PIERWSZA PRÓBA
rok 2008
- Jesteś na wakacjach sama? - zapytał.
- I tak, i nie - odpowiedziała, odgarniając z twarzy niesforne kosmyki blond włosów, które wiatr przylepiał jej do ust. Pięknych ust. Idealnie pasujących do jej ładnej, dziewczęcej twarzy. - Przyjechałam wczoraj z przyjaciółmi. Dziś rano wypłynęli w kilkudniowy rejs po jeziorach. Właśnie ich pożegnałam.
- Popłynęli bez ciebie? - zdziwił się.
- Tak. Nie czuję się dobrze, mając wokół wodę i długo, długo nic innego. Ale nie widzę powodu, żeby oni musieli z tego rezygnować.
- Fajna z ciebie przyjaciółka - rzucił. To było naprawdę ładne, że zdecydowała się na kilka dni samotnych wakacji, aby przyjaciele mieli swoją przyjemność. Postawiła ich potrzeby ponad własną samotność.
- Tak to chyba działa w przyjaźni? Unus pro omnibus, omnes pro uno[2].
- Łacina? - zapytał. - Niestety nie rozumiem. Angielski byłby bardziej strawny.
- Wybacz - zaśmiała się. - Zapominam, że to martwy język. Po angielsku to będzie one for all, all for one. Jeśli nie oglądałeś Trzech muszkieterów, to na pewno słyszałeś piosenkę Bryana Adamsa, Stinga i Roda Stewarta.
Był pod wrażeniem. Nie zdołał złapać tej ulotnej myśli, która z prędkością światła przemknęła mu przez głowę, ale ta dziewczyna była jakaś taka... fascynująca? Nie umiał tego sprecyzować. Wiedział jedynie, że w tej chwili przyciągała go jak magnes. Wpatrywał się w nią zachłannie.
- W liceum uczą łaciny? - zapytał szczerze zdumiony.
Słodka Ewa wybuchnęła śmiechem. Tak pięknie brzmiącym, że miał ochotę utrwalić go na taśmie.
- W moim liceum akurat uczyli. Fakultatywnie, dla chętnych. Wiesz, niektórzy wybierali się na medycynę, inni na prawo i łacina była im potrzebna.
- W której grupie ty jesteś?
- Byłam. W tej, co na prawo. W tym roku skończyłam studia - uśmiechnęła się przekornie.
- Żartujesz, prawda?
Niedowierzanie malowało się na jego twarzy. Wyglądała na nastolatkę, a on przez moment wystraszył się, że robi coś niestosownego... Bałamuci nieletnią albo coś... Ale przecież tylko pili kawę, to nie jest zabronione. Nie wiedział czemu, ale ucieszył się, że Ewa jest starsza, niż wygląda. Szybko przeliczył w myślach. Musiała mieć jakieś dwadzieścia cztery lata. Naprawdę wyglądała na licealistkę.
- Nie żartuję. Niebawem zaczynam aplikację - odpowiedziała zupełnie poważnie, okraszając to kolejnym pięknym uśmiechem.
Miała idealne, równe zęby. Śnieżnobiałe. Niejedna gwiazda i celebrytka chciałaby mieć takie. Tymczasem jego Ewa je miała, a one musiały płacić grubą forsę za zabiegi ze stomatologii estetycznej. Jego Ewa? To pytanie zawisło w jego głowie, gdy uświadomił sobie, co przed chwilą pomyślał. Żadna jego. Pewnie czyjaś. Bo raczej wątpił, żeby niczyja. A on po trzech dniach od wyjazdu Gośki zapychał sobie głowę nową kobietą. Nie zamierzał spędzić reszty życia w celibacie, ale też nie planował od razu po rozstaniu szukać nowego związku.
Czyżby potrzebował jakiegoś klina? Na pewno nie. W ostatnich dniach miał sporo czasu na przemyślenia i obserwacje i zauważył, że gdyby chciał, klinów tutaj było sporo, niektóre nawet więcej niż chętne, ale niespecjalnie go to obchodziło. Nie należał do facetów, którzy wykorzystują okazję, i nie szukał przelotnych miłostek celem tylko zaspokojenia ciała. W tych sprawach lubił mieć pakiet: ciało i ducha. Tak więc nie, Ewa też nie była klinem. Ona była powiewem świeżości, pobudzającą rosą o poranku i dającą shota kofeiną.
Machinalnie przeczesał włosy. Co mu się roi w tej głowie?
- Nie wierzysz mi? - zapytała dźwięcznym głosem, w którym pobrzmiewały nutki zawodu.
- Wierzę - odpowiedział bez zastanowienia. - Po prostu nie wyglądasz na wiek, w którym jest osoba kończąca studia.
- Bo tak po prawdzie jestem rok młodsza od moich kolegów - odrzekła figlarnie. - Niestety jestem kujonką. Nauka pochłaniała mnie tak dalece, że liceum pokonałam o rok szybciej.
- Wow, niesamowite...!
Naprawdę był pod wrażeniem. Ambitna, inteligentna, zdeterminowana. Totalne przeciwieństwo Gośki, która skończyła studia na minimum głównie po to, żeby mieć papier. Reszta - no to już wiedział. Forsa.
Zaczynał je porównywać. Niepokojące. Niepokojące głównie dlatego, że w tym porównaniu Gośka wypadała blado. Zdecydowanie łatała tyły.
- A ty? - zapytała nagle Ewa po chwili milczącego sączenia kawy. - Jak jest z tobą?
Do tego też nie był przyzwyczajony. Rzadko ktoś zadawał mu takie pytania. Poza ojcem właściwie to tylko siostrę interesowało, jak z nim jest. Michalina lubiła rozmawiać, a on lubił rozmawiać z nią.
- Naprawdę cię to interesuje? - zapytał z niedowierzaniem.
- Naprawdę. Lubię wiedzieć, co ludziom w duszy gra. A szczególnie tym, do których mam słabość.
Znowu ten hollywoodzki uśmiech...
- A do mnie masz?
- No wiesz, wylałam na ciebie napój bogów. Naznaczyłam cię. Więc nie spraw mi zawodu, bo zacznę myśleć, że zmarnowałam kawę.
Pochyliła się w jego stronę i oparła brodę na dłoni. Palcami wygrywała jakiś rytm na swoich ustach. Miał ochotę ją pocałować. Wyobraził sobie, jak miękkie muszą być jej wargi. Ciemnoróżowe i błyszczące... Dolna nieco pełniejsza od górnej. Co jakiś czas niemal niezauważalnie przeciągała po nich koniuszkiem języka. Jezu! Zaczynał się siebie bać. Siebie i własnych odczuć... Całym sobą reagował na tę kobietę. Zdusił w sobie tę absurdalną myśl i wyprostował plecy, przywierając nimi do oparcia krzesła. Jakby to miało go uratować.
- Skończyłem zarządzanie. Kilka lat temu... - Zrobił wymowną pauzę, żeby odpowiednio dotarło to do Ewy.
- Dobrze. Zrozumiałam przekaz. Jesteś ode mnie starszy. I co dalej?
- Pięć lat. Nie przeszkadza ci to?
- A powinno?
- Trudny z ciebie przeciwnik w rozmowie. - Marcin się roześmiał.
- A ty zajmujesz się nieważnymi niuansami, zamiast mi odpowiedzieć. Mów dalej - ponagliła go.
Tkwiła w swojej poprzedniej pozycji, a on usiadł identycznie jak ona. Ich twarze dzieliło nie więcej jak dziesięć centymetrów. Poczuł jej zapach. Cytrusy i zielona herbata. Zakręciło mu się w głowie.
- Dalej mój tata prowadzi firmę i...
Przymknęła powieki, wzdychając z dezaprobatą.
- Nie pytałam o twojego tatę, Marcin - przerwała stanowczym półgłosem. - Pytałam o ciebie.
Wow!
- Jakiś czas temu razem z siostrą założyłem własną działalność w branży informatycznej. Młoda jest po informatyce.
- Co chcecie robić?
- Cyberbezpieczeństwo, ochrona danych, hurtownie danych, business intelligence... - wymieniał. - Marzę, żeby nasza firma stała się kiedyś liderem w branży. Ale to pewnie utopia.
- Niekoniecznie. W tej branży wszystko jest w ruchu, a zagadnienia, o których mówisz, są bardzo na czasie. Jeśli odpowiednio szybko i z rozwagą będziecie podążać za zmianami, to powinno się udać. Solidnych firm jest mało, a klienci tego właśnie szukają.
Jego podziw dla niej rósł z każdym wypowiadanym przez nią słowem. Nie chwyciła się za głowę i nie zaczęła lamentować nad jego losem nieszczęśnika uwikłanego w informatyczno-gospodarcze zawiłości, który goniąc za nierealnymi marzeniami, marnuje czas i pieniądze. Nie powiedziała, że jest głupi, bo nie podpiął się pod bogatego ojca. Powiedziała mu - innymi słowy, ale jednak - że marzenia są po to, aby je spełniać, a po dodaniu szczypty optymizmu i kilku ton ciężkiej pracy będzie bliżej swojego celu.
- Einstein już dawno doszedł do tego, że geniusz to jeden procent talentu i dziewięćdziesiąt dziewięć procent ciężkiej pracy. Uważam, że coś w tym jest - dodała.
A co jest w tobie, Ewo? To spontaniczne pytanie obijało się w jego głowie. Nie wiedział, co jej odpowiedzieć. Może nie był mistrzem elokwencji, ale też nie zdarzało się, żeby kompletnie odebrało mu mowę. Teraz nie umiał znaleźć odpowiednich słów. Wpatrywał się w nią jak w tęczę.
- Coś mi mówi, że jesteś dobrą prawniczką - powiedział w końcu. Nic innego nie przyszło mu do głowy.
- Nie przesadzaj. Po prostu uważam, że trzeba wierzyć w siebie i w swoje marzenia. I być konsekwentnym.
Odsunęli się od siebie na bezpieczniejszą odległość. Nie wiedział, jakie myśli miała w głowie Ewa i czy poczuła to, co on, ale on nie potrafił się oprzeć wrażeniu, że coś się między nimi zadziało. I to go zmartwiło. Tu, w klimatycznym Augustowie, mogło się dziać, ale za jakiś czas oboje wrócą do swojego życia i swoich spraw i wciągnięci w wir codzienności wydostaną się spod wpływu mazurskiej magii. W tej chwili postawił jednak na "tu i teraz".
Zamierzał spędzić z Ewą tyle czasu, ile będzie możliwe.
§
Spojrzała na zegarek. Zasiedzieli się. Południe minęło kilkadziesiąt minut temu. Ewa rozejrzała się po przystani. Zrobiło się tłoczno. W tawernie, w której siedzieli, nie było już ani jednego wolnego stolika. Rozmawiało się im tak dobrze i tak swobodnie, że w ogóle nie zauważyli upływającego czasu ani tego, że obok nich toczy się życie. Patrzyła na Marcina tak samo, jak on patrzył na nią. Intensywnie. Jakby siłą wzroku chcieli poznać swoje najskrytsze myśli. Zastanawiała się, czy jest tu sam. Nie dotknęli tego tematu. Ale z drugiej strony - czy poświęciłby jej tyle czasu, gdyby z kimś tu był?
Możliwe, że odpowiedź była prostsza, niż sama chciałaby to przyznać: przyjechał na podryw, a ona jest zwierzyną, którą złapał w sieć. Może jest, a może nie jest. Umiała się bronić przed takimi podchodami. Nieważne. Polubiła go i jeśli z jego strony nie napotka sprzeciwu, to chciała kontynuować tę znajomość. Przynajmniej tu, w Augustowie. Nie czuła się przy nim skrępowana, a on nie był nachalny. Nawet gdy zdarzały im się chwile milczenia, nie odczuwali z tego powodu dyskomfortu.
Lubiła mężczyzn ciepłych i delikatnych, którzy nie potrzebują władczo i demonstracyjnie znaczyć swojego terytorium, a mimo to emanują wewnętrzną siłą i męskością. Taki właśnie był Marcin. Spodobały jej się jego spokój oraz uwaga, z jaką jej słuchał. Był autentycznie ciekawy tego, co ona ma do powiedzenia. Dotąd rzadko spotykała mężczyzn w tym typie. No, może Janek był trochę do niego podobny... Począwszy od kolegów ze studiów, którzy w większości nie panowali nad własnym testosteronem, przez jej byłego faceta, a skończywszy na ojcu, miała do czynienia z typowymi macho. Nawet czwarty mąż jej matki - starzejący się lowelas z grubym portfelem - usilnie stylizował się na bad boya, mimo że był zwykłym cieniasem wykorzystującym pozycję i puchate konto do sterowania innymi.
Ocknęła się z zamyślenia. Długie blond włosy naturalnie skręcone w grube loki zebrała w garść i odrzuciła na plecy. Podniosła spojrzenie na Marcina. Siedział bez ruchu wpatrzony w jej twarz.
- Gdzie byłaś, Ewo? - zapytał dziwnie zduszonym głosem.
Uśmiechnęła się jakoś tak nostalgicznie. Nie powinna poddawać się takim nastrojom, szczególnie gdy była w towarzystwie.
- Przepraszam, zamyśliłam się. Czasem mi się to zdarza.
- Daj spokój, nic się nie stało. Mogłem sobie na ciebie bezkarnie patrzyć - uśmiechnął się.
- A gdy się nie zamyślam, to nie możesz?
- Mogę, ale nie wiem, czy mi wypada - odpowiedział strapiony. - I nie wiem, czy ty sobie tego życzysz.
Roześmiała się tym swoim dźwięcznym śmiechem i znowu odsunęła włosy na plecy.
- Nie za dużo masz tych wątpliwości? Po prostu popłyń z prądem. To o wiele mniej męczące niż pokonywanie rzeki w górę.
Słuchał jej w skupieniu. Wyglądał, jakby spijał słowa z jej ust.
- Z prądem, mówisz? - zapytał, spozierając na nią spod oka.
- Całkowicie z prądem. Daj się ponieść.
- Nie masz ochoty czegoś zjeść?
To rzucone mimochodem pytanie i zmiana tematu kompletnie zbiły ją z tropu. W tej chwili zrozumiała, jak się czuje przestępca w krzyżowym ogniu pytań. Ona poległa.
- Właściwie to tak.
- Na co masz ochotę?
- Na coś prostego - odpowiedziała. - Lubię proste jedzenie.
Frymuśne kanapeczki na jednego zęba, tartinki z łososiem czy inne koreczki, które jadała na bankietach, gdy towarzyszyła ojcu, ani nie zaspokajały głodu, ani też nie smakowały szczególnie rewelacyjne.
- Rozumiem, że się nie odchudzasz? - zaśmiał się pod nosem, a Ewa znów nie mogła oderwać od niego spojrzenia.
- Boże! - Popatrzyła po sobie. - A powinnam?
Wiedziała, że ani nie powinna, ani nie ma takiej potrzeby. Była szczupła. Dżinsowe szorty eksponowały jej zgrabne nogi, a gdyby zdjęła bluzę, można by zobaczyć płaski brzuch i świetny biust w rozmiarze idealnie pasującym do jej niewysokiego wzrostu i drobnej sylwetki. Figurę i urodę odziedziczyła po matce. Wprawdzie teraz jej mama uległa celebryckiej modzie i tu i ówdzie coś sobie zoperowała, ale nadal była piękna i pożądana. Niestety nie umiała tego wykorzystać we właściwy sposób. Poddawała się presji środowiska, chęci bycia ciągle na fali i w centrum uwagi... Ewa porzuciła myśli o matce. Jak zawsze, gdy wracała do tematu matki, czuła się źle, a nie chciała psuć sobie humoru. Zwłaszcza będąc z Marcinem.
- Oczywiście, że nie powinnaś! - usłyszała jego odpowiedź. - Przepraszam, jeśli źle to zabrzmiało, ale jak dotąd każda znana mi kobieta, ilekroć mowa o jedzeniu, twierdzi, że się odchudza. Taka moda chyba.
- Mam gdzieś modę, Marcin - roześmiała się. - Utrzymanie szczupłej sylwetki nie polega na odejmowaniu sobie od ust. Są inne sposoby. To co? Wiesz, gdzie możemy się podtuczyć?
- Wiem.
Chwycił jej dłoń i pociągnął za sobą. Jego dotyk - spontaniczny, niewinny i nic nieznaczący - poraził ją. Przystanęła, próbując ogarnąć kłębowisko myśli i żar, jaki w niej zapłonął. Totalne wariactwo. Nie rozumiała, co się z nią dzieje. Nie reagowała tak na facetów. Jej związki nigdy nie były poważne i nie trwały długo. I nie było ich wiele. Na palcach jednej ręki mogłaby je policzyć i jeszcze zostałby jakiś wolny palec... A od czasu kiedy przystojny protegowany ojca złamał jej serce, w ogóle nie zaprzątała sobie głowy takimi relacjami. Raz na jakiś czas z kimś się spotykała, ale w tych związkach nie było chemii, więc szybko się żegnali. Teraz pewny uścisk dłoni Marcina przyprawił ją o zawrót głowy.
On też się zatrzymał zaniepokojony jej nagłym przystanięciem. Nie wypuścił jednak jej dłoni.
- Zrobiłem coś nie tak? - zapytał cicho.
- Nie - powiedziała uspokajająco. - Ja po prostu... sama nie wiem. Chodźmy.
Mocniej zacisnęła dłoń wokół jego palców i pozwoliła się prowadzić. Nie zdziwiła się, gdy dotarli do kolejnej tawerny. Mniej nowoczesnej niż ta, w której pili kawę, ale wnętrze miało klimat. Usiedli przy drewnianym czteroosobowym stole i zaczęli przeglądać menu.
- Kartacze.
Powiedzieli to jednocześnie i wybuchnęli śmiechem. Ewa popatrzyła w oczy Marcina. Miały barwę orzecha włoskiego z delikatnymi, miodowymi refleksami.
Przypadkowe spotkanie na pomoście zaowocowało tym, że spędzili ze sobą kilka beztroskich godzin. Jakby świat ograniczał się tylko do nich. Z głośników umieszczonych pod sufitem najlepsza frontwomen w historii muzyki rockowej, Ann Wilson z grupy Heart, śpiewała swoją nostalgiczną balladę All I wanna do is make love to you. Zrobiło się klimatycznie i romantycznie...
Ewa spuściła głowę, z uwagą wpatrując się w naznaczony bruzdami blat stołu. W końcu musiała zadać mu to pytanie.
- Marcin... czy ty... - plątała się.
Była na siebie zła, bo nie umiała skonstruować i zadać prostego pytania. Co z niej za prawnik? To jednak nie do końca tak wyglądało. Okoliczności były specyficzne. A ona nie chciała zostać opacznie zrozumiana.
- Jestem tu sam - powiedział spokojnie. Ten spokój był chyba jego znakiem rozpoznawczym. - Od trzech dni jestem tu sam. I w ogóle jestem sam, jeśli już o tym mowa.
- Przepraszam. Musiałam zapytać. Nie chciałabym, żeby ktoś na ciebie czekał przeze mnie.
- Nic takiego nie ma miejsca, Ewa.
Dotknął jej dłoni. Ich palce same splotły się ze sobą. Rozpletli je dopiero, gdy przyniesiono im zamówione dania.
§
Długo jeszcze spacerowali po Augustowie. Na koniec kupili jagodzianki i postanowili wracać. Oboje byli zmęczeni dniem, który potoczył się zupełnie nieoczekiwanie i zupełnie inaczej, niż każde z nich planowało. I chociaż żadne tego nie powiedziało, nad zmęczeniem zdecydowanie dominowała radość z faktu, że trafili na siebie.
- Spotkasz się ze mną jutro? - zapytał nieśmiało.
- Z przyjemnością - odpowiedziała szczerze.
- Odprowadzę cię, jeśli pozwolisz...
Znowu jej dłoń znalazła się w jego dłoni. Znowu ten dreszcz...
Powiedziała mu, gdzie mieszka.
- Poważnie? - zapytał z niedowierzaniem. - To wygląda na to, że tak szybko się mnie nie pozbędziesz.
- Też tam mieszkasz? - Odwróciła głowę w jego kierunku, jednocześnie próbując zamaskować radość z faktu, że Marcin będzie po sąsiedzku.
Odprowadził ją pod same drzwi, jakby się bał, że zgubi się gdzieś pośród drzew. Mieszkała dokładnie w tym domku, przy którym dziś rano zauważył suszący się ręcznik.
- Dziękuję za naprawdę miły dzień - powiedziała, gdy się żegnali.
- Mój również nie zapowiadał się tak dobrze - uśmiechnął się. - Do zobaczenia jutro.
Nie odchodził. Z rękami upchniętymi w kieszeniach dżinsów wciąż stał na małej, drewnianej werandzie. Nie miał pojęcia, na co czekał. Wiedział, że powinien już iść, bo zaczynało to dziwnie wyglądać, ale nie mógł wykonać żadnego ruchu. Stał i patrzył na Ewę. Jakby chciał zapamiętać każdy szczegół jej twarzy.
- Kogoś mi przypominasz - powiedział w końcu.
Przez jej twarz przemknął cień. Mógł tak myśleć i nie mylił się. Ale póki sam do tego nie dojdzie, nie zamierzała mu mówić. Nic nie mogła poradzić ani na to podobieństwo, ani na to, że matka, kiedy jej to było wygodne i potrzebowała ocieplenia wizerunku, lubiła się z nią pokazywać tu i ówdzie. Ale od jakiegoś czasu Ewa mówiła kategoryczne "nie" tym szczeniackim wygłupom matki i odmawiała udziału w ustawkach zdjęciowych, bo nie miała ochoty na oglądanie swojej twarzy w tabloidach. Nie była jak jej matka i wolała, aby jak najmniej osób wiedziało o ich pokrewieństwie.
- To możliwe. Ludzie bywają do siebie podobni - skwitowała tylko.
Wskazał jej swój domek i odszedł dopiero, kiedy zamknęła za sobą drzwi.
Ewa rzuciła na łóżko torebkę i zdjęła bluzę. Wzięła ręcznik, żel pod prysznic, szampon i weszła do mikroskopijnej łazienki. Była tak mała, że jedna osoba to już był tłok. Zamknęła szklane drzwi równie mikroskopijnej kabiny i odkręciła wodę. Ciepły strumień zalał jej ciało. Stała bez ruchu, pozwalając rozluźnić się mięśniom. Myślała o Marcinie - niesamowitym, dowcipnym mężczyźnie, który umiał słuchać równie pięknie, jak opowiadać.
Od dawna już nie czuła się przy nikim tak swobodnie - bez bufonady, stroszenia piórek i poczucia, że musi się dobrze sprzedać. W świecie jej ojca, do którego z konieczności należała, wszystko miało swoją cenę, było wykalkulowane i obliczone. Zaplanowane, a nawet zaaranżowane. Nie tego chciała dla siebie, mimo że wybierając studia prawnicze, po części skierowała się na tę drogę. Ale wiedziała, że tę samą drogę każdy może pokonać inaczej. Ona wybrała wygodne buty do swobodnej wędrówki przez meandry prawa. Bez robienia kariery i siadania na świeczniku. Stabilna praca z ciekawymi ludźmi w niewielkiej kancelarii zupełnie pokrywała jej zapotrzebowanie na zawodowy sukces.
Głośne pukanie do drewnianych drzwi domku przerwało jej rozmyślania. Początkowo nie zarejestrowała tego dźwięku, ale gdy przybrał na sile i stał się bardziej natarczywy, wyszła spod prysznica. Owinęła się ręcznikiem i podeszła do drzwi.
Na werandzie stał Marcin.
[2] Unus pro omnibus, omnes pro uno - (z łac.) Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.