonale, jakby było stworzone do inkubowania. Obstawiałam, że z siodełka zgoni mnie zaawansowana ciąża - Agata pyta, czy nie walę jeszcze kierownicą o brzuch - nie, nie walę, brzuch się mieści, za to coraz ciężej mi się chodzi.

Przed ciążą jeździłam na rowerze codziennie do pracy. Przestawiłam się na rower ze zbiorkomu którejś zimy. Z pracy wychodziłam już po zmroku, a że jeździłam metrem, to widziałam słońce przez czternaście minut. Nie powinnam narzekać, niektórzy jedzą szczaw z nasypów kolejowych i wstają o północy, żeby iść do pracy na godzinę dwudziestą piątą, a depresja jest i tak milszą chorobą zawodową niż pylica. Ale wpadłam na pomysł: jeśli będę jeździć na rowerze zamiast metrem, to będę widzieć słońce rano przez całe pięćdziesiąt minut! Odkrycie: teraz, zamiast przychodzić do pracy jeszcze zaspana i już zmęczona, przychodzę zasapana i uśmiechnięta. Tego dnia w moim życiu coś się wydarzyło, przejechałam przez miasto na rowerze! Przestałam pić kawę, budziło mnie wyprzedzanie korków na trzypasmowej Puławskiej. Cierpiały tylko moje makijaż i fryzura, ale kogo by to obchodziło, na pewno nie mnie.

Na rowerze bywam spocona i ubłocona, ale pewniejsza siebie i szczęśliwsza. Przestaję myśleć o ciele jak o ładnym przedmiocie do oglądania i pielęgnacji. Nie sądziłam, że może być tak silne. Któregoś dnia jakaś pani, wskazując na sakwę, pyta: "a kto panią tak pobrudził?". Dziwię się: nikt, przecież to nie torebusia od Vuittona, bywa ubłocona. Nie przejmuję się każdą plamką ani każdym siniakiem. Życie.

Któregoś dnia wjeżdża we mnie jakiś typ, rana na nodze jest do zaszycia. Zostanie mi blizna. Jak mogłam być tak nieostrożna? Będę teraz brzydko wyglądać - myślę. - Ale szybko mi przechodzi. Teraz na nogach mam mięśnie, nawet z blizną wyglądają lepiej niż kiedyś.

Rower to łagodny antydepresant, którego potrzebuję. W ciąży - tym bardziej. Jestem niemrawa i pękata, ale na rowerze - znów szybka i sprawna, moje ciało z powrotem do mnie należy.

Chcę wiedzieć, czy to bezpieczne. Okazuje się, że to zależy od kraju. W Polsce jazda na rowerze zagraża ciężarnym, w Holandii już nie. Dziwne. Drążę temat upadków i zaczynam rozumieć, że niełatwo zrobić coś, co naruszy kokon w brzuchu. Moja położna - starsza ode mnie, też rowerzystka - cieszy się, że przyjeżdżam na rowerze. Mój ginekolog, z podejścia do pacjentki bardziej weterynarz - uśmiecha się tylko wtedy, gdy widzi płód na USG - uważa to za nieodpowiedzialne.

- Zawsze ktoś może pani zajechać drogę - gromi.

Opowiadam mu, że samochodem też niebezpiecznie, niedawno był karambol na Towarowej, ktoś widać zajechał drogę. Zderzyło się siedem aut, jednym z nich kierowała kobieta w ciąży. Została ranna i trafiła do szpitala.

- Nie, proszę pani, to co innego. Jeżdżenie autem jest czynnością codzienną.

Mam mu tłumaczyć, że jeżdżę na rowerze codziennie, że to jest mój transport, a nie rekreacja? Nie po to tu przyszłam. Milknę.

Pytam na międzynarodowej grupie rowerzystek. Tam też są kobiety, dla których - jak dla mnie - jazda na rowerze jest czynnością codzienną. Jedna pisze: "Jestem ginekolożką i rowerzystką. Możesz jeździć, uważaj tylko, żeby nie spaść z roweru, i nie wjeżdżaj wyżej niż na 2 500 metrów nad poziomem morza. Nie możesz też nurkować głębiej niż na 18 metrów. Nie dopuszczaj, żeby serce biło za mocno, i unikaj dużego zmęczenia". Sprawdzam, skąd pochodzi. Z Hiszpanii. Uhm, mają tam wysokie góry. Spoko, na Rysy wjeżdżać nie zamierzałam.

Sprawę rozstrzyga covid. Jeszcze nie wiadomo, jak może wpływać na ciężarne i na płód. Jazda zbiorkomem to ryzyko chyba większe niż ostrożne turlanie się na rowerze.

Zbliża się data porodu. Ten moment, kiedy wiele kobiet zaczyna myć okna, chodzić po schodach i uprawiać seks, modlić się, prosić o wywoływanie dzidziusia na forach internetowych, pić olej rycynowy. Też mam swój pomysł. No dobrze, niezupełnie mój, zgapiłam go od Krysi, która podjeżdżała pod górkę tam i z powrotem w dziesiątym miesiącu ciąży, inaczej mówiąc: po terminie. Jadę na Agrykolę, tradycyjne miejsce trenowania podjazdów rowerzystów warszawskich, i kręcę wolniutko w górę i w dół, obok panów w lycrze. Dziesięć razy, pięć kilometrów podjazdu. Próbuję wywołać poród.

Że da się pojechać do porodu na rowerze, uważałam za logiczne. Rower jest najszybszy na krótkie dystanse, nie utknie w korkach, w odróżnieniu od taksówki nie ma obcego typa jako kierowcy. Poza tym rower poprawia humor, a dobry humor jest ważny w szpitalu położniczym. Zaczynam to planować koło siódmego miesiąca. Wtedy pakuje się torbę do porodu i wybiera szpital. Ale jak mam dojechać na porodówkę, zastanawiam się.

Samochód? Własnego nie mamy, ale mogłabym kogoś poprosić. Tylko że znam historię Anki, która utknęła w korku w godzinach szczytu ze skurczami i wymiotami chlustającymi. Taksówka? Czytałam poradniki o porodach naturalnych i o tym, że rodząca kobieta jest dziką wilczycą, im więcej spotkań z obcymi i small talków, tym trudniej pierwotnym siłom dojść do głosu i tym wolniej poród może przebiegać. Wilczyce nie jeżdżą taksówkami. Zresztą wilczyca wilczycą, ale ja i tak nie lubię taksówek, odkąd wsiadłam do taksy mrukliwego dziada z nosem wielkości kalafiora. To była noc, a ja wolałabym nie jechać z typem nawet windą w południe. Zresztą nie chcę się przejmować, czy poplamię komuś tapicerkę.

Decyduję: chcę jechać do porodu na rowerze, bo lubię jeździć i przejażdżka zawsze robi dobrze na głowę. Ale nie wiem, jak wyjdzie. W końcu nigdy w życiu nie miałam skurczy porodowych. Na wszelki wypadek przygotowuję się też na taksówkę. Instaluję aplikację, bo Justyna uświadamia mnie, że nikt nie dzwoni po taksówki już od dwudziestu lat.

Tak się składa, że najbliższy szpital położniczy jest blisko, jakieś cztery kilometry. Dojadę tam jak koń dorożkarski, bo przez lata codziennie pedałowałam pod nim w drodze do pracy. Któregoś dnia robię wizję lokalną, sprawdzam, czy pod szpitalem są stojaki rowerowe. Są, i to pod daszkiem, wspaniale! Rower mi nie zmoknie, jak będę rodzić.

Tak właściwie myślę o dwóch szpitalach, drugi, który rozważam, jest trochę dalej, siedem kilometrów. Sprawdzam dojazd - o nie, jaki skomplikowany, przez wąskie uliczki, miejscami kontraruchem, czyli pod prąd. Nie ogarnę tego, rodząc. Zostaję przy planie szpitala najbliżej mnie. Liczę, że znajdzie się tam dla mnie łóżko.

Pakuję torbę do porodu. Na stronie szpitala jest instrukcja, co zabrać. Jej autorki proszą: "spakuj się w walizkę, nasze położne dbają o swoje kręgosłupy". Drugi szpital, który rozważam, pisze z kolei: "Nie pakuj się w walizkę, nie jedziesz na wakacje do Egiptu". Wobec rozbieżnych oczekiwań postanawiam wszystkie je mieć w dupie i pakuję się w sakwy rowerowe. I tak nie mam żadnej walizki na kółkach.

Nadchodzi termin porodu. Jest wrześniowy poranek, jadę do szpitala, oczywiście na rowerze, miła poranna przejażdżka na rutynowe badanie. Pasażer w brzuchu ma się dobrze, ale trzeba wywoływać, mówią lekarze. Ma pani torbę do porodu? Nie mam, Robert jedzie do domu i mi ją przywozi, ja w tym czasie trafiam na oddział w niezbyt stylowej koszuli szpitalnej. Zaczyna się.

Jedna z położnych rozpoznaje, że moje torby do porodu to sakwy rowerowe. "Widać, że umie pani się spakować kompaktowo", chwali mnie, bo mam ze sobą tylko te dwie małe sakwy, a inne kobiety - walizy wielkości małej szafy. Inna położna kręci głową bez słowa. Ale nikt nie ma problemu z tym, że sakwy nie mają kółek.

Po paru dniach wychodzę z dzieckiem. Przyjeżdża po mnie Robert, wkładamy Henia do wózka. Robert prowadzi wózek, a ja rower z sakwami - jakbym wróciła właśnie w wyprawy. Ledwo idę. Dopiero potem zaczynam rozumieć, że macierzyństwo jest jak wyprawa rowerowa: sam poród był jak długi podjazd pod górską przełęcz, są tu też wspaniałe przeżycia i wysiłek ponad siły, frustracja jak na podjazdach i dużo przepięknych widoków, nieludzkie zmęczenie i nadludzki zachwyt.

 
 
 
Jak zostałam strażniczką podwórka
 

Urodziłam, a teraz chodzę.

Skurczyła się przestrzeń, w której żyję. Rower czeka na koniec połogu, autobusów unikam - jest pandemia. Zapadam się w tym mikroświecie, ograniczonym do osiedla i przyległości, jak w puchu. Jest cicho i prowincjonalnie. Odkrywam, że dzieci rosną nie w mieście, tylko w sąsiedztwie. Czasem, kiedy akurat spaceruję z wózkiem po południu, widzę na ulicy przybyszów z miasta: wracające z pracy kobiety w błyszczących butach, koszulach, spodniach typu smart office, płaszczach w kolorze nude. Zza wózka patrzę na wracających z pracy facetów w kaskach i sportowych ciuchach na rowerach trekkingowych, z pustymi jeszcze fotelikami dla dziecka nad tylnym kołem. Staję z wózkiem na skraju ścieżki rowerowej i przepuszczam ich, patrząc za nimi jak za pociągiem międzymiastowym. Nie spieszę się już jak oni, teraz zaczęłam dzielić przestrzeń z osobami powolnymi i niesprawnymi. Potrzebuję ławek i niskich krawężników, a nie tras szybkiego ruchu i autobusów przyspieszonych.

Zbliża się zima.

Pukanie do drzwi. Stoi starsza pani z piętra niżej. "Ja tak panią lubię, pani jest taka fajna. Mam dla pani mydełko" - krzyczy i wciska mi Białego Jelenia. Nie łączy nas nic szczególnego, parę dzień dobry, wniesione zakupy, miseczka podrzuconych śliwek.

Stoimy z Heniem w oknie. Jestem teraz strażniczką podwórka, jak babcia z memów o analogowym monitoringu osiedlowym. Mamy na parapecie poduszkę, żeby nie marznąć. O dziewiątej rano przyjeżdża śmieciarka, o jedenastej dostawczak z pieczywem, który codziennie przez przejście dla pieszych wjeżdża na chodnik i tam zostaje. Henio ma pięć miesięcy, ciekawi go ruch. Nie widzi też jeszcze kolorów, ale za oknem polska zima: czarne gałęzie na tle nieba, samochody w kolorach białych, czarnych i metalik. Czarno-biały obrazek kontrastowy 3D.

- O popatrz, na przejściu dla pieszych jest Pani Stopek. Pomaga dzieciom przejść bezpiecznie przez jezdnię, bo ktoś zaparkował samochód tuż przed przejściem dla pieszych. O, a teraz zobacz, wraca sąsiad, który parkuje na trawniku, chociaż nie wolno tu parkować. Wysiada z samochodu. Odpina drut, widzisz? Wjeżdża swoim samochodem na korzenie starej lipy, idzie do domu.

Na resztce rozmokłej zimowej trawy kokosi się mercedes. Jego kierowca, żeby zaparkować, najpierw wysiada z samochodu. Auto błyszczy jak oficerki warty honorowej na placu Piłsudskiego. Zdejmuje stalową linkę rozciągniętą między drzewami. Zakłada ją za każdym razem, kiedy dokądś jedzie. Linką z Castoramy sprywatyzował sobie kawałek trawnika i zamienił je w klepisko.

Nie opowiadam, że lipa umrze - samochód stojący tuż przy pniu niszczy korzenie. Strefa ochronna powinna wynosić minimum półtora metra, tyle miejsca wokół pnia musi zostawać wolne, żeby drzewo mogło czerpać wodę. Samochód, który waży tonę czy dwie, swoim ciężarem ubija ziemię. W górnej warstwie ziemi znajdują się korzenie, które decydują o zaopatrzeniu całego drzewa w wodę. Pory przestają przewodzić wilgoć, a korzenie obumierają. To może trwać kilka, kilkanaście lat. Pięć do dwunastu, mówią eksperci. Lipa umrze, zanim mój syn nauczy się rozróżniać korzenie wiązkowe od palowych?

W oknie naprzeciwko widzę pana, który chodzi po domu z balkonikiem. Patrzę, jak szykuje sobie jedzenie, potem powoli oddala się od okna. Nigdy nie widziałam go pod blokiem. Wieczorem znajduję reportaż Więźniowie czwartego piętra Ewy Wołkanowskiej-Kołodziej. Czytam: dla osoby poruszającej się z chodzikiem wyjście po bułki jest jak wejście na Kasprowy.

Poznaję sąsiadki z bloku. Któregoś dnia chcę zrobić tort: zorganizowanie tortownicy zajmuje mi dwie minuty, pożycza mi ją Ola. Innego dnia Karolina robi zupę, wpada do mnie po pietruszkę. Kiedy pod blokiem zaczyna się mały remont, dręczymy budowlańców pytaniami, a spółdzielnię telefonami, piszemy do siebie dziesiątki wiadomości. Wiosną umawiamy się na wspólne sadzenie kwiatów. W końcu to jest nasz dom, a razem łatwiej coś zmienić.

Czas na spacer. Pcham wózek przez park. Mijam innych ludzi z wózkami. Jedna kobieta śpiewa pod nosem kołysankę, jak mantrę, której jej dziecko nie ma szans usłyszeć. Przyglądam się bezlistnym drzewom na tle nieba, słucham miasta. Dziecko śpi. Jestem częścią podziemnego kręgu opieki, który znika, zanim warszawiacy wyjdą z biur o siedemnastej i zmęczeni wsiądą do wagonów metra. Dla ludzi z biur jestem pewnie niewidoczna. Żyjemy w innych czasoprzestrzeniach. Stajemy się osobnymi, obcymi plemionami.

Są rewiry, których chciałabym unikać, gdyby się tylko dało. Ale się nie da. Trzeba przejść przez trzypasmową drogę, żeby dostać się do drugiego parku. Hałas może obudzić malca, a tu nie ma gdzie usiąść. Jeśli się obudzi, może będę musiała go nieść w jednej ręce, drugą pchając wózek, bo tu nie ma nawet ławki.

Samochody huczą, a my czekamy i czekamy. W końcu zielone, ale co to za zielone, skoro przez przejście przejeżdżają samochody skręcające w prawo w obie strony. Nawet się nie zatrzymują. To miejsce, w którym wypadki zdarzają się z taką częstotliwością, że powinny być określane słowem innym niż "wypadek", które przecież oznacza zdarzenie przypadkowe i nieprzewidywalne. Parę razy przystaję na jezdni, nie wchodzę w tor jazdy auta, dopóki się nie upewnię, czy kierowca mnie widzi. Z wózkiem jestem za powolna, żeby liczyć, że uskoczę.

Póki jest zima, rzadko oddalam się od domu. Krążę po parkach, oglądam kaczki i gołębie. Spacer trwa od karmienia do karmienia. Żeby nakarmić piersią, wracam do domu. Kawiarnie, biblioteki, przychodnie - to wszystko nie działa, jest covidowa zima. Nie zamotam też chusty na grubą zimową kurtkę. Chusta albo cyc to jedyne koła ratunkowe, kiedy niemowlę płacze poza domem.

Że jakość życia ludzi takich jak ja zależy od jakości najbliższego otoczenia, mówi Eva Kail z wiedeńskiego ratusza. Od lat zajmuje się genderowym planowaniem miasta. Wywiad z nią czytam, kiedy w końcu sama łapię covid i mam siłę ruszać tylko gałkami ocznymi. "Należy zwracać dużą uwagę na otwarte przestrzenie publiczne i tereny zieleni, bo najsłabsze grupy na nich najbardziej polegają" - mówi. Najsłabsze grupy, czyli dzieci i ich opiekunowie czy osoby starsze.

Blisko domu mam park ze stawem i wiecznie podkurwionymi łyskami. Łyski to takie czarne kaczki z białą łatką na czole, bardzo wojownicze. Las z szerokimi drogami gruntowymi, na których chrzęści śnieg. Drugi park z pięknymi widokami. Trzeci z placem zabaw. Jest przychodnia z miłymi pediatrkami i pielęgniarkami, sklep, piekarnia. Między starymi blokami - mnóstwo zieleni, kilka skwerków. Mam gdzie chodzić.

Inaczej Alicja. Poznałyśmy się o trzeciej nad ranem na porodówce, każda z nas chwilę wcześniej urodziła. Dużo piszemy ze sobą w pierwszych zimowych miesiącach macierzyństwa. Alicja mieszka na Białołęce: to obrzeżna dzielnica Warszawy. Jest dużo nowych bloków, ale brakuje parków, przedszkoli, szkół. Alicja prawie nie wychodzi z synem na spacery. Opowiada, jak jej mąż raz wyszedł, ale prawie spadł mu na głowę z jakiegoś balkonu słoik. Rozbił się tuż obok gondoli z ich synem. Od tamtej pory jakoś nie mają ochoty nawet próbować. Nie ma dokąd chodzić, jest tylko spłachetek między blokami, który nazywają spacerniakiem. Tam, gdzie jest zieleń, strach się zapuszczać: krążą historie o ekshibicjonistach. Spędzają czas w domu, tu jest dobrze i bezpiecznie.

Kiedy syn rośnie, Alicja organizuje półgodzinne darmowe zajęcia dla mam z dziećmi. Spotykają się na trawniku między blokami. To jedyna przestrzeń, gdzie można usiąść w kółku. Alicja pokazuje maluchom instrumenty, a matki mogą się poznać. "Ale któregoś razu jakaś babka wyszła z bloku i powiedziała, że wezwie policję. Bo mieszkańcy sobie nie życzą, żeby w południe pod ich oknami puszczać muzykę dla dzieci. To tylko pół godziny, przecież zdarza się, że za ścianą trwa remont, i to potrafi być bardziej uciążliwe. Ale cóż, zakończyłam tę inicjatywę".

Eva Kail twierdzi, że każdy w sąsiedztwie powinien mieć wysokiej jakości zieleń i przestrzeń, która pozwoli mu na odpoczynek. "Trzeba o tym mówić, bo jeżeli jesteś pracoholikiem, wstajesz bladym świtem, jedziesz do pracy i wracasz po zmroku, możesz nawet nie zauważyć, jak ważną rolę ma dobre sąsiedztwo. Zanim urodziły się moje dzieci, sama byłam pracoholiczką. Przez dziesięć lat codziennie mijałam niewielki park w drodze do metra, prawie go nie zauważając. I dopiero gdy moje córki były małe, doceniłam jego wielkie znaczenie. Spędzałyśmy w nim wiele czasu, poznałam każde drzewo i każdą ławkę. Nie wyobrażałam sobie życia bez niego".

Jakość sąsiedztwa to też szansa na poznanie sąsiadów. Ja swoich znam, bo nasz blok jest mały i ma galerię. Galeria to zewnętrzny korytarz, balkon komunalny, świeci tu słońce i słychać ptaki. Jest przyjemnie, więc czasem przystajemy, żeby porozmawiać. Mieszka tu kilkanaście rodzin, znamy się.

Perspektywę skoncentrowaną na pracy przyjmują jednak też ogłoszenia o sprzedaży mieszkań, na podstawie których ludzie wybierają miejsce do życia. Pokazują wnętrze: pokoje, armaturę, rozkład pomieszczeń. Cytryny ułożone na kuchennym stole. Kiedy przeglądam te ogłoszenia, gubię się: nie odpowiadają na moje najważniejsze pytania. Cytryny przełożę, a armaturę wymienię, ale czy pod blokiem rosną kwiaty i drzewa? Czy jest gdzie spacerować?

Tymczasem Robert w czasie swoich spacerów z Heniem zaczyna testować formularz do badania jakości przestrzeni pieszej. Zrobił go wspólnie z ludźmi, których - jak jego - interesują chodniki. Sprawdza: czy w zasięgu wzroku jest ławka? Czy chodnik od jezdni oddzielony jest pasem zieleni, czy samochody śmigają tuż obok ciebie? Jak dużo jeździ tu samochodów? Czy da się rozmawiać, nie krzycząc? Czy krawężniki są obniżone, a chodnik równy? Czy na chodniku stoją auta, latarnie, przeszkadzajki, które trzeba omijać? Czy przecina go droga rowerowa? Czy jest czysto? Odpowiedzi na te (i ze dwadzieścia innych) pytań wpisuje na kartkę. Potem odpowiedziom nadaje punkty, pytania mają swoją wagę. Wynikiem jest odpowiedź, jak przyjazna (albo nieprzyjazna) dla pieszych jest ulica.

- Są miasta, które przebadały całą swoją przestrzeń publiczną pod tym kątem. Na przykład Londyn albo Amsterdam - opowiada mi Robert. - Dzięki temu wiadomo, za które miejsca zabrać się najpierw, wiadomo, co naprawiać, żeby ludzie chętniej przychodzili na daną ulicę i na przykład częściej korzystali z lokali usługowych. A ktoś, kto przyjeżdża z zewnątrz, wie, gdzie warto iść na spacer. W Warszawie jest wiele map. Można sprawdzić, gdzie jest głośno, gdzie są tereny zalewowe, jak wyglądało miasto z lotu ptaka pięćdziesiąt lat temu. A tego, gdzie wygodnie się chodzi, gdzie są schody, ławki, poidełka - brak. Nasze ulice projektują inżynierowie, wykształceni, żeby skonstruować odpowiednie jezdnie. A czy wygodnie się chodzi? Czy nasze miasto nadaje się do spacerowania bez celu, dla przyjemności? Nie sprawdzamy tego.

Rzeczywiście: brakuje mi mapy, która powiedziałaby mi, gdzie windy w okolicy działają, gdzie są popsute, a gdzie ich nie ma. Gdzie są duże toalety, a gdzie samochody parkują tak, że nie przejdę. Gdzie są długie odcinki chodnika bez ławek. Gdzie jest głośno, a gdzie śmierdzi spalinami. Gdzie nawierzchnia jest dobra - a przecież każdy wysoki krawężnik i każdy wertep to ryzyko, że niemowlę się obudzi i znów trzeba będzie karmić, bujać, lulać. Większość map przestawia trasy samochodowe i rowerowe, trasy autobusów, cele podróży. Tak jakby podstawowym celem było jak najszybciej wyjechać z danego miejsca, a nie spędzić w nim czas.

Robert składa wniosek o dofinansowanie projektu na zbadanie Warszawy za pomocą narzędzia do oceny przyjazności pieszej i jego rozbudowę. Projekt przepada. A potem jeszcze raz, i jeszcze raz. Odkłada pomysł na półkę.

Wtorek, dziewiąta czterdzieści pięć, wychodzimy. Cel: wizyta w przychodni. To odmiana w naszych dniach o własnym rytmie, których puls jest odległy od porannych korków i tłoku w metrze. O naszych planach zwykle przesądza słońce, deszcz, smog, samopoczucie, czyli to, co wcześniej, dojeżdżając na ósmą do pracy, ignorowałam.

Zwykle jesteśmy niezajęci. Dziś jednak się spieszymy. Na przystanek podjeżdża autobus, wskakuję. Kupuję bilet. Płacę i wysiadam. Chciałam tylko podjechać jeden przystanek, teraz mam w ręku bilet dwudziestominutowy, choć potrzebowałabym dwuminutowego. Głupio.

Nasze podróże są za krótkie na bilety dwudziestominutowe i za rzadkie na kartę miejską - rozwiązania pomyślane głównie z myślą o dojazdach do pracy i do centrum. Zdarza się, że chcę wrócić z bazarku z zakupami, zdarza się, że chcę szybciej wrócić ze spaceru. Podjeżdżam przystanek czy dwa. Nie wyjeżdżam poza dzielnicę. Dla nas taryfy nie ma.

Dzwoni nieznany numer: dostałam się na cykliczną grupę wsparcia dla matek. Będę jeździć co tydzień do miasta. Do miasta. Bez dziecka.

Nie wiem, w co mam się ubrać. Kiedyś założyłabym sukienkę, ale teraz noszę tylko bluzy z kapturem. W końcu zakładam bluzę, chociaż czuję się, jakbym szła w piżamie na rozmowę o pracę.

Na placu Defilad, gdzie spodziewam się pustki parkingu, wyrósł hangar przyszłego muzeum. Na Jana Pawła niespotykany, ogromny korek, na ścieżkach rowerowych tłum. Są ładnie ubrane kobiety na stylowych single speedach, jest staruszek z laską na rowerze (ułożył ją wzdłuż na ramie), facet wiozący w ręku siatkę z biedronki, nastolatek z gitarą na plecach. Zmieniło się! Jeszcze dwa lata temu typowy rowerzysta to był mężczyzna, często w kamizelce odblaskowej albo lycrze.

Dziwię się, zatrzymuję, robię zdjęcia jak turystka we własnym mieście. A potem ruszam, wyprzedzam samochody stojące w korku. Wciąż lubię jeździć po mieście na rowerze, ale moje życie jest teraz gdzie indziej.

Któregoś dnia zostaję cały wieczór z Henrykiem. Robert jedzie na spotkanie zespołu roboczego, który będzie rozmawiał o rozwoju metropolii warszawskiej. Kiedy wraca, Henio już śpi. Siadamy więc w kuchni, a Robert opowiada:

- Byłem w eksperckiej grupie roboczej o transporcie. Na sali siedziało siedmiu mężczyzn i tylko jedna kobieta, urzędniczka, która reprezentowała organizatora. Grałem więc rolę faceta, który mówi w imieniu kobiet i dzieci - śmieje się. Przypomniałem, że ruch pieszy to też transport. I że niewiele wiemy o lokalnym ruchu pieszym, o chodzeniu w promieniu pół kilometra od domu. Że transport metropolitalny nie poprawi sytuacji matki, której trudno z dzieckiem dojść do przychodni albo wyjść na spacer, albo osoby starszej, która nie wychodzi do sklepu, bo nie ma po drodze ławki ani toalety. Nie widzimy lokalnego ruchu pieszego. Wtedy kolega powiedział: no tak, pobudowaliśmy autostrady za miliardy, zbudowaliśmy kolej wielkich prędkości, a chodniki? Bez zmian, rozpierdzielone.

 
 
 
Że będę się bała wozić dziecko na rowerze
 

Henio jest niemowlakiem, a ja zimę spędzam, sprawdzając, jak i kiedy mogę wpakować go na rower. Rower cargo? Przyczepka rowerowa? Znajomy woził bobasa w rowerze cargo w foteliku samochodowym, co daje mi nadzieję, że będę mogła wozić kilkumiesięczniaka. Pytam na grupie właścicieli rowerów cargo, czy ktoś pozwoli mi się przejechać. Parę dni później zostawiam malca z Robertem i jadę na Pragę Północ, a potem kluczę po jej uliczkach wielkim holenderskim trójkołowcem. Wygląda stylowo, trochę jak ryksza, tylko zamiast fotela z przodu ma skrzynię. Kiedy go prowadzę, nie czuję się pewnie. Cargo podskakuje na każdym wertepie. A więc odpada: nie chcę wozić niemowlaka w czymś, z czego sama mogłabym się zrypać. No i nie chcę, żeby nim trzęsło. Sam rower super: wrócę do tego pomysłu, kiedy dziecko będzie większe.

Przyczepka? Spędzam godziny na poszukiwaniu odpowiedzi, od kiedy można wozić dziecko w przyczepce rowerowej. Jeden producent twierdzi: można trzymiesięczniaka. Drugi: dopiero jak dziecko skończy rok. W necie czytam: kiedy dziecko może samodzielnie skakać. Szybko odkrywam, że wiarygodnych badań brakuje, producenci poprzestają na zwyczajowych dupokrytkach i straszeniu ryzykiem śmierci, a odpowiedzialność spoczywa na mnie. Uspokaja mnie dopiero Monika, która ma doktorat z fizyki:

- W Holandii ludzie wożą bobasy, to powszechny widok - mówi. - No i pomyśl: wiele zależy nie tylko od sprzętu, ale też od nawierzchni i od tego, jak szybko jedziesz. Jeśli toczysz się wolno po gładkim, a do tego przyczepka ma amortyzatory, raczej nie zrobisz dziecku krzywdy.

I wtedy dzwoni brat Roberta. Pyta, czy nie chcemy przyczepki rowerowej: dwumiejscowej, z amortyzatorami. Jego dzieciaki jeżdżą już na własnych rowerkach, czas pozbyć się gabarytu.

Jest późne lato, Henio ma prawie rok, a my ruszamy na pierwszą wyprawę rowerową z przyczepką. Trasę wybieraliśmy długo: czy aby nie będzie za bardzo trzęsło? Czy nie będziemy jechać razem z samochodami? Teraz, kiedy mam ze sobą dziecko w przyczepce, chciałabym pozostać jak najdalej od samochodów. Ja, stara doświadczona rowerzystka, gdy muszę wjechać na ruchliwą jezdnię z własnym dzieckiem, kulę się ze strachu. Szukamy więc tras poza miastem. Udaje się w końcu znaleźć Świętego Graala: to trasa Złocieniec-Kołobrzeg. Pomorze Zachodnie jest blisko Niemiec i buduje drogi rowerowe w zupełnie niepolskim stylu: asfaltowe, wśród pól, tylko dla rowerów.

Kiedy ruszamy, wpadam w euforię. Jedziemy! Możemy! Da się! Mały śpi, przejeżdżamy trzydzieści kilometrów. Jedziemy ścieżką przez łąki, jest pusto: tylko droga, natura i my. Patrzymy na czaple, które spacerują po łące, słuchamy klangoru żurawi, oglądamy ciemnozielone liście żarnowców i wrotycze. Pedałujemy. Jakby dziecka nie było. Dziś wyjątkowo to ono podporządkowało się naszym potrzebom.

W końcu malec się budzi, karmię na przydrożnej ławce. Przejeżdżająca grupa rowerzystów cieszy się. Jeden wąsacz rzuca obleśne teksty ("Temu to dobrze!"), ale nawet to nie psuje mi humoru.

Pod spodem tli się jednak lęk. Czy nie trzęsie nim za bardzo? Czy w przyczepie nie jest za duszno? Czy nie nabawi się zespołu dziecka potrząsanego? Mamy wszystkie zabezpieczenia: amortyzatory, hamaczek zastępujący siedzenie, ale i tak robimy to na własną odpowiedzialność. Lęk mija dopiero następnego lata: Henio jest już dwulatkiem i sam potrafi powiedzieć, co mu nie pasuje. No i potrafi skakać.

Ale tego pierwszego lata, zanim wyruszymy, całe lato jeżdżę z Heniem po mieście. Z szybkiej rowerzystki staję się rowerzystką rodzinną: ciągnę za sobą jakieś dwadzieścia kilo. Jestem jeszcze silniejsza niż wcześniej - teraz, kiedy wsiadam na rower bez przyczepki, potrafię jechać naprawdę szybko. Kiedy jestem z przyczepką, jestem bardzo ostrożna. Wszędzie tam, gdzie musiałabym pojechać z samochodami - wolę nie. Szukam tras omijających najhardkorowsze arterie, kiedy jadę z przyczepką. Nie jadę blisko krawężnika, swoje przednie koło ustawiam tam, gdzie ślad prawego koła aut. To daje mi szansę ucieczki, gdyby ktoś chciał mnie spychać. Bo czasem jest pokusa, żeby się zmieścić na jednym pasie z rowerzystką, skoro ona zajmuje tak mało miejsca. Jednak, kiedy jestem na jezdni z przyczepką, kierowcy wyprzedzają mnie inaczej, niż kiedy jestem sama: są bardzo ostrożni, zjeżdżają na przeciwległy pas, nie szarżują. Wiedzą, że po jezdni jedzie dziecko. Jestem za to wdzięczna.

Odkrywam, że jako nietypowy pojazd mogę liczyć na siebie. Drogi rowerowe są trochę za wąskie, żeby spokojnie mogły się minąć dwie przyczepki. Miejsca dla mnie nie przewidziano też tam, gdzie jest remont. Poza tym parę miejsc muszę omijać kilkukilometrowym łukiem. Tak jest niedaleko Dworca Zachodniego, na rondzie Zesłańców Syberyjskich, gdzie ścieżkę rowerową przerywają schody. Rower trzeba znieść albo sprowadzić po wąskiej szynie. Co miałabym zrobić z przyczepką?

Ola, kiedy rodzi drugie dziecko, też kupuje przyczepkę. Po pierwszej wycieczce pyta:

- Monika, a jak wy przejeżdżacie Obozową przez wiadukt? Dla pieszych są tam schody, poza tym jest tylko jezdnia.

