MATRYMONIARIUSZ - Karolina Stern

Kup ebooka

26.25 zł
21.79 zł (26,25 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział III. Berno

Samolot wylądował w Bernie o siódmej czterdzieści dwie rano, a Nora Beige od pierwszej chwili miała wrażenie, że to miasto zostało zbudowane z ciszy, kamienia i starych pieniędzy. Nie chodziło o pocztówkowe piękno. Nie o arkady, nie o wieże, nie o równy porządek ulic. Chodziło o coś mniej uchwytnego. O sposób, w jaki ludzie przestawali mówić pół tonu wcześniej, gdy tylko obok przechodził ktoś dobrze ubrany. O sposób, w jaki samochody zatrzymywały się bez pośpiechu, jakby czas był tutaj walutą, której nikt nie musiał oszczędzać.

Nora wyszła z terminala z jedną torbą, cienkim płaszczem przewieszonym przez ramię i twarzą człowieka, który przespał zbyt mało, ale myśli zbyt szybko, by to miało znaczenie. Powietrze było chłodne i czyste. Tak czyste, że aż podejrzane. W Stanach takie powietrze zwykle oznaczało, że zaraz coś wybuchnie. W Szwajcarii oznaczało tylko, że ktoś regularnie płaci za porządek.

Weiss czekał przy postoju taksówek. Wysoki, szczupły, z twarzą, która wyglądała, jakby już wiele razy słyszała kłamstwa i przestała się nimi przejmować. Miał ciemny płaszcz, jasny szalik i ten rodzaj spokojnego spojrzenia, który u policjantów bywa mylący. Tacy zwykle nie podnoszą głosu. Tacy zwykle pamiętają wszystko.

- Nora Beige? - zapytał po angielsku, choć z wyraźnym niemieckim akcentem.

- To zależy, czy przynosi pan dobrą kawę czy złe wiadomości.

- Kawę mam przeciętną. Wiadomości, niestety, bardzo dobre. Dla śledztwa. Fatalne dla ludzkości.

Skinęła głową. To był rodzaj odpowiedzi, który lubiła. Suchy, oszczędny, bez teatralności. Z miejsca uznała, że może z nim pracować.

Pojechali nieoznakowanym samochodem do budynku federalnej policji. Po drodze Weiss mówił mało, ale konkretnie. Potwierdził to, czego Nora się spodziewała, i dodał to, czego jeszcze nie wiedziała. W Szwajcarii odnotowano sześć zgonów ludzi bardzo zamożnych w ciągu ostatnich trzech lat, oficjalnie zakwalifikowanych jako wypadki. Dwa upadki w górach. Jeden pożar w domu letniskowym. Jedno utonięcie na jeziorze. Jeden wypadek samochodowy. Jedno śmiertelne przedawkowanie leków nasennych, zapisane jako tragiczna pomyłka człowieka pod wpływem stresu.

Każda z ofiar zawarła związek małżeński mniej niż dziewięć miesięcy przed śmiercią.

To samo było już niepokojące. Ale nie najgorsze. Najgorsze było to, co wydarzyło się później ze współmałżonkami.

Nora patrzyła przez szybę na rząd eleganckich fasad i czuła, jak znany mechanizm zaczyna pracować. Nie ten policyjny. Nie ten logiczny. Ten drugi, bardziej instynktowny. Zawsze pojawiał się wtedy, gdy wzór był zbyt czysty, a ludzie zbyt wygodnie zgodzili się uznać go za przypadek. Widziała to już wiele razy. Jeżeli coś powtarzało się z taką samą elegancją jak ruch szwajcarskiego zegarka, to znaczyło, że ktoś ten zegarek nakręcał.

W biurze Weissa czekały na nią teczki. Grube, oznaczone kolorami, z precyzyjnie ułożonymi zakładkami. Szwajcarska administracja miała swoją reputację i najwyraźniej postanowiła jej nie psuć nawet przy seryjnej katastrofie społecznej. Nora usiadła, zdjęła zegarek, odsunęła kubek z kawą i zaczęła przeglądać pierwsze nazwiska. Majątki rodzinne. Firmy farmaceutyczne. Nieruchomości. Fundusze inwestycyjne. Kolekcjonerzy sztuki. Stare nazwiska, nowe fortuny, albo odwrotnie. Wszystko to, co sprawiało, że śmierć jednego człowieka uruchamiała nie tylko żałobę, ale także kancelarie prawne, zarządy, doradców i ludzi od cichego sprzątania reputacji.

Weiss położył przed nią tabelę.

OFIARA. CZAS ŚLUB-ŚMIERĆ. OFICJALNA PRZYCZYNA. LOS WSPÓŁMAŁŻONKA

Matthias Rüegg 5 miesięcy upadek w Alpach hospitalizacja psychiatryczna

Claire Dufort 7 miesięcy pożar domu samobójstwo po 11 miesiącach

Jonas Meier 4 miesiące utonięcie zaginięcie

Elise Baumann 8 miesięcy wypadek samochodowy oddział zamknięty

Gregor Haller 6 miesięcy przedawkowanie leków samobójstwo

Sabine Kohler 3 miesiące upadek ze schodów jachtu zaginięcie

Nora przez dłuższą chwilę nie mówiła nic. Potem przesunęła palcem po ostatniej kolumnie.

- To nie jest ogon sprawy - powiedziała cicho. - To jest druga połowa sprawy.

- Doszedłem do podobnego wniosku - odparł Weiss. - Tylko trochę później niż pani. Niestety.

Uśmiechnęła się bez radości. Lubiła ludzi, którzy umieli przyznać, że coś przeoczyli. To zwykle znaczyło, że już nie przeoczą tego drugi raz.

Za oknem Berno trwało w swojej uporządkowanej niewinności. W środku, nad papierami, zaczynało się coś znacznie brudniejszego. Nora jeszcze nie znała wszystkich elementów. Ale wiedziała jedno: jeśli współmałżonkowie kończyli tak samo źle jak bogate ofiary, to dotychczasowe założenie było błędne. Nie szukali czarnych wdów, łowców spadków ani małżeńskich drapieżników. Szukali kogoś, kto dobierał pary jak pionki. Kogoś, kto najpierw ustawiał dwoje ludzi na planszy, a potem usuwał oboje, tylko w różnym tempie.

A to oznaczało plan. Długi plan. I człowieka, który rozumiał psychikę, prawo, pieniądze i strach lepiej niż większość śledczych.

Pierwsze cztery godziny spędzili bez odrywania się od akt. Dla Nory była to najuczciwsza część śledztwa. Dokumenty rzadko kłamały same z siebie. Kłamali ludzie, którzy je wypełniali, pomijali albo zatwierdzali. Ale nawet wtedy zostawały ślady. Zły podpis. Nielogiczna data. Ten sam lekarz przy różnych sprawach. Ten sam notariusz. Ten sam świadek, który formalnie nie powinien znać żadnej z ofiar, a jednak pojawiał się gdzieś na obrzeżach kilku historii.

Weiss miał zwyczaj układania materiałów nie chronologicznie, lecz warstwowo. Osobno finanse. Osobno medycyna. Osobno relacje rodzinne. Osobno ruchy telefonów. Nora początkowo uznała to za przesadę. Po trzydziestu minutach przyznała mu rację. Dzięki temu wzór wyłaniał się szybciej.

W każdej sprawie małżeństwo pojawiało się nagle, ale nie absurdalnie. Nie było ślubu po dwóch tygodniach znajomości i egzotycznej ceremonii na jachcie z lampkami prosecco. Było coś sprytniejszego. Związek wyglądał wiarygodnie. Czasem para znała się pół roku. Czasem rok. Czasem poznanie następowało podczas zbiórki charytatywnej, konferencji medycznej, otwarcia galerii, rekolekcji dla osób po stracie albo programu terapeutycznego dla ludzi po wypaleniu zawodowym. Wszystko było tak ustawione, by późniejszy ślub wydawał się naturalną konsekwencją.

To samo dotyczyło współmałżonków. Żaden z nich nie miał przeszłości klasycznego oszusta. Nie było wyroków za wyłudzenia, podejrzanych długów, serii zmienianych nazwisk czy kont w rajach podatkowych. Wręcz przeciwnie. Wielu z nich miało życiorysy budzące zaufanie. Nauczycielka muzyki. Terapeuta oddechu. Architekt wnętrz. Tłumaczka literatury. Były ratownik medyczny. Człowiek z fundacji zajmującej się żałobą. Profili nie łączyła chciwość. Łączyła je dostępność emocjonalna. To byli ludzie, którym łatwo było powierzyć sekret, lęk albo samotność.

Nora zaczęła robić notatki na kartce, bo nie lubiła, gdy program komputerowy porządkował jej intuicję zanim zdążyła dojrzeć. Napisała trzy słowa i zakreśliła je dwa razy: dobór przez podatność.

Weiss spojrzał na jej pismo.

- Pani uważa, że wybierano nie tylko bogatą ofiarę, ale też odpowiedniego partnera?

- Nie uważam. Ja to już prawie widzę. Bogata ofiara jest celem finansowym albo symbolicznym. Współmałżonek jest narzędziem. Ale narzędzie też musi zostać dobrane. Musi być wystarczająco wiarygodne, wystarczająco samotne i wystarczająco kruche, żeby potem można je było złamać.

- Albo uciszyć.

- Jedno często prowadzi do drugiego.