Prolog
Prolog
York, 1847
- Boję się - wyszeptała mała dziewczynka siedząca na łóżku. - Dziadku,
możesz zostać ze mną?
Aloysius Starkweather prychnął ze zniecierpliwieniem, ale przysunął
krzesło do łóżka i usiadł. Irytacja była tylko po części szczera. W skrytości ducha cieszył się, że wnuczka mu ufa i że często tylko on
potrafi ją uspokoić. Jego szorstkość nigdy nie przeszkadzała dziewczynce
mimo jej wrażliwej natury.
- Nie ma się czego bać, Adele - zapewnił ją teraz. - Sama się
przekonasz.
Wnuczka spojrzała na niego wielkimi oczami. Ceremonia pierwszych runów
zwykle odbywała się w którymś z okazalszych pomieszczeń Instytutu w Yorku, ale z powodu słabych nerwów i kruchego zdrowia Adele postanowiono
tym razem przenieść uroczystość do jej bezpiecznej sypialni. Dziewczynka
siedziała na brzegu łóżka ze sztywno wyprostowanymi plecami. Na sobie
miała odświętną czerwoną sukienkę, delikatne, jasne włosy były związane
z tyłu czerwoną wstążką. Oczy wydawały się ogromne w drobnej twarzyczce.
Wszystko w niej było kruche jak chińska porcelana.
- Co mi zrobią Cisi Bracia? - spytała.
- Podaj mi rękę - rzekł dziadek, a ona z ufnością wyciągnęła do niego
prawą dłoń. Starkweather obrócił ją i popatrzył na siateczkę
jasnoniebieskich żył rysujących się pod skórą. - Użyją steli... wiesz,
co to jest stela. Żeby narysować ci Znak. Zwykle zaczynają od Runu
Wzroku, o czym dowiesz się na lekcjach, ale w twoim wypadku rozpoczną od
Siły.
- Bo nie jestem zbyt silna.
- Żeby cię wzmocnić.
- Tak jak mnie wzmacnia rosół wołowy. - Adele zmarszczyła nos.
Dziadek się roześmiał.
- Mam nadzieję, że to nie będzie aż takie nieprzyjemne. Poczujesz lekkie
ukłucie, ale musisz być dzielna i nie krzyczeć, bo Nocni Łowcy nie
płaczą z bólu. Pieczenie szybko ustąpi, a ty poczujesz się dużo
silniejsza. I to będzie koniec ceremonii. Potem zejdziemy na dół i zjemy
tort dla uczczenia ceremonii.
Adele klasnęła w ręce.
- Będzie przyjęcie!
- Tak, przyjęcie. I prezenty. - Starkweather poklepał się po kieszeni.
Trzymał w niej małe pudełeczko owinięte w niebieski papier. Znajdował
się w nim jeszcze mniejszy rodowy pierścień. - Mam tu jeden dla ciebie.
Dostaniesz go, jak tylko skończy się ceremonia znaków.
- Jeszcze nigdy nie miałam swojego przyjęcia.
- Teraz zostaniesz Nocną Łowczynią - powiedział Aloysius. - Wiesz,
dlaczego to jest ważne, prawda? Pierwsze runy oznaczają, że już jesteś
Nefilim, tak jak ja, jak twoja matka i ojciec. Oznaczają, że jesteś
częścią Clave. Częścią naszego rodu wojowników. Kimś innym i lepszym od
pozostałych ludzi.
- Lepszym - powtórzyła Adele wolno.
W tym momencie do pokoju weszło dwóch Cichych Braci i Aloysius dostrzegł
błysk lęku w oczach wnuczki. Dziewczynka pośpiesznie zabrała rękę z jego
uścisku. Starkweather zmarszczył brwi. Nie podobał mu się strach u własnych potomków, choć nie mógł zaprzeczyć, że Cisi Bracia są dość
upiorni z tym swoim milczeniem i dziwnym, posuwistym krokiem. Gdy
podeszli do łóżka, drzwi otworzyły się ponownie i do sypialni weszli
rodzice Adele. Jej ojciec, a jego syn, w szkarłatnym stroju, synowa w czerwonej sukni wybrzuszającej się w talii i w złotym naszyjniku z runem
enkeli. Uśmiechnęli się oboje do córki, a ona odpowiedziała im drżącym
grymasem.
Adele Lucindo Starkweather, rozbrzmiał głos pierwszego Cichego Brata,
Cimona. Osiągnęłaś odpowiedni wiek, żeby otrzymać pierwszy ze Znaków
Anioła. Jesteś świadoma zaszczytu i zrobisz wszystko w swojej mocy, żeby
na niego zasłużyć?
Adele posłusznie skinęła głową.
- Tak.
Przyjmiesz Znaki Anioła, które na zawsze pozostaną na twoim ciele i będą ci przypominały, co jesteś winna Aniołowi, oraz o twoim uświęconym
obowiązku wobec świata?
Dziewczynka powtórnie kiwnęła głową. Serce Aloysiusa napęczniało dumą.
- Przyjmę.
Zaczynajmy więc. W długiej, białej dłoni Cichego Brata błysnęła stela.
Cimon ujął drżącą rękę Adele i przytknął do niej czubek narzędzia.
Zaczął rysować.
Adele ze zdumieniem patrzyła, jak na jej bladym przedramieniu pojawia
się zarys symbolu Siły, delikatny wzór z przeplatających się czarnych
linii. Całe ciało miała napięte, zęby wbiła w górną wargę. W pewnym
momencie pomknęła wzrokiem ku dziadkowi, a on zdziwił się na widok tego,
co dostrzegł w jej oczach.
Ból. Odrobina cierpienia w czasie nakładania znaków była rzeczą
normalną, ale w źrenicach wnuczki Aloysius zobaczył... agonię.
Poderwał się z krzesła tak gwałtownie, że upadło.
- Stop! - krzyknął.
Niestety, za późno.
Znak był gotowy. Cichy Brat cofnął się i wytrzeszczył oczy na widok
steli splamionej krwią. Adele cicho jęczała, najwyraźniej mając w pamięci upomnienie dziadka, żeby nie krzyczeć z bólu... ale kiedy jej
poraniona skóra zaczęła czernieć, płonąć i odchodzić od kości, jakby
znak był ogniem, nie zdołała się powstrzymać, tylko odrzuciła głowę do
tyłu i zaczęła wrzeszczeć, wrzeszczeć...
Londyn, 1873
- Will? - Charlotte Fairchild uchyliła drzwi sali treningowej Instytutu.
Jedyną odpowiedzią było stłumione mruknięcie. Charlotte weszła do
dużego, wysokiego pomieszczenia. Charlotte dorastała, trenując tutaj
niezliczone godziny, więc znała każdy skrawek drewnianej podłogi, starą
tarczę strzelniczą namalowaną na północnej ścianie, okna ze szprosami.
Pośrodku sali stał Will Herondale z nożem w ręce.
Gdy odwrócił głowę i spojrzał na Charlotte, po raz kolejny naszła ją
refleksja, jakim on jest dziwnym dzieckiem... Był bardzo ładnym
dwunastoletnim chłopcem, o gęstych czarnych włosach, które lekko wiły
się nad kołnierzykiem, teraz mokre i sklejone od potu. Kiedy przybył do
Instytutu, cerę miał ogorzałą od wiejskiego powietrza i słońca, ale
sześć miesięcy miejskiego życia pozbawiło jego skórę opalenizny, tak że
teraz rumieńce na policzkach tym bardziej się odznaczały. Niebieskie
oczy były wyjątkowo świetliste. Mógłby wyrosnąć na przystojnego
mężczyznę, gdyby zrobił coś z gniewną miną, która na stałe gościła na
jego twarzy.
- O co chodzi, Charlotte? - rzucił burkliwie, kiedy weszła do sali i zatrzymała się przy drzwiach.
Nadal mówił z lekkim walijskim akcentem, co mogłoby być czarujące, gdyby
nie cierpki ton. Wytarł czoło rękawem.
- Szukam cię od wielu godzin - powiedziała Charlotte z lekkim wyrzutem,
choć surowość nigdy nie robiła wrażenia na Willu. Niewiele rzeczy robiło
na nim wrażenie, kiedy był nie w humorze, czyli prawie zawsze. -
Pamiętasz, co ci wczoraj mówiłam? Że dzisiaj przyjeżdża do Instytutu
ktoś nowy?
- Och, pamiętam. - Will rzucił nożem i jeszcze bardziej spochmurniał,
kiedy ostrze utkwiło tuż poza kręgiem na tarczy. - Po prostu nic mnie to
nie obchodzi.
Chłopiec ukryty za Charlotte wydał stłumiony dźwięk, całkiem podobny do
śmiechu. Ale on przecież nie mógłby się śmiać? Ostrzeżono ją, że
przybysz z Szanghaju nie jest całkiem zdrowy, lecz i tak była
zaskoczona, kiedy wysiadł z powozu, blady i chwiejący się jak trzcina na
wietrze, o ciemnych kręconych włosach przetykanych srebrem, jakby miał
osiemdziesiąt lat, a nie dwanaście. Duże, srebrno-czarne oczy były
dziwne i zarazem piękne, ale raczej niesamowite w tak delikatnej twarzy.
- Will, bądź uprzejmy - powiedziała z naciskiem, usunęła się na bok i popchnęła gościa ku środkowi sali. - Nie przejmuj się Willem. On po
prostu bywa czasami nie w sosie. Willu Herondale, mogę cię przedstawić
Jamesowi Carstairsowi z Instytutu Szanghajskiego?
- Jem - odezwał się przybysz. - Wszyscy mówią mi Jem. - Zrobił krok do
przodu, obserwując Willa z przyjaznym zaciekawieniem. Ku zaskoczeniu
Charlotte mówił bez śladu akcentu, ale, z drugiej strony, jego ojciec
był Brytyjczykiem. - Ty też możesz.
- Cóż, skoro wszyscy tak do ciebie mówią, twoja propozycja nie jest dla
mnie szczególnym wyróżnieniem, prawda? - rzucił Will kwaśnym tonem. Jak
na kogoś tak młodego potrafił być zadziwiająco niemiły. - Zapewniam cię,
Jamesie Carstairs, że będzie lepiej dla nas obu, jeśli zajmiesz się sobą
i zostawisz mnie w spokoju.
Charlotte westchnęła w duchu. Miała nadzieję, że rówieśnik jakoś zdoła
przebić się przez gniew i złośliwość Willa i być może go rozbroi, ale
teraz stało się jasne, że młodego Herondale'a naprawdę nie obchodziło,
że do Instytutu przybył inny Nocny Łowca. Nie chciał przyjaciół ani ich
nie potrzebował. Zerknęła na Jema, spodziewając się, że zobaczy na jego
twarzy zaskoczenie albo urazę, ale on tylko uśmiechał się lekko, jakby
Will był kotkiem, który próbuje go podrapać.
- Nie trenowałem, odkąd wyjechałem z Szanghaju - powiedział. - Przydałby
mi się partner, z którym mógłbym potrenować.
- Mnie też - odparł Will. - Ale ja potrzebuję kogoś, kto dotrzyma mi
kroku, a nie słabeusza, który wygląda, jakby stał nad grobem. Choć może
nadałbyś się jako cel przy ćwiczeniach z rzucania nożem.
Charlotte, która znała prawdę o Jamesie Carstairsie - ale nie podzieliła
się nią z Willem - zamarła z przerażenia. "Stał nad grobem", dobry Boże!
Co powiedział jej ojciec? Że Jem musi zażywać narkotyk, który przedłuży
jego życie, ale go nie uratuje. Och, Will!
Zrobiła ruch, jakby chciała wejść między chłopców, ochronić Jema przed
okrucieństwem rówieśnika, w tym wypadku gorszym, niż Will mógłby
przypuszczać... ale się zatrzymała.
Jem nawet nie zmienił wyrazu twarzy.
- Jeśli przez "stanie nad grobem" masz na myśli umieranie, to owszem -
powiedział. - Zostały mi jakieś dwa lata życia, trzy, jeśli będę miał
szczęście. Przynajmniej tak mówią.
Nawet Will nie zdołał ukryć szoku. Jego policzki poczerwieniały.
- Ja...
Ale Jem już ruszył w stronę tarczy namalowanej na ścianie. Wyszarpnął
nóż z drewna, po czym odwrócił się i podszedł do Willa. Choć delikatnej
budowy, był tego samego wzrostu co on. Stojąc zaledwie cale od siebie,
chłopcy zwarli się spojrzeniami.
- Możesz mnie wykorzystać do ćwiczeń z celności, jeśli chcesz -
powiedział Jem takim tonem, jakby mówił o pogodzie. - Chyba nie muszę
się bać, bo nie masz zbyt dobrego oka. - Odwrócił się, zamachnął i rzucił nożem. - Broń utkwiła w samym środku tarczy i zadrżała lekko. -
Albo możesz mi pozwolić, żebym cię potrenował. - Jem z powrotem spojrzał
na Willa. - Bo ja mam bardzo dobre oko.
