Rozdział 2
w którym spełnia się wielkie marzenie
Poranek w dniu pierwszego treningu Matyldy był ciepły i pogodny. Królewna stała przed lustrem, mrużąc oczy w blasku słońca, które wpadało przez wysokie okna do komnaty. W głowie miała ułożony cały plan. Wejdzie zamaszystym krokiem na plac przed koszarami, skinie z powagą sir Klemensowi i...
- Denerwuje się panienka? - spytała Janka, ścieląc łóżko dziewczynek.
Matylda wygładziła zgrabnie obszytą bordową tunikę. Czy się denerwowała? Ależ skąd! Tak długo czekała na ten dzień. Sir Klemens powita ją w gronie giermków i wręczy jej wyjątkowy ćwiczebny miecz! Przyciągnęła do piersi najpierw jedno, a potem drugie kolano. Miękki materiał spodni nie stawiał oporu. Wyobraziła sobie, jak stoi z nowym mieczem w blasku słońca i wyprowadza pchnięcie. Szus! Ciach! Kop!
W piękną wizję wtargnęło niechciane wspomnienie.
Wiedźma skoczyła do przodu niczym drapieżne zwierzę.
Matylda drgnęła przed lustrem.
- Och, szarpnęłam? - spytała Janka, która właśnie zaczęła rozczesywać jej włosy. - Przepraszam, panienko.
Matylda uśmiechnęła się blado, a potem przymknęła powieki i odetchnęła głęboko.
To tylko myśl, powiedziała sobie. Było, minęło. Było, minęło.
Gdy otworzyła oczy, jej wzrok padł na bransoletkę z żółtych kamieni, leżącą w skrzynce ze wstążkami. Nie nosiła jej od powrotu z Wiedźmiego Lasu. Z trudem odwróciła od niej spojrzenie, by znów popatrzeć w lustro. Wyszyte na aksamitnej tunice złote słońce Straży lśniło w promieniach prawdziwego słońca. Obrysowała je palcem.
- Piękny ten strój, prawda? - spytała Janka, niezrażona jej milczeniem. - Wiem, że panience od dawna chodziły po głowie takie nogawice, to cieszę się szczęściem panienki.
Szczęściem? Matylda się zamyśliła. Tak, była szczęśliwa. Dziś miało się spełnić jej największe marzenie, a jednak... poczuła ucisk w brzuchu. Serce zakołatało jej w piersi. To przez te mroczne obrazy! One wszystko psuły! Och, gdyby można było wymazać je z pamięci równie łatwo, jak deszcz zmywa wyrysowane patykiem na ziemi bazgroły!
- Ty też będziesz giermką, Mamerto? - spytała Janka siedzącą na łóżku dziewczynkę, ale ta nie odpowiedziała. Skubała paluszkami ozdobny chwościk na poduszce i coś do siebie mruczała. - No i warkocz gotowy! - zawołała zadowolona Janka. - Teraz to panienka może do woli biegać i machać mieczem. I nawet tańcować z panną Tabatą w tym jej walecznym tańcu. Nic się nie rozplecie.
- To jeszcze nie dziś - powiedziała Matylda, ale Janka chyba nie usłyszała, bo ciągnęła dalej, wygładzając tunikę królewny:
- Mnie do miecza nie ciągnie, szczerze powiem, ale w łuku będę się ćwiczyć. Oraz w zaklęciach! No i z żywiołami też będziemy razem tańcować!
W oddali rozległ się znajomy odgłos trąbki. Początek porannych ćwiczeń! Och! Matylda powinna przecież czekać przed koszarami, zamiast gapić się w lustro! Poczuła, że zjedzone na śniadanie jajko ciąży jej w brzuchu niczym kamień.
Chwyciła dłonie Janki i potrząsnęła nimi gwałtownie.
- Trzymaj za mnie kciuki! - zawołała, a potem odwróciła się na pięcie i wybiegła z komnaty.
***
Dotarła na plac ćwiczebny jako jedna z ostatnich. Sir Klemens już przeliczał stojących w równych rzędach giermków i najwyraźniej kogoś wypatrywał. W biegu pomachała do niego ręką, żeby ją dostrzegł.
- Ano właśnie. Nowa uczennica! - huknął. - Spóźniona pierwszego dnia! Do mnie!
Matylda uniosła głowę i przybrała pewną siebie minę, choć nogi drżały jej lekko, gdy zbliżała się do sir Klemensa. Obawiała się solidnej nagany, kary wręcz, ale Pierwszy Rycerz klepnął ją tylko po ramieniu swoją wielką dłonią i powiedział uroczystym tonem:
- Witaj w gronie giermków, królewno! Niech te ćwiczenia zahartują twoje ciało oraz ducha tak, byś mogła, nie ulegając lękowi, służyć Straży. Oto ćwiczebny miecz, wykonany specjalnie dla ciebie.
Pomimo zdenerwowania Matylda poczuła miłe podekscytowanie na widok rzeźbionej w zawijasy broni. Wszyscy giermkowie w dniu pierwszego treningu dostawali podobny ćwiczebny oręż. Drewno, z jakiego go wykonano, było ciemniejsze od tego, z którego dzieciaki ze Straży robiły sobie miecze do zabawy. W słońcu błyszczało prawie jak stal. I tak też potocznie je zwano - stalowym drzewem. Sprowadzano je aż z Królestwa Korony!
Wygląda jak prawdziwy, pomyślała z dumą Matylda.
Wzięła do ręki piękny miecz i... aż jęknęła pod jego ciężarem. Spojrzała zaskoczona na sir Klemensa.
- Cóż, stalowe drzewo waży swoje - powiedział surowym głosem - ale ręce szybko się przyzwyczajają do ciężaru. Ustaw się. Grupa początkująca zostaje ze mną, zaawansowani, marsz na drugą stronę placu! Za chwilę zaczynamy.
Ubrani w jednakowe stroje giermkowie rozsunęli się usłużnie, by Matylda mogła zająć miejsce obok Mirka. Kręciło jej się w głowie z podekscytowania. Oto stała na placu ćwiczebnym przed koszarami w stroju prawdziwej giermki! Wprawdzie się spóźniła, a miecz ciążył jej w ręku jak głaz, ale... Brat szturchnął ją ponaglająco i Matylda spostrzegła, że wszyscy ustawili się już w jednej z podstawowych pozycji wyjściowych, nazywanej Wagą.
- Wyprowadzić pchnięcie! - wykrzyknął sir Klemens. - I raz, i dwa! I raz, i dwa!
Matylda zrobiła krok i wyciągnęła dłoń z mieczem. Serce biło jej pospiesznie, w gardle miała supeł. To się dzieje, to się naprawdę dzieje! - powtarzała sobie. - Zaczęłam trening, będę rycerką!
Miała ochotę śmiać się w głos i tańczyć z radości, przez co trudno było jej się skupić na ćwiczeniu. Wracając do pozycji Wagi, stąpnęła złą nogą i zaraz poprawiła się z syknięciem. Zerknęła w bok, czy ktoś to zauważył, ale wszyscy zdawali się patrzeć tylko do przodu, na sir Klemensa, który właśnie demonstrował drugą pozycję wyjściową, zwaną Szydłem.
- Jedna noga z przodu! - zawołał. - I... cięcie! I... cofnij! Noga pracuje! W tempie, w tempie, bez ociągania! Do ciebie mówię, Stefek! Nie gap się na królewnę, przeciwnik z przodu naciera!
Matylda starała się naśladować ruchy Pierwszego Rycerza, ale czuła, że nogi jej się plączą, a na czoło wstępuje pot. Wcale nie szło jej gładko. Czym innym było wymachiwanie zabawkowym mieczykiem na dziedzińcu przed kuchnią, a czym innym ćwiczenie pod okiem pokrzykującego sir Klemensa. Zmarszczyła brwi, niezadowolona.
I wtedy jej uszu dobiegł szmer rozmów. Ktoś się roześmiał, inny narzekał, że nic nie widzi.
- A cóż to za zgromadzenie? - huknął gniewnie Pierwszy Rycerz, spoglądając ponad rzędami giermków.
Królewna również się obejrzała i... aż jej skóra ścierpła. Na skraju placu wypatrzyła znajome postaci: Janki, kucharki Berty, praczki Borusi, ogrodnika Pafnucego, klucznika Kazia oraz kowala Jaro.
- My tylko chcieliśmy popatrzeć! - ryknął Jaro, zwijając swą wielką dłoń w trąbkę.
- Tu nie ma czego oglądać! - obruszył się sir Klemens, a potem wymruczał pod nosem, choć dostatecznie głośno, by wszyscy słyszeli: - To poważne ćwiczenia, a nie wędrowne przedstawienie z kukiełkami!
Matylda zrobiła kwaśną minę. Była pewna, że zamkowa służba zebrała się na placu po to, by popatrzeć właśnie na nią. Pod ich bacznymi spojrzeniami nogi zaczęły jej się jeszcze bardziej plątać.
Sir Klemens pokazywał właśnie trzecią pozycję wyjściową, zwaną Sierpem, wytykając częste błędy w postawie Stefka. Chłopak lekko wzruszył ramionami z miną, która zapewne miała znaczyć: "Cóż poradzę? Taki mój los". Matylda posłała mu krzepiący uśmiech.
Również z tej pozycji musieli wyprowadzić atak. Królewna posapywała ze zmęczenia. Miała wrażenie, że z każdą chwilą miecz waży coraz więcej. Wszystko jej się myliło, aż w końcu Mirko zaczął jej podpowiadać:
- Nie, teraz znów do Wagi, Matyldo. A teraz Szydło. Szydło, Matyldo, mieczem od dołu.
- Do kukieł! - zawołał nagle sir Klemens.
Początkujący giermkowie przenieśli się na drugą część placu, gdzie stały słomiane kukły, potocznie zwane słomiaczkami. Sir Klemens zademonstrował, jak wyprowadzać ataki na cel oraz uniki z trzech podstawowych pozycji. Następnie jego miejsce zajął Gustaw, a Pierwszy Rycerz zaczął przechadzać się między ćwiczącymi.
- I raz, i dwa, i unik, i obrót! - wołał w rytm swoich ciężkich kroków. - I raz, i dwa, i... Co ty wyprawiasz, Iwo? Żartów mu się zachciało! Za karę biegniesz trzy kółka wokół placu! A reszta: i raz, i dwa, i unik, i obrót!
Matylda z trudem nadążała, ręka drżała jej z wysiłku. Za trzecim razem - ku swemu zdumieniu - po obrocie wylądowała na ziemi. Jęknęła z bólu, ale czym prędzej podniosła się i otrzepała spodnie. Gdy zerknęła w bok, ujrzała wpatrzone w siebie twarze służby, która również przeniosła się na drugą część placu.
- Dobrze panience idzie! - zawołała do niej Janka.
- Tak trzymać! - dodał klucznik Kazio.
Matylda poczuła gorąco na policzkach. Odrzuciła do tyłu głowę, zacisnęła zęby i raz jeszcze natarła na słomiaczka. Stefek chrząknął znacząco i wskazał mieczem punkty, w które miała trafiać.
- Dzięki - szepnęła, na co giermek mrugnął do niej po koleżeńsku.
- I raz, i dwa, i unik, i obrót! - skandował bez końca sir Klemens, spacerując po placu.
Matylda spojrzała na stojącego dwie kukły dalej Mirka, którego szyję pokrywały czerwone placki. Pomimo trudnego położenia, w jakim się znalazła, zalała ją fala współczucia. No tak, słoma! Mirko zawsze dostawał tych placków, gdy w pobliżu były słoma lub siano. Nie mógł nawet spać na zwykłym sienniku, tylko na wypchanym pierzem piernacie.
- I raz, i dwa, i unik, i obrót! - rozległo się całkiem blisko.
Matylda poczuła narastającą panikę. Pierwszy Rycerz szedł w ich stronę. Z każdym uderzeniem ciężkiego buta o ziemię jej hart ducha malał. Jeszcze chwila i rycerz zobaczy, że królewska córka nie nadaje się na wielką wojowniczkę. Cóż to będzie za rozczarowanie! I pewnie sir Klemens każe jej biegać za karę wokół placu. A może wyjść na środek tak jak Stefkowi i zaprezentować, jak nie powinno się wyprowadzać ataków?
I wszyscy będą na nią patrzyli, również ci, którzy rozpowiadali, że sobie nie poradzi. A swoją drogą, ciekawe, którzy to giermkowie... Będzie musiała przycisnąć Stefka, żeby jej powiedział. Albo Mirka!
Usłyszała chrząknięcie. Tak, sir Klemens znajdował się zaledwie dwie kukły dalej. Poczuła, że chce się jej płakać. O, nie, nie, nie, pomyślała. Tylko nie to! Nie teraz! Przełknęła ślinę i zaczęła gwałtownie mrugać. Nigdy by sobie nie darowała płaczu przy giermkach.
Sir Klemens przystanął. Gdy skrzyżował ręce na klatce piersiowej, Matyldę dobiegł zgrzyt kaftana. Cóż mogła zrobić? Natarła raz jeszcze na słomiaczka, ale ręka jej zadrżała i miecz ledwo musnął bok kukły. Zaczerwieniła się po czubki uszu.
- No, no - mruknął sir Klemens. - Ćwicz dalej, królewno.
I odszedł.
Matylda poczuła się żałośnie. Pierwszy Rycerz widział jej mizerne próby i nawet jej nie zrugał. Potraktował ją ulgowo, pobłażliwie, jak... jak Mamertę, która lubiła pokazywać mu swoje dziarskie próby machania malutkim mieczykiem. To było gorsze niż najsroższe połajanki i bieganie wokół placu za karę.
Nagle poczuła, że ktoś na nią patrzy. Rozejrzała się i złapała kpiące spojrzenie Gustawa. Zmarszczyła brwi. Chłopak parsknął śmiechem, a potem podrzucił miecz, złapał go od niechcenia i natarł na słomiaczka z taką mocą, że w powietrze prysnęły strzępki słomy.
Czyżby to Gustaw rozpuszczał o niej plotki? Matylda już od ostatniego starcia w kamykach-patykach, z którego wyszła zwycięsko, podejrzewała, że syn kowala nie darzy jej sympatią. Nie zdążyła jednak dłużej się nad tym zastanowić, gdyż ziemia pod jej stopami zadrżała i na plac ćwiczebny wjechała grupa konnych.