Zastanawiam się, jak jej to powiedzieć. Jechaliśmy tamtędy z przyczepką tylko raz, co sił w nogach i z duszą na ramieniu. Ścieżki rowerowe w Warszawie nie tworzą spójnej sieci.

- Zwykle jeżdżę Górczewską. Nadkładam parę kilometrów, ale tak jest bezpieczniej - tłumaczę.

Bywa trudno, ale dzięki przyczepce czuję się wolna. Wreszcie zajeżdżam na nieznane skwery, penetruję brzegi Wisły, zwiedzam odległe place zabaw. Często z tyłu słyszę zachwycony śmiech: wtedy wiem, że nie tylko ja się cieszę z przejażdżek.

Pewnego dnia zatrzymuję się na światłach i słyszę głosik chłopca, który pyta:

- Popac, tam jest dziecko! Mamo, a czy ty woziłaś mnie w takim wózku?

- Nie, synku.

Chłopiec podnosi głowę i z wyrzutem pyta:

- A dlaczego?

 
 
 
Że żeby pochodzić, trzeba czasem usiąść
 

Warszawa, śródmieście. Staruszka przysiadła na wystającym korzeniu drzewa. Nie na pniaku, tylko na grubym korzeniu starego drzewa, który biegnie właściwie pod ziemią, ale przez moment wystaje ponad. W sumie siedzi na ziemi. Pytam, czy wszystko w porządku. Z tego korzenia, obrażona, jak hrabina odpowiada: "Odpoczywam". Trzeba zachować resztki godności. Zaczynam rozumieć ją dobrze, kiedy jestem w ciąży.

To jest tak: idziesz przez miasto, potrzebujesz ławki, nie ma jej, więc nie siadasz. Jeśli już naprawdę nie możesz dalej iść, to opierasz się o mur albo płot. Schylasz się i opierasz dłonie o uda, patrzysz w chodnik (głupio wygląda, jakby zbierało ci się na wymioty). Kucasz (też głupio, kucanie jak sikanie). Siadasz na ziemi albo na czymkolwiek, co ma potencjał, bo wtedy nagle widzisz te potencjały. Na parapecie okna, paliku, murku. Albo korzeniu. Godność ucierpiała, ale przetrwałaś.

U mnie zaczęło się, kiedy brzuch był jeszcze niewielki. Wracałam z supermarketu, miałam do przejścia ponad kilometr. Ale brzuch zaczynał mi ciążyć, coś w nim kłuło. Uff, muszę usiąść. Rozglądam się - nic! Żadnej ławki. Żadnego murku. Schyliłam się, oparłam ręce o uda, postałam. Potem powoli ruszyłam i patrzyłam: na całej trasie, która ma ponad kilometr, nic. Tylko wąskie chodniki zastawione samochodami. "Ławki? Niepotrzebne, będą na nich przesiadywać i pić". Docieram do domu, ale potem do marketu jeżdżę już tylko na rowerze. Przynajmniej ma siodełko.

Potem sytuacja się powtarza. Idę, pobolewa. Rozglądam się - nic! Najbliższa ławka jest pięćset metrów dalej na przystanku, nie dojdę. Są paliki. Małe, cienkie, ze świeżego, nieociosanego drewna, sięgają mi do pół łydki. Są połączone deszczułkami i tworzą płotek, który chroni kwiaty. Cóż, siadam na paliku, chociaż czuję się idiotycznie w tym półprzykucu.

Możesz być w tym samym miejscu, jeśli masz gorszy dzień, złamaną nogę, właśnie wyrwali ci ząb. A może niedawno urodziłaś dziecko albo masz osiemdziesiąt lat. Być może po takim spacerze nie chodzisz już tamtą ulicą. Zmieniasz trasę, zaczynasz jeździć samochodem, podjeżdżasz autobusem, a może przestajesz wychodzić. Ławki się przydają. I nie miałabym pojęcia, jak bardzo można się o nie pokłócić, gdyby nie Robert.

Wiecie, czym jest budżet obywatelski, prawda? Pozwala mieszkańcom miasta zgłaszać swoje pomysły urzędowi, a potem - jeśli inni mieszkańcy wybiorą je w głosowaniu - to te pomysły są realizowane. Robert lubi ławki i lubi budżet obywatelski. Zgłosił do niego dużo projektów i wiele z nich wygrało. Dzięki niemu w Warszawie stanęło w ostatnich latach kilka tysięcy nowych ławek. Jestem z niego bardzo dumna, bo na przykład z mojej inicjatywy stanęło ich dokładnie zero.

Ale kiedy przyszło do stawiania ławek Roberta w terenie, nie obyło się bez kłótni. Taki na przykład spacer badawczy z mieszkańcami Mokotowa, 2019 rok. Badaczka prowadząca zanotowała w raporcie: "Atmosfera podczas spaceru była bardzo napięta. Mieszkańcy chcieli poznać dokładne lokalizacje i argumenty, dlaczego w tych miejscach warto postawić ławki". Większość mówiła, że ławek jest wystarczająco dużo. Wiele ławek zostało zdemontowanych na prośby mieszkańców i znajdują się w magazynie spółdzielni - nie trzeba więc finansować nowych siedzisk.

O tym, że ławki nie są potrzebne, najwięcej mówili dwaj mężczyźni na oko czterdziestoletni. Ale dołączyła też starsza kobieta o kulach. Szła ze sklepu. Zapytana o ławki, powiedziała, że są potrzebne, że brakuje. Tylko że była w mniejszości, no i nie mogła daleko iść. Spacer trwał dość długo, był upał. "Uczestnicy spaceru, którzy mieli odmienne zdanie od większości, w wielu momentach byli zakrzyczeni lub ich stanowisko było podważane". Ci, którzy zostali, szukali jednak wyjść. Może ławka jednoosobowa? Dałoby się na niej spocząć, ale towarzysko napić już nie.

Bo chodzi o picie. Ludzie mówią, że ławek nie potrzeba, bo "przesiadują na nich osoby spożywające alkohol i hałasujące w nocy" - zanotowała badaczka w raporcie ze spacerów badawczych w sprawie ławek. Ale nie każda ławka nadaje się tak samo dobrze do picia - zdaję sobie sprawę, kiedy trafiam na broszurę Ławka warszawska. Praktyczny przewodnik. Jej autorki wyróżniają trzy typy ławek. Ławka pierwszej potrzeby pomaga na co dzień, gdy chcemy odpocząć, postawić ciężkie torby, na karmić czy przewinąć dziecko. Ławka wypoczynkowa zapewnia wygodę, jest niezbędna, gdy chcemy się zrelaksować i spędzić czas, siedząc na ławce. Ważne jest otoczenie i widok z ławki. Ławka społeczna to miejsce spotkań w przestrzeni miasta. Może być pretekstem do nawiązania relacji z innymi osobami. Sprzyja tworzeniu więzi międzyludzkich.

A więc niektóre ławki mają ratować tych, którzy - jak ja w ciąży - muszą przysiąść. Taka ławka nie musi być otoczona zielenią, z miłym widokiem, ptakami świergoczącymi w krzewach za plecami. Nie służy do randkowania. Może stać gdziekolwiek. Przy ruchliwym skrzyżowaniu, przez które sprawniejsi tylko przebiegają. Takie ławki w Warszawie spotykam w wielu miejscach. Często są nowe, postawione w ostatnich latach. Znów mogę być dumna: Robert ma w tym duży udział! Na przykład na rondzie Daszyńskiego: tu jest jak w skalistych górach, tylko nad głową zamiast Lodowego Szczytu są biurowce Unit Warsaw z tarasem widokowym Skyfall, Proximo II, The Warsaw Hub. Na piętrach pracują ludzie z międzynarodowych korporacji, a w kanionie na dole zawsze hula wiatr. Tatry Warszawy. Pod Skyfall stoi ławeczka miejska, kiedyś pomogła mi w drodze z metra do bobosklepu. Zbierałam na niej siły po tym, jak - na przejściu dla pieszych, jednym z tych, na których trzeba wyciągać nogi, bo inaczej utkniesz między jezdniami, a to nic przyjemnego - wicher zwiał mi kocyk z wózka. Łapałam kocyk, dziecko płakało, a światło zielone migało, hola, hola, matka, szybciej, my tu się spieszymy. Takie ławki są też na skrzyżowaniu Jana Pawła i Solidarności - na skraju sześciopasmowej jezdni, z widokiem na dzwoniące przeraźliwie tramwaje i drogę rowerową.

Ławka pierwszej potrzeby przyda się, żeby przewinąć dziecko albo je nakarmić, piszą autorki. Akurat mój syn, kiedy siadam na ławce w miejscu ruchliwym, przysysa się tylko po to, żeby - kiedy zbliża się ktoś z psem albo jedzie samochód - odwrócić się i popatrzeć. Czasem zapomina, że jadł, i zostawia mnie w półtoplessie gastronomicznym. Wolę więc ławki ustronne, a szczególnie doceniam specjalne ławki do karmienia.

Któregoś dnia wdaję się w inbę z bucowatym radnym, który dowodzi, że każda normalna kobieta potrafi przewinąć swoje dziecko w dowolnym miejscu i robi to intuicyjnie i mimochodem, bo od tego zależy zdrowie i dobrostan jej dziecka. Infrastruktura do przewijania dzieci jest dla paniuś, którym się w dupach poprzewracało. Ławki do przewijania i karmienia to wymysł.

Inba inbą, ale czytam komentarze i widzę, że ludzie przewijają swoje dzieci w wózku, w gondoli albo w spacerówce rozłożonej na płasko, albo na ławce.

Gdybym spróbowała przewijać w wózku mojego rocznego syna, to pewnie miałabym kupę rozsmarowaną wszędzie, a on uciekałby mi bez pieluchy po chodniku. Jeśli przewijam na ławce, to albo na stojąco, albo na jakiejś szerokiej. Ze zwykłej by spełzł i poczworakował w świat. Przez pierwsze lato jego życia noszę ze sobą kocyk, żeby móc przewijać na ziemi. Doceniam więc ławki do karmienia z przewijakami, od których inba się zaczęła.

Co do ławek pierwszej potrzeby - to nie zawsze musi być ławka, czasem wystarczy murek. Wystarczy, żeby przysiąść albo przewinąć. O ile ktoś nie zaprojektuje ich tak, by utrudnić położenie na nich ciała. Potrzeba miejsc do siedzenia? Tak, trzeba stawiać nowe ławki i wiele miast to robi, w tym Warszawa. Ale przydają się też murki, parklety (niewielkie miejsce do odpoczynku z siedziskami i zielenią), hamaki, ogródki kawiarniane. Każde z tych siedzisk jest dla innej osoby, na trochę inne potrzeby. Na hamaku nie przewiniesz, nie siądzie też na nim mniej sprawna osoba, za to można się na nim wspólnie pobujać.

A co z piciem? U nas w parku działa to tak, że niepisanym prawem niektóre ławki służą do spożycia: te bardziej ukryte, w głośniejszych miejscach. Ławki na rubieżach parku. Autorki broszury o ławkach piszą: "To nie ławka jest zagrożeniem dla mieszkańców, tylko zachowania ludzi". Jeśli ławka jest zdewastowana albo zabrudzona, zgłoś to do urzędu, a jeśli dzieje się coś niepokojącego - dzwoń na straż miejską albo policję.

Idę na spacer. Połóg się skończył, znów jestem sprawna. Wracam na trasę, która w ciąży była na mojej czarnej liście. Dziwię się: ojej, tu naprawdę nie ma ławek? Z trudem przywołuję tamto doświadczenie. No nie ma ławek, i co? Czy to naprawdę tak przeszkadza?