Charlotte osłupiała. Przez pół roku obserwowania Willa zauważyła, że
chłopak z nienawiścią i precyzyjnie wymierzonym okrucieństwem odpycha od
siebie wszystkich, którzy próbują się do niego zbliżyć - nauczycieli,
jej ojca, jej narzeczonego Henry'ego, obu braci Lightwoodów. Gdyby nie
to, że była jedyną osobą, która widziała, jak Will płacze, chyba już
dawno straciłaby nadzieję, że jej podopieczny potrafi być dla kogoś
dobry. A jednak teraz, kiedy patrzył na Jamesa Carstairsa, tak kruchego,
że wydawał się jak zrobiony ze szkła, twardy wyraz jego twarzy powoli
zmieniał się w niepewność.
- Naprawdę umierasz? - zapytał bardzo dziwnym tonem.
James kiwnął głową.
- Tak mówią.
- Przykro mi - powiedział Will.
- Tylko nie to - rzucił cicho Jem, odgarnął połę kurtki i wyjął nóż zza
paska. - Nie bądź pospolity. Nie mów, że ci przykro. Powiedz, że
będziesz ze mną trenował.
Podał nóż Willowi, rękojeścią do przodu. Charlotte wstrzymała oddech.
Bała się poruszyć. Czuła, że jest świadkiem czegoś bardzo dziwnego i bardzo ważnego, ale sama nie wiedziała, co właściwie rozgrywa się na jej
oczach.
Will wyciągnął rękę i wziął nóż, nie spuszczając wzroku z twarzy Jema.
Palcami musnął przy tym dłoń drugiego chłopca. Charlotte po raz pierwszy
widziała, jak jej wychowanek dotyka kogoś z własnej woli.
- Będę z tobą trenował - oznajmił Will.
Rozdział pierwszy. Potworna awantura
Rozdział pierwszy
Potworna awantura
"W poniedziałek żeń się dla zdrowia,
We wtorek dla bogactwa,
Środa to dzień najlepszy,
W czwartek dla udręki.
W piątek dla straty, a
W sobotę dla nieszczęścia".
- przyśpiewka ludowa
- Grudzień to dobry czas na ślub - stwierdziła szwaczka z ustami pełnymi
szpilek. - Jak powiadają: "Kiedy w grudniu pada śnieg, bierz ślub, a prawdziwa miłość przetrwa". - Wbiła ostatnią szpilkę w suknię i zrobiła
krok do tyłu. - No. I co panienka myśli? To jeden z ostatnich modeli
Wortha.
Tessa spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Suknia była ze złotego
jedwabiu, zgodnie z tradycją Nocnych Łowców, którzy uważali biały za
kolor żałoby, choć sama królowa Wiktoria brała w nim ślub. Koronka
zdobiła dopasowany stanik i stanowiła wykończenie rękawów.
- Piękna! - Charlotte klasnęła w ręce i pochyliła się. Jej brązowe oczy
jarzyły się zachwytem. - Tesso, ten kolor świetnie na tobie wygląda.
Tessa okręciła się przed lustrem. Złoto przydawało jej policzkom tak
potrzebnych kolorów, gorset nadawał jej sylwetce kształt klepsydry i zaokrąglał ją w tych miejscach, gdzie powinien, mechaniczny aniołek
wiszący na szyi koił ją swoim tykaniem. Pod nim wisiał jadeit, który
podarował jej Jem. Wydłużyła łańcuszek, żeby móc nosić obie te rzeczy
razem, bo z żadną nie chciała się rozstawać.
- Nie sądzisz, że ta koronka jest zbyt ozdobna?
- Wcale nie! - Charlotte odchyliła się do tyłu, odruchowo kładąc rękę na
brzuchu. Zawsze była bardzo szczupła - prawdę mówiąc, wręcz chuda - i nie potrzebowała gorsetu, a teraz, kiedy spodziewała się dziecka,
zaczęła nosić luźne suknie, w których wyglądała jak ptaszek. - To twój
ślub, Tesso. Jeśli istnieje jakaś okazja, żeby nawet przesadnie się
wystroić, to właśnie w ten dzień. Tylko sobie wszystko wyobraź.
Właśnie temu zajęciu Tessa oddawała się ostatnio przez zbyt wiele nocy.
Jeszcze nie wiedziała, gdzie ona i Jem wezmą ślub, bo Rada nadal
zastanawiała się nad ich sytuacją. Ale kiedy wyobrażała sobie tę chwilę,
ślub zawsze odbywał się w kościele, ona szła główną nawą, wspierając się
na ramieniu Henry'ego, nie rozglądając się, tylko patrząc prosto przed
siebie na narzeczonego, jak przystało pannie młodej. Jem miał być w stroju nie bojowym, tylko specjalnie zaprojektowanym na tę okazję, ale w stylu militarnym: czarny ze złotymi pasami wokół nadgarstków i złotymi
runami na kołnierzu i kieszonce.
Wyglądał tak młodo. Oboje byli tacy młodzi. Tessa wiedziała, że to
niezwykłe, by pobierać się w wieku siedemnastu i osiemnastu lat, ale
czas ich naglił.
Czas Jema.
Tessa dotknęła szyi i poczuła znajome wibracje. Skrzydła aniołka drapały
wnętrze jej dłoni. Szwaczka z niepokojem spojrzała na nią. Była
Przyziemną, nie Nefilim, ale miała Wzrok, jak wszyscy, którzy służyli
Nocnym Łowcom.
- Mam usunąć koronkę, panienko?
Zanim Tessa zdążyła odpowiedzieć, rozległo się pukanie do drzwi:
- Jesteś tam, Tesso?
Charlotte wyprostowała się gwałtownie.
- Och! On nie może cię zobaczyć w tej sukni!
- Dlaczego? - zdziwiła się Tessa.
- Bo Nocni Łowcy uważają, że to przynosi pecha. - Charlotte wstała. -
Szybko! Ukryj się za szafą!
- Za szafą? Ale...
Tessa pisnęła zaskoczona, kiedy Charlotte objęła ją w talii i niemal
zaciągnęła do kryjówki jak policjant eskortujący wyjątkowo opornego
przestępcę. Uwolniona Tessa otrzepała suknię i wykrzywiła się do
Charlotte. Kiedy szwaczka otworzyła drzwi, obie wyjrzały zza szafy.
W szparze pojawiła się srebrna głowa. Jem był lekko rozczochrany,
marynarkę miał przekrzywioną. Gdy rozejrzał się ze zdziwieniem i dostrzegł Charlotte i Tessę do połowy ukryte za szafą, westchnął z ulgą.
- Dzięki Bogu! Nie miałem pojęcia, gdzie się podziewacie. Gabriel
Lightwood jest na dole i urządza straszną awanturę.
***
- Napisz do nich - powiedziała Cecily Herondale. - Proszę. Tylko jeden
list.
Will odrzucił do tyłu spocone włosy i spiorunował ją wzrokiem.
- Zajmij właściwą pozycję - rozkazał, wskazując miejsce czubkiem
sztyletu. - Tam.
Cecily z westchnieniem spełniła polecenie. Wcześniej celowo źle stanęła,
żeby sprowokować Willa. Łatwo było go sprowokować. Tyle pamiętała z czasów, kiedy miał dwanaście lat. Wtedy też podjudzanie go, żeby coś
zrobił, na przykład, wspiął się na stromy dach rezydencji, wywoływało
taki sam skutek: gniewny niebieski płomień w oczach, zaciśnięte zęby,
czasami złamana noga albo ręka.
Oczywiście, ten Will, prawie dorosły, nie był bratem, którego pamiętała
z dzieciństwa. Stał się bardziej wybuchowy i bardziej zamknięty w sobie.
Odziedziczył urodę po matce i upór po ojcu, a także, jak się obawiała,
jego skłonność do występków, choć tylko się tego domyślała z szeptów
mieszkańców Instytutu.
- Podnieś broń! - Ton Willa był chłodny i profesjonalny jak u jej
guwernantki.
Cecily wypełniła polecenie. Minęło trochę czasu, zanim przyzwyczaiła się
do stroju bojowego: luźnej tuniki, spodni i pasa. Teraz poruszała się w nim równie swobodnie jak w nocnej koszuli.
- Nie rozumiem, dlaczego chociaż nie zastanowisz się nad napisaniem
listu. Jednego listu.
- A ja nie rozumiem, dlaczego ty nie zastanawiasz się nad powrotem do
domu - odparował Will. - Gdybyś po prostu pojechała do Yorkshire,
mogłabyś przestać martwić się o naszych rodziców i...
- A może byś się założył, Will? - przerwała mu Cecily.
Była jednocześnie zadowolona i trochę rozczarowana, kiedy zobaczyła
błysk w oczach brata, zupełnie taki jak u ojca, gdy proponowano mu
zakład. Mężczyźni są tacy przewidywalni.
- O co? - Will zrobił krok do przodu.
Cecily widziała runy wijące się na jego nadgarstkach i mnemosyne na
szyi. Przez dłuższy czas patrzyła na znaki jak na oszpecenia, ale teraz
się do nich przyzwyczaiła. Podobnie jak do noszenia stroju Nocnych
Łowców, do wielkich sal Instytutu wypełnionych echami i do jego dziwnych
mieszkańców.
Wskazała na ścianę ze starą tarczą strzelniczą namalowaną pośrodku
czarną farbą.
- Jeśli trafię w środek trzy razy, napiszesz do rodziców list o tym, co
u ciebie słychać. Musisz im powiedzieć o klątwie i wyjaśnić, dlaczego
uciekłeś.
Will spochmurniał, jak zawsze, kiedy siostra wyskakiwała z tą prośbą.
- Nigdy nie trafisz trzy razy, Cecy.
- W takim razie zakład nie powinien być dla ciebie wielkim zmartwieniem,
Williamie.
Celowo użyła jego pełnego imienia. Wiedziała, że w ten sposób wprawia go
w zakłopotanie, chociaż, kiedy tak mówił jego najlepszy przyjaciel
Jem... nie, jego parabatai - o tej istotnej różnicy dowiedziała się po
przybyciu do Instytutu - Will traktował to jak wyraz uczucia. Możliwe,
że nadal pamiętał, jak ona człapie za nim na tłustych nóżkach i woła
zadyszana: "Will, Will!". Nigdy nie nazywała go wtedy Williamem, tylko
Willem albo po walijsku Gwilym.
Brat zmrużył oczy, ciemnoniebieskie jak jej własne. Kiedy ich matka
stwierdziła kiedyś z czułością, że Will będzie pożeraczem kobiecych
serc, kiedy dorośnie, Cecily spojrzała na nią z powątpiewaniem: chudy,
rozczochrany chłopak, same ręce i nogi, zawsze umorusany. Ale kiedy
wparowała do jadalni Instytutu, a on wstał zdumiony, pomyślała: to nie
może być Will.
Kiedy wbił w nią wzrok - miał oczy ich matki - dostrzegła w nich gniew.
Nie był zadowolony, że ją widzi, o nie! I gdzie się podział ten chłopak
z jej wspomnień: chudzielec z szopą czarnych włosów, z liśćmi na
ubraniu. Teraz miała przed sobą wysokiego, onieśmielającego mężczyznę.
Słowa, które zamierzała z siebie wyrzucić, uwięzły jej w krtani, więc
odpowiedziała mu gniewnym wzrokiem. I od tamtej pory Will ledwo
tolerował jej obecność, jakby była kamykiem w bucie, stałą, ale drobną
przykrością.
Cecily wzięła głęboki wdech, uniosła podbródek i przygotowała się do
pierwszego rzutu. Will nie wiedział, ile godzin spędziła sama w tej
sali, ćwicząc, ucząc się wyważania noża, odkrywając, na czym polega
dobry rzut. Odchyliła prawe ramię do tyłu, za głowę, po czym przeniosła
ciężar ciała do przodu. Gdy czubek noża znalazł się na jednej linii z celem, Cecily wypuściła go, wstrzymując oddech, i błyskawicznie cofnęła
rękę.
Nóż utkwił w ścianie, dokładnie pośrodku tarczy.
- Jeden - powiedziała Cecily, posyłając bratu uśmiech pełen wyższości.
Will odpowiedział jej kamiennym spojrzeniem, a następnie podszedł do
ściany, wyszarpnął z niej broń i oddał ją siostrze.
Przy drugim rzucie nóż również trafił w cel i zawibrował niczym drwiący
palec.
- Dwa - odliczyła Cecily grobowym tonem.
Brat oddał jej nóż z zaciśniętymi zębami, a Cecily przyjęła go z uśmiechem. Czuła, że w jej żyłach niczym krew płynie pewność siebie.
Wiedziała, że jest w stanie to zrobić. Zawsze potrafiła wspiąć się tak
wysoko jak Will, biegać równie szybko, wstrzymać oddech równie długo...
Rzuciła. Nóż wbił się w cel, Cecily podskoczyła, klaszcząc w ręce,
ogarnięta radością zwycięstwa. Włosy uwolnione ze szpilek rozsypały się
jej po twarzy. Odgarnęła je i szeroko uśmiechnęła się do brata.
- Napiszesz list. Zgodziłeś się na zakład!
Ku jej zaskoczeniu Will się uśmiechnął.
- Napiszę - powiedział. - Napiszę, a potem wrzucę go w ogień. - Uniósł
rękę na widok jej oburzenia. - Obiecałem, że napiszę list, ale nie
mówiłem, że go wyślę.
- Jak śmiałeś mnie tak oszukać?! - wykrzyknęła Cecily.
- Uprzedzałem cię, że nie jesteś materiałem na Nocnego Łowcę. Inaczej
nie dałabyś się tak łatwo oszukać. Nie zamierzam napisać tego listu,
Cecy. To wbrew Prawu, i już!
- Jakby obchodziło cię Prawo! - Cecily tupnęła nogą i od razu zirytowała
się jeszcze bardziej; nie znosiła dziewczyn, które tupały nogami.
- A tobie nie zależy na byciu Nocną Łowczynią. - Will zmrużył oczy. - Co
ty na to? Napiszę list i dam ci go, jeśli mi obiecasz, że sama
zawieziesz go do domu... i już nie wrócisz.
Cecily aż się cofnęła. Pamiętała wiele głośnych kłótni z Willem,
porcelanowych lalek wyrzucanych przez okno poddasza, ale wśród wspomnień
były też miłe chwile: brat bandażujący jej rozcięte kolano albo
zawiązujący wstążkę we włosach. Tej dobroci brakowało Willowi, który
stał teraz przed nią. Ich mama płakała przez pierwsze dwa lata po jego
wyjeździe. Tuląc Cecily, mówiła, że Nocni Łowcy "pozbawią go całej
miłości". To zimni ludzie, powtarzała, ludzie, którzy zabraniali jej
małżeństwa z ich ojcem. Czego on u nich szukał, jej Will, jej mały
synek?
- Nie pojadę - oświadczyła Cecily, mierząc brata wzrokiem. - I jeśli się
uprzesz, że muszę, ja... ja...
W tym momencie drzwi sali się uchyliły. W progu stanął Jem.
- A, widzę, że sobie grozicie. Robicie to całe popołudnie czy dopiero
zaczęliście?
- To on zaczął. - Cecily wskazała brodą na Willa, choć wiedziała, że to
bezcelowe.
Parabatai Willa traktował ją z obojętną, łagodną uprzejmością
zarezerwowaną dla młodszych sióstr przyjaciół, ale zawsze stawał po jego
stronie. Uprzejmie, ale zdecydowanie stawiał jej brata ponad wszystkim
na świecie.
Cóż, prawie wszystkim. Widok Jema zrobił na niej piorunujące wrażenie,
kiedy zjawiła się w Instytucie: jego nieziemska, niezwykła uroda,
srebrzyste włosy i oczy, delikatne rysy. Wyglądał jak książę z bajki.
Cecily mogłaby nawet rozważyć zakochanie się w nim, gdyby nie było
oczywiste, że Jem jest po uszy zakochany w Tessie Grey. Jego wzrok
podążał za nią wszędzie, dokądkolwiek szła, głos się zmieniał, kiedy do
niej mówił. Matka Cecily stwierdziła kiedyś z rozbawieniem, że jeden z ich młodych sąsiadów wpatruje się w dziewczynę, jakby "była jedyną
gwiazdą na niebie", i właśnie w taki sposób Jem patrzył na Tessę.
Cecily nie czuła zazdrości. Tessa była wobec niej miła i przyjazna, choć
trochę nieśmiała, zawsze z nosem w książce, podobnie jak Will. Jeśli
właśnie takiej dziewczyny pragnął Jem, Cecily do niego nie pasowała. Im
dłużej przebywała w Instytucie, tym wyraźniej sobie uświadamiała, jak
bardzo skomplikowałyby się sprawy z Willem. Jej brat był wyjątkowo
opiekuńczy wobec Jema. Obserwowałby ją przez cały czas i czuwał, żeby
przypadkiem go nie zdenerwowała albo nie skrzywdziła w inny sposób. Nie,
lepiej trzymać się od tego wszystkiego z dala.
- Właśnie myślałem, żebym związać Cecily i nakarmić nią kaczki w Hyde
Parku - powiedział Will, odgarniając do tyłu wilgotne włosy i posyłając
Jemowi rzadki u niego uśmiech. - Przydałaby mi się twoja pomoc.
- Niestety, chyba będziesz musiał odłożyć na później swoje plany wobec
siostry. Na dole jest Gabriel Lightwood, a ja chciałbym ci przypomnieć
dwa słowa. Twoje ulubione słowa, przynajmniej kiedy ty je wypowiadasz.
- "Kompletny prostak"? - podsunął Will. - "Bezwartościowy uzurpator"?
Jem uśmiechnął się szeroko.
- Demoniczna ospa.
***
Z wprawą trzymają tacę w jednej ręce, drugą Sophie zapukała do pokoju
Gideona Lightwooda.
Usłyszała pośpieszne kroki i drzwi się otworzyły. W progu stał Gideon w spodniach, szelkach i białej koszuli z podwiniętymi rękawami. Ręce miał
mokre, a włosy wilgotne, jakby pośpiesznie przeczesał je palcami. Sophie
drgnęło serce w piersi, ale zmusiła się do tego, żeby przybrać surową
minę.
- Panie Lightwood, przyniosłam rogaliki, o które pan prosił, a Bridget
zrobiła kanapki - oznajmiła.
Gideon zrobił krok do tyłu, żeby wpuścić ją do środka. Pokój był taki
sam jak wszystkie inne w Instytucie: ciężkie, ciemne meble, wielkie łoże
z baldachimem, duży kominek, wysokie okna, tutaj wychodzące na
dziedziniec. Sophie czuła na sobie spojrzenie Gideona, kiedy szła przez
pokój i stawiała tacę na stoliku. Potem się wyprostowała i odwróciła z rękami złożonymi z przodu na fartuchu.
- Sophie... - zaczął Gideon.
- Panie Lightwood - przerwała mu Sophie. - Ma pan jeszcze jakieś
życzenie?
Spojrzał na nią na pół buntowniczo, na pół ze smutkiem.
- Chciałbym, żebyś mówiła mi Gideon.
- Już panu tłumaczyłam, że nie mogę.
- Sophie, proszę. - Zrobił krok w jej stronę. - Zanim wprowadziłem się
do Instytutu, myślałem, że jesteśmy na dobrej drodze do przyjaźni. Ale
od dnia, kiedy tu zamieszkałem, traktujesz mnie chłodno.
Sophie odruchowo powędrowała dłonią do twarzy. Przypomniała sobie, jak
pan Teddy, syn jej dawnego pracodawcy, dopadał ją w ciemnych kątach,
przyciskał do ściany i wsuwał ręce pod stanik, mamrocząc jej do ucha,
żeby była mu przychylniejsza, jeśli wie, co dla niej dobre. Na to
wspomnienie zrobiło się jej słabo, nawet teraz, po latach.
- Sophie. - W kącikach oczu Gideona pojawiły się zmarszczki. - O co
chodzi? Jeśli zrobiłem coś złego, czymś cię obraziłem, powiedz mi,
proszę, jak mogę to naprawić...
- Nic złego pan nie zrobił, niczym mnie nie obraził. Jest pan
dżentelmenem, a ja służącą. Nie może być między nami poufałości. Proszę
nie wprawiać mnie w zakłopotanie, panie Lightwood.
Gideon opuścił uniesioną rękę. Minę miał tak żałosną, że Sophie zmiękło
serce. Ja mam wszystko do stracenia, a on nic, upomniała się surowo.
Powtarzała to sobie późno w nocy, leżąc w wąskim łóżku, dręczona
wspomnieniem oczu koloru burzy.
- Myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi.
- Nie mogę być pańską przyjaciółką.
Gideon zrobił krok do przodu.
- A gdybym cię poprosił...
- Gideonie! - W otwartych drzwiach stanął zdyszany Henry w jednej z tych
swoich okropnych kamizelek w zielone i pomarańczowe paski. - Twój brat
jest na dole...
Oczy Gideona się rozszerzyły.
- Gabriel jest tutaj?
- Tak. Krzyczy coś o waszym ojcu, ale zaklina się, że nic nam nie powie,
póki ty się nie zjawisz. Chodź.
Gideon się zawahał, przesuwając wzrok z Henry'ego na Sophie, która
starała się być niewidzialna.
- Ja...
- Chodź, Gideonie. - Henry rzadko mówił ostrym tonem, a kiedy to robił,
efekt był zdumiewający. - On jest cały we krwi.
Gideon zbladł i sięgnął po miecz wiszący przy drzwiach.
- Idę.
***
Gabriel Lightwood opierał się o ścianę przy drzwiach Instytutu, bez
kurtki, w samej koszuli i spodniach przesiąkniętych krwią. Na zewnątrz u stóp schodów Tessa widziała powóz Lightwoodów z herbem w postaci
płomienia namalowanym na boku. Chłopak musiał sam nim przyjechać.
- Gabrielu - zaczęła Charlotte kojącym tonem, jakby próbowała uspokoić
znarowionego konia. - Powiesz nam, proszę, co się stało.
Gabriel - wysoki i smukły, z kasztanowymi włosami sklejonymi krwią -
podrapał się po twarzy. Wzrok miał dziki.
- Gdzie mój brat? Muszę porozmawiać z moim bratem.
- Już idzie. Posłałam po niego Henry'ego, a Cyril szykuje nasz powóz.
Gabrielu, jesteś ranny? Potrzebujesz iratze? - Charlotte mówiła
macierzyńskim tonem, jakby chłopak nigdy nie patrzył na nią z góry,
stojąc za krzesłem Benedicta Lightwooda, nigdy nie spiskował ze swoim
ojcem, żeby odebrać jej Instytut.
- Tak dużo krwi - zauważyła Tessa, wysuwając się do przodu. - Gabrielu,
to nie tylko twoja, prawda?
Gdy na nią spojrzał, Tessa pomyślała, że młody Lightwood po raz pierwszy
na nikogo nie pozuje. W jego oczach widziała jedynie strach,
oszołomienie... i dezorientację.
- Nie. To ich...
- Ich? O kim mówisz?
Pytanie zadał Gideon, zbiegając po schodach z mieczem w ręce. Za nim
śpieszyli Henry, Jem, Will i Cecily. Gdy Jem nagle zatrzymał się na
stopniach, Tessa uświadomiła sobie, że zobaczył ją w sukni ślubnej. Jego
oczy się rozszerzyły, ale pozostali już przepychali się obok niego, tak
że pociągnęli go ze sobą jak liść niesiony prądem rzeki.
- Ojciec jest ranny? - Gideon stanął przed bratem. - A ty?
Ujął brata za podbródek i odwrócił do siebie jego twarz. Choć Gabriel
był wyższy, na jego twarzy odmalowała się ulga, że starszy brat jest
obok. W jego surowym tonie zabrzmiała nuta urazy.
- Ojciec... Ojciec to robak.
Will zaśmiał się krótko. Był w pełnym rynsztunku, jakby właśnie wyszedł
z sali treningowej, wilgotne włosy miał przyklejone do skroni. Nie
patrzył na Tessę, ale ona już się do tego przyzwyczaiła. Nigdy na nią
nie patrzył, jeśli nie musiał.
- Dobrze widzieć, że zacząłeś podzielać nasz punkt widzenia, Gabrielu,
ale oznajmiasz to w dość niezwykły sposób.
Gideon posłał mu spojrzenie pełne nagany, po czym zwrócił się do brata.
- Co masz na myśli, Gabrielu? Co ojciec zrobił?
Chłopak potrząsnął głową.
- Jest robakiem - powtórzył bezdźwięcznie.
- Wiem. Zhańbił nazwisko Lightwoodów i okłamał nas obu. Okrył wstydem i zniszczył naszą matkę. Ale nie musimy być tacy jak on.
Gabriel uwolnił się z uścisku brata i błysnął zębami w gniewnym
grymasie.
- Nie słuchasz mnie. On jest robakiem. Robakiem. Przeklętym wielkim
wężem. Odkąd Mortmain przestał przysyłać lek, było coraz gorzej. Ojciec
się zmieniał. Te plamy, które miał na rękach, zaczęły się
rozprzestrzeniać na całe ciało. Dłonie, szyję, twarz... - Zielone oczy
Gabriela odszukały Willa. - To demoniczna ospa, prawda? Wiesz o niej
wszystko, tak? Jesteś ekspertem?
- Nie musisz się zachowywać, jakbym to ja ją wymyślił - odparł Will. -
Tylko dlatego, że wierzyłem w jej istnienie. Są o niej relacje w starych
księgach w naszej bibliotece...
- O demonicznej ospie? - zapytała Cecily, marszcząc brwi. - Will, o czym
ty mówisz?
Jej brat otworzył usta i zarumienił się lekko. Tessa ukryła uśmiech.
Minęły tygodnie od chwili przybycia Cecily do Instytutu, ale jej
obecność nadal irytowała i niepokoiła Willa. Najwyraźniej nie wiedział,
jak się zachowywać w obecności młodszej siostry, która już nie była
dzieckiem, jakim ją pamiętał. Z uporem powtarzał, że jej obecność tutaj
jest niemile widziana. Ale Tessa widziała, że wodzi za nią wzrokiem z taką samą opiekuńczością i miłością jak czasami za Jemem. Z pewnością
istnienie demonicznej ospy i sposobu jej przenoszenia się było ostatnią
rzeczą, jaką miałby ochotę wyjaśniać Cecily.
- Nie musisz nic o tym wiedzieć - wymamrotał.
Spojrzenie Gabriela powędrowało ku Cecily, jego usta rozchyliły się z zaskoczenia. Tessa zobaczyła, że młody Lightwood wręcz pożera ją
wzrokiem. Rodzice Willa musieli być kiedyś bardzo piękni, pomyślała.
Cecily była równie ładna, jak Will przystojny: oboje mieli takie same
lśniące czarne włosy i zadziwiające ciemnoniebieskie oczy. Dziewczyna
śmiało odwzajemniła spojrzenie Gabriela. Na jej twarzy malowała się
ciekawość. Pewnie się zastanawiała, kim jest ten chłopak, który wyraźnie
nie lubi jej brata.
- Ojciec nie żyje? - spytał Gideon, podnosząc głos. - Demoniczna ospa go
zabiła?
- Nie zabiła, tylko zmieniła - odparł Gabriel. - Zmieniła go. Przed
paroma tygodniami zarządził przeprowadzkę do Chiswick. Nie wyjaśnił,
dlaczego. Kilka dni temu zamknął się w gabinecie i nie wychodził z niego
nawet po to, żeby coś zjeść. Dziś rano poszedłem tam, żeby spróbować coś
zrobić. Drzwi były wyrwane z zawiasów, a przez korytarz biegł jakiś
oślizły ślad. Ruszyłem za nim na dół i dalej do ogrodu. - Rozejrzał się
po obecnych. - Stał się robakiem. Właśnie to mówię.
- Pewnie nie byłoby możliwe, żeby... hm, na niego nadepnąć? - odezwał
się Henry.
Lightwood popatrzył na niego z niesmakiem.
- Przeszukałem ogród. Znalazłem paru służących. A kiedy mówię
"znalazłem", dosłownie to mam na myśli. Byli rozerwani na strzępy. -
Gabriel przełknął ślinę i spojrzał na swoje zakrwawione ubranie. -
Usłyszałem jakiś dźwięk, przeraźliwe, wysokie wycie. Odwróciłem się i zobaczyłem, że w moją stronę sunie wielki ślepy robal, zupełnie jak smok
z legend. Paszczę miał rozdziawioną i pełną zębów ostrych jak sztylety.
Odwróciłem się i pobiegłem do stajni. Robal wśliznął się za mną, ale ja
wskoczyłem do powozu i wyjechałem przez bramę. Stwór... ojciec, nie
podążył za mną. Chyba nie chciał, żeby ktoś go zobaczył.
- Aha - mruknął Henry. - Więc za duży, żeby na niego nadepnąć.
- Nie powinienem był uciekać - stwierdził Gabriel, patrząc na brata. -
Powinienem był zostać i walczyć z tym stworem. Może dałoby się przemówić
mu do rozumu. Może ojciec gdzieś tam jest.
- A może przegryzłby cię na pół - rzucił Will. - Opisałeś właśnie
transformację w demona, ostatnie stadium ospy.
- Will! - Charlotte wyrzuciła ręce w górę. - Dlaczego wcześniej tego nie
powiedziałeś?
- W bibliotece są książki na temat demonicznej ospy - odparował Will
urażonym tonem. - Nikomu nie broniłem ich czytać.
- Tak, ale skoro Benedict miał się zmienić w ogromnego węża, mogłeś
przynajmniej uprzedzić o takiej możliwości - stwierdziła Charlotte. -
Nie sądzisz, że sprawa dotyczy nas wszystkich?
- Po pierwsze, nie wiedziałem, że Benedict zmieni się w gigantycznego
robala - zaczął Will. - Ostatnim stadium demonicznej ospy jest przemiana
w demona. Dowolnego rodzaju. Po drugie, transformacja trwa kilka
tygodni. Można by sądzić, że nawet taki patentowany idiota jak Gabriel
kogoś powiadomi o tym, co się dzieje.
- Kogo miał powiadomić? - wtrącił Jem, całkiem rozsądnie. W czasie
rozmowy przysunął się do Tessy. Teraz stali obok siebie, a ich dłonie
się stykały.
- Clave. Listonosza. Nas. Kogokolwiek. - Will rzucił zirytowane
spojrzenie Gabrielowi, który tymczasem odzyskał rumieńce i teraz
wyglądał na wściekłego.
- Nie jestem patentowanym idiotą...
- Brak patentu nie dowodzi inteligencji - odparował Will.
- Poza tym mówiłem, że ojciec zamknął się w gabinecie na cały zeszły
tydzień...
- I nie pomyślałeś, żeby się tym zainteresować? - rzucił Will.
- Nie znasz naszego ojca - odezwał się Gideon beznamiętnym tonem, który
przybierał czasami, kiedy rozmowa o ojcu była nieunikniona. Następnie
odwrócił się do brata, położył ręce na jego ramionach i zaczął coś do
niego mówić spokojnie i cicho, tak że nikt więcej go nie słyszał.
Jem splótł mały palec z palcem Tessy. Był to zwyczajowy czuły gest, do
którego tak się przyzwyczaiła w ciągu kilku ostatnich miesięcy, że
czasami odruchowo wyciągała rękę, kiedy Jem stawał obok niej.
- To twoja suknia ślubna? - zapytał szeptem.
Tessę uratowało od odpowiedzi pojawienie się Bridget z ekwipunkiem.
Gideon nagle zwrócił się do wszystkich obecnych i powiedział:
- Chiswick. Musimy tam jechać. Przynajmniej Gabriel i ja.
- Sami? - wyrwało się Tessie. - Dlaczego nie wezwiecie innych...
- Clave - przerwał jej Will z roziskrzonymi niebieskimi oczami. - On nie
chce, żeby Clave dowiedziało się o jego ojcu.
- A ty byś chciał? - gwałtownie spytał Gabriel. - Gdyby chodziło o twoją
rodzinę? - Wykrzywił usta. - Nieważne. Przecież ty nie masz pojęcia o lojalności...
- Gabrielu, nie mów do Willa w taki sposób - skarcił go Gideon.
Młodszy brat wyglądał na zaskoczonego i Tessa wcale mu się nie dziwiła.
Tak jak wszyscy w Instytucie, Gideon wiedział o klątwie, która była
przyczyną wrogości i gwałtownych zachowań Willa, ale nikt z zewnątrz nie
znał tej historii.
- Pojedziemy z tobą. Oczywiście, że pojedziemy z tobą. - Jem puścił rękę
Tessy i wystąpił do przodu. - Gideon wyświadczył nam przysługę. Nie
zapomnieliśmy o tym, prawda, Charlotte?
- Oczywiście, że nie - odparła Charlotte. - Bridget, strój bojowy...
- Dobrze się składa, że ja swój już mam na sobie - powiedział Will.
Tymczasem Henry zrzucił marynarkę i zamienił ją na górę od stroju
bojowego oraz pas z bronią.
Jem poszedł za jego przykładem i nagle w przedsionku zrobił się ruch.
Charlotte mówiła coś cicho do Henry'ego, trzymając rękę na brzuchu.
Tessa odwróciła od nich wzrok i zobaczyła ciemną głowę pochyloną ku
jasnej. Jem stał obok Willa i kreślił stelą znak na jego szyi. Cecily
spojrzała na brata i spochmurniała.
- Ja też jestem w stroju bojowym - oznajmiła.
Will tak gwałtownie uniósł głowę, że Jem zaprotestował z irytacją.
- Cecily, absolutnie nie.
- Nie masz prawa mówić mi, co mogę robić, a czego nie. - Oczy dziewczyny
zapłonęły. - Idę.
Will spojrzał na Henry'ego, ale ten przepraszająco wzruszył ramionami.
- Ona ma prawo. Trenuje od prawie dwóch miesięcy...
- Jest jeszcze dziewczynką!
- Ty robiłeś to samo w wieku piętnastu lat - przypomniał mu cicho Jem, a Will odwrócił się do niego gwałtownie.
Przez chwilę wszyscy wstrzymywali oddech, nawet Gabriel. Jem spokojnie
patrzył w oczy przyjaciela, a Tessa nie po raz pierwszy odnosiła
wrażenie, że ci dwaj bezgłośnie przekazują sobie jakieś słowa.
W końcu Will westchnął i zmrużył oczy.
- Teraz twoja narzeczona zgłosi się na ochotnika - powiedział.
- Oczywiście, że jadę - oświadczyła Tessa. - Może nie jestem Nocną
Łowczynią, ale ja też trenowałam. Jem nigdzie się beze mnie nie ruszy.
- Jesteś w sukni ślubnej - zauważył Will.
- Wszyscy już ją widzieli, więc nie mogę w niej wziąć ślubu -
stwierdziła Tessa. - No wiecie, pech.
Will wymamrotał coś po walijsku, ale tonem pokonanego. Jem posłał Tessie
lekki, zatroskany uśmiech. W tym momencie otworzyły się drzwi Instytutu
i do środka wpadł blask jesiennego słońca. W progu stał zdyszany Cyril.
- Drugi powóz gotowy - oznajmił. - Kto jedzie?
***
Do: Konsula Josiaha Waylanda
Od: Rady
Drogi Panie,
z pewnością jest Pan świadomy, że po dziesięciu latach kończy się okres
Pańskiej służby jako Konsula. Przyszła pora wyznaczyć następcę.
Jeśli chodzi o nas, poważnie rozważamy kandydaturę Charlotte Branwell z domu Fairchild, która dobrze się spisuje w roli szefowej Instytutu
Londyńskiego. Przypuszczamy, że ma ona Pańską aprobatę, jako że po
śmierci jej ojca została wyznaczona na to stanowisko właśnie przez
Pana.
Ponieważ Pańska opinia jest dla nas niezwykle cenna, będziemy wdzięczni
za wszelkie uwagi w tej kwestii.
Z poważaniem
Victor Whitelaw, Inkwizytor,
w imieniu Rady
Rozdział drugi. Robak zdobywca
Rozdział drugi
Robak zdobywca
"Szaleństwo - grzechy i niedole -
I strach, co życie skraca".
- Edgar Allan Poe, Robak zdobywca
(Przełożył Antoni Lange)
Kiedy powóz Instytutu wtoczył się przez bramę Lightwood House w Chiswick, Tessa mogła dokładniej obejrzeć sobie to miejsce, ponieważ za
pierwszym razem była tutaj w środku nocy. Długa, szutrowa droga
obsadzona po obu stronach drzewami wiodła do kolistego podjazdu
znajdującego się przed ogromnym białym domem. Rezydencja o silnych,
symetrycznych liniach i wyniosłych kolumnach bardzo przypominała jej
znane z rycin klasyczne greckie i rzymskie świątynie. Przed schodami
stał powóz, przez ogrody biegły żwirowe ścieżki.
Były to piękne ogrody. Nawet w październiku tonęły w powodzi kwiatów.
Wzdłuż porządnie utrzymanych alejek wijących się między drzewami rosły
późne czerwone róże oraz brązowo-pomarańczowe, żółte i ciemnozłote
chryzantemy. Kiedy Henry zatrzymał powóz, Tessa wysiadła z pomocą Jema i usłyszała szmer strumienia, którego bieg, jak podejrzewała, zmieniono
tak, żeby płynął przez ogrody. Tego przepięknego miejsca w żaden sposób
nie potrafiła połączyć w myślach z tamtym, w którym Benedict wydał swój
diabelski bal, choć widziała okrążającą dom ścieżkę, którą szła tamtej
nocy. Prowadziła ona do skrzydła, które wyglądało, jakby dobudowano je
niedawno...
Za nimi zatrzymał się powóz Lightwoodów kierowany przez Gideona i wysypali się z niego Gabriel, Will i Cecily. Rodzeństwo Herondale'ów
nadal kłóciło się ze sobą. Will podkreślał swoje racje, wymachując
rękami, Cecily łypała na niego spode łba. Gniewny wyraz twarzy bardzo
upodabniał ją do brata, co w innych okolicznościach mogłoby być nawet
zabawne.
Gideon, jeszcze bledszy niż wcześniej, zeskoczył na ziemię i rozejrzał
się z nieobnażonym mieczem w ręce.
- Powóz Tatiany - stwierdził krótko, kiedy Jem i Tessa się do niego
zbliżyli. Wskazał na pojazd stojący przy schodach. Obie pary drzwi były
otwarte. - Pewnie postanowiła złożyć wizytę w domu.
- Akurat teraz... - Gabriel był wyraźnie wściekły, ale w jego zielonych
oczach czaił się strach.
Tatiana, ich siostra, niedawno wyszła za mąż. Herb na boku powozu,
wieniec z cierni, musiał być symbolem rodu jej męża. Cała grupka stała
jak wmurowana, kiedy Gabriel podchodził do powozu, wysuwając broń zza
pasa. Zajrzał do środka i zaklął głośno, po czym odsunął się i spojrzał
na Gideona.
- Na siedzeniach jest krew - oznajmił. - I... to paskudztwo. - Dźgnął
koło czubkiem klingi. Kiedy ją cofnął, zwisała z niej długa nić
cuchnącego śluzu.
Will wyszarpnął zza pasa seraficki miecz i krzyknął:
- Eremiel! - Kiedy ostrze rozjarzyło się w jesiennym słońcu niczym jasna
gwiazda, wskazał najpierw na północ, a potem na południe. - Ogrody
otaczają cały dom i schodzą aż do rzeki. Dobrze o tym wiem. Pewnej nocy
ścigałem po nich demona Marbasa. Gdziekolwiek jest Benedict, wątpię, czy
opuścił ten teren. Bałby się, że zostanie zauważony.
- My weźmiemy zachodnią część domu, ty sprawdź wschodnią - zadecydował
Gabriel. - Krzyknij, jeśli coś zobaczysz, a wtedy przybiegniemy.
Wytarł ostrze o żwir podjazdu i ruszył za bratem wzdłuż boku rezydencji.
Will skierował się w przeciwną stronę, a za nim podążyli Jem, Cecily i Tessa. Will zatrzymał się w narożniku i powiódł wzrokiem po ogrodach,
wyczulony na każdy podejrzany dźwięk czy widok. Chwilę później skinął na
pozostałych, żeby szli za nim. Kiedy ruszyli dalej, Tessa zawadziła
obcasem o luźny kamień leżący pod żywopłotem. Natychmiast odzyskała
równowagę, ale Will obejrzał się i spiorunował ją wzrokiem.
- Tesso. - Kiedyś mówił do niej Tess, ale te czasy już dawno minęły. -
Nie powinnaś być z nami. Nie jesteś przygotowana. Zaczekaj w powozie.
- Nie!
Will odwrócił się do Jema i powiedział:
- Tessa jest twoją narzeczoną. Przemów jej do rozsądku.
Skrywając uśmiech, Jem zbliżył się do niej z laską mieczem w ręce.
- Tesso, mogłabyś wyświadczyć mi tę przysługę?
- Uważasz, że nie potrafię walczyć, bo jestem dziewczyną - rzuciła
Tessa, mierząc go wzrokiem.
- Uważam, że nie możesz walczyć, bo jesteś w sukni ślubnej - odparł Jem.
- I cokolwiek to dla ciebie znaczy, nie sądzę, żeby Will też potrafił
walczyć w takim stroju.
- Może i nie - przyznał Will, który miał uszy jak nietoperz. - Ale
byłbym olśniewającą panną młodą.
- Kto to jest? - spytała nagle Cecily, wskazując przed siebie.
Wszyscy odwrócili się i zobaczyli pędzącą ku nim postać.
Słońce stało nad ich głowami, tak że przez chwilę, zanim jej oczy
przyzwyczaiły się do blasku, Tessa widziała tylko niewyraźną plamę.
Plama szybko okazała się biegnącą dziewczyną bez kapelusza, o jasnych
włosach rozwianych na wietrze. Wysoka i koścista, miała na sobie
fuksjową suknię, kiedyś zapewne elegancką, teraz podartą i poplamioną
krwią. Nieznajoma z wrzaskiem rzuciła się w ramiona Willa.
Ten się zachwiał i omal nie upuścił Eremiela.
- Tatiana...
Tessa nie potrafiła stwierdzić, czy Will ją odepchnął, czy dziewczyna
sama się odsunęła, ale w każdym razie dopiero teraz wyraźnie zobaczyła
jej twarz, wąską i kanciastą. Piaskowe włosy były takie same jak u Gideona, oczy zielone jak u Gabriela. Mogłaby uchodzić za ładną, gdyby
jej rysów nie szpecił wyraz dezaprobaty. Choć zalana łzami i zdyszana,
zachowywała się trochę teatralnie, jakby była świadoma, że spojrzenia
wszystkich skierowane są na nią, zwłaszcza spojrzenie Willa.
- Wielki potwór! - zaszlochała. - Ta istota... wyrwała mojego kochanego
Ruperta z powozu i z nim umknęła!
Will odsunął się od niej jeszcze bardziej.
- Co to znaczy "umknęła"?
Tatiana wskazała ręką.
- T-tam - wykrztusiła. - Zaciągnęła go do włoskich ogrodów. Z początku
Rupertowi udawało się unikać jej paszczy, ale stwór wlókł go ścieżkami.
Choć krzyczałam, nie puszczał go! - Znowu zalała się łzami.
- Wrzeszczałaś - powtórzył Will. - Tylko to zrobiłaś?
- Głośno wrzeszczałam. - Tatiana była wyraźnie urażona. Całkiem odsunęła
się od Willa i wbiła w niego wzrok. - Widzę, że jesteś nieżyczliwie
nastawiony jak zawsze. - Pomknęła wzrokiem ku Jemowi, Cecily i Tessie. -
Pan Carstairs - powiedziała sztywno, jakby brała udział w przyjęciu
ogrodowym. Kiedy spojrzała na Cecily, zmrużyła oczy. - A pani...
- Och, w imię Anioła! - Will wyminął ją i poszedł dalej, a Jem
uśmiechnął się do Tessy i ruszył za nim.
- Pani musi być siostrą Willa - stwierdziła Tatiana, kiedy obaj Nocni
Łowcy się oddalili. Tessę z rozmysłem zignorowała.
Cecily popatrzyła na nią z niedowierzaniem.
- Tak, choć nie rozumiem, co to za różnica. Tesso, idziesz?
- Tak.
Czy Will tego chciał czy nie, po prostu nie mogła bezczynnie patrzeć,
jak ci dwaj narażają się na niebezpieczeństwo. Po chwili usłyszała za
sobą kroki na żwirze. To Tatiana niechętnie poszła za nimi.
Zmierzali w stronę ogrodu francuskiego na pół ukrytego za wysokimi
żywopłotami. W oddali światło słoneczne odbijało się od szklanej kopuły
oranżerii. Był piękny jesienny dzień, wiał rześki wiatr, powietrze
pachniało liśćmi. Tessa obejrzała się na dom. Gładka biała fasada
wznosiła się wysoko, przełamana jedynie łukami balkonów.
"Will" - wyszeptała, kiedy rozplótł jej dłonie i zdjął je ze swojej
szyi. Ściągnął jej rękawiczki i rzucił je na kamienną posadzkę, po
chwili dołączyła do nich maseczka i szpilki do włosów pożyczone od
Jessie. On też zdjął swoją maskę i cisnął ją na bok, po czym przesunął
palcami po wilgotnych czarnych włosach, odgarnął je z czoła. Dolna część
półmaski zostawiła odciśnięty, jaśniejszy ślad na jego wydatnych
kościach policzkowych, ale kiedy Tessa wyciągnęła ręce, żeby ich
dotknąć, on chwycił je i łagodnie opuścił w dół. "Nie" - powiedział. -
"Najpierw ja ciebie dotknę...".
Rumieniąc się mocno, Tessa oderwała wzrok od domu i przepędziła
wspomnienia. Tymczasem dotarli do przerwy w żywopłocie. Za nią rozciągał
się "włoski ogród" otoczony listowiem. Stały w nim rzędy posągów
klasycznych bohaterów i postaci mitycznych. W umieszczonej pośrodku
fontannie Wenus lała wodę z dzbana, rzeźby wielkich historyków i mężów
stanu - Cezara, Herodota, Tukidydesa - patrzyły na siebie pustymi oczami
poprzez alejki odchodzące od centralnego punktu. Byli tam również poeci
i dramaturdzy. Tessa minęła Arystotelesa, Owidiusza, Homera z oczami
przesłoniętymi kamienną maską przypominającą o jego ślepocie,
Wergiliusza i Sofoklesa. Nagle powietrze rozdarł przeraźliwy krzyk.
Tessa odwróciła się gwałtownie. Kilka stóp za nią Tatiana stała jak
wmurowana, z wytrzeszczonymi oczami. Tessa rzuciła się w jej stronę,
pozostali tuż za nią. Ona pierwsza dotarła do dziewczyny. Tatiana
chwyciła ją na oślep, jakby na chwilę zapomniała, z kim ma do czynienia.
- Rupert - jęknęła, wpatrując się przed siebie.
Idąc za jej wzrokiem, Tessa zobaczyła męski but sterczący z żywopłotu.
Przez chwilę myślała, że jego właściciel po prostu leży nieprzytomny na
ziemi, z resztą ciała ukrytą w listowiu, ale kiedy się pochyliła,
stwierdziła, że jest to sam but i kawałek pogryzionego, zakrwawionego
ciała wystającego z cholewki.
***
- Robal długi na dwanaście metrów? - mruknął Will do Jema, kiedy szli
przez włoski ogród. Ich buty dzięki runom bezdźwięczności nie chrzęściły
na żwirze. - Pomyśl, jaką rybę można by na niego złapać.
Usta Jema drgnęły.
- To nie jest zabawne, wiesz.
- Trochę.
- Nie możesz w tych okolicznościach silić się na żarty o robakach, Will.
Mówimy o ojcu Gabriela i Gideona.
- Nie mówimy o nim, tylko ścigamy go w ozdobnym ogrodzie z posągami, bo
zmienił się w robaka.
- Demonicznego robaka - przypomniał mu Jem, zatrzymując się i ostrożnie
wyglądając zza żywopłotu. - Wielkiego węża. Może to zniechęci cię do
niestosownych dowcipów?
- Czasami moje niestosowne dowcipy choć odrobinę cię bawiły. - Will
westchnął. - Nawet o robakach.
- Will...
Słysząc przeraźliwy krzyk, obaj odwrócili się i zobaczyli, jak Tatiana
Blackthorn zatacza się w objęcia Tessy. Tessa chwyciła ją i podtrzymała,
a Cecily ruszyła do przerwy w żywopłocie, wyciągając zza pasa seraficki
miecz z wprawą doświadczonego Nocnego Łowcy. Will nie słyszał, co
siostra mówi, ale ostrze rozjarzyło się w jej ręce, oświetlając jej
twarz i rozpalając płomień strachu w jego żołądku.
Zaczął biec. Jem za nim. Tatiana bezwładnie opierała się o Tessę, twarz
miała wykrzywioną od płaczu.
- Rupert! - zawodziła. - Rupert!
Tessa z trudem ją podtrzymywała. Will chciał się zatrzymać, żeby jej
pomóc, ale uprzedził go Jem. I dobrze. To była jego rola jako
narzeczonego.
Will oderwał od nich wzrok i skierował go na siostrę, która właśnie
przechodziła przez otwór w żywopłocie, z wysoko uniesionym mieczem
omijając ponure szczątki Ruperta Blackthorna.
- Cecily! - zawołał Will z irytacją.
Dziewczyna zaczęła się odwracać...
I świat eksplodował. Przed nimi trysnęła pod niebo fontanna błota. Grudy
ziemi spadły na nich jak grad. Ze środka gejzeru wyrastał ogromny, ślepy
wąż o szarawo-białej skórze. Koloru martwego ciała, pomyślał Will. Bił
od niego odór jak z grobu. Tatiana pisnęła i zemdlona osunęła się na
trawę, pociągając za sobą Tessę.
Robak zaczął się kołysać, starając się uwolnić z ziemi. Paszczę miał
rozdziawioną. Była to nie tyle paszcza, co wielkie rozcięcie dzielące
jego głowę na pół, najeżone zębami ostrymi jak u rekina. Z gardła
wydobywał się przenikliwy syk.
- Stój! - krzyknęła Cecily, unosząc przed sobą seraficki miecz.
Wyglądała na całkowicie pozbawioną strachu. - Cofnij się, przeklęta
istoto!
Bestia zaatakowała. Dziewczyna nawet nie drgnęła, kiedy wielka paszcza
zawisła tuż nad nią...W tym momencie Will skoczył i odepchnął siostrę na
bok. Oboje potoczyli się w żywopłot w chwili, kiedy łeb robaka uderzył w ziemię, tam gdzie przed chwilą stała Cecily. Zostawił w niej spore
wgłębienie.
- Will! - Cecily wyrwała mu się, ale tak niezręcznie, że seraficki miecz
ciął go w czoło i zostawił po sobie czerwone oparzenie. Jej oczy płonęły
niebieskim ogniem. - To było niepotrzebne!
- Nie jesteś wyszkolona! - krzyknął Will, oszalały z wściekłości i przerażenia. - Zginiesz! Zostań, gdzie jesteś!
Sięgnął po jej miecz, ale Cecily już zerwała się z ziemi. Chwilę później
robak znowu zaatakował z otwartą paszczą. Ratując wcześniej siostrę,
Will upuścił swój miecz. Broń leżała teraz kilka stóp dalej. Will
uskoczył w bok, unikając o włos zębów bestii, i w tym momencie zjawił
się przy nim Jem z laską w ręce. Uniósł ostrze i wbił je mocno w bok
robala. Z krtani stwora wyrwał się diabelski wrzask, trysnęła krew.
Demon cofnął się gwałtownie i z sykiem zniknął za żywopłotem.
Will się odwrócił. Nie widział Cecily. Jem wskoczył między nią a Benedicta i teraz był cały zbryzgany czarną krwią i błotem. Za nim
zobaczył Tessę, która trzymała Tatianę na kolanach. Ich spódnice
mieszały się ze sobą: jaskraworóżowa ze zniszczoną ślubną w kolorze
złota. Tessa pochylała się nad dziewczyną, żeby chronić ją przed
widokiem ojca, tak że większość demonicznej krwi spryskała jej włosy i ubranie. Teraz uniosła pobladłą twarz i napotkała wzrokiem oczy Willa.
Na chwilę ogród, hałas i odór krwi demona zniknęły, a on znajdował się w cichym miejscu sam na sam z Tessą. Chciał do niej podbiec, objąć ją.
Chronić.
Ale to było zadanie Jema, nie jego. Nie jego.
Chwila minęła i oto Tessa już stała. Dźwignęła Tatianę z ziemi,
zakładając jej rękę na swoje ramiona. Młoda wdowa opierała się o nią
półprzytomna.
- Musisz ją stąd zabrać - stwierdził Will, wodząc wzrokiem po ogrodzie.
- Mogłaby zginąć. Nie ma wyszkolenia.
Usta Tessy zaczęły się zaciskać w znajomą, upartą linię.
- Nie chcę cię zostawiać.
- Chyba nie myślisz... - Cecily była wyraźnie wstrząśnięta. - Sądzisz,
że ten stwór by się nie pohamował? Przecież ona jest jego córką.
Jeśli... jeśli zostały mu jakieś rodzicielskie uczucia...
- Pożarł własnego zięcia, Cecy - burkliwie przypomniał Will. - Tesso,
idź z Tatianą, jeśli chcesz uratować jej życie. I zostań z nią przy
domu. Byłoby niedobrze, gdyby tu wróciła.
- Dziękuję ci, Will - szepnął Jem, kiedy Tessa pociągnęła ze sobą
słaniającą się dziewczynę.
Will odczuł te słowa jak trzy ukłucia igły w serce. Zawsze kiedy starał
się chronić Tessę, Jem myślał, że robi to ze względu na niego. Każda z tych igieł miała swoje imię. Poczucie winy. Wstyd. Miłość.
Nagle Cecily wrzasnęła. Żywopłot się rozstąpił i jakiś cień zasłonił
słońce. Will ujrzał tuż przed sobą przepastny czerwony przełyk ogromnego
robaka i ślinę kapiącą z wielkich zębów. Sięgnął do pasa po miecz, ale
bestia już się cofała ze sztyletem sterczącym z szyi. Will od razu
rozpoznał tę broń. Należała do Jema. Jego parabatai wydał ostrzegawczy
okrzyk i w tym momencie demon ponownie zaatakował. Will wymierzył
mieczem cios w górę, w spód szczęki. Przez zębiska robala trysnęła krew,
zasyczała w zetknięciu ze strojem Nocnego Łowcy. Coś od tyłu uderzyło
Willa w kolana. Nieprzygotowany, przewrócił się i rąbnął twardo plecami
w ziemię.
Zaparło mu dech. Wokół kolan miał owinięty cienki, szczątkowy ogon
robaka. Wierzgnął nogami, zobaczył gwiazdy, zaniepokojoną twarz Jema,
niebieskie niebo...
Łup. Strzała wbiła się w ogon bestii, tuż pod kolanem Willa. Benedict
zwolnił chwyt, Will odtoczył się od niego i ukląkł z trudem. W tym
momencie zobaczył, że w ich stronę pędzą obaj Lightwoodowie. Młodszy z nich trzymał w ręce łuk i w biegu nasadzał na niego strzałę. Will
uświadomił sobie z chłodnym zaskoczeniem, że Gabriel Lightwood właśnie
strzelił do ojca, żeby uratować mu życie.
Robak zatoczył się do tyłu, jakieś ręce wsunęły się pod ramiona Willa i pomogły mu wstać. Kiedy go puściły, Will zobaczył, że jego parabatai
ściska w dłoni laskę i patrzy przed siebie. Demon wił się w agonii,
poruszając wielką głową, wyrywając krzewy. Liście fruwały w powietrzu,
mała grupka Nocnych Łowców krztusiła się od kurzu. Will usłyszał kaszel
Cecily i miał ochotę jej powiedzieć, żeby biegła do domu, ale wiedział,
że siostra go nie posłucha.
Rzucając łbem, robak jakoś zdołał uwolnić się od miecza wbitego w szczękę. Broń z brzękiem wpadła między krzewy róż, umazana czarną
posoką. Demon zaczął sunąć do tyłu, zostawiając za sobą śluz i krew.
Gideon skrzywił się, skoczył po miecz i podniósł go dłonią w rękawiczce.
Benedict nagle wyprostował się jak kobra, z rozdziawionymi, ociekającymi
szczękami. Gideon uniósł broń. Wyglądał na żałośnie małego w porównaniu
z ogromną bestią.
- Gideonie!
To krzyknął Gabriel i blady na twarzy wycelował z łuku. Will uchylił
się, kiedy obok niego przemknęła strzała i wbiła się w cielsko bestii.
Robak zawył, odwrócił się i zaczął uciekać z niewiarygodną szybkością. W szalonym pędzie trafił ogonem jeden z posągów i strącił go z postumentu.
Rzeźba rozpadła się w pył, a ten po chwili osiadł na suchej, ozdobnej
sadzawce.
- Na Anioła, właśnie zniszczył Sofoklesa - stwierdził Will, kiedy robak
zniknął za dużą budowlą w kształcie greckiej świątyni. - Czy w dzisiejszych czasach nikt już nie ma szacunku dla klasyki?
Gabriel opuścił łuk, oddychając ciężko.
- Ty głupcze! - wrzasnął do brata. - Co sobie myślałeś, kiedy tak na
niego biegłeś?
Gideon odwrócił się i wycelował w niego zakrwawiony miecz.
- Nie na niego, tylko na demona. To już nie jest nasz ojciec, Gabrielu.
Jeśli nie możesz się z tym pogodzić...
- Strzeliłem do niego z łuku! - krzyknął Gabriel. - Czego jeszcze ode
mnie chcesz?
Gideon potrząsnął głową, jakby był zdegustowany jego zachowaniem. Nawet
Will, który nie lubił Gabriela, doznał dla niego odrobiny współczucia.
Ostatecznie chłopak strzelił do bestii.
- Musimy go ścigać - stwierdził Gideon. - Zniknął za folly.
- Za czym? - spytał Will.
- Za folly - odezwał się Jem. - To dekoracyjna budowla ogrodowa, atrapa.
Przypuszczam, że nawet nie ma prawdziwego wnętrza.
Gideon pokiwał głową.
- To sam gips. My dwaj obejdziemy ją z jednej strony, a ty i James z drugiej...
- Co robisz, Cecily? - przerwał mu Will. Zdawał sobie sprawę, że
zachowuje się jak nadopiekuńczy rodzic, ale nie dbał o to, co inni sobie
pomyślą. Jego siostra wsunęła miecz za pas i najwyraźniej próbowała się
wspiąć na jeden z małych cisów tworzących żywopłot. - To nie pora na
łażenie po drzewach.
Dziewczyna rzuciła mu gniewne spojrzenie i już otworzyła usta, żeby coś
odpowiedzieć, ale nagle rozległ się łoskot jak przy trzęsieniu ziemi i budowla ogrodowa rozpadła się w kłębach gipsowego pyłu. W ich stronę
pomknął robak z przerażającą szybkością pociągu bez maszynisty.
***
Zanim obie dowlekły się do domu Lightwoodów, Tessę bolała szyja i plecy.
Pod niewygodną suknią ślubną miała ciasno zasznurowany gorset, a ciężar
szlochającej Tatiany boleśnie ciągnął w dół jej lewe ramię.
Na widok dziedzińca poczuła ulgę. Ulgę i jednocześnie zaskoczenie.
Wszystko wyglądało tak zwyczajnie: pojazdy stały tam, gdzie je
zostawili, konie skubały trawę, nic nie zakłócało spokoju. Tessa na pół
zaciągnęła, na pół zaniosła Tatianę do pierwszego powozu, otworzyła
drzwi i pomogła jej wsiąść. Skrzywiła się, kiedy dziewczyna wbiła
paznokcie w jej ramię, gramoląc się do środka.
- O, Boże! - jęknęła Tatiana. - Jaki wstyd, jaka straszna hańba. Clave
może się dowiedzieć, co spotkało mojego ojca. Na litość boską, nie mógł
pomyśleć o mnie, choć przez chwilę?
Tessa wytrzeszczyła oczy.
- Nie sądzę, żeby ta istota była zdolna do myślenia o kimkolwiek, pani
Blackthorne - powiedziała.
Tatiana spojrzała na nią oszołomiona i przez chwilę Tessa wstydziła się
niechęci, którą do niej czuła. Nie podobało się jej, że odesłano ją do
domu, choć mogłaby pomóc Nocnym Łowcom... ale Tatiana właśnie widziała,
jak własny ojciec rozszarpał jej męża na kawałki. Zasługiwała na więcej
współczucia.
- Wiem, że przeżyła pani wielki wstrząs - rzuciła ostrożnie, siląc się
na łagodny ton. - Może się pani położy...
- Jesteś bardzo wysoka - stwierdziła raptem Tatiana. - Dżentelmeni się
na to nie skarżą?
Tessa osłupiała.
- Jesteś w stroju panny młodej - ciągnęła Tatiana. - Bardzo dziwne. Czy
strój bojowy nie byłby bardziej stosowny? Rozumiem, że jest mało
twarzowy, a poza tym, jak trzeba, to trzeba, ale...
Nagle rozległ się głośny trzask. Tessa odsunęła się od powozu i rozejrzała. Dźwięk dochodził z wnętrza rezydencji. Henry, pomyślała od
razu. Wszedł do środka, sam. Oczywiście bestia grasowała po ogrodach,
ale... to był dom Benedicta. Pomyślała o sali balowej pełnej demonów,
kiedy ostatnio tutaj przebywała. Zebrała spódnice w obie ręce.
- Proszę tu zostać, pani Blackthorne - powiedziała. - Muszę odkryć
przyczynę hałasu.
- Nie! - Tatiana usiadła prosto. - Nie zostawiaj mnie!
- Przykro mi. - Tessa cofnęła się, kręcąc głową. - Muszę. Proszę zostać
w powozie.
Tatiana coś za nią krzyczała, ale Tessa już wbiegała po schodach. Wpadła
przez frontowe drzwi do wielkiego holu z marmurową posadzką w biało-czarną szachownicę. Z sufitu zwisał masywny żyrandol, ale świece
nie były zapalone. Jedyne oświetlenie stanowił dzienny blask wpadający
przez wysokie okna. Na piętro prowadziły kręte, imponujące schody.
- Henry! - krzyknęła Tessa. - Henry, gdzie jesteś?
Z góry dobiegł okrzyk i kolejny trzask. Tessa popędziła po schodach. Po
kilku krokach potknęła się o rąbek sukni i rozdarła szew. Niecierpliwie
odgarnęła spódnice i pobiegła dalej długim korytarzem o ścianach
pomalowanych na pudrowy róż i obwieszonych dziesiątkami sztychów w złoconych ramach. Wpadła do jakiegoś pokoju.
Pomieszczenie, biblioteka albo gabinet, bez wątpienia należało do
mężczyzny: zasłony z grubej, ciemnej tkaniny, na ścianach stare olejne
obrazy wielkich statków wojennych, ciemnozielona tapeta pokryta
tajemniczymi plamami. W środku panował dziwny zapach... taki jak nad
brzegami Tamizy, gdzie w upalne dni gniły różne podejrzane rzeczy. Ale
nad wszystkim dominowała miedziana woń krwi. Regał na książki był
przewrócony, po podłodze walało się rozbite szkło i połamane drewno, a na perskim dywanie mąż Charlotte toczył pojedynek z istotą o szarej
skórze i niepokojącej liczbie rąk. Henry wrzeszczał i kopał długimi
nogami, a stwór - bez wątpienia demon - szarpał pazurami jego strój
bojowy i kłapał wilczą paszczą tuż przed jego twarzą.
Tessa rozejrzała się gorączkowo, chwyciła pogrzebacz, który leżał przy
nierozpalonym kominku, i zaatakowała. Próbowała przypomnieć sobie
szkolenie - godziny cierpliwych lekcji Gideona - ale w rezultacie chyba
zadziałał instynkt, kiedy wbiła długi stalowy pręt w tors istoty, tam
gdzie powinna znajdować się klatka piersiowa, gdyby to było zwykłe
ziemskie zwierzę.
Usłyszała nieprzyjemny chrzęst, kiedy broń weszła w ciało. Demon zawył
jak pies i stoczył się z Henry'ego, pogrzebacz z brzękiem upadł na
podłogę. Trysnęła czarna posoka, powietrze wypełnił smród dymu i zgnilizny. Tessa cofnęła się chwiejnie i przydeptała obcasami oberwany
brzeg sukni. Runęła na podłogę w chwili, kiedy Henry dźwignął się na
kolana i z cichym przekleństwem ciął demona przez gardło sztyletem, na
którego ostrzu jarzyły się runy. Stwór zacharczał i złożył się jak
papier.
Henry się wyprostował. Jego rude włosy były sklejone krwią i posoką,
strój podarty na ramieniu, z rany sączył się szkarłatny płyn.
- Tesso! - wykrzyknął i w jednej chwili znalazł się przy niej. Pomógł
jej wstać i rzucił na swój zwykły sposób: - Na Anioła, ale z nas para. -
Spojrzał na nią z niepokojem. - Jesteś ranna?
Tessa spojrzała na siebie i zrozumiała, o co chodzi Henry'emu: suknię
miała umazaną posoką, na przedramieniu ziała brzydka rana od
potłuczonego szkła. Nie bolała ją za bardzo, ale krwawiła.
- Wszystko w porządku - zapewniła. - Co się stało, Henry? Co to był za
stwór i skąd się tu wziął?
- Demoniczny stróż. Przeszukiwałem biurko Benedicta i musiałem dotknąć
czegoś, co go obudziło. Z szuflady buchnął czarny dym i zmienił się w to
coś. Stwór skoczył na mnie...
- I poorał cię pazurami - stwierdziła Tessa z troską. - Krwawisz...
- Nie, sam to sobie zrobiłem. Upadłem na sztylet - wyjaśnił Henry ze
skrępowaniem, wyciągając zza paska stelę. - Tylko nie mów Charlotte.
Tessa niemal się uśmiechnęła. Zaraz jednak się zreflektowała, podbiegła
do okna i odsunęła zasłony. Mogła stąd zobaczyć ogrody, ale, niestety,
nie włoski, bo ten znajdował się po drugiej stronie domu. Przed nią
ciągnęły się zielone bukszpanowe żywopłoty i płaskie trawniki, które już
zaczynały brązowieć przed zimą.
- Muszę iść - oznajmiła. - Will, Jem i Cecily walczą z demonem. Stwór
zabił męża Tatiany. Musiałam zaprowadzić ją do powozu. Była bliska
omdlenia.
W gabinecie zapadła cisza.
- Tesso - odezwał się po chwili Henry dziwnym głosem.
Odwróciła się i zobaczyła, że przerwał rysowanie iratze na swoim
ramieniu. Wpatrywał się w przeciwległą ścianę, tę pokrytą dziwnymi
plamami. Tessa zauważyła teraz, że nie jest to przypadkowy wzór. Na
tapecie widniały trzydziestocentymetrowe litery napisane zaschniętą
czarną krwią.
DIABELSKIE MASZYNY NIE ZNAJĄ LITOŚCI.
DIABELSKIE MASZYNY NIE ZNAJĄ ŻALU.
DIABELSKIE MASZYNY SĄ NIEZLICZONE.
DIABELSKIE MASZYNY NIGDY NIE PRZESTANĄ PRZYBYWAĆ.
Pod tymi słowami znajdowało się jeszcze jedno zdanie, ledwo widoczne,
jakby ten, kto je pisał, stracił władzę w rękach. Tessa wyobraziła sobie
Benedicta zamkniętego w tym pokoju, powoli wpadającego w obłęd w miarę
transformacji, własną krwią zmieszaną z posoką mażącego na ścianie te
wielkie litery.
Niech Bóg zlituje się nad naszymi duszami.
***
Robak zaatakował. Will rzucił się na ziemię i potoczył, o włos unikając
kłapiących szczęk. Błyskawicznie zerwał się do przysiadu, wyprostował i popędził wzdłuż cielska demona. Zobaczył, że stwór unosi się jak kobra
nad Gideonem i Gabrielem... ale, ku jego zaskoczeniu, nie rzuca się na
nich, tylko syczy. Czyżby rozpoznał swoje dzieci? Coś poczuł? Trudno
było stwierdzić.
Cecily znajdowała się w połowie drogi na cis i kurczowo przywierała do
gałęzi. Mając nadzieję, że siostra wykaże się rozsądkiem i zostanie na
drzewie, Will odwrócił się do Jema i uniósł rękę. Dawno temu opracowali
serię gestów, którymi porozumiewali się w czasie bitwy, jeśli nie mogli
słyszeć swoich głosów. W oczach Jema zabłysło zrozumienie. Rzucił laskę
swojemu parabatai. Ta pofrunęła idealnym łukiem, a Will ją złapał i nacisnął rączkę. Gdy z trzaskiem wysunęło się z niej ostrze, zadał nim
szybki, mocny cios, rozrywając grubą skórę bestii. Robak szarpnął się do
tyłu i zawył, a Will uderzył znowu, odrąbując ogon od ciała. Benedict
zaczął się miotać, posoka trysnęła kleistym strumieniem prosto na
Nocnego Łowcę. Will uskoczył z krzykiem. Skóra paliła go żywym ogniem.
- Will! - Jem popędził w jego stronę.
Tymczasem Gideon i Gabriel cięli głowę demona, żeby ściągnąć na siebie
jego uwagę. Podczas gdy Will wycierał piekącą ciecz z oczu, Cecily
zeskoczyła z drzewa i wylądowała prosto na plecach bestii.
Wstrząśnięty Will upuścił laskę. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mu się
zgubić broni w trakcie walki, ale teraz jego siostra przywierała z determinacją do pleców ogromnego węża. Zupełnie jak pchła wczepiona w futro psa. Will zobaczył z przerażeniem, że Cecily wyszarpuje zza pasa
sztylet i wbija go z wściekłością w cielsko demona.
Co ona sobie wyobraża? Że ten nożyk jest w stanie zabić tak ogromnego
stwora?
- Will, Will - natarczywym tonem powtarzał mu wprost do ucha Jem, a on
uświadomił sobie, że mówił na głos.
W imię Anioła! Łeb demona obrócił się w stronę Cecily, z otwartą, zębatą
paszczą...
Cecily puściła rękojeść sztyletu i stoczyła się po boku demona. Groźne
szczęki minęły ją o włos i z wściekłym kłapnięciem zacisnęły się na jego
własnym ciele. Trysnęła czarna posoka, robak szarpnął łeb do tyłu, z jego gardła wyrwało się upiorne wycie. W jego boku ziała wielka rana, z kłów zwisały strzępy mięsa. Podczas gdy Will tylko się gapił, Gabriel
uniósł łuk i strzelił.
Strzała trafiła w jedno z czarnych, pozbawionych powiek ślepi stwora.
Demon wyprostował się na całą wysokość... po czym jego łeb opadł do
przodu, a on sam złożył się wpół i zniknął jak wszystkie demony, kiedy
opuszcza je życie.
Łuk Gabriela upadł z cichym trzaskiem na zadeptaną ziemię przesiąkniętą
krwią demona. Tymczasem Cecy wstawała z niej powoli, krzywiąc się z bólu. Prawy nadgarstek miała wykręcony pod dziwnym kątem.
Will sam nie wiedział, kiedy ruszył pędem w jej stronę. Uświadomił
sobie, że biegnie, kiedy w pół kroku zatrzymał go Jem. Will odwrócił się
do niego gwałtownie.
- Moja siostra...
- Twoja twarz - rzekł przyjaciel z godnym podziwu spokojem. - Jesteś
cały pokryty krwią demona, Williamie. Muszę nałożyć ci iratze, zanim
nieodwracalne wypali ci skórę.
- Puść mnie. - Will próbował się wyrwać, ale chłodna ręka parabatai
przytrzymała go za kark.
Po chwili poczuł piekący dotyk steli na nadgarstku i ból, którego do tej
pory sobie nie uświadamiał, zaczął ustępować. Jem puścił go i syknął,
kiedy trochę posoki dostało się na jego palce. Will zatrzymał się
niezdecydowany, ale przyjaciel gestem kazał mu iść i sam przyłożył stelę
do swojej ręki.
Była to tylko chwila zwłoki, ale zanim Will dotarł do siostry, Gabriel
już zdążył ująć ją pod brodę i przesunąć wzrokiem po jej twarzy. Ona
patrzyła na niego ze zdumieniem. W tym momencie zjawił się Will, chwycił
ją za ramię i warknął:
- Odejdź od mojej siostry.
Gabriel cofnął się, zaciskając usta w wąską kreskę. Tymczasem nadbiegł
Gideon i teraz wszyscy trzej ją otaczali. Will przytrzymał ją mocno
jedną ręką, drugą wyjął stelę. Siostra patrzyła na niego płonącymi
niebieskimi oczami, kiedy rysował czarny iratze na jednym boku jej
szyi, a mendelin na drugim. Jej czarne włosy wymknęły się z warkocza,
tak że wyglądała teraz jak dzikuska, którą pamiętał z dawnych lat,
gwałtowna i nieustraszona.
- Jesteś ranna, cariad? - Niechcący wymsknęło mu się czułe słówko,
które już niemal zapomniał.
- Cariad? - powtórzyła Cecily z niedowierzaniem w oczach. - Nic mi nie
jest.
- Niezupełnie - zauważył Will, wskazując na jej nadgarstek, na
zadrapania na twarzy i dłoniach, które już zaczynały się goić pod
wpływem iratze. Buzował w nim taki gniew, że nawet nie usłyszał kaszlu
Jema. Zwykle ten dźwięk pobudziłby go do działania jak iskra rzucona na
suche drewno. - Cecily, co ty wyprawiałaś...
- To była jedna z najodważniejszych akcji, jakie widziałem w wykonaniu
Nocnego Łowcy - przerwał mu Gabriel. Nie patrzył na Willa, tylko na
Cecily, z mieszaniną zaskoczenia i czegoś jeszcze na twarzy. We włosach
miał błoto i krew, tak jak wszyscy, ale jego zielone oczy promieniały.
Cecily się zarumieniła.
- Ja tylko...
Urwała raptownie i rozszerzonymi oczami spojrzała za brata. Nagle Jem
znowu zakaszlał i tym razem Will go usłyszał. Odwrócił się i zobaczył,
że jego parabatai osuwa się na kolana.
Rozdział trzeci. Do ostatniej godziny
Rozdział trzeci
Do ostatniej godziny
"Nie, trupia otucho, Rozpaczy, ja nie, nie będę się sycił
Twą padliną; ostatnich - niechby wiotkich -
splotów męstwa w sobie
Nie rozplączę, ani, znużony, nie jęknę
Nie mogę już. Mogę;
Mogę coś: mieć nadzieję, świt witać, nie szukać
wyjścia w niebycie".
- Gerard Manley Hopkins, Trupia otucha
(Przełożył Stanisław
Barańczak)
Jem opierał się o bok powozu, z zamkniętymi oczami i twarzą białą jak
papier. Will stał obok i mocno trzymał go za ramię. Biegnąc w ich
stronę, Tessa zorientowała się, że nie jest to braterski gest. Jem stał
prosto tylko dzięki temu uściskowi.
Ona i Henry usłyszeli przedśmiertne wycie demona. Gabriel znalazł ich
chwilę później, kiedy zbiegali po frontowych schodach, i opowiedział im
zdyszany o śmierci robaka, a następnie o tym, co się stało Jemowi. Tessa
zbladła, jakby została nagle i mocno spoliczkowana.
Tych słów nie słyszała już od dłuższego czasu, ale zawsze na pół się ich
spodziewała. Czasami śniła o nich w koszmarach, z których budziła się
nagle, walcząc o powietrze. "Jem", "upadł", "oddycha", "krew", "Will",
"Will jest przy nim", "Will...".
Oczywiście, że Will był przy nim.
Pozostali trzymali się w pobliżu. Bracia Lightwoodowie ze swoją siostrą.
Nawet Tatiana milczała, a może Tessa po prostu nie słyszała jej
histerycznej paplaniny. Była świadoma również obecności Cecily i Henry'ego, który stał obok niej z niepewną miną, jakby chciał ją
pocieszyć, ale nie wiedział, od czego zacząć.
Kiedy zbliżyła się, omal nie potykając o oderwany rąbek sukni, Will
spojrzał jej w oczy. Przez chwilę porozumiewali się bez słów. W kwestii
Jema nadal potrafili na siebie patrzeć bez skrępowania. Jeśli chodziło o niego, oboje byli twardzi i nieustępliwi. Tessa zobaczyła, że Will
zaciska dłoń na rękawie Jema.
- Ona tu jest - szepnął.
Jem wolno otworzył oczy. Tessa z trudem zapanowała nad wyrazem twarzy.
Źrenice jej narzeczonego były rozszerzone, czarne tęczówki otaczał wąski
pierścień srebra.
- Ni shou shang le ma, quin ai de? - zapytał cicho.
Jem uczył Tessę mandaryńskiego, na jej prośbę. Teraz zrozumiała
przynajmniej słowa "quin ai de". "Moja droga, kochanie". Sięgnęła po
jego rękę, uścisnęła ją.
- Jem...
- Jesteś ranna, moja ukochana? - odezwał się Will.
Jego głos był równie spokojny jak wzrok. Tessa poczuła, że do jej
policzków napływa krew. Spojrzała w dół na swoją rękę ściskającą dłoń
Jema. Jego palce były blade jak u porcelanowej lalki. Jak mogła nie
zauważyć, że jest taki chory?
- Dziękuję za tłumaczenie, Will - powiedziała, nie odrywając oczu od
narzeczonego.
Obaj Nocni Łowcy byli zbryzgani czarną posoką, ale podbródek i szyję
Jema pokrywały również plamy czerwonej krwi. Jego własnej.
- Nie jestem ranna - wyszeptała Tessa i od razu pomyślała: nie, tak nie
może być. Bądź silna dla niego. Wyprostowała plecy, nie puszczając ręki
Jema. - Gdzie jego lek? - spytała Willa. - Nie wziął go przed wyjazdem z Instytutu?
- Nie mów o mnie, jakby mnie tu nie było - odezwał się Jem, ale bez
cienia gniewu w głosie. Odwrócił głowę i powiedział coś szeptem do
Willa, a przyjaciel skinął głową i puścił jego ramię. Tessa wyczuła
napięcie w postawie Willa. Był czujny, gotowy złapać swojego
parabatai, gdyby ten się zachwiał, ale Jem stał pewnie na nogach. -
Czuję się silniejszy, kiedy Tessa jest przy mnie. Sam widzisz.
Will przekrzywił głowę, tak że Tessa nie mogła dojrzeć jego oczu.
- Widzę - potwierdził. - Tesso, nie ma tutaj jego leku. Jem chyba go nie
zażył przed wyjazdem z Instytutu, ale teraz się do tego nie przyzna.
Jedź z nim do domu i przypilnuj go. Ktoś musi.
Jem wziął chrapliwy wdech.
- Reszta...
- Ja będę powozić. To żaden kłopot. Balios i Xantos znają drogę. Henry
może odwieźć Lightwoodów.
Will był szybki i skuteczny, za szybki, żeby mu chociaż podziękować. I najwyraźniej wcale nie oczekiwał podziękowań. Pomógł Tessie zapakować
Jema do powozu, uważając przy tym, żeby nie musnąć jej ramienia ani nie
dotknąć ręki. Następnie podszedł do pozostałych, żeby im wyjaśnić
sytuację. Przed zamknięciem drzwi pojazdu Tessa usłyszała jeszcze słowa
Henry'ego, że musi zabrać z domu księgi Benedicta.
***
- Co znaleźliście w domu? - zapytał Jem, kiedy przejeżdżali przez
otwartą bramę posiadłości Lightwoodów. Nadal wyglądał kiepsko. Głowę
opierał o poduszki, oczy miał półprzymknięte, jego policzki lśniły od
gorączki. - Słyszałem, że Henry wspomniał coś o gabinecie Benedicta...
- Właśnie tam Benedict oszalał - odparła Tessa, ujmując zimne dłonie
narzeczonego. - Musiał postradać rozum w dniach przed transformacją,
kiedy według Gabriela nie opuszczał pokoju. Nabazgrał na ścianie, chyba
krwią, coś o "diabelskich maszynach". Że nie znają litości i nigdy nie
przestaną przybywać...
- Pewnie miał na myśli armię automatów.
- Pewnie tak. - Tessa zadrżała lekko i przysunęła się do Jema. - Może to
głupie z mojej strony, ale przez ostatnie dwa miesiące panował taki
spokój...
- Zapomniałaś o Mortmainie?
- Nie. Nigdy o nim nie zapomniałam. - Spojrzała na okno, choć nie mogła
przez nie wyjrzeć. Wcześniej zaciągnęła zasłony, kiedy uznała, że ostre
światło razi Jema w oczy. - Miałam nadzieję, że może zajął się czymś
innym.
- Nie wiemy, czy tak się nie stało. - Jem splótł palce z jej palcami. -
Śmierć Benedicta jest tragedią, ale koła zostały puszczone w ruch już
dawno temu. To nie ma nic wspólnego z tobą.
- W bibliotece były też inne rzeczy. Notatniki i książki Benedicta.
Dzienniki. Henry przywiezie je do Instytutu, żeby przestudiować. Jest w nich moje imię. - Tessa umilkła. Jak mogła zawracać Jemowi głowę takimi
sprawami, kiedy źle się czuł?
Jem chyba czytał jej w myślach, bo przesunął palce na jej nadgarstek,
jakby badał puls.
- Tesso, to tylko krótki atak. Szybko minie. Wolałbym, żebyś powiedziała
mi prawdę, całą prawdę, nieważne, czy jest gorzka, czy przerażająca.
Nigdy nie pozwolę, żeby stała ci się krzywda. - Uśmiechnął się. - Twój
puls przyśpiesza.
Prawdę, całą prawdę, nieważne, czy jest gorzka, czy przerażająca.
- Kocham cię - powiedziała.
Jem spojrzał na nią z rozpromienioną miną, która czyniła jeszcze
piękniejszą jego szczupłą twarz.
- Wo xi wang ni ming tian ke yi jia gei wo.
- Ty... - Tessa ściągnęła brwi. - Chcesz się ożenić? Ale przecież już
jesteśmy zaręczeni. Chyba nie można zaręczyć się drugi raz.
Jem się zaśmiał i od razu rozkaszlał. Tessa napięła całe ciało w oczekiwaniu, ale atak okazał się lekki, bez krwi.
- Powiedziałem, że ożeniłbym się z tobą jutro, gdybym mógł.
Tessa udała, że kręci głową.
- Jutrzejszy termin mi nie odpowiada, sir.
- Ale już masz stosowny strój - zauważył Jem z uśmiechem.
Tessa spojrzała na zniszczoną suknię ślubną.
- Owszem, gdybym miała wziąć ślub w rzeźni. Cóż. I tak niezbyt mi się
podobała. Zbyt krzykliwa.
- Uważam, że wyglądasz w niej pięknie - oświadczył cicho Jem.
Tessa oparła głowę na jego ramieniu.
- Przyjdzie inna pora - powiedziała. - Inny dzień, inna suknia. Czas,
kiedy będziesz czuł się dobrze i wszystko wypadnie idealne.
- Nie ma rzeczy idealnych, Tesso. - W łagodnym głosie Jema brzmiało
straszliwe zmęczenie.
***
Sophie stała w oknie swojej małej sypialni i patrzyła na dziedziniec.
Minęły godziny, odkąd powozy odjechały z turkotem. Miała wyczyścić
kominki, ale szczotka i wiadro stały bezużytecznie u jej stóp.
Słyszała głos Bridget dobiegający z kuchni.
Hrabia Richard miał córkę;
Przystojna dziewczyna
Obdarzyła miłością słodkiego Williama,
Choć równa mu nie była.
Czasami, kiedy Bridget miała szczególny nastrój do śpiewania, Sophie
myślała o tym, żeby zakraść się na dół i wepchnąć ją do pieca jak
czarownicę z "Jasia i Małgosi". Ale Charlotte z pewnością by tego nie
pochwaliła. Nawet jeśli Bridget śpiewała o zakazanej miłości między
ludźmi z innych klas, akurat kiedy Sophie karciła się za to, że za mocno
ściska zasłonę. Widziała szaro-zielone oczy, zastanawiała się i martwiła... Czy z Gideonem wszystko dobrze? Jest ranny? Walczy z ojcem?
A jeśli będzie musiał...
Brama Instytutu otworzyła się ze skrzypieniem i do środka wtoczył się
powóz. Na koźle siedział Will. Był bez kapelusza. Jego czarne włosy
powiewały dziko na wietrze. Zeskoczył z miejsca woźnicy i podbiegł do
drzwi, żeby pomóc Tessie wysiąść. Nawet z tej odległości Sophie
zobaczyła, co się stało ze złotą suknią. Potem ujrzała Jema opierającego
się ciężko na ramieniu parabatai.
Z sykiem wciągnęła powietrze. Choć już nie wyobrażała sobie, że jest
zakochana w Jemie, nadal bardzo go lubiła. Trudno żeby było inaczej,
zważywszy na jego otwartość, łagodność i miły charakter. Zawsze
traktował ją wyjątkowo uprzejmie. Czuła ulgę, że w ciągu ostatnich kilku
miesięcy nie miał żadnego ze swoich "złych okresów", jak je nazywała
Charlotte, i chociaż szczęście go nie wyleczyło, wydawał się silniejszy,
zdrowszy...
Cała trójka zniknęła w Instytucie. Ze stajni przyszedł Cyril i zajął się
Baliosem i Xanthosem. Sophie odetchnęła głęboko i wypuściła zasłonę z ręki. Charlotte mogła jej potrzebować, żeby pomogła jej przy Jemie.
Odsunęła się od okna i pośpieszyła na korytarz, do wąskich schodów dla
służby.
W holu na dole spotkała Tessę, bladą i zatroskaną, stojącą z wahaniem
przed sypialną narzeczonego. Przez uchylone drzwi Sophie dostrzegła
Charlotte pochyloną nad Jemem, który siedział na łóżku. Will opierał się
o kominek, z rękoma skrzyżowanymi na piersi. W jego postawie było widać
napięcie. Tessa uniosła głowę i kiedy zobaczyła Sophie, na jej twarz
wróciły kolory.
- Sophie - powiedziała cicho. - Sophie, Jem nie czuje się dobrze. Miał
kolejny... atak choroby.
- Wszystko będzie dobrze, panno Tesso. Widywałam go już wcześniej w takim stanie i zawsze z tego wychodził.
Tessa zamknęła oczy. Miała pod nimi cienie. Nie musiała mówić na głos
tego, o czym obie pomyślały. Że pewnego dnia Jem będzie miał atak i już
z niego nie wyjdzie.
- Muszę przynieść gorącą wodę - stwierdziła Sophie. - I ręczniki...
- Ja powinnam to zrobić - oświadczyła Tessa. - I zrobiłabym, ale
Charlotte mówi, że muszę zdjąć suknię, bo krew demona może być
niebezpieczna, jeśli zbyt dużo jej zetknie się ze skórą. Posłała Bridget
po ręczniki i okłady, a lada chwila przybędzie brat Enoch. Jem inaczej
nie posłucha, ale...
- Wystarczy - ucięła twardo Sophie. - Nic dobrego mu z tego nie
przyjdzie, jeśli pani również się rozchoruje. Pomogę pani z tą suknią.
Szybko się uwiniemy.
Tessa zamrugała.
- Droga, wrażliwa Sophie. Oczywiście masz rację. - Ruszyła korytarzem w stronę swojego pokoju. Zatrzymała się przy drzwiach i obejrzała na
służącą. Zmierzyła ją wzrokiem i chyba skinęła w duchu głową, jakby
potwierdzała własny domysł. - Jemu nic nie jest. Wszystko w porządku.
- Z paniczem Jemem?
Tessa pokręciła głową.
- Z Gideonem Lightwoodem.
Sophie się zarumieniła.
***
Gabriel nie był pewien, dlaczego znajduje się w salonie Instytutu.
Oczywiście, brat kazał mu tutaj przyjść, a nawet po tym wszystkim, co
się wydarzyło, on nadal był przyzwyczajony do robienia tego, co kazał mu
Gideon. Był zaskoczony zwyczajnością tego pokoju w porównaniu ze
wspaniałymi wnętrzami rezydencji Lightwoodów w Pimlico albo w Chiswick.
Ściany były wyłożone tapetą w wyblakłe róże stulistne, blat biurka
poplamiony atramentem, pełen rys od noży do listów i piór, kominek
osmolony. Nad nim wisiało zmatowiałe lustro w złoconej ramie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki