Melancholia sprzeciwu - László Krasznahorkai

-
Proszę czekać

Spis treści

Strona tytułowa Strona redakcyjna Epigraf Stany nadzwyczajne | Wstęp Kolofon

Lista stron

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 384

Punkty orientacyjne

Okładka Strona tytułowa Spis treści Prawa autorskie Kolofon

Kiedy mimo zawiłych wyjaśnień kolejarza drepczącego bezradnie wzdłuż torów i coraz bardziej stanowczych obietnic nerwowo wbiegającego raz po raz na peron naczelnika stacji osobowy kursujący pomiędzy zastygłymi na mrozie osiedlami na południu Wielkiej Niziny, ciągnącymi się od Cisy aż do podnóża Karpat, ciągle nie nadjeżdżał ("No, proszę, znów się gdzieś zawieruszył..." - ze złością machnął ręką osowiały kolejarz), awaryjny skład, złożony z rozklekotanego, używanego jedynie w tak zwanych szczególnych przypadkach wagonu z drewnianymi ławkami i starego, sfatygowanego wagonu o numerze 424, wreszcie ruszył z niemal dziewięćdziesięciominutowym opóźnieniem w stosunku do nieobowiązującego zresztą, a i tak niezbyt dokładnego rozkładu jazdy, by miejscowi, przyjmujący do wiadomości najpierw niepewnie, potem z obojętną rezygnacją, że oczekiwany z zachodniego kierunku osobowy nie przybędzie do stacji, jakoś jednak dotarli do celu, odległego o pięćdziesiąt kilometrów stąd, na drodze, do której prowadziła boczna linia. Nikt nie był tym szczególnie zaskoczony, wszak sytuacja w mieście nie pozostała bez wpływu na funkcjonowanie kolei, codzienny porządek stał pod znakiem zapytania, rosnący w niepohamowanym tempie chaos niszczył utrwalone przyzwyczajenia, przyszłość okazała się pełna podstępów, przeszłość pogrążona w niepamięci, a funkcjonowanie codziennego życia tak nieprzewidywalne, że ludzie godzili się na wszystko, nic nie było niemożliwe do wyobrażenia, nawet to, że już nigdy nie otworzą się żadne drzwi, a pszenica zacznie rosnąć w przeciwnym kierunku, ludzie rozpoznawali symptomy nadchodzącego rozkładu, ale nie znali i nie umieli wyjaśnić jego przyczyn, zatem nie mogli uczynić nic więcej, niż z całą siłą rzucić się na wszystko, co jeszcze mogli zdobyć, na stacji kolejowej tak się właśnie zachowywali i w niepłonnej nadziei, że uda się im znaleźć miejsce w coraz bardziej zatłoczonych przedziałach, przypuścili atak na zamarznięte, z trudem otwierające się drzwi. W niepotrzebnych (jak się wkrótce okazało, dla wszystkich starczyło miejsc siedzących) zmaganiach wzięła również udział Pflaumowa, wracająca do domu z wizyty, jaką każdej zimy składała swojej rodzinie, rozepchnęła stojących przed nią podróżnych i z siłą sprzeczną z możliwościami jej drobnego ciała powstrzymała napierających z tyłu pasażerów; wreszcie udało się jej zdobyć miejsce przy oknie, przeciwnie do kierunku jazdy pociągu, przez jakiś czas nie potrafiła odróżnić wzburzenia, jakie wywoływał w niej nieludzki ścisk, od gniewu i strachu, że z biletem i miejscówką w pierwszej klasie będzie musiała zadać sobie najistotniejsze w tej i tak ryzykownej podróży pytanie, czy w ogóle uda jej się dotrzeć do domu wśród tych wrzeszczących i bekających chłopów, w smrodzie czosnkowej kiełbasy, palinki z mieszanych owoców i gryzącego taniego tytoniu. Jej samotne siostry, nieopuszczające domu z powodu wieku, nigdy by jej nie wybaczyły, gdyby zaprzestała odwiedzin celebrowanych regularnie od wielu lat, dlatego przez wzgląd na nie nie zrezygnowała z niebezpiecznego przedsięwzięcia, choć, podobnie jak inni, zdawała sobie sprawę, że wszystko wokół uległo gruntownej przemianie i że w takiej sytuacji najmądrzej postąpi ten, kto nie będzie się wystawiał na jakiekolwiek ryzyko. Nie było jednak łatwo okazać mądrość, rozsądnie ocenić sytuację i przyszłe wydarzenia, bo - tak jak gdyby w jednakowym od zawsze składzie powietrza nastąpiły nagle głębokie, choć trudne do wykrycia zmiany - doskonała w swej niedostępności, bezimienna zasada, rządząca, jak to się zwykło mówić, światem, której jedynym namacalnym śladem był właśnie ten świat - nagle ta zasada jak gdyby straciła na sile, a jeszcze bardziej nieznośne od dręczącej świadomości grożącego niebezpieczeństwa stało się wspólne wszystkim poczucie, że wkrótce coś musi się wydarzyć i że to "wszystko" - zasada pojawiająca się w swojej słabości - okazało się bardziej niepokojące od wszelkich ludzkich nieszczęść i coraz bardziej pozbawiało ludzi szans dokonania chłodnej oceny. I już choćby z tego powodu trudno było rozeznać się w coraz częstszych i coraz bardziej przerażających, nadzwyczajnych wydarzeniach, bo wieści, plotki, opowieści i doświadczenie coraz bardziej sobie przeczyły (na przykład wczesne ostre przymrozki, które nastały już w początkach listopada, tajemnicze rodzinne tragedie, następujące po sobie wypadki na kolei i wieści o bandach nieletnich wyrostków, dochodzące z dalekiej stolicy, pozostawały bez żadnego racjonalnego związku), w dodatku żadna nowa wiadomość nie znaczyła tego, co miała znaczyć, wszystko bowiem wskazywało, że jest tylko zwiastunem - jak coraz częściej mówiono - "nadchodzącej katastrofy". Nawet Pflaumowa słyszała o dziwnych zachowaniach, jakie zaobserwowano u zwierząt - i choć wydawało się to nieodpowiedzialnym sianiem paniki, nie ulegało wątpliwości, że ludzie uczciwi, w przeciwieństwie do tych, którym, jak sądziła Pflaumowa, sprzyjał ten niepojęty zamęt, nie powinni opuszczać domów, tam bowiem, gdzie "ot, tak sobie!" znikają pociągi, rozmyślała głośno Pflaumowa, "nic się nie liczy". Była przygotowana, że powrót do domu nie będzie tak łatwy jak droga w tę stronę, gdy jechała w bezpiecznym wagonie pierwszej klasy, bo przecież "w tej koszmarnej drezynie", myślała z irytacją, musi się liczyć z najgorszym, i jak ktoś, kto najchętniej stałby się niewidzialny - usiadła prosto, ze złączonymi nogami, niby mała dziewczynka, i w cichnącym hałasie kłótni o miejsca, ze spojrzeniem oznaczającym naganę, spięta i pełna podejrzeń obserwowała przerażający widok odbijających się w oknie niewyraźnych twarzy, z tęsknotą i strachem wspominając pozostawione w domu ciepło: miłe popołudnia z Mádaiową i Nuszbeckową, niedzielne przechadzki wśród bujnych drzew Alei Papsor, piękne meble i miękkie dywany, emanujący spokojem ład troskliwie pielęgnowanych kwiatów i ulubionych drobiazgów, wspomnienia niedzielnych popołudni, które na tej wyspie niepewności były dla przyzwyczajonej do spokoju jedyną ochroną i ratunkiem. Niczego nie rozumiejąc, z pełną zazdrości pogardą stwierdziła, że hałaśliwi towarzysze podróży - zapewne prostaccy chłopi z okolicznych wsi i podejrzanych osad - z konieczności będą umieli dostosować się do panujących w pociągu warunków: i rzeczywiście, jak gdyby nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego, wokół rozległ się szelest paczuszek z prowiantem zawiniętym w pergamin, strzelały korki, kapsle od piwa spadały na poplamioną smarem podłogę, ze wszystkich stron dochodziły odgłosy mlaskania, "obrażające poczucie dobrego smaku", choć, jak sądziła, "normalne dla tego rodzaju ludzi", czterej siedzący naprzeciw niej najgłośniejsi pasażerowie zaczęli grać w karty - tylko ona siedziała sztywno, na gazecie podłożonej pod misia, wśród wzmagającego się gwaru rozmów, nie odzywając się ani słowem, i odwróciwszy głowę do okna, pełna obaw tak kurczowo przyciskała do brzucha torebkę z klamerką, że nawet nie spostrzegła, jak lokomotywa, świecąc w ciemnościach dwiema czerwonymi lampami, niepewnie ruszyła wśród zimowego mroku. Pomruk zadowolenia, jaki rozległ się wokół siedzącej w milczeniu Pflaumowej, głośne, pełne ulgi westchnienia, że po długim oczekiwaniu na zimnie wreszcie coś się wydarzyło, nie trwały długo, pociąg, jak gdyby nagle ktoś odwołał sygnał do odjazdu, zatrzymał się sto metrów za cichą wiejską stacją; rozlegający się wokół ryk niezadowolenia szybko przeistoczył się w śmiech rozzłoszczonych, niczego nierozumiejących chłopów, którzy wreszcie pojęli, co ich czeka i że podróż, z powodu coraz większego chaosu pociągów niekursujących zgodnie z normalnym rozkładem jazdy, zamieni się w smutny ciąg bezustannego ruszania i stawania, i nagle pogrążyli się w radosnym otępieniu, stanie ducha, w którym człowiek, pragnąc zapanować nad strachem, jaki czuje przed prawdziwym wstrząsem, bałagan uważa za efekt nierozumienia otaczających go wydarzeń, a irytującą monotonię próbuje zrównoważyć bolesną siłą szyderstwa. I choć szorstki ton słyszanych raz po raz "powiedzonek" niechybnie uraził jej wrażliwą duszę, Pflaumowa, mimo coraz bardziej wulgarnych, choć już ciszej opowiadanych żartów ("Jakbym sie z kobitom tak w łóżku namyśliwał!..."), nieco się rozluźniła i usłyszawszy jedno czy drugie bardziej udane powiedzonko, nie starała się - bo przed wybuchającym w ślad za nimi rechotem inaczej nie umiała się obronić - ukryć zawstydzonego uśmieszku. Ostrożnie, ukradkiem obrzuciła przelotnym spojrzeniem współtowarzyszy podróży, wprawdzie nie tych siedzących obok, lecz zajmujących dalsze miejsca, i wśród groteskowego nastroju radości i otępienia - przytupujący chłopi, przeżuwający jedzenie, wesoło droczący się z kobietą, o której wieku niewiele można było powiedzieć, nawet jeśli ją przerażali, nie wydawali się już tak niebezpieczni - próbowała zapanować nad obawami i wyobraźnią, uwierzyć, że nie powinna przejmować się niebezpieczeństwem, którego obawiała się ze strony tej odstręczającej, gburowatej hołoty, i że choć doświadczała wyjątkowej wrażliwości na złowieszcze znaki i poczucia osamotnienia wśród tej lodowatej obcości, dojedzie do domu wprawdzie cała, ale wyczerpana napięciem i strachem. Pflaumowa nie miała żadnych powodów, by sądzić, że podróż zakończy się dla niej szczęśliwie, a jednak nie potrafiła oprzeć się zwodniczej pokusie ufności: i choć pociąg, czekając na sygnał semafora, długie minuty znowu stał w polu, ze spokojem stwierdziła, że "przecież jedziemy", zapanowała nad nerwami i zniecierpliwieniem, wywołanym ciągłym piskiem hamulców i bezczynnym oczekiwaniem, i w cieple, jakie wreszcie zaczęło dawać włączone w chwili odjazdu ogrzewanie, wreszcie zdjęła misia bez obawy, że się zaziębi, gdy wyjdzie na wiatr i mróz. Wygładziła wiszącego z tyłu misia, na kolanach położyła kołnierz ze sztucznego futerka, splotła dłonie na wypchanej wełnianym szalikiem torebce, wyprostowana tak samo jak przed chwilą wyjrzała przez okno i nagle w brudnym lustrze szyby zobaczyła, że siedzący naprzeciw niej, "podejrzanie milczący", popijający śmierdzącą palinkę, zarośnięty mężczyzna nie spuszcza (pożądliwego!) wzroku z jej dużych, zbyt wyraźnie rysujących się pod bluzką i żakietem piersi. "Wiedziałam!" - odwróciła szybko głowę i choć oblał ją żar, udała, że niczego nie zauważyła. Jakiś czas siedziała nieruchomo, bezmyślnie wpatrzona w mrok za oknem, i choć próbowała przywołać w pamięci postać mężczyzny, którego obrzuciła przelotnym spojrzeniem (pamiętała tylko zarośniętą twarz, "jakiś brudny" płaszcz z sukna i obrzydliwe, chytre spojrzenie, które kiedyś w przyszłości jeszcze ją bardzo zadziwi), i powoli, z nadzieją, że teraz może to bez ryzyka uczynić, przesunęła wzrokiem po szybie, natychmiast odwróciła głowę, bo mężczyzna "i tam świńsko się patrzył", ale i tak nie udało się jej uciec przed jego spojrzeniem. Od siedzenia w bezruchu rozbolały ją ramiona, kark i szyja, ale i tak nie mogła spojrzeć w żadnym innym kierunku, gdyż czuła, że gdziekolwiek odwróci wzrok od ciasnego mroku okna, wszędzie ją dopadnie jego przerażające, nieruchome spojrzenie, swobodnie przemieszczające się po całym przedziale. "Od kiedy tak na mnie patrzy?" - zastanowiła się, a możliwość, że od samego początku podróży ohydnie wodzi po niej oczyma, uczyniła jego wzrok jeszcze bardziej przerażającym niż w chwili, gdy ich spojrzenia po raz pierwszy się skrzyżowały, zrozumiała to w jednej chwili. W oczach mężczyzny czaiło się "oślizgłe pożądanie", "a nawet - zatrzęsła się na samą myśl - tliła się w nich zwyczajna pogarda". Wprawdzie nie uważała się jeszcze za staruszkę, jednak wiedziała, że już dawno przestała być kobietą, którą mężczyźni - w taki zazwyczaj prostacki sposób - się interesują, i z obrzydzeniem myśląc o mężczyźnie (cóż to za chłop, co czuje pociąg do takich starych kobiet?), z przestrachem uświadomiła sobie, że być może ten cuchnący palinką drań po prostu chce z niej zadrwić, chce ją ośmieszyć i poniżyć, a potem rzucić ze śmiechem "jak szmatę". Pociąg szarpnął, ruszył ociężale i przyspieszył bieg, koła stukały po szynach jak szalone, Pflaumową ogarnął dawno zapomniany, niejasny, dojmujący wstyd, a jej pełne, ciężkie piersi... zaczęły płonąć pod bezczelnym, bezwstydnym wzrokiem mężczyzny. Kiedy próbowała się zasłonić, ramiona nie słuchały jej, jak gdyby ktoś ją związał, nie umiała ukryć poniżającej nagości, czuła się coraz bardziej bezbronna i obnażona, aż z rezygnacją uświadomiła sobie, że im bardziej będzie starała się ukryć swoją bujną kobiecość, tym bardziej stanie się naga. Chłopi grający wśród głośnych swarów w karty skończyli kolejną partyjkę, w hałasie przenikającym strumień wrogiego gwaru, który rozsupłał więzy krępujące jej wolę, z pewnością udałoby się jej zapanować nad nieszczęsnym oszołomieniem, gdyby nagle, by - jak pomyślała z rozpaczą - dopełnić próby, nie wydarzyło się coś jeszcze gorszego. Kiedy z rezygnacją, kierowana instynktownym wstydem, w mimowolnym sprzeciwie ukrywając piersi, ostrożnie opuściła głowę, zgarbiła plecy i wysunęła do przodu ramiona, przerażona poczuła, że od tej niecodziennej pozycji rozpiął się jej biustonosz. Skonsternowana spojrzała wyżej i nawet nie zdziwiło jej, że mężczyzna ciągle nie spuszczał z niej wzroku - i jakby wiedząc, cóż za śmieszne nieszczęście ją spotkało, zrobił do niej oko. Pflaumowa wiedziała, co nastąpi za chwilę, ale pechowe zdarzenie tak ją wyprowadziło z równowagi, że siedziała nieruchomo, znowu bezbronna, z twarzą płonącą ze wstydu, wśród hałasu nieregularnie szarpiącego i coraz szybciej jadącego pociągu musiała znosić pewny siebie, uradowany jej nieszczęściem, pogardliwy wzrok, ślizgający się po wyswobodzonych z ucisku stanika, podskakujących piersiach. Nie miała odwagi jeszcze raz na nich spojrzeć, ale była pewna, że teraz już nie tylko ten jeden mężczyzna, ale wszyscy "znienawidzeni ohydni chłopi" obserwują jej mękę, widziała otaczające ją zwyrodniałe, zachłanne, roześmiane twarze... i ta poniżająca udręka pewnie nigdy by się nie skończyła, gdyby do wagonu nie wszedł konduktor - wyrostek o dziecinnej, pokrytej wypryskami twarzy, a donośny, dziecinny głos ("Bilety proszę!") nie wyzwolił jej z żenującej pułapki, szybko wyciągnęła z torebki bilet i splotła ręce na brzuchu. Pociąg znów się zatrzymał, tym razem tam, gdzie powinien, i kiedy - odwróciwszy się od przerażających twarzy - przeczytała na ledwie oświetlonym dachu nazwę miejscowości, chciała wydać z siebie okrzyk ulgi, bo z dobrze jej znanego rozkładu jazdy, który zawsze szczegółowo studiowała przed odjazdem, wiedziała, że dzieli ją od miasta zaledwie kilka minut, czyli że ("Wysiądzie! Wysiądzie!" - dodawała sobie odwagi) wreszcie uwolni się od swego prześladowcy. Podniecona i spięta obserwowała zbliżającego się powoli konduktora, którego ciągle ktoś zatrzymywał, szyderczo wypytując o przyczynę spóźnienia, i choć postanowiła, że kiedy do niej podejdzie, natychmiast poprosi o pomoc, nastolatek o dziecinnej twarzy, wystraszony wrzaskiem pasażerów, tak mało przypominał urzędową osobę, w której możliwościach było zapewnienie innym bezpieczeństwa, że kiedy stanął obok niej, zmieszana zapytała tylko, gdzie jest ubikacja. "A gdzie ma być? - odparł ze złością konduktor i przedziurkował bilet. - Tam gdzie zwykle. Z przodu i z tyłu". "Ach, oczywiście!" - wydukała Pflaumowa, robiąc usprawiedliwiający gest, podskoczyła z miejsca, przycisnęła torebkę i chybocząc się na boki w rytm ruszającego pociągu, przeszła wzdłuż siedzeń na tył wagonu, po chwili, kiedy już znalazła się w zapaskudzonej toalecie i zadyszana oparła plecami o zamknięte drzwi, uświadomiła sobie, że na wieszaku zostawiła misia. Wiedziała, że musi działać szybko, a jednak minęła przynajmniej minuta, nim - choć nie wróciła po cenne futerko - zdążyła się pozbierać: chwiejąc się w podskakującym wagonie, zdjęła żakiet, w jednej chwili ściągnęła bluzkę, chwyciła pod pachę ubranie i torebkę i podciągnęła koszulę aż do ramion. Dłońmi drżącymi ze zdenerwowania obróciła do przodu stanik i widząc, że zapięcie ("Na szczęście!") nie jest uszkodzone, odetchnęła z ulgą. Szybko zapięła biustonosz i nieporadnie zaczęła się ubierać, kiedy nagle za jej plecami, w korytarzu, ktoś cichutko i ostrożnie, ale zdecydowanie zapukał do drzwi. W tym pukaniu była jakaś poufałość, która po tym wszystkim, co przeszła, w oczywisty sposób ją przestraszyła, ale po chwili, myśląc, że zapewne igra z nią rozedrgana wyobraźnia, czuła już tylko złość, że ktoś ją popędza; zapięła stanik, spojrzała w brudne lustro, już chciała chwycić klamkę i wyjść, kiedy znów posłyszała zniecierpliwione pukanie. "To ja". Zaskoczona cofnęła rękę, ale kiedy domyśliła się, kim może być natarczywy osobnik, nie tylko wydało jej się, że jest w pułapce, ale zrozpaczona przestała cokolwiek rozumieć, bo w zdławionym, schrypłym głosie mężczyzny nie wyczuwała ani natarczywości, ani nikczemnej agresji, brzmiała w nim najwyżej nuta zniecierpliwienia, ponaglenie, by wreszcie otworzyła drzwi. Przez chwilę obydwoje trwali w bezruchu, jak gdyby oczekując od siebie jakichś wyjaśnień, i dopiero wówczas, kiedy jej prześladowca stracił cierpliwość i nerwowo szarpiąc za klamkę, wrzasnął ze złością: "No i co? Mizdrzyć się lubimy, byle bez dupczenia?!", Pflaumowa zrozumiała, że padła ofiarą nikczemnego nieporozumienia. Przerażona spojrzała na drzwi. Z niedowierzaniem i goryczą pokręciła głową, tak zaskoczona i oszukana "piekielną praktyką", atakiem ze strony, z której się go najmniej spodziewała, że aż poczuła ucisk w gardle. Wzdrygając się na myśl o niesprawiedliwym oskarżeniu i nieskrywanej wulgarności, powoli zrozumiała, że - jakkolwiek to niepojęte, bo przecież... naprawdę... do końca mu się opierała - ten zarośnięty chłop od samego początku sądził, że to ona składa mu propozycję. Wreszcie dla Pflaumowej stało się jasne, co sobie pomyślał ten "zepsuty potwór", gdy zdejmowała misia, gdy przydarzyło się jej tamto żenujące nieszczęście, gdy wypytywała, gdzie jest toaleta, że odczytał jej zachowanie jako propozycję, jednoznaczny dowód przyzwolenia, zawstydzający ciąg tanich chwytów grzesznej namiętności, a teraz ona musiała odpierać haniebny atak na własną cześć i przyzwoitość, tolerować to, że taki śmierdzący palinką, brudny, odrażający ludzki śmieć odzywa się do niej jak do "jakiejś ostatniej zdziry". Uraza i wściekłość okazały się bardziej bolesne niż poczucie bezradności. Wreszcie Pflaumowa, nie wytrzymując pułapki, w której się znalazła, zdeterminowana wrzasnęła zdławionym z emocji głosem: "Poszedł precz albo zawołam o pomoc!". Po chwili mężczyzna zaczął walić pięścią w drzwi i z lodowatą pogardą w głosie, aż przeszły jej po plecach ciarki, syknął: "Bujaj się, stary kurwiszonie! Nawet tego nie jesteś warta, żebym rozwalił te drzwi i wsadził ci łeb do kibla". W oknie ubikacji zaczęły migać światła przedmieść, pociąg z wysiłkiem pokonywał zwrotnice, Pflaumowa, żeby nie upaść, musiała złapać się uchwytu. Słyszała oddalające się kroki, ostre uderzenie drzwi oddzielających przedsionek od wnętrza wagonu, zrozumiała, że mężczyzna puścił ją wolno, podobnie jak wcześniej ją napadł - z osłupiającym lekceważeniem, a ona, ze zdenerwowania drżąc na całym ciele, wybuchła płaczem. I choć w rzeczywistości minęło zaledwie kilka minut, trwało całą wieczność, nim w samotności spazmów płaczu na krótki jak błyskawica moment zobaczyła z góry samą siebie, jak z okna pociągu pędzącego niczym pudełko w gęstych ciemnościach potężnej wieczornej przestrzeni wygląda maleńka twarz, jej twarz: załamanej, nieszczęśliwej i zagubionej. I choć obrzydliwe, dziwne, gorzkie słowa upewniły ją, że już nie musi obawiać się kolejnego ataku, odzyskana wolność napełniła ją takim samym niepokojem jak wcześniejsza napaść, nie potrafiła bowiem znaleźć odpowiedzi na pytanie - skoro wszystkie jego zamiary i czyny przeczyły samym sobie - czemu zawdzięcza nieoczekiwane wyzwolenie. Nie sądziła, by prześladowcę odstraszył jej zrozpaczony, załamujący się głos, czuła, że jest tylko nędznym celem jego okrutnych zamiarów, podobnie jak dla tego wrogiego świata, przed którego nagim zimnem nie istnieje prawdziwa obrona, pomyślała, jest tylko niczego niepodejrzewającym, łatwowiernym przedmiotem. Jak gdyby ten zarośnięty mężczyzna ją zhańbił, zdruzgotana przytłaczającym podejrzeniem zataczała się w dusznej, cuchnącej moczem ubikacji, szukając sposobu, jak się przed nim obronić, a kłębowisko trudnego do opisania strachu przeistoczyło się w niej w bolesną gorycz: czuła, że to nadzwyczajna niesprawiedliwość, że zamiast spokojnie żyć, staje się niewinną ofiarą, właśnie ona, która przez całe życie pragnęła pokoju i nigdy nikogo nie skrzywdziła, a jednocześnie uświadomiła sobie, że to wszystko nie ma już najmniejszego znaczenia, nie ma do kogo zwrócić się o pomoc, nie ma jak protestować ani nie może mieć nadziei, że to, co tu się rozpętało, można jeszcze powstrzymać. Po tylu słowach i po tylu strasznych opowieściach sama musiała doświadczyć, że wszystko "zmierza w jednym kierunku", zrozumiała, że jeśli w ogóle coś się skończyło, był to zaledwie incydent, który się jej przydarzył, a "w świecie, w którym był możliwy, nadal trwa szalony rozpad". Posłyszała zza drzwi niespokojny gwar podróżnych szykujących się do wyjścia, pociąg wyraźnie zwolnił; zadrżała ze strachu, że przecież pozostawiła swojego misia na pastwę losu, szybko przekręciła klamkę i wyszła pomiędzy rozpychających się ludzi (nieprzejmujących się ani trochę bezsensem wyścigu do drzwi, na które napierali z taką samą determinacją jak przy wsiadaniu), i potykając się o niezliczone walizki i torby, z trudem dotarła do swojego miejsca. Miś wisiał tam, gdzie go zostawiła, ale w pierwszej chwili nie mogła znaleźć kołnierza ze sztucznego futerka, zaczęła gorączkowo szukać, myśląc nawet, czy nie zabrała go do ubikacji, i nagle zwróciło jej uwagę, że w nerwowym chaosie nigdzie nie widzi swego prześladowcy, prawdopodobnie jako jeden z pierwszych wysiadł z pociągu, pomyślała uspokojona. W tej samej chwili pociąg się zatrzymał, a opustoszały na chwilę wagon błyskawicznie wypełniła jeszcze większa i jeszcze bardziej przerażająca, zamarła w milczeniu horda, i choć nietrudno było ocenić, że przez pozostałe do końca podróży dwadzieścia kilometrów ta ponura ciżba także przysporzy jej powodów do obaw, zrozumiała, że lęk, jakim napawał ją zarośnięty brodacz, nie okaże się bezpodstawny. I kiedy ubrana w misia narzuciła na ramiona kołnierz wyciągnięty spod błyszczącej ze starości, zniszczonej ławki, by bezpiecznie spędzić resztę podróży w drugim wagonie, z trudem uwierzyła własnym oczom, gdy na oddalonym siedzeniu z przodu dostrzegła niedbale przerzucony przez oparcie ("Jak gdyby go dla mnie zostawił!") sukienny płaszcz. Przystanęła, po czym szybko ruszyła naprzód, wyszła tylnymi drzwiami i wreszcie - znalazłszy się w kolejnym wagonie - usiadła zrezygnowana, tak jak wcześniej, na środkowym miejscu, przeciwnie do kierunku jazdy. Przez jakiś czas obserwowała drzwi, gotowa do ucieczki, nie wiedząc, kogo właściwie się boi i z jakiej strony grozi jej atak, kiedy jednak nic się nie wydarzyło (pociąg nadal stał na stacji), spróbowała zebrać siły, by nie dać się zaskoczyć, kiedy nadejdzie dalszy ciąg strasznej przygody. Ogarnęło ją nieludzkie zmęczenie, chore nogi piekły w butach z wkładką, czuła, że bolące ramiona "zaraz się urwą", ale nie potrafiła się rozluźnić ani uspokoić, tylko kręcąc powoli głową, rozruszała obolałą szyję i pochylona nad puderniczką, mechanicznymi ruchami doprowadziła do porządku mokrą od płaczu twarz. Powtarzała tylko: "Koniec, koniec, już niczego nie trzeba się bać", choć była pewna, że nie wolno jej ani w to wierzyć, ani bez ryzyka, że zaskoczy ją atak, wygodnie rozsiąść się na swoim miejscu. Wagon bowiem, podobnie jak poprzedni, poza kilkoma dalej udającymi się podróżnymi był pełen "złych twarzy", takich samych jak tamte, których opuszczając poprzednie miejsce, tak bardzo się przestraszyła, więc nie pozostawało jej nic innego, jak mieć nadzieję, że gwarancją jej bezpieczeństwa są te trzy ostatnie wolne miejsca, tuż obok niej, i że nikt na nich nie usiądzie. Jakiś czas wydawało się, że to możliwe, bo niemal przez minutę (podczas której lokomotywa dwukrotnie wydała gwizd) do wagonu nie wszedł żaden podróżny, nieoczekiwanie jednak na przedzie ostatniej fali wsiadających pojawiła się w drzwiach hałaśliwa, gruba, zadyszana, posapująca wiejska kobiecina w chustce na głowie, z ogromnym tobołem i koszem, i kręcąc na wszystkie strony głową ("jak kura" - przemknęło przez myśl Pflaumowej), zdecydowanym krokiem ruszyła w jej kierunku, stękając i pochrząkując, z nieznoszącą sprzeciwu natarczywością, by natychmiast zawładnąć wszystkimi trzema siedzeniami, odgrodzić samą siebie oraz Pflaumową - tak można było sądzić z wyrazu jej twarzy - od godnego pogardy tłumu, który napierał za jej plecami. Pflaumowa nie odezwała się oczywiście ani słowem i tłumiąc złość, pomyślała, że może to nawet dobrze, skoro już nie udało się jej uchronić zapewniających poczucie bezpieczeństwa wolnych miejsc, że przynajmniej nie zajęła ich tamta milcząca banda, pociecha jednak nie trwała długo, gdyż niezbyt przyjemna towarzyszka podróży (Pflaumowa pragnęła tylko jednego, żeby ją zostawiono w spokoju), poluźniwszy chustkę pod brodą, bez wahania się jej uczepiła. "Przynajmniej grzeją! No nie?" Pflaumowa, usłyszawszy jej skrzeczący głos i zobaczywszy złośliwe, przeszywające spojrzeniem oczy wyglądające z trójkąta chustki, postanowiła, że skoro nie potrafi ani zmienić miejsca, ani się od niej opędzić, najlepiej będzie, jak uda, że jej nie zauważa, demonstracyjnie odwróciła głowę i wyjrzała przez okno. Ale kobieta, z pogardą wodząc wzrokiem po wagonie, ani trochę się tym nie przejęła. "Nie gniewa się pani, że o coś zapytam? Chyba lepiej, jak sobie trochę we dwie pogawędzimy, prawda? Dokąd pani jedzie? Ja aż do ostatniej stacji, do syna". Pflaumowa zerknęła na nią z niechęcią, ale uznawszy, że jeśli nadal będzie udawać, iż jej nie zauważa, kobieta prędzej czy później się znudzi, przytaknęła. "No bo - ożywiła się wieśniaczka - mój mały wnuczek ma urodziny, dlatego jadę. Zapytał w Wielkanoc, jak u nich byłam, zapytał, małe złotko, ale przyjedziesz, mamo, na pewno? Tak do mnie mówi ten mój wnuczek, że mamo. No to jadę". Pflaumowa uśmiechnęła się z musu, ale szybko pożałowała, bo z kobiety dopiero teraz wylał się potok słów. "Gdyby wiedział, dzieciaczyna, jak trudno jest babci w tym wieku! Cały dzień stać na tych chorych nogach, na targu, zmęczy się człowiek do wieczora. Bo wie pani, ja tam sprzedaję, mamy mały ogródek, bo przecież z emerytury nie da rady wyżyć. Doprawdy nie wiem, skąd te lśniące Mercedesy i te wszystkie bogactwa?! Ale ja pani powiem. Ze złodziejstwa i z oszustwa! Nie liczy się już Boże słowo na tym pokręconym świecie! I jaka paskudna pogoda, słyszy pani? Co z tego wszystkiego będzie, niechże pani powie. Już jest źle. Mówią w radio, że jest siedemnaście stopni, na minusie. A przecież mamy dopiero koniec listopada. Wie pani, co będzie? Zaraz pani powiem. Zamarzniemy tu wszyscy do wiosny! Tak! Bo nie ma węgla. Tylko co robią ci wszyscy rozleniwieni górnicy tam w górach? Wie pani? No właśnie". Pflaumową od tej niekończącej się tyrady już rozbolała głowa i choć z trudem znosiła gadaninę, nie potrafiła zmusić kobiety do milczenia, zresztą doszła do wniosku, że tamta wcale nie oczekuje, by jej słuchano, wystarczy, że co jakiś czas przytaknie głową, coraz dłużej obserwowała w oknie powoli oddalające się światła, by uporządkować rozedrgane myśli, pociąg tymczasem wyjechał z miasta, a Pflaumową, choć próbowała o tym zapomnieć, coraz bardziej niepokoił porzucony na siedzeniu płaszcz, bardziej nawet od przerażających, złowieszczo wpatrzonych przed siebie ludzi. "Przepędzili go? - zastanawiała się - czy może się upił? A może specjalnie?..." Postanowiła nie dręczyć się domysłami i jakkolwiek to ryzykowne, sprawdzić, czy płaszcz jeszcze tam jest, nie zwracając więc uwagi na kobiecinę, przeszła pomiędzy stojącymi pasażerami aż do przedsionka, przedostała się przez pomost łączący obydwa wagony i z największą ostrożnością zajrzała przez szparę w drzwiach. Przeczucie, że lepiej będzie, gdy zainteresuje się okolicznościami zniknięcia brodacza, nie zawiodło jej, bo ów, ku jej wielkiemu zdziwieniu, siedział tyłem w zatłoczonym wagonie, tam gdzie zostawił swój płaszcz, i z głową odchyloną do tyłu wlewał w siebie palinkę. Pflaumowa, żeby ani on, ani żaden z milczących pasażerów jej nie zauważył (bo wtedy nic nie uchroniłoby jej przed zarzutem, że sama napytała sobie kłopotów), wstrzymując oddech, wróciła do swojego wagonu, by osłupiała zobaczyć, że korzystając z jej krótkiej nieobecności, jakiś gość w futrzanej czapce bezczelnie zajął jej miejsce, a ona, jedyna elegancka kobieta w całym wagonie, stoi gdzieś z boku, musiała przyznać, była głupia, łudząc się, że skoro tamten w sukiennym płaszczu zniknął z pola widzenia, to znaczy, iż się od niego uwolniła. Już nie miało dla niej znaczenia, czy poszedł do WC, czy na stację (oczywiście: "Bez płaszcza?!") po kolejną butelkę śmierdzącej palinki, nie obawiała się nawet, że mężczyzna znów się do niej przyczepi, bo tłum, który raczej jej nie zaatakuje ("Choć takim wystarczy miś, kołnierz czy torebka!..."), a ścisk w pociągu, pomyślała, jakoś ją przed nim uchroni; błędny osąd zmusił ją jednak, by stanąć twarzą w twarz z czymś jeszcze gorszym, z myślą, że z powodu przeklętego pecha (niezrozumiałego, niepojętego fatum) już nigdy się od niego nie uwolni. Ta niepojęta myśl doprowadziła ją do rozpaczy, kiedy bowiem minęło bezpośrednie zagrożenie, przypomniawszy sobie wydarzenia sprzed chwili, nie w tym dostrzegła największe niebezpieczeństwo, że chciał ją zgwałcić ("A przecież coś takiego trudno nawet głośno wypowiedzieć!"), lecz w tym, że sprawiał wrażenie człowieka, który "nie ma w sobie Boga" i który nie zadrży nawet przed ogniem piekielnym, a jeśli tylko nadarzy się sposobność, będzie zdolny do wszystkiego ("Do wszystkiego!"). Znów widziała przed sobą jego lodowate spojrzenie, zarośniętą, nieokrzesaną twarz, jak z cynicznym grymasem puszczał do niej oko, znów słyszała bezbarwny, ironiczny głos, gdy mówił: "To ja", i była pewna, że nie tylko los postawił ją twarzą w twarz z rozpustnym łotrem, ale że musiała uciekać przed niepojętą, gotową siać zniszczenie ludzką wściekłością, żądną tylko jednego, by stratować wszystko, co jeszcze czuła, bo dla tamtego łajdaka spokój, ład i przyszłość były nie do zniesienia. "A - usłyszała nagle skrzekliwy głos przekupki, która swą niekończącą się przemową raczyła teraz nowego towarzysza podróży - niezbyt dobrze pan wygląda, nawet jeśli pan o tym nie wie. Ja nie mogę narzekać, sam pan widzi. Tylko wiek, po prostu starość. No i zęby. Niech pan popatrzy - rozdziawiła usta, pochylona nad sąsiadem w futrzanej czapce, i odchyliła palcami spękane wargi, żeby tamten mógł zobaczyć - wszystkie zjadł czas. Ale ja nie dam, żeby ktoś mi tam dłubał. Może sobie doktorek gadać! Jakoś doćlamkam do śmierci, no nie? Nie wzbogacą się na mnie te dranie, niech ich wszystkich szlag trafi. Niech pan zobaczy - wyciągnęła z torby plastikowego żołnierzyka - ile kosztuje takie byle co! Nie uwierzy pan, trzydzieści jeden forintów! Za taki złom! No, bo co to jest? Karabin i czerwona gwiazda. I mają czelność chcieć za to trzydzieści jeden forintów! No ale - schowała żołnierzyka do torby - dzisiaj dzieci nie chcą niczego innego. No to co ma człowiek robić? Kupuje. Zgrzyta zębami i kupuje. No nie?" Pflaumowa odwróciła głowę ze wstrętem, szybko wyjrzała przez okno, ale od chwili, kiedy usłyszawszy tępe uderzenie, zerknęła w ich stronę, nie potrafiła już odwrócić oczu ani poruszyć się z miejsca. Nie wiedziała, czy był to cios wymierzony gołą pięścią, niemilknąca cisza nie zdradzała też przyczyny, kącikiem oka zdołała jedynie dostrzec, jak przekupka przewraca się do tyłu... a głowa opada jej na bok... i tylko ciało trwa na oparciu w tym samym miejscu, a siedzący naprzeciw mężczyzna w futrzanej czapce ("pociągowy uzurpator...") z kamienną twarzą prostuje się i rozpiera na swoim miejscu. Nawet gdy ktoś zabije wstrętną muchę, przez chwilę słychać wokoło pomruk, ale teraz nikt nie odezwał się ani słowem, wszyscy stali albo siedzieli, obojętni i nieporuszeni. "Czyżby to milczenie zgody czy znów igra ze mną wyobraźnia?", pomyślała, gapiąc się przed siebie, ale szybko porzuciła tę myśl, bo to, co usłyszała i zobaczyła, wskazywało, że to tamten uderzył kobietę. Znudziła się mu jej gadanina i bez słowa strzelił ją w pysk, tak, bez słowa, pomyślała Pflaumowa, nic innego nie mogło się wydarzyć, choć było to tak okropne, że zlana potem stała w miejscu jak wryta. Kobieta leżała bez przytomności, pot spływał jej z czoła, a gość w futrzanej czapce nawet nie drgnął, reszta też trwała w bezruchu na swoich miejscach, mój Boże, jak ja się tu znalazłam, wśród tej nikczemnej hołoty? Odrętwiała z bezsilności widziała przed sobą tylko okno, okienną ramę i swoje odbicie w brudnej szybie, a kiedy po kilku minutach przymusowego postoju pociąg ruszył, zmęczona nałożonymi na siebie, niewyraźnymi obrazami, z zamętem w głowie obserwowała przesuwającą się za oknem wymarłą, pogrążoną w ciemnościach okolicę i ciemny masyw nieba, który wyłaniał się w świetle księżyca. Ale ani widoki, ani niebo nic jej nie mówiły, a to, że dojechała na miejsce, zauważyła dopiero w chwili, gdy pociąg minął przejazd z nieopuszczonym szlabanem (przez szosę prowadzącą do miasta), a ona wyszła na platformę, stanęła przed drzwiami i pochylona nad cieniem własnej dłoni zobaczyła posępne budynki miejscowego gospodarstwa rolnego i wznoszącą się nad nimi niezgrabną wieżę ciśnień. Już od dzieciństwa szlabany na przejeździe i długie, płaskie budynki tonące w gorącym oddechu zwierząt pierwsze mówiły jej, że bezpiecznie wróciła do domu, teraz jednak, choć miała po temu powody, bo oznaczało to koniec poważnych kłopotów, nie poczuła bicia serca, tak jak przed laty, kiedy z odwiedzin u krewnych czy z ulubionych, oglądanych raz na pół roku spektakli operowych wracała do swojego mieszkania i nieistniejącej już od lat rodziny, wtedy jeszcze wierzyła, że miasto, przyjazne i pełne ciepła, chroni jej dom niczym mury obronne, teraz jednak, od dwóch czy trzech miesięcy, a zwłaszcza teraz, gdy dostrzegła haniebną prawdę, że świat jest pełen brodaczy i typów w sukiennych płaszczach, z dawnego ciepła nie pozostało nic, był tylko szorstki labirynt pustych ulic, gdzie okna, podobnie jak ci wszyscy siedzący za nimi, tępo patrzą przed siebie, a dławiącą ciszę przerywa jedynie "przeraźliwe ujadanie rozwścieczonych psów". Przyglądała się światłom bliskiego już miasta, a kiedy pociąg przejechał przez tę część gospodarstwa, w której stały maszyny rolnicze, by posuwać się dalej wzdłuż ledwie widocznej w ciemnościach, równoległej do torów topolowej alei, ze ściśniętym sercem próbowała odnaleźć w dalekim, słabym blasku oświetlonych domów i latarń trzypiętrowy budynek, w którym znajdowało się jej mieszkanie, właśnie tak, ze ściśniętym sercem, bolesne bowiem uczucie ulgi, że wreszcie dotarła do domu, przysłoniła obawa, dobrze wiedziała, iż z powodu niemal dwugodzinnego opóźnienia nie może już liczyć na ten co zwykle wieczorny autobus, że drogę ze stacji do domu będzie musiała ("sama...") pokonać pieszo, nie mówiąc o tym, że nim się zastanowi, co powinna potem zrobić, najpierw musi wydostać się z pociągu. Przed oknem przesuwały się niewielkie parcele ogródków działkowych z pozamykanymi na kłódki drewnianymi domkami, na chwilę wyjrzał z ciemności mostek nad zamarzniętym kanałkiem, tym razem nie oznaczały one jednak wyzwolenia, lecz były dla Pflaumowej, dręczonej uczuciem, że choć jest o krok od wyzwolenia, w każdej chwili zza pleców może ją dosięgnąć całkowicie niezrozumiały atak, pełnymi udręki stacjami kolejnych prób. Mokra od stóp do głów ze strachu, zrozpaczona obserwowała niezliczone stosy sośniny w ciągnącym się w nieskończoność tartaku, rozklekotaną stróżówkę, parowóz śpiący w bezruchu na bocznym torze i słabe światło, sączące się zza zakratowanych szklanych ścian hali. Za plecami Pflaumowej jeszcze nic się nie działo, stała sama w przedsionku wagonu. Chwyciła lodowato zimną klamkę drzwi, ale nie umiała podjąć decyzji: jeśli otworzy za wcześnie, mogą ją wypchnąć, jeśli zrobi to zbyt późno, nie zdoła uciec przez "nieludzką, żądną ludzkiej krwi bandą". Pociąg zwolnił, jadąc wzdłuż niekończącego się, nieruchomego składu towarowego, i zaczął hamować ze skrzypem, Pflaumowa wyskoczyła na ziemię, zobaczyła żwir pomiędzy kolejowymi podkładami, usłyszała za sobą kroki i po chwili znalazła się na stacji. Nikt na nią nie napadł, lecz nagle zgasły w okolicy latarnie, jak gdyby pozostawało to w jakimś związku z jej przybyciem, i wkrótce się okazało, że zgasły także w całym mieście. Nie patrzyła ani na prawo, ani na lewo, tylko pod nogi, by nie przewrócić się w ciemnościach, szybko pobiegła na przystanek, w nadziei, że autobus poczekał na przyjazd pociągu albo że uda się jej zdążyć na późniejszy kurs, jeśli taki jeszcze jest. Ale ani jeden autobus nie przyjechał na przystanek, nie mogła też liczyć na "późniejszy kurs", bo z tablicy przy głównym wejściu wynikało, że autobus, który odjechał w chwilę po planowanym przyjeździe pociągu, był ostatni - w dodatku cały rozkład jazdy przekreślono na czerwono... Próbowała uciec, ale nim litera po literze przeczytała rozkład jazdy, na placu wyrósł już las futrzanych czap, wytłuszczonych chłopskich kapeluszy i czapek uszanek, a kiedy zbierała siły, by ruszyć naprzód, i zadała sobie przerażające pytanie, co oni tu właściwie robią, wtedy nagle ogarnęło ją uczucie, że po lewej stronie widzi naprzeciw tego, którego straszne wspomnienie niemal zatarli w jej pamięci tamci z drugiego wagonu i o którym już prawie zapomniała; jeszcze rozejrzała się wokół, jak gdyby czegoś szukając, i obróciła na pięcie, by zniknąć mu z oczu. Wszystko działo się w takim tempie, a on stał tak daleko (nie mówiąc o tym, że w mrocznych ciemnościach nie potrafiła odróżnić zjawy od realnego człowieka), że nie miała pewności, czy to rzeczywiście był on, ale nawet sama możliwość tak bardzo ją przestraszyła, że rzuciwszy się biegiem przez bezczynnie stojący, złowieszczy tłum, popędziła do domu. Nie była nawet szczególnie zaskoczona, choć wydawało się to niewyobrażalne (a czy sama ta podróż też nie była czymś trudnym do wyobrażenia?), gdy w pociągu, kiedy wbrew wszelkim nadziejom zobaczyła go znowu, pomyślała, że ta historia z brodaczem - i straszna próba gwałtu - jeszcze się nie zakończyła, a teraz musi się obawiać nie tylko tego, że "z tyłu napadną ją bandyci", ale że wśród nich będzie także on ("O ile rzeczywiście to był on... a nie wytwór mojej wyobraźni..."), że może pojawić się z każdej strony, wyłonić z każdej bramy, stawiała kroki, jak gdyby nie umiała zdecydować, czy w tej sytuacji zrobi lepiej, jeśli będzie się cofać, czy biec naprzód. Zostawiła w tyle tajemniczy czworobok placyku przed stacją, skrzyżowanie z ulicą Zöldág prowadzącą do szpitala dziecięcego, ale na prostej jak strzała drodze biegnącej pod łysymi kasztanowcami - choć przecież spotkać kogoś znajomego byłoby zbawieniem - nie spotkała żywej duszy, poza własnym oddechem i cichym skrzypem własnych kroków słyszała tylko ciche, przeciągłe sapanie jakiegoś niemożliwego do rozpoznania mechanizmu, być może starej piły. W ciemnościach nieoświetlonych ulic, w drętwej, zdławionej ciszy, choć starała się nie ulegać niszczycielskiej władzy okoliczności, czuła się jak ofiara rzucona na żer, gdziekolwiek spojrzała, szukając wzrokiem oświetlonych mieszkań, widok przypominał oblężone miasto, którego mieszkańcy, widząc daremność dalszego wysiłku, zrezygnowali z wszelkich atrybutów niebezpiecznie zdradzających obecność człowieka, w nadziei, że choć poddali ulice i place, ludziom ukrytym za grubymi murami domów nie grozi poważne niebezpieczeństwo. Szła chodnikiem nierównym od przymarzniętych śmieci, była już przy niewielkiej wystawie słynnego niegdyś sklepu Ortopedia, należącego do miejscowego cechu szewców, kiedy z przyzwyczajenia zatrzymawszy się na światłach przed skrzyżowaniem (z powodu braku benzyny już w dniach przed jej wyjazdem ruch był niewielki), zajrzała w ciemną ulicę Sándora Erdélya, nazywaną przez mieszkańców - jako że biegła wzdłuż ogrodzonego kolczastymi zasiekami budynku sądu (i więzienia) - po prostu sądową. W środku, w głębi ulicy, dostrzegła cień stojącej w milczeniu grupy zgromadzonej wokół studni artezyjskiej i nagle wydało się jej, że w tej głuchej ciszy kogoś biją. Przerażona zaczęła uciekać, co chwilę oglądając się za siebie, i dopiero wówczas zwolniła tempo, gdy minąwszy budynek sądu (i więzienia), przekonała się, że nikt jej nie goni. Zza budynku nikt się nie wyłonił, nikt też jej nie ścigał, martwego spokoju wymarłego miasta nie zakłócało nic poza tamtym, teraz już coraz głośniejszym, przypominającym posapywanie dźwiękiem, a we wzbudzającej strach idealnej ciszy nie usłyszała ani wołania o pomoc, ani ciosów bijącego, przestępczy czyn, bo cóż innego mogło to być, odpowiadał na nieskalaną ciszę, jaka zapanowała wokół studni artezyjskiej, swoją bezgłośną historią - wcale jej nie zdziwiło, że w okolicy nie było ani jednego człowieka, w normalnych okolicznościach - teraz bowiem wszyscy, jak gdyby uciekając przed epidemią, zamknęli się w swoich domach - powinna spotkać choćby kilku przechodniów, zwłaszcza tutaj, na nieodległym od śródmieścia odcinku Alei Béli Wenckheima. Pędziła przed siebie, gnana złymi przeczuciami, czuła się jak w złym śnie, gdy już znalazła się całkiem blisko sapiącego dźwięku i pomiędzy pniami kasztanowców dostrzegła niezgrabną maszynę, wreszcie nabrała pewności, że to strach igra z jej wyobraźnią, bo to, co zobaczyła, było nie tylko zaskakujące, ale wprost niewiarygodne. Nieopodal, środkiem szerokiej jezdni, samotnie sunęła w zimowych ciemnościach upiorna konstrukcja - o ile coś takiego w ogóle można nazwać ruchem, szatański pojazd wlókł się nieporadnie niczym walec drogowy, walcząc o każdy kolejny centymetr, udręczony zmierzał w stronę śródmieścia. Jak gdyby nie posuwał się po powierzchni, zmagając się z przeciwnym wiatrem, lecz przedostawał się przez gęstą, lepką materię, z całą siłą powstrzymującą go w miejscu. Cała obita niebieską blachą falistą, zamknięta ze wszystkich stron, przypominająca wagon, pokryta jaskrawożółtymi napisami (z ciemnobrązowym niezrozumiałym rysunkiem w środku) ciężarówka była znacznie dłuższa i większa - stwierdziła osłupiała - od tureckich tirów, które kiedyś przejeżdżały przez miasto, ów nadzwyczaj nieforemny, cuchnący słodkawo rybami gruchot z nieludzkim wysiłkiem ciągnął przedpotopowy, brudny od smaru, dymiący wrak podobny do traktora. Gdy tylko znalazła się blisko, ciekawość zwyciężyła w niej strach, zwolniła, ale choć przyglądała się nieznajomym literom, nie rozumiała treści ("...to jakiś słowiański język... albo turecki!..."), nie potrafiła się domyślić, do czego służy, co robi w środku wymarłego, dręczonego wichurą i zimnem miasta, nie wiedziała, skąd ów wrak się tu wziął, przecież w takim żółwim tempie nawet z sąsiedniej wsi jechałby całe lata, nie potrafiła sobie wyobrazić (choć przecież nie mogło być inaczej), że przywieziono go tu pociągiem. Znów przyspieszyła kroku i kiedy minęła potwora, odwróciła się jeszcze raz i za szybą kabiny zobaczyła znudzoną twarz wielkiego, zarośniętego mężczyzny w samym podkoszulku, trzymał w ustach papierosa, gdy tylko dostrzegł ją na chodniku, strojąc szydercze miny, podniósł ręce znad kierownicy (jak gdyby chciał pozdrowić przechodnia). Wszystko razem było szokujące (w dodatku rozebranej górze mięsa siedzącej za kierownicą najwyraźniej było gorąco, jak gdyby w kabinie za mocno działało ogrzewanie). Pflaumowa, uciekając, kilkakroć spojrzała za siebie, mężczyzna wydał się jej egzotycznym potworem, który nieuchronnie pochłaniał wszystko, co napotykał na swojej drodze, jednoznacznie dając do zrozumienia, że tam, gdzie się pojawi, nic nie jest już takie, jakie było, i powoli, ale wytrwale posuwał się pod oknami niczego niepodejrzewających mieszkańców. Od tej chwili rzeczywiście czuła się niczym w szponach strasznego snu, tylko że po tym śnie nie nadchodziło przebudzenie: dobrze wiedziała, że to jest rzeczywistość, najprawdziwsza rzeczywistość, zrozumiała, że mrożące krew w żyłach wydarzenia, których była świadkiem i uczestnikiem (upiorny, dziwaczny pojazd, bijatyka na ulicy Sándora Erdélya, jak gdyby zaplanowane zaciemnienie w całej okolicy, nieludzki motłoch przed stacją kolejową, a zwłaszcza przerażająca postać mężczyzny o nieustraszonym, lodowatym spojrzeniu, ubranego w sukienny płaszcz), nie tylko nie były samowolnymi tworami pełnej lęku wyobraźni, ale pozostawały ze sobą w ścisłym i racjonalnym związku. Jednocześnie kosztowało ją wiele wysiłku, by nie uwierzyć w coś tak niebywałego, nie traciła przy tym nadziei, że wreszcie znajdzie się choćby najstraszniejsze, ale zrozumiałe wyjaśnienie rozszalałej przemocy, a przynajmniej niczym niewytłumaczalnej przerwy w dostawie prądu, z tym bowiem nie potrafiła się pogodzić, że wraz z bezpieczeństwem i porządkiem skończyła się w tym mieście wszelka racjonalność. No, i tu się nie rozczarowała: nie wyjaśniły się wprawdzie powody braku światła, ale cel i przeznaczenie zadziwiającego pojazdu wkrótce wyszły na jaw. Przeszła przed domem Györgya Esztera, człowieka powszechnie szanowanego w miasteczku, pozostawiwszy za sobą tajemniczy szum parku okalającego dawny drewniany teatr, dotarła do ewangelickiego kościółka i tam niespodziewanie przykuł jej wzrok okrągły słup ogłoszeniowy; natychmiast przystanęła, podeszła bliżej, stała, raz za razem czytając tekst przypominający słowa pisane przez okolicznych łazęgów, choć przecież wystarczyło przebiec wzrokiem, bo nalepiony na wcześniejsze obwieszczenie, powieszony niedawno plakat, sądząc po świeżym kleju spływającym bokami, tłumaczył wszystko.

ATRAKCJA! WIELKA ATRAKCJA!

NAJWIĘKSZY WIELORYB ŚWIATA

i inne sensacyjne tajemnice przyrody

na Placu Kossutha (na prawo od rynku)

1, 2, 3 grudnia

Tuż po wspaniałym tournée po Europie!!!

Bilety w cenie 50 Ft

(Dzieci i żołnierze za pół ceny!)

ATRAKCJA! WIELKA ATRAKCJA!

Myślała, że jeśli zrozumie przynajmniej jeden element całego zamieszania, łatwiej się w nim odnajdzie i obroni (oczywiście: "Broń Boże, by zaistniała taka potrzeba"), gdyby "coś się działo", ale przed plakatem, gdy już zaczynała cokolwiek pojmować, ogarnął ją jeszcze większy strach, dotychczas bowiem kłopot polegał na tym, że we wszystkim, czego doświadczyła jako świadek i uczestnik, brak było racjonalnego czynnika, teraz jednak, gdy okazało się, że ta "odrobina" wyjaśnienia ("największy wieloryb świata i inne sensacyjne tajemnice przyrody") to zbyt wiele - zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem nie działa w tym wszystkim jakaś surowa, ale bezrozumna siła. Co to jest, cyrk? Tutaj? Kiedy nie wiadomo, czy do jutra nie zawali się cały świat. Wpuścić taki upiorny pojazd ze śmierdzącą bestią? Kiedy w całym mieście panuje zagrożenie. Kto w tym zamieszaniu ma ochotę na rozrywki? Co to za głupi żart? Co to za niedorzeczny, okrutny pomysł?!... A może... chodzi o to, że... już wszystko jedno? I ktoś "zabawia się w tym chaosie"?! Szybko odeszła od słupa i przebiegła przez jezdnię. Po drugiej stronie stały dwupiętrowe budynki, z kilku okien sączyło się słabe światło. Przycisnęła torebkę i pochyliła się na wietrze. Kiedy doszła do ostatniej klatki, jeszcze raz się rozejrzała i otworzyła, po czym zamknęła za sobą drzwi. Poręcz była lodowata. Palma, ulubiona, pielęgnowana przez wszystkich barwna ozdoba półpiętra - jak przewidziała przed wyjazdem - nieuchronnie przemarzła na zimnie. Wokół panowała martwa cisza. Pflaumowa była w domu. W drzwiach, w szczelinie nad klamką, czekała na nią kartka z wiadomością. Zerknęła jednym okiem i ze złością wydęła wargi, wreszcie weszła do mieszkania, przekręciła klucz w zamku i zamknęła drzwi na łańcuch. Oparta plecami o drzwi przymknęła oczy. "Mój Boże. Jestem w domu". Mieszkanie było, jak to się mówi, zasłużonym owocem jej wieloletniej pracy i starań. Kiedy pięć lat wcześniej pochowała zmarłego nagle (na wylew) świętej pamięci drugiego męża, a wkrótce życie pod jednym dachem - z synem z pierwszego małżeństwa, który niestety po zdeprawowanym ojcu odziedziczył skłonność do "wiecznych ucieczek" i nieustannego włóczenia się, brak nadziei zaś na jakąkolwiek poprawę stał się dla niej nieznośnym ciężarem - było już nie do wytrzymania, wyprowadziła się do wynajętego pokoju i nie tylko pogodziła z niezmiennością swojego losu, ale nawet poczuła swego rodzaju ulgę, bo choć świadomość straty mocno ją dotknęła (miała dwóch mężów i teraz nieistniejącego już dla niej syna), zrozumiała, że nic nie stoi na przeszkodzie, by wreszcie, w wieku pięćdziesięciu ośmiu lat, zamiast "skakać wokół innych", zacząć żyć dla siebie. Zbyt duży dla niej samej domek zamieniła - z sowitą dopłatą - na małe, ale "śliczne" (wyposażone w domofon) mieszkanko w śródmieściu, znajomi odnosili się do niej z szacunkiem należnym podwójnej wdowie, a na temat syna, znanego w miasteczku z "włóczęgowskiego trybu życia", mówili z właściwym taktem, ona tymczasem z zapałem i radością po raz pierwszy w życiu (dotychczas poza ubraniem i pościelą nie miała nic własnego) oddawała się radości posiadania. Kupiła miękki sztuczny perski dywan, firanki i wesołe zasłony, pozbyła się starych, ciężkich i niewygodnych mebli i wstawiła do pokoju nową meblościankę, korzystając z porad popularnego w miasteczku pisma "Ładne Mieszkanie", urządziła nowoczesną kuchnię, pomalowała ściany, wymieniła stary, toporny piecyk gazowy i przerobiła łazienkę. Była niestrudzona i - jak kiedyś zauważyła z uznaniem jej sąsiadka, Virágowa - pełna energii, ale naprawdę poczuła się w swoim żywiole, gdy po zakończeniu remontu wreszcie mogła się zabrać do upiększania "swojego gniazdka". Pomysłów miała bez liku, jej fantazja nie znała granic, z codziennych zakupów wracała z lustrem w kutej ramie, potrzebnym do przedpokoju, albo z praktyczną krajalnicą do cebuli czy efektowną szczotką do ubrań, na której rączce widniał śliczny inkrustowany widoczek przedstawiający panoramę miasteczka. I choć dwa lata wcześniej nie mogła ("Przez wiele dni!") dojść do siebie po żałosnej wyprowadzce syna, którego, gdy odchodził z płaczem, musiała niemal siłą wypchnąć na ulicę, choć w ciągu dwóch lat dzięki jej usilnym staraniom w mieszkaniu nie pozostała nawet odrobina wolnego miejsca, odczuwała jakiś dotkliwy brak. Uzupełniła stojącą w serwantce kolekcję porcelanowych figurek, ale szybko zrozumiała, że one też nie są w stanie wypełnić pustki; łamała sobie głowę, lustrowała mieszkanie, nawet sąsiadkę poprosiła o radę, aż wreszcie któregoś popołudnia (właśnie, siedząc w fotelu, robiła kolejny "kwadracik Irmy"), zapatrzona w porcelanowe figurki łabędzi, Cyganeczek z gitarami, zapłakanych chłopców i szczęśliwych, rozmarzonych, półleżących dziewcząt, nagle zrozumiała, czego jej tak bardzo brakuje. Kwiatów. Miała wprawdzie dwa fikusy i jeden marny asparagus (jeszcze ze starego domu), ale one nie były w stanie zaspokoić jej, jak powiadała, nieoczekiwanie przebudzonego "instynktu macierzyńskiego". W kręgu znajomych z łatwością znalazła osoby, które podobnie jak ona "lubiły piękno", i szybko weszła w posiadanie wspaniałych sadzonek, cebulek i ablegierków, a po kilku latach spędzonych w towarzystwie oddanych miłośników roślin, doktora Provaznyika, pań Mádaiowej i Mahowej, nie tylko jej parapety zapełniły się troskliwie pielęgnowanymi palemkami, filodendronami i sansewieriami, ale musiała zamówić w warsztacie znajdującym się w rumuńskiej dzielnicy miasteczka najpierw jeden, a potem trzy kwietniki na wodne fuksje, pilee i kaktusy, których z powodu ogromnej ilości innych roślin nie miała już gdzie postawić w "przytulnym i miłym jej sercu" mieszkanku. I teraz nagle ma nadejść koniec tego wszystkiego, miękkich dywanów, wesołych zasłonek, wygodnych mebli, luster, krajalnic do cebuli, szczotek do ubrań, jej słynnych kwiatów, całego spokoju, bezpieczeństwa i szczęśliwego dobrobytu?! Poczuła się bezgranicznie zmęczona. Kartka, którą trzymała w lewej ręce, wypadła jej z dłoni na podłogę. Otworzyła oczy, spojrzała na zegar wiszący nad kuchennymi drzwiami, którego zwinna wskazówka przeskakiwała kolejne sekundy, i choć miała pewność, że nic już jej nie grozi, choć tak bardzo tego potrzebowała, nie czuła się bezpieczna: w głowie miała gonitwę myśli, raz to, raz tamto wydawało się jej ważniejsze, wreszcie - gdy już się rozebrała, zdjęła buty i rozmasowała opuchnięte nogi, włożyła wygodne kapcie - spojrzała przez okno na wymarłą aleję (ale: "Nigdzie nie było żywej duszy ani skradającego się cienia człowieka... widziała tylko ciągnik wiozący cyrkowe rekwizyty... i słyszała jego nieznośne posapywanie..."), chcąc się przekonać, że wszystko jest na swoim miejscu, pootwierała szafy, jedną po drugiej, zaczęła myć ręce, ale przerwała w obawie, że jak jeszcze raz nie sprawdzi, czy drzwi są dobrze zamknięte, nie dopełni tego, co najważniejsze. Ale już trochę się uspokoiła, podniosła z podłogi i ze złością przeczytała kartkę wrzuconą do śmietnika w kuchni (było na niej cztery razy powtórzone: "Mamo, szukałem cię", z tego pierwsze trzy linijki były przekreślone), wróciła do pokoju, podkręciła ogrzewanie i by raz na zawsze skończyć z nerwową bieganiną, po kolei sprawdziła kwiaty, kiedy okaże się, że z nimi też wszystko jest w porządku, z pewnością w końcu się uspokoi. Nie zawiodła się na miłej sąsiadce, którą prosiła, by pod jej nieobecność codziennie wietrzyła ostrożnie mieszkanie i pilnowała jej ulubionych roślin: ziemia była wilgotna, a jej "zwyczajna, prostolinijna, a w głębi duszy dobra i sumienna przyjaciółka" nawet o tym pomyślała, żeby co jakiś czas odkurzyć listki bardziej wrażliwych palm. "Nieoceniona jest ta moja droga Rózsika!" - westchnęła Pflaumowa rozrzewniona i widząc w myślach wiecznie krzątającą się, potężną kobietę, usiadła w jednym z jasnozielonych foteli i powiodła wzrokiem po nienaruszonych przedmiotach, wszystko było w "najlepszym porządku", podłoga, sufit, ściany w kwieciste wzory były tak oczywiste, że kalwaria, którą przeszła, jawiła się jako nierzeczywisty wytwór zszarganych nerwów i chorej fantazji. Jak gdyby to wszystko było jedynie złudzeniem, ona bowiem, dla której całymi latami radości i kłopoty sprowadzały się do robienia jesiennych przetworów, wiosennych porządków, popołudniowego szydełkowania i sumiennej opieki nad kwiatami, przywykła, że chroniona zbawiennym dystansem, może obserwować szaleńczy pęd, w jakim wiruje zewnętrzny świat, który z perspektywy jej domowego zacisza wydawał się mglistą niepewnością i bezpostaciową parą, tak jak teraz, kiedy znowu siedziała za ochronnym parawanem zamkniętych drzwi, zamknięta na klucz przed światem, a napawające trwogą wspomnienia z podróży traciły na sile, powoli przesłaniał je gęsty welon, wrzaskliwi pasażerowie kolejki tracili ostrość konturów, mężczyzna o upiornym spojrzeniu, ubrany w sukienny płaszcz, przewracająca się przekupka, cienie bijących jakiegoś nieszczęśnika w ciemnościach i ciszy, osobliwy cyrk, gruby krzyż na pożółkłej papierowej tablicy z rozkładem jazdy, wreszcie ona sama, jeszcze niewyraźna, jak za wszelką cenę próbuje się ratować, rozpaczliwie, niczym w labiryncie, pędzi do domu. Wszystko wokół stawało się coraz wyraźniejsze, a to co przeżyła w ciągu kilku minionych godzin - coraz mniej rzeczywiste, ciągle jednak miała przed oczyma bolesne, nieznośne, straszne obrazy z cuchnącej moczem ubikacji, brudne kamyki pomiędzy szynami i kierowcę machającego do niej z kabiny. Tutaj - wśród swoich kwiatów i mebli, w poczuciu coraz większego bezpieczeństwa - nie obawiała się już niczyjego ataku, uwolniła się od męczącego napięcia i stanu ciągłej gotowości, ale na przygnębienie, które leżało jej niczym kasza w żołądku, nie potrafiła znaleźć lekarstwa. Była wyczerpana jak nigdy dotąd, postanowiła, że uda się na spoczynek. Szybko wzięła prysznic, uprała bieliznę, na nocną koszulę włożyła ciepły szlafrok i poszła do spiżarni, by skoro nie miała już siły zrobić porządnej kolacji, przynajmniej zjeść przed snem trochę owoców z kompotu. Spiżarnia, centralny punkt jej mieszkania, kryła w sobie niesamowitą ilość jedzenia: u góry wisiały szynki z przyczepionymi do nich łańcuchami papryki, kiełbasy i wędzona słonina, na dole zaś stały w szeregu wystarczające do zbudowania niewielkiej barykady torebki z mąką, solą i ryżem; po bokach znajdowała się kawa, mak, orzechy, przyprawy, ziemniaki i cebula, a wreszcie tę twierdzę wzniesioną z żywności, bogactwo świadczące o umiejętności przewidywania, koronowały - tak jak las cieszących oczy roślin mieszkanie - uśmiechnięte na półkach środkowej ściany, ustawione w karnych szeregach kompoty. Znalazła tu wszystko, co zdołała przygotować przez całe lato, od słodkich owoców począwszy, przez kiszonki, sok z pomidorów, aż po orzechy w miodzie, teraz więc, tak samo jak zawsze, bezradnie powiodła wzrokiem po lśniących słoikach, by wrócić do pokoju z wiśniami w rumie, i sadowiąc się w jasnozielonym fotelu, raczej z przyzwyczajenia niż z ciekawości włączyć telewizor. Wygodnie się oparła, bolące nogi położyła na pufie i odświeżona prysznicem, widząc w przyjemnym cieple, że ku jej wielkiej radości znów w telewizji pokazują operetkę, poczuła, że mimo wszystko jest nadzieja na powrót dawnego spokoju i porządku. Dobrze wiedziała, że zrozumienie świata - jak do znudzenia powtarzał jej zakochany w gwiazdach syn - wykracza poza możliwości jej umysłu "niczym światło poza wzrok", miała świadomość, że podczas gdy ci wszyscy, włącznie z nią, żyjący w swoich cichych gniazdkach, oazach przyzwoitości i ostrożności, ze strachem myślą o tym, co dzieje się na zewnątrz, tamta nieokrzesana, barbarzyńska hołota, jak choćby zarośnięty brodacz, z instynktowną pewnością siebie doskonale się w nim porusza: ona nigdy jednak nie próbowała buntować się przeciw światu, przyjmowała jego niezrozumiałe zasady i wierzyła, że los uchroni ją przed niszczącymi ciosami. Uchroni ją i tę małą wysepkę, na której żyje, nie pozwoli, Pflaumowa szukała odpowiednich słów, by ona, która zawsze i dla wszystkich pragnęła ładu i spokoju, stała się ofiarą rzuconą na żer. Subtelne melodie (Hrabina Marica!... - rozpoznała natychmiast z przejęciem) wypełniły pokój czarem i delikatnym aromatem, jak gdyby do mieszkania wpadł leciutki wiosenny wietrzyk, i kiedy teraz, kołysząc się "na słodkich falach melodii", znowu zobaczyła prymitywny tłum w dodatkowym pociągu, już nie czuła strachu, lecz pogardę - dokładnie taką samą jak na początku podróży, kiedy pierwszy raz ujrzała ich w brudnym wagonie. Dwa obrazy "mlaskających awanturników" i "milczących złoczyńców" zlewały się w jej pamięci w całość, czuła, że wreszcie może spojrzeć na nich z góry, by w bolesnej potrzebie wznieść się - tak jak teraz muzyka wznosiła się ponad okropnościami tego świata - nad przytłaczające przeżycia. Może teraz, pomyślała, patrząc odważnie na ekran, gdy rozgryzała kolejną smakowitą wisienkę, w ciemnościach nocy, w straszliwych przepaściach gospód i ludzkich osiedli ta hołota będzie jakiś czas panem, ale i tak, gdy te awantury staną się nie do zniesienia, wreszcie wrócą jak trzeba tam, skąd przyszli: gdyż tam jest ich miejsce, tam, pomyślała Pflaumowa, poza naszym sprawiedliwym i spokojnym światem, poza nim, na zawsze i nieodwołalnie. A do chwili, w której dopadnie ich zasłużony wyrok, pomyślała z przekonaniem, niechże się rozpęta piekło bez granic, ona nie chce nic o tym wiedzieć, bo ona nie ma nic wspólnego z nieludzką władzą takich ludzkich wyrzutków, których miejsce jest w więzieniu, i w takiej sytuacji postanawia, skoro tamci panoszą się na ulicach, że nie wyjdzie z domu ani na krok, nie chce brać w niczym udziału ani nie chce o niczym słyszeć dopóty, dopóki ta haniebna historia nie dobiegnie końca, dopóki znowu nie zaświeci słońce, a w naszym życiu zapanuje wzajemne zrozumienie i zdrowy rozsądek. Silna i rozmarzona patrzyła na wspaniałe zakończenie, w którym hrabia Tassilo i hrabina Marica wbrew wszelkim przeciwnościom wreszcie są razem, i z oczyma pełnymi łez pogrążała się w bezbrzeżnym szczęściu początku finału, gdy nagle zadzwonił domofon. Chwyciwszy się ręką za serce, aż zatrzęsła się ze strachu ("Znalazł mnie! Szedł tu za mną!..."), ze złością na twarzy ("A tam! Niemożliwe!") spojrzała na ścienny zegar i podeszła do drzwi. Nie mogła to być jej przyjaciółka ani sąsiadka, dawniej dobre maniery nakazywały nie odwiedzać nikogo po siódmej wieczorem, teraz strach zatrzymywał je w domach, i niemal pewna, kto dzwoni do drzwi, odsunęła sprzed oczu pojawiającą się niczym zmora postać mężczyzny w sukiennym płaszczu. Syn, odkąd wyprowadził się do pokoju, wynajmowanego u Harrerów, prawie co trzy dni pojawiał się u niej nocą, by ziejąc wyżłopanym winem, całymi godzinami zamęczać ją bełkotliwymi opowieściami o niebie i o gwiazdach albo - zwłaszcza ostatnio - by ze łzami w oczach i z kradzionymi, jak sądziła rozczarowana synem matka, kwiatami "przypodobać się tej, której mimo woli sprawił tyle bólu". Kiedy się wyprowadzał, powiedziała mu przecież, żeby nie przychodził, nie dręczył jej i zostawił ją w spokoju, nie chce go widzieć, nie ma wstępu do jej mieszkania, i rzeczywiście tak było, nie chciała go widzieć, dość miała spędzonych razem gorzkich dwudziestu siedmiu lat, kiedy każdego dnia od rana do wieczora musiała płonąć ze wstydu, że ma takie dziecko. Osobom bliskim i wyrozumiałym przyznawała się, że próbowała wszystkiego, aż wreszcie postanowiła, że skoro syn nie potrafi przyzwoicie żyć, ona nie zamierza ponosić za to kary. Za karę miała już starego Valuskę, swojego pierwszego męża, którego doszczętnie zniszczył alkohol - powtarzała wszystkim wokół, a z synem też już dość się namęczyła. Radzili jej, i czasem nawet ich słuchała, żeby "dopóki jej szalony syn nie wyzbędzie się złych nawyków, niech go po prostu nie wpuszcza", ale po pierwsze, "do czego jest zdolne matczyne serce", a po drugie, zobaczyła, że to też niewiele daje. Powiedziała mu przecież, że dopóki nie wykrzesze z siebie woli, a tej mu właśnie brakowało, żeby normalnie żyć, ma do niej nie przychodzić, Valuska tymczasem dalej się wałkonił i trzeciego dnia pojawił się u niej, by z roześmianą miną oświadczyć, że "już ma silną wolę". Zmęczona daremną walką, świadoma, że głupkowaty syn nawet nie rozumie, czego od niego oczekuje, przepędzała go z domu, podobnie chciała zrobić teraz, a gdy tymczasem podniosła słuchawkę domofonu, zamiast słów jąkającego się syna ("To... tylko... ja... mamo...") usłyszała ciepły, niski kobiecy głos. "Kto tam???" - spytała zaskoczona Pflaumowa i na chwilę odsunęła słuchawkę od ucha. "Pirike, to ja! Eszterowa!" "Eszterowa? Tutaj? O tej porze?!" - zdziwiła się i niezdecydowanym ruchem poprawiła szlafrok. Kobieta należała do tych osób, od których Pflaumowa - i, jak się domyślała, także pozostali mieszkańcy - "próbowała trzymać się z daleka", nie miały ze sobą żadnych kontaktów, poza nieuniknionymi, ale chłodnymi słowami powitania może ze dwa razy do roku wymieniały kilka zdawkowych zdań o pogodzie, więc jej odwiedziny były co najmniej nieoczekiwane. Eszterowa nie tylko z powodu "skandalicznej przeszłości, wątpliwych zasad moralnych i niejasnej sytuacji rodzinnej" była wiecznym tematem damskich plotek, ale jej tupet, natarczywość i okropne maniery, z których po chamsku nie zdawała sobie sprawy, wyzywające stroje, nieodpowiednie do jej tuszy i bez gustu, wywoływały oburzenie porządnych rodzin, nie mówiąc o tym, że bezczelnie się podlizując, gdy trzeba, zmieniając się szybciej niż kameleon, przysparzała sobie zagorzałych wrogów. W dodatku kilka miesięcy wcześniej, wykorzystując panujące zamieszanie i powszechny strach, dzięki swemu kochankowi, kapitanowi milicji, osiągnęła, że mianowano ją przewodniczącą Miejskiego Komitetu Kobiet, od tego czasu jeszcze bardziej zadzierała nosa i niemal pękając z dumy i radości, jak trafnie zauważyła sąsiadka Pflaumowej, "z tą swoją zniszczoną twarzą i mdłym, lepkim uśmieszkiem" pod pretekstem kurtuazyjnej wizyty wdzierała się do domów, do których dotychczas nie miała wstępu. Nietrudno było zgadnąć, że Eszterowa i tym razem knuje coś podobnego, Pflaumowa szła więc do bramy z zamiarem, że najpierw porządnie ją zbeszta za brak wychowania ("Zapewne ta kobieta nawet nie wie, że o tej porze nie wypada do kogoś przychodzić!") i dając do zrozumienia, że nie ma tu dla niej miejsca, szybko odprawi do domu. Ale stało się inaczej.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.