Od autorów
____________________
Historię Lionela Messiego, Cristiano
Ronaldo i epoki w piłce nożnej, która ich połączyła, można opowiadać na
wiele sposobów. Każdy weekend, jaki spędzali na boisku w lidze
hiszpańskiej, był swoistą operą mydlaną w miniaturze. Każdy poważny
turniej z ich udziałem rozgrywany w miesiącach letnich był wspaniałą
psychodramą. A jeśli chodzi o to, co poza boiskiem, Messi i Ronaldo
zbudowali globalne imperia, które wywindowały ich na taki poziom sławy,
który naturalnie zarezerwowany jest dla prezydentów USA oraz papieży.
Spoglądając na obu z osobna, każdy z nich dysponuje własnym portretem
ponadczasowego wielkiego sportowca - i naprawdę mnóstwo słów w tej
materii zostało już na ich temat wypowiedzianych. Jednak każda opowieść
koncentrująca się tylko na jednym z nich z konieczności zawiera
przepastną dziurę, mającą mniej więcej kształt tego drugiego. Czy obaj
tego chcą czy nie, Messi i Ronaldo są nierozerwalnie połączeni. U zmierzchu swoich karier mogą już to bezpiecznie przyznać. Przez niemal
dwadzieścia lat kariera jednego napędzała karierę drugiego. Bo tytuł
najlepszego sportowca swoich czasów znaczy przede wszystkim tyle, że
jest się lepszym od tego drugiego.
Jak się okazało, nie była to wyizolowana bitwa. W splatających się
zmaganiach, chcąc przejść do historii, Ronaldo i Messi przeobrazili się
w bliźniacze centra grawitacji w najpopularniejszej dyscyplinie sportu
na świecie, przyciągając wszystko i wszystkich, którzy zbliżyli się do
ich orbit. Nawet w czasie, kiedy świat sportu zmieniał się bardziej
gwałtownie niż w jakimkolwiek innym dwudziestoletnim okresie od
wynalezienia odbiornika telewizyjnego, najistotniejszym jego znakiem
było to, że na szczycie wciąż tkwili dwaj piłkarze, wciąż ci sami.
Mówimy o epoce, w której dorastaliśmy jako dziennikarze "Wall Street
Journal". Pojawiliśmy się w świecie sportu w tym samym czasie co Messi i Ronaldo i od samego początku byliśmy kronikarzami ich karier - a także
następstw ich fascynujących wyczynów. Przez niemal piętnaście lat
obserwowaliśmy ich poczynania na czterech kontynentach. Bywaliśmy na
meczach finałowych Ligi Mistrzów, obserwowaliśmy turnieje finałowe
mistrzostw świata i mistrzostw Europy. Widzieliśmy ich wzloty i niewiarygodne wzajemne pościgi, które przyniosły chwile triumfów, jak
choćby czwarte zwycięstwo Messiego w Lidze Mistrzów odniesione w Berlinie czy egzorcyzmy odprawiane przez Ronaldo z reprezentacją
Portugalii podczas Euro 2016. Obserwowaliśmy ich także wtedy, gdy
musieli się mierzyć z druzgocącymi porażkami. Jednak żadna z nich nie
była bardziej dramatyczna niż ta, którą obserwowaliśmy pewnego wieczoru
w Rio de Janeiro, kiedy pomaszerowaliśmy na Maracanę, spaleni słońcem i okropnie niewyspani, ale w pełni przekonani, że wkrótce zobaczymy, jak
Lionel Messi wygrywa na ziemi południowoamerykańskiej finałowy mecz
mistrzostw świata. Tego właśnie dnia Messi miał szansę zostać mistrzem
świata i postawić kropkę nad "i" w pochłaniającej futbolowy świat
debacie: Messi czy Ronaldo? Kiedy nim nie został, ponieważ Argentyna
przegrała finał z Niemcami, doszliśmy do wniosku, że debata na ten temat
już nigdy się nie skończy. Co więcej, nie ma ona sensu.
Właśnie dlatego ta książka nie stanowi zwykłej biografii dwóch
błyskotliwych piłkarzy. Jej istota polega na tym, że nie jest
opracowaniem wyłącznie o nich. I nigdy być nim nie mogła.
Messi vs. Ronaldo jest próbą odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób dwaj
piłkarscy geniusze, którzy pojawili się na sportowej arenie w tym samym
czasie, zdołali odmienić światowy sport i przyśpieszyć zachodzące w nim
zmiany. W tym kontekście są oni nie tylko pryzmatem, poprzez który
staramy się patrzeć na współczesny futbol, lecz także postaciami
pozwalającymi zaprezentować studium władzy, zasięgu i wpływów. Ich
rywalizacja przeniosła się tak daleko poza boisko - na którym w bezpośrednich zmaganiach spotkali się około trzydziestu razy - że
odmieniła całe ekosystemy biznesowe i kulturowe, mimo że oni sami mieli
niewielką świadomość istnienia tych zdarzeń czy też możliwość panowania
nad ich konsekwencjami.
Powstały już biografie tych dwóch indywiduów, jednak nie pojawiło się
żadne dziennikarskie opracowanie skoncentrowane na ich globalnym wpływie
na futbol, na biznesy związane ze sportem oraz na naturę globalnego
gwiazdorstwa.
W naszej książce założyliśmy dorozumianą świadomość Messiego i Ronaldo,
że najważniejszym partnerem biznesowym jednego jest ten drugi.
Rywalizacja generuje tak ogromną ilość energii i żarliwości u tych
racjonalnych zazwyczaj ludzi, że ich walutą stopniowo przestaje być
sport. W miarę przemijania karier bohaterów przedmiotem rozważań staje
się natomiast pytanie, czy są lubiani, czy znienawidzeni - polemika,
której Messi i Ronaldo już od dawna nawet nie próbują kontrolować. Za to
nie utrudniają fanom wyboru strony, ponieważ ci dwaj nadzwyczajni
piłkarze nadzwyczajnie się różnią. Są swoimi przeciwieństwami pod niemal
każdym względem. Jeden jest wysoki, drugi niski. Jeden lubi przepychać
się pomiędzy obrońcami, a drugi mija ich sposobem. Jeden wykańcza
sytuacje bramkowe, drugi je konstruuje. Jeden jest nieśmiały i skromny,
a drugi puszy się jak paw. Dobrze wiecie, który jest którym.
Przez lata Messi sprawiał wrażenie, że to, co robi na boisku, przychodzi
mu z łatwością, że bez wysiłku strzela spektakularne gole. Ronaldo
dowodził, że dokonuje cudów, a niemal po każdym golu, który zdobył,
obnażał tors i napinał na użytek kibiców wszystkie doskonale wyrzeźbione
mięśnie.
Żadna sztuka nie wymaga tłumaczenia. Dzieciaki od Pekinu po Brooklyn
instynktownie rozumiały, że o globalnym porządku decydują ci dwaj
mężczyźni, i nikt więcej. Ponieważ to oni zdobywali bramki praktycznie w każdym meczu, w jakim zagrali, a grali średnio co trzy dni przez cały
rok. Dlatego im głębiej wnikniemy w ich historie i im dłużej trwają ich
kariery, tym większe wydaje się między nimi podobieństwo.
Oparta na wnikliwej analizie poufnych dokumentów, na wywiadach, które
prowadziliśmy przez wiele lat w kręgu ludzi związanych ze sportem i biznesem, między innymi z szefami klubów, piłkarzami i trenerami,
książka ta jest obrazem galaktyki, którą wykreowali nasi bohaterowie;
galaktyki, w której centrum znalazły się dwie najjaśniejsze gwiazdy. W wielu przypadkach osoby bliskie Messiemu i Ronaldo zgadzały się z nami
porozmawiać tylko pod warunkiem zachowania anonimowości, ponieważ ich
relacje z piłkarzami (niejednokrotnie związane z otrzymywaniem
wynagrodzenia) wymagały dyskrecji. Zatem prezentując wszystkie
przeprowadzone przez nas rozmowy, rekonstruowaliśmy je na podstawie
relacji z pierwszej ręki, czyli z osobami będącymi ich uczestnikami,
albo dzięki streszczeniom, których wysłuchiwali nasi informatorzy.
Pracując nad książką, przez cały czas robiliśmy również to, co
najważniejsze w epoce Messiego i Ronaldo: obserwowaliśmy, jak grają w piłkę.
Joshua Robinson i Jonathan Clegg,
kwiecień 2022
Prolog
____________________
Zurych, grudzień 2007
Dwaj najwspanialsi piłkarze, jacy
kiedykolwiek występowali na boiskach całego świata, siedzieli
niespokojnie na widowni opery szwajcarskiej i zastanawiali się, dlaczego
ich tutaj sprowadzono. Jednym z nich był Lionel Messi, młodzieniec z włosami luźno opadającymi na ramiona, ubrany w ciemny garnitur, trochę
zbyt obszerny jak na jego wąskie barki. Drugi - Cristiano Ronaldo z diamentowymi kolczykami w uszach i w smokingu, mimo że aż takiej
elegancji tego wieczoru od nikogo nie wymagano. Obaj wcale nie chcieli
tutaj siedzieć. Ale żadnemu nie wolno było stąd wyjść.
Przyczyną, dla której garbili się teraz niczym niesforni uczniowie,
ukarani zesłaniem do oślej ławki, było puste miejsce w fotelu pomiędzy
nimi.
Na pierwszej FIFA World Player Gala, w jakiej uczestniczyli - dorocznej uroczystości dla
piłkarzy o niebywałych umiejętnościach i nieposkromionych ambicjach,
słynących z ciętych żartów w kuluarach - ani Messi, ani Ronaldo nie
został uznany za najlepszego piłkarza roku 2007 na świecie. Tytuł
powędrował do brazylijskiego pomocnika Ricarda Izecson Dos Santos Leite,
pseudonim Kaká, i to właśnie on odbierał teraz na scenie to zaszczytne
trofeum. Był starszy od Messiego i Ronaldo i w ich zgodnej opinii był
znacznie gorszym piłkarzem.
Przynajmniej dwaj inni mężczyźni zasiadający tego wieczoru w obitych
aksamitem fotelach na widowni opery podzielali ich zdanie.
Jednym z nich był Portugalczyk, dawny właściciel klubu nocnego Jorge
Mendes, który przebranżowił się w agenta piłkarskiego. Wciąż zaczesywał
włosy do tyłu i rozprowadzał po Europie iberyjskich i południowoamerykańskich piłkarzy z taką samą wprawą, z jaką obsługiwał
swoje liczne telefony komórkowe. Wprowadzenie Ronaldo na scenę World
Player Gala było kluczowym elementem strategicznego planu, który miał
uczynić jego klienta najbogatszym sportowcem na świecie.
Drugi Jorge na sali z trudem hamował wściekłość. Był nim Jorge Messi,
ojciec Lionela, mężczyzna, który wciąż jeszcze spędzał większość czasu w rodzinnym Rosario, w Argentynie. Minęło zaledwie siedem lat, odkąd
wprowadził łkającego syna na pokład samolotu odlatującego do Hiszpanii z nadzieją, że wywoła wrażenie na trenerach z FC Barcelony. Obecnie ten
dawny brygadzista z fabryki narzędzi metalowych także był agentem -
dysponującym tylko jednym klientem, który, tak się złożyło, nosił jego
nazwisko - torującym sobie drogę w najbardziej brutalnym biznesie
sportowym współczesnego świata.
Tego wieczoru wszyscy oni odbierali od życia
ważną lekcję. Ceremonie podobne do dzisiejszej nie miały do tej pory w piłce nożnej większego znaczenia. Najważniejsze trofea odbierało się na
boisku, po zakończeniu zaciętej walki i w strojach sportowych, a nie w eleganckich garniturach. Ale to się miało zmienić. Gry, która była
treścią ich życia, nigdy dotąd nie definiowała rywalizacja pomiędzy
dwoma solistami. Tego wieczoru nikt w Zurychu nie mógł przewidzieć, że
dwaj faceci, którzy zajęli w plebiscycie drugie i trzecie miejsce, mieli
wkrótce przekształcić piłkę nożną w indywidualną dyscyplinę sportu. To
gale podobne do tej miały niespodziewanie stać się ich polem bitwy -
dokładnie wtedy, gdy Messi i Ronaldo zaczęli je wygrywać.
Póki co Messi i Ronaldo oraz dwaj panowie o imieniu Jorge nie mogli
przeboleć faktu, że dzisiejsze wydarzenie, które potencjalnie mogło
wywrzeć długoterminowy i korzystny dla nich wpływ na opłaty transferowe
i umowy sponsorskie, toczyło się w taki sposób, jakby było po prostu
prywatną imprezą koktajlową Seppa Blattera. Na długo przed odkryciem, że
Blatter potajemnie wypłacał sobie dziesiątki milionów dolarów
niedozwolonych bonusów - a więc wtedy, gdy te bonusy wciąż wzbogacały
jego konto bankowe - wieloletni prezydent FIFA wymyślił tę ceremonię
jako jeszcze jedną okazję, aby pokazać się w otoczeniu legend piłki
nożnej oraz supermodelek. A w tym roku po raz pierwszy galę w całości
transmitowano na żywo, z Blatterem grającym na swojej ulubionej pozycji.
I nie była to bynajmniej pozycja środkowego napastnika, lecz
konferansjera i wodzireja. Towarzyszyła mu para szwajcarskich osobowości
telewizyjnych realizujących zadanie nadzorowania ustalonego protokołu i powtarzania słów Blattera w języku francuskim, angielskim i niemieckim.
Jednak prezentując najważniejszą nagrodę tego wieczoru, prezydent FIFA
potrzebował jeszcze większego wsparcia. Wywołał na scenę samego Pelégo,
najskuteczniejszego strzelca i najwspanialszego piłkarza wszech czasów,
trzykrotnego zwycięzcę mistrzostw świata. W wydaniu FIFA był to
odpowiednik Paula McCartneya wybranego do wręczenia nagród Grammy.
Organizacja, którą Blatter rozbudował z pozycji małego promotora
turniejów piłkarskich po globalnego potwora marketingu i praw
telewizyjnych, dysponowała wówczas około 500 milionami dolarów w gotówce. FIFA funkcjonowała raczej jak wytwórnia płytowa albo średniej
wielkości towarzystwo ubezpieczeniowe, a nie jak organizacja sportowa. I tak jak każda szanująca się firma fonograficzna odgrywała istotną rolę w "produkcji" gwiazd.
Problem tkwił w tym, że w połowie pierwszego dziesięciolecia XXI wieku
piłkarskie niebo było nieco bardziej zachmurzone niż zazwyczaj. Czterej
mężczyźni, którzy od 1996 do 2005 roku dzielili między sobą wszystkie
nagrody, powoli przekwitali. Wiek i nadwaga dopadły Galácticos z Realu
Madryt - Zinédine Zidane'a, Luísa Figo i Brazylijczyka Ronaldo. Z kolei
dwukrotny zwycięzca, Ronaldinho, po całonocnych imprezach na plaży z trudem znajdował czas na mecze w drużynie Barcelony. Na szczycie
łańcucha pokarmowego światowego futbolu w 2006 roku zrobiło się tak
ubogo, że nagroda dla najlepszego na świecie talentu piłkarskiego
trafiła do rąk Fabia Cannavaro. A Fabio był obrońcą.
Teraz przyszła kolej na młodzieńca o pseudonimie Kaká. Schludny dzieciak
z klasy średniej, który dorastał w S?o Paulo, z takim wdziękiem rządził
środkiem pola w AC Milanie, że trudno było nawet sobie wyobrazić, przed
jakim koszmarem wkrótce stanie. Kaká, zwycięzca Ligi Mistrzów, był
złotym chłopcem, zanim złotym chłopcem został Cristiano, i znacznie
wcześniej, niż Leo osiągnął metr i siedemdziesiąt centymetrów wzrostu.
- Panie i panowie, nadchodzi decydujący moment. Mam już pewną wprawę w otwieraniu kopert - powiedział Blatter bez cienia ironii. - Otóż
zwycięzcą plebiscytu FIFA na najlepszego piłkarza 2007 roku podczas
dzisiejszej gali w Zurychu zostaje... Kaká!!!
Kaká wstał. Messi i Ronaldo pozostali na ławce rezerwowych. Pelé,
człowiek, który uwiarygadniał już wszystko - od karty American Express
po viagrę - z dumą wspierał teraz swojego rodaka.
Co gorsza, Messi i Ronaldo przeszli przez identyczne męki już dwa tygodnie wcześniej, w Paryżu, gdzie
ogłoszono nazwisko zdobywcy Złotej Piłki, jeszcze jednego gracza roku
(ta nagroda zostanie później zunifikowana z nagrodą FIFA). Zaskoczenia w operze więc raczej nie było.
- Mówiąc szczerze, trochę się tego spodziewałem - stwierdził Kaká. -
Wygrałem Ligę Mistrzów i zostałem najskuteczniejszym strzelcem tych
rozgrywek. To jest klucz do sukcesu. Trzeba grać w drużynie, która
zwycięża.
A przecież ani Messi, ani Ronaldo nie grali bynajmniej w kiepskich
klubach. Dwudziestoletni Messi wdarł się do składu wyjściowego FC
Barcelony, gdy jej trener, dawny wspaniały piłkarz z Holandii Frank
Rijkaard, robił wszystko co w jego mocy, aby znaleźć dla lubującego się
w dryblingach Argentyńczyka jak najlepsze miejsce na boisku. A Ronaldo,
dwudziestodwulatek, był prawdziwą gwiazdą Manchesteru United, w którym
tamtejszy menedżer Alex Ferguson hartował młodzieńca od dwóch lat, żeby
uczynić go najwszechstronniejszym napastnikiem na świecie. Obaj, Messi i Ronaldo, byli już więc piłkarzami światowego formatu, zwycięzcami Ligi
Mistrzów i Premier League.
Jednak sam Kaká uzyskał więcej głosów, niż oni zdobyli ich razem. W finałowej scenie poniżenia obu przegranych Blatter zaprosił na scenę do
wspólnej fotografii. Pelé z kolei wręczył im małe puchary, o wiele
mniejsze od tego, który otrzymał Kaká. Kiedy je odebrali, okazało się,
że Pelé pomylił tych dwóch młodych piłkarzy. Nie wiadomo dlaczego
nagrodę za drugie miejsce wręczył Ronaldo, a tę za trzecie miejsce
przekazał Messiemu. Blatter musiał interweniować i krążąc pomiędzy
piłkarskimi geniuszami, dopilnował, aby każda z nich trafiła we właściwe
ręce.
- Druga, druga nagroda dla Lionela - szepnął z pospolitym europejskim
akcentem, bardzo powszechnym w światowym futbolu, któryś z pary
gospodarzy znajdujących się na scenie. - Mógłbyś je zamienić?
Ronaldo poczuł w tym momencie potężne zakłopotanie. Zaznał właśnie
czegoś znacznie bardziej irytującego niż uczestnictwo w tym wydarzeniu -
konieczności przełknięcia goryczy porażki. Musiał przekazać Messiemu
nagrodę, którą przed momentem otrzymał. Panowie wymienili się trofeami
za drugie i trzecie miejsce, a on miał nadzieję, że w operze zaraz
zapadnie się scena i zniknie wszystkim z oczu. Gdy to nie nastąpiło,
spotkała go jeszcze jedna, ostatnia już przykrość.
- No, prawie się udało. Ale jeszcze nie dzisiaj - powiedział
konferansjer, a rozbawiona publiczność eksplodowała śmiechem. On nawet
nie próbował udawać rozbawionego.
Ronaldo i Messi musieli pozostać na scenie aż do końca uroczystego
wieczoru. Zwolniła ich z tego obowiązku dopiero orkiestra, która zagrała
The Impossible Dream z musicalu Człowiek z La Manchy. Przecież nie
przyszli do opery, żeby słuchać kawałków rodem z Broadwayu. Nie przyszli
też, żeby nie odnieść zwycięstwa.
Jak się okazało, problem ten zniknął na długi czas. Po raz kolejny
dopiero w 2018 roku, a więc po jedenastu latach, najlepszym piłkarzem na
świecie okazał się ktoś, kto nie nazywał się ani Ronaldo, ani Messi.
Nieistotne, co Kaká powiedział o zwycięskich drużynach. Ta nagroda
stanowiła najwyższe wyróżnienie za indywidualne osiągnięcia w sporcie
zespołowym, ulubionym przez kibiców na całym świecie. Była nagrodą,
której zarówno Messi, jak i Ronaldo pragnęli najbardziej.
W indywidualnej rywalizacji można ich było porównywać w oderwaniu od
wyników ich zespołów i okoliczności. Oceniano w niej ponadczasową
wielkość. Jeden na przemian z drugim co roku zdobywał najważniejszą
nagrodę indywidualną w piłce nożnej przez całą erę w historii tej
dyscypliny, czyli dekadę wyznaczoną przez ich pojedynki, ich
nadzwyczajne dokonania i przez dominację, jaką po sobie pozostawili.
1
____________________
Przez morze
Była niemal pierwsza nad ranem, a Cristiano
Ronaldo nadal relaksował się w chłodnej szatni Sportingu Lizbona, jakby
nie zaszło nic nadzwyczajnego. Na zewnątrz, w gorącym powietrzu lata
2003 roku, fani wciąż roztrząsali zdarzenia, których przed chwilą byli
świadkami: inaugurację nowego stadionu klubowego, zwycięstwo 3:1 nad
Manchesterem United i przede wszystkim występ najmłodszego piłkarza w zespole.
Nawet koledzy klubowi Ronaldo byli oszołomieni. Zrywali taśmę z getrów
nad kostkami i próbowali pojąć to, co wydarzyło się w ciągu minionych
dwóch godzin. Cristiano? Nie do wiary!
Ten siedemnastolatek z jasnymi pasemkami i krostami na twarzy już od
dawna wysyłał sygnały, że rodzi się w nim coś wielkiego - koledzy z drużyny dostrzegali to na codziennych treningach. Ronaldo używał coraz
więcej żelu do włosów i coraz intensywniej ćwiczył. I od kiedy menedżer
Sportingu Fernando Santos powiedział mu, że znajdzie się w wyjściowej
jedenastce na wielki mecz pokazowy przeciwko Manchesterowi United,
chłopak całkowicie zamknął się w sobie.
- Cristiano nie musiał mówić, czego chce albo co mu chodzi po głowie -
zauważa Jo?o Pinto, który tego wieczoru strzelił dwa spośród trzech goli
dla Sportingu. - Jego twarz aż nadto wyrażała, co czuje i czego pragnie.
A chciał, żeby Manchester United zwrócił na niego uwagę.
W nieco oddalonej szatni gości panował chaos. Zawodnicy United nagle
byli opaleni, wciąż oszołomieni po długim locie i starali się ogarnąć
to, co zaszło w ciągu ostatnich godzin. Ledwie się orientowali, która
jest godzina i gdzie się znajdują, ponieważ minionego ranka wylądowali w Portugalii o czwartej, wróciwszy do Europy z przedsezonowego tournée po
Stanach Zjednoczonych. Pewni byli tylko tego, że upokorzył ich ktoś, kto
wyglądał jak dzieciak, który powinien na jutro odrobić zadanie domowe do
szkoły.
Za każdym razem, kiedy piłka docierała do Ronaldo, przez jego stopy
jakby przebiegał prąd elektryczny. Biegał po skrzydle, bijąc obrońców na
głowę szybkością i umiejętnościami do tego stopnia, że menedżer United
Alex Ferguson musiał jednego z nich, całkowicie zdezorientowanego Johna
O'Shea, posadzić w przerwie na ławce, rzekomo z powodu migreny. Roy
Keane, waleczny pomocnik, nie miał jednak dla kolegi słów współczucia.
Stwierdził, że O'Shea zagrał jak "pierdolony klaun".
- Nie chodziło tylko o to, że Ronaldo go wyprzedzał - mówi obrońca Phil
Neville. - Uderzyły mnie przede wszystkim jego kiwki, sztuczki,
dryblingi i pewność siebie. Ten gość grał, jakby chciał głośno
wykrzyczeć: "To jest moje terytorium".
Zawodnicy United nie za bardzo chcieli tutaj przyjeżdżać, jeszcze zanim
zadrwił z nich w towarzyskim meczu jakiś chłopaczek. I z pewnością nie
było im w smak nadal przebywać w tym miejscu. Zjawili się w Portugalii
tylko przez grzeczność. United i Sporting przed wielu laty podpisały
porozumienie o współpracy między klubami, którego celem było
zacieśnienie współpracy, jednak jego istota polegała na umożliwieniu
stronie angielskiej, o wiele potężniejszej, położenia łapy na każdym
zawodniku pojawiającym się w portugalskim systemie młodzieżowego
futbolu. Zatem kiedy Sporting poprosił United o uświetnienie swoją
obecnością ceremonii otwarcia nowego Estádio José Alvalede, spełnienie
tej prośby wydawało się sensownym posunięciem. Całe wydarzenie
zaplanowane było jako wielki benefis Sportingu - Portugalczycy w przerwie zmienili nawet stroje z tradycyjnych zielono-białych, jakich
używali na własnym stadionie, na złote, używane w meczach wyjazdowych.
Piłkarze United prawie nie zauważyli tej zmiany garderoby, gdyż nie
mieli większego pojęcia, przeciwko komu tak naprawdę grają.
Czterdzieści pięć minut później dostrzegali już przynajmniej jednego z przeciwników. Najstarsi z nich naciskali po meczu Fergusona, żeby jak
najszybciej podpisał kontrakt z dzieciakiem, który tego wieczoru tak ich pognębił.
- Musimy go mieć, szefie.
Nie zdawali sobie sprawy, że działania w tym kierunku zostały
zainicjowane i właściwie wszyscy zgromadzeni w pomieszczeniach klubowych
Sportingu debatują teraz nad najbliższą przyszłością Ronaldo.
- Po zakończeniu meczu - mówi Pinto - wiedzieliśmy już, że chłopak
prawdopodobnie przyjedzie do Manchesteru. Właściwie o niczym innym się
nie mówiło.
Poza szatnią Sportingu trzej inni mężczyźni obecni na stadionie: Alex
Ferguson, agent o nazwisku Jorge Mendes, no i sam Cristiano, dokładnie
wiedzieli, co się jeszcze wydarzy tego wieczoru. W całej Europie każdy,
kto mniej lub bardziej interesował się futbolem, miał swoje przeczucia.
Zadziwieni piłkarze United byli zapewne pierwszymi nie-Portugalczykami,
którzy przekonali się na własnej skórze, co ten chłopak potrafi, choć
zapewne ostatnimi, którzy poznali jego nazwisko.
Latem 2003 roku już wszyscy rozpoznawali je bezbłędnie.
____________________
Historia piłkarska Cristiano Ronaldo odpowiada mniej więcej przygodom
Petera Parkera ugryzionego przez radioaktywnego pająka. Po pewnym czasie
każdy już znał opowieść o nieznanym dzieciaku, który pogrążył Manchester
United i przeniósł się do najsłynniejszego klubu na świecie.
Prawda jest jednak całkiem inna. Nadzwyczajne umiejętności Ronaldo
wykluwały się przez długie lata, chociaż już w futbolu portugalskim był
porównywany do największych piłkarzy. Dzieciaki z akademii Sportingu
obwołały go Kluivertem ze względu na smukłą sylwetkę i umiejętności
techniczne przypominające te, które demonstrował sławny napastnik z Holandii. Menedżer FC Porto porównał go do innego holenderskiego łowcy
bramek.
- Kiedy zobaczyłem, jak gra, powiedziałem swojemu asystentowi: "Oto jest
syn Marco van Bastena" - opowiada José Mourinho. - Wtedy nawet nie
znałem jego prawdziwego nazwiska.
Sława Ronaldo rosła tak szybko, że dotarła do byłego sprzedawcy kaset
wideo, który starał się znaleźć w futbolu własne miejsce. Jorge Mendes
właśnie zaczynał karierę agenta piłkarskiego. Wkrótce Cristiano Ronaldo
stał się jego najważniejszym klientem.
Mendes był na początku XXI wieku stosunkowo nowym człowiekiem w branży
futbolowej, jednak zaczynał już pojmować jej najważniejsze aspekty. Nie
czekał, aż kluby, chętne kupować zawodników, zjawią się u niego z ofertą
- wolał z wyprzedzeniem umawiać się ze sprzedającymi i podejmować na
rynku kreatywne działania. Pod koniec 2002 roku poinformował głównego
menedżera Sportingu Lizbona Carlosa Freitasa, że Cristiano, któremu do
końca kontraktu z klubem pozostało osiemnaście miesięcy, nie odnowi go.
Był to najwłaściwszy moment, aby dać sygnał potencjalnym kupcom, że
Cristiano jest dla nich dostępny.
Mendes nie mógł tego lepiej rozegrać. Wiedział, że mnóstwo czołowych
klubów europejskich uważnie przygląda się Ronaldo - i że wśród nich
większość opływa w gotówkę i gra w Premier League. Wzorujące się na
Manchesterze United i unoszące się na nowej fali przychodów z praw
telewizyjnych i reklam, angielskie zespoły stawały się najpotężniejszymi
w Europie, kończąc supremację Włochów, która trwała ponad dekadę.
Cristiano zapragnął znaleźć się w szeregach Arsenalu. Oczyma wyobraźni
widziano go już na treningach w północnym Londynie, zatem wiceprezes
klubu David Dein poleciał z ofertą do Portugalii. Węszyło Newcastle
United, któremu rok wcześniej udało się kupić od Sportingu zawodnika o nazwisku Hugo Viana. Uważnie przypatrywał mu się Liverpool i także
wykonał swój ruch, chociaż w skrytości obawiano się, że kibice źle
przyjmą zakup kolejnego młodego i obiecującego zawodnika w sytuacji, gdy
najwyższym celem klubu było wówczas zdobycie europejskiego trofeum.
Nawet Everton, drugi ze sławnych klubów Liverpoolu, wiedział o Ronaldo.
Klub miał szansę kupić go w 2002 roku za 2 miliony funtów, jednak
ostatecznie zadowolił się niesfornym nastolatkiem, chłopakiem o nazwisku
Wayne Rooney.
Był taki czas, kiedy Mendes i Sporting prawie dogadali się w sprawie
przeniesienia Ronaldo do włoskiego Juventusu - za gotówkę plus wymiana
na innego zawodnika (z Turynu do Lizbony). Jednak do porozumienia nie
doszło, ponieważ chilijski napastnik Marcelo Salas odmówił. Taki sam
problem pojawił się, kiedy Sporting złożył propozycję francuskiemu
Olympique Lyon, ponieważ do Portugalii nie chciał się przeprowadzić
zawodnik o fryzurze czeskiego piłkarza, francuski napastnik Tony
Vairelles. Mendes rozmawiał w Lizbonie także z dyrektorem Realu Madryt
Ramonem Martinezem, ale i te rozmowy nie przyniosły pożądanego skutku.
Najbardziej lukratywna oferta przyszła z włoskiej Parmy, która
zaproponowała kilka milionów Sportingowi, wzmacniając ją ponętną wizją
dodatkowych 4 milionów euro osobiście dla Mendesa i kolejnych czterech
dla Cristiano.
Ale póki co pieniądze nie były najważniejszą kwestią. Miał na to jeszcze
przyjść czas - na wielki dom, na zegarek firmy Jacob & Co. z czterema setkami diamentów, na bugatti, kolejne bugatti i na domową
komorę do krioterapii.
Mendes wiedział, że to, czego potrzebuje Ronaldo, znacznie trudniej jest
zdobyć niż pieniądze. On potrzebował spokoju i czasu na rozwój.
____________________
Tym, czego Cristiano Ronaldo dos Santos Aveiro pragnął od czasu, kiedy
nauczył się chodzić, było granie w piłkę w każdej możliwej chwili.
Jako dzieciak dorastający na Maderze, nieforemnej wyspie wulkanicznej
pośrodku Oceanu Atlantyckiego, Ronaldo już w wieku trzech lat otrzymał w bożonarodzeniowym prezencie piłkę nożną. Przez kolejnych dziewięć lat,
jakie spędził na wyspie, praktycznie nie widywano go bez futbolówki.
Zabierał ją ze sobą dosłownie wszędzie. Zazwyczaj towarzyszyła mu w drodze do szkoły, ale była też przy nim w takie dni, kiedy nie wybierał
się do szkoły, lecz grał ze starszymi chłopcami na wąskiej ulicy za
domem rodzinnym. Zabierał ją ze sobą do kościoła, na posiłki, a nawet do
łóżka w małym pokoju, który dzielił ze starszym bratem i dwiema
siostrami.
Takie zachowanie można uznać za standardowe dla pochłoniętych pasją gry
w piłkę dzieciaków na całym świecie, i za standardową opowieść o piłkarskich początkach każdego zawodnika, który wybił się na wyżyny.
Jednak ten przypadek wyróżnia na tle innych skalista wyspa wulkaniczna
położona pośrodku Oceanu Atlantyckiego. Usytuowana w odległości około
tysiąca kilometrów od Portugalii kontynentalnej, położona bliżej Afryki
niż Europy, Madera jest wyspą o wielu zaletach, a zalicza się do nich
umiarkowany klimat, egzotyczna flora i urokliwy port, w którym część
miesiąca miodowego spędziła była premier Wielkiej Brytanii Margaret
Thatcher. Jednak wszystkie drogi są tutaj nietypowe - strome, nierówne i fragmentami biegnące skrajem klifu. Na krętych, zdradzieckich ulicach
Cristiano Ronaldo doskonalił sztukę kopania piłki, a jeśli jego wczesne
lata mogą nas czegoś nauczyć, to tego, że nic tak nie kształtuje
umiejętności panowania nad piłką nożną jak świadomość, że nieostrożne
trącenie jej stopą może skończyć się nawet trzykilometrową pogonią w dół
stromego zbocza. Już w wieku sześciu lat Ronaldo operował piłką tak
doskonale, że wieczorami dorośli przychodzili pod dom chłopaka i podziwiali jego sztuczki.
- Piłka właściwie nie miała prawa spaść mu na ziemię - powiedział
sąsiad, który mieszkał naprzeciwko. - Można było odnieść wrażenie, że ma
ją przywiązaną do nogi.
Kiedy w wieku siedmiu lat został członkiem miejscowego klubu
piłkarskiego, inne dzieci poszły w jego ślady. Nie minęło wiele czasu, a mały Ronaldo wywołał spore zamieszanie w niewielkim, półprofesjonalnym
zespole piłkarskim, noszącym nazwę Andorinha. Osadzona wysoko na
wzgórzach Madery, nieustannie na piątym poziomie rozgrywek futbolu
portugalskiego, CF Andorinha posiadała niewiele poza rozlatującym się
budynkiem klubowym, kilkoma małymi boiskami pełnymi dziur i niewielką
kawiarnią. Jednak ojciec Ronaldo, José Dinis Aveiro, pracował tam jako
menedżer do spraw sprzętu sportowego, co wyjaśnia, dlaczego
najsławniejszy piłkarz w historii Portugalii rozpoczął karierę w klubie
tak mało znanym, że nie słyszała o nim nawet większość ludzi na Maderze.
Z Ronaldo w składzie Andorinha wkrótce przestała być anonimowa. Pogłoski
o jego talencie szybko znalazły drogę do innych klubów na wyspie. W 1993
roku formalnie zainteresowało się nim CS Marítimo, proponując wykupienie
go za pięćdziesiąt tysięcy escudo (mniej więcej trzysta dolarów) do
swojej drużyny dzieciaków. Była to dość niska kwota, chociaż większość
mieszkańców Madery mogła tylko marzyć o miesięcznych zarobkach w tej
wysokości. Propozycję natychmiast odrzucono: szefowie Andorinhy
doskonale wiedzieli, że mają w rękach rzadki talent. Nie zamierzali
pozbywać się Ronaldo, dopóki nie otrzymają naprawdę atrakcyjnej oferty,
znacznie pełniej odzwierciedlającej jego ogromny potencjał. I taka
oferta nadeszła już w następnym roku, a złożył ją CD Nacional, czyli
główny rywal Marítimo. Była znacznie cenniejsza dla takiego klubu jak
Andorinha, i osobiście dla Dinisa Aveiro jako jego kierownika,
bezustannie borykającego się z niedostatkami w wyposażeniu. Latem 1994
roku Ronaldo przeszedł do Nacionalu w zamian za nowy sprzęt meczowy i treningowy, który mógł wystarczyć klubowi nawet na dwa lata.
Przenosiny do Nacionalu stanowiły ważny krok w rozwoju sportowym
chłopca. W nowym klubie były lepsze obiekty, lepsi trenerzy i lepsi
zawodnicy. Rezultaty osiągał jednak dokładnie takie same. Mecze i treningi polegały głównie na tym, że Ronaldo biegał z piłką, a partnerzy
i przeciwnicy nie byli w stanie mu jej odebrać. Częściowo wynikało to z jego nadzwyczajnych umiejętności, a częściowo z jego nowego zwyczaju
polegającego na cofaniu się aż na własną połowę boiska, przyjmowaniu
podania, a następnie na próbie przedryblowania wszystkich przeciwników i zakończenia akcji strzałem na bramkę.
- Koledzy z drużyny prosili mnie, żebym podawał im piłkę, jednak nigdy
nie dostrzegałem nikogo, który byłby gotowy dobrze ją przyjąć - mówił
Ronaldo. - Widziałem tylko piłkę.
Odebranie futbolówki Ronaldo było nie tylko prawie że niemożliwe, lecz
także wysoce niewskazane. W rzadkich przypadkach, kiedy ją tracił, i w jeszcze rzadszych, gdy jego drużyna przegrywała mecz, wybuchał rzewnymi
łzami. Bywało, że ryczał jeszcze przez długie godziny po końcowym
gwizdku.
- Nawet jeżeli jego zespół zwyciężył, ale Ronaldo uważał, że on sam
zagrał słabo, też płakał - twierdzi Pedro Talhinas, trener zespołu
dzieci w Nacional. - Nie potrafił przejść do porządku dziennego nad
żadnym niepowodzeniem.
Szczęśliwie niepowodzenia zdarzały się Cristiano Ronaldo niezbyt często.
W ciągu roku poprowadził Nacional do tytułu mistrza regionu, co stało
się okazją do świętowania dla wszystkich, z wyjątkiem trenerów Nacional.
Byli zrezygnowani i w pełni świadomi, że Ronaldo wkrótce opuści klub.
Chłopak, który pierwszą piłkę otrzymał na Boże Narodzenie, bez wątpienia
był namaszczony przez Boga.
- Wiedzieliśmy, że zbliża się koniec - powiedział Talhinas. - Piłkarze
takiego formatu nie pozostają długo na Maderze.
____________________
Wszystkie dzieci z Portugalii, które kiedykolwiek marzyły i marzą o karierze zawodowego piłkarza, nieodmiennie wiążą swoje nadzieje z trzema
wielkimi klubami: Benficą, Porto albo Sportingiem. Kluby te, znane jako
Os Tr?s Grandes, czyli Wielkie Drzewo, wywalczyły niemal wszystkie
krajowe mistrzostwa - z wyjątkiem dwóch - w osiemdziesięciosiedmioletniej historii profesjonalnej piłki nożnej w Portugalii.
Jednak tytuły mistrzowskie to tylko część większej historii. Ponieważ
Wielkie Drzewo zdobyło wyłączność na tytuły, ma także ułatwiony dostęp
do młodych talentów piłkarskich w całym kraju. Niemal każdy godny uwagi
piłkarz portugalski, jaki biegał po boiskach w ciągu minionych
czterdziestu lat, jest wychowankiem akademii jednego z tych trzech
klubów, a ich rywalizacja w pozyskiwaniu najlepszych młodych talentów
jest zażarta jak w żadnym innym miejscu na ziemi. A to dlatego, że walka
o talenty zawiera w sobie zarówno element ekonomiczny, jak i sportowy. W Portugalii, gdzie pieniądze od telewizji oraz od sponsorów są znacznie
mniejsze niż w innych ligach europejskich, nawet takie organizmy jak
Porto czy Benfica nie mogą pozwolić sobie na astronomiczne opłaty
transferowe i wynagrodzenia, którymi mogliby kusić największe gwiazdy z zagranicy. Drużyny składają się zwykle z zawodników krajowych,
zwerbowanych do klubów już w wieku dziewięciu lat, wychowywanych
przeważnie w bursach i stopniowo kształtowanych na zawodowych piłkarzy.
W wieku siedemnastu lat ci najlepsi wstępują na skróconą ścieżkę
prowadzącą do zespołów klubowych Wielkiego Drzewa, a ci trochę słabsi
zachęcani są do podpisywania kontraktów z piętnastoma innymi klubami
Primeira Liga. Świadomość istnienia takiego zjawiska pozwala lepiej
zrozumieć, dlaczego to kluby Os Tr?s Grandes co roku zgarniają krajowy
tytuł.
Ta ogromna koncentracja na rozwoju młodzieży oznacza, że jest ona
najbardziej powszechnym portugalskim towarem eksportowym. Kiedy
najbogatsze kluby z Europy wyruszają na poszukiwania nowych wielkich
gwiazd, nieodmiennie kierują swoje kroki do Portugalii, oczywiście mając
na uwadze kluby Wielkiego Drzewa. Dla młodych portugalskich piłkarzy
Wielkie Drzewo nie tylko jest szansą na sławę i chwałę w Primeira Liga.
Jest przede wszystkim bramą do najlepszych lig Europy oraz kariery i bogactwa.
Nie było więc cienia wątpliwości, że Cristiano Ronaldo znajdzie w końcu
drogę do jednego z klubów Wielkiego Drzewa. W powietrzu wisiało tylko
pytanie, który z nich dotrze do niego jako pierwszy.
Aurélio Pereira, weteran i jeden z najbardziej doświadczonych skautów,
wiedział już o jego istnieniu. Niemal przez całe dorosłe życie Aurélio
przemierzał Portugalię wzdłuż i wszerz z zadaniem ściągania najbardziej
obiecujących dzieciaków do Sportingu. Wiosną 1997 roku jego misja
zaowocowała spektakularnym sukcesem. Chociaż na boisku Sporting znów
ukończył rozgrywki ligowe za plecami pozostałych klubów Wielkiego Drzewa
- nie zdobył tytułu mistrzowskiego już od piętnastu lat - to przeżywał
złotą erę pod względem rozwoju młodzieży klubowej.
Było to niemal w całości zasługą Pereiry, spokojnego, bystrego mężczyzny
o gęstych brwiach, obfitych wąsach i szybko rzednących włosach. Jako
trener akademii Sportingu Pereira osobiście ściągnął do klubu
najbardziej utalentowanych młodzieńców, jakich posiadała Portugalia. Pod
jego czujnym okiem w klubie rozwijali się Paulo Futre i Luís Figo,
stopniowo osiągając status zawodników klasy światowej. Także Jorge
Cadete, Luís Boa Morte i Sim?o Sabrosa znaleźli się wśród innych
dzieciaków, których do klubu sprowadził Pereira (później stali się
podstawowymi zawodnikami piłkarskiej reprezentacji Portugalii). W 1991
roku, kiedy Portugalia po raz drugi z rzędu zdobyła tytuł młodzieżowego
mistrza świata, zespół składał się głównie z zawodników Sportingu. Ze
Sportingu pochodził między innymi uznany za najlepszego zawodnika
turnieju Emílio Peixe. Pereira natrafił na niego, kiedy chłopak miał
dziewięć lat.
Umiejętności samego Pereiry dostrzeżono wtedy, gdy był on
czternastoletnim zawodnikiem jednego z zespołów Sportingu. Pierwszą
osobą, która zorientowała się, że Aurélio Pereira nigdy nie zostanie
piłkarzem z najwyższej półki, był sam Aurélio Pereira. Jednak wiele lat
później tenże Aurélio nie potrafił wyjaśnić, jak to się dzieje, że
obserwując zgraję młokosów uganiających się za piłką, potrafi niemal
natychmiast oddzielić brylant od reszty zwykłych szkiełek. Często
decydował o tym drobny szczegół, jakiego nie zauważali inni skauci - na
przykład sposób, w jaki chłopiec układa ciało, przyjmując podanie, albo
jak biega po boisku. Pereira stwierdził kiedyś, że rozpoznał gwiazdorski
potencjał dwunastoletniego Figo po tym, w jaki sposób ten wiązał buty.
Chociaż w jego kraju zarejestrowanych było ponad 100 tysięcy piłkarzy,
Pereira miał pewność, że potrafi bezbłędnie zidentyfikować najlepszego
spośród nich. Za nadmierne wyzwanie uważał jedynie konieczność
przejechania aż tylu kilometrów, żeby móc rzucić okiem na wszystkich,
mając do dyspozycji wyłącznie jedynego współpracownika, którego mu
przydzielono, kiedy w Sportingu stanął na czele utworzonego w 1987 roku
Departamentu Naboru i Szkolenia Młodzieży. Postąpił więc tak, jak czyni
każdy szef, który dysponuje zbyt małymi zasobami ludzkimi i zarazem
ogromem pracy. Wynajął ludzi z zewnątrz.
Wkrótce po objęciu nowego stanowiska Pereira napisał list do każdego z 90 tysięcy członków Sportingu, zwanych socios, prosząc ich o rekomendacje dla najbardziej rzucających się w oczy młodych piłkarzy,
uprawiających futbol w najbliższej okolicy od swojego miejsca
zamieszkania. Wystosowanie takiego zapytania okazało się genialnym
posunięciem. Pismo nawiązywało do głębokiego przekonania każdego kibica
piłki nożnej o posiadaniu naturalnego daru rozpoznawania futbolowych
talentów. Już w ciągu kilku dni Pereira otrzymał mnóstwo odpowiedzi.
Przez kilka tygodni on i jego ogromnie przepracowany asystent zbierali i systematyzowali zgłoszenia, kategoryzując je pod kątem wieku młodych
piłkarzy i ich adresów. W ciągu kilku miesięcy Pereira zgromadził
najbardziej aktualną bazę danych o młodych talentach piłki
portugalskiej, jaka kiedykolwiek powstała.
Coś, co wyglądało jak wymuszona improwizacja, szybko stało się źródłem
bezcennych informacji. W ciągu kolejnych dziesięciu lat sieć domorosłych
skautów Pereiry przeobraziła się w system, który objął zasięgiem cały
kraj. Socios zwracali uwagę Pereiry na najlepszych piłkarzy ze swoich
regionów, a on ściągał najzdolniejszych spośród nich do Sportingu.
Żadnej rekomendacji nie lekceważono jako zbyt niejasnej czy zbyt
powierzchownej. Pereira odbył kiedyś pięćsetkilometrową wyprawę do
górskiego miasteczka Bragança, położonego przy północno-wschodnim
odcinku granicy z Hiszpanią tylko po to, żeby obejrzeć jakiegoś młodego
zawodnika. Na podjęcie decyzji, czy chłopak nadaje się do wielkiej
piłki, wystarczyły mu trzy minuty. W poszukiwaniach potencjalnych gwiazd
nigdy nie żałował czasu.
____________________
Aurélio Pereira nie miał zatem żadnych oporów przed odebraniem w pewne
zimne lutowe popołudnie telefonu od kogoś, kto twierdził, że ma dla
niego bardzo ważną informację. Tą osobą był Jo?o Marques de Freitas,
zaprzysięgły kibic Sportingu, który mieszkał w odległości aż tysiąca
kilometrów od Lizbony, na Maderze.
- Mestre Aurélio, mam dla pana piłkarza - powiedział de Freitas. -
Chodzi o dzieciaka, który uchodzi za wielki talent.
Pereira otrzymywał każdego tygodnia dziesiątki takich wiadomości, a jednak każdej wysłuchiwał z należytą uwagą. Akademia młodzieżowa
Sportingu okazała się na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat doskonałym
pomysłem, ale też pomysłem bardzo drogim. Młodzi piłkarze wymagali
najlepszych warunków do trenowania, a bezustanne poprawianie bazy
treningowej i nawierzchni boisk prowadziło do sytuacji, że funkcjonowanie akademii kosztowało w każdym
sezonie ponad milion dolarów. Pereira zdawał sobie sprawę, że nie może
ignorować jakichkolwiek informacji o potencjalnych talentach. Poza tym
skoro do niego dotarł cynk o chłopaku z odległej Madery, po niedługim
czasie taki sam cynk prawdopodobnie dotrze również do Benfiki i Porto.
- Ile chłopak ma lat?
- Jedenaście. - Pereira zrobił krzywą minę. - Bardzo młody.
- I jest mały, a do tego chudy i kruchy - dodał de Freitas.
Postura chłopaka nie była dla Pereiry zmartwieniem. W gruncie rzeczy im
był drobniejszy, tym lepiej. W takim wieku większe dzieciaki wybijają
się głównie dzięki przewadze fizycznej, a Pereira wolał ściągać takich
chłopców, którzy nie byli jeszcze rozwinięci pod względem fizycznym. Ich
umiejętności miały wypływać niezależnie od rozwoju postury młodych
piłkarzy. Znacznie większym problemem było miejsce zamieszkania
dzieciaka. Pereira bardzo ostrożnie podchodził do tych z Madery. Już
wielokrotnie zdarzało się, że zmiana warunków życia okazywała się dla
nich zbyt trudna, zwłaszcza spora odległość od domu. Kiedy pojawiały się
pierwsze problemy, takie dzieci uciekały z powrotem na swoją wyspę
położoną pośrodku Atlantyku.
- Związał się z Nacional - kontynuował de Freitas. - Trenerzy mówią, że
jest piekielnie dobry.
Pereira zamilkł. Kiedy padło słowo "Nacional", nieznacznie się
uśmiechnął. Klub z Madery był winien Sportingowi około 20 tysięcy euro
po ściągnięciu z Lizbony na Maderę obrońcy o nazwisku Franco -
młodzieńca, którego Pereira sprowadził do klubu jako nastolatka niemal
dziesięć lat wcześniej. Zaczął roztrząsać w głowie argumenty za i przeciw. Może kluby zdołałyby osiągnąć porozumienie w sprawie długu,
gdyby dzieciak okazał się tak dobry, jak o nim mówili.
Pereira zgodził się, choć niezbyt chętnie. Powiedział de Freitasowi, że
wyśle skauta z "armii Pereiry", żeby przypatrzył się chłopakowi. Jeżeli
dzieciak okaże się tego wart, zostanie ściągnięty do Lizbony na krótkie
testy, a jeśli sprawy potoczą się tak jak zazwyczaj, najpóźniej po dwóch
dniach Cristiano Ronaldo wróci na Maderę. Wtedy Sporting poniósłby
jedynie koszt ceny jego biletu lotniczego.
Aurélio Pereira nie potrzebował długiego czasu, aby uznać, że Cristiano
Ronaldo ma zadatki na wielkiego piłkarza, i wcale nie świadczył o tym
sposób, w jaki chłopak wiązał buty.
Drugiego dnia testów Pereira wyszedł z biura i udał się na boiska
treningowe położone niedaleko klubowego stadionu Alavade, żeby osobiście
przyjrzeć się chłopakowi. Natychmiast dostrzegł, że Ronaldo dysponuje
doskonałą techniką piłkarską. Potrafił kopać piłkę obiema nogami i był
doskonale zbudowany. Pereira zauważył też, że chłopak porusza się z piłką bardzo szybko, tak jakby była ona przedłużeniem jego ciała. Nie
uszło jego uwadze również to, że Ronaldo równocześnie doskonale widzi,
co robią na boisku pozostali chłopcy. Wskazywał im, gdzie powinni biec i dokąd podać piłkę - zazwyczaj prosto do jego nogi. Pereira pomyślał, że
chłopak uczy swoich kolegów gry w piłkę nożną. Przy tym niczego się nie
boi, żadna sytuacja na boisku nie wytrąca go z równowagi. Jest po prostu
zaprzeczeniem nieśmiałych introwertyków z Madery, którzy wcześniej
pojawiali się w Sportingu na testach.
Pereira zawsze mawiał, że istnieją dobrzy piłkarze, wielcy piłkarze i czyste talenty. Dzięki poprawnemu treningowi i ukształtowaniu poprawnej
postawy dobrego piłkarza można zmienić w wielkiego piłkarza. Jednak
żadne treningi nie przemienią wielkiego piłkarza w czysty talent. Taka
przemiana wymaga czegoś więcej - ogromnej siły charakteru i wewnętrznej
pewności siebie. Wymaga charyzmy. Pereira obserwował Ronaldo w taki
sposób, w jaki podziwia się idola z popołudniowego seansu telewizyjnego.
Nie po raz ostatni gromadka chłopaków, których Cristiano Ronaldo właśnie
upokorzył, zaczęła prawie natychmiast namawiać trenera, żeby go przyjął
do drużyny.
- Starsi koledzy po prostu koniecznie chcieli z nim grać - wspominał
Pereira. - To było nadzwyczajne, nigdy się z czymś takim nie spotkałem.
Wieczorem napisał do szefów Sportingu notatkę z sugestią, żeby
koniecznie przyjęli Cristiano do klubu, nawet gdyby miało to oznaczać
konieczność całkowitego anulowania długu Nacionalu. Wiedział, że jest to
prośba o charakterze dotąd niespotykanym. Sporting nie miał w zwyczaju
płacić za transfery dzieciaków ze szkół podstawowych, a już na pewno nie
mogły wchodzić w grę opłaty sięgające dziesiątków tysięcy euro.
Pereira jednak nalegał.
"Może wydawać się absurdem przeznaczenie tak dużych pieniędzy na
dwunastoletniego chłopaka, ale on ma nadzwyczajny talent", napisał
Pereira. "Niech ta decyzja oznacza poważną inwestycję w przyszłość
klubu".
Dwa dni później Pereira otrzymał informację, że jego propozycja została
zaakceptowana, a od dyrektora finansowego klubu usłyszał, że jest
zwykłym szaleńcem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki