Mechaniczny anioł. Cykl Diabelskie maszyny. Tom 1 - Cassandra Clare

Kup ebooka

40.50 zł
34.43 zł (25,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Pro­log

Lon­dyn, kwie­cień 1878

Demon eks­plo­do­wał fon­tanną posoki i wnętrz­no­ści.

Wil­liam Heron­dale bły­ska­wicz­nie wyszarp­nął szty­let, ale było już za późno. Żrący kwas krwi demona zaczął tra­wić lśniące ostrze. Wil­liam zaklął i odrzu­cił broń; wylą­do­wała w brud­nej kałuży i zaczęła dymić jak zga­szona zapałka. Sam demon oczy­wi­ście znik­nął; wró­cił do pie­kiel­nego świata, z któ­rego przy­był, ale zosta­wił za sobą bała­gan.

- Jem! - krzyk­nął Will, odwra­ca­jąc się. - Gdzie jesteś? Widzia­łeś to? Zabity jed­nym cio­sem! Nie­źle, co?

Nie usły­szał żad­nej odpo­wie­dzi. Z całą pew­no­ścią jesz­cze kilka minut wcze­śniej part­ner od polo­wa­nia stał za nim na mokrej, krę­tej ulicy i strzegł jego ple­ców. Teraz Will był sam w mroku. Z iry­ta­cją zmarsz­czył brwi. Co to za zabawa, skoro nie ma przed kim się popi­sać? Will obej­rzał się za sie­bie. Ulica zwę­żała się i tro­chę dalej zmie­niała w wąskie przej­ście, które pro­wa­dziło do czar­nych, wez­bra­nych wód Tamizy. W oddali maja­czył las masz­tów, niczym bez­listny sad, i ciemne zarysy przy­cu­mo­wa­nych stat­ków. Ale po Jemie nie było nawet śladu. Może wró­cił na lepiej oświe­tloną Nar­row Street? Will wzru­szył ramio­nami i skie­ro­wał się w stronę, z któ­rej przy­szedł.

Nar­row Street prze­ci­nała Lime­ho­use, bie­gnąc mię­dzy nabrze­żem rzeki a stło­czo­nymi rude­rami, które cią­gnęły się na zachód w stronę Whi­te­cha­pel. Zgod­nie z nazwą była wąska, zabu­do­wana maga­zy­nami i krzy­wymi drew­nia­nymi domami. Teraz wyglą­dała na cał­kiem opu­sto­szałą. Nawet pijacy, wra­ca­jący chwiej­nym kro­kiem z Gra­pes do domu, zna­leźli sobie miej­sca na noc­leg. Will lubił Lime­ho­use, a zwłasz­cza uczu­cie, że znaj­duje się na krańcu świata, z któ­rego codzien­nie statki odpły­wają ku nie­wy­obra­żal­nie odle­głym por­tom. Nie szko­dziło rów­nież to, że oko­licę upodo­bali sobie mary­na­rze, w związku z czym roiło się tutaj od szu­lerni, palarni opium i bur­deli. Łatwo było zatra­cić się w takim miej­scu. Willa nie draż­nił nawet zapach: dymu, brudu, ropy, smoły i egzo­tycz­nych przy­praw, wymie­szany z rzeczną wonią Tamizy.

Roz­glą­da­jąc się po pustej ulicy, ręka­wem płasz­cza wytarł z twa­rzy pie­kącą posokę. Na mate­riale zostały zie­lone i czarne plamy. Na wierz­chu dłoni też miał paskudną ranę. Przy­dałby mu się Znak uzdra­wia­jący. Naj­le­piej zro­biony przez Char­lotte, wyspe­cja­li­zo­waną w ryso­wa­niu iratze.

Nagle z mroku wyło­niła się jakaś postać i ruszyła w jego stronę. Po chwili oka­zało się jed­nak, że to nie Jem, tylko Przy­ziemny, poli­cjant w heł­mie w kształ­cie dzwonu, w cięż­kiej pele­ry­nie, z wyra­zem kon­ster­na­cji na twa­rzy. Gapił się na Willa, a raczej przez niego. Choć Will był przy­zwy­cza­jony do takich reak­cji, jak zawsze odniósł dziwne wra­że­nie. Rap­tem ogar­nęła go chęć, żeby wyrwać rewi­ro­wemu pałkę, a potem obser­wo­wać, jak bie­dak roz­gląda się w osłu­pie­niu. Jed­nakże już kilka razy zda­rzyło się, że Jem go zbesz­tał za takie głu­pie zabawy i choć Will nie do końca potra­fił zro­zu­mieć obiek­cje przy­ja­ciela, wolał go nie dener­wo­wać.

Poli­cjant wzru­szył ramio­nami i minął Willa, krę­cąc głową i mam­ro­cząc pod nosem, że powi­nien zre­zy­gno­wać z dżinu, jeśli nie chce mieć oma­mów. Will odsu­nął się, żeby go prze­pu­ścić, i zawo­łał:

- Jame­sie Car­sta­irs! Jem! Gdzie jesteś, ty nie­lo­jalny dra­niu?

Tym razem dobie­gła go cicha odpo­wiedź:

- Tutaj. Idź za magicz­nym świa­tłem.

Will ruszył w stronę głosu, docho­dzą­cego z ciem­nego przej­ścia mię­dzy dwoma maga­zy­nami. W mroku była widoczna słaba poświata, niczym ska­czący błędny ognik.

- Nie sły­sza­łeś mnie wcze­śniej? Shax myślał, że dosta­nie mnie tymi swo­imi cho­ler­nie wiel­kimi szczyp­cami, ale zapę­dzi­łem go w zaułek...

- Tak, sły­sza­łem. - Mło­dzie­niec, który poja­wił się u wylotu uliczki, był w świe­tle lampy bar­dzo blady... bled­szy niż zwy­kle, czyli wyjąt­kowo blady. Nie miał nakry­cia głowy, przez co uwagę natych­miast przy­cią­gały jego włosy o dziw­nym jasno­srebr­nym kolo­rze, jak świeżo bitego szy­linga. Drobna twarz była kan­cia­sta i tylko lekko sko­śne oczy, rów­nież srebrne, zdra­dzały pocho­dze­nie chło­paka.

Na przo­dzie jego bia­łej koszuli wid­niały ciemne plamy, dło­nie były uma­zane na czer­wono.

Will zmar­twiał.

- Krwa­wisz. Co się stało?

Jem nie­dbale mach­nął ręką.

- To nie moja krew. - Ski­nął głową, wska­zu­jąc za sie­bie. - Jej.

Will spoj­rzał w głąb ciem­nego zaułka. W jego dru­gim końcu dostrzegł leżący, sku­lony kształt, zale­d­wie cień pośród mroku, ale kiedy wytę­żył wzrok, dostrzegł zarys bia­łej ręki i kosmyk jasnych wło­sów.

- Mar­twa kobieta? - zapy­tał. - Przy­ziemna?

- Dziew­czyna. Nie wię­cej jak czter­na­ście lat.

Will zaklął gło­śno i siar­czy­ście. Jem cze­kał cier­pli­wie.

- Gdy­by­śmy tra­fili tutaj chwilę wcze­śniej... - powie­dział w końcu Will. - Ten prze­klęty demon...

- To dziwna sprawa - prze­rwał mu Jem, marsz­cząc brwi. - Nie sądzę, żeby to była robota demona. Shaxy są paso­ży­tami. Ten powi­nien raczej zacią­gnąć ofiarę do swo­jego lego­wi­ska, żeby zło­żyć jaja w jej skó­rze, dopóki jesz­cze żyła. Ale ta dziew­czyna... została zabita nożem. Dźgnięto ją wiele razy. I nie sądzę, żeby stało się to w tym miej­scu. W zaułku jest za mało krwi. Myślę, że zaata­ko­wano ją gdzie indziej, a potem ona dowlo­kła się tutaj i umarła od ran.

Will zaci­snął usta.

- Ale Shax...

- Mówię ci, że według mnie nie zro­bił tego Shax. Myślę, że polo­wał na nią z jakie­goś powodu albo z czy­je­goś pole­ce­nia.

- Shaxy mają świetny węch - przy­znał Will. - Sły­sza­łem, że cza­row­nicy wyko­rzy­stują je do tro­pie­nia zagi­nio­nych. A ten zacho­wy­wał się, jakby miał okre­ślony cel. - Spoj­rzał ponad ramie­niem Jema na żało­sną postać leżącą w zaułku. - Nie zna­la­złeś broni?

- Zna­la­złem. - Jem wyjął z kie­szeni przed­miot owi­nięty w białe płótno. - To rodzaj mize­ry­kor­dii albo noża myśliw­skiego. Popatrz, jakie ma cien­kie ostrze.

Will wziął broń do ręki. Ostrze rze­czy­wi­ście było cien­kie, a ręko­jeść zro­biono z wypo­le­ro­wa­nej kości; jedno i dru­gie było popla­mione zaschniętą krwią. Will zmarsz­czył brwi i potarł nożem o szorstki mate­riał rękawa, aż uka­zał się sym­bol wypa­lony na klin­dze: dwa węże poły­ka­jące nawza­jem swoje ogony i two­rzące ide­alny krąg.

- Ouro­bo­ros - stwier­dził Jem, pochy­la­jąc się nad nożem. - Podwójny. Jak myślisz, co to zna­czy?

- Koniec świata - odparł Will, patrząc na szty­let. W kąciku jego ust zatań­czył uśmie­szek. - I począ­tek.

Jem zmarsz­czył brwi.

- Rozu­miem sym­bo­likę, Wilia­mie. Cho­dziło mi o to, co według cie­bie ozna­cza obec­ność tego znaku na nożu.

Wiatr od rzeki zmierz­wił włosy Willa. Chło­pak odgar­nął je z oczu nie­cier­pli­wym gestem i wró­cił do stu­dio­wa­nia szty­letu.

- To sym­bol alche­miczny, a nie cza­row­ni­ków czy Pod­ziem­nych. Zwy­kle ozna­cza ludzi, głu­pich Przy­ziem­nych, któ­rzy myślą, że zabawy z magią to bilet do bogac­twa i sławy.

- Takich, któ­rzy zwy­kle koń­czą jako sto­sik zakrwa­wio­nych szmat wewnątrz pen­ta­gramu - stwier­dził ponu­rym tonem Jem.

- I takich, któ­rzy lubią krę­cić się po oko­li­cach naszego mia­sta odwie­dza­nych przez Pod­ziem­nych. - Wytarł­szy sta­ran­nie chu­s­teczką ostrze, Will scho­wał nóż do kie­szeni kurtki. - Myślisz, że Char­lotte pozwoli mi popro­wa­dzić docho­dze­nie?

- Uwa­żasz, że można ci zaufać w Pod­ziem­nym Świe­cie? Szu­ler­nie, gniazda roz­pu­sty, kobiety lek­kich oby­cza­jów...

Will uśmiech­nął się, niczym Lucy­fer tuż przed upad­kiem z nieba.

- Sądzisz, że jutro to za wcze­śnie, żeby roz­po­cząć poszu­ki­wa­nia?

Jem wes­tchnął.

- Rób, jak chcesz, Will. Zawsze tak postę­pu­jesz.

Southamp­ton, maj

Jak się­gnąć pamię­cią, Tessa zawsze kochała mecha­nicz­nego anioła. Kie­dyś nale­żał do jej matki; nosiła go aż do śmierci. Potem leżał w szka­tułce na biżu­te­rię, aż jej brat Natha­niel wyjął go pew­nego dnia, żeby spraw­dzić, czy na­dal działa.

Anioł był wiel­ko­ści małego palca Tessy: mosiężny posą­żek ze zło­żo­nymi brą­zo­wymi skrzy­dłami nie więk­szymi od skrzy­de­łek świersz­cza. Miał deli­katną meta­lową twarz, zamknięte oczy w kształ­cie pół­księ­ży­ców i ręce skrzy­żo­wane z przodu na mie­czu. Cienki łań­cu­szek umoż­li­wiał nosze­nie go na szyi jak meda­lion.

W środku musiał znaj­do­wać się werk, bo kiedy Tessa przy­sta­wiała go do ucha, sły­szała szmer mecha­ni­zmu podobny do tyka­nia zegarka. Nate aż krzyk­nął ze zdu­mie­nia, że po tylu latach urzą­dze­nie na­dal pra­cuje. Na próżno szu­kał jakie­goś pokrę­tła, śrubki czy innego spo­sobu nakrę­ca­nia anioła. W końcu wzru­szył ramio­nami i oddał anioła sio­strze. Od tam­tej chwili Tessa nie zdej­mo­wała go z szyi. Nawet kiedy spała, anio­łek leżał na jej piersi. Jego rów­no­mierne tik-tak, tik-tak było niczym bicie dru­giego serca.

Teraz, kiedy Main lawi­ro­wał mię­dzy innymi masyw­nymi parow­cami, szu­ka­jąc miej­sca w por­cie, trzy­mała go w pal­cach. Nate uparł się, żeby przy­je­chała do Southamp­ton zamiast do Liver­po­olu, dokąd zawi­jała więk­szość trans­atlan­ty­ków. Twier­dził, że jest to dużo przy­jem­niej­sze mia­sto, więc Tessę tro­chę roz­cza­ro­wał pierw­szy obraz Anglii. Było szaro i ponuro. Deszcz bęb­nił o iglice odle­głego kościoła, czarny dym bucha­jący z komi­nów stat­ków zasnu­wał już i tak oło­wiane niebo. Na nabrzeżu cze­kał tłum ludzi w ciem­nych ubra­niach, z para­so­lami w rękach. Tessa wytę­żyła wzrok, pró­bu­jąc doj­rzeć wśród nich brata, ale mgła i wyziewy oka­zały się zbyt gęste, żeby mogła odróż­nić szcze­góły.

Zadrżała. Wiatr wie­jący od morza był prze­ni­kli­wie chłodny. We wszyst­kich listach Nate pisał, że Lon­dyn jest piękny, że codzien­nie świeci w nim słońce. Tessa pomy­ślała z nadzieją, że w sto­licy pogoda okaże się lep­sza niż tutaj, bo nie miała żad­nych cie­płych ubrań oprócz weł­nia­nego szala, który nale­żał do ciotki Har­riet, i pary ręka­wi­czek. Sprze­dała więk­szość rze­czy, żeby zapła­cić za pogrzeb ciotki, była bowiem prze­ko­nana, że brat kupi jej co trzeba, kiedy zamieszka z nim w Lon­dynie.

Nagle roz­brzmiał okrzyk. Main o czar­nym i lśnią­cym od desz­czu kadłu­bie zarzu­cił kotwicę i teraz mniej­sze jed­nostki sunęły z tru­dem po roz­ko­ły­sa­nej sza­rej wodzie, żeby prze­wieźć bagaże i pasa­że­rów na brzeg. Ludzie pośpiesz­nie scho­dzili ze statku, naj­wy­raź­niej zde­spe­ro­wani, żeby poczuć pod sto­pami stały ląd. Zupeł­nie ina­czej niż wtedy, gdy wypły­wali z Nowego Jorku, pomy­ślała Tessa. Niebo było błę­kitne, grała orkie­stra dęta. Chyba tylko ona nie czuła wtedy rado­snego pod­nie­ce­nia - bo jej nie miał kto poże­gnać.

Kuląc się, Tessa dołą­czyła do wysia­da­ją­cego tłumu. Kro­ple desz­czu kłuły ją w gołą głowę i szyję niczym lodo­wate szpi­leczki, dło­nie w lichych ręka­wicz­kach były lep­kie i wil­gotne. Na nabrzeżu zaczęła gorącz­kowo wypa­try­wać Nate'a. Przez ostat­nie dwa tygo­dnie z nikim nie roz­ma­wiała. Na pokła­dzie Maina była zdana na wła­sne towa­rzy­stwo. Już nie mogła się docze­kać, żeby wresz­cie zamie­nić z kimś słowo.

Nie­stety, po jej bra­cie nie było nawet śladu. Na kei leżały stosy bagaży, naj­róż­niej­sze pudła i skrzy­nie, a nawet góry owo­ców i warzyw mok­ną­cych w desz­czu. Obok wła­śnie odbi­jał od brzegu paro­wiec zmie­rza­jący do Hawru. Prze­mo­czeni mary­na­rze uwi­jali się, pokrzy­ku­jąc do sie­bie po fran­cu­sku. Tessa pró­bo­wała usu­nąć się na bok, ale omal nie roz­dep­tał jej tłum pasa­że­rów, bie­gną­cych pod wiatę dworca kole­jo­wego.

Nate'a na­dal nie było ni­gdzie widać.

- Panna Gray? - usły­szała gar­dłowy głos kogoś, kto mówił z sil­nym akcen­tem.

Przed Tessą poja­wił się męż­czy­zna - był rosły, odziany w obszerny czarny płaszcz, a na gło­wie miał wysoki kape­lusz, któ­rego rondo gro­ma­dziło wodę jak zbior­nik na desz­czówkę. Oczy miał mocno wyłu­pia­ste, nie­mal jak u żaby, jego skóra wyglą­dała jak świeża bli­zna. Tessa z tru­dem zwal­czyła odruch, by się cof­nąć. Ten czło­wiek znał jej nazwi­sko, więc musiał znać rów­nież Nate'a, prawda?

Ski­nęła głową.

- Tak.

- Przy­słał mnie pani brat. Pro­szę pójść ze mną.

- Gdzie jest Nate? - zapy­tała Tessa, ale męż­czy­zna już ruszył przed sie­bie nie­rów­nym kro­kiem, jakby kulał od jakiejś sta­rej rany.

Po chwili waha­nia Tessa zebrała spód­nice i pośpie­szyła za nim.

Męż­czy­zna szedł szybko, lawi­ru­jąc wśród tłumu. Ludzie roz­stę­po­wali się na boki, narze­ka­jąc na jego maniery. Tessa musiała pra­wie biec, żeby za nim nadą­żyć. Rap­tem nie­zna­jomy skrę­cił za stos pudeł i zatrzy­mał się przed dużym, lśnią­cym, czar­nym powo­zem. Na boku wehi­kułu wid­niały czarne litery, ale deszcz i mgła były za gęste, by Tessa mogła je odczy­tać.

Drzwi pojazdu otwo­rzyły się i ze środka wychy­liła głowę kobieta. Wielki kape­lusz z pió­rami zasła­niał jej twarz.

- Panna The­resa Gray?

Tessa ski­nęła głową. Tym­cza­sem męż­czy­zna o wyłu­pia­stych oczach pomógł pasa­żerce wysiąść z powozu. Za nią poja­wiła się druga kobieta. Obie natych­miast otwo­rzyły para­solki i wbiły wzrok w Tessę.

Sta­no­wiły dziwną parę. Jedna - wysoka i chuda, o kości­stej, pocią­głej twa­rzy - miała bez­barwne włosy zebrane w kok, była odziana w suk­nię z jaskra­wo­fio­le­to­wego jedwa­biu. Druga kobieta - niska i pulchna, o małych, głę­boko osa­dzo­nych oczach - miała duże dło­nie w jasno­ró­żo­wych ręka­wicz­kach, wyglą­da­jące jak kolo­rowe łapy.

- The­reso Gray, miło panią wresz­cie poznać - ode­zwała się niż­sza z dwóch kobiet. - Jestem pani Black, a to moja sio­stra pani Dark. Pani brat przy­słał nas, żeby­śmy towa­rzy­szyły pani do Lon­dynu.

Tessa, mokra, zzięb­nięta i skon­ster­no­wana, moc­niej otu­liła się sza­lem.

- Nie rozu­miem. Gdzie jest Nate? Dla­czego sam nie przy­je­chał?

- Inte­resy zatrzy­mały go w Lon­dy­nie. Mort­main nie mógł się bez niego obejść. Ale brat napi­sał do pani list. - Pani Black podała jej zwi­tek papieru, mokry od desz­czu.

Tessa wzięła go do ręki, roz­wi­nęła i prze­czy­tała. W krót­kim liściku Natha­niel prze­pra­szał ją, że nie przy­je­dzie do portu na spo­tka­nie, ale zapew­niał, że ze spo­koj­nym ser­cem powie­rza ją opiece pani Black i pani Dark. "Nazy­wam je Mrocz­nymi Sio­strami, Tes­sie, z oczy­wi­stych powo­dów, a im naj­wy­raź­niej podoba się to okre­śle­nie!". Wyja­śniał rów­nież, że są to jego gospo­dy­nie i jed­no­cze­śnie zaufane przy­ja­ciółki, na któ­rych może cał­ko­wi­cie pole­gać.

Te słowa ją prze­ko­nały. List z pew­no­ścią napi­sał Nate. Poznała cha­rak­ter jego pisma, a poza tym nikt inny nie nazy­wał jej Tes­sie. Prze­łknęła ślinę, wsu­nęła liścik do rękawa i odwró­ciła się do sióstr.

- Dobrze - powie­działa, zwal­czyw­szy uczu­cie roz­cza­ro­wa­nia. Nie mogła się już docze­kać, żeby zoba­czyć brata. - Wezwiemy tra­ga­rza po mój kufer?

- Nie trzeba, nie trzeba. - Wesoły ton pani Dark prze­czył jej ścią­gnię­tym rysom. - Już wysła­ły­śmy go przo­dem. I tak nie zmie­ściłby się w powo­zie. - Pstryk­nęła pal­cami, a kiedy na ten znak wyłu­pia­sty męż­czy­zna wsko­czył na sie­dze­nie woź­nicy, poło­żyła dłoń na ramie­niu Tessy. - Chodź, dziecko. Scho­wajmy się przed desz­czem.

Kiedy Tessa ruszyła w stronę powozu, popę­dzana kości­stym uści­skiem pani Dark, mgła się pod­nio­sła, odsła­nia­jąc złoty malu­nek na drzwiach pojazdu. Słowa "Klub Pan­de­mo­nium" wiły się mister­nie wokół dwóch węży, które poły­kały nawza­jem swoje ogony, two­rząc krąg. Tessa zmarsz­czyła brwi.

- Co to ozna­cza?

- Nie musi pani zaprzą­tać sobie tym głowy - odparła pani Black, która pierw­sza wsia­dła do powozu i roz­po­starła spód­nice na jed­nym z wygod­nych sie­dzeń. Wnę­trze pojazdu było bogato ude­ko­ro­wane, ławki wyście­łane mięk­kim fio­le­to­wym aksa­mi­tem, w oknach zawie­szono złote zasłony z frędz­lami.

Pani Dark pomo­gła Tes­sie wsiąść, po czym sama wgra­mo­liła się do środka i usia­dła obok niej. Pani Black zamknęła drzwi za sio­strą, odci­na­jąc widok sza­rego nieba. Kiedy się uśmiech­nęła, jej zęby zalśniły w mroku, jakby były z metalu.

- Roz­gość się, The­reso. Długa podróż przed nami.

Tessa poło­żyła dłoń na mecha­nicz­nym aniołku zawie­szo­nym na szyi, czer­piąc otu­chę z jego rów­no­mier­nego tyka­nia, gdy powóz z szarp­nię­ciem ruszył w deszcz.

Roz­dział pierw­szy. Mroczny Dom

Roz­dział pierw­szy

Mroczny Dom

"Za tym pado­łem gniewu i łez

Maja­czy groźny cień".

- Wil­liam Ernest Hen­ley, Invic­tus

- Sio­stry chcia­łyby panienkę widzieć w swo­ich kom­na­tach, panno Gray.

Tessa odło­żyła książkę na nocną szafkę i spoj­rzała na Mirandę, która sta­nęła w drzwiach jej małego pokoju... jak codzien­nie o tej porze, z tą samą wia­do­mo­ścią. Za chwilę Tessa poprosi ją, żeby zacze­kała na kory­ta­rzu, a słu­żąca wyj­dzie z pokoju. Dzie­sięć minut póź­niej wróci i powie to samo. Jeśli Tessa nie pój­dzie z nią posłusz­nie po kilku następ­nych pró­bach, Miranda chwyci ją i zwle­cze po scho­dach - kopiącą i wrzesz­czącą - do gorą­cego, cuch­ną­cego pokoju, w któ­rym cze­kają na nią Mroczne Sio­stry.

Działo się tak przez cały pierw­szy tydzień, który Tessa spę­dziła w Mrocz­nym Domu - jak zaczęła go nazy­wać - aż w końcu zro­zu­miała, że krzyki i wierz­ga­nie zda­dzą się na nic i są zwy­kłą stratą ener­gii. Ener­gii, którą lepiej oszczę­dzić na inne rze­czy.

- Chwi­leczkę, Mirando - powie­działa.

Poko­jówka dygnęła nie­zdar­nie, wyszła z sypialni i zamknęła za sobą drzwi.

Tessa wstała, rozej­rzała się po pokoju, który od sze­ściu tygo­dni słu­żył jako jej wię­zie­nie. Był mały, z kwie­ci­stymi tape­tami na ścia­nach, skąpo ume­blo­wany: drew­niany stół nakryty bia­łym koron­ko­wym obru­sem, wąskie mosiężne łóżko, popę­kana umy­walka i por­ce­la­nowy dzba­nek do ablu­cji. Na para­pe­cie, na któ­rym trzy­mała książki, codzien­nie rano żło­biła w drew­nie jedną kre­skę dla zazna­cze­nia mija­ją­cych dni.

Pode­szła do lustra wiszą­cego na ścia­nie. Przy­gła­dziła włosy. Mroczne Sio­stry, które rze­czy­wi­ście chciały, żeby je tak nazy­wać, nie lubiły, kiedy wyglą­dała nie­po­rząd­nie, choć poza tym raczej nie miały zastrze­żeń do jej powierz­chow­no­ści. Na szczę­ście, pomy­ślała Tessa, krzy­wiąc się na widok swo­jego odbi­cia. Blady owal twa­rzy cał­kiem zdo­mi­no­wały puste szare oczy, wymi­ze­ro­wana, ścią­gnięta buzia bez kolo­rów, z wyra­zem rezy­gna­cji i braku nadziei. Miała na sobie nie­gu­stowną czarną, bel­fer­ską suk­nię, którą zaraz po przy­by­ciu tutaj dały jej Sio­stry. Wbrew obiet­ni­com walizka nie dotarła na miej­sce, tak że teraz było to jej jedyne ubra­nie. Pośpiesz­nie odwró­ciła wzrok od lustra.

Nie zawsze ucie­kała przed swoim odbi­ciem. W zgod­nej opi­nii rodziny przy­stojny Nate jako jedyny odzie­dzi­czył słynną urodę matki, ale Tessa była cał­kiem zado­wo­lona ze swo­ich pro­stych kasz­ta­no­wych wło­sów i sza­rych oczu. Jane Eyre też miała kasz­ta­nowe włosy, podob­nie jak wiele innych boha­te­rek powie­ści. Poza tym Tessa uwa­żała, że nie jest źle być wysoką, co prawda wyż­szą od więk­szo­ści chłop­ców w jej wieku, ale ciotka Har­riet zawsze mówiła, że dopóki rosła kobieta dobrze się poru­sza, zawsze wygląda po kró­lew­sku.

Teraz jed­nak Tessa wcale nie wyglą­dała po kró­lew­sku. Była mizerna, roz­czo­chrana i przy­po­mi­nała raczej wystra­szo­nego stra­cha na wró­ble. Zasta­na­wiała się, czy Nate by ją roz­po­znał, gdyby dzi­siaj ją zoba­czył.

Na tę myśl serce skur­czyło się jej w piersi. Nate. Dla niego robiła to wszystko, ale cza­sami tak bar­dzo za nim tęsk­niła, że miała wra­że­nie, że połknęła tłu­czone szkło. Poza nim nie miała na świe­cie nikogo. Nikogo nie obcho­dziło, czy ona żyje, czy umarła. Cza­sami ta straszna świa­do­mość gro­ziła cał­ko­wi­tym obez­wład­nie­niem i pogrą­że­niem się w bez­den­nej ciem­no­ści, z któ­rej nie byłoby powrotu. Czy w ogóle ist­niała, skoro nikt się nią nie inte­re­so­wał?

Z zamy­śle­nia wyrwał ją szczęk zamka. Drzwi się otwo­rzyły, w progu sta­nęła Miranda.

- Czas, żeby panienka ze mną poszła - oznaj­miła. - Pani Black i pani Dark cze­kają.

Tessa spoj­rzała na nią z odrazą. Nie potra­fiła odgad­nąć, ile Miranda ma lat. Dzie­więt­na­ście? Dwa­dzie­ścia pięć? Z jej gład­kiego, okrą­głego obli­cza trudno było odczy­tać wiek. Miała włosy koloru wody w rowie, mocno ścią­gnięte do tyłu, oczy wyłu­pia­ste jak woź­nica Mrocz­nych Sióstr, nada­jące jej twa­rzy wiecz­nie zdzi­wiony wyraz. Tessa przy­pusz­czała, że ci dwoje są spo­krew­nieni.

Gdy scho­dziły na dół - Miranda czła­pała bez wdzięku, nie­rów­nym kro­kiem - Tessa dotknęła łań­cuszka, na któ­rym wisiał mecha­niczny anioł. Stało się to jej nawy­kiem za każ­dym razem, kiedy musiała iść na spo­tka­nie z Mrocz­nymi Sio­strami. Wisio­rek w jakiś spo­sób doda­wał jej otu­chy. Ści­skała go w dłoni na kolej­nych pię­trach. W Mrocz­nym Domu było kilka kon­dy­gna­cji, ale Tessa widziała do tej pory tylko kom­naty pani Black i pani Dark, kory­ta­rze, schody i swój pokoik. W końcu dotarły do ciem­nych piw­nic. Na dole było wil­gotno, ściany nie­przy­jem­nie kle­iły się od pary, ale gospo­dy­niom naj­wy­raź­niej to nie prze­szka­dzało. Ich biuro znaj­do­wało się za sze­ro­kimi podwój­nymi drzwiami. Wąski kory­tarz bie­gnący w prze­ciw­nym kie­runku zni­kał w mroku. Tessa nie miała poję­cia dokąd pro­wa­dzi, ale widząc gęste cie­nie, była zado­wo­lona, że tego nie wie.

Drzwi do biura Sióstr stały otwo­rem. Miranda bez waha­nia wkro­czyła do środka. Tessa powlo­kła się za nią z ocią­ga­niem. Nie­na­wi­dziła tego pokoju naj­bar­dziej ze wszyst­kich miejsc na świe­cie.

Po pierw­sze, zawsze było tutaj gorąco i mokro jak na bagnach, nawet kiedy na zewnątrz pano­wała szara i desz­czowa pogoda. Ściany wręcz ocie­kały wil­go­cią, wyście­łane krze­sła i kanapy pokry­wała war­stwa ple­śni. W dodatku dziw­nie tu pach­niało, jak na brzegu Hud­sonu w gorący dzień: wodą, śmie­ciami i szla­mem.

Sio­stry już na nią cze­kały, jak zawsze usa­do­wione za ogrom­nym biur­kiem sto­ją­cym na pod­wyż­sze­niu. I jak zawsze, były ubrane w jaskrawe kolory: pani Black w suk­nię o żywej łoso­sio­wej bar­wie, pani Dark w pawi błę­kit. Przy jasnych, weso­łych saty­nach ich twa­rze wyglą­dały jak prze­kłute szare balony. Mimo skwaru panu­ją­cego w pokoju obie jak zwy­kle nosiły ręka­wiczki.

- Zostaw nas teraz, Mirando, i zamknij za sobą drzwi - rzu­ciła pani Black, obra­ca­jąc pulch­nym pal­cem ciężki mosiężny glo­bus sto­jący na biurku.

Tessa wiele razy pró­bo­wała mu się przyj­rzeć - zarysy kon­ty­nen­tów wyglą­dały dziw­nie, podob­nie jak obszar w środku Europy - ale sio­stry nie pozwa­lały się jej do niego zbli­żyć.

Miranda speł­niła pole­ce­nie z kamienną twa­rzą, a Tessa pró­bo­wała się nie skrzy­wić, kiedy drzwi się zamknęły, odci­na­jąc nawet tę odro­binę świe­żego powiewu w miej­scu zupeł­nie pozba­wio­nym powie­trza.

Pani Dark prze­krzy­wiła głowę.

- Podejdź tutaj, The­reso. - Była łagod­niej­sza, bar­dziej skłonna do pochlebstw i per­swa­zji niż sio­stra, która wolała klapsy i groźby wypo­wia­dane syczą­cym gło­sem. - I weź to.

Trzy­mała coś w wycią­gnię­tej ręce. Tessa zoba­czyła wstążkę. Znisz­czony pasek różo­wego mate­riału, który mógł słu­żyć do prze­wią­zy­wa­nia wło­sów.

Przy­wy­kła już do tego, że Mroczne Sio­stry dają jej różne rze­czy nale­żące kie­dyś do innych ludzi: spinki do kra­wata, zegarki, biżu­te­rię, dzie­cięce zabawki. Raz dostała sznu­ro­wa­dła, kiedy indziej poje­dyn­czy kol­czyk popla­miony krwią.

- Weź to - powtó­rzyła pani Dark z nutą znie­cier­pli­wie­nia w gło­sie. - I zmień się.

Tessa się­gnęła po wstążkę. Spo­częła na jej dłoni lekka jak skrzy­dło ćmy, Mroczne Sio­stry wpa­try­wały się w nią bez­na­mięt­nym wzro­kiem. Tes­sie przy­po­mniały się powie­ści, w któ­rych boha­te­ro­wie stali przed sądem, drżąc z napię­cia i modląc się w duchu o wer­dykt, że są nie­winni. Ona czę­sto czuła się w tym pokoju tak, jakby sama była sądzona, ale nawet nie wie­działa, o jaką zbrod­nię jest oskar­żona.

Obró­ciła wstążkę w ręce, wspo­mi­na­jąc pierw­szy raz, kiedy to Mroczne Sio­stry wrę­czyły jej cudzy przed­miot: dam­ską ręka­wiczkę zapi­naną na per­łowe guziki. Krzy­czały na nią, żeby się zmie­niła, policz­ko­wały ją i potrzą­sały za ramiona, a ona powta­rzała z rosnącą histe­rią, że nie ma poję­cia, czego od niej żądają.

Nie pła­kała, choć miała na to ochotę. Nie­na­wi­dziła pła­kać, zwłasz­cza przed ludźmi, któ­rym nie ufała. A ze wszyst­kich osób, któ­rym ufała, jedna nie żyła, a druga była uwię­ziona. Powie­działy jej to Mroczne Sio­stry. Oznaj­miły, że mają Nate'a, i że jeśli Tessa nie zrobi tego, co jej każą, brat umrze. Na dowód poka­zały jej pier­ścień, który kie­dyś nale­żał do ich ojca, teraz popla­miony krwią. Nie pozwo­liły jej go dotknąć, ale ona poznała, że to pier­ścień brata.

Potem robiła wszystko, co jej kazały Mroczne Sio­stry. Piła wywary, które jej dawały, a następ­nie godzi­nami wyko­ny­wała męczące ćwi­cze­nia, zmu­sza­jąc się do myśle­nia w taki spo­sób, jak one chciały. Kazały jej sobie wyobra­zić, że jest gliną for­mo­waną na kole garn­car­skim, że jej postać jest amor­ficzna i podatna na zmiany. Mówiły, żeby się­gała w głąb przed­mio­tów, które jej dawały, wyobra­żała je sobie jako żywe istoty i wydo­by­wała z nich duszę.

Trwało to tygo­dniami, a kiedy pierw­szy raz się Zmie­niła, było to tak bole­sne, że zwy­mio­to­wała i zemdlała. Kiedy się ock­nęła, leżała na jed­nej z butwie­ją­cych kanap w pokoju Mrocz­nych Sióstr, z mokrym ręcz­ni­kiem na twa­rzy. Pani Black pochy­lała się nad nią, wyraź­nie roz­pro­mie­niona. Jej oddech był kwa­śny jak ocet.

- Dobrze się dzi­siaj spi­sa­łaś, The­reso - powie­działa. - Bar­dzo dobrze.

Kiedy tam­tego wie­czoru Tessa wró­ciła do swo­jego pokoju, na szafce przy łóżku cze­kały na nią pre­zenty: dwie nowe powie­ści, Wiel­kie nadzieje i - tak! - Małe kobietki. Mroczne Sio­stry naj­wy­raź­niej zro­zu­miały, że czy­ta­nie to jej pasja. Tessa przy­ci­snęła książki do piersi i, naresz­cie sama, pozwo­liła sobie na płacz.

Potem Zmiana przy­cho­dziła jej łatwiej. Tessa nie rozu­miała, co wła­ści­wie się stało, ale zapa­mię­tała serię kro­ków, któ­rych nauczyły ją Mroczne Sio­stry - tak jak śle­piec zapa­mię­tuje liczbę kro­ków od łóżka do drzwi pokoju. Nie wie­działa, czym są te dziwne, ciemne miej­sca, do któ­rych ją wysy­łały, ale znała do nich drogę.

Teraz się­gnęła do tam­tych wspo­mnień, ści­ska­jąc w dłoni podarty skra­wek różo­wego mate­riału. Otwo­rzyła umysł i wpu­ściła do niego ciem­ność, więź, która łączyła ją z tasiemką i zamknię­tym w niej duchem - upior­nym echem wła­ści­cielki wstążki - roz­wi­nęła niczym złotą nić pro­wa­dzącą przez mrok. Pokój, w któ­rym się znaj­do­wała, nie­zno­śne gorąco, hała­śliwy oddech Mrocz­nych Sióstr, wszystko to zni­kało, w miarę jak podą­żała za nicią, w miarę jak świa­tło wokół niej sta­wało się coraz sil­niej­sze, a ona otu­lała się nim jak kocem.

Skóra zaczęła ją mro­wić od tysięcy drob­nych wstrzą­sów. To były naj­gor­sze chwile. Wyda­wało się jej wtedy, że umiera. Teraz była już przy­zwy­cza­jona do tej udręki i zno­siła ją sto­icko, choć drżała od stóp do głów. Mecha­niczny anioł zawie­szony na szyi tykał szyb­ciej, do rytmu jej galo­pu­ją­cego serca. Ukłu­cia się nasi­lały. Tessa gło­śno wcią­gnęła powie­trze... i rap­tow­nie otwo­rzyła oczy. Przy­kre dozna­nia znik­nęły.

Było po wszyst­kim.

Tessa zamru­gała oszo­ło­miona. W pierw­szej chwili po Zmia­nie zawsze mru­gała powie­kami, jakby po kąpieli strzą­sała z nich wodę. Spoj­rzała na sie­bie. Jej nowe ciało oka­zało się smu­kłe, nie­mal kru­che, sukienka wisiała na nim luźno, zbie­rała się na pod­ło­dze wokół stóp. Sple­cione z przodu ręce były blade i chude, z obgry­zio­nymi paznok­ciami i skór­kami. Nie­zna­jome obce dło­nie.

- Jak masz na imię? - zapy­tała pani Black. Stała teraz i patrzyła z góry na Tessę pło­ną­cymi oczami. Spra­wiała wra­że­nie wygłod­nia­łej.

Tessa nie musiała odpo­wia­dać. Dziew­czynka, w któ­rej skó­rze teraz się znaj­do­wała, odpo­wie­działa za nią, jak duchy prze­ma­wia­jące za pośred­nic­twem medium. Ale Tessa nie zno­siła takiego porów­na­nia. Zmiana była dużo bar­dziej intymna, o wiele bar­dziej prze­ra­ża­jąca.

- Emma - odparła cien­kim gło­sem Tessa. - Panna Emma Bay­liss, pro­szę pani.

- Kim jesteś, Emmo Bay­liss?

Z ust Tessy zaczęły się wyle­wać słowa, przy­no­sząc ze sobą silne obrazy. Uro­dzona w Che­ap­side Emma była jed­nym z sze­ściorga dzieci. Jej ojciec nie żył, matka sprze­da­wała wodę mię­tową z wózka na East Endzie. Emma jesz­cze jako małe dziecko nauczyła się szyć, żeby zara­biać na chleb. Noce spę­dzała przy małym stole w kuchni, pra­cu­jąc przy bla­sku świecy. Cza­sami, kiedy łojówka się wypa­liła i nie było pie­nię­dzy na następną, dziew­czynka wycho­dziła na ulicę i sia­dała pod latar­nią gazową, żeby szyć przy jej świe­tle...

- To robi­łaś na ulicy tej nocy, kiedy umar­łaś, Emmo Bay­liss? - zapy­tała pani Dark. Uśmie­chała się, prze­su­wa­jąc języ­kiem po dol­nej war­dze, jakby domy­ślała się odpo­wie­dzi.

Tessa ujrzała wąskie, mroczne ulice spo­wite gęstym opa­rem, srebrną igłę śmi­ga­jącą w sła­bym bla­sku latarni gazo­wej. Kroki stłu­mione przez mgłę. Z mroku wyła­niają się ręce, chwy­tają ją za ramiona, cią­gną, krzy­czącą, w zaułek. Igła wypada z rąk, pod­czas walki wstążka zsuwa się z wło­sów. Ochry­pły głos krzy­czy coś gniew­nie. W ciem­no­ści bły­ska srebrne ostrze noża, prze­cina jej skórę. Poka­zuje się krew, ból jest jak ogień, prze­ra­że­nie nie­po­rów­ny­walne z niczym, co do tej pory znała. Kop­nęła trzy­ma­ją­cego ją męż­czy­znę, udało jej się wytrą­cić mu szty­let z ręki. Zła­pała broń i pobie­gła przed sie­bie. Poty­kała się, słab­nąc z upływu krwi, coraz szyb­szego. Upa­dła w zaułku, usły­szała za sobą gło­śny syk. Zro­zu­miała, że coś po nią idzie, i miała nadzieję, że umrze, zanim to coś do niej dotrze...

Obraz roz­trza­skał się jak szkło. Tessa osu­nęła się z krzy­kiem na kolana, podarta wstążka wypa­dła jej z ręki. Z jej wła­snej dłoni. Emma znik­nęła, Tessa była znowu sama w swoim umy­śle.

Z daleka dobiegł głos pani Black:

- The­reso? Gdzie jest Emma?

- Nie żyje - wyszep­tała Tessa. - Umarła w zaułku, wykrwa­wiła się na śmierć.

- Dobrze. - Pani Dark ode­tchnęła z satys­fak­cją. - Dobra robota, The­reso. Bar­dzo dobra.

Tessa nie odpo­wie­działa. Przód sukni miała popla­miony krwią, ale nie czuła bólu. Wie­działa, że to nie jej krew; coś takiego wyda­rzyło się nie po raz pierw­szy. W gło­wie jej wiro­wało. Zamknęła oczy, naka­zu­jąc sobie nie zemdleć.

- Powin­ny­śmy wcze­śniej ją do tego zmu­sić - stwier­dziła pani Black. - Sprawa tej małej Bay­liss od dawna mnie nie­po­ko­iła.

- Nie byłam pewna, czy jest do tego gotowa - odparła pani Dark. - Pamię­tasz, co się stało z tą Adams.

Tessa od razu się zorien­to­wała, o kim roz­ma­wiają Mroczne Sio­stry. Parę tygo­dni wcze­śniej zmie­niła się w kobietę, która zgi­nęła od strzału w serce. Gdy krew wylała się na jej suk­nię, natych­miast prze­mie­niła się z powro­tem, krzy­cząc w histe­rycz­nym prze­ra­że­niu, dopóki Sio­stry nie poka­zały jej, że nie jest ranna.

- Od tam­tej pory zro­biła wiel­kie postępy, nie uwa­żasz, sio­stro? - zapy­tała pani Black. - Zwa­żyw­szy na to, od czego zaczy­na­ły­śmy. Dziew­czyna nawet nie wie­działa, kim jest.

- Istot­nie, była cał­ko­wi­cie nie­ufor­mo­waną gliną - zgo­dziła się pani Dark. - Naprawdę doko­na­ły­śmy cudu. Nie sądzę, żeby Mistrz miał powody do nie­za­do­wo­le­nia.

Pani Black wes­tchnęła cicho.

- Czy to zna­czy... Myślisz, że już czas?

- Ależ tak, oczy­wi­ście, moja droga sio­stro. Nasza The­resa jest gotowa. Czas, żeby poznała swo­jego pana.

W gło­sie pani Dark pobrzmie­wała cheł­pliwa nuta, tak nie­przy­jemna, że przedarła się przez oszo­ło­mie­nie Tessy. O kim one mówiły? O jakim Mistrzu? Obser­wo­wała spod przy­mknię­tych powiek, jak pani Dark cią­gnie za jedwabny sznu­rek dzwonka, żeby wezwać Mirandę. Wyglą­dało na to, że dzi­siej­sza lek­cja dobie­gła końca.

- Może jutro - powie­działa pani Black. - Albo nawet dzi­siaj wie­czo­rem. Jeśli powiemy Mistrzowi, że jest gotowa, nie wyobra­żam sobie, żeby nie zwle­kał z przy­by­ciem.

Pani Dark zachi­cho­tała, wycho­dząc zza biurka.

- Rozu­miem, że palisz się do tego, by otrzy­mać zapłatę za naszą pracę, Ame­lio. Ale The­resa nie może być tylko gotowa. Musi rów­nież dobrze się pre­zen­to­wać. Zga­dzasz się ze mną, sio­stro?

Pani Black mruk­nęła coś w odpo­wie­dzi, ale w tym momen­cie otwo­rzyły się drzwi i do pokoju weszła Miranda. Miała taki sam jak zwy­kle bez­na­miętny wyraz twa­rzy. Widok zakrwa­wio­nej dziew­czyny, sku­lo­nej na pod­ło­dze, nie zro­bił na niej żad­nego wra­że­nia. Pew­nie widy­wała gor­sze rze­czy w tym pokoju, pomy­ślała Tessa.

- Zapro­wadź The­resę do pokoju, Mirando. - Z głosu pani Black znik­nęło całe pod­nie­ce­nie, wró­ciła dawna szorst­kość. - Weź rze­czy... wiesz, te, które ci poka­za­ły­śmy, i pomóż jej się w nie ubrać.

- Rze­czy... które mi panie poka­zały? - powtó­rzyła tępo Miranda.

Mroczne Sio­stry wymie­niły zde­gu­sto­wane spoj­rze­nia i zbli­żyły się do Mirandy, zasła­nia­jąc ją przed wzro­kiem Tessy. Tessa usły­szała kilka wyszep­ta­nych przez nie słów: "suk­nie", "gar­de­roba" i "zrób, co potra­fisz, żeby wyglą­dała ład­nie". I na koniec padło dość okrutne stwier­dze­nie:

- Nie jestem pewna, czy Miranda jest dość bystra, żeby wypeł­nić tego rodzaju nie­ja­sne pole­ce­nia, sio­stro.

"Żeby wyglą­dała ład­nie". Ale co je obcho­dził jej wygląd, skoro mogły ją zmu­sić, żeby przy­brała dowolną postać? Co zna­czyła jej praw­dziwa powierz­chow­ność? I dla­czego mia­łaby obcho­dzić Mistrza? Jed­nakże z zacho­wa­nia Sióstr wyni­kało, że jej pre­zen­cja będzie dla niego ważna.

Pani Black ruszyła do drzwi, sio­stra jak zawsze podą­żyła za nią. W progu pani Dark się zatrzy­mała i spoj­rzała na Tessę.

- Pamię­taj, The­reso, że ten dzień... ta noc to uko­ro­no­wa­nie wszyst­kich naszych przy­go­to­wań. - Zebrała spód­nice kości­stymi rękami. - Nie zawiedź nas.

Zatrza­snęła za sobą drzwi. Tessa drgnęła, Miranda jak zwy­kle spra­wiała wra­że­nie cał­ko­wi­cie nie­po­ru­szo­nej. Przez cały czas spę­dzony w Mrocz­nym Domu Tessa ani razu nie widziała, żeby cokol­wiek wystra­szyło albo zasko­czyło tę dziew­czynę.

- Chodźmy, panienko - powie­działa słu­żąca. - Musimy iść na górę.

Tessa wolno dźwi­gnęła się z pod­łogi. W gło­wie jej wiro­wało. Życie w Mrocz­nym Domu było okropne, ale - uświa­do­miła sobie teraz - nie­mal się do niego przy­zwy­cza­iła. Wie­działa, czego ocze­ki­wać każ­dego dnia. Wie­działa, że Mroczne Sio­stry do cze­goś ją przy­go­to­wują, ale nie miała poję­cia do czego. Wie­rzyła - może naiw­nie - że jej nie zabiją. Po co mar­no­wać wiele tygo­dni szko­le­nia?

A jed­nak coś ją zanie­po­ko­iło w tonie pani Dark. Nastą­piła jakaś zmiana. Mroczne Sio­stry osią­gnęły to, co chciały. I teraz zamie­rzały ode­brać "zapłatę". Ale kto miał pła­cić?

- Chodź, panienko - powtó­rzyła Miranda. - Musimy przy­go­to­wać się dla Mistrza.

- Mirando. - Tessa mówiła cicho, jak do ner­wo­wego kota. Poko­jówka jesz­cze ni­gdy nie odpo­wie­działa na żadne jej pyta­nie, ale to nie ozna­czało, że nie warto pró­bo­wać. - Kto to jest Mistrz?

Zapa­dła długa cisza. Miranda gapiła się przed sie­bie. Jej cia­sto­wata twarz pozo­sta­wała bez wyrazu. W końcu, ku zasko­cze­niu Tessy, odparła:

- Mistrz to wielki czło­wiek. To dla panienki zaszczyt, że wycho­dzi za niego za mąż.

- Wycho­dzę za niego za mąż? - Wstrząs był tak silny, że Tessa nagle wyraź­nie zoba­czyła cały pokój: Mirandę, zakrwa­wiony dywan, ciężki mosiężny glo­bus na biurku, usta­wiony w pozy­cji, w któ­rej zosta­wiła go pani Black. - Ja? Ale... Kto to jest?

- To wielki czło­wiek - powtó­rzyła Miranda. - To będzie zaszczyt. - Przy­su­nęła się do Tessy. - A teraz musi panienka ze mną iść.

- Nie. - Tessa zaczęła się cofać, aż bole­śnie ude­rzyła ple­cami o biurko. Rozej­rzała się z roz­pa­czą. Mogła pobiec do drzwi, ale nie zdo­ła­łaby wymi­nąć Mirandy. W pokoju nie było innych wyjść ani okien. Gdyby scho­wała się za biur­kiem, słu­żąca po pro­stu wycią­gnę­łaby ją stam­tąd i zawlo­kła do celi. - Mirando, pro­szę.

- Musi panienka iść teraz ze mną - powtó­rzyła Miranda, zbli­ża­jąc się do niej. Tessa dostrze­gła swoje odbi­cie w jej źre­ni­cach, poczuła słaby, gorzki zapach spa­le­ni­zny, który przy­warł do ubrań i skóry poko­jówki. - Musi...

Tessa chwy­ciła za pod­stawę mosięż­nego glo­busa, unio­sła go i z siłą, o którą sie­bie nie podej­rze­wała, cisnęła nim w głowę Mirandy.

Roz­legł się nie­przy­jemny odgłos, jakby roz­gnie­ciono nogą szkło. Miranda zato­czyła się do tyłu... i szybko odzy­skała rów­no­wagę. Tessa krzyk­nęła i upu­ściła glo­bus, wytrzesz­cza­jąc oczy. Cała lewa strona twa­rzy słu­żą­cej zapa­dła się do środka jak papie­rowa maska. Kość policz­kowa była wgnie­ciona, usta zmiaż­dżone o zęby, ale nie poka­zała się nawet kro­pla krwi.

- Musi panienka iść teraz ze mną - powie­działa Miranda swoim zwy­kłym mono­ton­nym gło­sem.

Tessa roz­dzia­wiła usta.

- Musi panienka iść... ze mmm... musiiiiiiii... musiiiii... iiii. - Głos drżał, rwał się, w końcu prze­szedł w beł­kot.

Miranda ruszyła na nią, chwie­jąc się i dygo­cząc. Tessa zaczęła się cofać od biurka, pod­czas gdy ranna dziew­czyna coraz szyb­ciej szła przez pokój, zata­cza­jąc się jak pijana, aż wresz­cie z wrza­skiem wpa­dła na ścianę... co naj­wy­raź­niej ją zamro­czyło. Runęła na pod­łogę i znie­ru­cho­miała.

Tessa rzu­ciła się do drzwi i wypa­dła z pokoju. Przy­sta­nęła tylko na chwilę, żeby się obej­rzeć. Wyda­wało się jej, że z ciała Mirandy unosi się smużka czar­nego dymu, ale nie miała czasu się przy­glą­dać. Pobie­gła kory­ta­rzem, zosta­wia­jąc za sobą otwarte drzwi.

Ruszyła w górę po scho­dach, omal nie poty­ka­jąc się o spód­nice. W pew­nym momen­cie bole­śnie obiła sobie kolano o sto­pień. Krzyk­nęła, ale nie zwol­niła. Dotarł­szy na pierw­szy podest, popę­dziła dłu­gim krę­tym kory­ta­rzem, który w oddali ginął w cie­niu. Po obu jego stro­nach cią­gnęły się drzwi. Tessa zatrzy­mała się i spró­bo­wała otwo­rzyć jedne z nich, ale oka­zało się, że są zamknięte na klucz. Podob­nie było z kil­kor­giem następ­nych. Ale prze­cież w tym domu musiały gdzieś znaj­do­wać się fron­towe drzwi?

Na końcu kory­ta­rza ujrzała kolejne schody pro­wa­dzące w dół. Gdy po nich zbie­gła, tra­fiła do holu wej­ścio­wego. Kie­dyś musiał wyglą­dać impo­nu­jąco, teraz mar­mu­rowa pod­łoga była popę­kana i zapla­miona, wyso­kie okna po obu stro­nach zasło­nięte kota­rami. Przez koronki wle­wało się do środka tro­chę bla­sku, oświe­tla­ją­cego ogromne podwoje. Serce Tessy pod­sko­czyło. Się­gnęła do gałki, prze­krę­ciła ją i... drzwi sta­nęły otwo­rem.

Za nimi Tessa ujrzała wąską bru­ko­waną uliczkę z rzę­dami sze­re­go­wych domów po obu stro­nach. Zapach mia­sta był jak cios - od tak dawna nie oddy­chała świe­żym powie­trzem. Nad­cho­dził zmrok, niebo zasnute pasmami mgły robiło się gra­na­towe. Z oddali dobie­gały głosy, krzyki bawią­cych się dzieci, stuk koń­skich pod­ków, ale tutaj uliczka była opu­sto­szała, nie licząc męż­czy­zny, który opie­rał się o latar­nię gazową i czy­tał gazetę w jej świe­tle.

Mimo wszystko to był jakiś czło­wiek. Tessa zbie­gła po stop­niach, zbli­żyła się do nie­zna­jo­mego i chwy­ciła go za rękaw.

- Pro­szę pana... mógłby mi pan pomóc...

Męż­czy­zna odwró­cił się i zmie­rzył ją wzro­kiem.

Tessa stłu­miła okrzyk na widok wosko­wa­tej twa­rzy, rów­nie bia­łej jak wtedy, kiedy pierw­szy raz ją zoba­czyła w por­cie Southamp­ton. Wyłu­pia­ste oczy były takie same jak u Mirandy, zęby zalśniły meta­licz­nie, kiedy uśmiech­nął się sze­roko.

Woź­nica Mrocz­nych Sióstr.

Tessa rzu­ciła się do ucieczki. Nie­stety, za późno.

Roz­dział drugi. Pie­kło jest zimne

Roz­dział drugi

Pie­kło jest zimne

"Życie się waha mię­dzy dwoma światy:

Gwiazda wie­czorna, co się na dnia słoni

Rąbek. Jak mało wiemy, czym przed laty

Byli­śmy, czym dziś!".

- Lord Byron, Don Juan(Prze­ło­żył Edward Porę­bo­wicz)

- Ty głu­pia dziew­czyno! - rzu­ciła z wście­kło­ścią pani Black, zaci­ska­jąc pęta, któ­rymi przy­wią­zała jej ręce do ramy łóżka. - Co zamie­rza­łaś zro­bić? Co sobie myśla­łaś? Dokąd chcia­łaś uciec?

Tessa nie odpo­wie­działa, tylko unio­sła brodę i wbiła wzrok w ścianę. Nie pozwoli, żeby pani Black albo jej okropna sio­stra zoba­czyły, jak bli­ska jest łez i jak bar­dzo bolą ją od sznura kostki i nad­garstki.

- Zupeł­nie nie zdaje sobie sprawy, jaki zaszczyt ją spo­tkał - stwier­dziła pani Dark, która stała przy drzwiach, jakby chciała mieć pew­ność, że Tessa nie uwolni się z wię­zów i nie uciek­nie. - Aż przy­kro na to patrzeć.

- Zro­bi­ły­śmy wszystko, żeby przy­go­to­wać ją dla Mistrza - dodała pani Black i wes­tchnęła ciężko. - Aż szkoda naszej pracy i jej talentu. To mała, pod­stępna głup­ta­ska.

- Istot­nie - zgo­dziła się sio­stra. - Ale prze­cież wie, co sta­nie się z jej bra­tem, jeśli znowu spró­buje nas nie posłu­chać? Tym razem były­śmy skłonne do pobłaż­li­wo­ści, lecz następ­nym... - Zasy­czała przez zęby, a Tes­sie wło­ski zje­żyły się karku. - Natha­niel nie będzie miał tyle szczę­ścia.

Tessa już nie mogła dłu­żej znieść tych gróźb. Wie­działa, że nie powinna się odzy­wać, dawać im satys­fak­cji, ale nie zdo­łała się powstrzy­mać.

- Gdy­by­ście mi powie­działy, kim jest Mistrz i czego ode mnie chce...

- Chce się z tobą oże­nić, ty mała głup­ta­sko. - Pani Black dokoń­czyła wią­za­nie pęt i cof­nęła się, żeby oce­nić swoje dzieło. - Chce dać ci wszystko.

- Ale dla­czego? - wyszep­tała Tessa. - Dla­czego ja?

- Z powodu two­jego talentu - wyja­śniła pani Black. - Z powodu tego, kim jesteś i co potra­fisz. Do czego cię wyszko­li­ły­śmy. Powin­naś być nam wdzięczna.

- Ale mój brat. - Łzy zapie­kły Tessę w oczach. Nie będę pła­kać, nie będę pła­kać. Nie będę pła­kać. - Powie­dzia­ły­ście mi, że jeśli zro­bię wszystko, co każe­cie, wypu­ści­cie go...

- Kiedy wyj­dziesz za Mistrza, on da ci wszystko, czego zapra­gniesz. Na przy­kład, two­jego brata. - W gło­sie pani Black nie było żad­nych emo­cji.

Pani Dark zachi­cho­tała.

- Wiem, o czym ona myśli. Ona myśli, że gdyby mogła dostać wszystko, czego zapra­gnie, kaza­łaby nas zabić.

- Nie trać ener­gii nawet na wyobra­ża­nie sobie takiej moż­li­wo­ści. - Pani Black pogła­skała pod­bró­dek Tessy. - Mamy umowę z Mistrzem. On nie może ani nie chce zro­bić nam krzywdy. Jest nam dużo winien za cie­bie. - Pochy­liła się i ści­szyła głos do szeptu. - Chce cie­bie zdrową i nie­tkniętą. Gdyby nie to, zbi­ły­by­śmy cię do krwi. Jeśli jesz­cze raz ośmie­lisz się nas nie posłu­chać, zlek­ce­ważę jego życze­nia i każe cię wychło­stać, aż zej­dzie ci skóra. Zro­zu­mia­łaś?

Tessa odwró­ciła twarz do ściany.

Pew­nej nocy na Maine, kiedy mijali Nową Fun­lan­dię, Tessa nie mogła zasnąć. Wyszła na pokład, żeby zaczerp­nąć świe­żego powie­trza, i zoba­czyła, że czarne morze jest pełne bia­łych lśnią­cych gór lodo­wych, które, jak powie­dział jej jeden z mary­na­rzy, odła­mały się od pół­noc­nych lodow­ców z powodu ocie­ple­nia. Dry­fo­wały wolno po ciem­nej wodzie niczym wieże zato­pio­nego bia­łego mia­sta. Tessa pomy­ślała wtedy, że wła­śnie tak wygląda praw­dziwa samot­ność.

Teraz wie­działa, że to był zale­d­wie przed­smak samot­no­ści. Kiedy Sio­stry wyszły, stwier­dziła, że już nie ma ochoty pła­kać. Pie­cze­nie w oczach ustą­piło miej­sca poczu­ciu głu­chej roz­pa­czy. Pani Dark miała rację. Gdyby Tessa mogła je obie zabić, zro­bi­łaby to bez waha­nia.

Na próbę pocią­gnęła za sznurki, któ­rymi przy­wią­zano jej ręce i nogi do słu­pów łóżka. Pęta nawet nie drgnęły, tak były cia­sne. Wpi­jały się w ciało i powo­do­wały mro­wie­nie w dło­niach i sto­pach, jakby kłuły ją dzie­siątki szpi­lek. Tessa oce­niała, że za kilka minut cał­kiem zdrę­twieje.

Z jed­nej strony chciała zaprze­stać walki, leżeć nie­ru­chomo i cze­kać, aż przyj­dzie po nią Mistrz. Pew­nie nie­długo, bo niebo już ciem­niało za małym oknem. Może on naprawdę chciał się z nią oże­nić? Może naprawdę chciał dać jej wszystko?

Nagle usły­szała w gło­wie głos ciotki Har­riet: "Zapa­mię­taj, Teeso, że kiedy znaj­dziesz męż­czy­znę, który będzie chciał cię poślu­bić, poznasz, co to za czło­wiek, nie po tym, co mówi, ale po tym, co robi".

Ciotka Har­riet oczy­wi­ście miała rację. Męż­czy­zna, któ­rego pra­gnę­łaby poślu­bić, nie dopu­ściłby do tego, żeby trak­to­wano ją jak więź­nia i nie­wol­nicę, nie uwię­ziłby jej brata i nie tor­tu­ro­wał jej z powodu jakie­goś talentu. To była paro­dia. Tylko nie­biosa wie­działy, co naprawdę zrobi z nią Mistrz, kiedy już dosta­nie ją w swoje ręce. Pew­nie wkrótce żało­wa­łaby, że prze­żyła.

Boże, jakiż bez­u­ży­teczny był jej talent! Umie­jęt­ność zmie­nia­nia wyglądu? Gdyby miała moc pod­pa­la­nia przed­mio­tów albo łama­nia metalu, spra­wia­nia, żeby z pal­ców wyra­stały jej noże! Czy­nie­nia sie­bie nie­wi­dzialną albo kur­cze­nia się do wiel­ko­ści myszy...

Nagle znie­ru­cho­miała, tak że wyraź­nie usły­szała tyka­nie mecha­nicz­nego anioła na piersi. Prze­cież nie musiała kur­czyć się do wiel­ko­ści myszy. Wystar­czyło zmniej­szyć się na tyle, żeby pęta na nad­garst­kach stały się luźne.

Potra­fiła zmie­nić się w kogoś innego po raz drugi, nie doty­ka­jąc rze­czy nale­żą­cej do tej osoby. Sio­stry kazały jej zapa­mię­tać, jak to się robi. Wresz­cie była zado­wo­lona, że zmu­siły ją do nauki.

Leżąc na twar­dym mate­racu, przy­wo­łała wspo­mnie­nia. Kuch­nia, ulica, śmi­ga­nie igły, blask latarni gazo­wej. Naka­zała sobie Zmianę. Jak masz na imię? Emma. Emma Bay­liss...

Trans­for­ma­cja prze­to­czyła się przez nią jak pociąg, nie­mal pozba­wiła ją tchu. Zaczęły się prze­kształ­cać kości i skóra. Tessa stłu­miła okrzyk, wygięła plecy w łuk...

I stało się. Tessa przez chwilę gapiła się w sufit, mru­ga­jąc, potem zer­k­nęła na boki, na swoje ręce, na pęta­jącą je linę. Zoba­czyła dło­nie Emmy, chude i kru­che. Lina wisiała luźno na drob­nych nad­garst­kach. Tessa trium­fal­nie uwol­niła ręce i usia­dła, masu­jąc czer­wone pręgi na skó­rze.

Kostki na­dal miała zwią­zane. Pochy­liła się i zaczęła maj­stro­wać przy pętach. Oka­zało się, że pani Black potrafi wią­zać węzły jak mary­narz. Zanim lina opa­dła, palce Tessy były zakrwa­wione i obo­lałe. W końcu zerwała się z łóżka.

Cien­kie i deli­katne włosy Emmy wysu­nęły się ze spi­nek. Tessa nie­cier­pli­wym gestem odgar­nęła je do tyłu i uwol­niła się od dziew­czynki. Po chwili poczuła pod pal­cami swoje włosy, gęste, zna­jome w dotyku. Zer­k­nąw­szy w lustro po dru­giej stro­nie pokoju, zoba­czyła, że znowu jest sobą. Mała Emma Bay­liss znik­nęła.

W tym momen­cie usły­szała za ple­cami hałas i odwró­ciła się pośpiesz­nie. Gałka obra­cała się w tę i z powro­tem, jakby osoba sto­jąca po dru­giej stro­nie miała trud­no­ści z otwar­ciem drzwi.

Pani Dark. Wró­ciła, żeby wychło­stać ją do krwi. Wró­ciła, żeby zabrać ją do Mistrza. Tessa prze­bie­gła przez pokój, chwy­ciła por­ce­la­nowy dzba­nek z toa­letki i pod­kra­dła się pod drzwi, mocno ści­ska­jąc naczy­nie w zbie­la­łej ręce.

Gałka obró­ciła się do końca, drzwi się uchy­liły. W mroku Tessa dostrze­gła jedy­nie cień, kiedy ktoś wszedł do pokoju. Sko­czyła do przodu, z całej siły zamach­nęła się dzban­kiem...

Ciemna postać poru­szyła się szybko jak bicz, ale nie dość szybko. Dzba­nek tra­fił w wycią­gniętą rękę, wyle­ciał z dłoni Tessy i roz­bił się na prze­ciw­le­głej ścia­nie. Stłu­czona por­ce­lana posy­pała się na pod­łogę, intruz wrza­snął.

Głos był męski. Po okrzyku posy­pał się stek prze­kleństw.

Tessa popę­dziła do wyj­ścia... ale drzwi zatrza­snęły się jej przed nosem. Kiedy chwy­ciła za gałkę, ta nawet nie drgnęła. Pokój zalało jasne świa­tło, jakby nagle wstało słońce. Tessa odwró­ciła się, zamru­gała załza­wio­nymi oczami... i osłu­piała.

Przed nią stał chło­piec, nie­wiele star­szy od niej. Mógł mieć jakieś sie­dem­na­ście, osiem­na­ście lat. Był ubrany w postrzę­pioną czarną kurtkę, spodnie i cięż­kie buciory. Nie nosił kami­zelki, jego pierś prze­ci­nały grube skó­rzane pasy. Zatknięta była za nie liczna broń: szty­lety, skła­dane noże, przed­mioty, które wyglą­dały jak krót­kie mie­cze z lodu. W pra­wej ręce trzy­mał coś, co wyglą­dało na kamień. I ten kamień jarzył się, wypeł­nia­jąc pokój świa­tłem, które nie­mal ośle­piło Tessę. Druga ręka - szczu­pła, o dłu­gich pal­cach - krwa­wiła w miej­scu, gdzie Tessa ska­le­czyła ją dzban­kiem.

Ale nie z powodu rany Tessa wytrzesz­czyła oczy. Chło­pak miał naj­pięk­niej­szą twarz, jaką kie­dy­kol­wiek widziała. Krę­cone czarne włosy i oczy jak nie­bie­skie szkło. Wyraź­nie zary­so­wane kości policz­kowe, pełne usta i dłu­gie, gęste rzęsy. Nawet pod­bró­dek był dosko­nały. Chło­pak przy­po­mi­nał fik­cyj­nych boha­te­rów, któ­rych nie­raz sobie wyobra­żała. Tyle że w jej marze­niach ktoś taki ni­gdy nie prze­kli­nał ani nie wygra­żał jej zakrwa­wioną ręką.

Intruz zauwa­żył osłu­piałe spoj­rze­nie Tessy i zamilkł na chwilę.

- Ska­le­czyła mnie pani - powie­dział w końcu. Miał przy­jemny głos. Bry­tyj­ski akcent. Cał­kiem zwy­czajny. Z kry­tycz­nym zain­te­re­so­wa­niem popa­trzył na swoją dłoń. - To może być śmier­telna rana.

Tessa spoj­rzała na niego wiel­kimi oczami.

- Pan jest Mistrzem?

Chło­pak obró­cił rękę. Ście­ka­jąca po niej krew spla­miła pod­łogę.

- No tak, duża utrata krwi. Śmierć może nastą­pić w każ­dej chwili.

- Pan jest Mistrzem?

- Mistrzem? - Chło­pak wyglą­dał na lekko zasko­czo­nego gwał­tow­no­ścią jej tonu. - Opa­no­wa­łem w życiu wiele umie­jęt­no­ści: nawi­go­wa­nie po uli­cach Lon­dynu, mówie­nie po fran­cu­sku bez akcentu, tań­cze­nie kadryla, japoń­ską sztukę ukła­da­nia kwia­tów, oszu­ki­wa­nie w grach, ukry­wa­nie stanu odu­rze­nia, zachwy­ca­nie mło­dych kobiet swo­imi wdzię­kami...

Tessa wytrzesz­czyła oczy. Miała coraz sil­niej­sze wra­że­nie, że zna­la­zła się w dziw­nym śnie.

- Nie­stety, nikt ni­gdy nie zwra­cał się do mnie "mistrzu". Nie­stety...

- Jest pan teraz odu­rzony? - Tessa zdała pyta­nie z całą powagą, ale w chwili, kiedy wypo­wie­działa te słowa, uświa­do­miła sobie, że musiały zabrzmieć bar­dzo nie­grzecz­nie albo, co gor­sza, kokie­te­ryj­nie. Nie­zna­jomy zresztą zbyt pew­nie stał na nogach jak na pija­nego. Wystar­cza­jąco dużo razy widziała Nate'a w tym sta­nie, żeby poznać róż­nicę. Może ten chło­pak był tylko sza­lony.

- Jaka bez­po­śred­nia! Ale przy­pusz­czam, że wszyst­kie takie jeste­ście, wy, Ame­ry­kanki, prawda? - Chło­pak wyglą­dał na roz­ba­wio­nego. - Tak, zdra­dza panią akcent. Jak pani ma na imię?

Tessa popa­trzyła na niego z nie­do­wie­rza­niem.

- Jak mam na imię?

- Nie zna go pani?

- Pan... wpada do mojego pokoju, stra­szy mnie na śmierć, a teraz pyta, jak mam na imię? A pan jak się nazywa, do licha? I kim w ogóle pan jest?

- Nazy­wam się Heron­dale - odparł wesoło chło­pak. - Wil­liam Heron­dale, ale wszy­scy mówią mi Will. To naprawdę jest pani pokój? Nie­zbyt ładny, co? - Pod­szedł do okna, zatrzy­mał się, spoj­rzał na stosy ksią­żek leżące na noc­nej szafce, a potem na samo łóżko. Wska­zał ręką na sznury. - Czę­sto śpi pani przy­wią­zana do łóżka?

Tessa poczuła, że twarz jej pło­nie. Była zdu­miona, że nawet w tych oko­licz­no­ściach potrafi czuć się zakło­po­tana. Powinna powie­dzieć mu prawdę? Czy to moż­liwe, żeby był Mistrzem? Prze­cież ktoś o takim wyglą­dzie nie musiałby pory­wać dziew­czyn ani ich wią­zać, żeby je zmu­sić do ślubu.

- Pro­szę. - Podał jej świe­cący kamień.

Tessa wzięła go do ręki, spo­dzie­wa­jąc się, że spa­rzy jej palce, ale oka­zał się zimny w dotyku. W chwili, gdy zna­lazł się w jej dłoni, świa­tło przy­ga­sło do migo­tli­wej poświaty. Tessa z kon­ster­na­cją spoj­rzała na nie­pro­szo­nego gościa, ale on pod­szedł do okna i wyj­rzał przez nie, jak gdyby ni­gdy nic.

- Szkoda, że jeste­śmy na trze­cim pię­trze. Ja mógł­bym sko­czyć, ale pani praw­do­po­dob­nie by zgi­nęła. Nie. Musimy zary­zy­ko­wać i wyjść nor­malną drogą.

- Wyjść... Co takiego? - Tessa potrzą­snęła głową w nie­mal per­ma­nent­nym sta­nie oszo­ło­mie­nia. - Nie rozu­miem.

- Jak może pani nie rozu­mieć? - Wska­zał na książki. - Czyta pani powie­ści. Przy­by­łem tutaj, żeby panią ura­to­wać. Nie wyglą­dam jak sir Gala­had? - Dra­ma­tycz­nym gestem uniósł ramiona. - "Moja siła jest siłą dzie­się­ciu, bo moje serce jest czy­ste...".

Z głębi domu dobie­gło trza­śnię­cie drzwiami.

Will wykrzyk­nął słowo, któ­rego sir Gala­had ni­gdy by nie wypo­wie­dział, i odsko­czył od okna. Skrzy­wił się, popa­trzył na swoją ska­le­czoną rękę.

- Muszę póź­niej się tym zająć. Chodźmy... - Spoj­rzał na nią pyta­jąco.

- Panna Gray - powie­działa Tessa sła­bym gło­sem. - Panna The­resa Gray.

- Panna Gray - powtó­rzył Heron­dale. - W takim razie chodźmy, panno Gray. - Wymi­nął ją i ruszył do drzwi. Się­gnął do gałki, prze­krę­cił ją, szarp­nął...

I nic.

- Nie można otwo­rzyć tych drzwi od środka - poin­for­mo­wała go Tessa.

Will uśmiech­nął się dra­pież­nie.

- Naprawdę?

Się­gnął do pasa i z zatknię­tych za nim przed­mio­tów wybrał coś w rodzaju dłu­giej, smu­kłej witki, sta­ran­nie obra­nej z mniej­szych gałą­zek i wyko­na­nej ze sre­brzy­sto­bia­łego mate­riału. Heron­dale przy­tknął jej koniec do drzwi i zaczął coś na nich ryso­wać. Na to, co robił, nie było innego okre­śle­nia. Z czubka gięt­kiego cylin­dra spi­ralą spły­wały grube czarne linie i z sykiem roz­prze­strze­niały się po drew­nia­nej powierzchni jak kleks z atra­mentu.

- Rysuje pan? - zapy­tała Tessa. - Naprawdę nie rozu­miem, jak to może...

Roz­legł się trzask, jakby pękło szkło. Gałka zaczęła się obra­cać, coraz szyb­ciej, aż w końcu drzwi otwo­rzyły się gwał­tow­nie. Z zawia­sów uniósł się dym.

- Gotowe - oznaj­mił Will, cho­wa­jąc z powro­tem dziwny przed­miot. Ski­nął na Tessę. - Chodźmy.

O dziwo, Tessa się zawa­hała. Spoj­rzała przez ramię na pokój, który był jej wię­zie­niem przez pra­wie dwa mie­siące.

- Moje książki...

- Dam pani wię­cej ksią­żek.

Will bez­ce­re­mo­nial­nie wypchnął ją z pokoju i zamknął za sobą drzwi, po czym chwy­cił dziew­czynę za nad­gar­stek i pocią­gnął kory­ta­rzem. Za rogiem były się schody, któ­rymi Tessa wiele razy scho­dziła z Mirandą. Will zaczął po nich zbie­gać, wlo­kąc ją za sobą. Słaby blask świe­cą­cego kamie­nia, który Tessa na­dal trzy­mała w lewej ręce, tań­czył po ścia­nach na prze­mian z cie­niami.

Z góry dobiegł krzyk. Z całą pew­no­ścią wydała go pani Dark.

- Odkryli, że pani znik­nęła - stwier­dził Will.

Gdy dotarli na pierw­sze pół­pię­tro, Tessa zwol­niła, ale Heron­dale szarp­nął ją za sobą. Naj­wy­raź­niej nie miał ochoty się zatrzy­my­wać.

- Nie wyj­dziemy fron­to­wymi drzwiami? - zapy­tała Tessa.

- Nie możemy. Budy­nek jest oto­czony. Od frontu stoi rząd powo­zów. Zdaje się, że nie­ocze­ki­wa­nie przy­by­łem tu w eks­cy­tu­ją­cej chwili. - Ruszył w dół po scho­dach. Tessa podą­żyła za nim. - Wie pani, co zapla­no­wały na ten wie­czór Mroczne Sio­stry?

Tessa pokrę­ciła głową.

- Ale spo­dzie­wała się pani kogoś zwa­nego Mistrzem?

Znaj­do­wali się teraz w piw­nicy. Otyn­ko­wane ściany ustą­piły miej­sca wil­got­nemu kamie­niowi. Bez lampy Mirandy było tu dość ciemno. Gorąco ude­rzyło w nich jak fala.

- Na Anioła, tu jest jak w dzie­wią­tym kręgu pie­kła...

- Dzie­wiąty krąg pie­kła jest zimny - popra­wiła go odru­chowo Tessa.

Will zer­k­nął na nią z ukosa.

- Co?

- Inferno. W pie­kle panuje zimno. Jest skute lodem.

Heron­dale gapił się na nią przez dłuż­szą chwilę. Kąciki jego ust drgały. W końcu wycią­gnął rękę.

- Pro­szę mi oddać magiczne świa­tło. - Widząc jej minę, Will syk­nął ze znie­cier­pli­wie­niem. - Kamień. Niech pani da mi kamień.

W chwili gdy dłoń Heron­dale'a zamknęła się wokół cza­ro­dziej­skiego przed­miotu, ten znowu zapło­nął peł­nym bla­skiem, prze­świe­ca­ją­cym mię­dzy jego pal­cami. Po raz pierw­szy Tessa zoba­czyła na grzbie­cie ręki Willa nary­so­wany czar­nym atra­men­tem wzór w postaci otwar­tego oka.

- Jeśli cho­dzi o tem­pe­ra­turę pie­kła, panno Gray, pozwolę sobie udzie­lić pani pew­nej rady - powie­dział. - Przy­stojny młody czło­wiek, który pró­buje panią ura­to­wać przed strasz­nym losem, ni­gdy się nie myli. Nawet kiedy mówi, że niebo jest fio­le­towe i zro­bione z jeży.

On naprawdę jest sza­lony, pomy­ślała Tessa, ale nie ode­zwała się sło­wem. Była zbyt zanie­po­ko­jona tym, że jej wybawca ruszył w stronę sze­ro­kich podwój­nych drzwi pro­wa­dzą­cych do kom­nat Mrocz­nych Sióstr.

- Nie! - krzyk­nęła, łapiąc go za ramię i cią­gnąc do tyłu. - Nie tędy. Tu nie ma wyj­ścia.

- Znowu mnie pani popra­wia - stwier­dził Will, ale odwró­cił się i poma­sze­ro­wał w drugą stronę, ku ciem­nemu kory­ta­rzowi, któ­rego Tessa zawsze się bała.

Prze­łknęła ślinę i ruszyła za nim.

Kory­tarz zwę­żał się stop­niowo, ściany napie­rały na nich z obu stron. Pano­wał tutaj jesz­cze więk­szy skwar. Włosy Tessy skrę­cały się w loki, kle­iły do skroni i karku. Powie­trze wyda­wało się tak gęste, że trudno było nim oddy­chać. Przez chwilę szli w mil­cze­niu, aż w końcu Tessa nie wytrzy­mała napię­cia. Musiała zadać pyta­nie, choć spo­dzie­wała się prze­czą­cej odpo­wie­dzi.

- Panie Heron­dale, czy przy­słał pana mój brat?

Tro­chę się oba­wiała, że usły­szy jakąś zwa­rio­waną uwagę, ale Will tylko spoj­rzał na nią ze zdzi­wie­niem.

- Ni­gdy nie sły­sza­łem o pani bra­cie - odparł krótko.

Tessa poczuła w sercu tępy ból roz­cza­ro­wa­nia, choć wie­działa, że nie mógł przy­słać go Nate. Ina­czej Heron­dale znałby jej imię, prawda?

- O pani rów­nież nie sły­sza­łem jesz­cze dzie­sięć minut temu. Od pra­wie dwóch mie­sięcy idę tro­pem mar­twej dziew­czynki. Została zamor­do­wana, wykrwa­wiła się w zaułku na śmierć. Przed czymś ucie­kała. - W tym miej­scu kory­tarz się roz­wi­dlał. Po chwili waha­nia Will skrę­cił w lewo. - Obok niej leżał szty­let uma­zany jej krwią. Był na nim wyryty sym­bol: dwa węże poły­ka­jące nawza­jem swoje ogony.

Tessa drgnęła. Wykrwa­wiła się na śmierć w zaułku Obok niej leżał szty­let. Z pew­no­ścią cho­dziło o ciało Emmy.

- Taki sam sym­bol wid­nieje na boku powozu Mrocz­nych Sióstr. Tak je nazy­wam, to zna­czy panią Dark i panią Black...

- Nie tylko pani tak je nazywa. Inni Pod­ziemni rów­nież. Prze­ko­na­łem się o tym, bada­jąc sym­bol. Musia­łem poka­zać nóż w dzie­siąt­kach naj­bar­dziej uczęsz­cza­nych miejsc Pod­ziem­nego Świata, szu­ka­jąc kogoś, kto by go roz­po­znał. Zaofe­ro­wa­łem nagrodę za infor­ma­cję. W końcu do moich uszu dotarł przy­do­mek Mroczne Sio­stry.

- Pod­ziemny Świat? - powtó­rzyła Tessa. - To miej­sce w Lon­dy­nie?

- Nie­ważne - uciął Will. - Wła­śnie chwalę się swo­imi umie­jęt­no­ściami detek­ty­wi­stycz­nymi i wolał­bym, żeby mi nie prze­ry­wano. Na czym skoń­czy­łem?

- Szty­let... - Tessa urwała rap­tow­nie, bo w kory­ta­rzu roz­brzmiał głos: wysoki, przy­milny, zna­jomy.

- Panno Gray! - Głos panny Dark uno­sił się mię­dzy ścia­nami jak snu­jący się dym. - Panno Gra­aay! Gdzie jesteś?

Tessa zamarła.

- O, Boże, dogo­niły nas...

Will chwy­cił ją za nad­gar­stek i popę­dził przed sie­bie. Blask magicz­nego kamie­nia two­rzył dzi­kie wzory ze świa­tła i cie­nia na kamien­nych murach, kiedy ucie­kali krę­tym kory­ta­rzem. Pod­łoga opa­dała w dół, kamie­nie pod nogami sta­wały się coraz bar­dziej śli­skie i wil­gotne, powie­trze coraz goręt­sze. Zupeł­nie, jak­by­śmy bie­gli przez samo pie­kło, pomy­ślała Tessa, słu­cha­jąc, jak głosy Mrocz­nych Sióstr odbi­jają się echem od ścian.

- Panno Gra­aaay! Nie pozwo­limy ci uciec, prze­cież wiesz. Nie pozwo­limy ci się ukryć! Znaj­dziemy cię, dzie­cino. Wiesz, że znaj­dziemy.

Will i Tessa poko­nali zakręt i zatrzy­mali się rap­tow­nie. Kory­tarz koń­czył się wyso­kimi meta­lo­wymi drzwiami. Heron­dale puścił rękę Tessy i rzu­cił się na nie z impe­tem. Gdy ustą­piły, wpadł do środka, a Tessa za nim. Natych­miast zamknęła je za nimi. Były tak cięż­kie, że musiała naprzeć na nie ple­cami.

Jedyne oświe­tle­nie w pomiesz­cze­niu sta­no­wił magiczny kamień. Jego blask przy­gasł, ledwo żarzył się mię­dzy pal­cami Willa, ale wydo­by­wał jego postać z ciem­no­ści jak reflek­tor na sce­nie. Heron­dale z tru­dem zasu­nął rygiel pokryty rdzą. Sto­jąc bli­sko, na­dal oparta ple­cami o drzwi, Tessa wyczu­wała napię­cie jego mię­śni.

- Panno Gray? - Pochy­lił się do niej.

Wyraź­nie sły­szała jego galo­pu­jące serce... a może to było jej serce? Dziwna biała poświata rzu­cana przez kamień migo­tała na jego kościach policz­ko­wych, na cien­kiej war­stwie potu na oboj­czy­kach. Tam rów­nież Tessa dostrze­gła znaki, widoczne pod koł­nie­rzem koszuli: czarne i grube, jakby ktoś nama­lo­wał je atra­men­tem na skó­rze.

- Gdzie my jeste­śmy? - wyszep­tała. - Czy tu jest bez­piecz­nie?

Will nie odpo­wie­dział, tylko się cof­nął i uniósł prawą rękę. Kamień zapło­nął moc­niej, oświe­tla­jąc całe pomiesz­cze­nie.

Znaj­do­wali się w czymś w rodzaju celi, tyle że ogrom­nej, całej z kamie­nia. Pod­łoga opa­dała do dużego otworu odpły­wo­wego. Było tam tylko jedno okno, osa­dzone wysoko w ścia­nie, zakra­to­wane, i tylko jedne drzwi, te przez które weszli. Ale Tessa wstrzy­mała oddech z innego powodu.

To miej­sce było rzeź­nią. Przez całe pomiesz­cze­nie bie­gły dłu­gie drew­niane stoły. Leżały na nich ciała... ludz­kie ciała, nagie i blade. Każde miało na piersi nacię­cie w kształ­cie litery Y, głowy zwie­szały się z bla­tów. Włosy kobiet omia­tały posadzkę jak mio­tły. Na środ­ko­wym stole leżały zakrwa­wione noże i czę­ści jakiejś maszy­ne­rii: mie­dziane tryby, mosiężne prze­kład­nie oraz srebrne piły o ostrych zębach.

Tessa przy­ci­snęła dłoń do ust, tłu­miąc okrzyk. Poczuła smak krwi, kiedy przy­gry­zła sobie palec. Will chyba tego nie zauwa­żył. Roz­glą­dał się i mam­ro­tał coś pod nosem.

Nagle roz­legł się huk i meta­lowe drzwi zatrzę­sły się, jakby ude­rzyło w nie coś cięż­kiego. Tessa opu­ściła rękę i krzyk­nęła:

- Panie Heron­dale!

Will odwró­cił się, kiedy drzwi zady­go­tały ponow­nie. Z dru­giej strony dobiegł głos:

- Panno Gray! Pro­szę wyjść natych­miast, nie zro­bimy pani krzywdy!

- Kła­mią - powie­działa szybko Tessa.

- Naprawdę tak pani myśli?

Will scho­wał do kie­szeni magiczny kamień i wsko­czył na środ­kowy stół, pełen zakrwa­wio­nych narzę­dzi. Schy­lił się po ciężki mosiężny tryb, zwa­żył go w dłoni i ze stęk­nię­ciem cisnął nim w zakra­to­wane okno. Szkło się roz­trza­skało, Will zawo­łał:

- Henry! Pomóż, pro­szę! Henry!

- Kto to jest Henry? - zapy­tała Tessa, ale w tym momen­cie drzwi zadrżały po raz trzeci i w metalu poja­wiło się cien­kie pęk­nię­cie. Było widać, że nie wytrzy­mają długo.

Tessa popę­dziła do stołu i nie­mal na oślep chwy­ciła meta­lową piłę o nie­rów­nych zębach, taką, jakich uży­wają rzeź­nicy do cię­cia kości. Ści­ska­jąc broń w ręce, odwró­ciła się, kiedy drzwi otwo­rzyły się gwał­tow­nie.

W progu sta­nęły Mroczne Sio­stry. Pani Dark, wysoka i chuda jak szczapa w jaskra­wo­zie­lo­nej lśnią­cej sukni, oraz pani Black, z czer­woną twa­rzą i oczami zmru­żo­nymi do szpa­rek. Ota­czała je jasna aure­ola z nie­bie­skich iskier, niczym małe fajer­werki. Ich spoj­rze­nia prze­śli­znęły się po Willu, który, na­dal sto­jąc na stole, wydo­był zza pasa jedno z lodo­wych ostrzy, i spo­częły na Tes­sie. Usta pani Black - czer­wona szrama na bla­dej twa­rzy - roz­cią­gnęły się w sze­ro­kim uśmie­chu.

- Mała panna Gray. Powin­naś być mądrzej­sza. Mówi­ły­śmy ci, co się sta­nie, jeśli znowu uciek­niesz...

- Więc zrób­cie to! Wychłoszcz­cie mnie do krwi. Zabij­cie! Nic mnie to nie obcho­dzi! - krzyk­nęła Tessa i z zado­wo­le­niem stwier­dziła, że Mroczne Sio­stry są lekko zasko­czone jej wybu­chem. Wcze­śniej była zbyt prze­ra­żona, żeby pod­nieść na nie głos. - Nie pozwolę, żeby­ście oddały mnie Mistrzowi! Raczej umrę!

- Jaki masz rap­tem ostry język, moja droga - rzu­ciła pani Black i wolno zaczęła ścią­gać ręka­wiczkę z pra­wej dłoni.

Tessa po raz pierw­szy zoba­czyła jej nagą rękę. Skóra na niej była szara i gruba jak u sło­nia, paznok­cie przy­po­mi­nały dłu­gie ciemne szpony, ostre jak noże. Pani Black spoj­rzała na pod­opieczną z uśmie­chem przy­kle­jo­nym do twa­rzy.

- Może, gdy­by­śmy ucięły ci język, nauczy­ła­byś się prze­strze­gać manier.

Ruszyła w stronę Tessy, ale w tym momen­cie Will zesko­czył ze stołu i zastą­pił jej drogę.

- Malik - powie­dział. Białe lodowe ostrze jego broni roz­bły­sło jak spa­da­jąca gwiazda.

- Zejdź mi z drogi, wojow­niku Nefi­lim - zażą­dała pani Black. - I zabierz swój sera­ficki nóż. To nie jest twoja bitwa.

- Myli się pani. - Will zmru­żył oczy. - Sły­sza­łem o pani różne rze­czy, milady. Szep­cze się, że pły­nie­cie przez Pod­ziemny Świat jak rzeka czar­nej tru­ci­zny. Mówiono mi, że pani i sio­stra szczo­drze pła­ci­cie za ciała mar­twych ludzi i nie pyta­cie, w jaki spo­sób umarli.

- Tyle hałasu o paru Przy­ziem­nych. - Pani Dark zachi­cho­tała i przy­su­nęła się do sio­stry, tak że Will, z jaśnie­jącą bro­nią, zna­lazł się mię­dzy nimi a Tessą. - Nie mamy nic do cie­bie, Nocny Łowco, chyba że sam zaczniesz spór. Naru­szy­łeś nasze tery­to­rium, a czy­niąc to, zła­ma­łeś Przy­mie­rze. Mogły­by­śmy donieść na cie­bie Clave...

- Clave nie pochwala wkra­cza­nia na cudzy teren, ale jesz­cze bar­dziej nie podoba im się uci­na­nie głów i obdzie­ra­nie ludzi ze skóry - odpa­ro­wał Will. - Dziw­nie wtedy wyglą­dają.

- Ludzi? - prych­nęła pani Dark. - Mówimy o Przy­ziem­nych, a oni nie obcho­dzą was bar­dziej niż nas. - Spoj­rzała na Tessę. - Powie­dział ci, kim naprawdę jest? Nie czło­wie­kiem...

- Tak pani twier­dzi - wykrztu­siła drżą­cym gło­sem Tessa.

- A czy ona wyznała panu, kim jest? - spy­tała pani Black. - Wspo­mniała o swoim talen­cie? O tym, co potrafi?

- Gdy­bym miał zga­dy­wać, powie­dział­bym, że ma to coś wspól­nego z Mistrzem - rzekł Will.

Pani Dark zro­biła podejrz­liwą minę.

- Wie pan o Mistrzu? - Łyp­nęła na Tessę. - A, rozu­miem. Tylko to panu zdra­dziła. Mistrz, mój aniele, jest bar­dziej nie­bez­pieczny, niż potra­fisz sobie wyobra­zić. I długo cze­kał na kogoś ze zdol­no­ściami Tessy. Można nawet powie­dzieć, że to dzięki niemu ona się uro­dziła...

Jej dal­sze słowa zagłu­szył potężny huk. Cała wschod­nia ściana pomiesz­cze­nia nagle zapa­dła się do środka. Jak w sta­rej obraz­ko­wej Biblii Tessy, kiedy runęły mury Jery­cha. W jed­nej chwili ściana stała, w następ­nej znik­nęła bez śladu. Zamiast niej ziała czer­nią wielka pro­sto­kątna dziura, wypeł­niona duszą­cym pyłem.

Pani Dark wydała cienki okrzyk i chwy­ciła spód­nice kości­stymi pal­cami. Naj­wy­raź­niej nie spo­dzie­wała się takiej kata­strofy.

Will chwy­cił Tessę za rękę, przy­cią­gnął ją do sie­bie i zasło­nił wła­snym cia­łem, kiedy posy­pały się na nich kamie­nie i tynk. Gdy ją objął, Tessa usły­szała krzyk pani Black.

Wykrę­ciła się w obję­ciach Willa, żeby zoba­czyć, co się dzieje. Pani Dark drżą­cym pal­cem wska­zy­wała czarną dziurę w ścia­nie. Pył zaczy­nał osia­dać, tak że ciemne posta­cie kro­czące w ich stronę przez pobo­jo­wi­sko przy­brały wyraź­niej­sze kształty. Dwie ludz­kie posta­cie dzier­żyły broń świe­cącą nie­bie­sko-bia­łym bla­skiem, taką samą jak Willa. Anio­ło­wie, pomy­ślała Tessa. To świa­tło, takie jasne... kim innym mogliby być?

Pani Black wrza­snęła i rzu­ciła się do ataku, wycią­ga­jąc przed sie­bie ręce. Try­snęły z nich iskry, niczym eks­plo­du­jące fajer­werki. Tessa usły­szała, że ktoś krzy­czy, i to bar­dzo ludz­kim gło­sem. Will puścił ją, odwró­cił się bły­ska­wicz­nie i cisnął pło­ną­cym nożem w panią Black. Broń, obra­ca­jąc się, poszy­bo­wała w powie­trzu i wbiła się w jej pierś. Kobieta zato­czyła się z wyciem do tyłu i runęła na jeden z upior­nych sto­łów, a ten zawa­lił się pod jej cię­ża­rem.

Will uśmiech­nął się sze­roko i nie­zbyt przy­jem­nie, po czym znów się odwró­cił i spoj­rzał na Tessę. Przez chwilę patrzyli na sie­bie w mil­cze­niu... a potem oto­czyli go towa­rzy­sze, dwaj męż­czyźni w dopa­so­wa­nych ciem­nych płasz­czach, z jaśnie­jącą bro­nią w rękach. Poru­szali się tak szybko, że w oczach Tessy wyglą­dali nie­mal jak zama­zane plamy.

Cof­nęła się pod prze­ciw­le­głą ścianę, żeby uciec przed cha­osem, który pano­wał na środku pokoju, gdzie pani Dark, wykrzy­ku­jąc obe­lgi, powstrzy­my­wała prze­ciw­ni­ków iskrami sypią­cymi się z jej rąk niczym ogni­sty deszcz. Pani Black wiła się na pod­ło­dze, a jej ciało ota­czał czarny dym, jakby pło­nęła od środka.

Tessa ruszyła w stronę otwar­tych drzwi... lecz silne ręce chwy­ciły ją od tyłu i zatrzy­mały. Dziew­czyna wrza­snęła i pró­bo­wała się wyrwać, ale jej barki opa­sy­wała żela­zna obręcz. Prze­chy­liła głowę i wbiła zęby w dłoń ści­ska­jącą jej lewe ramię. Ktoś krzyk­nął i puścił ją rap­tow­nie. Tessa odwró­ciła się i zoba­czyła wyso­kiego męż­czy­znę z gęstą czu­pryną potar­ga­nych rudych wło­sów. Nie­zna­jomy patrzył na nią z wyrzu­tem i przy­ci­skał do piersi krwa­wiącą dłoń.

- Will! - zawo­łał. - Will, dziew­czyna mnie ugry­zła!

- Naprawdę, Henry?

Heron­dale, niczym duch, wyło­nił się z cha­osu dymu i pło­mieni z jak zwy­kle roz­ba­wioną miną. Za nim drugi z jego towa­rzy­szy, musku­larny młody męż­czy­zna o kasz­ta­no­wych wło­sach, trzy­mał wyry­wa­jącą się panią Dark. Pani Black leżała nie­ru­chomo na pod­ło­dze. Will uniósł brew.

- Bar­dzo brzydko jest gryźć ludzi - rzekł kar­cą­cym tonem. - Nie­grzecz­nie. Nikt pani tego ni­gdy nie mówił?

- Nie­grzecz­nie jest rów­nież znie­nacka obła­piać damy, któ­rym nie zostało się przed­sta­wio­nym - odpa­ro­wała Tessa. - Nikt panu tego ni­gdy nie mówił?

Henry poma­chał z żało­snym uśmie­chem krwa­wiącą ręką. Miał miłą twarz. Tessa nie­mal poczuła się winna, że go ugry­zła.

- Will! Uwa­żaj! - krzyk­nął męż­czy­zna o kasz­ta­no­wych wło­sach.

Heron­dale odwró­cił się w chwili, w któ­rej coś pofru­nęło w powie­trzu, omal nie tra­fiło Henry'ego w głowę i roz­biło się o ścianę za Tessą. Był to duży mosiężny tryb. Ude­rzył w mur z taką siłą, że utknął w nim jak w mięk­kiej gli­nie. Tessa odwró­ciła się... i zoba­czyła, że pani Black idzie w ich stronę z oczami pło­ną­cymi w bia­łej twa­rzy jak roz­ża­rzone węgle. Wokół ręko­je­ści mie­cza ster­czą­cego z jej piersi tań­czyły języki czar­nego ognia.

- Cho­lera... - Will się­gnął po kolejną broń zatkniętą za pas. - Myśla­łem, że ją zabi­li­śmy...

Pani Black zaata­ko­wała, obna­ża­jąc zęby. Will usko­czył jej z drogi, ale Henry nie był tak szybki. Gdy kobieta go ude­rzyła, aż zato­czył się do tyłu. Natych­miast wcze­piła się w niego jak kleszcz i powa­liła go na zie­mię, war­cząc i wbi­ja­jąc pazury w jego ramiona. Henry wrza­snął. Will uniósł nóż i wykrzyk­nął:

- Uriel!

Ostrze roz­ja­rzyło się w jego dłoni niczym pło­nąca pochod­nia. Tessa przy­warła ple­cami do ściany, kiedy zamach­nął się nożem. Pani Black rzu­ciła się na niego z wycią­gnię­tymi szpo­nami...

Ostrze gładko prze­cięło jej szyję, głowa spa­dła na kamienną posadzkę i poto­czyła się po niej, pod­ska­ku­jąc. Tym­cza­sem Henry, cały uma­zany czarną krwią, zrzu­cił z sie­bie mar­twe ciało, krzy­cząc z odrazą, i pode­rwał się na nogi.

W tym momen­cie powie­trze roz­darł strasz­liwy wrzask.

- Nie­eee!

Wydała go z sie­bie pani Dark. Męż­czy­zna o kasz­ta­no­wych wło­sach puścił ją z nagłym okrzy­kiem, kiedy z jej rąk i oczu strze­lił nie­bie­ski ogień. Wijąc się z bólu, upadł na bok, a pani Dark ruszyła w stronę Willa i Tessy. Jej oczy pło­nęły niczym czarne pochod­nie. Syczała słowa w języku, któ­rego Tessa ni­gdy nie sły­szała. Brzmiały jak trzask pło­mieni. Kobieta unio­sła rękę i cisnęła w Tessę czymś, co wyglą­dało jak nie­bie­ski pio­run. Will z okrzy­kiem sko­czył przed nią z wycią­gniętą bro­nią. Bły­ska­wica odbiła się od klingi i ude­rzyła w jedną z kamien­nych ścian, a ta roz­ja­rzyła się dziw­nym świa­tłem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki