Mechaniczny książę. Cykl Diabelskie maszyny. Tom 2 - Cassandra Clare

Kup ebooka

40.50 zł
34.43 zł (25,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log. Zbłą­kane dusze

Pro­log

Zbłą­kane dusze

Gęsta mgła tłu­miła wszyst­kie dźwięki, prze­sła­niała widok. W miej­scach, gdzie się roz­stę­po­wała, Will Heron­dale widział przed sobą ulicę, śli­ską, mokrą i czarną od desz­czu. Sły­szał głosy zmar­łych.

Nie wszy­scy Nocni Łowcy sły­szeli duchy, chyba że one same tego chciały, ale Will nale­żał do tych, któ­rzy to potra­fili. W miarę jak zbli­żał się do sta­rego cmen­ta­rza, nie­równy chór zawo­dzeń, bła­gań, krzy­ków i powar­ki­wań przy­bie­rał na sile. Nie było to spo­kojne miej­sce pochówku, ale Will wie­dział, czego się spo­dzie­wać; nie po raz pierw­szy odwie­dzał Cross Bones Gra­vey­ard przy Lon­don Bridge. Odci­na­jąc się od tych gło­sów, tak mocno się zgar­bił, że koł­nierz zasło­nił mu uszy. Opu­ścił głowę, a drobna mżawka osia­dała na jego czar­nych wło­sach.

Wej­ście na cmen­tarz znaj­do­wało się w poło­wie prze­cznicy: brama z kutego żelaza osa­dzona w wyso­kim kamien­nym murze, ale każdy Przy­ziemny, który tędy prze­cho­dził, widział tylko pustą par­celę zaro­śniętą trawą, nale­żącą zapewne do jakie­goś przed­się­biorcy budow­la­nego. Kiedy Will zbli­żył się do bramy, we mgle zma­te­ria­li­zo­wało się coś, czego żaden Przy­ziemny by nie zoba­czył: duża brą­zowa kołatka w kształ­cie dłoni o kości­stych, szkie­le­to­wych pal­cach. Krzy­wiąc się, Will się­gnął do kołatki i opu­ścił ją raz, dwa, trzy razy. W noc­nej ciszy roz­brzmiały głu­che ude­rze­nia.

Za bramą, z ziemi unio­sła się mgła niczym para, prze­sło­niła kości bie­le­jące na nie­rów­nym grun­cie. Para zaczęła się skra­plać i jaśnieć nie­sa­mo­witą nie­bie­skawą poświatą. Will chwy­cił pręty bramy i zadrżał, kiedy chłód metalu prze­nik­nął przez ręka­wiczki. To nie było zwy­kłe zimno. Wsta­jąc, duchy przy­cią­gały ener­gię z oto­cze­nia, wysy­sały z powie­trza całe cie­pło. Wło­ski zje­żyły się na karku Willa, kiedy nie­bie­ska mgła powoli ufor­mo­wała się w postać sta­rej kobiety w złach­ma­nio­nej sukni i bia­łym far­tu­chu, z pochy­loną głową.

- Cześć, Mol - rzu­cił Will. - Wyglą­dasz dzi­siaj szcze­gól­nie ład­nie, jeśli mogę tak powie­dzieć.

Zjawa unio­sła głowę. Stara Molly była sil­nym duchem, jed­nym z naj­sil­niej­szych, jakie Will kie­dy­kol­wiek spo­tkał. Gdy padł na nią blask księ­życa, który wychy­nął spo­mię­dzy chmur, wcale nie wyglą­dała na prze­zro­czy­stą. Ciało miała solidne, żół­to­szare włosy sple­cione w war­kocz prze­rzu­cony przez ramię, szorst­kie, czer­wone ręce wsparła na bio­drach. Tylko oczy były puste, a w ich głębi migo­tały dwa nie­bie­skie pło­mie­nie.

- Wil­liam 'Ron­dale - prze­mó­wiła. - Tak szybko wró­ci­łeś?

Zaczęła sunąć w stronę bramy ruchem cha­rak­te­ry­stycz­nym dla duchów. Jej stopy były bose i brudne, choć nie doty­kały ziemi.

Will oparł się o pręty.

- Stę­sk­ni­łem się za twoją ładną buzią.

Zjawa uśmiech­nęła się sze­roko, jej oczy się roz­ja­rzyły, a pod pół­prze­zro­czy­stą skórą Will dostrzegł zarys czaszki. W górze chmury znowu nasu­nęły się na sie­bie, zasła­nia­jąc księ­życ. Cie­kawe, co takiego zro­biła Stara Molly, że ją tu pogrze­bano, w nie­po­świę­co­nej ziemi, pomy­ślał Will. Więk­szość zawo­dzą­cych gło­sów nale­żała do pro­sty­tu­tek, samo­bój­ców, uro­dzo­nych mar­twych dzieci, wyrzut­ków, któ­rych nie można było pocho­wać na kościel­nym cmen­ta­rzu. Molly chyba ta sytu­acja nie prze­szka­dzała, bo potra­fiła wycią­gnąć z niej korzy­ści.

Zare­cho­tała.

- Czego chcesz, młody Nocny Łowco? Jadu Mal­pasa? Mam pazur demona Moraxa, ład­nie wypo­le­ro­wany, tru­ci­zna w jego czubku jest zupeł­nie nie­wi­doczna...

- Nie - prze­rwał jej Will. - Potrze­buję proszku demona Foraii, drobno zmie­lo­nego.

Molly odwró­ciła głowę w bok i splu­nęła stru­mie­niem nie­bie­skiego ognia.

- A na co on potrzebny takiemu pięk­nemu mło­dzień­cowi jak ty?

Will wes­tchnął w duchu. Pro­te­sty Molly były czę­ścią rytu­ału tar­go­wa­nia. Magnus już kilka razy wysy­łał go do niej po różne rze­czy: czarne cuch­nące świece, które kle­iły się do skóry jak smoła, kości nie­na­ro­dzo­nego dziecka, wore­czek z oczami faerie, po któ­rym zostały mu na koszuli plamy z krwi. W porów­na­niu z tymi spra­wun­kami pro­szek demona Foraii wyda­wał się miłą odmianą.

- Myślisz, że jestem głu­pia - zaskrze­czała Molly. - To pułapka, co? Wy, Nefi­lim, chce­cie mnie przy­ła­pać na han­dlo­wa­niu takim towa­rem, zna­leźć kij na Starą Mol, ot co!

- Prze­cież ty już nie żyjesz. - Will sta­rał się ukryć iry­ta­cję. - Nie wiem, co jesz­cze Clave mogłoby ci zro­bić.

- Ha! - Jej puste oczy zapło­nęły. - Pod­ziemne wię­zie­nia Cichych Braci mogą pomie­ścić i żywych, i mar­twych. Dobrze o tym wiesz, Nocny Łowco.

Will uniósł ręce.

- Żad­nych sztu­czek, sta­ruszko. Pew­nie sły­sza­łaś plotki krą­żące w Pod­ziem­nym Świe­cie. Clave ma inne rze­czy na gło­wie niż tro­pie­nie duchów, które han­dlują prosz­kiem z demo­nów i krwią faerie. - Pochy­lił się. - Dam ci dobrą cenę. - Wycią­gnął z kie­szeni baty­stowy wore­czek i poma­chał nim w powie­trzu. W środku coś zabrzę­czało. - Co ty na to, Mol?

Po mar­twej twa­rzy prze­mknął wyraz chci­wo­ści. Zjawa przy­brała na tyle solidną postać, że wyrwała Wil­lowi sakiewkę. Następ­nie wsa­dziła do niej rękę i wyjęła całą garść zło­tych pier­ścion­ków prze­wią­za­nych wstą­żecz­kami. Stara Mol, jak wiele duchów, szu­kała tali­zmanu, kawałka utra­co­nej prze­szło­ści, który w końcu pozwo­liłby jej umrzeć, kotwicy, która trzy­mała ją uwię­zioną w tym świe­cie. W wypadku Molly była to jej obrączka ślubna. Jak twier­dził Magnus, powszech­nie sądzono, że pier­ścio­nek od dawna leży zagrze­bany w muli­stym dnie Tamizy, ale zjawa nie tra­ciła nadziei, że kie­dyś go znaj­dzie.

Wrzu­ciła pier­ścionki z powro­tem do sakiewki i gdzieś ją przy sobie ukryła, a w zamian wrę­czyła mu saszetkę z prosz­kiem. Gdy Will scho­wał ją do kie­szeni, duch zaczął migo­tać i zni­kać.

- Zacze­kaj, Mol. Nie tylko po to dzi­siaj przy­sze­dłem.

Zjawa zami­go­tała z wysiłku, żeby pozo­stać widzialną. Chci­wość wal­czyła w niej ze znie­cier­pli­wie­niem.

- Dobrze - burk­nęła Molly. - Czego jesz­cze chcesz?

Will się zawa­hał. Tym razem nie cho­dziło o zle­ce­nie od Magnusa, tylko o sprawę oso­bi­stą...

- Napoje miło­sne...

Stara Molly zaśmiała się skrze­kli­wie.

- Napoje miło­sne? Dla Willa 'Ron­dale'a? Nie mam zwy­czaju odrzu­cać zapłaty, ale prawda jest taka, że męż­czy­zna z twoim wyglą­dem nie potrze­buje żad­nych miło­snych wywa­rów.

- Nie... - zaczął Will z lekką despe­ra­cją w gło­sie. - Wła­ści­wie szu­kam cze­goś o prze­ciw­nym dzia­ła­niu. Cze­goś na odko­cha­nie.

- Wywar nie­na­wi­ści? - Molly była wyraź­nie roz­ba­wiona.

- Raczej obo­jęt­no­ści? Tole­ran­cji?

Molly prych­nęła, zadzi­wia­jąco po ludzku jak na ducha.

- Nie­chęt­nie to mówię, Nefi­lim, ale jeśli chcesz, żeby dziew­czyna cię znie­na­wi­dziła, są łatwiej­sze spo­soby. Nie potrze­bu­jesz mojej pomocy z tym bie­dac­twem.

I wiru­jąc, pomknęła w stronę mgieł snu­ją­cych się mię­dzy gro­bami. Will wes­tchnął, patrząc za nią.

- To nie dla niej - mruk­nął, choć nikt nie mógł go usły­szeć. - Tylko dla mnie. - Oparł głowę o zimną żela­zną bramę.

Roz­dział pierw­szy. Sala Rady

Roz­dział pierw­szy

Sala Rady

"Wysoko w górze skle­pie­nie sali

Na licz­nych kolum­nach solid­nie wsparte,

Gdzie spo­ty­kają się anioły

I wymie­niają dary".

- Alfred, lord Ten­ny­son, Pałac sztuki

- Naprawdę wygląda tak, jak sobie wyobra­ża­łam - stwier­dziła Tessa, uśmie­cha­jąc się do chłopca, który stał obok niej.

Wła­śnie pomógł jej przejść nad kałużą i dło­nią na­dal doty­kał jej ramie­nia tuż nad zgię­ciem łok­cia.

James Car­sta­irs, ele­gancki, w ciem­nym gar­ni­tu­rze, ze srebr­nymi wło­sami zmierz­wio­nymi przez wiatr, odwza­jem­nił uśmiech. Jego druga ręka spo­czy­wała na lasce z jade­itową główką. I nawet jeśli ktoś z kłę­bią­cego się wokół nich tłumu uznał za dziwne, że tak młody czło­wiek potrze­buje laski, albo dostrzegł coś nie­zwy­kłego w kolo­rze jego wło­sów czy w rysach twa­rzy, nikt otwar­cie mu się nie przy­glą­dał.

- Co za ulga! - powie­dział Jem. - Już zaczy­na­łem się mar­twić, że wszystko w Lon­dy­nie będzie dla cie­bie roz­cza­ro­wa­niem.

Roz­cza­ro­wa­niem. Brat Tessy Nate tyle jej naobie­cy­wał, zanim przy­je­chała do Lon­dynu: nowy począ­tek, cudowne miej­sce do życia, impo­nu­jące budynki i piękne parki. Zamiast tych wspa­nia­ło­ści Tessę cze­kały okropne rze­czy, zdrada i nie­bez­pie­czeń­stwa prze­kra­cza­jące jej wyobraź­nię. Mimo to...

- Nie wszystko było takie straszne. - Uśmiech­nęła się do Jema.

- Cie­szę się, że to sły­szę. - Mówił tonem poważ­nym, nie kpią­cym.

Tessa odwró­ciła od niego wzrok i spoj­rzała na wielką budowlę, która przed nimi się wzno­siła: opac­two west­min­ster­skie z potęż­nymi gotyc­kimi wie­żami pra­wie doty­ka­ją­cymi nieba. W tym momen­cie słońce na chwilę wychy­nęło zza chmur i oblało świą­ty­nię bla­da­wym świa­tłem.

- To naprawdę tutaj? - zapy­tała Tessa, kiedy Jem skie­ro­wał ją w stronę wej­ścia. - Wydaje się takie...

- Przy­ziemne?

- Chcia­łam powie­dzieć zatło­czone.

Opac­two było tego dnia otwarte dla tury­stów. Ich grupy tło­czyły się w ogrom­nych drzwiach, więk­szość z prze­wod­ni­kami Beade­kera w rękach. Kiedy Tessa i Jem wcho­dzili po scho­dach, śpie­sząc za prze­wod­ni­kiem, który ofe­ro­wał opro­wa­dza­nie po świą­tyni, minęła ich gro­madka ame­ry­kań­skich tury­stek - kobiet w śred­nim wieku, w nie­mod­nych stro­jach, mówią­cych z akcen­tem, który na chwilę przy­pra­wił Tessę o nostal­gię. Oboje bez trudu wto­pili się w tłum. Wnę­trze kościoła pach­niało zim­nym kamie­niem i meta­lem. Tessa rozej­rzała się z podzi­wem po ogrom­nej budowli. Przy niej Insty­tut wyglą­dał jak wiej­ski kośció­łek.

- Pro­szę zwró­cić uwagę na trój­po­dział nawy - powie­dział prze­wod­nik i zaczął wyja­śniać, że wzdłuż wschod­nich i zachod­nich skrzy­deł opac­twa cią­gną się mniej­sze kaplice.

W środku pano­wała cisza, choć tego dnia nie odby­wały się żadne msze. Kiedy razem z Jemem dotarli do wschod­niej czę­ści kościoła, Tessa zauwa­żyła, że idzie po kamie­niach, na któ­rych wyryte są daty i nazwi­ska. Sły­szała o tych wszyst­kich sław­nych kró­lach, kró­lo­wych, żoł­nier­zach i poetach pocho­wa­nych w opac­twie west­min­ster­skim, ale nie spo­dzie­wała się, że będzie po nich cho­dzić.

W końcu oboje zatrzy­mali się w poprzecz­nej nawie kościoła. Przez roze­towe okna osa­dzone wysoko w górze sączyło się wod­ni­ste świa­tło dnia.

- Wiem, że śpie­szymy się na zebra­nie Rady, ale chcia­łem, żebyś to zoba­czyła - powie­dział Jem i zato­czył ręką wokół sie­bie. - Zaką­tek poetów.

Tessa oczy­wi­ście czy­tała o tym miej­scu, gdzie byli pocho­wani wielcy angiel­scy twórcy. Zoba­czyła szary kamienny nagro­bek Chau­cera i inne znane nazwi­ska:

- Edmund Spen­ser i... och, Samuel John­son - wyszep­tała. - Cole­ridge, Robert Burns i Szek­spir...

- On wła­ści­wie nie jest tutaj pocho­wany - wyja­śnił szybko Jem. - To tylko pomnik. Podob­nie jak Mil­tona.

- Och, wiem, ale... - Tessa poczuła, że się czer­wieni. - Nie potra­fię tego wyja­śnić. To jak zna­leźć się wśród przy­ja­ciół... wszyst­kie te nazwi­ska. To głu­pie, wiem...

- Wcale nie głu­pie.

Tessa uśmiech­nęła się do Jema.

- Skąd wie­dzia­łeś, co chcia­ła­bym zoba­czyć?

- Jak mógł­bym nie wie­dzieć? - zdzi­wił się Jem. - Kiedy myślę o tobie, zawsze widzę cię z książką w ręce. - Mówiąc to, odwró­cił wzrok, ale Tessa zdą­żyła dostrzec rumie­niec na jego policz­kach.

Na jego bla­dej cerze widać nawet naj­słab­szy kolor, pomy­ślała... i zasko­czyła ją czu­łość tej myśli.

Bar­dzo polu­biła Jema przez ostat­nie dwa tygo­dnie. Will sta­ran­nie jej uni­kał, Char­lotte i Henry zaj­mo­wali się spra­wami Clave i pro­wa­dze­niem Insty­tutu, nawet Jes­sa­mine wyda­wała się bar­dzo zajęta. A Jem zawsze był wolny i bar­dzo poważ­nie potrak­to­wał swoją rolę prze­wod­nika po Lon­dy­nie. Odwie­dzili Hyde Park i Kew Gar­dens, Natio­nal Gal­lery i Bri­tish Museum, Tower of Lon­don i Bramę Zdraj­ców. Wybrali się popa­trzeć na doje­nie krów w St. James's Park, na sprze­daw­ców owo­ców i warzyw zachwa­la­ją­cych swoje towary w Covent Gar­den. Z nabrzeża obser­wo­wali łodzie sunące po roz­iskrzo­nej Tami­zie, jedli tutej­sze spe­cjały. W miarę jak mijały dni, Tessa powoli zapo­mi­nała o swoim cichym nie­szczę­ściu z powodu Nate'a, Willa i utraty daw­nego życia, budziła się do życia jak kwiat kieł­ku­jący ze zmar­z­nię­tej ziemi. Przy­ła­pała się nawet na tym, że się śmieje. A zawdzię­czała to wszystko Jemowi.

- Jesteś dobrym przy­ja­cie­lem - powie­działa, a kiedy, ku jej zasko­cze­niu, Jem nie zare­ago­wał na te słowa, dodała: - Przy­naj­mniej mam nadzieję, że jeste­śmy dobrymi przy­ja­ciółmi. Ty też tak uwa­żasz, prawda, Jem?

Spoj­rzał na nią, ale zanim zdą­żył odpo­wie­dzieć, z mroku dobiegł gro­bowy głos:

Drżyj, śmier­tel­niku, serca trwogą,

Widząc tu zmianę ciała srogą.

Zważ, ile ich kró­lew­skich mości -

W tej kupie gruzu - drze­mie kości.1

Spo­mię­dzy dwóch pomni­ków wyszła ciemna postać. Tessa wytrzesz­czyła oczy, a Jem rzu­cił roz­ba­wio­nym tonem, w któ­rym pobrzmie­wała nuta rezy­gna­cji:

- Will, jed­nak posta­no­wi­łeś zaszczy­cić nas swoją obec­no­ścią?

- Ni­gdy nie mówi­łem, że nie przyjdę.

Gdy Will wystą­pił do przodu, świa­tło wpa­da­jące przez roze­towe okna oświe­tliło jego twarz. Nawet teraz Tessa nie potra­fiła patrzeć na niego bez ści­ska­nia w piersi i bole­snego łomo­ta­nia serca. Czarne włosy, nie­bie­skie oczy, wydatne kości policz­kowe, gęste ciemne rzęsy, pełne usta - można by nazwać go ład­nym, gdyby nie był taki wysoki i musku­larny. Kie­dyś prze­su­nęła dłońmi po tych ramio­nach. Wie­działa, jakie są w dotyku: żela­zne, powle­czone twar­dymi mię­śniami. Jego dło­nie, kiedy obej­mo­wały tył jej głowy, były smu­kłe i ela­styczne, ale o stward­nia­łych opusz­kach...

Odpę­dziła wspo­mnie­nia. Nic dobrego z nich nie wyni­kało, kiedy znało się prawdę. Will był piękny, ale nie nale­żał do niej; nie nale­żał do nikogo. Coś w nim pękło i przez to pęk­nię­cie wyle­wało się ślepe okru­cień­stwo, potrzeba ranie­nia i odtrą­ca­nia.

- Spóź­niasz się na zebra­nie Rady - stwier­dził Jem dobro­dusz­nie. Był jedy­nym czło­wie­kiem, któ­rego nie doty­kały szel­mow­skie zło­śli­wo­ści przy­ja­ciela.

- Mia­łem coś do zała­twie­nia - odparł Will.

Z bli­ska Tessa widziała, że jest zmę­czony. Jego oczy były zaczer­wie­nione, cie­nie pod nimi pra­wie fio­le­towe. Ubra­nie miał pognie­cione, jakby w nim spał, wło­som przy­da­łoby się strzy­że­nie.

To nie twoja sprawa, upo­mniała się surowo, odwra­ca­jąc wzrok od jego mięk­kich, ciem­nych loków krę­cą­cych się za uszami i na karku. Nie ma zna­cze­nia, jak twoim zda­niem wygląda ani jak spę­dza czas. Wyraź­nie dał ci to do zro­zu­mie­nia.

- Zresztą, wy też nie jeste­ście zbyt punk­tu­alni.

- Chcia­łem poka­zać Tes­sie Zaką­tek poetów - wyja­śnił Jem. - Pomy­śla­łem, że się jej spodoba.

Mówił pro­sto i zwy­czaj­nie, tak że nikt nie mógłby wąt­pić w jego praw­do­mów­ność. Naj­nor­mal­niej w świe­cie chciał spra­wić komuś przy­jem­ność i nawet Wil­lowi chyba nie przy­szła do głowy żadna cięta uwaga, bo tylko wzru­szył ramio­nami i poma­sze­ro­wał szyb­kim kro­kiem w stronę wschod­niego kruż­ganka.

Po kwa­dra­to­wym ogro­dzie oto­czo­nym klasz­tor­nymi murami spa­ce­ro­wali ludzie, szep­cząc cicho, jakby na­dal byli w kościele. Nikt nie zwró­cił uwagi na Tessę i jej towa­rzy­szy, kiedy cała trójka zbli­żyła się do podwój­nych dębo­wych drzwi osa­dzo­nych w murze. Rozej­rzaw­szy się szybko, Will wyjął z kie­szeni stelę i dotknął jej czub­kiem drewna. Drzwi roz­ja­rzyły się na chwilę nie­bie­skim bla­skiem i otwo­rzyły. Will wszedł do środka, Jem i Tessa tuż za nim. Cięż­kie podwoje zamknęły się za Tessą z dono­śnym hukiem, omal nie przy­ci­na­jąc jej spód­nicy. Wyszarp­nęła ją w samą porę i szep­nęła w nie­mal cał­ko­wi­tej ciem­no­ści:

- Jem?

W tym momen­cie zapło­nęło świa­tło. To Will uniósł swój magiczny kamień. Znaj­do­wali się w dużym kamien­nym pomiesz­cze­niu o skle­pio­nym sufi­cie. Pod­łoga była ceglana, w dru­gim końcu sali stał ołtarz.

- Jeste­śmy w Kaplicy Pyxu - powie­dział. - Kie­dyś to był skar­biec. Wzdłuż wszyst­kich ścian stały skrzy­nie ze zło­tem i sre­brem.

- Skar­biec Noc­nych Łow­ców? - Tessa była naprawdę zain­try­go­wana.

- Nie, bry­tyj­ski skar­biec kró­lew­ski, stąd grube mury i drzwi - odparł Jem. - Ale Nocni Łowcy zawsze mieli tu wstęp. - Uśmiech­nął się, widząc jej minę. - Monar­chie przez wieki w tajem­nicy pła­ciły Nefi­lim, żeby chro­nić swoje kró­le­stwa przed demo­nami.

- Nie w Ame­ryce - rzu­ciła z oży­wie­niem Tessa. - My nie mamy monar­chii...

- Ale macie w rzą­dzie komórkę, która utrzy­muje kon­takty z Nefi­lim, bez obawy - uspo­koił ją Will, pod­cho­dząc do ołta­rza. - Kie­dyś zaj­mo­wał się tym depar­ta­ment wojny, a teraz część depar­ta­mentu spra­wie­dli­wo­ści...

Urwał, kiedy ołtarz z jękiem prze­su­nął się w bok. W zie­ją­cej czar­nej dziu­rze, która się za nim odsło­niła, Tessa dostrze­gła słabe bły­ski świa­tła. Will zanur­ko­wał w otwór, oświe­tla­jąc sobie drogę magicz­nym kamie­niem.

Tessa ruszyła za nim i zna­la­zła się w dłu­gim kamien­nym kory­ta­rzu opa­da­ją­cym w dół. Kamień na ścia­nach, pod­ło­gach i sufi­cie wyglą­dał na jed­no­lity - jakby tunel wykuto w skale, choć wszę­dzie był gładki. Co kilka kro­ków paliły się magiczne pochod­nie osa­dzone w uchwy­tach w kształ­cie ludz­kiej dłoni wysta­ją­cej ze ściany.

Ołtarz zasu­nął się za nimi, cała trójka ruszyła tune­lem. W miarę jak szli, kory­tarz opa­dał coraz bar­dziej stromo w dół. Nie­bie­sko­zie­lony blask pochodni oświe­tlał pła­sko­rzeźby na ścia­nach, wszę­dzie ten sam motyw anioła powsta­ją­cego z jeziora w kolum­nie ognia, z mie­czem w jed­nej ręce i kie­li­chem w dru­giej.

W końcu dotarli do dwóch par wiel­kich srebr­nych drzwi. Na obu był wyryty wzór, który Tessa widziała już wcze­śniej: cztery prze­pla­ta­jące się litery Cs.

- Ozna­czają Clave, Radę, Przy­mie­rze i Kon­sula - wyja­śnił Jem, nim zdą­żyła spy­tać.

- Kon­sula? Czy to głowa Clave? Ktoś w rodzaju króla?

- Nie dzie­dzicz­nego jak wasz monar­cha - ode­zwał się Will. - Jest wybie­rany, jak pre­zy­dent albo pre­mier.

- A Rada?

- Wkrótce sama zoba­czysz. - Will pchnął drzwi.

Tessa roz­dzia­wiła usta. I szybko je zamknęła, gdy dostrze­gła roz­ba­wiony wzrok Jema sto­ją­cego u jej boku. Sala, która uka­zała się jej oczom, była naj­więk­szym pomiesz­cze­niem, jakie w życiu widziała. Miała kopu­la­ste skle­pie­nie ozdo­bione kon­ste­la­cjami gwiezd­nymi. Z naj­wyż­szego punktu kopuły zwi­sał ogromny żyran­dol w kształ­cie anioła z pło­ną­cymi pochod­niami w rękach. Reszta pomiesz­cze­nia była urzą­dzona w for­mie amfi­te­atru z dłu­gimi, pół­okrą­głymi ławami. Will, Jem i Tessa stali na szczy­cie scho­dów, roz­dzie­la­ją­cych rzędy sie­dzeń, zapeł­nio­nych w trzech czwar­tych. Na samym dole znaj­do­wało się pod­wyż­sze­nie z kil­koma nie­wy­god­nymi na pierw­szy rzut oka krze­słami o wyso­kich opar­ciach.

Jedno z nich zaj­mo­wała Char­lotte Bran­well, dru­gie, tuż obok niej, wyraź­nie zde­ner­wo­wany Henry. Char­lotte sie­działa spo­koj­nie, z rękami zło­żo­nymi na kola­nach. Tylko ktoś, kto ją dobrze znał, dostrzegłby napię­cie ramion i zaci­śnięte usta.

Przed nimi, za czymś w rodzaju mów­nicy, ale szer­szej i dłuż­szej niż nor­malna, stał wysoki męż­czy­zna o dłu­gich, jasnych wło­sach, gęstej bro­dzie i sze­ro­kich bar­kach. Miał na sobie długą czarną szatę, jak sędzia, z błysz­czą­cymi runami wyha­fto­wa­nymi na ręka­wach. Obok niego, na niskim krze­śle, sie­dział star­szy męż­czy­zna o ciem­nych wło­sach prze­ty­ka­nych siwi­zną i gładko ogo­lo­nej twa­rzy o suro­wych rysach. Jego szata była gra­na­towa, na pal­cach zalśniły pier­ście­nie, kiedy poru­szył ręką. Tessa go roz­po­znała: Inkwi­zy­tor Whi­te­law o lodo­wa­tym gło­sie i lodo­wa­tych oczach, który prze­słu­chi­wał świad­ków w imie­niu Clave.

- Pan Heron­dale - ode­zwał się blon­dyn, patrząc na Willa. Jego usta wykrzy­wił lekki uśmiech. - Jakie to miłe, że pan do nas dołą­czył. I pan Car­sta­irs rów­nież. A wasza towa­rzyszka to zapewne...

- Panna Gray - przed­sta­wiła się Tessa. - Panna The­resa Gray z Nowego Jorku.

Przez salę prze­biegł cichy pomruk, niczym szum cofa­ją­cej się fali. Will napiął mię­śnie, a Jem zaczerp­nął tchu, jakby chciał coś powie­dzieć. "Prze­rwała Kon­su­lowi", roz­brzmiał czyjś szept albo tak się Tes­sie wyda­wało. Zatem to był Kon­sul Way­land, naj­wyż­szy dostoj­nik Clave. Tessa rozej­rzała się po Sali i dostrze­gła kilka zna­jo­mych osób: Bene­dicta Ligh­two­oda o ostrych rysach, haczy­ko­wa­tym nosie i sztyw­nej posta­wie; jego syna Gabriela Ligh­two­oda o zmierz­wio­nych wło­sach, wpa­tru­ją­cego się przed sie­bie kamien­nym wzro­kiem. Ciem­no­włosą Lilian High­smith. Przy­ja­znego Geo­rge'a Pen­hal­lowa i onie­śmie­la­jącą ciotkę Char­lotte, Cal­lidę o gęstych siwych wło­sach upię­tych na czubku głowy. Oprócz nich zoba­czyła wiele innych twa­rzy, któ­rych nie znała. Miała wra­że­nie, że ogląda książkę z obraz­kami opo­wia­da­jącą o róż­nych ludziach żyją­cych na świe­cie. Byli tam jasno­włosi Nocni Łowcy o wyglą­dzie wikin­gów, śniady męż­czy­zna, który przy­po­mi­nał kalifa z ilu­stro­wa­nych Baśni z tysiąca i jed­nej nocy, i Hin­du­ska w pięk­nym sari wyszy­wa­nym w srebrne runy, sie­dząca obok kobiety, która odwró­ciła głowę i teraz patrzyła pro­sto na nich. Miała na sobie ele­gancką jedwabną suk­nię i była podobna do Jema: te same deli­katne, piękne rysy, iden­tyczne kości policz­kowe i oczy, tyle że ciemne, a nie srebrne, i czarne włosy, w prze­ci­wień­stwie do jego srebr­nych.

- Witamy, panno Tesso Gray z Nowego Jorku - rzekł Kon­sul z nutą roz­ba­wie­nia w gło­sie. - Cie­szymy się, że zaszczy­ciła nas pani dzi­siaj swoją obec­no­ścią. Rozu­miem, że już odpo­wie­działa pani na pyta­nia lon­dyń­skiej Enklawy. Mam nadzieję, że zechce pani odpo­wie­dzieć na jesz­cze kilka.

Tessa odszu­kała wzro­kiem Char­lotte. Powin­nam?

Pani Bran­well ledwo dostrze­gal­nie ski­nęła głową. Pro­szę.

Tessa wypro­sto­wała plecy.

- Jeśli takie jest pań­skie życze­nie, oczy­wi­ście.

- Podejdź zatem do stalle Rady - powie­dział Kon­sul, a Tessa domy­śliła się, że cho­dzi mu o długą, wąską drew­nianą ławkę sto­jącą przed mów­nicą. - Towa­rzy­sze mogą panią odpro­wa­dzić.

Will wymam­ro­tał coś pod nosem, ale Tessa nie zro­zu­miała co. Z Wil­lem po lewej stro­nie i Jemem po pra­wej ruszyła w dół po stop­niach i zbli­żyła się do ławy. Sta­nęła za nią nie­pew­nie. Z bli­ska zoba­czyła, że Kon­sul ma życz­liwe nie­bie­skie oczy, w prze­ci­wień­stwie do Inkwi­zy­tora, któ­rego oczy były ciem­no­szare jak morze w cza­sie desz­czu, a ich spoj­rze­nie ponure.

- Inkwi­zy­to­rze Whi­te­law, popro­szę o Miecz Anioła - zwró­cił się Kon­sul do chmur­nego męż­czy­zny.

Inkwi­zy­tor wstał i spod obszer­nej szaty wydo­był masywną broń. Tessa od razu roz­po­znała ją z Kodeksu. Miecz miał dłu­gie ostrze z mato­wego sre­bra i ręko­jeść w kształ­cie roz­po­star­tych skrzy­deł. Wła­śnie z nim powstał z jeziora Anioł Razjel i dał go pierw­szemu Noc­nemu Łowcy Jona­tha­nowi.

- Mael­lar­tach - wyrwało się Tes­sie.

Kon­sul wziął miecz i popa­trzył na nią z roz­ba­wie­niem.

- Widzę, że pani nie próż­no­wała - stwier­dził. - Kto panią uczył? Wil­liam? James?

- Ona sama. - Will jak zwy­kle prze­cią­gał słowa i mówił lek­kim tonem sto­ją­cym w sprzecz­no­ści z posęp­nym nastro­jem, który pano­wał w sali. - Jest bar­dzo docie­kliwa.

- To kolejny powód, dla któ­rego nie powinno jej tu być. - Tessa nie musiała się odwra­cać, żeby wie­dzieć, kto zabrał głos. Bene­dict Ligh­twood. Prze­ma­wiał ostrym tonem. - To jest Rada Gard. Nie wpusz­czamy na nią Pod­ziem­nych. Nie można użyć Mie­cza Anioła, żeby zmu­sić ją do powie­dze­nia prawdy, bo ona nie jest Noc­nym Łowcą. Co nam tu po niej?

- Cier­pli­wo­ści, Bene­dik­cie. - Kon­sul bez wysiłku uniósł miecz, jakby ten nic nie ważył. Cięż­szy był jego wzrok spo­czy­wa­jący na Tes­sie. Way­land przy­glą­dał się jej, jakby chciał wyczy­tać strach w jej oczach. - Nie zamie­rzamy zro­bić ci krzywdy, mała cza­row­nico. Zabra­niają tego Poro­zu­mie­nia.

- Nie powi­nien pan nazy­wać mnie cza­row­nicą - obru­szyła się Tessa. - Nie mam na sobie znaku.

Dziwne, że musiała znowu to powta­rzać, ale wcze­śniej prze­słu­chi­wali ją inni człon­ko­wie Clave, a nie sam Kon­sul. Był wyso­kim męż­czy­zną o sze­ro­kich ramio­nach, ema­nu­ją­cym siłą i auto­ry­te­tem. Podob­nymi jak te cechy, za które Bene­dict Ligh­twood tak nie lubił Char­lotte Bran­well.

- Kim więc jesteś? - zapy­tał Way­land.

- Ona nie wie. - Ton Inkwi­zy­tora był suchy. - Podob­nie jak Cisi Bra­cia.

- Może usiąść i dać świa­dec­two, ale będzie ono warte połowę świa­dec­twa Noc­nego Łowcy - zade­cy­do­wał Kon­sul i skie­ro­wał wzrok na Bran­wel­lów. - Henry, jesteś na razie zwol­niony z prze­słu­cha­nia. Char­lotte, zostań, pro­szę.

Tessa prze­łknęła urazę i poszła do pierw­szego rzędu sie­dzeń. Tam dołą­czył do niej Henry o wymi­ze­ro­wa­nej twa­rzy i ster­czą­cych dziko rudych wło­sach. Tessa usia­dła obok znu­dzo­nej i ziry­to­wa­nej Jes­sa­mine w sukni z jasno­brą­zo­wej alpaki, a Will i Jem z jej dru­giej strony. Sie­dzi­ska były tak wąskie, że czuła cie­pło ramie­nia Jema tuż przy swoim.

Z początku Rada prze­bie­gała jak inne zebra­nia Clave. Char­lotte popro­szono o rela­cję z nocy, kiedy Enklawa zaata­ko­wała twier­dzę wam­pira de Quin­ceya i zabiła go wraz ze wszyst­kimi zwo­len­ni­kami, pod­czas gdy brat Tessy, Nate, zdra­dził pokła­dane w nim zaufa­nie i wpu­ścił do Insty­tutu Mistrza, Axela Mort­ma­ina, a ten zamor­do­wał dwoje słu­żą­cych i omal nie porwał Tessy. Kiedy z kolei Tessę wezwano do zło­że­nia zeznań, powtó­rzyła to, co już wcze­śniej mówiła: że nie wie, gdzie jest Nate, że o nic go nie podej­rze­wała, że nie miała poję­cia o swoim talen­cie, póki nie poka­zały go jej Mroczne Sio­stry, i zawsze sądziła, że jej rodzice byli ludźmi.

- Richard i Eli­za­beth Gray zostali dokład­nie spraw­dzeni - oświad­czył Inkwi­zy­tor. - Nie ma żad­nych dowo­dów wska­zu­ją­cych na to, że nie byli ludźmi. Jej brat też jest czło­wie­kiem. Może też być prawdą twier­dze­nie Mort­ma­ina, że ojcem dziew­czyny był demon, ale w takim razie rodzi się pyta­nie, dla­czego nie ma znaku cza­row­nicy.

- Bar­dzo to wszystko dziwne, łącz­nie z twoim talen­tem - stwier­dził Kon­sul, patrząc na Tessę. - Nie masz poję­cia, jakie są jego moż­li­wo­ści i ogra­ni­cze­nia? Nie pró­bo­wa­łaś posłu­żyć się jakąś rze­czą nale­żącą do Mort­ma­ina, żeby dotrzeć do jego wspo­mnień albo myśli?

- Pró­bo­wa­łam. Z jego guzi­kiem. Powinno się udać.

- Ale?

Tessa potrzą­snęła głową.

- Nie udało się. Nie zna­la­złam w nim żad­nej iskry, żad­nego... śladu życia. Niczego, co pozwo­li­łoby mi się z nim połą­czyć.

- Wygodne - mruk­nął Bene­dict pod nosem, ale Tessa go usły­szała i spło­nęła rumień­cem.

Gdy Kon­sul poka­zał jej gestem, że może usiąść, Tessa dostrze­gła twarz Bene­dicta Ligh­two­oda. Usta miał gniew­nie zaci­śnięte, a ona nie wie­działa, czym mogła go tak roz­wście­czyć.

- I nikt nie widział Mort­ma­ina od jego... sprzeczki z panną Gray w Sank­tu­arium - cią­gnął Kon­sul, kiedy Tessa usia­dła.

Inkwi­zy­tor prze­rzu­cił jakieś papiery leżące przed nim na mów­nicy.

- Prze­szu­kano jego domy i nie zna­le­ziono w nich żad­nych jego rze­czy. Podobne rezul­taty przy­nio­sły rewi­zje w maga­zy­nach Mort­ma­ina. Do śledz­twa włą­czyli się nawet nasi przy­ja­ciele ze Sco­tland Yardu. Ten czło­wiek znik­nął bez śladu. I to dosłow­nie, jak twier­dzi nasz przy­ja­ciel Wil­liam Heron­dale.

Will uśmiech­nął się pro­mien­nie, jakby usły­szał kom­ple­ment, ale Tessa dostrze­gła pod tym uśmie­chem zło­śli­wość i pomy­ślała o świe­tle odbi­tym od ostrej kra­wę­dzi brzy­twy.

- Pro­po­nuję dać drugą szansę Char­lotte i Henry'emu Bran­wel­lom - powie­dział Kon­sul. - Przez następne trzy mie­siące ich ofi­cjalne dzia­ła­nia podej­mo­wane w imie­niu Clave będą naj­pierw musiały być zatwier­dzone przeze mnie.

- Lor­dzie Kon­sulu! - Z tłumu dobiegł twardy, czy­sty głos. Wszyst­kie głowy odwró­ciły się w jego stronę. Tessa odnio­sła wra­że­nie, że coś takiego jak prze­ry­wa­nie Kon­su­lowi nie­czę­sto się zda­rza. - Chciał­bym zabrać głos.

Way­land uniósł brwi.

- Bene­dict Ligh­twood. Wcze­śniej mia­łeś po temu oka­zję, w cza­sie prze­słu­chań.

- Nie mam żad­nych uwag co do prze­słu­chań - oświad­czył Ligh­twood. W magicz­nym świe­tle jego orli pro­fil ryso­wał się jesz­cze ostrzej. - Nie zga­dzam się z pań­ską decy­zją.

Kon­sul pochy­lił się, wsparty o mów­nicę. Był dużym męż­czy­zną, o gru­bym karku i potęż­nej klatce pier­sio­wej. Swymi wiel­kimi dłońmi mógłby z łatwo­ścią objąć szyję Bene­dicta. Tessa nie mia­łaby nic prze­ciwko temu. Nie prze­pa­dała za Ligh­two­odem.

- Dla­czego?

- Myślę, że zaśle­pia pana dłu­go­trwała przy­jaźń z rodziną Fair­chil­dów, tak że nie dostrzega pan bra­ków Char­lotte jako głowy Insty­tutu - stwier­dził Bene­dict. Przez salę prze­biegł szmer. - Błędy popeł­nione w nocy pią­tego lipca nie tylko przy­nio­sły Clave wstyd i dopro­wa­dziły do utraty Pyxis. Popsu­li­śmy rów­nież nasze sto­sunki z lon­dyń­skimi Pod­ziem­nymi, nie­po­trzeb­nie ata­ku­jąc de Quin­ceya.

- Już wnie­siono skargi do Działu Odszko­do­wań - zagrzmiał Kon­sul. - Zostaną one roz­pa­trzone zgod­nie z Pra­wem. Rekom­pen­saty to nie twoja sprawa, Bene­dik­cie...

- Ale naj­gor­sze jest to... - Ligh­twood pod­niósł głos - ...że Char­lotte Bran­well pozwo­liła uciec nie­bez­piecz­nemu prze­stępcy, który zamie­rza znisz­czyć Noc­nych Łow­ców, a my teraz nie mamy poję­cia, gdzie on może być. W dodatku, obo­wiąz­kiem zna­le­zie­nia go nie obar­czono tych, któ­rzy go zgu­bili!

Po tych sło­wach w sali zapa­no­wała wrzawa. Char­lotte była skon­ster­no­wana, Henry zdez­o­rien­to­wany, Will wście­kły. Kon­sul, któ­rego oczy pociem­niały nie­po­ko­jąco, kiedy Bene­dict wspo­mniał o Fair­chil­dach - Tessa domy­śliła się, że to pew­nie rodzina Char­lotte - mil­czał, póki nie ucichł gwar. Wtedy powie­dział:

- Wro­gość wobec przy­wód­czyni two­jej Enklawy nie świad­czy o tobie dobrze, Bene­dik­cie.

- Prze­pra­szam, Kon­sulu. Nie sądzę, żeby utrzy­my­wa­nie Char­lotte Bran­well na czele Insty­tutu leżało w inte­re­sie Clave, bo jak wszy­scy wiemy zaan­ga­żo­wa­nie Henry'ego jest jedy­nie nomi­nalne. Uwa­żam, że żadna kobieta nie nadaje się do pro­wa­dze­nia Insty­tutu. Kobiety nie kie­rują się logiką i roz­wagą, tylko emo­cjami. Nie mam wąt­pli­wo­ści, że Char­lotte jest dobrą i uczciwą osobą, ale żaden męż­czy­zna nie dałby się zwieść takiemu mar­nemu szpie­gowi jak Natha­niel Gray...

- Ja dałem się oszu­kać. - Will z pło­ną­cym wzro­kiem zerwał się z krze­sła. - Wszy­scy dali­śmy się zwieść. Co to za insy­nu­acje wobec mnie, Jema i Henry'ego, panie Ligh­twood?

- Ty i Jem jeste­ście dziećmi - odparł krótko Bene­dict. - A Henry prak­tycz­nie nie wycho­dzi ze swo­jego labo­ra­to­rium.

Will zaczął prze­cho­dzić przez opar­cie krze­sła, ale Jem z całej siły pocią­gnął go w dół i coś do niego syk­nął. Jes­sa­mine kla­snęła w ręce, jej piwne oczy się roz­pro­mie­niły.

- Naresz­cie robi się cie­ka­wie.

Tessa spoj­rzała na nią z nie­sma­kiem.

- Nie sły­sza­łaś, że on obraża Char­lotte? - rzu­ciła szep­tem, ale Jes­sa­mine tylko mach­nęła ręką.

- Kogo zatem widzisz na czele Insty­tutu? - zapy­tał Kon­sul gło­sem ocie­ka­ją­cym sar­ka­zmem. - Sie­bie?

Bene­dict roz­ło­żył ręce w geście uda­wa­nej skrom­no­ści.

- Skoro pan tak uważa, Kon­sulu.

Zanim skoń­czył mówić, z krze­seł pod­nio­sły się trzy inne osoby. W dwóch z nich Tessa roz­po­znała człon­ków lon­dyń­skiej Enklawy, choć nie znała ich nazwisk. Trze­cią była Lilian High­smith.

Bene­dict się uśmiech­nął. Wszy­scy teraz na niego patrzyli. Sie­dzący obok niego młod­szy syn Gabriel wpa­try­wał się w ojca nie­prze­nik­nio­nymi zie­lo­nymi oczami i smu­kłymi pal­cami ści­skał opar­cie krze­sła, które miał przed sobą.

- Popie­rają mnie trzy osoby - stwier­dził Bene­dict. - Tylu gło­sów wymaga Prawo, żebym mógł ofi­cjal­nie rzu­cić wyzwa­nie Char­lotte Bran­well i doma­gać się sta­no­wi­ska prze­wod­ni­czą­cego lon­dyń­skiej Enklawy.

Char­lotte gwał­tow­nie zaczerp­nęła tchu, ale się nie odwró­ciła. Dalej sie­działa bez ruchu. Jem na­dal trzy­mał Willa za nad­gar­stek, a Jes­sa­mine miała taką minę, jakby oglą­dała eks­cy­tu­jące przed­sta­wie­nie.

- Nie! - powie­dział krótko Kon­sul.

- Nie możesz mi zabro­nić...

- Bene­dik­cie, pro­te­sto­wa­łeś już w chwili, kiedy mia­no­wa­łem Char­lotte. Zawsze chcia­łeś kie­ro­wać Insty­tu­tem. Teraz, kiedy Enklawa bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek musi dzia­łać wspól­nie, pro­wa­dzisz do podzia­łów i rywa­li­za­cji w Radzie.

- Zmiany nie zawsze doko­nują się poko­jowo, ale to nie zna­czy, że są nie­ko­rzystne. Pod­trzy­muję wyzwa­nie. - Bene­dict splótł dło­nie.

Kon­sul zabęb­nił pal­cami o mów­nicę. Sto­jący obok niego Inkwi­zy­tor miał zimny wzrok.

- Pro­po­nu­jesz, Bene­dik­cie, żeby obo­wią­zek szu­ka­nia Mort­ma­ina zło­żyć na barki tych, któ­rzy, jak twier­dzisz, "go zgu­bili"? - upew­nił się Way­land. - Zgo­dzisz się zapewne, że odna­le­zie­nie Mort­ma­ina jest naszym głów­nym celem?

Ligh­twood ski­nął głową.

- Zatem moja pro­po­zy­cja brzmi: niech Char­lotte i Henry pokie­rują poszu­ki­wa­niami Mort­ma­ina. Jeśli po dwóch tygo­dniach go nie znajdą albo przy­naj­mniej nie zdo­będą sil­nych dowo­dów wska­zu­ją­cych na miej­sce jego pobytu, twoje żąda­nie zosta­nie roz­pa­trzone.

Char­lotte zsu­nęła się na brzeg krze­sła.

- Mamy zna­leźć Mort­ma­ina? Sami, tylko Henry i ja, bez pomocy reszty Enklawy?

Wzrok Kon­sula nie był nie­życz­liwy, ale też nie cał­kiem wyba­cza­jący.

- Możesz wezwać innych człon­ków Clave, jeśli będziesz ich potrze­bo­wać w kon­kret­nej sytu­acji. Oczy­wi­ście, Cisi Bra­cia i Żela­zne Sio­stry też są do two­jej dys­po­zy­cji. A jeśli cho­dzi o śledz­two, tak, wy sami macie je popro­wa­dzić.

- Nie podoba mi się to - oświad­czyła nagle Lilian High­smith. - Z poszu­ki­wań sza­leńca robisz grę o wła­dzę...

- Chcesz więc wyco­fać swoje popar­cie dla Bene­dicta? - zapy­tał Kon­sul. - Jego wyzwa­nie straci moc i już nie będzie potrzeby, żeby Bran­wel­lo­wie się wyka­zali.

Lilian otwo­rzyła usta, ale kiedy zoba­czyła spoj­rze­nie Bene­dicta, szybko je zamknęła i pokrę­ciła głową.

- Stra­ci­li­śmy słu­żą­cych - powie­działa Char­lotte z napię­ciem w gło­sie. - Bez nich...

- Oczy­wi­ście dosta­nie­cie nowych - zapew­nił ją Kon­sul. - Cyril, brat waszego nie­ży­ją­cego sługi Tho­masa, już do was jedzie z Brig­thon, a Insty­tut Dubliń­ski oddaje wam swoją drugą kucharkę. Oboje są dobrze wyszko­lo­nymi wojow­ni­kami. Wasi też powinni tacy być, Char­lotte.

- Tho­mas i Aga­tha byli dobrze wyszko­leni - zapro­te­sto­wał Henry.

- Ale macie u sie­bie kilka osób, które nie są - wtrą­cił Bene­dict. - Nie tylko panna Love­lace, ale rów­nież poko­jówka Sophie i ta tutaj Pod­ziemna... - Wska­zał na Tessę. - Cóż, Char­lotte, skoro upar­łaś się ją zatrzy­mać, nie zaszko­dzi­łoby, żeby ona też została nauczona pod­staw samo­obrony.

Tessa ze zdu­mie­niem zer­k­nęła na Jema.

- On mówi o mnie?

Jem z ponurą miną kiw­nął głową.

- Ja nie potra­fię... Obe­tnę sobie stopę!

- Jeśli zamie­rzasz komuś obciąć stopę, to naj­le­piej Bene­dic­towi - rzu­cił cicho Will.

- Pora­dzisz sobie, Tesso, to nic trud­nego... - Resztę słów Jema zagłu­szył dono­śny głos Ligh­two­oda.

- Ponie­waż oboje będzie­cie bar­dzo zajęci szu­ka­niem Mort­ma­ina, pro­po­nuję wam swo­ich synów, Gabriela i Gide­ona, który dzi­siaj wraca z Hisz­pa­nii, jako tre­ne­rów. Obaj są świet­nymi wojow­ni­kami i mogą podzie­lić się swoim doświad­cze­niem.

- Ojcze! - zapro­te­sto­wał Gabriel. Wyglą­dał na prze­ra­żo­nego. Naj­wy­raź­niej ojciec nie omó­wił z nim wcze­śniej tej kwe­stii.

- Sami potra­fimy tre­no­wać swo­ich słu­żą­cych - odburk­nęła Char­lotte.

Kon­sul pokrę­cił głową.

- Bene­dict Ligh­twood ofe­ruje szczo­dry dar. Przyj­mij go.

Char­lotte zro­biła się kar­ma­zy­nowa na twa­rzy. Po dłuż­szej chwili skło­niła głowę na znak zgody. Tes­sie poczuła się oszo­ło­miona. Przej­dzie szko­le­nie? Będzie się uczyć walki wręcz, rzu­ca­nia nożami i macha­nia mie­czem? Rze­czy­wi­ście, jedną z jej ulu­bio­nych boha­te­rek była Capi­tola z Hid­den Hand, która potra­fiła wal­czyć rów­nie dobrze jak męż­czy­zna... i tak się ubie­rała. Ale to nie ozna­czało, że ona chciała być nią.

- Dobrze - powie­dział Kon­sul. - Ogła­szam koniec tego posie­dze­nia Rady i zwo­łuję następne za dwa tygo­dnie w tym samym miej­scu. Jeste­ście wolni.

Oczy­wi­ście, nie wszy­scy od razu się roze­szli. Kiedy obecni zaczęli wsta­wać z sie­dzeń i roz­ma­wiać z sąsia­dami, salę wypeł­nił gwar gło­sów. Char­lotte sie­działa bez ruchu. Henry spra­wiał wra­że­nie, jakby roz­pacz­li­wie chciał coś powie­dzieć, żeby ją pocie­szyć, ale nic nie przy­cho­dziło mu do głowy. Jego ręka zawi­sła nie­pew­nie nad ramie­niem żony. Will pio­ru­no­wał wzro­kiem Gabriela Ligh­two­oda, który patrzył zimno w ich stronę.

Char­lotte wstała powoli. Mąż trzy­mał rękę na jej ple­cach i coś do niej szep­tał. Jes­sa­mine nie­cier­pli­wie krę­ciła nową para­solką z bia­łej koronki; dostała ją od Henry'ego, kiedy jej stara została znisz­czona w cza­sie bitwy z auto­ma­tami Mort­ma­ina. Tessa też zerwała się z krze­sła i cała ich grupka ruszyła środ­kiem sali posie­dzeń. Tessa sły­szała wokół sie­bie strzępy słów: Char­lotte... Bene­dict... ni­gdy nie znajdą Mistrza... dwa tygo­dnie... wyzwa­nie... Kon­sul... Mort­main... Enklawa... upo­ko­rze­nie.

Char­lotte, czer­wona na twa­rzy, szła z wypro­sto­wa­nymi ple­cami i patrzyła pro­sto przed sie­bie, jakby nie sły­szała tych szep­tów. Will spra­wiał wra­że­nie, że zamie­rza rzu­cić się na plot­ka­rzy i wymie­rzyć im surową spra­wie­dli­wość, ale Jem mocno trzy­mał swo­jego para­ba­tai za tył płasz­cza. Bie­dak, musi się zacho­wy­wać jak wła­ści­ciel raso­wego psa, który lubi gryźć gości, pomy­ślała Tessa. I przez cały czas trzy­mać rękę na jego obroży. Jes­sa­mine znowu wyglą­dała na znu­dzoną. Nie­zbyt ją obcho­dziło, co Enklawa sądzi na jej temat.

Nim dotarli do drzwi, pra­wie bie­gli. Char­lotte zwol­niła na chwilę, żeby reszta grupy ją dogo­niła. Więk­szość obec­nych kie­ro­wała się na lewo, skąd przy­szli Tessa, Jem i Will, ale ona skrę­ciła w prawo, prze­szła kilka kro­ków kory­ta­rzem, skrę­ciła za róg i nagle się zatrzy­mała.

- Char­lotte? - W gło­sie Henry'ego brzmiała tro­ska. - Kocha­nie?

Char­lotte nagle z całej siły kop­nęła w kamienną ścianę. Nie wyrzą­dziła jej wiel­kiej szkody, ale sama krzyk­nęła cicho.

- O, rany - mruk­nęła Jes­sa­mine, krę­cąc para­solką.

- Jeśli mogę coś zapro­po­no­wać - ode­zwał się Will. - Jakieś dwa­dzie­ścia kro­ków stąd, w sali Rady, jest Bene­dict. Jeśli posta­no­wisz tam wró­cić, pro­po­nuję, żebyś celo­wała w górę i tro­chę w lewo...

- Char­lotte. - Głę­boki, chro­po­waty głos był łatwo roz­po­zna­walny.

Char­lotte odwró­ciła się gwał­tow­nie, jedną ręką doty­ka­jąc ściany. Jej brą­zowe oczy się roz­sze­rzyły.

Runy wyszyte srebrną nicią na dole szaty i na ręka­wach lśniły, kiedy Kon­sul zbli­żał się do małej grupki ze wzro­kiem utkwio­nym w sze­fo­wej Insty­tutu.

- Wiesz, co twój ojciec zawsze mówił o utra­cie pano­wa­nia nad sobą - powie­dział.

- Tak. I mówił rów­nież, że powi­nien mieć syna. - W gło­sie Char­lotte brzmiała nuta gory­czy. - Gdy­bym była męż­czy­zną, potrak­to­wał­byś mnie tak jak przed chwilą?

Henry poło­żył rękę na ramie­niu żony i coś do niej szep­nął, ale ona strą­ciła jego dłoń, patrząc Kon­su­lowi pro­sto w oczy.

- A jak cię potrak­to­wa­łem? - zapy­tał Way­land.

- Jak­bym była dziec­kiem, małą dziew­czynką, którą trzeba skar­cić.

- Char­lotte, to ja mia­no­wa­łem cie­bie sze­fową Insty­tutu i Enklawy - przy­po­mniał z lek­kim roz­draż­nie­niem Kon­sul. - Nie zro­bi­łem tego, bo lubi­łem Gra­nville'a Fair­childa i wie­dzia­łem o jego pra­gnie­niu, by córka odzie­dzi­czyła po nim sta­no­wi­sko, tylko dla­tego, że uwa­ża­łem, że dobrze sobie pora­dzisz.

- Mia­no­wa­łeś też Henry'ego - odpa­ro­wała Char­lotte. - I nie omiesz­ka­łeś przy tym napo­mknąć, że Enklawa łatwiej zaak­cep­tuje jako swo­ich przy­wód­ców parę mał­żon­ków niż samą kobietę.

- Gra­tu­la­cje, Char­lotte. Nie sądzę, by człon­ko­wie lon­dyń­skiej Enklawy uwa­żali, że to Henry nimi dowo­dzi.

- To prawda - przy­znał Bran­well, patrząc na swoje buty. - Wszy­scy wie­dzą, że jestem raczej bez­u­ży­teczny. Wszystko, co się stało, to moja wina, Kon­sulu...

- Nie - prze­rwał mu Way­land. - To było połą­cze­nie ogól­nego samo­za­do­wo­le­nia Clave, pecha, nie­od­po­wied­niego momentu i paru kiep­skich decy­zji Char­lotte. Tak, uwa­żam, że jesteś za nie odpo­wie­dzialna...

- Więc zga­dzasz się z Bene­dic­tem?! - wykrzyk­nęła Char­lotte.

- Bene­dict Ligh­twood to łaj­dak i hipo­kryta - powie­dział Kon­sul ze znu­że­niem. - Wszy­scy to wie­dzą. Ale jest poli­tycz­nie potężny i lepiej uła­go­dzić go tym przed­sta­wie­niem niż jesz­cze bar­dziej zan­ta­go­ni­zo­wać, igno­ru­jąc.

- Przed­sta­wie­niem? - powtó­rzyła z gory­czą Char­lotte. - Tak to nazy­wasz? Przy­dzie­li­łeś mi zada­nie nie­moż­liwe do wyko­na­nia.

- Dałem ci zada­nie odna­le­zie­nie Mistrza - odparł Way­land. - Czło­wieka, który wła­mał się do Insty­tutu, zabił two­ich słu­żą­cych, zabrał Pyxis i pla­nuje stwo­rzyć armię mecha­nicz­nych potwo­rów, żeby znisz­czyć nas wszyst­kich. Krótko mówiąc, osob­nika, któ­rego trzeba powstrzy­mać. Powstrzy­ma­nie go to twoje zada­nie, Char­lotte, jako przy­wód­czyni Enklawy. Jeśli uwa­żasz, że jest nie­moż­liwe do wyko­na­nia, może powin­naś zadać sobie pyta­nie, dla­czego tak bar­dzo zależy ci na tym sta­no­wi­sku.

Prze­ło­żył Ste­fan Sta­siak. [wróć]

Roz­dział drugi. Dział odszko­do­wań

Roz­dział drugi

Dział odszko­do­wań

"Udziel mi więc twych cier­pień, płaczmy razem na nie!

Ach, nie dziel ich, niech wszystko mnie samej zosta­nie"

- Ale­xan­der Pope, Helo­iza do Abe­larda (Prze­ło­żył Ludwik Kamiń­ski)

Świa­tło roz­ja­śnia­jące wielką biblio­tekę migo­tało słabo jak skwier­cząca świeca, ale Tessa wie­działa, że to tylko jej wyobraź­nia. Magiczne świa­tło, w prze­ci­wień­stwie do ognia czy lamp gazo­wych, ni­gdy nie sła­bło ani nie gasło.

Jej wzrok jed­nak zaczy­nał się męczyć, a sadząc po twa­rzach obec­nych, nie tylko ona czuła się znu­żona. Wszy­scy zebrali się wokół jed­nego z dłu­gich sto­łów. Char­lotte sie­działa w jego szczy­cie, Henry po pra­wej stro­nie Tessy, Will i Jem tro­chę dalej obok sie­bie. Tylko Jes­sa­mine wyco­fała się w drugi koniec stołu, odsu­nęła od reszty. Blat był dosłow­nie zasłany naj­róż­niej­szymi papie­rami: sta­rymi gaze­tami, wolu­mi­nami, płach­tami per­ga­minu pokry­tymi drob­nym paję­czym pismem. Znaj­do­wały się wśród nich gene­alo­gie rodów Mort­ma­inów, histo­rie auto­ma­tów, nie­zli­czone książki o cza­rach wzy­wa­ją­cych i wią­żą­cych, wszel­kie mate­riały o Klu­bie Pan­de­mo­nium, które Cichym Bra­ciom udało się wygrze­bać ze swo­ich archi­wów.

Tessa miała za zada­nie przej­rzeć gazety i wyszu­kać arty­kuły o Mort­ma­inie i jego fir­mie prze­wo­zo­wej. Oczy zacho­dziły jej mgłą, litery się roz­my­wały. Poczuła ulgę, kiedy Jes­sa­mine w końcu ode­pchnęła od sie­bie książkę O magicz­nych machi­nach i prze­rwała ciszę, mówiąc:

- Myślę, że tra­cimy czas.

Char­lotte pod­nio­sła na nią wzrok ze zbo­la­łym wyra­zem twa­rzy.

- Jes­sa­mine, nie ma potrzeby, żebyś tu zosta­wała, jeśli nie chcesz. Zresztą wąt­pię, czy kto­kol­wiek z nas ocze­ki­wał two­jej pomocy w tej spra­wie, a ponie­waż ni­gdy nie gar­nę­łaś się do nauki, zasta­na­wiam się, czy w ogóle wiesz, czego szu­kasz. Potra­fi­ła­byś odróż­nić czar wią­żący od wzy­wa­ją­cego?

Tessa się zdzi­wiła. Char­lotte rzadko bywała wobec nich taka ostra.

- Chcę pomóc - zapew­niła Jes­sie z nadą­saną miną. - Te mecha­niczne stwory Mort­ma­ina omal mnie nie zabiły. Chcę, żeby został zła­pany i uka­rany.

- Wcale nie - wtrą­cił się Will, roz­wi­ja­jąc stary, popę­kany per­ga­min zapi­sany czar­nymi sym­bo­lami. - Chcesz, żeby brat Tessy został zła­pany i uka­rany za uda­wa­nie, że jest w tobie zako­chany.

Jes­sa­mine się zaru­mie­niła.

- Nie. To zna­czy, ja nie... To zna­czy, och! Char­lotte, Will mi doku­cza.

- A słońce wscho­dzi na wscho­dzie - wymam­ro­tał pod nosem Jem.

- Nie chcę, żeby mnie wyrzu­cili z Insty­tutu, jeśli nie znaj­dziemy Mistrza - cią­gnęła Jes­sa­mine. - Czy to tak trudno zro­zu­mieć?

- Nie ty zosta­niesz wyrzu­cona z Insty­tutu, tylko Char­lotte - zauwa­żył Will. - Jestem pewien, że Ligh­two­odo­wie pozwolą ci zostać. A Bene­dict ma dwóch synów w wieku odpo­wied­nim do ożenku. Powin­naś być zachwy­cona.

Jes­sa­mine się skrzy­wiła.

- Nocni Łowcy. Ni­gdy za żad­nego nie wyjdę.

- Prze­cież sama jesteś Nocną Łow­czy­nią.

Zanim dziew­czyna zdą­żyła odpo­wie­dzieć, drzwi się otwo­rzyły i do biblio­teki weszła Sophie. Skło­niła głowę nakrytą bia­łym czep­kiem i powie­działa coś cicho do swo­jej pra­co­daw­czyni.

Char­lotte wstała i oznaj­miła:

- Przy­szedł brat Enoch. Muszę z nim poroz­ma­wiać. Will, Jes­sa­mine, nie pró­buj­cie się poza­bi­jać, kiedy mnie nie będzie. Henry, gdy­byś mógł...

Zawie­siła głos. Jej mąż nie odry­wał wzroku od Księgi wie­dzy o pomy­sło­wych urzą­dze­niach mecha­nicz­nych Al-Jaza­riego. Nie zwra­cał uwagi na nic i na nikogo. Char­lotte bez słowa unio­sła ręce i wyszła z biblio­teki.

Gdy zamknęły się za nią drzwi, Jes­sa­mine posłała Wil­lowi jado­wite spoj­rze­nie.

- Skoro uwa­żasz, że ja nie mam doświad­cze­nia, żeby wam pomóc, to w takim razie, co ona tutaj robi? - Wska­zała na Tessę. - Nie chcę być nie­grzeczna, ale sądzisz, że ona potrafi odróż­nić czar wią­żący od wzy­wa­ją­cego? - Prze­nio­sła wzrok na Tessę. - Potra­fisz? A skoro już o tym mowa, Will, czy ty odróż­nisz czar wią­żący od prze­pisu na suflet?

Will odchy­lił się na opar­cie krze­sła i wyre­cy­to­wał roz­ma­rzo­nym gło­sem:

- "Sza­lony jestem tylko przy wie­trze pół­nocno-zachod­nim; kiedy z połu­dnia wieje, umiem odróż­nić jastrzę­bie od cza­pli".

- Jes­sa­mine, Tessa była taka łaskawa, że zapro­po­no­wała pomoc, a wiesz, że potrze­bu­jemy teraz każ­dej pary oczu - prze­mó­wił suro­wym tonem Jem. - Will, nie cytuj Ham­leta. Henry... - Odchrząk­nął. - Henry!

Pan Bran­well pod­niósł nie­przy­tomny wzrok i zamru­gał.

- Tak, kocha­nie? - Rozej­rzał się zdez­o­rien­to­wany. - Gdzie Char­lotte?

- Poszła poroz­ma­wiać z Cichymi Braćmi - odparł Jem ze sto­ic­kim spo­ko­jem. - Chyba... zgo­dzę się z Jes­sa­mine.

- A słońce wscho­dzi na wscho­dzie - mruk­nął Will.

- Dla­czego? - obu­rzyła się Tessa. - Nie możemy teraz zre­zy­gno­wać. Rów­nie dobrze mogli­by­śmy od razu oddać Insty­tut temu okrop­nemu Bene­dic­towi Ligh­two­odowi.

- Nie pro­po­nuję, żeby­śmy sie­dzieli bez­czyn­nie. Tylko że my pró­bu­jemy odgad­nąć, co Mort­main zamie­rza zro­bić, usi­łu­jemy prze­wi­dzieć przy­szłość, zamiast sta­rać się zro­zu­mieć prze­szłość.

- Znamy prze­szłość Mort­ma­ina i jego plany. - Will wska­zał ręką na gazety. - Uro­dzony w Devon, był chi­rur­giem na statku, został boga­tym kup­cem, zajął się czarną magią, a teraz zamie­rza rzą­dzić świa­tem dzięki potęż­nej armii mecha­nicz­nych żoł­nie­rzy. Nie jest to nie­ty­powa histo­ria jak na zde­ter­mi­no­wa­nego mło­dego czło­wieka...

- Nie sądzę, żeby kie­dyś wspo­mi­nał o rzą­dze­niu świa­tem - prze­rwała mu Tessa. - Mówił tylko o Impe­rium Bry­tyj­skim.

- Godna podziwu dosłow­ność - sko­men­to­wał Will. - Mia­łem na myśli to, że wiemy, skąd się wziął Mort­main. To raczej nie nasza wina, że nie jest to zbyt inte­re­su­jące... - Zawie­sił głos. - A!

- Co "a!"? - burk­nęła Jes­sa­mine, prze­no­sząc wzrok z Willa na Jema. - Oświad­czam, że spo­sób, w jaki wy dwaj czy­ta­cie nawza­jem w swo­ich myślach, przy­pra­wia mnie o dresz­cze.

- A! - powtó­rzył Will. - Jem wła­śnie myślał, a ja jestem skłonny się z nim zgo­dzić, że histo­ria życia Mort­ma­ina to zwy­kłe bania­luki. Tro­chę kłamstw, tro­chę prawdy, ale naj­praw­do­po­dob­niej nie­wiele nam to wszystko pomoże. Wymy­ślił te bajeczki, żeby gazety miały co wydru­ko­wać. Poza tym nie obcho­dzi mnie, ile stat­ków ma Mort­main; my chcemy wie­dzieć, gdzie nauczył się czar­nej magii i od kogo.

- I dla­czego nie­na­wi­dzi Noc­nych Łow­ców - dorzu­ciła Tessa.

Spoj­rze­nie nie­bie­skich oczu Willa powę­dro­wało ku niej leni­wie.

- Czy to rze­czy­wi­ście nie­na­wiść? Ja uwa­żam, że raczej zwy­kła chęć domi­na­cji. Gdy Mort­main usu­nie nas z drogi, z mecha­niczną armią zdo­bę­dzie tyle wła­dzy, ile zechce.

Tessa pokrę­ciła głową.

- Nie, cho­dzi o coś wię­cej. Trudno mi to wyja­śnić, ale on... nie­na­wi­dzi Nefi­lim. To dla niego bar­dzo oso­bi­sta sprawa. I ma coś wspól­nego z tam­tym zegar­kiem. Tak jakby pra­gnął rekom­pen­saty za krzywdę, którą mu wyrzą­dzili.

- Odszko­do­wa­nia - powie­dział nagle Jem, odkła­da­jąc ołó­wek.

Will spoj­rzał na niego zain­try­go­wany.

- Czy to jakaś gra? Rzu­camy pierw­sze słowo, jakie przyj­dzie nam do głowy? W takim razie moje brzmi: "genu­pho­fo­bia" i ozna­cza irra­cjo­nalny strach przed kola­nami.

- A jakie jest okre­śle­nie na racjo­nalny strach przez iry­tu­ją­cymi idio­tami? - wypa­liła Jes­sa­mine.

- Dział odszko­do­wań w archi­wach - wyja­śnił Jem, igno­ru­jąc ich oboje. - Kon­sul wspo­mniał o nim wczo­raj i od tam­tej pory ta nazwa sie­dzi mi w gło­wie. Tam jesz­cze nie szu­ka­li­śmy.

- Odszko­do­wa­nia? - zapy­tała Tessa.

- Kiedy jakiś Pod­ziemny albo Przy­ziemny twier­dzi, że Nocny Łowca zła­mał wobec nich Prawo, składa skargę do Działu odszko­do­wań. Odbywa się pro­ces i Pod­ziemny dostaje zadość­uczy­nie­nie, o ile potrafi udo­wod­nić swoją krzywdę.

- Szu­ka­nie tam wydaje mi się tro­chę głu­pie - stwier­dził Will. - Mało praw­do­po­dobne, żeby Mort­main zło­żył kie­dyś ofi­cjalną skargę na Noc­nych Łow­ców. "Bar­dzo obu­rzeni Nocni Łowcy uparli się, że nie umrą, mimo że ja tego bar­dzo chcia­łem. Doma­gam się rekom­pen­saty. Pro­szę prze­słać pocztą czek na nazwi­sko A. Mort­main, 18 Ken­sing­ton Road".

- Dość kpin - uciął Jem. - Może Mort­main nie zawsze nie­na­wi­dził Noc­nych Łow­ców? Może kie­dyś bez­sku­tecz­nie pró­bo­wać uzy­skać zadość­uczy­nie­nie ofi­cjalną drogą? Co szko­dzi spraw­dzić? W naj­gor­szym razie nic nie znaj­dziemy, czyli będziemy dokład­nie w takiej samej sytu­acji co teraz. - Wstał i odgar­nął do tyłu srebrne włosy. - Idę do Char­lotte, zanim brat Enoch wyj­dzie. Popro­szę ją, żeby kazała Cichym Bra­ciom spraw­dzić archiwa.

Tessa też wstała od stołu. Nie miała ochoty zostać w biblio­tece z Wil­lem i Jes­sa­mine, któ­rzy oboje naj­wy­raź­niej byli w prze­kor­nym nastroju. Henry uciął sobie spo­kojną drzemkę na sto­sie ksią­żek, zresztą, i tak nie mogła liczyć na to, że znaj­dzie u niego ratu­nek. Obec­ność Willa, przy któ­rym zwy­kle czuła się nie­swojo, łatwiej dawała się znieść przy Jemie. Tylko on jakoś potra­fił go utem­pe­ro­wać i uczy­nić nie­mal ludz­kim.

- Pójdę z tobą, Jem - zapro­po­no­wała pośpiesz­nie. - I tak chcia­łam... poroz­ma­wiać o czymś z Char­lotte.

Jem był zasko­czony, ale wyglą­dał na zado­wo­lo­nego. Will prze­niósł spoj­rze­nie z niego na Tessę i odsu­nął krze­sło.

- Już całą wiecz­ność sie­dzimy wśród tych butwie­ją­cych sta­rych ksiąg - stwier­dził. - Moje piękne oczy są zmę­czone, a ręce mam poza­ci­nane papie­rem. Widzi­cie? - Roz­po­starł palce. - Idę na spa­cer.

- Nie możesz nary­so­wać sobie iratze? - rzu­ciła Tessa.

Will spio­ru­no­wał ją wzro­kiem. Jego oczy były piękne.

- Jak zawsze pomocna.

Tessa odwza­jem­niła spoj­rze­nie.

- Być usłużną to moje jedyne pra­gnie­nie.

Jem poło­żył dłoń na jej ramie­niu.

- Tesso, Will. - W jego gło­sie brzmiała tro­ska. - Nie sądzę...

Jed­nakże Will już porwał płaszcz z krze­sła i wyma­sze­ro­wał z biblio­teki. Zatrza­snął za sobą drzwi z taką siłą, że zadrżała futryna.

Jes­sa­mine roz­parła się na krze­śle i zmru­żyła brą­zowe oczy.

- Inte­re­su­jące.

Tes­sie drżały ręce, kiedy odgar­niała kosmyk wło­sów za ucho. Nie cier­piała, kiedy Will miał na nią taki wpływ. Nie zno­siła tego. Wie­działa swoje. Wie­działa, co on o niej myśli. Że jest nic nie­warta. Ale jego spoj­rze­nie przy­pra­wiało ją o drże­nie z nie­na­wi­ści i jed­no­cze­śnie tęsk­noty. Zupeł­nie, jakby w jej krwi pły­nęła tru­ci­zna, a jedy­nym na nią anti­do­tum był Jem. Tylko przy nim czuła się pew­nie.

- Chodź. - Jem lekko ujął ją pod ramię. Dżen­tel­men nie powi­nien publicz­nie doty­kać damy, ale w Insty­tu­cie Nocni Łowcy zacho­wy­wali się wobec sie­bie bar­dziej poufale niż Przy­ziemni w zewnętrz­nym świe­cie. Kiedy na niego spoj­rzała, uśmiech­nął się do niej nie tylko oczami, ale i ser­cem, całym sobą. - Poszu­kamy Char­lotte.

- A co ja mam robić, kiedy was nie będzie? - zapy­tała z roz­draż­nie­niem Jes­sa­mine, kiedy ruszyli do drzwi.

Jem obej­rzał się przez ramię.

- Zawsze możesz obu­dzić Henry'ego. Zdaje się, że znowu je papier przez sen, a wiesz, jak Char­lotte tego nie znosi.

- Niech to licho! - mruk­nęła Jes­sa­mine z wes­tchnie­niem. - Dla­czego zawsze dostaję głu­pie zada­nia?

- Bo nie chcesz poważ­nych - odparł Jem tonem, w któ­rym Tessa, o dziwo, usły­szała nutę iry­ta­cji.

Żadne z nich nie zauwa­żyło lodo­wa­tego spoj­rze­nia, jakim obrzu­ciła ich Jes­sa­mine, kiedy wycho­dzili z biblio­teki.

***

- Pan Bane pana ocze­kuje, sir - oznaj­mił lokaj i usu­nął się na bok, żeby wpu­ścić Willa.

Jego imię brzmiało Archer - a może Wal­ker czy jakoś podob­nie - i był jed­nym z ludz­kich nie­wol­ni­ków Camille. Jak wszy­scy pod­po­rząd­ko­wani woli wam­pira, miał cho­ro­bliwy wygląd, per­ga­mi­nową skórę i cien­kie, suche włosy. Spra­wiał wra­że­nie rów­nie uszczę­śli­wio­nego wido­kiem Noc­nego Łowcy jak gość, który na przy­ję­ciu znaj­duje śli­maka w sała­cie.

Od razu po wej­ściu do domu, Willa ude­rzył zapach. Była to woń czar­nej magii, siarki zmie­sza­nej z odo­rem Tamizy w gorący dzień. Will zmarsz­czył nos. Lokaj spoj­rzał na niego z jesz­cze więk­szą odrazą.

- Pan Bane jest w salo­nie. - Z tonu sługi jasno wyni­kało, że zamie­rza towa­rzy­szyć tam intru­zowi. - Mam wziąć pań­ski płaszcz?

- To nie będzie konieczne.

Nie zdej­mu­jąc płasz­cza, Will podą­żył kory­ta­rzem za zapa­chem magii. Woń sta­wała się coraz inten­syw­niej­sza, w miarę jak zbli­żał się do salonu. Spod zamknię­tych drzwi sączyły się smużki dymu. Will zaczerp­nął duży haust cuch­ną­cego powie­trza i się­gnął do klamki.

Wnę­trze salonu oka­zało się dziw­nie puste. Dopiero po chwili Will zorien­to­wał się, że gospo­darz odsu­nął pod ściany wszyst­kie cięż­kie tekowe meble, nawet for­te­pian. Z sufitu zwi­sał ozdobny żyran­dol, ale pokój oświe­tlały tuziny gru­bych czar­nych świec usta­wio­nych krę­giem na środku pomiesz­cze­nia. Obok kręgu stał Magnus z otwartą księgą w rękach. Sta­ro­modny fular miał polu­zo­wany, czarne włosy ster­czały wokół jego twa­rzy jak nała­do­wane elek­trycz­no­ścią. Kiedy Will wszedł do salonu, cza­row­nik pod­niósł wzrok i uśmiech­nął się sze­roko.

- W samą porę! - wykrzyk­nął. - Myślę, że tym razem go mamy. Will, poznaj Tam­muza, pomniej­szego demona z ósmego wymiaru. Tam­mu­zie, poznaj Willa, pomniej­szego Noc­nego Łowcę z... Walii, tak?

- Wydłu­bię ci oczy - wysy­czał stwór, który sie­dział wewnątrz pło­ną­cego kręgu. Mie­rzył nie­wiele ponad trzy stopy, miał jasno­nie­bie­ską skórę, troje jarzą­cych się oczu, czar­nych jak węgle, i ośmio­pal­cza­ste dło­nie zakoń­czone dłu­gimi krwi­sto­czer­wo­nymi pazu­rami. - Zedrę ci skórę z twa­rzy.

- Nie bądź nie­grzeczny, Tam­mu­zie - skar­cił go Magnus i choć mówił lek­kim tonem, pło­mie­nie świec nagle sko­czyły w górę, a demon sku­lił się z krzy­kiem. - Will ma do cie­bie kilka pytań. Odpo­wiesz na nie.

Will pokrę­cił głową.

- Sam nie wiem, Magnu­sie - powie­dział. - On nie wygląda mi na tego wła­ści­wego.

- Mówi­łeś, że był nie­bie­ski. Ten jest nie­bie­ski.

- Jest nie­bie­ski - przy­znał Will, pod­cho­dząc do kręgu. - Ale demon, któ­rego szu­kam, był tak naprawdę kobal­towy. Ten jest raczej nie­bie­sko­fio­le­towy.

- Jak mnie nazwa­łeś? - ryk­nął demon z wście­kło­ścią. - Podejdź bli­żej, mały Nocny Łowco, i pozwól mi poży­wić się swoją wątrobą! Wyrwę ją z cie­bie, a ty będziesz krzy­czał.

Will odwró­cił się do Magnusa.

- Głos też ma inny. I nie zga­dza się liczba oczu.

- Jesteś pewien...?

- Abso­lut­nie pewien - potwier­dził Will. - To nie jest coś, co mógł­bym... kie­dy­kol­wiek zapo­mnieć.

Magnus wes­tchnął, odwró­cił się do demona i zaczął czy­tać z księgi:

- Tam­mu­zie, wzy­wam cię mocą dzwonu, księgi i świecy, mocą wiel­kich imion Sam­ma­ela, Abba­dona i Molo­cha, żebyś powie­dział prawdę. Czy przed tym dniem spo­tka­łeś Noc­nego Łowcę Willa Heron­dale'a albo kogoś z jego krwi lub rodu?

- Nie wiem - odburk­nął demon z roz­draż­nie­niem. - Wszy­scy ludzie wyglą­dają dla mnie tak samo.

- Odpo­wiedz mi! - ryk­nął Magnus roz­ka­zu­ją­cym gło­sem.

- No, dobrze. Nie, ni­gdy w życiu go nie widzia­łem. Zapa­mię­tał­bym. Coś mi się zdaje, że dobrze sma­kuje. - Demon wyszcze­rzył zęby ostre jak brzy­twy. - Nie byłem w tym świe­cie od... hm, stu lat, może wię­cej. Ni­gdy nie mogę zapa­mię­tać róż­nicy mię­dzy sto a tysiąc. W każ­dym razie ostat­nio, kiedy tu byłem, wszy­scy miesz­kali w cha­tach z błota i jedli robaki. Wąt­pię więc, żebym go spo­tkał - pal­cem o wielu sta­wach wska­zał na Willa - chyba że Zie­mia­nie żyją o wiele dłu­żej, niż sądzi­łem.

Magnus prze­wró­cił oczami.

- Upar­łeś się, że nie pomo­żesz, co?

Demon wzru­szył ramio­nami w dziw­nie ludz­kim geście.

- Zmu­si­łeś mnie do powie­dze­nia prawdy, więc ją powie­dzia­łem.

- A może cho­ciaż sły­sza­łeś o demo­nie takim, jakiego opi­sa­łem? - ode­zwał się Will z nutą despe­ra­cji w gło­sie. - Ciem­no­nie­bie­ski, z gło­sem jak papier ścierny i dłu­gim, kol­cza­stym ogo­nem.

Demon ze znu­dzoną miną zmie­rzył go wzro­kiem.

- Masz poję­cie, ile rodza­jów demo­nów żyje w Otchłani, Nefi­lim? Setki, setki milio­nów. Przy wiel­kim mie­ście Pan­de­mo­nium wasz Lon­dyn wygląda jak wieś. Są demony wszel­kich kształ­tów, roz­mia­rów i kolo­rów. Nie­które dowol­nie potra­fią zmie­niać wygląd...

- Och, zamknij się wresz­cie, skoro nie potra­fisz pomóc! - huk­nął Magnus i zatrza­snął księgę.

Wszyst­kie świece nagle zga­sły, demon znik­nął z okrzy­kiem zasko­cze­nia, zosta­wia­jąc po sobie tylko smugę cuch­ną­cego dymu.

Cza­row­nik odwró­cił się do Willa.

- Byłem pewien, że tym razem mam rację.

- To nie twoja wina. - Will rzu­cił się na jedną z kanap odsu­nię­tych pod ścianę. Było mu jed­no­cze­śnie gorąco i zimno, nerwy miał napięte i bez wiel­kiego powo­dze­nia pró­bo­wał zdu­sić w sobie roz­cza­ro­wa­nie. Gwał­tow­nym ruchem ścią­gnął ręka­wiczki i wci­snął je do kie­szeni na­dal zapię­tego płasz­cza. - Sta­rasz się. Tam­muz miał rację. Nie poda­łem ci zbyt wielu szcze­gó­łów.

- Zakła­dam, że powie­dzia­łeś mi wszystko, co pamię­tasz - rzekł spo­koj­nie Magnus. - Otwo­rzy­łeś Pyxis i wypu­ści­łeś demona. On cię prze­klął, a ty teraz chcesz, żebym go zna­lazł i zmu­sił, żeby zdjął z cie­bie klą­twę. To wszystko?

- Tak - zapew­nił Will. - Po co miał­bym coś ukry­wać, wie­dząc, o co cię pro­szę? O zna­le­zie­nie igły w stogu... Boże, nawet nie w stogu siana, tylko w całej wieży peł­nej igieł.

- Włóż rękę do wieży igieł, a paskud­nie się pokłu­jesz. Naprawdę jesteś pewien, że tego wła­śnie chcesz?

- Jestem pewien, że alter­na­tywa jest gor­sza - odparł Will, patrząc na sczer­niałe miej­sce na pod­ło­dze, gdzie przed chwilą kucał demon. Był wyczer­pany. Ener­gia Znaku, który nary­so­wał sobie rano przed wyj­ściem na Radę, wyczer­pała się w połu­dnie. Teraz czuł pul­so­wa­nie w skro­niach. - Żyję z tą klą­twą już pięć lat. Myśl, że będę musiał z nią żyć jesz­cze dłu­żej, prze­raża mnie bar­dziej niż myśl o śmierci.

- Jesteś Noc­nym Łowcą; nie boisz się śmierci - stwier­dził Magnus.

- Oczy­wi­ście, że się boję. Może jeste­śmy potom­kami anio­łów, ale o tym, co jest po śmierci, wiemy nie wię­cej niż wy.

Magnus pod­szedł do kanapy i usiadł w jej dru­gim końcu. Jego zie­lo­no­złote oczy jarzyły się w ciem­no­ści jak kocie śle­pia.

- Nie wiesz, czy po śmierci jest tylko nie­byt.

- A wiesz, że go nie ma? - odpa­ro­wał Will. - Jem wie­rzy, że wszy­scy rodzimy się na nowo, że życie to koło. Umie­ramy, wiru­jemy, rodzimy się na nowo, jeśli na to zasłu­gu­jemy, zależ­nie od naszych uczyn­ków na tym świe­cie. - Will spoj­rzał na swoje obgry­zione paznok­cie. - Ja pew­nie odro­dzę się jako śli­mak, któ­rego ktoś posoli.

- Koło Trans­mi­gra­cji - rzekł Magnus i skrzy­wił usta w uśmie­chu. - Pomyśl o tym w ten spo­sób, że musia­łeś zro­bić coś dobrego w swoim poprzed­nim życiu, skoro uro­dzi­łeś się na nowo jako Nefi­lim.

- O, tak - powie­dział Will znu­żo­nym tonem. - Mia­łem wiel­kie szczę­ście. - Odchy­lił głowę na opar­cie kanapy. - Domy­ślam się, że będziesz potrze­bo­wał wię­cej... skład­ni­ków? Stara Mol z Cross Bones chyba już ma dość mojego widoku.

- Mam rów­nież inne kon­takty - zli­to­wał się nad nim Magnus. - Ale naj­pierw muszę zdo­być wię­cej danych. Możesz jesz­cze coś dodać na temat cha­rak­teru tej klą­twy...

- Nie. - Will usiadł pro­sto. - Nie mogę. Już ci mówi­łem, że bar­dzo ryzy­ko­wa­łem, w ogóle mówiąc ci o jej ist­nie­niu. Gdy­bym zdra­dził wię­cej...

- Co wtedy? Niech zgadnę. Nie wiesz, ale jesteś pewien, że byłoby źle.

- Bo zacznę myśleć, że przyj­ście do cie­bie było błę­dem.

- Cho­dzi o Tessę, prawda?

Przez ostat­nie pięć lat Will uczył się nie oka­zy­wać emo­cji: zasko­cze­nia, sym­pa­tii, rado­ści. Był nie­mal pewien, że wyraz jego twa­rzy się nie zmie­nił, ale usły­szał napię­cie w swoim gło­sie, kiedy powtó­rzył:

- O Tessę?

- Minęło już pięć lat - przy­po­mniał mu Magnus. - Jakoś sobie radzi­łeś przez cały ten czas, nikomu nic nie mówiąc. Co więc spro­wa­dziło cię do mnie w środku nocy, w cza­sie burzy? Co się zmie­niło w Insty­tu­cie? Przy­cho­dzi mi do głowy tylko jedno wyja­śnie­nie... cał­kiem ładne, z dużymi sza­rymi oczami...

Will wstał tak gwał­tow­nie, że omal nie prze­wró­cił kanapy.

- Są jesz­cze inne rze­czy - powie­dział, siląc się na spo­kój. - Jem umiera.

Bane zmie­rzył go chłod­nym wzro­kiem.

- Umiera od lat. Żadna klą­twa rzu­cona na cie­bie nie poprawi ani nie pogor­szy jego stanu.

Will uświa­do­mił sobie, że trzęsą mu się ręce. Zaci­snął je w pię­ści.

- Nie rozu­miesz...

- Wiem, że jeste­ście para­ba­tai - rzekł Magnus. - Wiem, że jego śmierć będzie dla cie­bie wielką stratą. Ale nie wiem...

- Wiesz to, co powi­nie­neś wie­dzieć. - Wil­lowi zro­biło się zimno, choć w pokoju było cie­pło, a on na­dal miał na sobie płaszcz. - Mogę zapła­cić wię­cej, jeśli to powstrzyma cię od zada­wa­nia mi pytań.

Magnus pod­cią­gnął nogi na kanapę.

- Nic nie powstrzyma mnie przed zada­wa­niem ci pytań. Ale posta­ram się usza­no­wać twoją powścią­gli­wość.

Will roz­luź­nił dło­nie.

- Więc na­dal będziesz mi poma­gał.

- Na­dal będę ci poma­gał. - Cza­row­nik splótł ręce za głową i odchy­lił się do tyłu, patrząc na gościa spod przy­mru­żo­nych powiek. - Choć pomógł­bym ci bar­dziej, gdy­byś wyznał mi prawdę, zro­bię, co w mojej mocy. Dziwna rzecz, ale mnie inte­re­su­jesz, Willu Heron­dale.

Will wzru­szył ramio­nami.

- To wystar­cza­jący powód. Kiedy zamie­rzasz znowu spró­bo­wać?

Magnus ziew­nął.

- Praw­do­po­dob­nie w week­end. W sobotę przy­ślę ci wia­do­mość... jeśli zro­bię jakieś postępy.

Postęp. Klą­twa. Prawda. Jem. Umie­ra­jący, Tessa, Tessa. Tessa. Tessa. Jej imię roz­brzmie­wało w umy­śle Willa niczym dźwięk dzwonu. Cie­kawe, czy jesz­cze jakieś inne imię na świe­cie ma w sobie taką moc, przed którą nie da się uciec. Dla­czego nie dostała tak okrop­nego imie­nia, jak na przy­kład Mil­dred. Nie potra­fił sobie wyobra­zić, że leży w nocy bez­sen­nie i patrzy w sufit, a nie­wi­dzialne głosy szep­czą: Mil­dred, Mil­dred. Za to Tessa...

- Dzię­kuję - powie­dział. Teraz z kolei zro­biło mu się gorąco. W pokoju było duszno i pach­niało spa­lo­nym woskiem ze świec. - Będę cze­kał na wia­do­mość.

- Dobrze - mruk­nął Bane i zamknął oczy.

Will nie potra­fił stwier­dzić, czy cza­row­nik naprawdę śpi, czy tylko czeka, aż on wyj­dzie. Tak czy ina­czej, był to wyraźny sygnał, że gość powi­nien już sobie iść. I Will wyszedł, nie bez pew­nej ulgi.

***

Sophie wła­śnie szła do pokoju panny Jes­sa­mine, żeby wymieść popiół z kominka i wyczy­ścić kratę, kiedy usły­szała głosy w holu. W poprzed­nim miej­scu pracy nauczono ją, że ma się odwra­cać i patrzeć w ścianę, kiedy mijają ją pra­co­dawcy, a naj­le­piej uda­wać mebel albo inną nie­oży­wioną rzecz.

Była zasko­czona, kiedy się prze­ko­nała, że w Insty­tu­cie jest zupeł­nie ina­czej. Po pierw­sze, jak na taki duży dom zatrud­niano tu nie­wiele służby. Z początku nie zda­wała sobie sprawy, że Nocni Łowcy sami robią wiele rze­czy, które szla­chet­nie uro­dzeni uzna­liby za poni­żej swo­jej god­no­ści: poczy­na­jąc od roz­pa­la­nia ognia, zaku­pów, sprzą­ta­nia nie­któ­rych pomiesz­czeń, takich jak sala tre­nin­gowa czy zbro­jow­nia. Wstrzą­snęła nią poufa­łość, z jaką Aga­tha i Tho­mas odno­sili się do swo­ich pra­co­daw­ców. Po pro­stu nie wie­działa, że ci słu­żący pocho­dzą z rodzin, które od poko­leń służą Noc­nym Łow­com... albo że sami znają magię.

Ona uro­dziła się w bied­nej rodzi­nie i odkąd zaczęła pra­co­wać jako posłu­gaczka, czę­sto nazy­wano ją głu­pią albo policz­ko­wano, bo nie była przy­zwy­cza­jona do uży­wa­nia deli­kat­nych przed­mio­tów, praw­dzi­wego sre­bra czy chiń­skiej por­ce­lany tak cien­kiej, że prze­świe­cała przez nią ciemna her­bata. Z cza­sem nauczyła się wszyst­kiego, a kiedy stało się jasne, że wyro­śnie na bar­dzo ładną dziew­czynę, została awan­so­wana na poko­jówkę. Los takiej słu­żą­cej był bar­dzo nie­pewny. Miała wyglą­dem cie­szyć oko domow­ni­ków, więc w miarę jak robiła się coraz star­sza, od chwili ukoń­cze­nia osiem­na­stu lat jej płaca z każ­dym rokiem się zmniej­szała.

Przyj­ście do pracy w Insty­tu­cie - gdzie nikomu nie prze­szka­dzało, że nowa słu­żąca ma już dwa­dzie­ścia lat, nie wyma­gano od niej, żeby patrzyła na ściany i nie odzy­wała się nie­py­tana - oka­zało się taką ulgą, że oka­le­cze­nie pięk­nej twa­rzy przez poprzed­niego pra­co­dawcę cza­sami wyda­wało się jej nie­zbyt wygó­ro­waną ceną. Na­dal uni­kała patrze­nia na sie­bie w lustrach, ale cier­pie­nie nie było już takie dotkliwe. Jes­sa­mine drwiła z niej z powodu dłu­giej bli­zny znie­kształ­ca­ją­cej poli­czek, ale inni nie zwra­cali na nią uwagi, z wyjąt­kiem Willa, który cza­sami mówił coś nie­przy­jem­nego, ale raczej od nie­chce­nia, jakby wła­śnie tego od niego ocze­ki­wano, choć on sam nie miał serca do tych zgryź­li­wo­ści.

Ale tak było, nim zako­chała się w Jemie.

Teraz roz­po­znała na kory­ta­rzu jego głos; brzmiał w nim śmiech. Lecz kiedy usły­szała, że odpo­wiada mu panna Tessa, poczuła dziwne ści­ska­nie w piersi. Zazdrość. Gar­dziła sobą z tego powodu, ale nie potra­fiła jej stłu­mić. Panna Tessa zawsze dobrze ją trak­to­wała, a w jej dużych sza­rych oczach kryła się taka wraż­li­wość - i głód przy­jaźni - że nie można było jej nie lubić. Jed­nakże spo­sób, w jaki na nią patrzył pan Jem... a ona nawet tego nie dostrze­gała.

Nie. Sophie po pro­stu nie znio­słaby spo­tka­nia z tą dwójką, gdyby Jem patrzył na Tessę tak jak ostat­nio. Chwy­ciła szczotkę i wia­dro, otwo­rzyła naj­bliż­sze drzwi, szybko weszła do środka i zamknęła je za sobą. Była to jedna z wielu nie­uży­wa­nych sypialni Insty­tutu, prze­zna­czona dla gości Noc­nych Łow­ców. Obcho­dziła je wszyst­kie raz na dwa tygo­dnie, chyba że ktoś z nich aku­rat korzy­stał. Ten pokój oka­zał się dość zanie­dbany; dro­binki kurzu tań­czyły w świe­tle pada­ją­cym z okien. Sophie z tru­dem powstrzy­mała chęć kich­nię­cia i przy­ci­snęła oko do szcze­liny w drzwiach.

Miała rację. W jej stronę szli kory­ta­rzem pan Car­sta­irs i panna Gray. Wyda­wali się cał­ko­wi­cie pochło­nięci sobą. Jem niósł tobo­łek, który wyglą­dał na zło­żony strój tre­nin­gowy, a Tessa śmiała się z tego, co powie­dział. Ona patrzyła pod nogi, a on na nią, jak zawsze, kiedy sądził, że nie jest obser­wo­wany. I miał wyraz twa­rzy, który przy­bie­rał wtedy, gdy grał na skrzyp­cach: sku­piony i ocza­ro­wany.

Zabo­lało ją serce. Był piękny. Zawsze tak uwa­żała. Więk­szość ludzi roz­pły­wała się nad Wil­lem, jaki jest przy­stojny, ale według niej, Jem pre­zen­to­wał się tysiąc razy lepiej od niego. Miał ete­ryczny wygląd anio­łów z obra­zów i choć wie­działa, że srebrna barwa jego wło­sów i skóry jest skut­kiem dzia­ła­nia leku, który zaży­wał na swoją cho­robę, ten kolor też się jej podo­bał. Poza tym, Jem był deli­katny, twardy i dobry. Chęt­nie sobie wyobra­żała, że odgar­nia jej włosy z twa­rzy, choć zwy­kle myśl o tym, że dotyka jej męż­czy­zna albo nawet chło­piec, przy­pra­wiała ją o strach i mdło­ści. On miał takie deli­katne, pięk­nie ukształ­to­wane dło­nie...

- Nie mogę uwie­rzyć, że jutro przy­cho­dzą - powie­działa Tessa, kie­ru­jąc wzrok z powro­tem na Jema. - Mam wra­że­nie, że Sophie i ja zosta­ły­śmy rzu­cone na pożar­cie Bene­dic­towi Lig­th­wo­odowi jak kość psu, żeby go uła­go­dzić. Prze­cież jemu wcale nie cho­dzi o to, że nie jeste­śmy prze­szko­lone. On po pro­stu chce, żeby jego syno­wie uprzy­krzali życie Char­lotte.

- To prawda - zgo­dził się Jem. - Ale dla­czego nie sko­rzy­stać ze szko­le­nia, skoro już padła taka pro­po­zy­cja? Wła­śnie dla­tego Char­lotte pró­buje zachę­cić Jes­sa­mine do tre­ningu. Jeśli cho­dzi o cie­bie, Mort­main już nie sta­nowi zagro­że­nia, ale mogą zna­leźć się inni, któ­rych przy­cią­gnie twój talent. Lepiej, żebyś się nauczyła, jak z nimi wal­czyć.

Tessa odru­chowo powę­dro­wała ręką do naszyj­nika z anioł­kiem. Sophie podej­rze­wała, że dziew­czyna nawet sobie nie uświa­da­mia tego nawy­ko­wego gestu.

- Wiem, co powie Jes­sa­mine. Że potrze­buje pomocy tylko w odpę­dza­niu przy­stoj­nych zalot­ni­ków.

- Nie przy­da­łaby się jej raczej pomoc w odpę­dza­niu tych mniej przy­stoj­nych?

- Nie, jeśli są Przy­ziem­nymi. - Tessa uśmiech­nęła się sze­roko. - Ona zawsze wybie­rze brzyd­kiego Przy­ziem­nego zamiast przy­stoj­nego Noc­nego Łowcę.

- Co mnie wyklu­cza z wyścigu - skwi­to­wał Jem z uda­wa­nym żalem.

Tessa roze­śmiała się i powie­działa:

- Szkoda. Ktoś tak ładny jak Jes­sa­mine powi­nien mieć wybór, ale ona jest cał­ko­wi­cie prze­ko­nana, że Nocny Łowca...

- Ty jesteś o wiele ład­niej­sza - stwier­dził Jem.

Tessa spoj­rzała na niego zasko­czona i czer­wona na twa­rzy. Sophie znowu poczuła ukłu­cie zazdro­ści, choć zga­dzała się z Jemem. Jes­sa­mine była ładna w kla­syczny spo­sób, kie­szon­kowa Wenus, któ­rej urodę zwy­kle psuła kwa­śna mina. Nato­miast Tessa ze swo­imi gęstymi, czar­nymi, falu­ją­cymi wło­sami i oczami sza­rymi jak morze miała w sobie cie­pło, które przy­cią­gało coraz bar­dziej, im dłu­żej się ją znało. Na jej twa­rzy były wypi­sane inte­li­gen­cja i poczu­cie humoru, któ­rych bra­ko­wało Jes­sa­mine, a przy­naj­mniej się z nimi nie zdra­dzała.

Jem zatrzy­mał się przed drzwiami Jes­sa­mine i zapu­kał. Kiedy nie usły­szał odpo­wie­dzi, wzru­szył ramio­nami, schy­lił się i poło­żył czarny strój pod drzwiami.

- Ona ni­gdy go nie włoży. - W policz­kach Tessy zro­biły się dołeczki.

Jem się wypro­sto­wał.

- Zgo­dzi­łem się zanieść jej ekwi­pu­nek, a nie ubie­rać ją na siłę.

Ruszył dalej kory­ta­rzem. Tessa go dogo­niła i powie­działa:

- Nie wiem, jak Char­lotte może tak czę­sto roz­ma­wiać z bra­tem Eno­chem. On mnie prze­raża.

- Nie wiem. Wolę myśleć, że u sie­bie Cisi Bra­cia są tacy jak my. Robią sobie dow­cipy, szy­kują grzanki z serem...

- Mam nadzieję, że bawią się w sza­rady - dorzu­ciła Tessa. - I w ten spo­sób wyko­rzy­stują wro­dzone talenty.

Jem wybuch­nął śmie­chem. Potem oboje skrę­cili za róg i znik­nęli. Sophie oparła się o fra­mugę drzwi. Ona nie umia­łaby tak roz­ba­wić Jema; nie sądziła, żeby kto­kol­wiek to potra­fił, może oprócz Willa. Trzeba kogoś dobrze znać, żeby go roz­śmie­szyć. Ona od dawna go kochała, ale wcale nie znała. Jak to moż­liwe?

Wes­tchnęła z rezy­gna­cją i już miała wyjść ze swo­jej kry­jówki, kiedy zoba­czyła, że uchy­lają się drzwi pokoju Jes­sa­mine. Pośpiesz­nie cof­nęła się w ciem­ność. Panna Jes­sa­mine była ubrana w długi aksa­mitny płaszcz podróżny, okry­wa­jący ją od szyi po stopy. Włosy miała zwią­zane cia­sno z tyłu głowy, w ręce nio­sła męski kape­lusz. Sophie zamarła ze zdu­mie­nia. Jes­sa­mine spoj­rzała w dół i dostrze­gła ekwi­pu­nek leżący na pod­ło­dze. Skrzy­wiła się, kop­nęła go szybko do pokoju - przy oka­zji Sophie zauwa­żyła męski but na jej nodze - i bez­sze­lest­nie zamknęła drzwi. Rozej­rzała się czuj­nie, wło­żyła kape­lusz na głowę, wci­snęła brodę w koł­nierz płasz­cza i ruszyła kory­ta­rzem. Sophie odpro­wa­dziła ją zain­try­go­wa­nym spoj­rze­niem.

Roz­dział trzeci. Nie­uspra­wie­dli­wiona śmierć

Roz­dział trzeci

Nie­uspra­wie­dli­wiona śmierć

"Nie­stety! Przy­ja­ciółmi byli w mło­do­ści;

Lecz szep­czące języki potra­fią zatruć prawdę;

Lojal­ność ist­nieje w lep­szym świe­cie;

Życie jest cier­ni­ste, a mło­dość próżna;

Gniew na tych, któ­rych kochamy,

Jest niczym zaćmie­nie umy­słu".

- Samuel Tay­lor Cole­ridge, Chri­sta­bel

Następ­nego dnia po śnia­da­niu Char­lotte pole­ciła Tes­sie i Sophie, żeby wró­ciły do swo­ich poko­jów, prze­brały się w nowe stroje i spo­tkały z Jemem w sali tre­nin­go­wej. Tam miały zacze­kać na braci Ligh­two­odów. Jes­sa­mine nie zeszła do jadalni, wyma­wia­jąc się bólem głowy, Willa też ni­gdzie nie było. Tessa podej­rze­wała, że się ukrywa, by nie musieć oka­zy­wać uprzej­mo­ści Gabrie­lowi Ligh­two­odowi i jego bratu. Wcale mu się nie dzi­wiła.

Kiedy wró­ciła do swo­jego pokoju, poczuła ner­wowe łasko­ta­nie w brzu­chu; ni­gdy wcze­śniej nie nosiła takiego stroju, a w dodatku, tym razem Sophie nie mogła jej pomóc. Ale oczy­wi­ście zazna­jo­mie­nie się z ekwi­pun­kiem było czę­ścią szko­le­nia, nie mówiąc o samo­dziel­nym wło­że­niu butów na pła­skim obca­sie, luź­nych spodni z gru­bej czar­nej tka­niny, dłu­giej tuniki z pasem, się­ga­ją­cej pra­wie do kolan. W takim wła­śnie ubra­niu wal­czyła wcze­śniej Char­lotte i takie samo Tessa widziała na ilu­stra­cji w Kodek­sie. Uznała je wtedy za dziwne, ale teraz sama miała je nosić. Gdyby ciotka Har­riet mogła ją zoba­czyć, pew­nie by zemdlała.

Spo­tkała się z Sophie u stóp scho­dów pro­wa­dzą­cych do sali tre­nin­go­wej Insty­tutu. Nie powie­działy do sie­bie ani słowa, tylko wymie­niły krze­piące uśmie­chy. Tessa pierw­sza weszła na wąskie drew­niane schody z porę­czami tak sta­rymi, że zaczy­nały już pękać. Dziw­nie było tak iść po stop­niach i nie przej­mo­wać się pod­no­sze­niem spód­nic, żeby ich nie przy­dep­nąć. Choć całe ciało miała zakryte, odno­siła wra­że­nie, że jest pra­wie naga.

Obec­ność Sophie, która naj­wy­raź­niej też czuła się nie­swojo w stroju Noc­nego Łowcy, doda­wała jej otu­chy. Kiedy dotarły na szczyt scho­dów, Sophie otwo­rzyła drzwi i w mil­cze­niu weszły razem do sali tre­nin­go­wej.

Znaj­do­wały się na samej górze Insty­tutu, w pomiesz­cze­niu przy­le­ga­ją­cym do stry­chu i nie­mal dwa razy więk­szym od niego. Na pod­ło­dze z wypo­le­ro­wa­nego drewna były w róż­nych miej­scach wzory nama­lo­wane czar­nym atra­men­tem: koła i kwa­draty, nie­które ozna­czone cyframi. Z wiel­kich kro­kwi nik­ną­cych w mroku zwi­sały dłu­gie, gięt­kie liny. Na ścia­nach pło­nęły magiczne pochod­nie, mię­dzy nimi wisiała broń: maczugi, sie­kiery i groź­nie wyglą­da­jące przed­mioty wszel­kiego rodzaju.

- Och! - Sophie wzdry­gnęła się na ich widok. - Strasz­nie wyglą­dają.

- Kilka roz­po­znaję z Kodeksu - powie­działa Tessa. - Tamto to miecz długi, tu widzę rapier i flo­ret, a ten to chyba dwu­ręczny szkocki clay­more.

- Bli­sko - dobiegł z góry męski głos. - To miecz katow­ski. Do ści­na­nia głów. Można go poznać po ostrym czubku.

Sophie wydała cichy okrzyk i cof­nęła się, kiedy jedna z lin się zako­ły­sała i tuż nad ich gło­wami zawi­sła czarna postać. Jem zwin­nie i z wdzię­kiem zje­chał po linie, wylą­do­wał tuż przed nimi i powie­dział z uśmie­chem:

- Prze­pra­szam. Nie chcia­łem was wystra­szyć.

On też miał na sobie strój bojowy, tyle że zamiast tuniki nosił krótką koszulę. Przez jego pierś biegł poje­dyn­czy skó­rzany pas, zza ple­ców wysta­wała ręko­jeść mie­cza. W ciem­nym stroju wyglą­dał jesz­cze bla­dziej niż zwy­kle, a jego włosy i oczy wyda­wały się bar­dziej sre­brzy­ste.

- Ow­szem. - Tessa uśmiech­nęła się lekko. - Ale nic nie szko­dzi. Już zaczy­na­łam się mar­twić, że Sophie i ja będziemy musiały same się nawza­jem tre­no­wać.

- Ligh­two­odo­wie na pewno się zja­wią - uspo­koił ją Jem. - Po pro­stu się spóź­niają, by poka­zać, że nie muszą robić tego, co im każe ojciec albo my.

- Wola­ła­bym, żebyś to ty nas tre­no­wał - wyrwało się Tes­sie.

Jem zro­bił zasko­czoną minę.

- Nie mógł­bym... sam jesz­cze nie skoń­czy­łem szko­le­nia.

Kiedy ich oczy się spo­tkały, Tessa usły­szała to, co Jem naprawdę mówił: "Zbyt rzadko na tyle dobrze się czuję, żeby cię tre­no­wać". Nagle poczuła ści­ska­nie w gar­dle. Miała nadzieję, że Jem wyczyta w jej oczach współ­czu­cie. Nie chciała odwra­cać od niego wzroku. Rap­tem stwier­dziła, że zasta­na­wia się, czy z wło­sami zwią­za­nymi z tyłu w cia­sny kok, z któ­rego nie wymy­kał się żaden kosmyk, nie wygląda nie­ko­rzyst­nie. Nie dla­tego, że to miało zna­cze­nie, oczy­wi­ście. Prze­cież to był tylko Jem.

- Nie przej­dziemy peł­nego kursu, prawda? - Zanie­po­ko­jony głos Sophie wdarł się w myśli Tessy. - Rada powie­działa, że mamy jedy­nie nauczyć się bro­nić...

Jem ode­rwał wzrok od Tessy; ich niema roz­mowa skoń­czyła się rap­tow­nie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki