Mechaniczna księżniczka. Cykl Diabelskie maszyny. Tom 3 - Cassandra Clare

Kup ebooka

40.50 zł
34.43 zł (25,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Pro­log

York, 1847

- Boję się - wyszep­tała mała dziew­czynka sie­dząca na łóżku. - Dziadku, możesz zostać ze mną?

Aloy­sius Star­kwe­ather prych­nął ze znie­cier­pli­wie­niem, ale przy­su­nął krze­sło do łóżka i usiadł. Iry­ta­cja była tylko po czę­ści szczera. W skry­to­ści ducha cie­szył się, że wnuczka mu ufa i że czę­sto tylko on potrafi ją uspo­koić. Jego szorst­kość ni­gdy nie prze­szka­dzała dziew­czynce mimo jej wraż­li­wej natury.

- Nie ma się czego bać, Adele - zapew­nił ją teraz. - Sama się prze­ko­nasz.

Wnuczka spoj­rzała na niego wiel­kimi oczami. Cere­mo­nia pierw­szych runów zwy­kle odby­wała się w któ­rymś z oka­zal­szych pomiesz­czeń Insty­tutu w Yorku, ale z powodu sła­bych ner­wów i kru­chego zdro­wia Adele posta­no­wiono tym razem prze­nieść uro­czy­stość do jej bez­piecz­nej sypialni. Dziew­czynka sie­działa na brzegu łóżka ze sztywno wypro­sto­wa­nymi ple­cami. Na sobie miała odświętną czer­woną sukienkę, deli­katne, jasne włosy były zwią­zane z tyłu czer­woną wstążką. Oczy wyda­wały się ogromne w drob­nej twa­rzyczce. Wszystko w niej było kru­che jak chiń­ska por­ce­lana.

- Co mi zro­bią Cisi Bra­cia? - spy­tała.

- Podaj mi rękę - rzekł dzia­dek, a ona z ufno­ścią wycią­gnęła do niego prawą dłoń. Star­kwe­ather obró­cił ją i popa­trzył na sia­teczkę jasno­nie­bie­skich żył rysu­ją­cych się pod skórą. - Użyją steli... wiesz, co to jest stela. Żeby nary­so­wać ci Znak. Zwy­kle zaczy­nają od Runu Wzroku, o czym dowiesz się na lek­cjach, ale w twoim wypadku roz­poczną od Siły.

- Bo nie jestem zbyt silna.

- Żeby cię wzmoc­nić.

- Tak jak mnie wzmac­nia rosół wołowy. - Adele zmarsz­czyła nos.

Dzia­dek się roze­śmiał.

- Mam nadzieję, że to nie będzie aż takie nie­przy­jemne. Poczu­jesz lek­kie ukłu­cie, ale musisz być dzielna i nie krzy­czeć, bo Nocni Łowcy nie pła­czą z bólu. Pie­cze­nie szybko ustąpi, a ty poczu­jesz się dużo sil­niej­sza. I to będzie koniec cere­mo­nii. Potem zej­dziemy na dół i zjemy tort dla uczcze­nia cere­mo­nii.

Adele kla­snęła w ręce.

- Będzie przy­ję­cie!

- Tak, przy­ję­cie. I pre­zenty. - Star­kwe­ather pokle­pał się po kie­szeni. Trzy­mał w niej małe pude­łeczko owi­nięte w nie­bie­ski papier. Znaj­do­wał się w nim jesz­cze mniej­szy rodowy pier­ścień. - Mam tu jeden dla cie­bie. Dosta­niesz go, jak tylko skoń­czy się cere­mo­nia zna­ków.

- Jesz­cze ni­gdy nie mia­łam swo­jego przy­ję­cia.

- Teraz zosta­niesz Nocną Łow­czy­nią - powie­dział Aloy­sius. - Wiesz, dla­czego to jest ważne, prawda? Pierw­sze runy ozna­czają, że już jesteś Nefi­lim, tak jak ja, jak twoja matka i ojciec. Ozna­czają, że jesteś czę­ścią Clave. Czę­ścią naszego rodu wojow­ni­ków. Kimś innym i lep­szym od pozo­sta­łych ludzi.

- Lep­szym - powtó­rzyła Adele wolno.

W tym momen­cie do pokoju weszło dwóch Cichych Braci i Aloy­sius dostrzegł błysk lęku w oczach wnuczki. Dziew­czynka pośpiesz­nie zabrała rękę z jego uści­sku. Star­kwe­ather zmarsz­czył brwi. Nie podo­bał mu się strach u wła­snych potom­ków, choć nie mógł zaprze­czyć, że Cisi Bra­cia są dość upiorni z tym swoim mil­cze­niem i dziw­nym, posu­wi­stym kro­kiem. Gdy pode­szli do łóżka, drzwi otwo­rzyły się ponow­nie i do sypialni weszli rodzice Adele. Jej ojciec, a jego syn, w szkar­łat­nym stroju, synowa w czer­wo­nej sukni wybrzu­sza­ją­cej się w talii i w zło­tym naszyj­niku z runem enkeli. Uśmiech­nęli się oboje do córki, a ona odpo­wie­działa im drżą­cym gry­ma­sem.

Adele Lucindo Star­kwe­ather, roz­brzmiał głos pierw­szego Cichego Brata, Cimona. Osią­gnę­łaś odpo­wiedni wiek, żeby otrzy­mać pierw­szy ze Zna­ków Anioła. Jesteś świa­doma zaszczytu i zro­bisz wszystko w swo­jej mocy, żeby na niego zasłu­żyć?

Adele posłusz­nie ski­nęła głową.

- Tak.

Przyj­miesz Znaki Anioła, które na zawsze pozo­staną na twoim ciele i będą ci przy­po­mi­nały, co jesteś winna Anio­łowi, oraz o twoim uświę­co­nym obo­wiązku wobec świata?

Dziew­czynka powtór­nie kiw­nęła głową. Serce Aloy­siusa napęcz­niało dumą.

- Przyjmę.

Zaczy­najmy więc. W dłu­giej, bia­łej dłoni Cichego Brata bły­snęła stela. Cimon ujął drżącą rękę Adele i przy­tknął do niej czu­bek narzę­dzia. Zaczął ryso­wać.

Adele ze zdu­mie­niem patrzyła, jak na jej bla­dym przed­ra­mie­niu poja­wia się zarys sym­bolu Siły, deli­katny wzór z prze­pla­ta­ją­cych się czar­nych linii. Całe ciało miała napięte, zęby wbiła w górną wargę. W pew­nym momen­cie pomknęła wzro­kiem ku dziad­kowi, a on zdzi­wił się na widok tego, co dostrzegł w jej oczach.

Ból. Odro­bina cier­pie­nia w cza­sie nakła­da­nia zna­ków była rze­czą nor­malną, ale w źre­ni­cach wnuczki Aloy­sius zoba­czył... ago­nię.

Pode­rwał się z krze­sła tak gwał­tow­nie, że upa­dło.

- Stop! - krzyk­nął.

Nie­stety, za późno.

Znak był gotowy. Cichy Brat cof­nął się i wytrzesz­czył oczy na widok steli spla­mio­nej krwią. Adele cicho jęczała, naj­wy­raź­niej mając w pamięci upo­mnie­nie dziadka, żeby nie krzy­czeć z bólu... ale kiedy jej pora­niona skóra zaczęła czer­nieć, pło­nąć i odcho­dzić od kości, jakby znak był ogniem, nie zdo­łała się powstrzy­mać, tylko odrzu­ciła głowę do tyłu i zaczęła wrzesz­czeć, wrzesz­czeć...

Lon­dyn, 1873

- Will? - Char­lotte Fair­child uchy­liła drzwi sali tre­nin­go­wej Insty­tutu.

Jedyną odpo­wie­dzią było stłu­mione mruk­nię­cie. Char­lotte weszła do dużego, wyso­kiego pomiesz­cze­nia. Char­lotte dora­stała, tre­nu­jąc tutaj nie­zli­czone godziny, więc znała każdy skra­wek drew­nia­nej pod­łogi, starą tar­czę strzel­ni­czą nama­lo­waną na pół­noc­nej ścia­nie, okna ze szpro­sami. Pośrodku sali stał Will Heron­dale z nożem w ręce.

Gdy odwró­cił głowę i spoj­rzał na Char­lotte, po raz kolejny naszła ją reflek­sja, jakim on jest dziw­nym dziec­kiem... Był bar­dzo ład­nym dwu­na­sto­let­nim chłop­cem, o gęstych czar­nych wło­sach, które lekko wiły się nad koł­nie­rzy­kiem, teraz mokre i skle­jone od potu. Kiedy przy­był do Insty­tutu, cerę miał ogo­rzałą od wiej­skiego powie­trza i słońca, ale sześć mie­sięcy miej­skiego życia pozba­wiło jego skórę opa­le­ni­zny, tak że teraz rumieńce na policz­kach tym bar­dziej się odzna­czały. Nie­bie­skie oczy były wyjąt­kowo świe­tli­ste. Mógłby wyro­snąć na przy­stoj­nego męż­czy­znę, gdyby zro­bił coś z gniewną miną, która na stałe gościła na jego twa­rzy.

- O co cho­dzi, Char­lotte? - rzu­cił bur­kli­wie, kiedy weszła do sali i zatrzy­mała się przy drzwiach.

Na­dal mówił z lek­kim walij­skim akcen­tem, co mogłoby być cza­ru­jące, gdyby nie cierpki ton. Wytarł czoło ręka­wem.

- Szu­kam cię od wielu godzin - powie­działa Char­lotte z lek­kim wyrzu­tem, choć suro­wość ni­gdy nie robiła wra­że­nia na Willu. Nie­wiele rze­czy robiło na nim wra­że­nie, kiedy był nie w humo­rze, czyli pra­wie zawsze. - Pamię­tasz, co ci wczo­raj mówi­łam? Że dzi­siaj przy­jeż­dża do Insty­tutu ktoś nowy?

- Och, pamię­tam. - Will rzu­cił nożem i jesz­cze bar­dziej spo­chmur­niał, kiedy ostrze utkwiło tuż poza krę­giem na tar­czy. - Po pro­stu nic mnie to nie obcho­dzi.

Chło­piec ukryty za Char­lotte wydał stłu­miony dźwięk, cał­kiem podobny do śmie­chu. Ale on prze­cież nie mógłby się śmiać? Ostrze­żono ją, że przy­bysz z Szan­ghaju nie jest cał­kiem zdrowy, lecz i tak była zasko­czona, kiedy wysiadł z powozu, blady i chwie­jący się jak trzcina na wie­trze, o ciem­nych krę­co­nych wło­sach prze­ty­ka­nych sre­brem, jakby miał osiem­dzie­siąt lat, a nie dwa­na­ście. Duże, srebrno-czarne oczy były dziwne i zara­zem piękne, ale raczej nie­sa­mo­wite w tak deli­kat­nej twa­rzy.

- Will, bądź uprzejmy - powie­działa z naci­skiem, usu­nęła się na bok i popchnęła gościa ku środ­kowi sali. - Nie przej­muj się Wil­lem. On po pro­stu bywa cza­sami nie w sosie. Willu Heron­dale, mogę cię przed­sta­wić Jame­sowi Car­sta­ir­sowi z Insty­tutu Szan­ghaj­skiego?

- Jem - ode­zwał się przy­bysz. - Wszy­scy mówią mi Jem. - Zro­bił krok do przodu, obser­wu­jąc Willa z przy­ja­znym zacie­ka­wie­niem. Ku zasko­cze­niu Char­lotte mówił bez śladu akcentu, ale, z dru­giej strony, jego ojciec był Bry­tyj­czy­kiem. - Ty też możesz.

- Cóż, skoro wszy­scy tak do cie­bie mówią, twoja pro­po­zy­cja nie jest dla mnie szcze­gól­nym wyróż­nie­niem, prawda? - rzu­cił Will kwa­śnym tonem. Jak na kogoś tak mło­dego potra­fił być zadzi­wia­jąco nie­miły. - Zapew­niam cię, Jame­sie Car­sta­irs, że będzie lepiej dla nas obu, jeśli zaj­miesz się sobą i zosta­wisz mnie w spo­koju.

Char­lotte wes­tchnęła w duchu. Miała nadzieję, że rówie­śnik jakoś zdoła prze­bić się przez gniew i zło­śli­wość Willa i być może go roz­broi, ale teraz stało się jasne, że mło­dego Heron­dale'a naprawdę nie obcho­dziło, że do Insty­tutu przy­był inny Nocny Łowca. Nie chciał przy­ja­ciół ani ich nie potrze­bo­wał. Zer­k­nęła na Jema, spo­dzie­wa­jąc się, że zoba­czy na jego twa­rzy zasko­cze­nie albo urazę, ale on tylko uśmie­chał się lekko, jakby Will był kot­kiem, który pró­buje go podra­pać.

- Nie tre­no­wa­łem, odkąd wyje­cha­łem z Szan­ghaju - powie­dział. - Przy­dałby mi się part­ner, z któ­rym mógł­bym potre­no­wać.

- Mnie też - odparł Will. - Ale ja potrze­buję kogoś, kto dotrzyma mi kroku, a nie sła­be­usza, który wygląda, jakby stał nad gro­bem. Choć może nadał­byś się jako cel przy ćwi­cze­niach z rzu­ca­nia nożem.

Char­lotte, która znała prawdę o Jame­sie Car­sta­ir­sie - ale nie podzie­liła się nią z Wil­lem - zamarła z prze­ra­że­nia. "Stał nad gro­bem", dobry Boże! Co powie­dział jej ojciec? Że Jem musi zaży­wać nar­ko­tyk, który prze­dłuży jego życie, ale go nie ura­tuje. Och, Will!

Zro­biła ruch, jakby chciała wejść mię­dzy chłop­ców, ochro­nić Jema przed okru­cień­stwem rówie­śnika, w tym wypadku gor­szym, niż Will mógłby przy­pusz­czać... ale się zatrzy­mała.

Jem nawet nie zmie­nił wyrazu twa­rzy.

- Jeśli przez "sta­nie nad gro­bem" masz na myśli umie­ra­nie, to ow­szem - powie­dział. - Zostały mi jakieś dwa lata życia, trzy, jeśli będę miał szczę­ście. Przy­naj­mniej tak mówią.

Nawet Will nie zdo­łał ukryć szoku. Jego policzki poczer­wie­niały.

- Ja...

Ale Jem już ruszył w stronę tar­czy nama­lo­wa­nej na ścia­nie. Wyszarp­nął nóż z drewna, po czym odwró­cił się i pod­szedł do Willa. Choć deli­kat­nej budowy, był tego samego wzro­stu co on. Sto­jąc zale­d­wie cale od sie­bie, chłopcy zwarli się spoj­rze­niami.

- Możesz mnie wyko­rzy­stać do ćwi­czeń z cel­no­ści, jeśli chcesz - powie­dział Jem takim tonem, jakby mówił o pogo­dzie. - Chyba nie muszę się bać, bo nie masz zbyt dobrego oka. - Odwró­cił się, zamach­nął i rzu­cił nożem. - Broń utkwiła w samym środku tar­czy i zadrżała lekko. - Albo możesz mi pozwo­lić, żebym cię potre­no­wał. - Jem z powro­tem spoj­rzał na Willa. - Bo ja mam bar­dzo dobre oko.

