Miasto burz. Komisarz Bruno Kowalski. Tom 2 - Michał Śmielak

Kup ebooka

52.90 zł
42.32 zł (31,74 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRO­LOG

Śmierć wy­ło­niła się zza ho­ry­zontu, czła­piąc po­kracz­nie na swych czar­nych skłę­bio­nych łap­skach. Ciemne ciel­sko bu­rzy prze­su­wało się wzdłuż li­nii Wi­sły, ba­da­jąc ostroż­nie te­ren zyg­za­kami bły­ska­wic, ni­czym jasz­czurka wy­sta­wia­jąca na uła­mek se­kundy swój ję­zor. Nie miała się czego bać, mo­gła su­nąć spo­koj­nie, by za­le­wać po­dwórka stru­mie­niami wody, ła­mać po­ry­wami wia­tru stu­let­nie drzewa i spusz­czać karę bo­ską ogni­stymi pio­ru­nami na bez­bron­nych lu­dzi.

Jed­nak było w tym piękno, bo w znisz­cze­niu za­wsze jest coś, co czło­wieka urzeka. To dla­tego kie­rowcy zwal­niają, aby przyj­rzeć się wy­pad­kom sa­mo­cho­do­wym, lu­dzie wy­bie­rają się na wały prze­ciw­po­wo­dziowe, aby przy­glą­dać się za­la­nym do­mom, ga­pie tło­czą się przed spa­lo­nymi bu­dyn­kami, tu­ry­ści zwie­dzają obóz w Au­schwitz. Lu­bimy by­wać w miej­scach, które od­wie­dziła Śmierć. Tak jak nasz nos chwyta z lu­bo­ścią za­pach słod­kich per­fum po są­siadce, która prze­szła przed nami klatką scho­dową, tak ja­kiś nie­na­zwany zmysł łap­czy­wie i bez­wstyd­nie chce wchło­nąć ulotne wspo­mnie­nie tra­ge­dii, które po­zo­sta­wia po so­bie ko­stu­cha.

Ale w to miej­sce do­piero przy­by­wała nie­siona wierz­chow­cem utka­nym z wody i gradu, czerni chmur, wy­cia wi­chru, bla­sku bły­ska­wic i grzmotu gro­mów. Ostrze­gała, za­po­wia­dała swe przyj­ście, zwia­sto­wała znisz­cze­nie. Stro­szyła sierść, ob­na­żała kły i war­czała.

Pa­weł nie czuł stra­chu mimo tej ma­ni­fe­sta­cji sił na­tury, przed któ­rymi czło­wiek mu­siał się uko­rzyć. Czuł pod­nie­ce­nie! Po­pra­wił apa­rat za­pięty na sta­ty­wie, po raz setny spraw­dza­jąc kadr, i zer­k­nął na sto­jący obok ta­blet, który da­wał mu wgląd w oko ka­mery drona wzno­szą­cego się wła­śnie w prze­stwo­rza. Taka bu­rza tra­fia się raz na kilka lat, a on bę­dzie miał ta­kie zdję­cia, że klę­kaj­cie na­rody. Od­ru­chowo zmru­żył oczy, gdy pierw­szy po­dmuch zim­nego wia­tru ude­rzył go w twarz. Na szczę­ście dron, któ­rym się po­słu­gi­wał, był bar­dzo wy­so­kiej klasy i wia­domo było, że po­ra­dzi so­bie z ta­kim wia­trem. Usta­wił ta­blet na ko­lej­nym sta­ty­wie i spraw­dził, czy jego za­bawka wciąż trzyma kurs na bu­rzę, ale za­pro­gra­mo­wana trasa była re­ali­zo­wana punkt po punk­cie. Od­wró­cił się do po­krow­ców skry­wa­ją­cych apa­raty i obiek­tywy, po czym wy­cią­gnął z błę­kit­nej torby ni­kona, któ­rym miał za­miar ro­bić zdję­cia z ręki.

Wzgó­rze Sa­lve Re­gina było ide­al­nym punk­tem do ła­pa­nia bu­rzy, lep­sze fo­to­gra­fie mógł zro­bić tylko z Pie­przó­wek, ale tam za­zwy­czaj byli lu­dzie, któ­rzy krę­cili się do­okoła, wcho­dzili przed obiek­tyw i ogól­nie rzecz uj­mu­jąc - prze­szka­dzali. Stąd bę­dzie miał per­fek­cyjny wi­dok.

Apa­rat na sta­ty­wie ro­bił fotkę co kilka se­kund, dzięki Ci, Pa­nie, za tak po­jemne karty pa­mięci. Na pewno coś się z tego wy­bie­rze. Naj­więk­sze na­dzieje jed­nak po­kła­dał w dro­nie, bo te zdję­cia naj­le­piej się kli­kały i sprze­da­wały. Sprzęt miał wbu­do­wane trzy ka­mery, a Pa­weł każdą usta­wił na inne pa­ra­me­try, więc nie było siły, żeby coś nie wy­szło. Spraw­dził ekran ta­bletu i wi­dział, jak chmura szkwa­łowa ob­le­piona bły­ska­wi­cami ro­śnie w oczach. Za­trzy­mał ma­szynę, bo za­częła się nie­bez­piecz­nie ki­wać, jed­nak po­dmu­chy wia­tru były dla niej zbyt silne. Le­piej, żeby bu­rza nie wy­grała z dro­nem za kil­ka­dzie­siąt ty­sięcy zło­tych, bo bę­dzie spła­cał go jesz­cze dwa lata, co ozna­czało ja­kieś dwa­dzie­ścia we­sel do ob­sko­cze­nia, a jak ma­wiał jego ko­lega: "kto pra­cuje na we­se­lach, ten już w cyrku się nie śmieje". Wy­co­fał nieco drona, zwięk­szył zoom na ka­me­rach i zo­sta­wił swój la­ta­jący sprzęt w za­wi­sie.

Zro­bił kilka prób­nych ujęć z ręki, po­pra­wił eks­po­zy­cję, po czym przyj­rzał się na­wał­nicy przez oko obiek­tywu. Błysk pio­runa go ośle­pił. Pa­weł od­rzu­cił apa­rat, który za­wisł na smy­czy do­cze­pio­nej do skó­rza­nych sze­lek, i prze­tarł oczy. Przez chwilę ni­czego nie wi­dział, ale po­woli za­czął od­zy­ski­wać ostrość. W tym sa­mym mo­men­cie wzgó­rzem wstrzą­snął po­tężny huk, który po­czuł na­wet w żo­łądku. Pio­run tra­fił w coś od­da­lo­nego od niego naj­wy­żej o ki­lo­metr, może w drzewo, bo nie wi­dział, aby co­kol­wiek się pa­liło.

