Rozdział 5
Pani Schneider, która miała na imię Moriel, była młodsza, niż ja jestem dzisiaj. Tuż przed naszym spotkaniem obchodziła czterdzieste urodziny. Była wtedy dokładnie dwa razy starsza ode mnie.
Babcia wyjawiła mi kiedyś tę zagadkę, przez tydzień zajmowałam się wyłącznie obliczeniami. Tylko raz, w jednym roku w życiu, można być od kogoś dwa razy starszym. Kiedy ta data minie, wiek ludzi w najlepszym razie przesuwa się ku sobie, tak jak drzewom przybywa słojów, przez co stają się silniejsze, mocniej się trzymają podłoża, a ich korona rośnie, aby innym łatwiej było się pod nią ukryć. Różnica dwudziestu lat między pięćdziesięciolatkiem i siedemdziesięciolatkiem to nic w porównaniu z dwudziestoma latami dzielącymi dziesięciolatka i trzydziestolatka.
Pani Schneider była średniego wzrostu, ani gruba, ani chuda. Wyglądała szykownie, prawie onieśmielała elegancją. Widać było, dało się to nawet wyczuć, że stawia sobie i innym wysokie wymagania. Z jej ruchów, głosu, biżuterii, ubrania, z jej całej postaci emanowała wytworność.
Miała na sobie klasyczny, granatowy kostium, z dyskretnymi, nowoczesnymi elementami. Fryzura przypominała Pamelę z serialu Dallas, wymodelowane na boba włosy sięgały ramion. Spódnica za kolana szeleściła przy ruchach.
Wyglądała bardziej na damę niż matkę. Skórę miała jasną, z odcieniem błękitu, jak jej bluzka.
Znowu wyciągnęłam rękę. Przywitała się ze mną. Znowu wyrzucałam sobie ten odruch, był silniejszy, niż przypuszczałam. Chociaż nie byłam pewna: może kobiety mogły podawać sobie ręce, może ta reguła dotyczyła tylko płci przeciwnej.
- Pani studiuje? - zapytała, wygładzając jednocześnie tył spódnicy i siadając na krześle, które zajmował wcześniej jej mąż.
- Tak, chcę zostać tłumaczką.
- Ma pani przy sobie wyniki egzaminów, n'est-ce pas?
- Nie... nie prosili mnie państwo o nie.
- Skąd mamy wiedzieć, czy jest pani dobrą studentką, jeśli nie przyniosła pani wyników egzaminów. Aaron mówi, że zna pani francuski.
Odpowiedziałam, że moja bierna znajomość języka jest większa niż czynna.
- Niderlandzki jest moim ojczystym językiem. Tłumaczę tylko z francuskiego na niderlandzki, nigdy odwrotnie, to byłaby katastrofa.
- To znaczy, że nie zna pani francuskiego.
- Znam. Rozumiem język, jego konstrukcję. Poznaję literaturę. I lubię gramatykę - odpowiedziałam i nie skłamałam. Im więcej było wyjątków, tym większą sprawiały mi przyjemność.
- Więc może pani pomagać dzieciom w odrabianiu lekcji z francuskiego.
Oceniała mnie jak agent ubezpieczeniowy, który przyszedł oszacować szkody po wypadku. Tu ubytek, tam rozdarcie, dwa czy trzy pęknięcia, których nie można zignorować. Wszystkie zdania wymawiała jak twierdzenia, bez intonacji, bez żadnego wznoszenia głosu, bez śladu pytania. Nie wiedziałam, czy jej sposób mówienia jest świadomy, czy raczej tak objawia się niepewność w języku albo chęć pójścia na łatwiznę. Podczas rozmowy przez telefon nie zauważyłam słabego opanowania języka. Może nie znała inwersji, nie miała odwagi używać jej w języku niderlandzkim, który wyraźnie nie był dla niej ojczystym. A może nie zwracała uwagi na błędy w formułowaniu zdań po niderlandzku, jak to się często zdarza wśród francuskojęzycznej burżuazji we Flandrii.
- Oczywiście, że mogę im pomagać w odrabianiu lekcji.
- Ładnie pani mówi po niderlandzku.
- Dziękuję.
- Ma pani ładne imię.
- Pani również.
- Dziękuję. Imię Moriel nie jest moją zasługą, zawdzięczam je rodzicom - uśmiechnęła się delikatnie. - Wiele osób myśli, że nazywam się Murielle, ale moje imię to Moriel, z "o", bez podwójnego "l" i "e" na końcu.
Teraz ja uśmiechnęłam się nieśmiało.
- W ciągu tygodnia będzie pani przychodziła o piątej lub wpół do szóstej i zostanie pani przynajmniej do ósmej. W niedzielę zacznie pani o dziesiątej i skończy po odrobieniu lekcji z dziewczynkami. Synom nie trzeba pomagać w niedziele, chodzą na kółko biblijne. Mój mąż Aaron lub ja będziemy pani płacili co tydzień.
A więc nazywała męża po imieniu. I podobnie jak on, bez pytania mnie o zdanie, zdecydowała, że zaczynam u nich pracować.
- Ma pani jakieś hobby, n'est-ce pas.
- Czytam, chodzę do kina lub teatru. Staram się często wyjeżdżać do krajów, których języki studiuję. Lubię spotkania z przyjaciółmi.
- Ma pani wiele zainteresowań, ale żadne nie jest związane z dziećmi.
- Bardzo lubię dzieci.
- Nie ma pani żadnego doświadczenia z dziećmi.
- Dawniej często opiekowałam się dziećmi wieczorami. Czytałam im bajki. I razem próbowaliśmy je odegrać. Wymyślaliśmy dalszy ciąg opowieści albo dodawaliśmy nowego bohatera.
- Tego nie musi pani tutaj robić.
- Być niańką?
- Wymyślać bajek. Nie chcemy, żeby pani wymyślała. Szkoła to nie zabawa. Pomoc w odrabianiu lekcji to nie niańczenie. Czy potrafi pani milczeć?
- Ehm...
- Nie chcemy, żeby rozmawiała pani z dziećmi o swoim prywatnym życiu, mam na myśli pani świat. Chodzi o to, żeby pani przerabiała z nimi materiał szkolny.
- Wydaje mi się, że to żaden problem.
- Pani życie to pani sprawa. Pani jest seule, samotna?
- Jestem studentką.
- Pani nie jest zamężna.
- Mieszkam z chłopakiem.
- Pani rodzice się na to godzą?
Przytaknęłam głową i musiałam się ugryźć w język, żeby nie dodać, że rodzice zrezygnowali z wtrącania się w moje życie i moje wybory, więc tym samym akceptowali wszystko, co robię. Dostałam od nich przepustkę, rodzaj biletu, który pozwalał pewnym widzom operowym, VIP-om, na wstęp do całego budynku i na wszystkie przedstawienia. Podczas sezonu miałam ciepłą posadkę, wieczorami i w weekendy pracowałam w szatni opery w Antwerpii. Napiwki były niezłe, a każdą szatnię obsługiwały dwie osoby. Praca była tylko przed przedstawieniem i po nim, więc jedna osoba mogła czytać książkę, a druga oglądać za darmo operę.
Osoby posiadające taką przepustkę nie były kontrolowane przy wejściu. Nie musiały szukać po ciemku biletu, miały swoje stałe miejsca. Wydając takie przepustki, zarząd opery unikał nieporozumień, obdarzał widzów zaufaniem, które było nieco na wyrost, można je było nazwać raczej "nadzieją" na ukrócenie z góry ewentualnych dyskusji.
- Czy pani rodzice są nadal razem?
- Pyta pani, czy są rozwiedzeni? Nie.
- Ma pani rodzeństwo?
- Jest nas trójka.
- Wszyscy zdrowi?
- O ile wiem, tak.
- Pani mąż pracuje?
- Szuka pracy.
- Skończył studia, n'est-ce pas?
- Pierwszy rok prawa.
- A więc jest młodszy od pani...
Na końcu zdania jej głos podniósł się o kilka tonów.
- Nie, jest starszy ode mnie o siedem lat. Mój chłopak jest uchodźcą politycznym. Musiał uciekać z Iranu, inaczej zostałby aresztowany. Może będzie kontynuował studia, inżynierię przemysłową, ale jeszcze nie wiadomo, to zależy od wielu czynników, między innymi od znajomości języka. Niderlandzki nie jest łatwy...
Znowu zaczęłam. Kiedy czułam, słusznie czy nie, że ktoś przyjmuje protekcjonalny ton wobec Nimy, zaczynałam podkreślać, że jest uchodźcą politycznym, a nie poszukiwaczem szczęścia. Jakbym szukała potwierdzenia dla samej siebie, że osoba uciekająca ze względów politycznych jest lepszym, szlachetniejszym człowiekiem niż ludzie uchodzący przed biedą i brakiem perspektyw.
- Donc, on nie studiuje już prawa.
- Gdyby chciał studiować prawo, musiałby bezbłędnie opanować język. To jest trudne.
- Pani mąż pochodzi z innego kraju?
- Z Iranu - odpowiedziałam, przyzwyczajona, że taka odpowiedź wzbudza zawsze reakcję.
- Z Iraaanu - powtórzyła, jakby musiała przeżuć nazwę kraju.
- Z Teheranu - dodałam.
- Pani mąż jest muzułmaninem, n'est-ce pas - powiedziała.
- Nie jest moim mężem, ale chłopakiem. I nie praktykuje islamu - odparłam.
Tego także się nauczyłam, odkąd byłam z Nimą. Warto było dodać od razu, że mój chłopak, chociaż jest muzułmaninem, nie praktykuje islamu. Nie modlił się pięć razy dziennie, nie przestrzegał postu w ramadan i nie widział żadnych przeszkód w dzieleniu życia z niemuzułmanką, wręcz przeciwnie. Krótko mówiąc, miał zbyt lewicowe poglądy, żeby być osobą religijną. Przyklejenie etykietki niepraktykującego muzułmanina, tak jak uchodźcy politycznego, uważane było najczęściej za zaletę, medal na piersi, przepustkę do kręgu przyjaciół i znajomych.
Czasami, ale nie tym razem, kłamałam, że jego rodzice byli wyznawcami zaratusztrianizmu, religii Zaratustry. Nima miał przyjaciół wśród wiernych tej religii. Poznałam trochę jej zasady. Inspiracją nie jest Biblia czy Koran, ale święta księga Awesta. Poza tym wiedziałam, że zaratusztrianie mogą liczyć na sympatię, szczególnie kiedy się wytłumaczyło, że termin pochodzi od Zaratustry. Tę religię można kojarzyć z Nietzschem, a on budził w niektórych kręgach więcej szacunku niż każdy bóg.
- Pani jesteś młodą i rozsądną kobietą. A pani mąż mieszka w kraju ajatollahów....
Takich uwag też miałam dosyć. Rozprawiałam się z nimi krótko.
- Proszę pani, mój chłopak mieszka w Belgii. Mieszka tutaj, ponieważ musiał uciekać przed Chomeinim i jego zwolennikami.
Nie powiedziałam, że Nima przyjechał z siostrą, o dwa lata starszą, że pochodzi z zamożnej rodziny i że jego opór wobec reżimu islamskiego był ograniczony. Kilka dni spędził w więzieniu, umieszczono go na czarnej liście, potem szybko opuścił kraj i na tym zakończył walkę ideologiczną, w przeciwieństwie do wielu swoich przyjaciół.
Jego rodzice nie chcieli, żeby został powołany do służby wojskowej na wojnę z Irakiem. Dlatego, podobnie jak inne rodziny z klasy średniej, nie wahali się wysłać syna na Zachód razem z siostrą. Podczas reżimu szacha korzystali ze swobody działania i myślenia. Teheran był dla nich Paryżem Bliskiego Wschodu. Czuli odrazę do autorytarnej dyktatury szacha, ale o wiele bardziej nie cierpieli skrajnie konserwatywnego państwa religijnego. Chcieli, żeby ich dzieci - jeśli trzeba, w innym kraju - poznały smak Paryża zamiast goryczy dyktatury szyitów.
Pani Schneider nie zapytała, jak mój chłopak się nazywa.
- Pani mieszka z kimś wyznającym inną religię.
- Tak.
- Pani nie jest muzułmanką.
- Jestem wychowana w katolicyzmie.
- Pani nie ma zamiaru zmienić wiary?
- Nie jestem wierząca. Już nie. O ile w ogóle kiedyś byłam...
- A pani rodzice...
- Moi rodzice chodzili dawniej do kościoła. Przestrzegali ważnych świąt: Wielkanocy, Wszystkich Świętych, Bożego Narodzenia. Teraz, kiedy my, dzieci, jesteśmy dorośli, kult religijny przestał być dla nich tak ważny...
Bawiła się bransoletką, bardzo elegancką, podobnie jak dwa srebrne pierścionki z maleńkim oczkiem. Biżuteria może być krzycząca lub dyskretna. Pani Schneider nosiła biżuterię tak dyskretną, że aż oszałamiającą.
- Pani mąż uciekł przed religią.
- Uciekł przed państwem religijnym.
- A jego rodzice?
- Jeszcze tam mieszkają.
- Pani mąż jest Arabem?
O nie, pomyślałam, to też muszę tłumaczyć po raz enty.
- Iran zamieszkują Persowie, nie Arabowie. Nie mówi po arabsku, ale w języku perskim.
Magiczne słowo "perski" działało znakomicie, dzięki skojarzeniom z ręcznie tkanym perskim dywanem, uważanym za dobrą lokatę, szczególnie w Belgii, gdzie największym marzeniem wszystkich ludzi był własny dom.
- Czy Aaron opowiedział pani o naszych dzieciach?
- O całej czwórce.
- Mąż o nic pani nie pytał?
- Mówił cały czas - odpowiedziałam i ulżyło mi, że mogłam to powiedzieć.
- Dziękuję pani - powiedziała nagle. - Zaraz przyjdzie pomoc. Krystyna odprowadzi panią do drzwi. Życzę pani przyjemnej niedzieli. Merci et bonne journée.
Przycisnęła dzwonek znajdujący się pod blatem biurka i wyszła, skinąwszy szybko głową na pożegnanie. Nieco zbita z tropu zostałam sama w pomieszczeniu otoczona mgiełką zapachu jej perfum, których nie potrafiłam zidentyfikować. Znałam tylko słodki zapach Ana?s, którym czasem skrapiałam szyję i przeguby dłoni, nie dlatego, że lubiłam ciężki zapach białych kwiatów, ale dlatego, że chciałam roztaczać ducha pisarki Ana?s Nin.
Krystyna nie była kobietą, która przyniosła mi pyszny sernik.