Char­lotte osłu­piała. Przez pół roku obser­wo­wa­nia Willa zauwa­żyła, że chło­pak z nie­na­wi­ścią i pre­cy­zyj­nie wymie­rzo­nym okru­cień­stwem odpy­cha od sie­bie wszyst­kich, któ­rzy pró­bują się do niego zbli­żyć - nauczy­cieli, jej ojca, jej narze­czo­nego Henry'ego, obu braci Ligh­two­odów. Gdyby nie to, że była jedyną osobą, która widziała, jak Will pła­cze, chyba już dawno stra­ci­łaby nadzieję, że jej pod­opieczny potrafi być dla kogoś dobry. A jed­nak teraz, kiedy patrzył na Jamesa Car­sta­irsa, tak kru­chego, że wyda­wał się jak zro­biony ze szkła, twardy wyraz jego twa­rzy powoli zmie­niał się w nie­pew­ność.

- Naprawdę umie­rasz? - zapy­tał bar­dzo dziw­nym tonem.

James kiw­nął głową.

- Tak mówią.

- Przy­kro mi - powie­dział Will.

- Tylko nie to - rzu­cił cicho Jem, odgar­nął połę kurtki i wyjął nóż zza paska. - Nie bądź pospo­lity. Nie mów, że ci przy­kro. Powiedz, że będziesz ze mną tre­no­wał.

Podał nóż Wil­lowi, ręko­je­ścią do przodu. Char­lotte wstrzy­mała oddech. Bała się poru­szyć. Czuła, że jest świad­kiem cze­goś bar­dzo dziw­nego i bar­dzo waż­nego, ale sama nie wie­działa, co wła­ści­wie roz­grywa się na jej oczach.

Will wycią­gnął rękę i wziął nóż, nie spusz­cza­jąc wzroku z twa­rzy Jema. Pal­cami musnął przy tym dłoń dru­giego chłopca. Char­lotte po raz pierw­szy widziała, jak jej wycho­wa­nek dotyka kogoś z wła­snej woli.

- Będę z tobą tre­no­wał - oznaj­mił Will.

Roz­dział pierw­szy. Potworna awan­tura

Roz­dział pierw­szy

Potworna awan­tura

"W ponie­dzia­łek żeń się dla zdro­wia, We wto­rek dla bogac­twa, Środa to dzień naj­lep­szy, W czwar­tek dla udręki. W pią­tek dla straty, a W sobotę dla nie­szczę­ścia".

- przy­śpiewka ludowa

- Gru­dzień to dobry czas na ślub - stwier­dziła szwaczka z ustami peł­nymi szpi­lek. - Jak powia­dają: "Kiedy w grud­niu pada śnieg, bierz ślub, a praw­dziwa miłość prze­trwa". - Wbiła ostat­nią szpilkę w suk­nię i zro­biła krok do tyłu. - No. I co panienka myśli? To jeden z ostat­nich modeli Wor­tha.

Tessa spoj­rzała na swoje odbi­cie w lustrze. Suk­nia była ze zło­tego jedwa­biu, zgod­nie z tra­dy­cją Noc­nych Łow­ców, któ­rzy uwa­żali biały za kolor żałoby, choć sama kró­lowa Wik­to­ria brała w nim ślub. Koronka zdo­biła dopa­so­wany sta­nik i sta­no­wiła wykoń­cze­nie ręka­wów.

- Piękna! - Char­lotte kla­snęła w ręce i pochy­liła się. Jej brą­zowe oczy jarzyły się zachwy­tem. - Tesso, ten kolor świet­nie na tobie wygląda.

Tessa okrę­ciła się przed lustrem. Złoto przy­da­wało jej policz­kom tak potrzeb­nych kolo­rów, gor­set nada­wał jej syl­wetce kształt klep­sy­dry i zaokrą­glał ją w tych miej­scach, gdzie powi­nien, mecha­niczny anio­łek wiszący na szyi koił ją swoim tyka­niem. Pod nim wisiał jadeit, który poda­ro­wał jej Jem. Wydłu­żyła łań­cu­szek, żeby móc nosić obie te rze­czy razem, bo z żadną nie chciała się roz­sta­wać.

- Nie sądzisz, że ta koronka jest zbyt ozdobna?

- Wcale nie! - Char­lotte odchy­liła się do tyłu, odru­chowo kła­dąc rękę na brzu­chu. Zawsze była bar­dzo szczu­pła - prawdę mówiąc, wręcz chuda - i nie potrze­bo­wała gor­setu, a teraz, kiedy spo­dzie­wała się dziecka, zaczęła nosić luźne suk­nie, w któ­rych wyglą­dała jak pta­szek. - To twój ślub, Tesso. Jeśli ist­nieje jakaś oka­zja, żeby nawet prze­sad­nie się wystroić, to wła­śnie w ten dzień. Tylko sobie wszystko wyobraź.

Wła­śnie temu zaję­ciu Tessa odda­wała się ostat­nio przez zbyt wiele nocy.

Jesz­cze nie wie­działa, gdzie ona i Jem wezmą ślub, bo Rada na­dal zasta­na­wiała się nad ich sytu­acją. Ale kiedy wyobra­żała sobie tę chwilę, ślub zawsze odby­wał się w kościele, ona szła główną nawą, wspie­ra­jąc się na ramie­niu Henry'ego, nie roz­glą­da­jąc się, tylko patrząc pro­sto przed sie­bie na narze­czo­nego, jak przy­stało pan­nie mło­dej. Jem miał być w stroju nie bojo­wym, tylko spe­cjal­nie zapro­jek­to­wa­nym na tę oka­zję, ale w stylu mili­tar­nym: czarny ze zło­tymi pasami wokół nad­garst­ków i zło­tymi runami na koł­nie­rzu i kie­szonce.

Wyglą­dał tak młodo. Oboje byli tacy mło­dzi. Tessa wie­działa, że to nie­zwy­kłe, by pobie­rać się w wieku sie­dem­na­stu i osiem­na­stu lat, ale czas ich naglił.

Czas Jema.

Tessa dotknęła szyi i poczuła zna­jome wibra­cje. Skrzy­dła aniołka dra­pały wnę­trze jej dłoni. Szwaczka z nie­po­ko­jem spoj­rzała na nią. Była Przy­ziemną, nie Nefi­lim, ale miała Wzrok, jak wszy­scy, któ­rzy słu­żyli Noc­nym Łow­com.

- Mam usu­nąć koronkę, panienko?

Zanim Tessa zdą­żyła odpo­wie­dzieć, roz­le­gło się puka­nie do drzwi:

- Jesteś tam, Tesso?

Char­lotte wypro­sto­wała się gwał­tow­nie.

- Och! On nie może cię zoba­czyć w tej sukni!

- Dla­czego? - zdzi­wiła się Tessa.

- Bo Nocni Łowcy uwa­żają, że to przy­nosi pecha. - Char­lotte wstała. - Szybko! Ukryj się za szafą!

- Za szafą? Ale...

Tessa pisnęła zasko­czona, kiedy Char­lotte objęła ją w talii i nie­mal zacią­gnęła do kry­jówki jak poli­cjant eskor­tu­jący wyjąt­kowo opor­nego prze­stępcę. Uwol­niona Tessa otrze­pała suk­nię i wykrzy­wiła się do Char­lotte. Kiedy szwaczka otwo­rzyła drzwi, obie wyj­rzały zza szafy.

W szpa­rze poja­wiła się srebrna głowa. Jem był lekko roz­czo­chrany, mary­narkę miał prze­krzy­wioną. Gdy rozej­rzał się ze zdzi­wie­niem i dostrzegł Char­lotte i Tessę do połowy ukryte za szafą, wes­tchnął z ulgą.

- Dzięki Bogu! Nie mia­łem poję­cia, gdzie się podzie­wa­cie. Gabriel Ligh­twood jest na dole i urzą­dza straszną awan­turę.

***

- Napisz do nich - powie­działa Cecily Heron­dale. - Pro­szę. Tylko jeden list.

Will odrzu­cił do tyłu spo­cone włosy i spio­ru­no­wał ją wzro­kiem.

- Zaj­mij wła­ściwą pozy­cję - roz­ka­zał, wska­zu­jąc miej­sce czub­kiem szty­letu. - Tam.

Cecily z wes­tchnie­niem speł­niła pole­ce­nie. Wcze­śniej celowo źle sta­nęła, żeby spro­wo­ko­wać Willa. Łatwo było go spro­wo­ko­wać. Tyle pamię­tała z cza­sów, kiedy miał dwa­na­ście lat. Wtedy też pod­ju­dza­nie go, żeby coś zro­bił, na przy­kład, wspiął się na stromy dach rezy­den­cji, wywo­ły­wało taki sam sku­tek: gniewny nie­bie­ski pło­mień w oczach, zaci­śnięte zęby, cza­sami zła­mana noga albo ręka.

Oczy­wi­ście, ten Will, pra­wie doro­sły, nie był bra­tem, któ­rego pamię­tała z dzie­ciń­stwa. Stał się bar­dziej wybu­chowy i bar­dziej zamknięty w sobie. Odzie­dzi­czył urodę po matce i upór po ojcu, a także, jak się oba­wiała, jego skłon­ność do występ­ków, choć tylko się tego domy­ślała z szep­tów miesz­kań­ców Insty­tutu.

- Pod­nieś broń! - Ton Willa był chłodny i pro­fe­sjo­nalny jak u jej guwer­nantki.

Cecily wypeł­niła pole­ce­nie. Minęło tro­chę czasu, zanim przy­zwy­cza­iła się do stroju bojo­wego: luź­nej tuniki, spodni i pasa. Teraz poru­szała się w nim rów­nie swo­bod­nie jak w noc­nej koszuli.

- Nie rozu­miem, dla­czego cho­ciaż nie zasta­no­wisz się nad napi­sa­niem listu. Jed­nego listu.

- A ja nie rozu­miem, dla­czego ty nie zasta­na­wiasz się nad powro­tem do domu - odpa­ro­wał Will. - Gdy­byś po pro­stu poje­chała do York­shire, mogła­byś prze­stać mar­twić się o naszych rodzi­ców i...

- A może byś się zało­żył, Will? - prze­rwała mu Cecily.

Była jed­no­cze­śnie zado­wo­lona i tro­chę roz­cza­ro­wana, kiedy zoba­czyła błysk w oczach brata, zupeł­nie taki jak u ojca, gdy pro­po­no­wano mu zakład. Męż­czyźni są tacy prze­wi­dy­walni.

- O co? - Will zro­bił krok do przodu.

Cecily widziała runy wijące się na jego nad­garst­kach i mne­mo­syne na szyi. Przez dłuż­szy czas patrzyła na znaki jak na oszpe­ce­nia, ale teraz się do nich przy­zwy­cza­iła. Podob­nie jak do nosze­nia stroju Noc­nych Łow­ców, do wiel­kich sal Insty­tutu wypeł­nio­nych echami i do jego dziw­nych miesz­kań­ców.

Wska­zała na ścianę ze starą tar­czą strzel­ni­czą nama­lo­waną pośrodku czarną farbą.

- Jeśli tra­fię w śro­dek trzy razy, napi­szesz do rodzi­ców list o tym, co u cie­bie sły­chać. Musisz im powie­dzieć o klą­twie i wyja­śnić, dla­czego ucie­kłeś.

Will spo­chmur­niał, jak zawsze, kiedy sio­stra wyska­ki­wała z tą prośbą.

- Ni­gdy nie tra­fisz trzy razy, Cecy.

- W takim razie zakład nie powi­nien być dla cie­bie wiel­kim zmar­twie­niem, Wil­lia­mie.

Celowo użyła jego peł­nego imie­nia. Wie­działa, że w ten spo­sób wpra­wia go w zakło­po­ta­nie, cho­ciaż, kiedy tak mówił jego naj­lep­szy przy­ja­ciel Jem... nie, jego para­ba­tai - o tej istot­nej róż­nicy dowie­działa się po przy­by­ciu do Insty­tutu - Will trak­to­wał to jak wyraz uczu­cia. Moż­liwe, że na­dal pamię­tał, jak ona czła­pie za nim na tłu­stych nóż­kach i woła zady­szana: "Will, Will!". Ni­gdy nie nazy­wała go wtedy Wil­lia­mem, tylko Wil­lem albo po walij­sku Gwi­lym.

Brat zmru­żył oczy, ciem­no­nie­bie­skie jak jej wła­sne. Kiedy ich matka stwier­dziła kie­dyś z czu­ło­ścią, że Will będzie poże­ra­czem kobie­cych serc, kiedy doro­śnie, Cecily spoj­rzała na nią z powąt­pie­wa­niem: chudy, roz­czo­chrany chło­pak, same ręce i nogi, zawsze umo­ru­sany. Ale kiedy wpa­ro­wała do jadalni Insty­tutu, a on wstał zdu­miony, pomy­ślała: to nie może być Will.

Kiedy wbił w nią wzrok - miał oczy ich matki - dostrze­gła w nich gniew. Nie był zado­wo­lony, że ją widzi, o nie! I gdzie się podział ten chło­pak z jej wspo­mnień: chu­dzie­lec z szopą czar­nych wło­sów, z liśćmi na ubra­niu. Teraz miała przed sobą wyso­kiego, onie­śmie­la­ją­cego męż­czy­znę. Słowa, które zamie­rzała z sie­bie wyrzu­cić, uwię­zły jej w krtani, więc odpo­wie­działa mu gniew­nym wzro­kiem. I od tam­tej pory Will ledwo tole­ro­wał jej obec­ność, jakby była kamy­kiem w bucie, stałą, ale drobną przy­kro­ścią.

Cecily wzięła głę­boki wdech, unio­sła pod­bró­dek i przy­go­to­wała się do pierw­szego rzutu. Will nie wie­dział, ile godzin spę­dziła sama w tej sali, ćwi­cząc, ucząc się wywa­ża­nia noża, odkry­wa­jąc, na czym polega dobry rzut. Odchy­liła prawe ramię do tyłu, za głowę, po czym prze­nio­sła cię­żar ciała do przodu. Gdy czu­bek noża zna­lazł się na jed­nej linii z celem, Cecily wypu­ściła go, wstrzy­mu­jąc oddech, i bły­ska­wicz­nie cof­nęła rękę.

Nóż utkwił w ścia­nie, dokład­nie pośrodku tar­czy.

- Jeden - powie­działa Cecily, posy­ła­jąc bratu uśmiech pełen wyż­szo­ści.

Will odpo­wie­dział jej kamien­nym spoj­rze­niem, a następ­nie pod­szedł do ściany, wyszarp­nął z niej broń i oddał ją sio­strze.

Przy dru­gim rzu­cie nóż rów­nież tra­fił w cel i zawi­bro­wał niczym drwiący palec.

- Dwa - odli­czyła Cecily gro­bo­wym tonem.

Brat oddał jej nóż z zaci­śnię­tymi zębami, a Cecily przy­jęła go z uśmie­chem. Czuła, że w jej żyłach niczym krew pły­nie pew­ność sie­bie. Wie­działa, że jest w sta­nie to zro­bić. Zawsze potra­fiła wspiąć się tak wysoko jak Will, bie­gać rów­nie szybko, wstrzy­mać oddech rów­nie długo...

Rzu­ciła. Nóż wbił się w cel, Cecily pod­sko­czyła, klasz­cząc w ręce, ogar­nięta rado­ścią zwy­cię­stwa. Włosy uwol­nione ze szpi­lek roz­sy­pały się jej po twa­rzy. Odgar­nęła je i sze­roko uśmiech­nęła się do brata.

- Napi­szesz list. Zgo­dzi­łeś się na zakład!

Ku jej zasko­cze­niu Will się uśmiech­nął.

- Napi­szę - powie­dział. - Napi­szę, a potem wrzucę go w ogień. - Uniósł rękę na widok jej obu­rze­nia. - Obie­ca­łem, że napi­szę list, ale nie mówi­łem, że go wyślę.

- Jak śmia­łeś mnie tak oszu­kać?! - wykrzyk­nęła Cecily.

- Uprze­dza­łem cię, że nie jesteś mate­ria­łem na Noc­nego Łowcę. Ina­czej nie dała­byś się tak łatwo oszu­kać. Nie zamie­rzam napi­sać tego listu, Cecy. To wbrew Prawu, i już!

- Jakby obcho­dziło cię Prawo! - Cecily tup­nęła nogą i od razu ziry­to­wała się jesz­cze bar­dziej; nie zno­siła dziew­czyn, które tupały nogami.

- A tobie nie zależy na byciu Nocną Łow­czy­nią. - Will zmru­żył oczy. - Co ty na to? Napi­szę list i dam ci go, jeśli mi obie­casz, że sama zawie­ziesz go do domu... i już nie wró­cisz.

Cecily aż się cof­nęła. Pamię­tała wiele gło­śnych kłótni z Wil­lem, por­ce­la­no­wych lalek wyrzu­ca­nych przez okno pod­da­sza, ale wśród wspo­mnień były też miłe chwile: brat ban­da­żu­jący jej roz­cięte kolano albo zawią­zu­jący wstążkę we wło­sach. Tej dobroci bra­ko­wało Wil­lowi, który stał teraz przed nią. Ich mama pła­kała przez pierw­sze dwa lata po jego wyjeź­dzie. Tuląc Cecily, mówiła, że Nocni Łowcy "pozba­wią go całej miło­ści". To zimni ludzie, powta­rzała, ludzie, któ­rzy zabra­niali jej mał­żeń­stwa z ich ojcem. Czego on u nich szu­kał, jej Will, jej mały synek?

- Nie pojadę - oświad­czyła Cecily, mie­rząc brata wzro­kiem. - I jeśli się uprzesz, że muszę, ja... ja...

W tym momen­cie drzwi sali się uchy­liły. W progu sta­nął Jem.

- A, widzę, że sobie gro­zi­cie. Robi­cie to całe popo­łu­dnie czy dopiero zaczę­li­ście?

- To on zaczął. - Cecily wska­zała brodą na Willa, choć wie­działa, że to bez­ce­lowe.

Para­ba­tai Willa trak­to­wał ją z obo­jętną, łagodną uprzej­mo­ścią zare­zer­wo­waną dla młod­szych sióstr przy­ja­ciół, ale zawsze sta­wał po jego stro­nie. Uprzej­mie, ale zde­cy­do­wa­nie sta­wiał jej brata ponad wszyst­kim na świe­cie.

Cóż, pra­wie wszyst­kim. Widok Jema zro­bił na niej pio­ru­nu­jące wra­że­nie, kiedy zja­wiła się w Insty­tu­cie: jego nie­ziem­ska, nie­zwy­kła uroda, sre­brzy­ste włosy i oczy, deli­katne rysy. Wyglą­dał jak książę z bajki. Cecily mogłaby nawet roz­wa­żyć zako­cha­nie się w nim, gdyby nie było oczy­wi­ste, że Jem jest po uszy zako­chany w Tes­sie Grey. Jego wzrok podą­żał za nią wszę­dzie, dokąd­kol­wiek szła, głos się zmie­niał, kiedy do niej mówił. Matka Cecily stwier­dziła kie­dyś z roz­ba­wie­niem, że jeden z ich mło­dych sąsia­dów wpa­truje się w dziew­czynę, jakby "była jedyną gwiazdą na nie­bie", i wła­śnie w taki spo­sób Jem patrzył na Tessę.

Cecily nie czuła zazdro­ści. Tessa była wobec niej miła i przy­ja­zna, choć tro­chę nie­śmiała, zawsze z nosem w książce, podob­nie jak Will. Jeśli wła­śnie takiej dziew­czyny pra­gnął Jem, Cecily do niego nie paso­wała. Im dłu­żej prze­by­wała w Insty­tu­cie, tym wyraź­niej sobie uświa­da­miała, jak bar­dzo skom­pli­ko­wa­łyby się sprawy z Wil­lem. Jej brat był wyjąt­kowo opie­kuń­czy wobec Jema. Obser­wo­wałby ją przez cały czas i czu­wał, żeby przy­pad­kiem go nie zde­ner­wo­wała albo nie skrzyw­dziła w inny spo­sób. Nie, lepiej trzy­mać się od tego wszyst­kiego z dala.

- Wła­śnie myśla­łem, żebym zwią­zać Cecily i nakar­mić nią kaczki w Hyde Parku - powie­dział Will, odgar­nia­jąc do tyłu wil­gotne włosy i posy­ła­jąc Jemowi rzadki u niego uśmiech. - Przy­da­łaby mi się twoja pomoc.

- Nie­stety, chyba będziesz musiał odło­żyć na póź­niej swoje plany wobec sio­stry. Na dole jest Gabriel Ligh­twood, a ja chciał­bym ci przy­po­mnieć dwa słowa. Twoje ulu­bione słowa, przy­naj­mniej kiedy ty je wypo­wia­dasz.

- "Kom­pletny pro­stak"? - pod­su­nął Will. - "Bez­war­to­ściowy uzur­pa­tor"?

Jem uśmiech­nął się sze­roko.

- Demo­niczna ospa.

***

Z wprawą trzy­mają tacę w jed­nej ręce, drugą Sophie zapu­kała do pokoju Gide­ona Ligh­two­oda.

Usły­szała pośpieszne kroki i drzwi się otwo­rzyły. W progu stał Gideon w spodniach, szel­kach i bia­łej koszuli z pod­wi­nię­tymi ręka­wami. Ręce miał mokre, a włosy wil­gotne, jakby pośpiesz­nie prze­cze­sał je pal­cami. Sophie drgnęło serce w piersi, ale zmu­siła się do tego, żeby przy­brać surową minę.

- Panie Ligh­twood, przy­nio­słam roga­liki, o które pan pro­sił, a Brid­get zro­biła kanapki - oznaj­miła.

Gideon zro­bił krok do tyłu, żeby wpu­ścić ją do środka. Pokój był taki sam jak wszyst­kie inne w Insty­tu­cie: cięż­kie, ciemne meble, wiel­kie łoże z bal­da­chi­mem, duży komi­nek, wyso­kie okna, tutaj wycho­dzące na dzie­dzi­niec. Sophie czuła na sobie spoj­rze­nie Gide­ona, kiedy szła przez pokój i sta­wiała tacę na sto­liku. Potem się wypro­sto­wała i odwró­ciła z rękami zło­żo­nymi z przodu na far­tu­chu.

- Sophie... - zaczął Gideon.

- Panie Ligh­twood - prze­rwała mu Sophie. - Ma pan jesz­cze jakieś życze­nie?

Spoj­rzał na nią na pół bun­tow­ni­czo, na pół ze smut­kiem.

- Chciał­bym, żebyś mówiła mi Gideon.

- Już panu tłu­ma­czy­łam, że nie mogę.

- Sophie, pro­szę. - Zro­bił krok w jej stronę. - Zanim wpro­wa­dzi­łem się do Insty­tutu, myśla­łem, że jeste­śmy na dobrej dro­dze do przy­jaźni. Ale od dnia, kiedy tu zamiesz­ka­łem, trak­tu­jesz mnie chłodno.

Sophie odru­chowo powę­dro­wała dło­nią do twa­rzy. Przy­po­mniała sobie, jak pan Teddy, syn jej daw­nego pra­co­dawcy, dopa­dał ją w ciem­nych kątach, przy­ci­skał do ściany i wsu­wał ręce pod sta­nik, mam­ro­cząc jej do ucha, żeby była mu przy­chyl­niej­sza, jeśli wie, co dla niej dobre. Na to wspo­mnie­nie zro­biło się jej słabo, nawet teraz, po latach.

- Sophie. - W kąci­kach oczu Gide­ona poja­wiły się zmarszczki. - O co cho­dzi? Jeśli zro­bi­łem coś złego, czymś cię obra­zi­łem, powiedz mi, pro­szę, jak mogę to napra­wić...

- Nic złego pan nie zro­bił, niczym mnie nie obra­ził. Jest pan dżen­tel­me­nem, a ja słu­żącą. Nie może być mię­dzy nami poufa­ło­ści. Pro­szę nie wpra­wiać mnie w zakło­po­ta­nie, panie Ligh­twood.

Gideon opu­ścił unie­sioną rękę. Minę miał tak żało­sną, że Sophie zmię­kło serce. Ja mam wszystko do stra­ce­nia, a on nic, upo­mniała się surowo. Powta­rzała to sobie późno w nocy, leżąc w wąskim łóżku, drę­czona wspo­mnie­niem oczu koloru burzy.

- Myśla­łem, że jeste­śmy przy­ja­ciółmi.

- Nie mogę być pań­ską przy­ja­ciółką.

Gideon zro­bił krok do przodu.

- A gdy­bym cię popro­sił...

- Gide­onie! - W otwar­tych drzwiach sta­nął zdy­szany Henry w jed­nej z tych swo­ich okrop­nych kami­ze­lek w zie­lone i poma­rań­czowe paski. - Twój brat jest na dole...

Oczy Gide­ona się roz­sze­rzyły.

- Gabriel jest tutaj?

- Tak. Krzy­czy coś o waszym ojcu, ale zaklina się, że nic nam nie powie, póki ty się nie zja­wisz. Chodź.

Gideon się zawa­hał, prze­su­wa­jąc wzrok z Henry'ego na Sophie, która sta­rała się być nie­wi­dzialna.

- Ja...

- Chodź, Gide­onie. - Henry rzadko mówił ostrym tonem, a kiedy to robił, efekt był zdu­mie­wa­jący. - On jest cały we krwi.

Gideon zbladł i się­gnął po miecz wiszący przy drzwiach.

- Idę.

***

Gabriel Ligh­twood opie­rał się o ścianę przy drzwiach Insty­tutu, bez kurtki, w samej koszuli i spodniach prze­siąk­nię­tych krwią. Na zewnątrz u stóp scho­dów Tessa widziała powóz Ligh­twoodów z her­bem w postaci pło­mie­nia nama­lo­wa­nym na boku. Chło­pak musiał sam nim przy­je­chać.

- Gabrielu - zaczęła Char­lotte koją­cym tonem, jakby pró­bo­wała uspo­koić zna­ro­wio­nego konia. - Powiesz nam, pro­szę, co się stało.

Gabriel - wysoki i smu­kły, z kasz­ta­no­wymi wło­sami skle­jo­nymi krwią - podra­pał się po twa­rzy. Wzrok miał dziki.

- Gdzie mój brat? Muszę poroz­ma­wiać z moim bra­tem.

- Już idzie. Posła­łam po niego Henry'ego, a Cyril szy­kuje nasz powóz. Gabrielu, jesteś ranny? Potrze­bu­jesz iratze? - Char­lotte mówiła macie­rzyń­skim tonem, jakby chło­pak ni­gdy nie patrzył na nią z góry, sto­jąc za krze­słem Bene­dicta Ligh­two­oda, ni­gdy nie spi­sko­wał ze swoim ojcem, żeby ode­brać jej Insty­tut.

- Tak dużo krwi - zauwa­żyła Tessa, wysu­wa­jąc się do przodu. - Gabrielu, to nie tylko twoja, prawda?

Gdy na nią spoj­rzał, Tessa pomy­ślała, że młody Ligh­twood po raz pierw­szy na nikogo nie pozuje. W jego oczach widziała jedy­nie strach, oszo­ło­mie­nie... i dez­orien­ta­cję.

- Nie. To ich...

- Ich? O kim mówisz?

Pyta­nie zadał Gideon, zbie­ga­jąc po scho­dach z mie­czem w ręce. Za nim śpie­szyli Henry, Jem, Will i Cecily. Gdy Jem nagle zatrzy­mał się na stop­niach, Tessa uświa­do­miła sobie, że zoba­czył ją w sukni ślub­nej. Jego oczy się roz­sze­rzyły, ale pozo­stali już prze­py­chali się obok niego, tak że pocią­gnęli go ze sobą jak liść nie­siony prą­dem rzeki.

- Ojciec jest ranny? - Gideon sta­nął przed bra­tem. - A ty?

Ujął brata za pod­bró­dek i odwró­cił do sie­bie jego twarz. Choć Gabriel był wyż­szy, na jego twa­rzy odma­lo­wała się ulga, że star­szy brat jest obok. W jego suro­wym tonie zabrzmiała nuta urazy.

- Ojciec... Ojciec to robak.

Will zaśmiał się krótko. Był w peł­nym rynsz­tunku, jakby wła­śnie wyszedł z sali tre­nin­go­wej, wil­gotne włosy miał przy­kle­jone do skroni. Nie patrzył na Tessę, ale ona już się do tego przy­zwy­cza­iła. Ni­gdy na nią nie patrzył, jeśli nie musiał.

- Dobrze widzieć, że zaczą­łeś podzie­lać nasz punkt widze­nia, Gabrielu, ale oznaj­miasz to w dość nie­zwy­kły spo­sób.

Gideon posłał mu spoj­rze­nie pełne nagany, po czym zwró­cił się do brata.

- Co masz na myśli, Gabrielu? Co ojciec zro­bił?

Chło­pak potrzą­snął głową.

- Jest roba­kiem - powtó­rzył bez­dź­więcz­nie.

- Wiem. Zhań­bił nazwi­sko Ligh­two­odów i okła­mał nas obu. Okrył wsty­dem i znisz­czył naszą matkę. Ale nie musimy być tacy jak on.

Gabriel uwol­nił się z uści­sku brata i bły­snął zębami w gniew­nym gry­ma­sie.

- Nie słu­chasz mnie. On jest roba­kiem. Roba­kiem. Prze­klę­tym wiel­kim wężem. Odkąd Mort­main prze­stał przy­sy­łać lek, było coraz gorzej. Ojciec się zmie­niał. Te plamy, które miał na rękach, zaczęły się roz­prze­strze­niać na całe ciało. Dło­nie, szyję, twarz... - Zie­lone oczy Gabriela odszu­kały Willa. - To demo­niczna ospa, prawda? Wiesz o niej wszystko, tak? Jesteś eks­per­tem?

- Nie musisz się zacho­wy­wać, jak­bym to ja ją wymy­ślił - odparł Will. - Tylko dla­tego, że wie­rzy­łem w jej ist­nie­nie. Są o niej rela­cje w sta­rych księ­gach w naszej biblio­tece...

- O demo­nicz­nej ospie? - zapy­tała Cecily, marsz­cząc brwi. - Will, o czym ty mówisz?

Jej brat otwo­rzył usta i zaru­mie­nił się lekko. Tessa ukryła uśmiech. Minęły tygo­dnie od chwili przy­by­cia Cecily do Insty­tutu, ale jej obec­ność na­dal iry­to­wała i nie­po­ko­iła Willa. Naj­wy­raź­niej nie wie­dział, jak się zacho­wy­wać w obec­no­ści młod­szej sio­stry, która już nie była dziec­kiem, jakim ją pamię­tał. Z upo­rem powta­rzał, że jej obec­ność tutaj jest nie­mile widziana. Ale Tessa widziała, że wodzi za nią wzro­kiem z taką samą opie­kuń­czo­ścią i miło­ścią jak cza­sami za Jemem. Z pew­no­ścią ist­nie­nie demo­nicz­nej ospy i spo­sobu jej prze­no­sze­nia się było ostat­nią rze­czą, jaką miałby ochotę wyja­śniać Cecily.

- Nie musisz nic o tym wie­dzieć - wymam­ro­tał.

Spoj­rze­nie Gabriela powę­dro­wało ku Cecily, jego usta roz­chy­liły się z zasko­cze­nia. Tessa zoba­czyła, że młody Ligh­twood wręcz pożera ją wzro­kiem. Rodzice Willa musieli być kie­dyś bar­dzo piękni, pomy­ślała. Cecily była rów­nie ładna, jak Will przy­stojny: oboje mieli takie same lśniące czarne włosy i zadzi­wia­jące ciem­no­nie­bie­skie oczy. Dziew­czyna śmiało odwza­jem­niła spoj­rze­nie Gabriela. Na jej twa­rzy malo­wała się cie­ka­wość. Pew­nie się zasta­na­wiała, kim jest ten chło­pak, który wyraź­nie nie lubi jej brata.

- Ojciec nie żyje? - spy­tał Gideon, pod­no­sząc głos. - Demo­niczna ospa go zabiła?

- Nie zabiła, tylko zmie­niła - odparł Gabriel. - Zmie­niła go. Przed paroma tygo­dniami zarzą­dził prze­pro­wadzkę do Chi­swick. Nie wyja­śnił, dla­czego. Kilka dni temu zamknął się w gabi­ne­cie i nie wycho­dził z niego nawet po to, żeby coś zjeść. Dziś rano posze­dłem tam, żeby spró­bo­wać coś zro­bić. Drzwi były wyrwane z zawia­sów, a przez kory­tarz biegł jakiś ośli­zły ślad. Ruszy­łem za nim na dół i dalej do ogrodu. - Rozej­rzał się po obec­nych. - Stał się roba­kiem. Wła­śnie to mówię.

- Pew­nie nie byłoby moż­liwe, żeby... hm, na niego nadep­nąć? - ode­zwał się Henry.

Ligh­twood popa­trzył na niego z nie­sma­kiem.

- Prze­szu­ka­łem ogród. Zna­la­złem paru słu­żą­cych. A kiedy mówię "zna­la­złem", dosłow­nie to mam na myśli. Byli roze­rwani na strzępy. - Gabriel prze­łknął ślinę i spoj­rzał na swoje zakrwa­wione ubra­nie. - Usły­sza­łem jakiś dźwięk, prze­raź­liwe, wyso­kie wycie. Odwró­ci­łem się i zoba­czy­łem, że w moją stronę sunie wielki ślepy robal, zupeł­nie jak smok z legend. Pasz­czę miał roz­dzia­wioną i pełną zębów ostrych jak szty­lety. Odwró­ci­łem się i pobie­głem do stajni. Robal wśli­znął się za mną, ale ja wsko­czy­łem do powozu i wyje­cha­łem przez bramę. Stwór... ojciec, nie podą­żył za mną. Chyba nie chciał, żeby ktoś go zoba­czył.

- Aha - mruk­nął Henry. - Więc za duży, żeby na niego nadep­nąć.

- Nie powi­nie­nem był ucie­kać - stwier­dził Gabriel, patrząc na brata. - Powi­nie­nem był zostać i wal­czyć z tym stwo­rem. Może dałoby się prze­mó­wić mu do rozumu. Może ojciec gdzieś tam jest.

- A może prze­gry­złby cię na pół - rzu­cił Will. - Opi­sa­łeś wła­śnie trans­for­ma­cję w demona, ostat­nie sta­dium ospy.

- Will! - Char­lotte wyrzu­ciła ręce w górę. - Dla­czego wcze­śniej tego nie powie­dzia­łeś?

- W biblio­tece są książki na temat demo­nicz­nej ospy - odpa­ro­wał Will ura­żo­nym tonem. - Nikomu nie bro­ni­łem ich czy­tać.

- Tak, ale skoro Bene­dict miał się zmie­nić w ogrom­nego węża, mogłeś przy­naj­mniej uprze­dzić o takiej moż­li­wo­ści - stwier­dziła Char­lotte. - Nie sądzisz, że sprawa doty­czy nas wszyst­kich?

- Po pierw­sze, nie wie­dzia­łem, że Bene­dict zmieni się w gigan­tycz­nego robala - zaczął Will. - Ostat­nim sta­dium demo­nicz­nej ospy jest prze­miana w demona. Dowol­nego rodzaju. Po dru­gie, trans­for­ma­cja trwa kilka tygo­dni. Można by sądzić, że nawet taki paten­to­wany idiota jak Gabriel kogoś powia­domi o tym, co się dzieje.

- Kogo miał powia­do­mić? - wtrą­cił Jem, cał­kiem roz­sąd­nie. W cza­sie roz­mowy przy­su­nął się do Tessy. Teraz stali obok sie­bie, a ich dło­nie się sty­kały.

- Clave. Listo­no­sza. Nas. Kogo­kol­wiek. - Will rzu­cił ziry­to­wane spoj­rze­nie Gabrie­lowi, który tym­cza­sem odzy­skał rumieńce i teraz wyglą­dał na wście­kłego.

- Nie jestem paten­to­wa­nym idiotą...

- Brak patentu nie dowo­dzi inte­li­gen­cji - odpa­ro­wał Will.

- Poza tym mówi­łem, że ojciec zamknął się w gabi­ne­cie na cały zeszły tydzień...

- I nie pomy­śla­łeś, żeby się tym zain­te­re­so­wać? - rzu­cił Will.

- Nie znasz naszego ojca - ode­zwał się Gideon bez­na­mięt­nym tonem, który przy­bie­rał cza­sami, kiedy roz­mowa o ojcu była nie­unik­niona. Następ­nie odwró­cił się do brata, poło­żył ręce na jego ramio­nach i zaczął coś do niego mówić spo­koj­nie i cicho, tak że nikt wię­cej go nie sły­szał.

Jem splótł mały palec z pal­cem Tessy. Był to zwy­cza­jowy czuły gest, do któ­rego tak się przy­zwy­cza­iła w ciągu kilku ostat­nich mie­sięcy, że cza­sami odru­chowo wycią­gała rękę, kiedy Jem sta­wał obok niej.

- To twoja suk­nia ślubna? - zapy­tał szep­tem.

Tessę ura­to­wało od odpo­wie­dzi poja­wie­nie się Brid­get z ekwi­pun­kiem. Gideon nagle zwró­cił się do wszyst­kich obec­nych i powie­dział:

- Chi­swick. Musimy tam jechać. Przy­naj­mniej Gabriel i ja.

- Sami? - wyrwało się Tes­sie. - Dla­czego nie wezwie­cie innych...

- Clave - prze­rwał jej Will z roz­iskrzo­nymi nie­bie­skimi oczami. - On nie chce, żeby Clave dowie­działo się o jego ojcu.

- A ty byś chciał? - gwał­tow­nie spy­tał Gabriel. - Gdyby cho­dziło o twoją rodzinę? - Wykrzy­wił usta. - Nie­ważne. Prze­cież ty nie masz poję­cia o lojal­no­ści...

- Gabrielu, nie mów do Willa w taki spo­sób - skar­cił go Gideon.

Młod­szy brat wyglą­dał na zasko­czo­nego i Tessa wcale mu się nie dzi­wiła. Tak jak wszy­scy w Insty­tu­cie, Gideon wie­dział o klą­twie, która była przy­czyną wro­go­ści i gwał­tow­nych zacho­wań Willa, ale nikt z zewnątrz nie znał tej histo­rii.

- Poje­dziemy z tobą. Oczy­wi­ście, że poje­dziemy z tobą. - Jem puścił rękę Tessy i wystą­pił do przodu. - Gideon wyświad­czył nam przy­sługę. Nie zapo­mnie­li­śmy o tym, prawda, Char­lotte?

- Oczy­wi­ście, że nie - odparła Char­lotte. - Brid­get, strój bojowy...

- Dobrze się składa, że ja swój już mam na sobie - powie­dział Will.

Tym­cza­sem Henry zrzu­cił mary­narkę i zamie­nił ją na górę od stroju bojo­wego oraz pas z bro­nią.

Jem poszedł za jego przy­kła­dem i nagle w przed­sionku zro­bił się ruch. Char­lotte mówiła coś cicho do Henry'ego, trzy­ma­jąc rękę na brzu­chu. Tessa odwró­ciła od nich wzrok i zoba­czyła ciemną głowę pochy­loną ku jasnej. Jem stał obok Willa i kre­ślił stelą znak na jego szyi. Cecily spoj­rzała na brata i spo­chmur­niała.

- Ja też jestem w stroju bojo­wym - oznaj­miła.

Will tak gwał­tow­nie uniósł głowę, że Jem zapro­te­sto­wał z iry­ta­cją.

- Cecily, abso­lut­nie nie.

- Nie masz prawa mówić mi, co mogę robić, a czego nie. - Oczy dziew­czyny zapło­nęły. - Idę.

Will spoj­rzał na Henry'ego, ale ten prze­pra­sza­jąco wzru­szył ramio­nami.

- Ona ma prawo. Tre­nuje od pra­wie dwóch mie­sięcy...

- Jest jesz­cze dziew­czynką!

- Ty robi­łeś to samo w wieku pięt­na­stu lat - przy­po­mniał mu cicho Jem, a Will odwró­cił się do niego gwał­tow­nie.

Przez chwilę wszy­scy wstrzy­my­wali oddech, nawet Gabriel. Jem spo­koj­nie patrzył w oczy przy­ja­ciela, a Tessa nie po raz pierw­szy odno­siła wra­że­nie, że ci dwaj bez­gło­śnie prze­ka­zują sobie jakieś słowa.

W końcu Will wes­tchnął i zmru­żył oczy.

- Teraz twoja narze­czona zgłosi się na ochot­nika - powie­dział.

- Oczy­wi­ście, że jadę - oświad­czyła Tessa. - Może nie jestem Nocną Łow­czy­nią, ale ja też tre­no­wa­łam. Jem ni­gdzie się beze mnie nie ruszy.

- Jesteś w sukni ślub­nej - zauwa­żył Will.

- Wszy­scy już ją widzieli, więc nie mogę w niej wziąć ślubu - stwier­dziła Tessa. - No wie­cie, pech.

Will wymam­ro­tał coś po walij­sku, ale tonem poko­na­nego. Jem posłał Tes­sie lekki, zatro­skany uśmiech. W tym momen­cie otwo­rzyły się drzwi Insty­tutu i do środka wpadł blask jesien­nego słońca. W progu stał zdy­szany Cyril.

- Drugi powóz gotowy - oznaj­mił. - Kto jedzie?

***

Do: Kon­sula Josiaha Way­landa Od: Rady

Drogi Panie,

z pew­no­ścią jest Pan świa­domy, że po dzie­się­ciu latach koń­czy się okres Pań­skiej służby jako Kon­sula. Przy­szła pora wyzna­czyć następcę.

Jeśli cho­dzi o nas, poważ­nie roz­wa­żamy kan­dy­da­turę Char­lotte Bran­well z domu Fair­child, która dobrze się spi­suje w roli sze­fo­wej Insty­tutu Lon­dyń­skiego. Przy­pusz­czamy, że ma ona Pań­ską apro­batę, jako że po śmierci jej ojca została wyzna­czona na to sta­no­wi­sko wła­śnie przez Pana.

Ponie­waż Pań­ska opi­nia jest dla nas nie­zwy­kle cenna, będziemy wdzięczni za wszel­kie uwagi w tej kwe­stii.

Z powa­ża­niem

Vic­tor Whi­te­law, Inkwi­zy­tor, w imie­niu Rady

Roz­dział drugi. Robak zdo­bywca

Roz­dział drugi

Robak zdo­bywca

"Sza­leń­stwo - grze­chy i nie­dole - I strach, co życie skraca".

- Edgar Allan Poe, Robak zdo­bywca (Prze­ło­żył Antoni Lange)

Kiedy powóz Insty­tutu wto­czył się przez bramę Ligh­twood House w Chi­swick, Tessa mogła dokład­niej obej­rzeć sobie to miej­sce, ponie­waż za pierw­szym razem była tutaj w środku nocy. Długa, szu­trowa droga obsa­dzona po obu stro­nach drze­wami wio­dła do koli­stego pod­jazdu znaj­du­ją­cego się przed ogrom­nym bia­łym domem. Rezy­den­cja o sil­nych, syme­trycz­nych liniach i wynio­słych kolum­nach bar­dzo przy­po­mi­nała jej znane z rycin kla­syczne grec­kie i rzym­skie świą­ty­nie. Przed scho­dami stał powóz, przez ogrody bie­gły żwi­rowe ścieżki.

Były to piękne ogrody. Nawet w paź­dzier­niku tonęły w powo­dzi kwia­tów. Wzdłuż porząd­nie utrzy­ma­nych ale­jek wiją­cych się mię­dzy drze­wami rosły późne czer­wone róże oraz brą­zowo-poma­rań­czowe, żółte i ciem­no­złote chry­zan­temy. Kiedy Henry zatrzy­mał powóz, Tessa wysia­dła z pomocą Jema i usły­szała szmer stru­mie­nia, któ­rego bieg, jak podej­rze­wała, zmie­niono tak, żeby pły­nął przez ogrody. Tego prze­pięk­nego miej­sca w żaden spo­sób nie potra­fiła połą­czyć w myślach z tam­tym, w któ­rym Bene­dict wydał swój dia­bel­ski bal, choć widziała okrą­ża­jącą dom ścieżkę, którą szła tam­tej nocy. Pro­wa­dziła ona do skrzy­dła, które wyglą­dało, jakby dobu­do­wano je nie­dawno...

Za nimi zatrzy­mał się powóz Ligh­two­odów kie­ro­wany przez Gide­ona i wysy­pali się z niego Gabriel, Will i Cecily. Rodzeń­stwo Heron­dale'ów na­dal kłó­ciło się ze sobą. Will pod­kre­ślał swoje racje, wyma­chu­jąc rękami, Cecily łypała na niego spode łba. Gniewny wyraz twa­rzy bar­dzo upo­dab­niał ją do brata, co w innych oko­licz­no­ściach mogłoby być nawet zabawne.

Gideon, jesz­cze bled­szy niż wcze­śniej, zesko­czył na zie­mię i rozej­rzał się z nie­obna­żo­nym mie­czem w ręce.

- Powóz Tatiany - stwier­dził krótko, kiedy Jem i Tessa się do niego zbli­żyli. Wska­zał na pojazd sto­jący przy scho­dach. Obie pary drzwi były otwarte. - Pew­nie posta­no­wiła zło­żyć wizytę w domu.

- Aku­rat teraz... - Gabriel był wyraź­nie wście­kły, ale w jego zie­lo­nych oczach czaił się strach.

Tatiana, ich sio­stra, nie­dawno wyszła za mąż. Herb na boku powozu, wie­niec z cierni, musiał być sym­bo­lem rodu jej męża. Cała grupka stała jak wmu­ro­wana, kiedy Gabriel pod­cho­dził do powozu, wysu­wa­jąc broń zza pasa. Zaj­rzał do środka i zaklął gło­śno, po czym odsu­nął się i spoj­rzał na Gide­ona.

- Na sie­dze­niach jest krew - oznaj­mił. - I... to paskudz­two. - Dźgnął koło czub­kiem klingi. Kiedy ją cof­nął, zwi­sała z niej długa nić cuch­ną­cego śluzu.

Will wyszarp­nął zza pasa sera­ficki miecz i krzyk­nął:

- Ere­miel! - Kiedy ostrze roz­ja­rzyło się w jesien­nym słońcu niczym jasna gwiazda, wska­zał naj­pierw na pół­noc, a potem na połu­dnie. - Ogrody ota­czają cały dom i scho­dzą aż do rzeki. Dobrze o tym wiem. Pew­nej nocy ści­ga­łem po nich demona Mar­basa. Gdzie­kol­wiek jest Bene­dict, wąt­pię, czy opu­ścił ten teren. Bałby się, że zosta­nie zauwa­żony.

- My weź­miemy zachod­nią część domu, ty sprawdź wschod­nią - zade­cy­do­wał Gabriel. - Krzyk­nij, jeśli coś zoba­czysz, a wtedy przy­bie­gniemy.

Wytarł ostrze o żwir pod­jazdu i ruszył za bra­tem wzdłuż boku rezy­den­cji. Will skie­ro­wał się w prze­ciwną stronę, a za nim podą­żyli Jem, Cecily i Tessa. Will zatrzy­mał się w naroż­niku i powiódł wzro­kiem po ogro­dach, wyczu­lony na każdy podej­rzany dźwięk czy widok. Chwilę póź­niej ski­nął na pozo­sta­łych, żeby szli za nim. Kiedy ruszyli dalej, Tessa zawa­dziła obca­sem o luźny kamień leżący pod żywo­pło­tem. Natych­miast odzy­skała rów­no­wagę, ale Will obej­rzał się i spio­ru­no­wał ją wzro­kiem.

- Tesso. - Kie­dyś mówił do niej Tess, ale te czasy już dawno minęły. - Nie powin­naś być z nami. Nie jesteś przy­go­to­wana. Zacze­kaj w powo­zie.

- Nie!

Will odwró­cił się do Jema i powie­dział:

- Tessa jest twoją narze­czoną. Prze­mów jej do roz­sądku.

Skry­wa­jąc uśmiech, Jem zbli­żył się do niej z laską mie­czem w ręce.

- Tesso, mogła­byś wyświad­czyć mi tę przy­sługę?

- Uwa­żasz, że nie potra­fię wal­czyć, bo jestem dziew­czyną - rzu­ciła Tessa, mie­rząc go wzro­kiem.

- Uwa­żam, że nie możesz wal­czyć, bo jesteś w sukni ślub­nej - odparł Jem. - I cokol­wiek to dla cie­bie zna­czy, nie sądzę, żeby Will też potra­fił wal­czyć w takim stroju.

- Może i nie - przy­znał Will, który miał uszy jak nie­to­perz. - Ale był­bym olśnie­wa­jącą panną młodą.

- Kto to jest? - spy­tała nagle Cecily, wska­zu­jąc przed sie­bie.

Wszy­scy odwró­cili się i zoba­czyli pędzącą ku nim postać.

Słońce stało nad ich gło­wami, tak że przez chwilę, zanim jej oczy przy­zwy­cza­iły się do bla­sku, Tessa widziała tylko nie­wy­raźną plamę. Plama szybko oka­zała się bie­gnącą dziew­czyną bez kape­lu­sza, o jasnych wło­sach roz­wia­nych na wie­trze. Wysoka i kości­sta, miała na sobie fuk­sjową suk­nię, kie­dyś zapewne ele­gancką, teraz podartą i popla­mioną krwią. Nie­zna­joma z wrza­skiem rzu­ciła się w ramiona Willa.

Ten się zachwiał i omal nie upu­ścił Ere­miela.

- Tatiana...

Tessa nie potra­fiła stwier­dzić, czy Will ją ode­pchnął, czy dziew­czyna sama się odsu­nęła, ale w każ­dym razie dopiero teraz wyraź­nie zoba­czyła jej twarz, wąską i kan­cia­stą. Pia­skowe włosy były takie same jak u Gide­ona, oczy zie­lone jak u Gabriela. Mogłaby ucho­dzić za ładną, gdyby jej rysów nie szpe­cił wyraz dez­apro­baty. Choć zalana łzami i zdy­szana, zacho­wy­wała się tro­chę teatral­nie, jakby była świa­doma, że spoj­rze­nia wszyst­kich skie­ro­wane są na nią, zwłasz­cza spoj­rze­nie Willa.

- Wielki potwór! - zaszlo­chała. - Ta istota... wyrwała mojego kocha­nego Ruperta z powozu i z nim umknęła!

Will odsu­nął się od niej jesz­cze bar­dziej.

- Co to zna­czy "umknęła"?

Tatiana wska­zała ręką.

- T-tam - wykrztu­siła. - Zacią­gnęła go do wło­skich ogro­dów. Z początku Ruper­towi uda­wało się uni­kać jej pasz­czy, ale stwór wlókł go ścież­kami. Choć krzy­cza­łam, nie pusz­czał go! - Znowu zalała się łzami.

- Wrzesz­cza­łaś - powtó­rzył Will. - Tylko to zro­bi­łaś?

- Gło­śno wrzesz­cza­łam. - Tatiana była wyraź­nie ura­żona. Cał­kiem odsu­nęła się od Willa i wbiła w niego wzrok. - Widzę, że jesteś nie­życz­li­wie nasta­wiony jak zawsze. - Pomknęła wzro­kiem ku Jemowi, Cecily i Tes­sie. - Pan Car­sta­irs - powie­działa sztywno, jakby brała udział w przy­ję­ciu ogro­do­wym. Kiedy spoj­rzała na Cecily, zmru­żyła oczy. - A pani...

- Och, w imię Anioła! - Will wymi­nął ją i poszedł dalej, a Jem uśmiech­nął się do Tessy i ruszył za nim.

- Pani musi być sio­strą Willa - stwier­dziła Tatiana, kiedy obaj Nocni Łowcy się odda­lili. Tessę z roz­my­słem zigno­ro­wała.

Cecily popa­trzyła na nią z nie­do­wie­rza­niem.

- Tak, choć nie rozu­miem, co to za róż­nica. Tesso, idziesz?

- Tak.

Czy Will tego chciał czy nie, po pro­stu nie mogła bez­czyn­nie patrzeć, jak ci dwaj nara­żają się na nie­bez­pie­czeń­stwo. Po chwili usły­szała za sobą kroki na żwi­rze. To Tatiana nie­chęt­nie poszła za nimi.

Zmie­rzali w stronę ogrodu fran­cu­skiego na pół ukry­tego za wyso­kimi żywo­pło­tami. W oddali świa­tło sło­neczne odbi­jało się od szkla­nej kopuły oran­że­rii. Był piękny jesienny dzień, wiał rześki wiatr, powie­trze pach­niało liśćmi. Tessa obej­rzała się na dom. Gładka biała fasada wzno­siła się wysoko, prze­ła­mana jedy­nie łukami bal­ko­nów.

"Will" - wyszep­tała, kiedy roz­plótł jej dło­nie i zdjął je ze swo­jej szyi. Ścią­gnął jej ręka­wiczki i rzu­cił je na kamienną posadzkę, po chwili dołą­czyła do nich maseczka i szpilki do wło­sów poży­czone od Jes­sie. On też zdjął swoją maskę i cisnął ją na bok, po czym prze­su­nął pal­cami po wil­got­nych czar­nych wło­sach, odgar­nął je z czoła. Dolna część pół­ma­ski zosta­wiła odci­śnięty, jaśniej­szy ślad na jego wydat­nych kościach policz­ko­wych, ale kiedy Tessa wycią­gnęła ręce, żeby ich dotknąć, on chwy­cił je i łagod­nie opu­ścił w dół. "Nie" - powie­dział. - "Naj­pierw ja cie­bie dotknę...".

Rumie­niąc się mocno, Tessa ode­rwała wzrok od domu i prze­pę­dziła wspo­mnie­nia. Tym­cza­sem dotarli do prze­rwy w żywo­pło­cie. Za nią roz­cią­gał się "wło­ski ogród" oto­czony listo­wiem. Stały w nim rzędy posą­gów kla­sycz­nych boha­te­rów i postaci mitycz­nych. W umiesz­czo­nej pośrodku fon­tan­nie Wenus lała wodę z dzbana, rzeźby wiel­kich histo­ry­ków i mężów stanu - Cezara, Hero­dota, Tuki­dy­desa - patrzyły na sie­bie pustymi oczami poprzez alejki odcho­dzące od cen­tral­nego punktu. Byli tam rów­nież poeci i dra­ma­tur­dzy. Tessa minęła Ary­sto­te­lesa, Owi­diu­sza, Homera z oczami prze­sło­nię­tymi kamienną maską przy­po­mi­na­jącą o jego śle­po­cie, Wergi­liu­sza i Sofo­klesa. Nagle powie­trze roz­darł prze­raź­liwy krzyk.

Tessa odwró­ciła się gwał­tow­nie. Kilka stóp za nią Tatiana stała jak wmu­ro­wana, z wytrzesz­czo­nymi oczami. Tessa rzu­ciła się w jej stronę, pozo­stali tuż za nią. Ona pierw­sza dotarła do dziew­czyny. Tatiana chwy­ciła ją na oślep, jakby na chwilę zapo­mniała, z kim ma do czy­nie­nia.

- Rupert - jęk­nęła, wpa­tru­jąc się przed sie­bie.

Idąc za jej wzro­kiem, Tessa zoba­czyła męski but ster­czący z żywo­płotu. Przez chwilę myślała, że jego wła­ści­ciel po pro­stu leży nie­przy­tomny na ziemi, z resztą ciała ukrytą w listo­wiu, ale kiedy się pochy­liła, stwier­dziła, że jest to sam but i kawa­łek pogry­zio­nego, zakrwa­wio­nego ciała wysta­ją­cego z cho­lewki.

***

- Robal długi na dwa­na­ście metrów? - mruk­nął Will do Jema, kiedy szli przez wło­ski ogród. Ich buty dzięki runom bez­dź­więcz­no­ści nie chrzę­ściły na żwi­rze. - Pomyśl, jaką rybę można by na niego zła­pać.

Usta Jema drgnęły.

- To nie jest zabawne, wiesz.

- Tro­chę.

- Nie możesz w tych oko­licz­no­ściach silić się na żarty o roba­kach, Will. Mówimy o ojcu Gabriela i Gide­ona.

- Nie mówimy o nim, tylko ści­gamy go w ozdob­nym ogro­dzie z posą­gami, bo zmie­nił się w robaka.

- Demo­nicz­nego robaka - przy­po­mniał mu Jem, zatrzy­mu­jąc się i ostroż­nie wyglą­da­jąc zza żywo­płotu. - Wiel­kiego węża. Może to znie­chęci cię do nie­sto­sow­nych dow­ci­pów?

- Cza­sami moje nie­sto­sowne dow­cipy choć odro­binę cię bawiły. - Will wes­tchnął. - Nawet o roba­kach.

- Will...

Sły­sząc prze­raź­liwy krzyk, obaj odwró­cili się i zoba­czyli, jak Tatiana Black­thorn zata­cza się w obję­cia Tessy. Tessa chwy­ciła ją i pod­trzy­mała, a Cecily ruszyła do prze­rwy w żywo­pło­cie, wycią­ga­jąc zza pasa sera­ficki miecz z wprawą doświad­czo­nego Noc­nego Łowcy. Will nie sły­szał, co sio­stra mówi, ale ostrze roz­ja­rzyło się w jej ręce, oświe­tla­jąc jej twarz i roz­pa­la­jąc pło­mień stra­chu w jego żołądku.

Zaczął biec. Jem za nim. Tatiana bez­wład­nie opie­rała się o Tessę, twarz miała wykrzy­wioną od pła­czu.

- Rupert! - zawo­dziła. - Rupert!

Tessa z tru­dem ją pod­trzy­my­wała. Will chciał się zatrzy­mać, żeby jej pomóc, ale uprze­dził go Jem. I dobrze. To była jego rola jako narze­czo­nego.

Will ode­rwał od nich wzrok i skie­ro­wał go na sio­strę, która wła­śnie prze­cho­dziła przez otwór w żywo­pło­cie, z wysoko unie­sio­nym mie­czem omi­ja­jąc ponure szczątki Ruperta Black­thorna.

- Cecily! - zawo­łał Will z iry­ta­cją.

Dziew­czyna zaczęła się odwra­cać...

I świat eks­plo­do­wał. Przed nimi try­snęła pod niebo fon­tanna błota. Grudy ziemi spa­dły na nich jak grad. Ze środka gej­zeru wyra­stał ogromny, ślepy wąż o sza­rawo-bia­łej skó­rze. Koloru mar­twego ciała, pomy­ślał Will. Bił od niego odór jak z grobu. Tatiana pisnęła i zemdlona osu­nęła się na trawę, pocią­ga­jąc za sobą Tessę.

Robak zaczął się koły­sać, sta­ra­jąc się uwol­nić z ziemi. Pasz­czę miał roz­dzia­wioną. Była to nie tyle pasz­cza, co wiel­kie roz­cię­cie dzie­lące jego głowę na pół, naje­żone zębami ostrymi jak u rekina. Z gar­dła wydo­by­wał się prze­ni­kliwy syk.

- Stój! - krzyk­nęła Cecily, uno­sząc przed sobą sera­ficki miecz. Wyglą­dała na cał­ko­wi­cie pozba­wioną stra­chu. - Cof­nij się, prze­klęta istoto!

Bestia zaata­ko­wała. Dziew­czyna nawet nie drgnęła, kiedy wielka pasz­cza zawi­sła tuż nad nią...W tym momen­cie Will sko­czył i ode­pchnął sio­strę na bok. Oboje poto­czyli się w żywo­płot w chwili, kiedy łeb robaka ude­rzył w zie­mię, tam gdzie przed chwilą stała Cecily. Zosta­wił w niej spore wgłę­bie­nie.

- Will! - Cecily wyrwała mu się, ale tak nie­zręcz­nie, że sera­ficki miecz ciął go w czoło i zosta­wił po sobie czer­wone opa­rze­nie. Jej oczy pło­nęły nie­bie­skim ogniem. - To było nie­po­trzebne!

- Nie jesteś wyszko­lona! - krzyk­nął Will, osza­lały z wście­kło­ści i prze­ra­że­nia. - Zgi­niesz! Zostań, gdzie jesteś!

Się­gnął po jej miecz, ale Cecily już zerwała się z ziemi. Chwilę póź­niej robak znowu zaata­ko­wał z otwartą pasz­czą. Ratu­jąc wcze­śniej sio­strę, Will upu­ścił swój miecz. Broń leżała teraz kilka stóp dalej. Will usko­czył w bok, uni­ka­jąc o włos zębów bestii, i w tym momen­cie zja­wił się przy nim Jem z laską w ręce. Uniósł ostrze i wbił je mocno w bok robala. Z krtani stwora wyrwał się dia­bel­ski wrzask, try­snęła krew. Demon cof­nął się gwał­tow­nie i z sykiem znik­nął za żywo­pło­tem.

Will się odwró­cił. Nie widział Cecily. Jem wsko­czył mię­dzy nią a Bene­dicta i teraz był cały zbry­zgany czarną krwią i bło­tem. Za nim zoba­czył Tessę, która trzy­mała Tatianę na kola­nach. Ich spód­nice mie­szały się ze sobą: jaskra­wo­ró­żowa ze znisz­czoną ślubną w kolo­rze złota. Tessa pochy­lała się nad dziew­czyną, żeby chro­nić ją przed wido­kiem ojca, tak że więk­szość demo­nicz­nej krwi spry­skała jej włosy i ubra­nie. Teraz unio­sła pobla­dłą twarz i napo­tkała wzro­kiem oczy Willa.

Na chwilę ogród, hałas i odór krwi demona znik­nęły, a on znaj­do­wał się w cichym miej­scu sam na sam z Tessą. Chciał do niej pod­biec, objąć ją. Chro­nić.

Ale to było zada­nie Jema, nie jego. Nie jego.

Chwila minęła i oto Tessa już stała. Dźwi­gnęła Tatianę z ziemi, zakła­da­jąc jej rękę na swoje ramiona. Młoda wdowa opie­rała się o nią pół­przy­tomna.

- Musisz ją stąd zabrać - stwier­dził Will, wodząc wzro­kiem po ogro­dzie. - Mogłaby zgi­nąć. Nie ma wyszko­le­nia.

Usta Tessy zaczęły się zaci­skać w zna­jomą, upartą linię.

- Nie chcę cię zosta­wiać.

- Chyba nie myślisz... - Cecily była wyraź­nie wstrzą­śnięta. - Sądzisz, że ten stwór by się nie poha­mo­wał? Prze­cież ona jest jego córką. Jeśli... jeśli zostały mu jakieś rodzi­ciel­skie uczu­cia...

- Pożarł wła­snego zię­cia, Cecy - bur­kli­wie przy­po­mniał Will. - Tesso, idź z Tatianą, jeśli chcesz ura­to­wać jej życie. I zostań z nią przy domu. Byłoby nie­do­brze, gdyby tu wró­ciła.

- Dzię­kuję ci, Will - szep­nął Jem, kiedy Tessa pocią­gnęła ze sobą sła­nia­jącą się dziew­czynę.

Will odczuł te słowa jak trzy ukłu­cia igły w serce. Zawsze kiedy sta­rał się chro­nić Tessę, Jem myślał, że robi to ze względu na niego. Każda z tych igieł miała swoje imię. Poczu­cie winy. Wstyd. Miłość.

Nagle Cecily wrza­snęła. Żywo­płot się roz­stą­pił i jakiś cień zasło­nił słońce. Will ujrzał tuż przed sobą prze­pastny czer­wony prze­łyk ogrom­nego robaka i ślinę kapiącą z wiel­kich zębów. Się­gnął do pasa po miecz, ale bestia już się cofała ze szty­le­tem ster­czą­cym z szyi. Will od razu roz­po­znał tę broń. Nale­żała do Jema. Jego para­ba­tai wydał ostrze­gaw­czy okrzyk i w tym momen­cie demon ponow­nie zaata­ko­wał. Will wymie­rzył mie­czem cios w górę, w spód szczęki. Przez zębi­ska robala try­snęła krew, zasy­czała w zetknię­ciu ze stro­jem Noc­nego Łowcy. Coś od tyłu ude­rzyło Willa w kolana. Nie­przy­go­to­wany, prze­wró­cił się i rąb­nął twardo ple­cami w zie­mię.

Zaparło mu dech. Wokół kolan miał owi­nięty cienki, szcząt­kowy ogon robaka. Wierz­gnął nogami, zoba­czył gwiazdy, zanie­po­ko­joną twarz Jema, nie­bie­skie niebo...

Łup. Strzała wbiła się w ogon bestii, tuż pod kola­nem Willa. Bene­dict zwol­nił chwyt, Will odto­czył się od niego i ukląkł z tru­dem. W tym momen­cie zoba­czył, że w ich stronę pędzą obaj Ligh­two­odo­wie. Młod­szy z nich trzy­mał w ręce łuk i w biegu nasa­dzał na niego strzałę. Will uświa­do­mił sobie z chłod­nym zasko­cze­niem, że Gabriel Ligh­twood wła­śnie strze­lił do ojca, żeby ura­to­wać mu życie.

Robak zato­czył się do tyłu, jakieś ręce wsu­nęły się pod ramiona Willa i pomo­gły mu wstać. Kiedy go puściły, Will zoba­czył, że jego para­ba­tai ści­ska w dłoni laskę i patrzy przed sie­bie. Demon wił się w ago­nii, poru­sza­jąc wielką głową, wyry­wa­jąc krzewy. Liście fru­wały w powie­trzu, mała grupka Noc­nych Łow­ców krztu­siła się od kurzu. Will usły­szał kaszel Cecily i miał ochotę jej powie­dzieć, żeby bie­gła do domu, ale wie­dział, że sio­stra go nie posłu­cha.

Rzu­ca­jąc łbem, robak jakoś zdo­łał uwol­nić się od mie­cza wbi­tego w szczękę. Broń z brzę­kiem wpa­dła mię­dzy krzewy róż, uma­zana czarną posoką. Demon zaczął sunąć do tyłu, zosta­wia­jąc za sobą śluz i krew. Gideon skrzy­wił się, sko­czył po miecz i pod­niósł go dło­nią w ręka­wiczce.

Bene­dict nagle wypro­sto­wał się jak kobra, z roz­dzia­wio­nymi, ocie­ka­ją­cymi szczę­kami. Gideon uniósł broń. Wyglą­dał na żało­śnie małego w porów­na­niu z ogromną bestią.

- Gide­onie!

To krzyk­nął Gabriel i blady na twa­rzy wyce­lo­wał z łuku. Will uchy­lił się, kiedy obok niego prze­mknęła strzała i wbiła się w ciel­sko bestii. Robak zawył, odwró­cił się i zaczął ucie­kać z nie­wia­ry­godną szyb­ko­ścią. W sza­lo­nym pędzie tra­fił ogo­nem jeden z posą­gów i strą­cił go z postu­mentu. Rzeźba roz­pa­dła się w pył, a ten po chwili osiadł na suchej, ozdob­nej sadzawce.

- Na Anioła, wła­śnie znisz­czył Sofo­klesa - stwier­dził Will, kiedy robak znik­nął za dużą budowlą w kształ­cie grec­kiej świą­tyni. - Czy w dzi­siej­szych cza­sach nikt już nie ma sza­cunku dla kla­syki?

Gabriel opu­ścił łuk, oddy­cha­jąc ciężko.

- Ty głup­cze! - wrza­snął do brata. - Co sobie myśla­łeś, kiedy tak na niego bie­głeś?

Gideon odwró­cił się i wyce­lo­wał w niego zakrwa­wiony miecz.

- Nie na niego, tylko na demona. To już nie jest nasz ojciec, Gabrielu. Jeśli nie możesz się z tym pogo­dzić...

- Strze­li­łem do niego z łuku! - krzyk­nął Gabriel. - Czego jesz­cze ode mnie chcesz?

Gideon potrzą­snął głową, jakby był zde­gu­sto­wany jego zacho­wa­niem. Nawet Will, który nie lubił Gabriela, doznał dla niego odro­biny współ­czu­cia. Osta­tecz­nie chło­pak strze­lił do bestii.

- Musimy go ści­gać - stwier­dził Gideon. - Znik­nął za folly.

- Za czym? - spy­tał Will.

- Za folly - ode­zwał się Jem. - To deko­ra­cyjna budowla ogro­dowa, atrapa. Przy­pusz­czam, że nawet nie ma praw­dzi­wego wnę­trza.

Gideon poki­wał głową.

- To sam gips. My dwaj obej­dziemy ją z jed­nej strony, a ty i James z dru­giej...

- Co robisz, Cecily? - prze­rwał mu Will. Zda­wał sobie sprawę, że zacho­wuje się jak nado­pie­kuń­czy rodzic, ale nie dbał o to, co inni sobie pomy­ślą. Jego sio­stra wsu­nęła miecz za pas i naj­wy­raź­niej pró­bo­wała się wspiąć na jeden z małych cisów two­rzą­cych żywo­płot. - To nie pora na łaże­nie po drze­wach.

Dziew­czyna rzu­ciła mu gniewne spoj­rze­nie i już otwo­rzyła usta, żeby coś odpo­wie­dzieć, ale nagle roz­legł się łoskot jak przy trzę­sie­niu ziemi i budowla ogro­dowa roz­pa­dła się w kłę­bach gip­so­wego pyłu. W ich stronę pomknął robak z prze­ra­ża­jącą szyb­ko­ścią pociągu bez maszy­ni­sty.

***

Zanim obie dowle­kły się do domu Ligh­two­odów, Tessę bolała szyja i plecy. Pod nie­wy­godną suk­nią ślubną miała cia­sno zasznu­ro­wany gor­set, a cię­żar szlo­cha­ją­cej Tatiany bole­śnie cią­gnął w dół jej lewe ramię.

Na widok dzie­dzińca poczuła ulgę. Ulgę i jed­no­cze­śnie zasko­cze­nie. Wszystko wyglą­dało tak zwy­czaj­nie: pojazdy stały tam, gdzie je zosta­wili, konie sku­bały trawę, nic nie zakłó­cało spo­koju. Tessa na pół zacią­gnęła, na pół zanio­sła Tatianę do pierw­szego powozu, otwo­rzyła drzwi i pomo­gła jej wsiąść. Skrzy­wiła się, kiedy dziew­czyna wbiła paznok­cie w jej ramię, gra­mo­ląc się do środka.

- O, Boże! - jęk­nęła Tatiana. - Jaki wstyd, jaka straszna hańba. Clave może się dowie­dzieć, co spo­tkało mojego ojca. Na litość boską, nie mógł pomy­śleć o mnie, choć przez chwilę?

Tessa wytrzesz­czyła oczy.

- Nie sądzę, żeby ta istota była zdolna do myśle­nia o kim­kol­wiek, pani Black­thorne - powie­działa.

Tatiana spoj­rzała na nią oszo­ło­miona i przez chwilę Tessa wsty­dziła się nie­chęci, którą do niej czuła. Nie podo­bało się jej, że ode­słano ją do domu, choć mogłaby pomóc Noc­nym Łow­com... ale Tatiana wła­śnie widziała, jak wła­sny ojciec roz­szar­pał jej męża na kawałki. Zasłu­gi­wała na wię­cej współ­czu­cia.

- Wiem, że prze­żyła pani wielki wstrząs - rzu­ciła ostroż­nie, siląc się na łagodny ton. - Może się pani położy...

- Jesteś bar­dzo wysoka - stwier­dziła rap­tem Tatiana. - Dżen­tel­meni się na to nie skarżą?

Tessa osłu­piała.

- Jesteś w stroju panny mło­dej - cią­gnęła Tatiana. - Bar­dzo dziwne. Czy strój bojowy nie byłby bar­dziej sto­sowny? Rozu­miem, że jest mało twa­rzowy, a poza tym, jak trzeba, to trzeba, ale...

Nagle roz­legł się gło­śny trzask. Tessa odsu­nęła się od powozu i rozej­rzała. Dźwięk docho­dził z wnę­trza rezy­den­cji. Henry, pomy­ślała od razu. Wszedł do środka, sam. Oczy­wi­ście bestia gra­so­wała po ogro­dach, ale... to był dom Bene­dicta. Pomy­ślała o sali balo­wej peł­nej demo­nów, kiedy ostat­nio tutaj prze­by­wała. Zebrała spód­nice w obie ręce.

- Pro­szę tu zostać, pani Black­thorne - powie­działa. - Muszę odkryć przy­czynę hałasu.

- Nie! - Tatiana usia­dła pro­sto. - Nie zosta­wiaj mnie!

- Przy­kro mi. - Tessa cof­nęła się, krę­cąc głową. - Muszę. Pro­szę zostać w powo­zie.

Tatiana coś za nią krzy­czała, ale Tessa już wbie­gała po scho­dach. Wpa­dła przez fron­towe drzwi do wiel­kiego holu z mar­mu­rową posadzką w biało-czarną sza­chow­nicę. Z sufitu zwi­sał masywny żyran­dol, ale świece nie były zapa­lone. Jedyne oświe­tle­nie sta­no­wił dzienny blask wpa­da­jący przez wyso­kie okna. Na pię­tro pro­wa­dziły kręte, impo­nu­jące schody.

- Henry! - krzyk­nęła Tessa. - Henry, gdzie jesteś?

Z góry dobiegł okrzyk i kolejny trzask. Tessa popę­dziła po scho­dach. Po kilku kro­kach potknęła się o rąbek sukni i roz­darła szew. Nie­cier­pli­wie odgar­nęła spód­nice i pobie­gła dalej dłu­gim kory­ta­rzem o ścia­nach poma­lo­wa­nych na pudrowy róż i obwie­szo­nych dzie­siąt­kami szty­chów w zło­co­nych ramach. Wpa­dła do jakie­goś pokoju.

Pomiesz­cze­nie, biblio­teka albo gabi­net, bez wąt­pie­nia nale­żało do męż­czy­zny: zasłony z gru­bej, ciem­nej tka­niny, na ścia­nach stare olejne obrazy wiel­kich stat­ków wojen­nych, ciem­no­zie­lona tapeta pokryta tajem­ni­czymi pla­mami. W środku pano­wał dziwny zapach... taki jak nad brze­gami Tamizy, gdzie w upalne dni gniły różne podej­rzane rze­czy. Ale nad wszyst­kim domi­no­wała mie­dziana woń krwi. Regał na książki był prze­wró­cony, po pod­ło­dze walało się roz­bite szkło i poła­mane drewno, a na per­skim dywa­nie mąż Char­lotte toczył poje­dy­nek z istotą o sza­rej skó­rze i nie­po­ko­ją­cej licz­bie rąk. Henry wrzesz­czał i kopał dłu­gimi nogami, a stwór - bez wąt­pie­nia demon - szar­pał pazu­rami jego strój bojowy i kła­pał wil­czą pasz­czą tuż przed jego twa­rzą.

Tessa rozej­rzała się gorącz­kowo, chwy­ciła pogrze­bacz, który leżał przy nie­roz­pa­lo­nym kominku, i zaata­ko­wała. Pró­bo­wała przy­po­mnieć sobie szko­le­nie - godziny cier­pli­wych lek­cji Gide­ona - ale w rezul­ta­cie chyba zadzia­łał instynkt, kiedy wbiła długi sta­lowy pręt w tors istoty, tam gdzie powinna znaj­do­wać się klatka pier­siowa, gdyby to było zwy­kłe ziem­skie zwie­rzę.

Usły­szała nie­przy­jemny chrzęst, kiedy broń weszła w ciało. Demon zawył jak pies i sto­czył się z Henry'ego, pogrze­bacz z brzę­kiem upadł na pod­łogę. Try­snęła czarna posoka, powie­trze wypeł­nił smród dymu i zgni­li­zny. Tessa cof­nęła się chwiej­nie i przy­dep­tała obca­sami obe­rwany brzeg sukni. Runęła na pod­łogę w chwili, kiedy Henry dźwi­gnął się na kolana i z cichym prze­kleń­stwem ciął demona przez gar­dło szty­le­tem, na któ­rego ostrzu jarzyły się runy. Stwór zachar­czał i zło­żył się jak papier.

Henry się wypro­sto­wał. Jego rude włosy były skle­jone krwią i posoką, strój podarty na ramie­niu, z rany sączył się szkar­łatny płyn.

- Tesso! - wykrzyk­nął i w jed­nej chwili zna­lazł się przy niej. Pomógł jej wstać i rzu­cił na swój zwy­kły spo­sób: - Na Anioła, ale z nas para. - Spoj­rzał na nią z nie­po­ko­jem. - Jesteś ranna?

Tessa spoj­rzała na sie­bie i zro­zu­miała, o co cho­dzi Henry'emu: suk­nię miała uma­zaną posoką, na przed­ra­mie­niu ziała brzydka rana od potłu­czo­nego szkła. Nie bolała ją za bar­dzo, ale krwa­wiła.

- Wszystko w porządku - zapew­niła. - Co się stało, Henry? Co to był za stwór i skąd się tu wziął?

- Demo­niczny stróż. Prze­szu­ki­wa­łem biurko Bene­dicta i musia­łem dotknąć cze­goś, co go obu­dziło. Z szu­flady buch­nął czarny dym i zmie­nił się w to coś. Stwór sko­czył na mnie...

- I poorał cię pazu­rami - stwier­dziła Tessa z tro­ską. - Krwa­wisz...

- Nie, sam to sobie zro­bi­łem. Upa­dłem na szty­let - wyja­śnił Henry ze skrę­po­wa­niem, wycią­ga­jąc zza paska stelę. - Tylko nie mów Char­lotte.

Tessa nie­mal się uśmiech­nęła. Zaraz jed­nak się zre­flek­to­wała, pod­bie­gła do okna i odsu­nęła zasłony. Mogła stąd zoba­czyć ogrody, ale, nie­stety, nie wło­ski, bo ten znaj­do­wał się po dru­giej stro­nie domu. Przed nią cią­gnęły się zie­lone buksz­pa­nowe żywo­płoty i pła­skie traw­niki, które już zaczy­nały brą­zo­wieć przed zimą.

- Muszę iść - oznaj­miła. - Will, Jem i Cecily wal­czą z demo­nem. Stwór zabił męża Tatiany. Musia­łam zapro­wa­dzić ją do powozu. Była bli­ska omdle­nia.

W gabi­ne­cie zapa­dła cisza.

- Tesso - ode­zwał się po chwili Henry dziw­nym gło­sem.

Odwró­ciła się i zoba­czyła, że prze­rwał ryso­wa­nie iratze na swoim ramie­niu. Wpa­try­wał się w prze­ciw­le­głą ścianę, tę pokrytą dziw­nymi pla­mami. Tessa zauwa­żyła teraz, że nie jest to przy­pad­kowy wzór. Na tape­cie wid­niały trzy­dzie­sto­cen­ty­me­trowe litery napi­sane zaschniętą czarną krwią.

DIA­BEL­SKIE MASZYNY NIE ZNAJĄ LITO­ŚCI. DIA­BEL­SKIE MASZYNY NIE ZNAJĄ ŻALU. DIA­BEL­SKIE MASZYNY SĄ NIE­ZLI­CZONE. DIA­BEL­SKIE MASZYNY NI­GDY NIE PRZE­STANĄ PRZY­BY­WAĆ.

Pod tymi sło­wami znaj­do­wało się jesz­cze jedno zda­nie, ledwo widoczne, jakby ten, kto je pisał, stra­cił wła­dzę w rękach. Tessa wyobra­ziła sobie Bene­dicta zamknię­tego w tym pokoju, powoli wpa­da­ją­cego w obłęd w miarę trans­for­ma­cji, wła­sną krwią zmie­szaną z posoką mażą­cego na ścia­nie te wiel­kie litery.

Niech Bóg zli­tuje się nad naszymi duszami.

***

Robak zaata­ko­wał. Will rzu­cił się na zie­mię i poto­czył, o włos uni­ka­jąc kła­pią­cych szczęk. Bły­ska­wicz­nie zerwał się do przy­siadu, wypro­sto­wał i popę­dził wzdłuż ciel­ska demona. Zoba­czył, że stwór unosi się jak kobra nad Gide­onem i Gabrie­lem... ale, ku jego zasko­cze­niu, nie rzuca się na nich, tylko syczy. Czyżby roz­po­znał swoje dzieci? Coś poczuł? Trudno było stwier­dzić.

Cecily znaj­do­wała się w poło­wie drogi na cis i kur­czowo przy­wie­rała do gałęzi. Mając nadzieję, że sio­stra wykaże się roz­sąd­kiem i zosta­nie na drze­wie, Will odwró­cił się do Jema i uniósł rękę. Dawno temu opra­co­wali serię gestów, któ­rymi poro­zu­mie­wali się w cza­sie bitwy, jeśli nie mogli sły­szeć swo­ich gło­sów. W oczach Jema zabły­sło zro­zu­mie­nie. Rzu­cił laskę swo­jemu para­ba­tai. Ta pofru­nęła ide­al­nym łukiem, a Will ją zła­pał i naci­snął rączkę. Gdy z trza­skiem wysu­nęło się z niej ostrze, zadał nim szybki, mocny cios, roz­ry­wa­jąc grubą skórę bestii. Robak szarp­nął się do tyłu i zawył, a Will ude­rzył znowu, odrą­bu­jąc ogon od ciała. Bene­dict zaczął się mio­tać, posoka try­snęła kle­istym stru­mie­niem pro­sto na Noc­nego Łowcę. Will usko­czył z krzy­kiem. Skóra paliła go żywym ogniem.

- Will! - Jem popę­dził w jego stronę.

Tym­cza­sem Gideon i Gabriel cięli głowę demona, żeby ścią­gnąć na sie­bie jego uwagę. Pod­czas gdy Will wycie­rał pie­kącą ciecz z oczu, Cecily zesko­czyła z drzewa i wylą­do­wała pro­sto na ple­cach bestii.

Wstrzą­śnięty Will upu­ścił laskę. Ni­gdy wcze­śniej nie zda­rzyło mu się zgu­bić broni w trak­cie walki, ale teraz jego sio­stra przy­wie­rała z deter­mi­na­cją do ple­ców ogrom­nego węża. Zupeł­nie jak pchła wcze­piona w futro psa. Will zoba­czył z prze­ra­że­niem, że Cecily wyszar­puje zza pasa szty­let i wbija go z wście­kło­ścią w ciel­sko demona.

Co ona sobie wyobraża? Że ten nożyk jest w sta­nie zabić tak ogrom­nego stwora?

- Will, Will - natar­czy­wym tonem powta­rzał mu wprost do ucha Jem, a on uświa­do­mił sobie, że mówił na głos.

W imię Anioła! Łeb demona obró­cił się w stronę Cecily, z otwartą, zębatą pasz­czą...

Cecily puściła ręko­jeść szty­letu i sto­czyła się po boku demona. Groźne szczęki minęły ją o włos i z wście­kłym kłap­nię­ciem zaci­snęły się na jego wła­snym ciele. Try­snęła czarna posoka, robak szarp­nął łeb do tyłu, z jego gar­dła wyrwało się upiorne wycie. W jego boku ziała wielka rana, z kłów zwi­sały strzępy mięsa. Pod­czas gdy Will tylko się gapił, Gabriel uniósł łuk i strze­lił.

Strzała tra­fiła w jedno z czar­nych, pozba­wio­nych powiek ślepi stwora. Demon wypro­sto­wał się na całą wyso­kość... po czym jego łeb opadł do przodu, a on sam zło­żył się wpół i znik­nął jak wszyst­kie demony, kiedy opusz­cza je życie.

Łuk Gabriela upadł z cichym trza­skiem na zadep­taną zie­mię prze­siąk­niętą krwią demona. Tym­cza­sem Cecy wsta­wała z niej powoli, krzy­wiąc się z bólu. Prawy nad­gar­stek miała wykrę­cony pod dziw­nym kątem.

Will sam nie wie­dział, kiedy ruszył pędem w jej stronę. Uświa­do­mił sobie, że bie­gnie, kiedy w pół kroku zatrzy­mał go Jem. Will odwró­cił się do niego gwał­tow­nie.

- Moja sio­stra...

- Twoja twarz - rzekł przy­ja­ciel z god­nym podziwu spo­ko­jem. - Jesteś cały pokryty krwią demona, Wil­lia­mie. Muszę nało­żyć ci iratze, zanim nie­od­wra­calne wypali ci skórę.

- Puść mnie. - Will pró­bo­wał się wyrwać, ale chłodna ręka para­ba­tai przy­trzy­mała go za kark.

Po chwili poczuł pie­kący dotyk steli na nad­garstku i ból, któ­rego do tej pory sobie nie uświa­da­miał, zaczął ustę­po­wać. Jem puścił go i syk­nął, kiedy tro­chę posoki dostało się na jego palce. Will zatrzy­mał się nie­zde­cy­do­wany, ale przy­ja­ciel gestem kazał mu iść i sam przy­ło­żył stelę do swo­jej ręki.

Była to tylko chwila zwłoki, ale zanim Will dotarł do sio­stry, Gabriel już zdą­żył ująć ją pod brodę i prze­su­nąć wzro­kiem po jej twa­rzy. Ona patrzyła na niego ze zdu­mie­niem. W tym momen­cie zja­wił się Will, chwy­cił ją za ramię i wark­nął:

- Odejdź od mojej sio­stry.

Gabriel cof­nął się, zaci­ska­jąc usta w wąską kre­skę. Tym­cza­sem nad­biegł Gideon i teraz wszy­scy trzej ją ota­czali. Will przy­trzy­mał ją mocno jedną ręką, drugą wyjął stelę. Sio­stra patrzyła na niego pło­ną­cymi nie­bie­skimi oczami, kiedy ryso­wał czarny iratze na jed­nym boku jej szyi, a men­de­lin na dru­gim. Jej czarne włosy wymknęły się z war­ko­cza, tak że wyglą­dała teraz jak dzi­ku­ska, którą pamię­tał z daw­nych lat, gwał­towna i nie­ustra­szona.

- Jesteś ranna, cariad? - Nie­chcący wymsknęło mu się czułe słówko, które już nie­mal zapo­mniał.

- Cariad? - powtó­rzyła Cecily z nie­do­wie­rza­niem w oczach. - Nic mi nie jest.

- Nie­zu­peł­nie - zauwa­żył Will, wska­zu­jąc na jej nad­gar­stek, na zadra­pa­nia na twa­rzy i dło­niach, które już zaczy­nały się goić pod wpły­wem iratze. Buzo­wał w nim taki gniew, że nawet nie usły­szał kaszlu Jema. Zwy­kle ten dźwięk pobu­dziłby go do dzia­ła­nia jak iskra rzu­cona na suche drewno. - Cecily, co ty wypra­wia­łaś...

- To była jedna z naj­od­waż­niej­szych akcji, jakie widzia­łem w wyko­na­niu Noc­nego Łowcy - prze­rwał mu Gabriel. Nie patrzył na Willa, tylko na Cecily, z mie­sza­niną zasko­cze­nia i cze­goś jesz­cze na twa­rzy. We wło­sach miał błoto i krew, tak jak wszy­scy, ale jego zie­lone oczy pro­mie­niały.

Cecily się zaru­mie­niła.

- Ja tylko...

Urwała rap­tow­nie i roz­sze­rzo­nymi oczami spoj­rzała za brata. Nagle Jem znowu zakasz­lał i tym razem Will go usły­szał. Odwró­cił się i zoba­czył, że jego para­ba­tai osuwa się na kolana.

Roz­dział trzeci. Do ostat­niej godziny

Roz­dział trzeci

Do ostat­niej godziny

"Nie, tru­pia otu­cho, Roz­pa­czy, ja nie, nie będę się sycił Twą padliną; ostat­nich - niech­by wiot­kich -

splo­tów męstwa w sobie

Nie roz­plą­czę, ani, znu­żony, nie jęknę

Nie mogę już. Mogę;

Mogę coś: mieć nadzieję, świt witać, nie szu­kać

wyj­ścia w nie­by­cie".

- Gerard Man­ley Hop­kins, Tru­pia otu­cha (Prze­ło­żył Sta­ni­sław Barań­czak)

Jem opie­rał się o bok powozu, z zamknię­tymi oczami i twa­rzą białą jak papier. Will stał obok i mocno trzy­mał go za ramię. Bie­gnąc w ich stronę, Tessa zorien­to­wała się, że nie jest to bra­ter­ski gest. Jem stał pro­sto tylko dzięki temu uści­skowi.

Ona i Henry usły­szeli przed­śmiertne wycie demona. Gabriel zna­lazł ich chwilę póź­niej, kiedy zbie­gali po fron­to­wych scho­dach, i opo­wie­dział im zdy­szany o śmierci robaka, a następ­nie o tym, co się stało Jemowi. Tessa zbla­dła, jakby została nagle i mocno spo­licz­ko­wana.

Tych słów nie sły­szała już od dłuż­szego czasu, ale zawsze na pół się ich spo­dzie­wała. Cza­sami śniła o nich w kosz­ma­rach, z któ­rych budziła się nagle, wal­cząc o powie­trze. "Jem", "upadł", "oddy­cha", "krew", "Will", "Will jest przy nim", "Will...".

Oczy­wi­ście, że Will był przy nim.

Pozo­stali trzy­mali się w pobliżu. Bra­cia Ligh­two­odo­wie ze swoją sio­strą. Nawet Tatiana mil­czała, a może Tessa po pro­stu nie sły­szała jej histe­rycz­nej papla­niny. Była świa­doma rów­nież obec­no­ści Cecily i Henry'ego, który stał obok niej z nie­pewną miną, jakby chciał ją pocie­szyć, ale nie wie­dział, od czego zacząć.

Kiedy zbli­żyła się, omal nie poty­ka­jąc o ode­rwany rąbek sukni, Will spoj­rzał jej w oczy. Przez chwilę poro­zu­mie­wali się bez słów. W kwe­stii Jema na­dal potra­fili na sie­bie patrzeć bez skrę­po­wa­nia. Jeśli cho­dziło o niego, oboje byli twar­dzi i nie­ustę­pliwi. Tessa zoba­czyła, że Will zaci­ska dłoń na ręka­wie Jema.

- Ona tu jest - szep­nął.

Jem wolno otwo­rzył oczy. Tessa z tru­dem zapa­no­wała nad wyra­zem twa­rzy. Źre­nice jej narze­czo­nego były roz­sze­rzone, czarne tęczówki ota­czał wąski pier­ścień sre­bra.

- Ni shou shang le ma, quin ai de? - zapy­tał cicho.

Jem uczył Tessę man­da­ryń­skiego, na jej prośbę. Teraz zro­zu­miała przy­naj­mniej słowa "quin ai de". "Moja droga, kocha­nie". Się­gnęła po jego rękę, uści­snęła ją.

- Jem...

- Jesteś ranna, moja uko­chana? - ode­zwał się Will.

Jego głos był rów­nie spo­kojny jak wzrok. Tessa poczuła, że do jej policz­ków napływa krew. Spoj­rzała w dół na swoją rękę ści­ska­jącą dłoń Jema. Jego palce były blade jak u por­ce­la­no­wej lalki. Jak mogła nie zauwa­żyć, że jest taki chory?

- Dzię­kuję za tłu­ma­cze­nie, Will - powie­działa, nie odry­wa­jąc oczu od narze­czo­nego.

Obaj Nocni Łowcy byli zbry­zgani czarną posoką, ale pod­bró­dek i szyję Jema pokry­wały rów­nież plamy czer­wo­nej krwi. Jego wła­snej.

- Nie jestem ranna - wyszep­tała Tessa i od razu pomy­ślała: nie, tak nie może być. Bądź silna dla niego. Wypro­sto­wała plecy, nie pusz­cza­jąc ręki Jema. - Gdzie jego lek? - spy­tała Willa. - Nie wziął go przed wyjaz­dem z Insty­tutu?

- Nie mów o mnie, jakby mnie tu nie było - ode­zwał się Jem, ale bez cie­nia gniewu w gło­sie. Odwró­cił głowę i powie­dział coś szep­tem do Willa, a przy­ja­ciel ski­nął głową i puścił jego ramię. Tessa wyczuła napię­cie w posta­wie Willa. Był czujny, gotowy zła­pać swo­jego para­ba­tai, gdyby ten się zachwiał, ale Jem stał pew­nie na nogach. - Czuję się sil­niej­szy, kiedy Tessa jest przy mnie. Sam widzisz.

Will prze­krzy­wił głowę, tak że Tessa nie mogła doj­rzeć jego oczu.

- Widzę - potwier­dził. - Tesso, nie ma tutaj jego leku. Jem chyba go nie zażył przed wyjaz­dem z Insty­tutu, ale teraz się do tego nie przy­zna. Jedź z nim do domu i przy­pil­nuj go. Ktoś musi.

Jem wziął chra­pliwy wdech.

- Reszta...

- Ja będę powo­zić. To żaden kło­pot. Balios i Xan­tos znają drogę. Henry może odwieźć Ligh­two­odów.

Will był szybki i sku­teczny, za szybki, żeby mu cho­ciaż podzię­ko­wać. I naj­wy­raź­niej wcale nie ocze­ki­wał podzię­ko­wań. Pomógł Tes­sie zapa­ko­wać Jema do powozu, uwa­ża­jąc przy tym, żeby nie musnąć jej ramie­nia ani nie dotknąć ręki. Następ­nie pod­szedł do pozo­sta­łych, żeby im wyja­śnić sytu­ację. Przed zamknię­ciem drzwi pojazdu Tessa usły­szała jesz­cze słowa Henry'ego, że musi zabrać z domu księgi Bene­dicta.

***

- Co zna­leź­li­ście w domu? - zapy­tał Jem, kiedy prze­jeż­dżali przez otwartą bramę posia­dło­ści Ligh­two­odów. Na­dal wyglą­dał kiep­sko. Głowę opie­rał o poduszki, oczy miał pół­przy­mknięte, jego policzki lśniły od gorączki. - Sły­sza­łem, że Henry wspo­mniał coś o gabi­ne­cie Bene­dicta...

- Wła­śnie tam Bene­dict osza­lał - odparła Tessa, ujmu­jąc zimne dło­nie narze­czo­nego. - Musiał postra­dać rozum w dniach przed trans­for­ma­cją, kiedy według Gabriela nie opusz­czał pokoju. Naba­zgrał na ścia­nie, chyba krwią, coś o "dia­bel­skich maszy­nach". Że nie znają lito­ści i ni­gdy nie prze­staną przy­by­wać...

- Pew­nie miał na myśli armię auto­ma­tów.

- Pew­nie tak. - Tessa zadrżała lekko i przy­su­nęła się do Jema. - Może to głu­pie z mojej strony, ale przez ostat­nie dwa mie­siące pano­wał taki spo­kój...

- Zapo­mnia­łaś o Mort­ma­inie?

- Nie. Ni­gdy o nim nie zapo­mnia­łam. - Spoj­rzała na okno, choć nie mogła przez nie wyj­rzeć. Wcze­śniej zacią­gnęła zasłony, kiedy uznała, że ostre świa­tło razi Jema w oczy. - Mia­łam nadzieję, że może zajął się czymś innym.

- Nie wiemy, czy tak się nie stało. - Jem splótł palce z jej pal­cami. - Śmierć Bene­dicta jest tra­ge­dią, ale koła zostały pusz­czone w ruch już dawno temu. To nie ma nic wspól­nego z tobą.

- W biblio­tece były też inne rze­czy. Notat­niki i książki Bene­dicta. Dzien­niki. Henry przy­wie­zie je do Insty­tutu, żeby prze­stu­dio­wać. Jest w nich moje imię. - Tessa umil­kła. Jak mogła zawra­cać Jemowi głowę takimi spra­wami, kiedy źle się czuł?

Jem chyba czy­tał jej w myślach, bo prze­su­nął palce na jej nad­gar­stek, jakby badał puls.

- Tesso, to tylko krótki atak. Szybko minie. Wolał­bym, żebyś powie­działa mi prawdę, całą prawdę, nie­ważne, czy jest gorzka, czy prze­ra­ża­jąca. Ni­gdy nie pozwolę, żeby stała ci się krzywda. - Uśmiech­nął się. - Twój puls przy­śpie­sza.

Prawdę, całą prawdę, nie­ważne, czy jest gorzka, czy prze­ra­ża­jąca.

- Kocham cię - powie­działa.

Jem spoj­rzał na nią z roz­pro­mie­nioną miną, która czy­niła jesz­cze pięk­niej­szą jego szczu­płą twarz.

- Wo xi wang ni ming tian ke yi jia gei wo.

- Ty... - Tessa ścią­gnęła brwi. - Chcesz się oże­nić? Ale prze­cież już jeste­śmy zarę­czeni. Chyba nie można zarę­czyć się drugi raz.

Jem się zaśmiał i od razu roz­kasz­lał. Tessa napięła całe ciało w ocze­ki­wa­niu, ale atak oka­zał się lekki, bez krwi.

- Powie­dzia­łem, że oże­nił­bym się z tobą jutro, gdy­bym mógł.

Tessa udała, że kręci głową.

- Jutrzej­szy ter­min mi nie odpo­wiada, sir.

- Ale już masz sto­sowny strój - zauwa­żył Jem z uśmie­chem.

Tessa spoj­rzała na znisz­czoną suk­nię ślubną.

- Ow­szem, gdy­bym miała wziąć ślub w rzeźni. Cóż. I tak nie­zbyt mi się podo­bała. Zbyt krzy­kliwa.

- Uwa­żam, że wyglą­dasz w niej pięk­nie - oświad­czył cicho Jem.

Tessa oparła głowę na jego ramie­niu.

- Przyj­dzie inna pora - powie­działa. - Inny dzień, inna suk­nia. Czas, kiedy będziesz czuł się dobrze i wszystko wypad­nie ide­alne.

- Nie ma rze­czy ide­al­nych, Tesso. - W łagod­nym gło­sie Jema brzmiało strasz­liwe zmę­cze­nie.

***

Sophie stała w oknie swo­jej małej sypialni i patrzyła na dzie­dzi­niec. Minęły godziny, odkąd powozy odje­chały z tur­ko­tem. Miała wyczy­ścić kominki, ale szczotka i wia­dro stały bez­u­ży­tecz­nie u jej stóp.

Sły­szała głos Brid­get dobie­ga­jący z kuchni.

Hra­bia Richard miał córkę;

Przy­stojna dziew­czyna

Obda­rzyła miło­ścią słod­kiego Wil­liama,

Choć równa mu nie była.

Cza­sami, kiedy Brid­get miała szcze­gólny nastrój do śpie­wa­nia, Sophie myślała o tym, żeby zakraść się na dół i wepchnąć ją do pieca jak cza­row­nicę z "Jasia i Mał­gosi". Ale Char­lotte z pew­no­ścią by tego nie pochwa­liła. Nawet jeśli Brid­get śpie­wała o zaka­za­nej miło­ści mię­dzy ludźmi z innych klas, aku­rat kiedy Sophie kar­ciła się za to, że za mocno ści­ska zasłonę. Widziała szaro-zie­lone oczy, zasta­na­wiała się i mar­twiła... Czy z Gide­onem wszystko dobrze? Jest ranny? Wal­czy z ojcem? A jeśli będzie musiał...

Brama Insty­tutu otwo­rzyła się ze skrzy­pie­niem i do środka wto­czył się powóz. Na koźle sie­dział Will. Był bez kape­lu­sza. Jego czarne włosy powie­wały dziko na wie­trze. Zesko­czył z miej­sca woź­nicy i pod­biegł do drzwi, żeby pomóc Tes­sie wysiąść. Nawet z tej odle­gło­ści Sophie zoba­czyła, co się stało ze złotą suk­nią. Potem ujrzała Jema opie­ra­ją­cego się ciężko na ramie­niu para­ba­tai.

Z sykiem wcią­gnęła powie­trze. Choć już nie wyobra­żała sobie, że jest zako­chana w Jemie, na­dal bar­dzo go lubiła. Trudno żeby było ina­czej, zwa­żyw­szy na jego otwar­tość, łagod­ność i miły cha­rak­ter. Zawsze trak­to­wał ją wyjąt­kowo uprzej­mie. Czuła ulgę, że w ciągu ostat­nich kilku mie­sięcy nie miał żad­nego ze swo­ich "złych okre­sów", jak je nazy­wała Char­lotte, i cho­ciaż szczę­ście go nie wyle­czyło, wyda­wał się sil­niej­szy, zdrow­szy...

Cała trójka znik­nęła w Insty­tu­cie. Ze stajni przy­szedł Cyril i zajął się Balio­sem i Xan­tho­sem. Sophie ode­tchnęła głę­boko i wypu­ściła zasłonę z ręki. Char­lotte mogła jej potrze­bo­wać, żeby pomo­gła jej przy Jemie. Odsu­nęła się od okna i pośpie­szyła na kory­tarz, do wąskich scho­dów dla służby.

W holu na dole spo­tkała Tessę, bladą i zatro­skaną, sto­jącą z waha­niem przed sypialną narze­czo­nego. Przez uchy­lone drzwi Sophie dostrze­gła Char­lotte pochy­loną nad Jemem, który sie­dział na łóżku. Will opie­rał się o komi­nek, z rękoma skrzy­żo­wa­nymi na piersi. W jego posta­wie było widać napię­cie. Tessa unio­sła głowę i kiedy zoba­czyła Sophie, na jej twarz wró­ciły kolory.

- Sophie - powie­działa cicho. - Sophie, Jem nie czuje się dobrze. Miał kolejny... atak cho­roby.

- Wszystko będzie dobrze, panno Tesso. Widy­wa­łam go już wcze­śniej w takim sta­nie i zawsze z tego wycho­dził.

Tessa zamknęła oczy. Miała pod nimi cie­nie. Nie musiała mówić na głos tego, o czym obie pomy­ślały. Że pew­nego dnia Jem będzie miał atak i już z niego nie wyj­dzie.

- Muszę przy­nieść gorącą wodę - stwier­dziła Sophie. - I ręcz­niki...

- Ja powin­nam to zro­bić - oświad­czyła Tessa. - I zro­bi­ła­bym, ale Char­lotte mówi, że muszę zdjąć suk­nię, bo krew demona może być nie­bez­pieczna, jeśli zbyt dużo jej zetknie się ze skórą. Posłała Brid­get po ręcz­niki i okłady, a lada chwila przy­bę­dzie brat Enoch. Jem ina­czej nie posłu­cha, ale...

- Wystar­czy - ucięła twardo Sophie. - Nic dobrego mu z tego nie przyj­dzie, jeśli pani rów­nież się roz­cho­ruje. Pomogę pani z tą suk­nią. Szybko się uwi­niemy.

Tessa zamru­gała.

- Droga, wraż­liwa Sophie. Oczy­wi­ście masz rację. - Ruszyła kory­ta­rzem w stronę swo­jego pokoju. Zatrzy­mała się przy drzwiach i obej­rzała na słu­żącą. Zmie­rzyła ją wzro­kiem i chyba ski­nęła w duchu głową, jakby potwier­dzała wła­sny domysł. - Jemu nic nie jest. Wszystko w porządku.

- Z pani­czem Jemem?

Tessa pokrę­ciła głową.

- Z Gide­onem Ligh­two­odem.

Sophie się zaru­mie­niła.

***

Gabriel nie był pewien, dla­czego znaj­duje się w salo­nie Insty­tutu. Oczy­wi­ście, brat kazał mu tutaj przyjść, a nawet po tym wszyst­kim, co się wyda­rzyło, on na­dal był przy­zwy­cza­jony do robie­nia tego, co kazał mu Gideon. Był zasko­czony zwy­czaj­no­ścią tego pokoju w porów­na­niu ze wspa­nia­łymi wnę­trzami rezy­den­cji Ligh­two­odów w Pim­lico albo w Chi­swick. Ściany były wyło­żone tapetą w wybla­kłe róże stu­listne, blat biurka popla­miony atra­men­tem, pełen rys od noży do listów i piór, komi­nek osmo­lony. Nad nim wisiało zma­to­wiałe lustro w zło­co­nej ramie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki