ROZDZIAŁ 3TRĘDOWACI, rowery I WYBITA SZYBA, czyli dlacego warto grać ze starszymi
- Do?a Celia (wymawiaj: Donia), pożyczy mi pani swojego wnuka? - zawołał zdenerwowany Aparicio Ricardo Salvador (wymawiaj: Aparicjo Rikardo Salwador), trener klubu Grandoli.
- Ależ, trenerze, on jest za mały - odpowiedziała kobieta.
- Proszę mi wierzyć, da radę - odparł Don Aparicio, który tego dnia miał nie lada kłopot.
Na mecz Grandoli z Tanque Junior zjawiło się tylko 6 zawodników. Aby zacząć spotkanie, potrzebny był siódmy gracz. Wśród zawodników Grandoli na boisku byli 10-letni wówczas Matías i 12-letni Rodrigo Messi. Na trybunach siedziały ich mama i babcia, a 5-letni Leo kopał o ścianę tenisową piłeczką. To właśnie o niego pytał Don Apa, jak nazywali swojego trenera młodzi zawodnicy.
Babcia Celia nie chciała się zgodzić. Bała się, że starsi chłopcy stratują lub przestraszą 5-latka, który i tak był bardzo niski jak na swój wiek. Trener jednak nie odpuszczał. Obiecał, że wystawi Leo na prawym skrzydle, tak by biegał blisko obu pań. Mogły mieć malca na oku i w razie potrzeby przyjść mu z pomocą. Niechętnie, bo niechętnie, ale obie się zgodziły.
Z początku wyglądało na to, że obawy babci są uzasadnione. Przerażony chłopczyk stał na boisku jak wmurowany. Piłka przeleciała obok niego raz i drugi, a on ani drgnął. Czuło się, że zaraz wybuchnie płaczem. Potem jednak zdarzył się cud. Piłka trafiła prosto na lewą nogę malca. Ten nie wytrzymał i włączył się do gry. Niebawem strzelił gola, a potem następne.
W taki oto sposób zaledwie 5-letni Leo Messi zdobył swoje pierwsze "oficjalne" bramki.
W Rosario znajdują się dwa największe i najstarsze kluby piłkarskie regionu. Są to Newell's Old Boys (wymawiaj: Njułels Old Bojs) oraz Rosario Central. Pierwszych nazywa się tu Trędowatymi, drugich - Kanaliami*. Od samego początku było jasne, że jak Leo tylko podrośnie, będzie grał w jednym z nich.
Którym?
Rodzina nie pozostawiła mu wyboru.
Koszulkę Newell's chłopczyk dostał już na pierwsze urodziny. Był to klub, w którym grał przed laty jego tata, a później brat Rodrigo. Poza tym w Newell's występował przez jeden sezon sam Diego Maradona, idol rodziny Messich oraz wszystkich Argentyńczyków.
Kiedy tylko Leo skończył 7 lat, zaczął trenować z Trędowatymi. Razem z nim do klubu wstąpił oczywiście nieodłączny Manu Biancucchi. Dwa razy w tygodniu, we wtorki i czwartki, podekscytowani chłopcy szli z babcią Celią na trening do ośrodka sportowego Malvinas Argentinas (wymawiaj: Malwinas Arhentinas). Co sobota zaś grali mecz.
Akademia Malvinas znajdowała się niecałą godzinę piechotą od domu państwa Messich i była dumą Trędowatych. W klubie trenowało około 300 chłopców poniżej 12. roku życia. Do ich wyłącznej dyspozycji oddano 4 boiska: 1 trawiaste i 3 z ubitą ziemią. Przed akademią stał mur z cegły, na którym sympatycy zwykli wypisywać wielkimi literami nazwiska najsłynniejszych Trędowatych. Gabriel Batistuta i Jorge Valdano to tylko dwa z nich.
Już wtedy dała się zauważyć wielka różnica między Leo a rówieśnikami. Wszyscy chłopcy w jego wieku na ogół chcą, by to rodzice przygotowywali im rzeczy do treningu, a nierzadko proszą nawet o... zakładanie getrów czy wiązanie sznurówek. Wszyscy, ale nie Leo. Najmłodszy Messi przed każdym wyjściem na trening starannie czyścił korki, przygotowywał strój i sam - bez niczyjej pomocy! - owijał bandażem kostki (to popularny argentyński zwyczaj mający chronić piłkarzy przed kontuzjami stawów skokowych).
Najbardziej jednak wyróżniał się w grze: w podciągniętych wysoko na brzuch za dużych spodenkach najpierw całkowicie rozbrajał widzów, potem zaś fascynował. Był niesamowity, na boisku po prostu rządził.
- Podaj do Małego! Podaj! - krzyczano wciąż z trybun. - Do Małego dawaj!!!
- Lío, zlituj się. Daj trochę pograć. Umrę tu z nudów. Zaraz koniec pierwszej połowy, a ja nie dotknąłem piłki - narzekał Manu, bramkarz Trędowatych, okazjonalnie tylko widzący piłkę na swojej połowie.
Zauważywszy, co się dzieje, trenerzy szybko przenieśli Leo do starszych roczników. Przeciwnicy byli tam znacznie wyżsi i silniejsi od niego. Często serwowali mu kopniaki i podstawiali nogi, bo faule, jak już Wam wiadomo, stanowiły jedyny sposób na zatrzymanie malca. Ale doświadczenie zdobyte w Bandzie Pięciu procentowało. Poturbowany, nierzadko pokrwawiony Leo podnosił się w okamgnieniu, dopadał piłki i czym prędzej wynajdywał miejsce, gdzie mógł się z nią przedrzeć. W jednym meczu potrafił strzelić 6 czy 7 goli. W dryblingu nie miał sobie równych.
Razem z juniorami Newell's Leo zaczął jeździć na turnieje po całym kraju. Po raz pierwszy wyjechał też za granicę. Miał 9 lat, kiedy jego drużyna poleciała do Peru na turniej Cantolao. Były to międzynarodowe zawody juniorów Ameryki Południowej, a udział w nich brało 30 zespołów z całego kontynentu.
Turniej zaczął się dla Leo niefortunnie, a to dlatego, że tuż przed pierwszym meczem zatruł się kanapką z nieświeżym kurczakiem. Wymiotował całą noc. Choć rano był blady jak ściana i cały się trząsł, nie poddał się. Pił colę, uważaną za najlepszy środek przy zatruciu, doszedł do siebie i zagrał w pierwszym meczu, a potem we wszystkich następnych. Na koniec został wybrany najlepszym zawodnikiem turnieju!
Innym razem młodzi Trędowaci mieli grać finał sezonu, w którym nagrodą były rowery dla całej drużyny. Pewni zwycięstwa Los Leprosos przyszli na stadion w doskonałych humorach, które w miarę tego, jak czas mijał, zaczęły się ulatniać, bo ich największa broń, Leo, się nie zjawiał.
Nie przyszedł przed meczem.
Ani w trakcie meczu.
Ani na koniec 1. połowy, którą przegrali 0:1.
Dopiero na początku 2. połowy, kiedy koledzy zupełnie stracili nadzieję, zdyszany chłopiec wpadł na boisko. W mgnieniu oka rozwiązał problem drużyny - strzelił 3 gole i Trędowaci wygrali mecz.
Po końcowym gwizdku natychmiast podbiegli do Leo.
- Człowieku, co się stało? - zawołali. - Myśleliśmy, że już nie przyjdziesz. Gdzie byłeś?!
Przejęty Leo wyjaśnił, co się stało.
Był sam w domu i... zatrzasnął się w łazience. Kiedy próby otwarcia drzwi nie poskutkowały, wybił szybę. Dzięki temu udało mu się zdążyć na koniec meczu, czym nie tylko zagwarantował zespołowi mistrzostwo, lecz także "załatwił" każdemu koledze po rowerze.
Wsiadając wtedy na swoje nowiutkie, pachnące świeżością rowery, żaden z młodych Trędowatych, nawet sam Leo, w najśmielszych marzeniach nie mógł przewidzieć tego, co przyniesie przyszłość. Że ten drobny chłopak, który nie zawahał się wybić szyby, by zdążyć na mecz, niecałe 10 lat później zostanie najbardziej uwielbianym piłkarzem naszej planety.
* Po hiszpańsku Los Leprosos i Los Canallas. A wiecie, skąd się wzięły takie dziwne i mało eleganckie przydomki? Otóż ponad 100 lat temu obu klubom zaproponowano udział w meczu charytatywnym, który miał wspomóc finansowo chorych na trąd. Newell's zgodziło się i wystąpiło w meczu. Rosario odmówiło, a rywali złośliwie przezwało potem Trędowatymi. Newell's odwzajemniło się jeszcze bardziej obraźliwym przezwiskiem - Kanalie.