Dziwna była ta bu­rza, zgod­nie z za­po­wie­dziami miała iść po tam­tej stro­nie Wi­sły, a wszy­scy wie­dzieli, że je­śli idzie po jed­nej stro­nie rzeki, to po dru­giej jest spo­koj­nie. Jak ma­wiano: "Wi­sła nie pu­ści". Ale wi­docz­nie pu­ściła.

Dwa ko­lejne ude­rze­nia pio­ru­nów wpra­wiły całe wzgó­rze w drga­nia, prze­sta­wił się na­wet apa­rat na sta­ty­wie. Cie­kawe, czy zdo­łał uchwy­cić któ­reś z nich, to by do­piero było coś. Po­pra­wił trój­nóg, po czym się­gnął po pa­ra­sol. Tego, że może po­pa­dać, to na­wet się spo­dzie­wał, miał na tę oko­licz­ność spe­cjalny wy­trzy­mały pa­ra­sol, pod któ­rym mógł scho­wać sie­bie i sprzęt. Do­piął su­wak kurtki, za­rzu­cił na głowę kap­tur.

Bu­rza tylko z da­leka wy­da­wała się po­wolna i nie­mrawa; gdy zbli­żyła się do San­do­mie­rza, za­czy­nała po­ka­zy­wać swe dzi­kie ob­li­cze. Czarne, białe, szare i nie­bie­skie chmury ko­tło­wały się ni­czym stado sło­wiań­skich de­mo­nów za­chę­ca­nych przez Pe­runa do sia­nia znisz­cze­nia. Nic dziw­nego, że nie­gdyś lu­dzie wi­dzieli w nad­cią­ga­ją­cej na­wał­nicy dia­bły i cza­row­nice, które śmi­gały w po­dmu­chach dia­bel­skiego ży­wiołu, spro­wa­dza­jąc na bo­go­bojny lud wszystko, co złe. Bu­rza kła­dła zboże w po­lach, za­le­wała uprawy, pod­pa­lała chaty. Drżyj, człe­cze, gdyż los twój nie­pewny, a twe ży­cie, ni­czym trzcina na wie­trze, nie prze­ciw­stawi się si­łom na­tury.

To, co Pa­weł wi­dział wła­śnie na nie­bie, za­wie­szone ni­sko nad do­mami, za­po­wia­dano od kilku dni. Ostrze­że­nia RCB na­ka­zy­wały po­zo­sta­nie w do­mach, a wal­czące o po­pu­lar­ność por­tale róż­no­ra­kich łow­ców burz prze­ści­gały się w sce­na­riu­szach tego, co zgo­tuje za­ła­ma­nie po­gody. Jed­nak do­piero tu­taj, na za­la­nym jesz­cze pół go­dziny temu przez lip­cowe słońce wzgó­rzu, zro­zu­miał, co nad­ciąga. Chyba trzeba było się ewa­ku­ować, bo bu­rza za nic miała za­sady re­spek­to­wane przez jej po­przed­niczki i szła okra­kiem nad Wi­słą, do­ty­ka­jąc oby­dwa jej brzegi znisz­cze­niem sku­mu­lo­wa­nym w czar­nych kłę­bach. Pio­run wal­nął po­now­nie tuż obok Sa­lvy z trza­skiem tak nie­przy­jem­nym, jakby wła­śnie ko­muś obok zła­mano wszyst­kie ko­ści jed­no­cze­śnie.

Apa­rat wy­lą­do­wał w po­krowcu, po nim przy­szedł czas na po­tęż­nego ni­kona osa­dzo­nego na sta­ty­wie. Na szczę­ście fo­to­graf ro­bił to ty­siąc razy, nie­jed­no­krot­nie po ciemku lub po kilku głęb­szych, więc szło nie­mal au­to­ma­tycz­nie. Kilka ru­chów pier­ście­niem mo­cu­ją­cym, zło­że­nie za­ci­sków i sprzęt wy­lą­do­wał w tor­bach. Po­zo­stał dron.

Wi­dok na ekra­nie ste­ru­ją­cym uspo­koił Pawła, sza­leń­cze po­rywy wia­tru ni­czego nie zro­biły ma­szy­nie, po każ­dym ta­kim ude­rze­niu po­wie­trza dron wra­cał na za­pro­gra­mo­wany kurs i da­lej na­gry­wał. Cho­lera, a było co na­gry­wać. Zda­wało się, że to nie chmury, ale ciel­sko po­tęż­nego węża prze­suwa się przed obiek­ty­wami, bły­ska­wice prze­ci­nały skoł­tu­nioną ciem­ność, two­rząc ilu­zję po­tęż­nych łu­sek, ca­łość su­nęła nie­śpiesz­nie, ni­czym py­ton do ni­czego nie­spo­dzie­wa­ją­cej się ofiary. Pa­weł pod­niósł jesz­cze drona, ob­ró­cił nim de­li­kat­nie, sta­ra­jąc się uchwy­cić cały front, i w końcu udało się. Biel przed czo­łem szkwału, gra­nat i czerń zę­bów nad­gry­za­ją­cych ko­lejne ki­lo­me­try czy­stego nieba, smugi desz­czu ni­czym sierść po­twora. Zda­wało się, że za chwilę na­prawdę po­jawi się pasz­cza ol­brzy­miego smoka, zwia­stu­jąc ko­niec tego świata.

O grubą tka­ninę pa­ra­sola trzy­ma­nego mię­dzy po­licz­kiem a ra­mie­niem ude­rzyły cięż­kie kro­ple, naj­pierw nie­śpiesz­nie, jakby ktoś wsty­dli­wie pu­kał do drzwi, nie ma­jąc pew­no­ści, czy tra­fił pod do­bry ad­res, a po chwili mocno i na­tar­czy­wie, aż w końcu lu­nęło na ca­łego, co za­mie­niło po­je­dyn­cze ude­rze­nia w jed­no­stajny szum, a kilka se­kund póź­niej w huk.

Na ekra­nie pa­nelu ste­ru­ją­cego Pa­weł uj­rzał ka­mienny po­mnik z krzy­żem na szczy­cie, pod któ­rym stał. Dron wra­cał do niego ste­ro­wany ręcz­nie, lecz z każdą se­kundą ob­raz sza­rzał, strugi desz­czu za­brały całą wi­docz­ność. W końcu ekran prze­sło­nił błysk pio­runa i fo­to­graf zo­ba­czył coś, co nie­wielu lu­dzi na świe­cie ma oka­zję uj­rzeć na ekra­nie: swą wła­sną śmierć. Bły­ska­wica ude­rzyła w krzyż obok niego, koń­cząc se­sję zdję­ciową.

Pa­weł le­żał w bło­cie i wciąż ści­skał ta­blet słu­żący do ste­ro­wa­nia dro­nem. Sama ma­szyna prze­le­ciała kil­ka­na­ście me­trów nad nim, po­słuszna ostat­niej wy­da­nej ko­men­dzie na­ka­zu­ją­cej jej le­cieć na­przód.

Śmierć na­to­miast po­szła da­lej.

ROZ­DZIAŁ 1

ALERT RCB: Uwaga! Dziś (21.07) praw­do­po­dobne bu­rze, ulewny deszcz i silny wiatr. Moż­liwe pod­to­pie­nia. W trak­cie bu­rzy znajdź bez­pieczne schro­nie­nie.

1.

- Ale na­pier­dala - rzu­cił z po­dzi­wem ko­mi­sarz Ja­cek Kwarta, na­czel­nik san­do­mier­skiego wy­działu kry­mi­nal­nego, i na­chy­lił się nad kie­row­nicą służ­bo­wego opla, co jed­nak w ni­czym nie po­pra­wiło tego, co wi­dział za szybą.

- Nie lu­bię desz­czu - stwier­dził po­nuro jego pod­władny, ko­mi­sarz Bruno Ko­wal­ski, po czym od­chy­lił się na fo­telu pa­sa­żera i przy­mknął oczy.

- Deszcz po­trzebny jest.

- Moja ro­dzina nie ma sa­dów, jak dla mnie może nie pa­dać i rok.

- Osa, ja wiem, że je­steś nie w hu­mo­rze, ale sprawa jest po­ważna.

- Znasz ta­kie po­wie­dze­nie, że psa by nie wy­go­nił w taki deszcz? - za­py­tał Bruno. - No to cho­dzi w nim wła­śnie o nas, po­li­cjan­tów, bo zwie­rzę­cia to ża­den sa­dy­sta by w taką po­godę nie wy­pu­ścił z domu.

- Jak­kol­wiek to za­brzmi, my­śla­łem, że się ucie­szysz z mor­der­stwa, od po­nad pół roku mamy spo­kój, a po tej spra­wie z Wam­pi­rem to cho­dzi­łeś na­bu­zo­wany do marca, tylko nie bar­dzo było kogo ła­pać.

- Bła­gam cię, Ja­cek. - Bruno jesz­cze bar­dziej od­chy­lił fo­tel i na­su­nął czapkę z dasz­kiem na oczy. - Szwa­gier za­bił szwa­gra. Sam byś to roz­wią­zał.

- Roz­ru­szasz się, może doj­rzysz coś tym swoim ta­jem­nym zmy­słem, który ce­chuje naj­więk­szych śled­czych, kto wie.

- Oho. - Bruno się wy­pro­sto­wał. - Wy­czu­wam iro­nię. By­łeś na ja­kimś szko­le­niu z tego?

- Spier­da­laj - od­ciął się Kwarta.

Mimo le­ją­cych się z nieba strug desz­czu, z któ­rymi nie ra­dziły so­bie wy­cie­raczki na­wet na naj­szyb­szym try­bie pracy, udało się im do­strzec skręt w prawo z ulicy Kra­kow­skiej pro­wa­dzący na ulicę Krętą. Bruno był tu z raz czy dwa na spa­ce­rze z Ka­ro­liną, gdyż w tym miej­scu za­czy­nał się naj­mniej znany z san­do­mier­skich wą­wo­zów, Księ­cia Hen­ryka San­do­mier­skiego. Z ra­cji tego, że mało uczęsz­czany, był cał­kiem uro­kliwy. Skra­cali so­bie nim drogę głów­nie węd­ka­rze ja­dący nad Wi­słę z blo­ków zwa­nych ła­mań­cami.

Ulica Kręta mimo swej cie­ka­wej na­zwy była dość pro­sta i krótka. Wzdłuż wą­skiej as­fal­to­wej nitki stało kil­ka­na­ście dom­ków usta­wio­nych bez ja­kiejś głęb­szej kon­cep­cji, a jej ko­niec to­nął w dzi­kiej zie­leni, która skry­wała kilka sta­rych cha­łup. Wła­śnie do jed­nej z nich zo­stali we­zwani z in­for­ma­cją, że do­szło do uboju, czyli w żar­go­nie po­li­cyj­nym po pro­stu ktoś ko­goś za­mor­do­wał.

Brama na po­dwórko była stara i za­rdze­wiała, a po jej roz­chy­le­niu po­zo­stały na mo­krej ziemi dwa wa­chla­rzo­wate ślady. Na po­dwórku za­mie­nia­ją­cym się po­woli w jedną wielką ka­łużę stały trzy ra­dio­wozy i ka­retka.

- Kurwa, że­bym się tu nie za­ko­pał - sko­men­to­wał Kwarta, po czym prze­je­chał ostroż­nie bramę i za­par­ko­wał jak naj­bli­żej wej­ścia do domu.

Po­dwórko było za­mknięte bu­dyn­kami z trzech stron. Pa­trząc od bramy, po pra­wej stał nie­otyn­ko­wany dom skle­jony z dwóch róż­nych po­łó­wek, jed­nej z pu­sta­ków, a dru­giej z ce­gły. Na wprost wi­dzieli sto­dołę, a po le­wej coś, co może kie­dyś było chle­wem, a dziś chyba peł­niło funk­cję składu wszyst­kiego, co go­spo­da­rzowi nie było da­nej chwili nie­zbędne do ży­cia, czyli tak zwa­nych przy­dasi.

- Ale ru­dera - po­wie­dział Bruno i wci­snął moc­niej czapkę na głowę.

- By­wało się w gor­szych - od­po­wie­dział Kwarta, po czym od­wró­cił się i z tyl­nej ka­napy wziął pa­ra­sol.

Ko­wal­ski nie zwle­kał, tylko szybko wy­siadł i w kilku kro­kach prze­sko­czył do drzwi, w któ­rych cze­kał na niego już po­li­cjant w mun­du­rze. Wszystko trwało może z trzy se­kundy, ale czuł się, jakby w tym desz­czu zdo­był co naj­mniej Gie­wont. Naj­bar­dziej prze­mo­kły mu buty. Gdy wcho­dził do środka, gdzieś bli­sko strze­lił pio­run, wy­peł­nia­jąc oko­licę ogłu­sza­ją­cym ba­sem.

- Cześć, Osa - po­wi­tał go mun­du­rowy. - Ale bu­rza, nie?

- Co mamy? - za­py­tał Bruno, przy­glą­da­jąc się adi­da­som, z któ­rych ka­pała woda.

- Kłót­nia ro­dzinna - wy­ja­śnił po­li­cjant w stop­niu sier­żanta i ru­szył w głąb miesz­ka­nia. - Mamy jedno ciało i klienta, który chyba przy­znał się do winy.

- No to po ro­bo­cie - skwi­to­wał Bruno i zmarsz­czył nos, bo w domu śmier­działo stę­chli­zną, ta­nimi pa­pie­ro­sami i sma­żoną ce­bulą, co sta­no­wiło kiep­ską mie­szankę.

- Nie do końca.

- Dla­czego?

- Jest pro­blem z roz­py­ta­niem - oznaj­mił mun­du­rowy.

- Ktoś na­wiał?

- Nie wiemy.

- Na­je­bani?

- Jesz­cze nie.

- No to opo­wia­daj.

Po­li­cjant za­trzy­mał się na końcu ob­skur­nego ko­ry­ta­rza, który oświe­tlała goła ża­rówka zwie­szona na po­żół­kłym ka­blu, i spoj­rzał Bru­nowi w oczy.

- Klient nic nie mówi. - Roz­ło­żył ręce i wzru­szył ra­mio­nami.

- Kom­plet­nie nic?

- Jakby nie ro­zu­miał po pol­sku.

- A kto zgło­sił ubój?

- Nie wiemy, ale chyba jej tu nie ma, bo we­dług dys­po­zy­tora to ja­kaś młoda dziew­czyna, a w środku sie­dzi stary. W każ­dym ra­zie ko­bieta. Za­je­cha­li­śmy na miej­sce, sami ode­pchnę­li­śmy bramę, a po­tem we­szli­śmy do środka, nikt nam nie otwo­rzył. Na ta­kich li­ba­cjach to wiesz, za­wsze ktoś chce się szar­pać, krzyki, ktoś nas wy­ga­nia i tak da­lej, a tu klient sie­dzi jak nad trumną i nic nie mówi.

- Szar­pie się? - za­py­tał Bruno.

- Grzeczny jak dziecko. Tro­chę krwi na rę­kach, obok sie­kiera. Dał się skuć i sie­dzi.

- Do­bra, wcho­dzimy - za­rzą­dził Ko­wal­ski, bo zo­ba­czył, że do­łą­czył do nich Kwarta.

Po­kój, który pew­nie z dużą dozą do­brej woli można było na­zwać sa­lo­nem, był cał­kiem spory. Na jego środku stał okrą­gły stół, przy któ­rym sie­dział je­den czło­wiek, a wła­ści­wie to le­żał z głową na ta­le­rzu. Obok niego ktoś po­ło­żył za­krwa­wioną sie­kierę, jakby po pro­stu na­krył do obiadu i karta dań za­pla­no­wana przez ku­cha­rza obej­mo­wała także po­siłki, do któ­rych nie­zbędne bę­dzie jej uży­cie. Krew roz­le­wała się wo­kół ta­le­rzy z po­kro­joną w pla­stry wę­dliną, ogór­kiem ki­szo­nym, jaj­kami w ma­jo­ne­zie, chle­bem i sma­żoną kieł­basą z ce­bulą, któ­rej za­pach uno­sił się do­okoła. Obok kilka kie­lisz­ków oraz li­trowa bu­telka wódki Ba­czew­ski ja­sno in­for­mo­wały o cha­rak­te­rze spo­tka­nia, a Bruno w pierw­szym sko­ja­rze­niu przy­po­mniał so­bie drinki o na­zwie Wście­kły Pies, które lu­bili pić z żoną na wspól­nych rand­kach. Tak, dzie­sięć lat temu, gdy jesz­cze żyła, to był po­pu­larny szot. Gę­sty sok ma­li­nowy na dnie kie­liszka wy­glą­dał do­kład­nie jak plama za­krze­płej krwi na bia­łych ta­ler­zach.

Ja­kieś dwa me­try od stołu na fo­telu sie­dział męż­czy­zna z rę­kami sku­tymi kaj­dan­kami. Pil­no­wało go dwóch funk­cjo­na­riu­szy. Nie był spe­cjal­nie ro­sły, nie miał twa­rzy za­ka­piora po­zna­czo­nej bli­znami w nie­zli­czo­nych bój­kach al­ko­ho­lo­wych, czer­wo­nego nosa od prze­kro­cze­nia wy­zna­czo­nego przez zdrowy roz­są­dek ży­cio­wego li­mitu na wy­pi­cie wódki, włosy schludne, ucze­sane, ko­szulka polo z logo Vi­stuli, nie­nowa, ale nie wy­glą­dała na ku­pioną w szma­tek­sie. Był spo­kojny, jakby cze­kał na au­to­bus, który jesz­cze się wcale nie spóź­niał.

- No do­brze - za­czął Bruno. - Sły­sza­łem, że pan nie za bar­dzo roz­mowny, dla­tego py­tam od razu: po­ga­damy tu­taj czy u nas? Po­wiem szcze­rze, że nowy pro­ku­ra­tor to bar­dzo wredna ty­piara, le­piej, że­by­śmy jej nie go­nili przez mia­sto w taką po­godę.

