Jak na złość brama, która od jakiegoś czasu szwankowała, a której konserwacją nie mieliśmy głowy się zająć, zacięła się na dobre. Mimo klikania pilotem, szarpania i błagania, by zrozumiała, w jakim jestem położeniu, nie chce drgnąć choćby o centymetr. Paweł kiedyś mi pokazywał, jak otworzyć ją manualnie przy użyciu specjalnego klucza, ale oczywiście nic z jego wywodów nie pamiętam. W dodatku nie mam pojęcia, gdzie ten klucz się znajduje. Chcąc nie chcąc, jestem zmuszona zadzwonić do męża.
Oby nie miał operacji czy narady. W końcu po nieznośnie długiej chwili, gdy już miałam zamiar się rozłączyć, odbiera. Chyba jest nieco zdziwiony, a po tembrze głosu wnioskuję, że nie jest sam i kurczy się pełen obaw, czy wrzaskami nie zrobię mu wstydu. Bez zbędnych ceregieli i witania się w dniu dzisiejszym mówię, a raczej wykrzykuję, o co chodzi.
- Brama się zacięła!
- Ja ci teraz nie pomogę - mówi tym swoim wyważonym tonem, czym doprowadza mnie do furii.
- To jak mam jechać po Polę?
- Cholera.
Chyba nareszcie do niego dociera, na czym polega problem, co wkurza mnie jeszcze bardziej, bo zakładałam, że sprawniej połączy dane i właściwe wnioski nasuną mu się wcześniej.
- Nie choleruj mi tu, tylko jedź po nią!
- Nie mogę, za chwilę mam zabieg.
- To co mam zrobić? No co? - Teraz już cała się trzęsę i wrzeszczę na dobre, zupełnie nie panując nad emocjami. Mam ochotę go udusić.
- Uspokój się.
O nie! To działa na mnie jak iskra na beczkę prochu i po sekundzie eksploduję.
- Ja mam się uspokoić?! Ja?! Po tym, jak zostawił mnie mąż, raczej trudno o spokój! Nie sądzisz?
- Przepraszam.
- Co?
Oniemiałam. On mnie przeprasza? Teraz? Myśli, że tym rozwiąże problem bramy?
- Przepraszam państwa na chwilę. Zaraz wrócimy do rozmowy.
Cholera, to nie było do mnie i spodziewana refleksja jednak nie nastąpiła.
- Nie możesz do mnie wydzwaniać i robić mi awantur. Tak się wydzierasz, że inni to słyszą!
Słyszę przytłumione echo i stukanie, z czego wnioskuję, że Paweł przezornie wlazł do jakiejś kanciapy.
- Nie rozumiem. I z tym masz problem?! Ale już nie z tym, że nie mogę pojechać po dziecko?
- Pokazywałem ci, jak ręcznie otworzyć bramę.
- Ale nie pamiętam! Tyle razy cię prosiłam, żebyś zajął się naprawą, ale ty wolałeś inne zajęcia! Ciupcianie na boku! Miałeś tylko wezwać fachowca, nie musiałeś sam przy niej grzebać. Ale nawet na to nie było cię stać!
- Ta rozmowa do niczego nie prowadzi.
- Owszem, prowadzi! Masz w dupie bramę i to, że nie mogę odebrać Poli ze szkoły. Zaraz siedemnasta i jak jej nie odbierzemy, wystawią nam córkę za drzwi.
- To niech wraca taksówką.
- Co? Nie pozwolę, żeby jakiś obcy facet woził nasze dziecko!
- No to nie wiem. Inaczej ci nie pomogę.
- Wiesz co? Jesteś zwykłym dupkiem zajętym wyłącznie sobą. Twoja córka wcale cię nie obchodzi?
- Może, zamiast na mnie wrzeszczeć, spróbujesz otworzyć bramę, to jednak będzie bardziej konstruktywne niż kłótnia.
Bardzo, ale to bardzo nie lubię przyznawać mu racji, lecz niestety tym razem nie mogę postąpić inaczej. Dzięki bieżącemu instruktażowi mojego chyba już byłego męża po nieznośnie długiej chwili, poszukiwaniu klucza i szarpaniu się ze skrzydłami cholernej bramy udaje mi się wytoczyć samochodem na ulicę. Jestem tak wściekła, że rozłączam się w pół jego słowa i rzucam komórkę na siedzenie pasażera. Ciśnięty zbyt energicznie telefon zsuwa się między kanapę a plastikową obudowę biegów. Kurde, znowu nie będę mogła go wygrzebać z wąskiej szczeliny.
Gnam przed siebie, uciekając przed minutami, które pozostały do zamknięcia szkoły przez woźnego czy kto ją tam zamyka. Grunwaldzka jak na złość jest zakorkowana aż do stadionu i przebicie się przez nią graniczy z cudem. Przystaję na kolejnych światłach i wpatruję się w stojącą nieopodal chodnika kapliczkę. Ta, która niepokalanie poczęła, spogląda na mnie pozbawionymi wyrazu drewnianymi oczami, jakby nie rozumiała, gdzie i po co tak pędzę. Ciekawe, czy wybryki Jezusa traktowała jako porażkę wychowawczą, czy rzeczywiście potrafiła być z niego dumna. W sumie trafił jej się całkiem krnąbrny synalek, który niespecjalnie przejmował się opinią innych, podejrzewam, że rodziców również. W zasadzie miał poważne skłonności autodestrukcyjne: prowokował, przekraczał granice, szokował i w końcu doprowadził władze do takiej furii, że go ukrzyżowały. Mimo kolejnej zmiany świateł posuwam się zaledwie o metr i przez następne minuty wpatrujemy się w siebie. Może gdybym chodziła do kościoła tą samą ścieżką co koleżanki, regularnie się modliła i odprawiała ten cały kościelny cyrk, Bóg byłby dla mnie łaskawszy i zatrzymał Pawła w małżeństwie, a przynajmniej nie stawiał mu na drodze cycatej blondynki z błękitnymi oczami.
Nieśmiało ruszamy i po kolejnych dwóch zmianach świateł oraz dwóch klaksonach karków w rozklekotanym mercedesie z laczkami opon wystającymi znacznie poza karoserię wreszcie jestem na wąskiej, wyboistej osiedlowej drodze prowadzącej do szkoły. Jest za pięć piąta. Zdążyłam.
Pola czeka na mnie tuż za przeszklonymi drzwiami z plecakiem u stóp i kurtką w ręce. Jak większość nastolatek zajęta jest grzebaniem w telefonie. Nie mogę pojąć, jak to jest, że ze znajomymi nawija jak nakręcona, a mnie odpowiada półsłówkami. Powoli podjeżdżam pod wejście i macham, by wyszła. Po chwili, z mozołem wyciskając z trzewi radosny głos, wołam przez otwarte okno:
- Cześć, młoda! Wskakuj.
Pola się rozłącza i nieznośnie wolno pakuje się do samochodu, wcześniej umieszczając w bagażniku plecak. Jak zwykle trzaska klapą tak, że autko niczym spoliczkowane zatacza się na boki i cicho pojękuje.
- Cześć, mamo - mówi bez emocji, zajęta zapinaniem pasa bezpieczeństwa i regulowaniem oparcia fotela, czego nie rozumiem, bo przecież poza nią nie wożę nikogo.
- Jak było w szkole?
- Nie tak źle.
- A co było złe? - pytam z niepokojem, zastanawiając się, czy aby na pewno odrobiła wczoraj wszystkie zadania, no bo chyba nie zapomniała o projekcie, nad którym pracowaliśmy przez ostatni weekend, a zwłaszcza w niedzielny wieczór.
- Nic.
- Skoro mówisz "źle", to zaczynam się martwić.
- Niepotrzebnie. Wszystko było dobrze.
- A co szczególnie?
- Nic, normalnie.
- Byłaś z czegoś pytana?
- Nie, wylosowałam dziś szczęśliwy numerek.
- Super. Szczęściara z ciebie. Za moich czasów nikt nie wpadł na taki pomysł.
- To nie miałaś fajnie.
Mam wrażenie, że córka czas mojej wczesnej edukacji kojarzy z obrazem kałamarzy i drewnianych tabliczek, i mimo wielu tłumaczeń, że choć nie mieliśmy komputerów, za to oblekano nas we wstrętne granatowe fartuszki z tak sztucznego materiału, że niemal było słychać trzeszczenie, gdy siadaliśmy, nasza szkoła niewiele się różniła od tej, do której ona chodzi. Dobra, może akurat nie od tej, bo ta jest społeczna, a na jej ścianach zamiast ohydnej zielonej farby olejnej jest biały łatwo zmywalny beckers, ale od tych państwowych z pewnością niewiele.
- Chyba mi się udało, bo pani od informatyki dzisiaj pytała.
- Jezu, a nie nauczyłaś się? Przecież prosiłam! - mówię znowu pełna niepokoju.
- No uczyłam się, ale wiesz, zawsze lepiej nie być pytanym. Zwłaszcza że nie miała najlepszego humoru.
- W sumie pewnie tak.
Całkowicie się z nią zgadzam, bo sama najbardziej na świecie nie lubię, gdy ktoś weryfikuje moją wiedzę. Nic przyjemnego, szczególnie gdy człowieka paraliżuje stres.
- A co u ciebie?
Zazwyczaj mówię, że wszystko dobrze, ale tym razem nie byłabym uczciwa tak w stosunku do siebie, jak i do dziecka. Dlatego wbijając wzrok w szlaban, który niespiesznie unosi się przed maską samochodu, umożliwiając wyjazd z terenu szkoły, odpowiadam, że tak sobie.
- Coś się stało?
- Chyba tak, ale pogadamy przy obiedzie.
- Jesteś pewna?
- Tak, tak.
- A co na obiad?
Wreszcie wmontowuję się w wężyk samochodów, które żółwim tempem suną Grunwaldzką w kierunku miasta, mlaskając oponami w ulewnym deszczu, który właśnie spadł, i uświadamiam sobie, że chyba niepotrzebnie zdecydowałam się na tę wyprawę do Browaru, bo dotarcie do niego zajmie nam ze czterdzieści minut.
- Pomyślałam, że dziś wyskoczymy do Pizza Hut.
- Super! A będę mogła zamówić colę?
- Dziś szalejemy! - Zgrywam zadowoloną mamuśkę i w skupieniu zmieniam pas.
- Super!
Mała cieszy się na myśl o pizzy jak na stojący pod balkonowym oknem worek Świętego Mikołaja. Dotychczas nie zdawałam sobie sprawy, że jestem tak dobrą aktorką. Czuję się jak bohaterka jakiegoś porąbanego filmu, który nie wiedzieć jak i kiedy się skończy. Jak gdyby nigdy nic rozmawiamy i słuchamy muzyki, by wreszcie po czterdziestu pięciu minutach dotrzeć na parking w centrum handlowym. Przypominam Poli o tym, że musimy odebrać zamówienie ze sklepu, zastanawiając się jednocześnie, czy lepiej zrobić to po tym, jak jej powiem o Pawle, czy przed. Wreszcie dochodzę do wniosku, że pójdziemy do starej części Browaru i zaraz jak zjemy posiłek, zakomunikuję jej zmiany w naszym rodzinnym życiu. Pola piszczy, że jest głodna, podczas gdy mój żołądek skręca się w ciasny supeł. Jednak wmuszam w siebie sałatkę i rozważam, jak rozpocząć rozmowę. Córka opowiada o bohaterce jakiejś właśnie czytanej książki, a ja umiejętnie przytakuję i pomrukuję we właściwych, tak mi się przynajmniej wydaje, momentach. Lata praktyki czynią mistrza.
W głowie wypróbowuję różne kombinacje słów, ale niestety żadne nie oddają istoty rzeczy. W końcu, tuż po wypiciu ostatniej dolewki coli, postanawiam powiedzieć Poli otwarcie, co się stało.
- Kochanie, musimy poważnie porozmawiać.
Mała spogląda na mnie przestraszona.
- Coś zrobiłam?
- Nie, skąd.
- To czemu masz taką minę?
- Bo widzisz, rozmawiałam wczoraj długo z tatą.
- Wiem, trudno było nie słyszeć waszej kłótni.
Cholera, myślałam, że jesteśmy na tyle sprytni, że urządzając dyskusję bardzo późnym wieczorem, gdy mała już śpi, będziemy w miarę dyskretni, niestety tak się nie stało.
- Przykro mi, że to słyszałaś. Ale właściwie nie kłóciliśmy się z tatą, tylko dyskutowaliśmy. Rozumiesz różnicę? - Niby co ma rozumieć? Zadaję idiotyczne pytanie i w dodatku chyba oczekuję na nie równie idiotycznej odpowiedzi.
- A mnie się wydawało, że krzyczeliście. - Pola, nie patrząc na mnie, grzebie słomką w pustej szklance, skupiona na wyginaniu jej i łamaniu na wszystkie strony.
- Może w nocy inaczej niesie się głos. Ale zmierzając do sedna - chwytam ją za rękę i zmuszam, by na mnie spojrzała. - Rozmawiałam z tatą.
- No i?
Mimo że puszczam jej dłoń i prostuję się na krześle, nadal wpatrujemy się w siebie. Przyglądam się jej buzi z całym gwiazdozbiorem piegów, błękitnym oczom, które otaczają firanki ciemnych rzęs, i wiem, że za chwilę zdemoluję malujący się na niej spokój. Znowu mam wielki żal do Pawła, już nawet nie o to, że nam to zrobił, ale że to ja muszę wszystko zakomunikować naszemu dziecku. Przy okazji nie jestem pewna, czy mam jej powiedzieć o całej sprawie, nadmieniając, że będzie miała przybrane rodzeństwo, czy może dla jej dobra ten fragment sobie na razie odpuścić. Wreszcie decyduję się na oszczędnościową wersję wydarzeń i najdelikatniej, jak mogę, zaczynam:
- Nie bardzo wiem, jak ci to powiedzieć... - zdaję sobie sprawę, że w ten sposób mogę ją tylko jeszcze bardziej wystraszyć, więc pospiesznie kończę: - ...tata wczoraj powiedział, że chciałby trochę pomieszkać sam.
- Bez nas? - Pola spogląda na mnie niepewnie.
- Nie do końca bez nas, ale... - Plączę się jak podczas policyjnej kontroli po przekroczeniu prędkości, co moje dziecko oczywiście punktuje w pół sekundy i nim zbiorę się w sobie, wyrzuca z siebie to, na co ja nie byłam w stanie się zdobyć:
- Tata od nas odchodzi.
Boże, jaką mam bystrą córkę. Niestety.
- Ode mnie, nie od nas.
- Ma kogoś, prawda?
- Nie wiem. - Spuszczam wzrok i śledzę długą, głęboką rysę na stoliku, odruchowo kłamiąc i dając Pawłowi szansę opowiedzenia o tym, jak to spotkał pewną piękność i nową miłość na jednym z życiowych zakrętów.
Ale Pola wyczuwa moje manipulacje.
- Mamo, przecież wczoraj słyszałam, mówiliście tak głośno...
- Boże, Pola, przepraszam, nie chciałam.
- Ale ty mnie nie zostawisz?
- Kotku, co to w ogóle za pytanie? Oczywiście, że nie! Nigdy w życiu! Przecież wiesz. - Mam ochotę naszym starym rodzinnym zwyczajem zażartować, że nawet po śmierci będę ją straszyć po kątach i plątać włosy podczas snu, ale gryzę się w język.
- Szkoda.
- Co? - Odklejam się od ponurych myśli.
- Mówię, że szkoda, że tata odchodzi.
Tylko tyle? Spodziewałam się histerii, płaczu, błagania, żebym z nim porozmawiała i poprosiła, by zmienił zdanie, paniki, a nie jednego małego "szkoda".
- Wiem, kochanie. Zupełnie się tego nie spodziewałam. Wiesz, czasami ludzie się nie dogadują, choć my z tatą niespecjalnie się kłóciliśmy. Może za bardzo zajęliśmy się sobą, pracą, ale nie sądziłam, że tata ma inny pomysł na życie.
- Myślisz, że do nas wróci?
- Nie mam pojęcia. - Po raz pierwszy jestem do bólu szczera, co mnie samą zaskakuje. W tej chwili myślę, że nawet gdyby miał taki pomysł, wił się u mych stóp i regularnie obsypywał brylantami, błagał i przepraszał, i tak bym go pogoniła. Nie ma mowy, żebym miała go widzieć pod moim dachem ponownie. A z drugiej strony tak bardzo chciałabym cofnąć czas, może nawet potrafiłabym wybaczyć niewybaczalne. Zwyczajnie nie wiem!
- Ale będę mogła się z nim spotykać?
- Oczywiście, przecież jesteś jego córką.
- To gdzie on teraz mieszka?
- Nie wiem... - mówię zgodnie z prawdą i dopada mnie niepokojąca myśl, że rzeczywiście nie znam nowego adresu ojca mojego dziecka i w awaryjnej sytuacji nie będę mogła podrzucić tam Poli. Stawiam kropkę przy tej refleksji z zamiarem zmuszenia Pawła do ujawnienia aktualnego miejsca pobytu. Oczywiście byłabym nieuczciwa, gdybym nie przyznała, że poczułam małe ukłucie ciekawości, na jaki to lokal zamienił naszą całkiem wygodną połówkę bliźniaka.
- Ale ma gdzie mieszkać? - Pola nie daje za wygraną, jednak w jej główce zaraz za troską o ojca ciągnie się zgoła inny cień i mała dodaje: - Mogę zamówić lody?
- A od kiedy lubisz lody?
- Babcia mnie przekonała, że są dobre.
Znając moją matkę, wolę nie dopytywać, do jakich metod się odwołała, przekonując Polę do nowych smaków.
- Jasne, zamów, na jakie tylko masz ochotę.
Kiwam na kelnerkę i po chwili przed Polą wyrasta pucharek z deserem, który został odarty z bitej śmietany, świeżych owoców, polewy czekoladowej oraz bakalii i zredukowany do dwóch gałek waniliowych lodów i jak tylko się pojawia na stoliku, zostaje uznany za niesmaczny. Między kolejnymi próbami wepchnięcia w siebie zmrożonej śmietanki córka dopytuje mnie o różne mało istotne drobiazgi, tylko od czasu do czasu zahaczając o temat ojca. Obawiam się, że nie do końca to do niej dotarło. Kolejne dni zapewne zweryfikują jej pogląd na życie.
Wreszcie wstajemy i idziemy do Zary odebrać rzeczy. Pola zaraz po odejściu od kasy niecierpliwie rozrywa pudełko i wyciąga dwie bluzeczki, które, jak się przekonujemy, tylko na monitorze komputera wyglądały zachwycająco. Tymczasem w rzeczywistości pudrowy róż okazuje się najbardziej gaciową odmianą tego koloru, w dodatku tkanina jest nieprzyjemnie sztywna i szorstka. Druga bluzka ma absurdalnie duży dekolt, który chudej Poli nie dodaje uroku.
- Podobają ci się? - pytam z nadzieją, że powie "nie".
- Tak.
Choć widzę zawód w jej oczach, mała przytakuje niepewnie. Podejrzewam, że toczy wewnętrzny bój, rozdarta między odpowiedzialnością za dokonanie samodzielnego, niezbyt fortunnego wyboru oraz rozczarowaniem i przyznaniem się do porażki.
- Serio?
- A tobie nie?
Oczywiście powinnam szczerze odpowiedzieć, ale im bardziej ja będę na nie, tym bardziej Pola poczuje się urażona i zmuszona mi udowodnić, że da się w tym chodzić.
- No, są fajne, ale może jest coś jeszcze fajniejszego z nowej dostawy. Nie chciałabyś sprawdzić?
Na szczęście chce. Po kolejnych czterdziestu minutach walki toczonej w przymierzalni ze zbyt długimi, ze zbyt szerokimi z zapinanymi nie z tej strony ciuchami opuszczamy sklep z trzema bluzeczkami w błękitno-białych odcieniach i sukienką wiązaną tasiemkami na ramionach, która idealnie się sprawdzi podczas upalnego lata. Dwie zamówione bluzki zostały bez żalu oddane.
Wreszcie kierujemy się w stronę parkingu. Jestem wykończona, choć zakupy były najmniejszym wyzwaniem tego dnia. Jestem dumna z siebie, że przekazałam Poli najgorsze wieści i że przeszłyśmy przez to przynajmniej chwilowo bez histerii. Zobaczymy, co będzie jutro, za kilka dni czy tygodni. Czy mała będzie w stanie zaakceptować życie bez codziennej obecności Pawła, czy Paweł nie zapomni, że ma córkę? Zamiast wybiegać myślą w daleką przyszłość, skupiam się na najbliższych godzinach. Właśnie zaczynam się cieszyć na wieczorne zajęcia jogi, gdy uświadamiam sobie, że nie mogę pójść. Przecież nie mam z kim zostawić Poli, a nie wyobrażam sobie, by wieczorem miała tak długo być sama.
Okazuje się, że nawet w tak banalnej kwestii moje życie zmieni się diametralnie i albo wciągnę małą w zajęcia, albo znajdę dla niej opiekunkę. Wiem, że dwunastoletnia dziewczynka jest już całkiem duża i odpowiedzialna, ale po włamaniu dwa domy dalej w nocy, podczas gdy gospodarze spokojnie spali, jestem lekko przewrażliwiona.
Niby Paweł nie angażował się szczególnie w życie domowe, spędzając większość czasu z pacjentami i w szpitalu, w rzeczywistości organizując anatomiczne seansiki z Sarą, ale jednak od czasu do czasu bywał w domu, co dawało jako takie poczucie bezpieczeństwa i umożliwiało mi realizowanie własnych pasji.
Dzień najwyraźniej nie chce dociągnąć do wieczora i natrętnie udowadnia mi, że to nie koniec atrakcji. Przed furtką stoi zaparkowany mały czarny mercedes matki, który niestety jest wypełniony burzą jej świeżo natapirowanych blond loków, układających się w gotowy do odfrunięcia kwiatostan mniszka pospolitego, z tą różnicą, że w przypadku mojej matki środek jest mocno wymazany ciemnym fluidem, do którego przyczepione są długie, czarne, gęste rzęsy, z zagubionymi gdzieś tam szarymi oczami. Matka nie daje sobie powiedzieć, że nie dość, że kupuje zbyt ciemny odcień fluidu, to jeszcze zupełnie niepotrzebnie grubymi warstwami wciera go w najmniejsze nierówności skóry, osiągając efekt daleki od zamierzonego - uwypuklenia, a nie zamaskowania coraz gęstszej pajęczyny zmarszczek. Traktuje kosmetyk jak murarz gips, którym robi wyprawki w ścianie. Pozornej elegancji przydają jej jak zwykle wielkie złote kolczyki i łańcuch tak solidny, że mógłby utrzymać całkiem sporych rozmiarów średnio agresywnego Reksa przy budzie.
Ponieważ po deszczu dzień jest znowu upalny, moja szalona mamuśka naciągnęła na siebie idiotycznie kusy, ale z pewnością jedwabny kombinezon, który zamiast ukrywać mankamenty figury, zgrabnie je podkreśla ze szczególnym uwzględnieniem kolan. Ta część nogi wygląda wyjątkowo nieatrakcyjnie zarówno z przodu, z tyłu, jak i z boku, ale mojej grubawej matce najwyraźniej to nie przeszkadza, bo nosi coraz krótsze spódniczki.
Mam ochotę odjechać z piskiem opon, ale zostaję zauważona i drzwi mercedesa gwałtownie się otwierają, uwalniając ciężki aromat Poison, ulubionych perfum mojej rodzicielki.
Pola radośnie wyskakuje z samochodu, wołając: "Babcia!". A ja zapominam o zepsutej bramie i przez chwilę walczę z pilotem, nim sobie uświadomię, że to daremny trud. Wytaczam się z desperacją z samochodu i niespiesznie wyjmuję zakupy z bagażnika, przewidując nieprzyjemną rozmowę. Manewruję przy furtce i po chwili wchodzimy do domu. Dotychczas milcząca matka zaraz po zamknięciu drzwi rozpoczyna tyradę:
- Czy ty wiesz, jak długo stoję pod waszym domem?
- Nie - odpowiadam szczerze, zastanawiając się jednocześnie, czy byłyśmy umówione i czy w natłoku dzisiejszych wydarzeń o czymś zapomniałam.
- Może zrobisz mi wreszcie herbatę?
Rzucam siatki z zakupami na podłogę w kuchni i zawracam toczącą się w okolice lodówki cytrynę, która wysunęła się z przewróconej torby. Matka rozsiada się wygodnie na krześle i kontynuujemy.
- Czarną czy owocową?
- A zielonej nie masz? Ostatnio przecież ci kupowałam. Ja nie rozumiem, dlaczego w tym domu nie ma podstawowych rzeczy. Jakby się tak zastanowić, to wiesz, nawet trochę się nie dziwię Pawłowi, że miał dość.
- Jak możesz?! - Niemal upuszczam czajnik z wodą. - Jak możesz tak mówić?! Po czyjej jesteś stronie?
- Ja? Po niczyjej! To oczywiste. Przecież wiesz, że cię kocham, ale trzeba być obiektywnym w tym wszystkim i mam nadzieję, że też przejrzysz na oczy.
- Naprawdę?
- Popatrz na siebie. Mąż od ciebie odchodzi, zostawia cię, jak się domyślam, dla młodszej, a ty co? Jedziesz sobie na zakupy! Że też nie żal ci dziecka! Biedna Polcia, jak ona zniesie takie życie?
Na szczęście jak zwykle wklejona w smartfon Pola została w ogrodzie i teraz łażąc po trawniku w tę i z powrotem i gestykulując, prowadzi z kimś ożywioną rozmowę, więc nie słyszy złotych myśli swojej ukochanej babci.
- Muszę żyć dalej, jeść, chodzić do pracy! - tokuję zawzięcie. - Czego oczekiwałaś? Że będę szlochać w ciemnym, dusznym pokoju? Chciałabym, wiesz? Tylko że nie mogę sobie pozwolić na histerię, bo nikt nie odbierze mi dziecka ze szkoły i nie ugotuje mu obiadu.
- Nie wydaje mi się...
Czuję na plecach jej wzrok, ale gdy nie widzę jej twarzy, łatwiej mi się bronić, choć przecież nic złego nie zrobiłam. To nie ja znalazłam sobie kochankę. Ale moja wielbiąca Pawła matka przychyliłaby mu nieba i usprawiedliwiła każdą głupotę. Czasami mam wrażenie, że to ona powinna była za niego wyjść, nie ja, i że kocha go bardziej płomienną i wyrozumialszą miłością niż własne jedyne dziecko, czyli mnie.
- I niech ci się nie wydaje! Musisz się zwyczajnie pogodzić z faktami i będzie mi miło, jeśli zastanowisz się dwa razy, zanim zaczniesz mnie o cokolwiek oskarżać.
- Dziecko, co ty mówisz? To ja rzucam wszystko i jak na sygnale gnam do ciebie, żeby nieść ci wsparcie i pomoc, a ty tak mnie traktujesz?
Odwracam się i opieram pośladkami o blat. Spoglądam, to znaczy w gęstwinie wytuszowanych rzęs usiłuję dojrzeć jej oczy, i mówię najspokojniej, jak potrafię:
- Mamo, zacznijmy jeszcze raz. Obie jesteśmy dziś wyczerpane.
- Mów za siebie.
Jej włosy podskakują w rytm wypowiadanych słów, co, jak wiem z dzieciństwa, nie wróży niczego dobrego. I faktycznie się nie mylę. Zalewam wrzątkiem liście herbaty w specjalnym dzbanku ze sprytnym sitkiem do zaparzania wbudowanym w przykrywkę i stawiam na stole przed matką.
- Coś ty zrobiła? - krzyk matki rujnuje resztę spokoju.
- Słucham?
Odwracam się gwałtownie i niespokojnie wypatruję śladów jakiejś katastrofy. Chyba wszystko jest na swoim miejscu i wygląda dokładnie tak jak przed chwilą.
- Jak mogłaś zalać wrzątkiem zieloną herbatę?! Właśnie straciła wszystkie dobroczynne właściwości! Nie możesz zapamiętać nawet tak banalnej rzeczy? Człowieka szlag może trafić. I po co ja ci kupuję te wszystkie herbaty, skoro i tak nie ma z nich pożytku.
- To przestań kupować i robić awantury z byle powodu. Mam dość! Rozumiesz? Mam dosyć wszystkiego! Zostawił mnie mąż, a dla ciebie ważne są jakieś katechiny w naparze.
- O, jakie znasz trudne słowa.
Nie można nie oddać jej sprawiedliwości: ta kobieta nie cofa się przed niczym i na wszystko ma gotową odpowiedź. Zawsze w punkt i w porę, podczas gdy ja zazwyczaj nie wiem, co odpowiedzieć, gdy ktoś przyprze mnie do muru. Oczywiście, jak przeanalizuję sytuację, przemyślę temat i zastanowię się podczas bezsennej nocy, znajduję wreszcie trafną odpowiedź, tylko że niestety o wiele godzin spóźnioną. Mówi się, że niektórzy mają szósty zmysł, ale moja matka ma ich zdecydowanie więcej. Nie dość, że na wszystko znajduje ripostę i zagania rozmówcę do narożnika, to niemal przewiduje każdą odpowiedź adwersarza. Na domiar złego proces analizy oparty na mglistych poszlakach przebiega u niej błyskawicznie, a wnioski natychmiast są publicznie ogłaszane.
- Nie ułatwiasz sprawy! Ostrzegam cię, że trzymam w niepewnej, drżącej ręce bardzo krótki i płonący lont.
- Właśnie o tym, kochanie, też chciałam z tobą porozmawiać. Musisz wreszcie nauczyć się panować nad emocjami!
- Mamo, proszę, daj mi spokój chociaż dzisiaj. Nie mam na to wszystko siły! Jestem zdruzgotana!
- Kobiety w naszej rodzinie...
- Ale ja nie mam zamiaru być jak kobiety z naszej rodziny i jeśli myślisz, że skoro twoje siostry przymykały oczy na wybryki mężów, to ja też zmrużę swoje, to się bardzo mylisz.
- Nie bądź taka do przodu! Dziecko, co ty wiesz o życiu? Taką radykalną postawą możesz zniszczyć wszystko i stracić męża.
- Jeśli do ciebie nie dotarło, że już go straciłam, to informuję dobitnie, że właśnie mam to za sobą! I choć to zabrzmi okrutnie, mój mąż niestety nie zginął w katastrofie lotniczej czy w wypadku samochodowym, po którym mogłabym opłakiwać nad jego ciałem naszą przerwaną przedwcześnie i bezsensownie miłość. On mnie oszukiwał, okłamywał, zdradzał! Znalazł sobie inną babę!
- Widocznie ty nie dawałaś mu tego wszystkiego, czego chłopu potrzeba. I właśnie tu trzeba naszej kobiecej mądrości i intuicji, których najwyraźniej ci zabrakło!
- Przegięłaś - sapię wściekła i najchętniej wyszłabym, trzaskając drzwiami, tylko że to mój dom.
- Dziecko, ja, kiedy tatuś nieopatrznie zauroczył się asystentką, ale oczywiście do niczego więcej nie doszło, to udawałam, że niczego nie dostrzegam, tylko byłam dla niego czulsza i troskliwsza. I w końcu sam się zniechęcił! - wyznaje pełna zadowolenia znad filiżanki, a ja nie potrafię sobie wyobrazić tej jej troskliwości.
Raczej stawiałabym na to, że obrażona matka zamilkła na kilka dni i tym zadziwiła ojca tak, że z czystej ciekawości postanowił nie odchodzić. Jak go znam, pewnie biedak był przerażony, że matka ciężko zaniemogła, i nie miał odwagi porzucić chorej małżonki.
- Nie obchodzą mnie wasze perypetie.
- A powinny, bo z doświadczeń innych można czerpać mądrość.
Jeśli miałabym zaczerpnąć ze źródełka życiowej mądrości mojej matki, to powinnam gwałtownie oślepnąć, ogłuchnąć i najlepiej pozbyć się z domu wszystkich luster.
- Może porozmawiajmy o czymś innym.
- Obawiam się, że w twojej sytuacji nie ma ważniejszych tematów.
- Tak, ale może lepiej skupić się chwilowo na małych rzeczach i próbować jakoś zorganizować sobie życie dookoła, a nie biadolić nad całokształtem. Nie ukrywam, że jestem tym wszystkim zaskoczona i chętnie choć na chwilę bym się od tego odstosunkowała i wyskoczyła na przykład na jogę. Może mogłabyś ze dwie godzinki posiedzieć z Polą?
Matka patrzy na mnie z niedowierzaniem i nagle wśród włochatych gąsienic rzęs po raz pierwszy na dłuższą chwilę pojawiają się szare tęczówki.
- Bardzo chętnie, przecież wiesz, jak kocham Polcię, ale nie mogę pozwolić, żeby z powodu twoich fanaberii straciła jeszcze matkę.
- Przecież niczego nie traci, po prostu chciałam wyjść na trochę i odkleić się od tego całego bagna.
- A mnie się zdaje, że to cię wcale nie obeszło. I co, pójdziesz poćwiczyć i zapomnisz? A może na tych całych wygibasach już kogoś poznałaś? Przyznaj się lepiej.
Zachowuje się tak jak lata temu, gdy w trzeciej czy czwartej klasie podstawówki wróciłam do domu z czwórką za zeszyt z polskiego. Jaka była awantura! I tłumaczenie, że skoro jestem tak tępa, że nie mogę być pierwszą uczennicą w klasie, to przynajmniej powinnam dbać o zeszyty, co mogłoby mnie uratować, ale jestem zbyt ograniczona, by to zrozumieć. Zupełnie jakby kolorowe podkreślenia tematów lekcji miały jakiś wpływ na wiedzę, którą przyswoję bądź nie. Ale dla niej, najlepszej uczennicy, wybitnej studentki, za którą szalało pół Poznania - oczywiście ze względu na aparycję, intelekt i urodę, bo przecież żaden z amantów nie brał pod uwagę, że jako córka rektora mogła mu załatwić miejsce na studiach doktoranckich, było to całkiem jasne. Ja jednak do dziś pozostaję lekko konserwatywna w moim świecie prostych emocji i postrzegania ludzi. Albo się lubimy, albo nie. Albo się szanujemy, albo nie. I tak można by wymieniać bez końca, odwołując się do różnych czasowników: albo ufamy, jesteśmy szczerzy, troskliwi i kochający, albo nie. Tak jak nie można być trochę w ciąży, tak samo w moim odczuciu nie można być trochę szczerym.
Patrzę na moją mamę i zupełnie nie rozumiem, jak to się stało, że umknęłam jej wychowawczym zapędom i pozwoliłam sobie na inną, tak różną od tej wpajanej przez nią filozofię życiową. Nie podejrzewam, żeby była to zasługa ojca, bo on nieszczególnie angażował się w proces wychowawczy, z ulgą przekazując pałeczkę matce. Ta uchwyciła ją niczym berło i cała rodzina, włączając w to babcie, chodziła na krótkiej smyczy jej wyobrażeń o świecie i ludziach. A teraz, zamiast się awanturować, obrażać i wrzeszczeć, że jest beznadziejna i pozbawiona krztyny empatii, mówię:
- Wiesz, mamo, jest mi okropnie przykro, że nawet w takiej sytuacji nie stajesz po mojej stronie.
Patrzy na mnie z nieukrywanym zdziwieniem i odstawiając filiżankę z niedopitą zieloną herbatą, wstaje i podchodzi do mnie na tyle blisko, że jej ciężkie perfumy duszą mnie niczym wściekły, wygłodzony boa.
- A jak myślisz, dlaczego tu przyjechałam?
- No właśnie się zastanawiam.
- Jesteś niesprawiedliwa! Przyjechałam, żeby cię wesprzeć! Pokazać ci drogę wyjścia i wytłumaczyć, że nie warto przekreślać tych dwunastu lat. Ale ty nawet w takiej sytuacji nie potrafisz myśleć o innych, o Poli, o nas, skupiasz się na sobie i swoich potrzebach. Oczywiście tak jest najprościej, tylko że do niczego dobrego nie prowadzi. Odbudowanie tego, co się zawaliło, wymaga wysiłku, pomysłu, zacięcia, mówiąc wprost, sprytu, inteligencji, a tego zawsze ci brakowało.
- Jesteś okrutna.
- No wiesz! - Spogląda na mnie tak, jakby zobaczyła mnie po raz pierwszy w życiu.
- Jakim prawem przychodzisz i mówisz mi takie rzeczy? Leć do Pawełka i zajmij się nim, skoro tak ci go żal. No już!
- A żebyś wiedziała, że mam zamiar się z nim spotkać.
- Mamo, błagam, nie wtrącaj się w nasze sprawy.
- Skoro nie potraficie się sami dogadać, ktoś mądrzejszy musi wkroczyć. Ja tego tak nie zostawię.
- Zajmij się lepiej swoim małżeństwem.
- Nie pozwalaj sobie na takie uwagi, bo tego nie rozumiesz. To nasze sprawy z ojcem i nikt nie będzie nam mówił, co mamy robić, zwłaszcza ty, dziecko.
- Więc jakim prawem ty się wciskasz w moje małżeńskie problemy?!
- Bo jesteś moją córką!
- Co to ma do rzeczy?
Krzyczymy na siebie tak, że jej włosy co rusz niemal się prostują i ponownie zwijają w nieposłuszne loki. Mam dość tych utarczek i gdyby była obcą kobietą, wypchnęłabym ją z domu. Drzwi jak na moje życzenie się otwierają, lecz zamiast zassać matkę i wyciągnąć na zewnątrz, ukazują Polę.
- Wołałyście mnie? - Patrzy nierozumiejącym wzrokiem to na babcię, to na mnie.
- Nie. Ale fajnie, że już przyszłaś.
- Wydawało mi się, że krzyczałyście.
- Nie, tak tylko sobie z babcią dyskutowałyśmy.
- O mnie?
- O tobie? Nie, o życiu, o filozofii...
Matka lekceważąco spogląda w moją stronę i wzrusza ramionami.
- Bo już myślałam...
Pola rzuca szarą bluzę na szafkę w korytarzu i wchodzi do kuchni. Już ma sięgnąć do lodówki, gdy przypominam jej, że nie umyła rąk, i postanawiam wysłać ją na dłużej do łazienki, żeby dokończyć rozmowę z matką.
- To nie myśl i nie wyobrażaj sobie Bóg wie czego, tylko wskakuj do wanny, wykąp się i zaraz zrobimy sobie piżamowy wieczór.
- Też mi coś. - Matka nie może darować sobie złośliwości.
Jakoś nigdy nie wpadła na to, żeby z własną córką zrobić coś niestandardowego, włączając w to wspólne wieczorne czytanie bajki. W sumie nie powinnam mieć pretensji, bo może profesorowie poza naukowymi opracowaniami nie są w stanie czytać niczego innego.
- Babciu, wychodzisz? - Pola nie kryje zawodu.
- Zapomniałam wyłączyć piekarnik, a włożyłam do niego kawał schabu w ziołach. Moja panno, kiedy wreszcie do mnie przyjedziesz? - To mówiąc, przytula małą do siebie.
A ja widzę plecy mojej matki i wytrzeszczone oczy zaskoczonej córki, bo choć babcia Helena jest jej ulubioną babcią, to jeszcze nigdy nie posunęła się do obściskiwania wnuczki.
- Może w piątek i zostałabym do niedzieli.
Matka wydaje się spanikowana, jej włosy podskakują jeszcze gwałtowniej niż zazwyczaj, a usta układają się w ciup.
- Kochanie, tak bym chciała, ale akurat w piątek idę do teatru.
Pola się nie poddaje i z nie mniejszym entuzjazmem proponuje spotkanie w sobotę. Okazuje się, że to równie niefortunny termin, podobnie jak niedziela, ale jak zapewnia matka, nie ma się co martwić, umówią się na kolejny weekend. Nie wypada to przekonująco, ale najwyraźniej Poli wystarcza, bo po zsunięciu butów, co polega na skrobaniu piętą o piętę i niezmiennie mnie irytuje, idzie do kuchni i po szeregu stuknięć i szuraniu zgaduję, że zawzięcie grzebie w szufladzie, w której przechowujemy słodycze.
Matka tak jak nagle się pojawiła, tak nagle po trzaśnięciu drzwiami znika, ale niesmak po rozmowie z nią pozostaje jeszcze na długo. Podejrzewam, że gdyby niespodziewanie Paweł miał problemy lokalowe, matka chętniej by go przygarnęła niż zdradzoną i zawiedzioną córkę. Nie mogę zrozumieć, co takiego wydarzyło się w naszej historii, że zerwałyśmy delikatną nić cudownej, wspierającej relacji. Być może nigdy takowa nie zaplątała się w nasze palce i obawiam się, że cokolwiek wydarzy się w przyszłości, trudno będzie ją złapać i przewlec przez niewielką dziurkę zaufania kłującej igły naszych relacji.
Zmęczona i upokorzona zamykam drzwi na klucz i całą uwagę ogniskuję na Poli. Jak zwykle popadam w banalną rutynę kolacyjno-lekcyjną i do dwudziestej pierwszej zajmujemy się międleniem materiału z historii na jutrzejszy ostatni w tym roku szkolnym sprawdzian. Nie wyklucza to jednak chwili wspólnego czytania, kiedy to ja czytam, ona słucha. Później zaś, gdy młoda już zasypia, ze zdziwieniem konstatuję, że Paweł nawet na chwilę nie zagościł w naszej czasoprzestrzeni.
Mam nadzieję, że Pola jest nieco mniej zszokowana niż inne dzieci, od których matek odszedł ojciec, bo wiecznie dyżurujący Paweł był raczej gościem w domu. Jestem zupełnie wyczerpana dynamiką dnia i z coraz większą radością myślę o położeniu się do łóżka. Życie nieśmiało usiłuje zrekompensować mi odejście Pawła, dając w zamian wielkie podwójne łóżko, na którym mogę spędzić noc w pozycji rozgwiazdy. Mogę oglądać durne seriale, siedzieć w wannie do woli bez wyrzutów sumienia, że blokuję łazienkę, i nareszcie pasta do zębów będzie tylko moja, skrupulatnie i metodycznie wyciskana od zgrzewu w kierunku nakrętki.
Zmywam makijaż i wypatruję zmęczonego odbicia w lustrze. Dostrzegam postarzałą, nieatrakcyjną twarz, która szczególnie niekorzystnie wypada na tle białej ściany i w aureoli zimnego halogenowego światła. Kuriozalny pomysł męża, który nad estetykę przedkłada dokładność, którą podczas golenia można jego zdaniem osiągnąć tylko w najzimniejszej barwie światła.
Zbliżam twarz do tafli i wyraźnie widzę głębokie kaniony pod oczami, pajęczynę pomniejszych zmarszczek wokół kącików ust i upstrzony ciemnymi wągrami nos. Odskakuję z niesmakiem i zastanawiam się, jak będę wyglądać w wieku lat czterdziestu, skoro już teraz nie jest dobrze. Paweł nigdy nie zdradzał chęci wycofania się z naszego związku, więc jego odejście naprawdę mnie zszokowało, przy okazji nie poprawiając samooceny. Z tyłu głowy mam młodziutką błękitnooką Sarę, z cerą pewnie tak gładką jak u mojej dwunastoletniej córki i z jeszcze niestępionym animuszem w łóżku.
Nakładam grubą warstwę kremu przeciwzmarszczkowego i obiecuję sobie, że od jutra zacznę myć twarz szczoteczką soniczną, którą zakupiłam kilka miesięcy temu, a użyłam zaledwie kilka razy. Może nawet zrobię sobie jakąś maseczkę? Tylko jakie to wszystko ma znaczenie, skoro Pawła i tak nie ma. Już go nie odzyskam! A po numerze, jaki mi wywinął, nawet bym nie chciała, co chyba nie jest do końca prawdą, bo może jednak byłabym skłonna mu wybaczyć... Plączę się w emocjach i nie potrafię przestać myśleć, że on teraz jest gdzieś nieopodal, tylko z kimś zupełnie innym.
Nie zmienia to faktu, że czuję się, jakby wbił mi nóż w serce i kilkakrotnie go obrócił, upewniając się, czy jestem dostatecznie zraniona, żeby umrzeć. Nie mogę znieść myśli, że mój Paweł dotyka innej kobiety, że ją pieści i uprawia z nią seks. Zastanawiam się, czy jest tak samo czuły i czy szepcze jej do ucha te same słodkie słowa. Czy myśli o niej stale, czy jednak sporadycznie przez jego umysł przewija się również moja twarz. I wreszcie, jak to jest przestać kochać i zacząć na nowo z kimś innym, w innych okolicznościach, niedaleko od własnej rodziny? Jak to jest być ze mną, a chwilę wcześniej kochać się z inną? Wychodzić z jej łóżka i wracać do mojego. Jak to jest prowadzić dwa życia, utrzymywać dwa mieszkania, dwie kobiety i dwa telefony i jak się w tym wszystkim nie pogubić? I jak to możliwe, że niczego nie zauważyłam?
Pamiętam, jak nabijałam się z naiwności facetów, z ich prostoty, powtarzając za Gretkowską, że to proste urządzenia z jedną dźwignią. Tymczasem okazało się, że mój na pozór gapowaty Paweł był ode mnie bystrzejszy, sprytniejszy, bardziej przewidujący, potrafił znakomicie kłamać, planować i robić to tak skutecznie, że nie wzbudził nawet cienia podejrzeń. Jak idiotka wierzyłam w te wszystkie dyżury, konferencje, nagłe wezwania do szpitala. Może moją czujność uśpił jego awans? Skoro został ordynatorem, zupełnie naturalne wydawało się, że ma więcej pracy, obowiązków, pacjentów, a jego prywatny gabinet jest tym bardziej oblegany.
Tymczasem on zajmował się tylko jednym, i to w dodatku z tego, co wiem, całkiem zdrowym przypadkiem! Nie wyczułam żadnej niepokojącej nuty perfum, nie dostrzegłam śladu czerwonej pomadki na kołnierzyku koszuli, wygniecionych ciuchów czy zestawu nowych slipów w szafie. To się stało tak bardzo obok, tak niezależnie ode mnie i pewnie bez myśli o mnie. Najbardziej boli to, że przestałam go fascynować, pociągać, że mimo starań coś się między nami wypaliło. Że stałam się przezroczysta. I jeszcze jedna sprawa. Skoro ona jest w ciąży, to oznacza, że się nie zabezpieczali. Czy mógł mnie czymś zarazić? O tym też nie pomyślał!
Robi mi się słabo i mimo zmęczenia mózg podsyła mi obrazki jak z horroru. Mam ochotę krzyczeć! Wrzeszczeć na całe gardło! Ale muszę milczeć i jedyne, co mi pozostaje, to ciche łkanie w poduszkę, żeby przypadkiem nie obudzić Poli.