Od­po­wie­działa mu ci­sza. Co naj­dziw­niej­sze, męż­czy­zna na­wet się nie po­ru­szył. Sie­dział spo­koj­nie i pa­trzył przed sie­bie. Nie rzu­cił ko­mi­sa­rzowi ukrad­ko­wego spoj­rze­nia, nie de­ner­wo­wał się, nie po­cie­rał dłoni, nosa, nie krę­cił się w miej­scu.

- Po­wiem ja­śniej - cią­gnął Bruno. - Jak po­ga­damy tu­taj, to wiele nam to uła­twi. Je­śli za­bie­rzemy cię do nas, to trzeba bę­dzie iść za pro­ce­durą. Jest trup, jest sprawca, czego chcieć wię­cej? Pan do­stał sie­kierą w łeb, może mu się na­le­żało. O co po­szło? Ma­ją­tek? Po­dział spadku? Po­li­tyka? Je­den za PiS-em, drugi z PO? Bo wódki jesz­cze nie bra­kło, wi­dzę, że le­dwo upite.

Ci­sza.

- Pan po­dobno się przy­znał, tak?

Męż­czy­zna na­dal sie­dział jak za­klęty.

- I gdzie jest dziew­czyna, która za­dzwo­niła po po­moc?

Te­raz do­piero męż­czy­zna drgnął lekko. Czyli Ko­wal­ski tra­fił. W tym sa­mym mo­men­cie sier­żant, który go przy­wi­tał w progu domu, pod­su­nął mu pod oczy dwa do­wody oso­bi­ste.

- Mieli przy so­bie do­ku­menty - po­in­for­mo­wał Bruna.

- Pan Wie­sław We­so­łow­ski i pan Prze­my­sław Ku­kiełka - prze­czy­tał Ko­wal­ski na głos, po czym sier­żant od­wró­cił pla­sti­kowe do­ku­menty. - Z czego panu Wieś­kowi do­wód już nie po­służy, na­to­miast pan Prze­mek bę­dzie się mógł nim wy­le­gi­ty­mo­wać w są­dzie pod­czas roz­prawy.

Męż­czy­zna mil­czał.

- Tech­nika we­zwana? - za­py­tał Ko­wal­ski mun­du­ro­wego.

- Tak.

- Ścią­gnę jesz­cze ze dwa sa­mo­chody z pre­wen­cją - ode­zwał się za ich ple­cami Kwarta. - Trzeba prze­szu­kać tu­taj wszystko, przejść się po są­sia­dach, może dziew­czyna schro­niła się u nich. W taką po­godę nie są­dzę, żeby gdzieś ucie­kła pie­szo.

- Kto wie - wtrą­cił Bruno. - Pew­nie to córka któ­re­goś z tych dwóch i ona za­rą­bała go­ścia. Na­le­ża­łoby chyba ścią­gnąć psy.

- To nie ona - ode­zwał się po raz pierw­szy męż­czy­zna w kaj­dan­kach.

- A jed­nak Po­lacy - stwier­dził Ko­wal­ski. - A kim jest owa "ona"?

Męż­czy­zna znowu za­milkł.

- Ucier­piała? - do­py­ty­wał ko­mi­sarz. - Może jest ranna? Do­szło do bójki? Gwałtu? To pana córka?

Od­po­wie­działa mu je­dy­nie ci­sza.

- No do­brze, skuć ko­leżkę i do nas - za­rzą­dził Bruno. - Po­wia­do­mi­li­ście Hojdę?

- Pani pro­ku­ra­tor nie od­biera - od­parł po­li­cjant.

- Prze­cież ma dzi­siaj dy­żur - zdzi­wił się Kwarta.

- Może boi się bu­rzy - po­wie­dział Bruno. - Dzwoń­cie do skutku.

- Baśka to jed­nak była Baśka. - Na­czel­nik wes­tchnął i spoj­rzał z ukosa na Ko­wal­skiego, po czym lekko prze­su­nął się na bok, aby mógł przejść obok niego je­den z funk­cjo­na­riu­szy.

- Hojda też jest w po­rządku - od­po­wie­dział mu Osa. - Może i ka­rie­ro­wiczka, ale ta­kich nam też po­trzeba, przy­naj­mniej nie cacka się z ta­kimi tu­taj. - Wska­zał głową na męż­czy­znę w kaj­dan­kach. - Do­je­dzie go tak, że aż mi chłopa szkoda.

Mó­wił spe­cjal­nie gło­śno, ale jakby od nie­chce­nia, mu­siał dać do my­śle­nia za­trzy­ma­nemu. A nowa pro­ku­ra­tor, Ma­ria Hojda, która za­stą­piła Baśkę Gaw­roń­ską po tym, gdy ta na wła­sną prośbę prze­nio­sła się na Ma­zury, skła­dała się nie­mal z sa­mych wad, oczy­wi­ście je­śli pa­trzeć w ka­te­go­riach ludz­kich. Na­to­miast oce­nia­jąc ją przez pry­zmat or­ga­nów ści­ga­nia, była wzor­co­wym przy­kła­dem ta­kiego urzęd­nika, któ­rego lu­dzie ła­miący prawo zwy­kli na­zy­wać ka­wa­łem chuja. Su­mienna, bez po­czu­cia hu­moru i krztyny em­pa­tii. Nie piła, dbała o sie­bie, do­brze się ubie­rała i je­dyny uszczer­bek na jej wi­ze­runku sta­no­wił fakt, że bez­gra­nicz­nie ko­chała zwie­rzęta. Prze­ko­nali się o tym głów­nie go­spo­da­rze z oko­licz­nych wsi. Pani pro­ku­ra­tor spę­dziła wio­snę, po­zna­jąc oko­licę na ro­we­rze, i my­liłby się ten, kto wi­dział w tym czy­stą re­kre­ację. Po dwóch mie­sią­cach ta­kich wy­cie­czek na­gle do sądu spły­nęło sto trzy­na­ście za­wia­do­mień o po­peł­nie­niu prze­stęp­stwa z ar­ty­kułu trzy­dzie­stego siód­mego ustęp pierw­szy ustawy o ochro­nie zwie­rząt.

Pro­ku­ra­tor Ma­ria Hojda pod­czas swo­ich ro­we­ro­wych wo­jaży ska­ta­lo­go­wała wszyst­kie po­se­sje, na któ­rych ktoś trzy­mał psa na łań­cu­chu. W więk­szo­ści przy­pad­ków za­koń­czyło się na grzyw­nie w wy­so­ko­ści ty­siąca zło­tych, ale wła­ści­ciele naj­bar­dziej za­nie­dba­nych zwie­rza­ków tra­fili do aresztu, je­den aż na sześć mie­sięcy, cho­ciaż gro­ziło im na­wet do trzech lat od­siadki. Nowa pro­ku­ra­tor zy­skała tym jed­nym po­su­nię­ciem ety­kietę czło­wieka sza­lo­nego i bez­li­to­snego, ale no­siła ją z dumą. Fak­tem było jed­nak, że psom w po­wie­cie san­do­mier­skim i oko­li­cach za­częło się żyć dużo le­piej.

- I co my­ślisz? - za­py­tał Kwarta, gdy zo­stali już sami na miej­scu zbrodni. - Ro­dzinna awan­turka? Pa­to­lo­gia się bawi?

- Oho - rzu­cił Bruno. - Kie­dyś prze­sta­niesz mnie spraw­dzać? Prze­cież wszystko wi­dzisz. To nie żadna pa­to­lo­gia. By­wa­łeś na we­zwa­niach w trzy­na­stej dziel­nicy, co nie?

- Zda­rzało się - od­po­wie­dział Kwarta, bo każdy san­do­mier­ski po­li­cjant od­ha­czył w swoim ży­cio­ry­sie od­po­wied­nią liczbę do­mo­wych awan­tur, a słynne dwa bloki so­cjalne przy Pro­stej ob­ro­sły już le­gendą, stąd też miesz­kańcy na­zy­wali je tak, a nie ina­czej.

- Pa­to­lo­gia nie pija Ba­czew­skiego, litr kosz­tuje pra­wie stówę. Kieł­basa wiej­ska, żółte sery, jajka w ma­jo­ne­zie. Kto wrzuca do ko­szyka ma­jo­nez, skoro to po­łowa ceny flaszki? Wi­dzia­łeś tego klienta, co to za­po­mniał ję­zyka w gę­bie? Ko­szulka polo, buty Ba­dura. Nowe. To nie są rze­czy z Ca­ri­tasu. I do­piero za­częli pić, do pierw­szej awan­tury po­zo­stał mi­ni­mum litr wódki. Jak dla mnie klasa śred­nia.

- Otóż to - zgo­dził się na­czel­nik.

- Chodź do kuchni.

Prze­szli do są­sied­niego po­miesz­cze­nia, które może i ktoś me­blo­wał kil­ka­dzie­siąt lat temu, ale było czy­ste, ta­le­rze po­zmy­wane, a na stole stały dwie bu­telki coli. Bruno otwo­rzył lo­dówkę, w któ­rej zna­lazł dwa czte­ro­paki piwa, sporo wę­dliny, po­mi­dory i ogórki. W szu­fla­dzie za­mra­żarki cze­kał w go­to­wo­ści ko­lejny fla­kon Ba­czew­skiego.

- Ale dom wy­gląda na stary i za­nie­dbany.

- Ktoś go sprzą­tał na szybko - od­po­wie­dział Bruno. - Szy­ko­wał się na przy­jazd go­ści. Mu­simy usta­lić, kto do kogo przy­je­chał. No i co tu za­szło. Jak dla mnie ro­dzinna kłót­nia, ale mało kto za­bija szwa­gra sie­kierą na trzeźwo.

Usły­szeli ja­kieś ha­łasy do­cho­dzące od drzwi, ale po gło­sie od razu po­znali, że zja­wili się tech­nicy z Ada­mem Gnie­wo­szem na czele. Wcho­dzili do środka, otrze­pu­jąc buty i klnąc na ca­łego.

- Ale na­pier­dala, bój­cie się Boga - po­wi­tał ich szef tech­ni­ków.

- Ciesz się, że ubój pod da­chem. - Bruno uści­snął mu dłoń. - Wszyst­kie ślady za­cho­wane i nie bę­dzie wam się lało za koł­nierz.

- W ta­kim sy­fie ciężko bę­dzie coś ze­brać. - Gnie­wosz zmarsz­czył nos i roz­piął kurtkę. Gdzie atrak­cje?

- W sa­lo­nie - po­wie­dział Kwarta. - Nie mamy pew­no­ści, kto jest sprawcą, za­cho­dzi obawa ma­ta­cze­nia, i to ostrego. Zwróć uwagę...

- Jezu, Ja­cek, zli­tuj się - prze­rwał mu Bruno. - Nie ucz sta­rego wró­bla z da­chu srać. Co ty, masz dziś dla każ­dego do­brą radę? Jesz­cze może zrób im kurs z po­bie­ra­nia od­bi­tek pal­ców.

- Bo ty wkur­wiony od rana cho­dzisz, to i mnie się udziela - od­parł Kwarta. - Tak dzia­łasz na lu­dzi. Jak ta bu­rza je­steś, jesz­cze tylko bra­kuje, że­byś pio­ru­nami za­czął na­pier­da­lać.

- Idź­cie mi stąd - wtrą­cił się Gnie­wosz. - I ścią­gnij­cie Hojdę, bo bez niej nie wy­star­tuję.

- Do­sta­łem ese­mesa, że je­dzie - po­in­for­mo­wał wciąż ob­ra­żo­nym to­nem na­czel­nik. - Bę­dzie za pięć mi­nut.

- No to my się roz­kła­damy. - Szef tech­ni­ków zaj­rzał do sa­lonu, za­gwiz­dał z wra­że­nia, po czym po­now­nie wło­żył kurtkę i ru­szył wraz z ko­legą do sa­mo­chodu po resztę sprzętu.

Pro­ku­ra­tor Ma­ria Hojda wkro­czyła do domu do­słow­nie trzy mi­nuty póź­niej, ubrana w lekki płaszcz i w gu­stow­nych la­kie­ro­wa­nych ka­lo­szach, so­lidny pa­ra­sol trzy­mała zło­żony w dłoni, szu­ka­jąc miej­sca, w któ­rym można go odło­żyć. Je­den z po­li­cjan­tów na­tych­miast wska­zał róg ko­ry­ta­rza.

- Dzień do­bry pa­nom - po­wi­tała ich na wej­ściu. - Prze­pra­szam za zwłokę, po­dobno bu­rza uszko­dziła ja­kiś na­daj­nik te­le­fo­nii ko­mór­ko­wej i wy­cięło za­sięg mo­jego ope­ra­tora.

Uści­snęła mocno dło­nie po­li­cjan­tom i tech­ni­kom, po czym we­szła do sa­lonu. Kwarta w kilku zda­niach zre­la­cjo­no­wał jej to, co za­stali i ja­kie czyn­no­ści pod­jęli, na co Hojda po­ki­wała głową z apro­batą, roz­sie­wa­jąc przy tym za­pach per­fum, który nie­mal stłu­mił me­ta­liczny smród krwi.

Ko­bieta była ele­gancka, jakby z tym się uro­dziła. Bruno miał po­dej­rze­nia, że to pew­nie ja­kieś szla­chec­kie geny albo ode­brała bar­dzo sta­ranne wy­cho­wa­nie, bo po­ru­szała się zgrab­nie, aż chciało się użyć słowa "po­wab­nie". Ni­gdy nie ubie­rała się w dro­gie ko­stiumy, ale w czym­kol­wiek by się po­ja­wiła, wy­glą­dała po pro­stu szy­kow­nie, na­wet gdy spo­tkał ją pew­nego razu ja­dącą ro­we­rem, to też pre­zen­to­wała się na tyle do­brze, że mo­głaby w swoim ob­ci­słym stroju wejść na do­wolny ban­kiet i nikt nie zwró­ciłby jej uwagi. Gdy kie­dyś się głę­biej nad nią za­sta­no­wił, stwier­dził, że nie wi­dział, aby ki­chała, kasz­lała czy smar­kała. Ter­mi­na­tor. No i się nie uśmie­chała.

- Za­trzy­mu­jemy go - po­in­for­mo­wał ją Kwarta.

- Bar­dzo roz­sąd­nie - po­wie­działa, nie spusz­cza­jąc wzroku z ciała przy stole. - Bar­dzo pro­szę, zrób­cie mu pierw­sze roz­py­ta­nie, uświa­dom­cie, co mu grozi, de­li­kat­nie po­strasz­cie. Jak skoń­czy­cie, to ja wejdę i zro­bię swoje, przed­sta­wię mu za­rzuty.

- Nie pęk­nie - stwier­dził Bruno z wes­tchnie­niem.

- Mam po­dobne przy­pusz­cze­nia - zgo­dziła się pro­ku­ra­tor. - Je­śli do­szło do wszyst­kiego na trzeźwo, to nie bę­dzie skru­chy ty­po­wej dla tych, co na­roz­ra­biali po pi­jaku. No i wmie­szana jest w to dziew­czyna, pew­nie part­nerka któ­re­goś z nich. Gdyby to byli ki­bole, di­le­rzy albo pseu­do­gang­ste­rzy, to do ju­tra mie­li­by­śmy wszystko na pa­pie­rze. Naj­gło­śniej krzy­czą o tym, że śmierć kon­fi­den­tom, a póź­niej na wy­ścigi idą na współ­pracę. Ale tu­taj bę­dzie pod górkę. Pro­szę się przy­ło­żyć do po­szu­ki­wań tej dziew­czyny, która dzwo­niła. Przy­go­tuj­cie mi też na­gra­nie od dys­po­zy­tora.

- Ja­sne - od­parł Kwarta.

- No to co, ży­czę pa­nom mi­łego dnia, wi­dzimy się w ko­men­dzie, jak już tech­nika ustali, co tu­taj za­szło, bo nie chce mi się ba­wić w zga­duj-zga­dulę.

Hojda za­brała zo­sta­wiony wcze­śniej przed drzwiami pa­ra­sol, po czym wy­szła na ze­wnątrz. Adam Gnie­wosz za­sa­lu­to­wał im i po­wie­dział, że je­śli od­kryje coś prze­ło­mo­wego, to na­tych­miast da znać.

Bruno wyj­rzał za drzwi i po­pa­trzył z kwa­śną miną na deszcz wciąż le­jący się stru­gami z nieba. Droga do sa­mo­chodu zda­wała się przy­po­mi­nać już płytki ba­sen. Kwarta pchnął go lekko w plecy i ru­szyli do auta. Tak jak prze­czu­wał, prze­schnięte buty po­now­nie na­brały wody.

- Osa, wy­ście się z Baśką po­kłó­cili, tak? - za­py­tał Kwarta tuż po tym, jak od­pa­lił wóz.

- Oho, na­resz­cie - sko­men­to­wał Ko­wal­ski. - By­łem cie­kaw, kiedy spy­tasz.

- Bo nikt nie wie - wy­ja­śnił na­czel­nik. - Ła­zisz na­bz­dy­czony od po­wrotu ze zwol­nie­nia le­kar­skiego, cię­żej z tobą wy­trzy­mać niż z żoną. Mu­simy to w końcu wy­ja­śnić.

- Daj spo­kój. - Bruno wes­tchnął.

- Co tam za­szło? - nie ustę­po­wał Kwarta. - Koń­czy się sprawa z Wam­pi­rem i ty­dzień póź­niej ona rzuca pa­pie­rem i wy­jeż­dża w pizdu nad mo­rze.

- Na Ma­zury - po­pra­wił go Bruno.

- Je­den chuj. A wcze­śniej wi­dziano was ra­zem, lu­dzie za­czy­nali plot­ko­wać. Ale że co się wła­ści­wie stało?

- Róż­nica cha­rak­te­rów.

- Pier­do­le­nie.

- Se­rio. Gdyby tu zo­stała, to pew­nie by­śmy się po­za­bi­jali.

- Kłót­nia ja­kaś? A może zna­la­zła tam ko­goś? Wiesz, róż­nie mó­wią, ale na moje, to coś zro­bi­łeś, coś ta­kiego, czego się nie wy­ba­cza.

- Ja? - zdzi­wił się Bruno. - Dla­czego od razu ja? A może ona?

- Może ona. To kto?

- Jacku, a nie po­my­śla­łeś, że to może coś nie­zwią­za­nego ze mną? Cza­sem czło­wiek musi zmie­nić oto­cze­nie, nie­raz robi to po pro­stu z dnia na dzień, tak jak al­ko­ho­lik rzuca pi­cie, bo ma ten je­den prze­błysk, wi­dzi, do czego pro­wa­dzi na­łóg.

- Wy­je­chała, sprze­dała miesz­ka­nie, nie od­biera te­le­fo­nów od daw­nych ko­le­ża­nek - cią­gnął Kwarta. - Od cie­bie od­biera?

- Nie wiem, nie dzwo­ni­łem.

- Rzu­ciła cię?

- Kurwa, jak nie ten pio­run, to za­raz ja cię strzelę - zde­ner­wo­wał się Bruno. - Wy­je­chała i już. Na chuj drą­żyć?

Przez chwilę w sa­mo­cho­dzie pa­no­wała ci­sza prze­ry­wana je­dy­nie stłu­mio­nymi od­gło­sami bu­rzy, jed­nak Bruno wie­dział, że nie po­trwa to długo, znał Kwartę aż za do­brze.

- Nie wie­rzę, że do niej nie dzwo­ni­łeś.

- Se­rio.

- A ona?

- Mam ją za­blo­ko­waną.

- Z in­nego nu­meru?

- Nie.

- Pier­do­le­nie.

- Jacku, po­wiem ci coś i prze­każ to wszyst­kim za­in­te­re­so­wa­nym. Nic po­waż­nego mnie i Baśkę nie łą­czyło. Jej wy­jazd za­sko­czył mnie tak samo jak i cie­bie. Nie wy­ja­śniła mi, dla­czego to robi, ale po­dej­rze­wam, że wy­da­rzyło się tu­taj coś ta­kiego, co nie po­zwo­liło jej zo­stać. I je­śli kie­dyś wyj­dzie na świa­tło dzienne po­wód jej wy­jazdu, bę­dziesz pierw­szym, który o tym się do­wie.

Kwarta mil­czał, ale za­ci­skał moc­niej dło­nie na kie­row­nicy. Bruno w su­mie za bar­dzo nie skła­mał, bo prze­cież Baśka dzień po ich roz­mo­wie w Bi­stro Pod­wale po­pro­siła o prze­nie­sie­nie, naj­pew­niej uru­cha­mia­jąc wszel­kie zna­jo­mo­ści i wy­ko­rzy­stu­jąc za­le­głe przy­sługi ko­le­gów i ko­le­ża­nek po fa­chu, po czym spa­ko­wała się w dwie torby i wy­je­chała. To wie­dział od są­sia­dów. Był jej wdzięczny za tę ucieczkę, bo mógł w ten spo­sób spo­koj­niej pra­co­wać nad zgro­ma­dze­niem ja­kich­kol­wiek do­wo­dów w spra­wie jej po­czy­nań. Bę­dąc na cho­ro­bo­wym, wszystko prze­my­ślał i do­szedł do wnio­sku, że wy­stępki pani pro­ku­ra­tor może od­kryć tylko w je­den spo­sób: na­ma­wia­jąc Ju­lię, jej po­śred­nią wspól­niczkę, na ze­zna­wa­nie prze­ciwko Bar­ba­rze Gaw­roń­skiej. Na po­czątku wy­da­wało się, że bę­dzie to trudne, bo Baśka jako główny oskar­ży­ciel za­żą­dała ni­skiego wy­roku, a sąd, wi­dząc brak spe­cjal­nego za­in­te­re­so­wa­nia pro­ku­ra­tury udu­pie­niem Ju­lii, za­rzą­dził mi­ni­malny wy­miar kary. Zna­jąc pol­ski wy­miar spra­wie­dli­wo­ści, Bruno był pe­wien, że ko­bieta wyj­dzie po roku od­siadki.

My­lił się. Sprawa ciężka za­mie­niła się w bez­na­dziejną, bo gdy po­pro­sił o wi­dze­nie z Ju­lią, po­in­for­mo­wano go, że to nie­moż­liwe, gdyż osa­dzona po­peł­niła w celi sa­mo­bój­stwo. Jego ostatni punkt za­cze­pie­nia wła­śnie znik­nął. Mu­siał te­raz po­now­nie prze­śle­dzić wszyst­kie ma­te­riały zwią­zane ze sprawą Wam­pira, aby zna­leźć coś, co wy­zna­czy nową li­nię startu. Na ra­zie nie miał nic i dla­tego cho­dził zły na cały świat.

- Niech ci bę­dzie - stwier­dził w końcu Kwarta, gdy wszystko so­bie prze­my­ślał. - Ale na­prawdę zrób coś ze sobą, może po­roz­ma­wiaj z psy­cho­lo­giem, bo nie da się z tobą wy­trzy­mać. Na si­łow­nię idź. Wróć do boksu. Może kup so­bie te ob­ci­słe ge­try i za­cznij na ro­we­rze jeź­dzić.

- Po­my­ślę.

- A może po­trzebna ci ja­kaś ko­lejna sprawa, co? Te szwa­gry mogą być twar­dym orze­chem do zgry­zie­nia.

- Daj spo­kój, sprawa pro­sta. Na­wet jak gość nie pęk­nie, to po­sta­wimy za­rzuty.

- Może chroni dziew­czynę - pod­dał Kwarta.

- Ho­no­rowy ban­dzior? - za­py­tał Bruno. - Mu­simy usta­lić naj­pierw, czy któ­ryś z nich ma dzieci, part­nerki, żony, ko­chanki i tak da­lej. Przy­naj­mniej bę­dzie wia­domo, za kim go­nić. Nie ma co gdy­bać. Prze­ka­za­łeś pre­wen­cji, kogo mają szu­kać?

- Ta, to roz­gar­nięte chło­paki.

- Pew­nie ten ob­szar nie jest w mo­ni­to­ringu miej­skim?

- A skąd - od­parł na­czel­nik. - Za duże za­du­pie.

- No do­bra, to cze­kamy. Pod­rzuć mnie do domu, mu­szę się prze­brać. Prze­staje pa­dać. Zjem coś i wrócę, może do tego czasu Gnie­wosz znaj­dzie coś cie­ka­wego.

Bu­rza fak­tycz­nie się uspo­ka­jała, chmury ro­biły się ja­śniej­sze, a deszcz już po pro­stu pa­dał, a nie lał się ni­czym chlu­stany z wia­de­rek. Kwarta pod­je­chał pod bloki na Żół­kiew­skiego i zna­lazł miej­sce, w któ­rym mógł wy­sa­dzić ko­legę tak, aby ten nie uto­nął od razu w ka­łuży. Bruno bez słowa wy­siadł z sa­mo­chodu i do­piero na ze­wnątrz za­klął na głos.

Pier­do­lona Baśka!

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki