Miasto niespokojnych dusz - Anna Piechowiak

Kup ebooka

44.99 zł
33.29 zł (31,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Poznań, pięć lat wcześniej

Sabina nie miała wygórowanych oczekiwań wobec niewielkiej imprezy z udziałem znajomych z liceum. Nie spodziewała się jednak katastrofy, która skłoni ją do przeprowadzenia czarnomagicznego rytuału.

- Co ty robisz?!

Dziewczyna odgarnęła włosy z twarzy, nie przejmując się, że brudzi je kredą - i tak pewnie wyglądała jak szurnięta staruszka. Obejrzała się przez ramię na stojącą w progu współlokatorkę.

- Szykuję klątwę - odparła.

Agata usiadła na kanapie.

- Wygląda... złowieszczo.

- To dobrze. Taka ma być.

Sabina klęczała na podłodze przy wielkim arkuszu czarnego brystolu, na którym widniała wpisana w podwójny okrąg pięcioramienna gwiazda z symbolem alchemicznym nad każdym wierzchołkiem. Według instrukcji pentakl powinien zostać namalowany krwią (lub przynajmniej czerwoną farbą) na drewnianej podłodze, ale księga miała swoje lata. Jej autor z pewnością nie przewidział, że zamiast doświadczonego maga z własną pracownią rytuał będzie przeprowadzać studentka anglistyki - i to w wynajętym mieszkaniu. Właścicielka lokum, pani Halinka, była miła i dość wyrozumiała, lecz Sabina podejrzewała, że nawet dla niej pentakl w salonie mógłby okazać się nie do przyjęcia.

Kiedy skończyła poprawiać okręgi, wstała, otrzepała ręce z białego pyłu i podeszła do rozciągniętego na ścianie sznurka, z którego zwisały pęki suszonych ziół. Wyjęła kilka łodyżek nagietka, pokrzywy i krwawnika, po czym zajrzała do leżącej na biurku księgi. Przesunęła palcem po pożółkłej stronie.

Wszystko się zgadza, pomyślała.

Wyjęła jeszcze parę główek maku z szuflady. Rozłożyła to wszystko wokół pentaklu, a potem ustawiła w jego ramionach czarne świece. Znów zajrzała do księgi i dodała jeszcze jedną, na samym środku. Obok brystolu położyła krótki sztylet o rzeźbionej rękojeści z motywem ptasich skrzydeł - zdobycz upolowaną całkiem niedawno na jednym z poznańskich pchlich targów.

- Wiesz, że nie musisz tego robić - odezwała się w końcu Agata.

Sabina spojrzała na przyjaciółkę. Dziewczyna zdążyła już zebrać włosy w niedbały kok na czubku głowy i zmienić szałowy kombinezon, kupiony w lumpie specjalnie na tę imprezę, na wygodny dres. Zmyła też makijaż, chociaż niedokładnie - pod oczami wciąż miała ciemne ślady rozmazanego tuszu. Sabina poczuła, jak na widok rezygnacji na twarzy Agaty coś ściska ją w środku, a gniew znowu zaczyna buzować tuż pod skórą.

- Nie muszę - przyznała - ale chcę.

Dzisiejszy wieczór zaczął się całkiem miło: siedziały przy tanim piwie w przyjemnej knajpce nieopodal Starego Rynku, w towarzystwie znajomych ze szkoły, którzy też zaczynali studia w Poznaniu. I naprawdę wszystko byłoby w porządku, gdyby do ich stolika nagle nie dosiadł się dawny kolega z klasy, którego nikt na to spotkanie nie zapraszał. Grubo podchmielony Tobiasz jak zwykle gotów był nazywać Agatę "Tomkiem" oraz informować ją, że nigdy nie będzie "prawdziwą kobietą". Sabina przez całe liceum marzyła o tym, żeby utopić go w kiblu, lecz Agata z jakiegoś niezrozumiałego powodu sprzeciwiała się "takiemu drastycznemu rozwiązaniu". Sabina uważała, że za drastyczne uznać należy raczej pozwalanie mu na chodzenie po szkole z niezaszytą jadaczką, lecz niestety do końca liceum nie udało jej się wynaleźć stosownego zaklęcia.

Wtedy jednak nie miała jeszcze księgi.

- Wiesz co, ja już do niego przywykłam. Poza tym wszyscy od razu zareagowali - powiedziała Agata. - To było miłe.

- Miło byłoby też, gdybyśmy więcej nie musiały oglądać tego gnojka.

- Poznań to duże miasto. Nawet ktoś taki jak on nie będzie miał czasu się nam naprzykrzać, jak zaczną się zajęcia.

Sabina kiwnęła głową, choć bez przekonania. Zanim barman wytargał Tobiasza za kołnierz i dosłownie wywalił na zewnątrz, ten zdążył rzucić złowieszczym szeptem, że dowie się, gdzie mieszkają.

Na samo wspomnienie nienawistnego uśmiechu chłopaka przeszył ją dreszcz.

- Co właściwie zamierzasz zrobić? - zapytała przyjaciółka, spoglądając na pentakl i świece. - Przywołać Szatana i poprosić, żeby zorganizował Tobiaszowi wykład o prawach osób LGBT+?

- Znalazłam w księdze rytuał, który powinien dać mu nauczkę i sprawić, że będzie trzymał się od nas z daleka. Nie wiem, czy to drugie się uda - przyznała - ale skoro w najgorszym wypadku zamiast zakazu zbliżania się i rzeżączki koleś dostanie samą rzeżączkę, to chyba warto spróbować, co?

Agata przewróciła oczami, ale kąciki jej ust uniosły się nieznacznie.

- W porządku. Rób, co uważasz za słuszne - odparła i wstała z kanapy.

- Agata? - rzuciła Sabina, a współlokatorka zatrzymała się w progu.

- No?

- Nie wchodź, dopóki stąd nie wyjdę, okej?

Dziewczyna spojrzała na nią podejrzliwie, ale kiwnęła głową.

Kiedy za Agatą zamknęły się drzwi, Sabina zakasała rękawy i zabrała się do dzieła. Zaczęła zapalać świece, przy każdej mamrocząc krótką prośbę o wsparcie do sił nadprzyrodzonych. W ostatnią z nich włożyła pęczek suszonych ziół, które zajęły się z trzaskiem. Zacisnęła usta, czując na palcach żar zbliżającego się ognia, ale nie puściła łodyżek. Płomień zgasł, nim sięgnął jej skóry.

Zgasło też światło.

Sabina wzdrygnęła się. Spróbowała uspokoić serce, które biło jak szalone. Niewyjaśnione zjawiska towarzyszyły jej, odkąd pamiętała, lecz przeważnie ograniczały się do nieszczęść spadających na tych, którzy byli dla niej niemili. Dziewczynka, która zabrała jej łopatkę w piaskownicy, przewróciła się twarzą prosto w kocią kupę. Nauczycielce, która niesłusznie wpisała jej uwagę, kluczyki od samochodu wpadły do studzienki kanalizacyjnej, a pewien namolny typ, który na szkolnej dyskotece nie potrafił utrzymać rąk przy sobie, dziwnym trafem na drugi dzień dostał grzybicy dłoni... W liceum Sabina zaczęła całkiem poważnie podejrzewać, że może być wiedźmą, ale wszelkie eksperymenty w tej materii kończyły się fiaskiem.

Chybotliwe płomienie ustawionych na pentagramie świec zdawały się mówić, że tym razem będzie inaczej.

Kilka dni temu w rodzinnym antykwariacie znalazła tajemniczą księgę. Dziadek Sabiny, właściciel sklepiku, nie miał pojęcia, skąd pozbawione tytułu tomiszcze wzięło się w kartonie ze starymi książkami, na który natknął się podczas porządkowania szpargałów na strychu. Sabina namiętnie kolekcjonowała wszelkie pozycje dotyczące demonologii, okultyzmu i ziołolecznictwa, i to nawet te o wątpliwej wartości merytorycznej, które na problemy miłosne zalecały nacieranie się żabim skrzekiem przy pełni księżyca. Nie mogła jednak oprzeć się wrażeniu, że jej znalezisko należy do zupełnie innej kategorii. Często przerzucała stronice księgi z wypiekami na twarzy, przekonana, że ma do czynienia z najprawdziwszym grymuarem. Aż ją świerzbiło, by wypróbować któreś z opisanych w nim zaklęć, ale wciąż się powstrzymywała. Podskórnie czuła, że nie powinna igrać z niezrozumiałymi siłami, nie bez ważnego powodu.

A teraz ważny powód objawił się pod postacią agresywnego transfoba.

Wzięła głęboki wdech. Zakręciło jej się w głowie od zapachu, ale poczuła, jak bijące szaleńczo serce zwalnia, a ciało zaczyna się rozluźniać.

Zrób to, odezwał się głos w jej myślach. Nie była pewna, czy jej własny.

- Zrobię - mruknęła i sięgnęła po nóż.

Zastanowiła się przelotnie, jak zareagowałby Tobiasz, gdyby teraz ją zobaczył. Myśl o jego przerażeniu przyniosła jej satysfakcję i dodała odwagi, by rozciąć ostrzem opuszek palca. Uśmiechnęła się pomimo bólu, patrząc, jak krople krwi kapią na pentakl.

- Bój się - zaczęła recytować formułę, patrząc w rozmigotane płomienie świec. - Bój się mojego gniewu. Bój się, wiedząc, że jest słuszny, a kara zasłużona.

Własny głos zdawał się napływać do niej z oddali. Cienie na podłodze i ścianach ożyły, w pomieszczeniu rozbrzmiewały niezrozumiałe szepty. Ciało Sabiny przeszył elektryzujący dreszcz. Czuła, jak wypełnia ją energia, jak buzuje w jej żyłach, szumi w uszach. Z każdą chwilą stawała się coraz potężniejsza.

Coraz bardziej żądna zemsty.

Mogę ci ją dać, odezwał się nagle obcy głos w jej głowie. Mogę sprawić, że będzie krzyczał ze strachu. Połamać mu kości, rozerwać go na strzępy. Wystarczy jedno twoje słowo.

Raptownie otworzyła oczy.

- Nienienie - wyszeptała gorączkowo i utkwiła wzrok w pentaklu. Owszem, chciała ukarać tego dupka, ale chodziło jej o lekcję, z której wyciągnąłby wnioski na przyszłość. Miał zrozumieć swój błąd i nie popełnić go nigdy więcej, a nie umierać w straszliwych męczarniach, rozrywany na kawałki...

Nie?

- Nie! - powtórzyła głośniej i dmuchnęła na środkową świecę. Ten cały rytuał był poronionym pomysłem, przecież wiedziała, że nie powinna próbować, że to nie zabawa...

Świeca nie chciała zgasnąć.

Nie rozumiesz, jaki dar odrzucasz. Nie zdajesz sobie sprawy, co mogłabyś osiągnąć z moją pomocą. Masz w sobie siłę, która, odpowiednio ukierunkowana, dałaby ci wszystko, czego tylko zapragniesz.

Słodki, hipnotyzujący głos zdawał się rozlegać bezpośrednio w jej głowie, ale Sabina była zbyt przerażona, by pojąć sens wypowiadanych przez niego słów. Dmuchnęła jeszcze raz, i jeszcze jeden - bez skutku. Starała się zdusić knot w palcach, ale to też nic nie dało. Trzymała go przez chwilę, zaciskając zęby z bólu, aż w końcu puściła z sykiem. Rozszerzonymi oczami spojrzała najpierw na poparzone opuszki, a potem na płonącą świecę. Strach złapał ją za gardło. Chciała wstać, wybiec z pokoju, przynieść wodę, zawołać Agatę, cokolwiek - ale nie mogła się ruszyć.

Odejdź, poprosiła w myślach. To była pomyłka. Tak naprawdę wcale tego nie chcę.

Zastygła w niewygodnej pozie, na kolanach. Próbowała krzyknąć, lecz nie była w stanie wydobyć z siebie głosu. Oddychała ciężko, coraz ciężej. Czuła się tak, jakby powietrze nie chciało przejść jej przez zaciśnięte gardło. Dudnienie w uszach nabrało nienaturalnego rytmu, serce tłukło się o żebra, chcąc wyrwać z klatki piersiowej, a rozbiegane oczy nie widziały już niczego poza cieniami tańczącymi na ścianach i drżącymi płomykami świec.

Nie możesz odesłać tego, co żyje w tobie od zawsze. Nadejdzie taki dzień, kiedy znów zwrócisz się o moją pomoc.

Próbowała odpowiedzieć, ale nie mogła zebrać myśli. Ostatnim, co zobaczyła, był błysk żółtych kocich oczu, a potem wszystko pochłonęła ciemność.

Rozdział pierwszy

Poznań, chwila obecna

- Stało się - oznajmiła Agata z ponurą miną, wchodząc do pokoju współlokatorki. - Tym razem straciłam go na zawsze.

Sabina, która siedziała na kanapie z rozmruczanym kotem przytulonym do jej boku, poderwała głowę znad laptopa.

- Kogo?!

- Mój telefon.

- Jezu, nie strasz mnie tak. Myślałam, że ktoś umarł.

- To gorsze niż śmierć - oświadczyła Agata grobowym tonem.

- Nie dramatyzuj, tylko poszukaj dokładnie.

- Szukałam absolutnie wszędzie, przysięgam! Pomożesz mi? Jeśli nie pomożesz, nie wyjdziemy stąd do północy.

- Rany, dobra, niech ci będzie. - Przewróciła oczami i pogłaskała kota po czarnym, błyszczącym futerku. - Muszę wstać, Behemocie.

Kot rozchylił sennie powieki, wstał, przeciągnął się z ziewnięciem i zwinął się w kłębek nieco dalej.

Agata popędziła do swojego pokoju. Po chwili wróciła do Sabiny z uchwytem na telefon w kształcie różowego nosorożca. Sabina przejęła przedmiot i przymknęła powieki. Świeża wizja napłynęła do jej umysłu niemal natychmiast, jasna i czytelna. Dziewczyna otworzyła oczy, oddała Agacie uchwyt i weszła do łazienki. Kucnęła obok pralki. Agata stanęła tuż za nią.

- Będziesz wróżyć z bębna? - zapytała niepewnie.

Sabina otworzyła drzwiczki, wyjęła ze środka telefon i bez słowa zwróciła go rozpromienionej właścicielce.

- Jejku, dziękuję! Co ja bym bez ciebie zrobiła?

- Może znalazła swój telefon sama?

- Chyba dopiero przy okazji następnego prania. I spędziłabym cały dzisiejszy wieczór na poszukiwaniach, zamiast iść na imprezę... - Agata nagle zmarszczyła brwi i otaksowała przyjaciółkę wzrokiem. - ...na którą ty z jakiegoś powodu jeszcze nie jesteś gotowa.

- Musiałam dokończyć pracę.

- Pracę? W sobotni wieczór?

- Zbliża mi się deadline na oddanie tłumaczenia.

- Tego symulatora randkowania? Z mrocznym księciem i jego patetycznymi tekstami?

- Ta. Przypomnij mi, żebym następnym razem nie narzekała, że tłumaczenie instrukcji obsługi odkurzacza jest za mało krea­tywne - westchnęła Sabina. - Ale spoko, zaraz się wyszykuję. Tylko patrz.

Zachęcona wcześniejszym sukcesem Sabina wyciągnęła rękę w stronę półki. Leżąca na niej cekinowa kosmetyczka drgnęła lekko, ale zaraz potem zsunęła się i trzasnęła z hukiem o sedes, a cała zawartość rozsypała się po podłodze.

- No nieźle - parsknęła Agata. Sabina zaklęła i kucnęła, by pozbierać kosmetyki. - Tylko lepiej nie próbuj wyczarować sobie tapety. Pamiętasz, jak to się skończyło poprzednim razem?

Dziewczyna przemilczała tę uwagę. Nie chciała wracać do tematu dyskretnych kresek, które zamierzała nanieść sobie na powieki za pomocą zaklęcia, a zamiast tego niechcący wyczarowała sobie na twarzy profesjonalną podobiznę Henryka VIII. Przynajmniej nauczyła się wtedy jednej rzeczy: nie eksperymentować z magią bezpośrednio po zakuwaniu do egzaminu z historii Anglii.

Na szczęście monarcha okazał się podatny na płyn do demakijażu z Biedronki.

- Zagęść ruchy, najpóźniej za pół godziny musimy wyjść - rzuciła jeszcze Agata i wróciła do swojego pokoju. Sabina westchnęła cicho i zabrała się do robienia makijażu. Tym razem bez użycia czarów.

Dokładnie trzydzieści minut później była już przebrana w prostą czarną sukienkę. Rudobrązowe włosy zebrała w luźny kok, a zielone oczy podkreśliła eyelinerem.

- Widzisz? Zdążyłam - wydyszała, zarzucając płaszcz na ramiona.

- Na ostatnią chwilę - odparła Agata, po czym zamknęła drzwi na klucz.

Wciąż wynajmowały to samo dwupokojowe mieszkanie na parterze jeżyckiej kamienicy, w którym wylądowały na pierwszym roku studiów. Pani Halinka była bardzo zadowolona ze swoich lokatorek - prawdopodobnie dlatego, że nie miała pojęcia o odprawionym przez jedną z nich czarnomagicznym rytuale.

Był rześki kwietniowy wieczór. Kiedy dziewczyny opuściły otoczone kamienicami podwórze, w nozdrza uderzył je zapach papierosowego dymu. W oddali rozległ się brzęk tłuczonego szkła, a potem nieopodal skrzyżowania jakiś wzburzony młody człowiek zaczął ze szczegółami opisywać drugiemu, gdzie wsadzi mu jego rower. Musiały przejść na drugą stronę ulicy, bo chodnik po ich stronie od dobrego miesiąca był rozkopany.

Sabina uwielbiała wieczorne spacery po Poznaniu.

- Naprawdę jesteś najlepszą wiedźmą świata - oświadczyła Agata, wpatrując się z czułością w odzyskany telefon.

- Czy ja wiem? Mogę co najwyżej wyczuć zawczasu kanara w tramwaju, przywołać sobie kanapkę z kuchni i zlokalizować twój zgubiony telefon. Większość ludzi nie potrzebuje do tego magii.

- No wiesz, potrafisz też coś więcej. Gdyby znalazł się ktoś, kto mógłby nauczyć cię, jak nad tym panować...

- Kto? Kolejna sympatyczna wróżka z facebookowej grupy Ezoteryka Poznań, co to okaże się nawiedzonym wikarym tropiącym kochanice Szatana? - Sabina wzdrygnęła się na samo wspomnienie tego spotkania. To był moment, kiedy ostatecznie pogodziła się z faktem, że nie znajdzie nikogo obdarzonego podobnymi zdolnościami jak ona. - Podziękuję.

Agata spojrzała na nią z ukosa, ale nic nie powiedziała. Nigdy nie spytała, co dokładnie wydarzyło się tamtego sobotniego wieczoru, a ona była jej za to bardzo wdzięczna.

Wzdrygnęła się i otuliła ciaśniej płaszczem, lecz to nie pomog­ło powstrzymać napływających mimo woli wspomnień.

Świece, które nie chciały zgasnąć. Krew kapiąca na pentakl.

Zacisnęła powieki i wypuściła powietrze w drżącym oddechu. Nie miała pojęcia, co właściwie się wtedy stało, lecz jedno było pewne - nie chciała doświadczyć tego nigdy więcej.

Rytuał, choć przeraził ją nie na żarty i na dobre zniechęcił do dalszych eksperymentów z księgą, przynajmniej okazał się skuteczny. Od tamtej pory do niej i Agaty systematycznie docierały plotki o różnych nieszczęściach, które nie przestawały prześladować Tobiasza: a to został wyrzucony z pracy przez własnego ojca, a to ktoś złośliwie przerysował mu gwoździem ukochany samochód, a to znów nabawił się wstydliwej infekcji... Najwyraźniej był zbyt zajęty swoim pechem, by zatruwać życie innym, bo od czasu owej felernej imprezy na początku studiów nie naprzykrzał im się już nigdy więcej.

Rytuał miał też pewien osobliwy skutek uboczny, co Sabina odkryła na drugi dzień po jego przeprowadzeniu. Kiedy odzyskała przytomność, zmęczona, obolała i wciąż nie na żarty wystraszona, poszła naszykować sobie gorącą kąpiel. Byłoby to z pewnością odprężające doświadczenie, gdyby nagle do Sabiny nie przemówiła wanna.

Odskoczyła od niej tak gwałtownie, że poślizgnęła się na mokrej posadzce i o mało nie przydzwoniła czołem w umywalkę. Dopiero kiedy z bijącym sercem odważyła się dotknąć wanny raz jeszcze, zrozumiała, co się wydarzyło: zobaczyła w głowie wizję Agaty, która miała w zwyczaju rozmawiać przez telefon podczas kąpieli.

W ten sposób odkryła, że potrafi odczytywać zapisane w przedmiotach wspomnienia. Umiejętność okazała się całkiem przydatna - to znaczy po tym, jak Sabina nauczyła się panować nad wizjami i mogła przestać chodzić po domu w rękawiczkach. Teraz przychodziły do niej wyłącznie wtedy, kiedy tego chciała.

Po krótkim spacerze dotarły z Agatą do brukowanego rynku okolonego barwnymi kamieniczkami, których kolory w promieniach zachodzącego słońca wydawały się jeszcze żywsze niż zwyk­le. Jak zawsze w sobotni wieczór, Stare Miasto pełne było śmiechów, gwaru i ludzi w różnym stopniu alkoholowego upojenia.

Przyjaciółki skręciły w jedną z bocznych uliczek, a potem zeszły po schodkach do knajpy, w której przy stoliku w głębi czekało już na nie dwoje znajomych.

- No hej - przywitała się Sabina, rozpinając płaszcz i rozglądając się przelotnie po wnętrzu.

Lubiła Bar u Belzebuba głównie ze względu na mroczny wystrój, popielniczki w kształcie trumienek i słomki ze skrzydłami nietoperzy. Reszta znajomych niekoniecznie podzielała jej gust, ale chętnie zaglądała do Belzebuba, bo w przeciwieństwie do lokali najczęściej odwiedzanych przez nich na studiach nie ciąg­nęło tu piwniczną wilgocią i chłodem, a na stolikach można było położyć dłonie bez ryzyka, że przykleją się do blatu i już tam zostaną.

Kamila, drobna absolwentka biotechnologii, pomachała jej znad kufla.

- Wyrobiłaś się? - zagadnęła. - Godzinę temu Agata pisała, że jeszcze pracujesz.

- Jakoś dałam radę, ale zdecydowanie potrzebuję teraz drinka.

Zrobiła krok w stronę baru, zanim jeszcze do końca się odwróciła, i niechcący na kogoś wpadła.

- Och, przepraszam - zawołała, cofając się pospiesznie, a nieznajomy zrobił to samo.

- Nic się nie... - zaczął, lecz nagle urwał.

Sabina wytrzeszczyła oczy. Naprzeciwko niej stał bowiem, wypisz wymaluj, najprawdziwszy mroczny książę.

Wysoki, niebieskooki, cały na czarno, z ciemnymi, sięgającymi nieco za ramiona włosami - wszystko się zgadzało. Nie była pewna, czy nazwałaby go przystojnym: nos miał odrobinę za duży, szczękę nieco zbyt szeroką, kości policzkowe absurdalnie wyraziste, lecz te wszystkie niedociągnięcia składały się na twarz, którą trudno byłoby zapomnieć. Sabina zdążyła spokojnie zauważyć każdy z tych detali, gdyż zamiast odejść, mężczyzna sterczał nieruchomo i gapił się na nią z rozchylonymi ustami.

- Uhm. Wszystko w porządku? - bąknęła, przestępując z nogi na nogę.

Dopiero wtedy nieznajomy otrząsnął się ze stuporu, zamrugał i się uśmiechnął.

- Tak, jasne. Wybacz. - Odchrząknął i nerwowym gestem zagarnął włosy za ucho. W przytłumionym świetle lamp błysnęło kilka złotych kolczyków. - Zagapiłem się - rzucił i nie czekając na odpowiedź, ewakuował się na tył sali.

Sabina przez chwilę gapiła się na jego plecy, a potem klapnęła na krzesło. Z wrażenia aż zapomniała, że miała iść do baru. Artur, dwumetrowy blondyn z aparatem na zębach, zagwizdał.

- No, no, jeszcze nawet nie zdążyłaś usiąść - powiedział i wymownie uniósł brwi. - To chyba jakiś rekord.

- Przestań - mruknęła z zażenowaniem. - Jezu, to było strasznie dziwne. Czemu on się tak gapił? Mam coś na twarzy? Szpinak z obiadu został mi między zębami?

- Najwyraźniej był pod takim wrażeniem twojej urody, że zapomniał języka w gębie - odparła Kamila.

- Skłaniałabym się jednak ku wersji ze szpinakiem. - Sabina dyskretnie obejrzała sobie zęby w wyjętym z torebki podręcznym lusterku. Podejrzane.

- Mogłaś chociaż podziękować za komplement - wytknęła Agata. - I zapytać, jak ma na imię. I zaproponować dodanie się do znajomych na Fejsie.

- Podbij do niego teraz. - Artur wyciągnął szyję, żeby mieć lepszy widok na nieznajomego. Kopnęła go w kostkę pod stołem. - Koleś wyglądał, jakby piorun w niego strzelił. Uśmiechniesz się i zapytasz, jak leci, a on zacznie przeglądać pierścionki zaręczynowe.

- Boże, zluzujcie majty. Typ pewnie się zawiesił, bo zastanawiał się, czy przypadkiem nie zostawił żelazka na gazie, a wy już dorabiacie do tego romantyczną historię.

- Po prostu chcemy, żebyś w końcu wyhaczyła kogoś fajnego.

- Dzięki za troskę, ale poradzę sobie. Idę po tego drinka, bo na trzeźwo z wami nie wytrzymam.

- Weź dla mnie mimozę - poprosiła Agata.

- I obczaj, gdzie on siedzi! - krzyknęła Kamila.

Sabina przewróciła oczami, wygrzebała portfel z torebki i wstała. Lubiła swoich znajomych, ale kiedy włączał im się tryb Swatanie Ekstremalne, miała ochotę kupić im bilet w jedną stronę na Alaskę.

Mimo wszystko po drodze do baru rozejrzała się dyskretnie i poczuła lekkie rozczarowanie, gdy nie dostrzegła nigdzie ciemnej czupryny. Może facet był zażenowany sytuacją równie mocno jak ona i ulotnił się przez okienko w toalecie.

Kiedy wróciła do stolika z dwiema mimozami, Artur opowiadał właśnie o remoncie swojego mieszkania i sądząc po minie Agaty, robił to już stanowczo zbyt długo. Sabina włączyła się do rozmowy z ogromnym zaangażowaniem, udając, że nie zauważa ostrzegawczo-morderczych spojrzeń przyjaciółki. Dobór kafelków był bezpieczniejszym tematem niż fascynujący nieznajomy.

Zaraz, wróć. Po prostu nieznajomy.

***

Dwie kolejki później Sabina czuła się już przyjemnie rozmiękczona i rozgrzana. Kamila przesiadła się na miejsce zwolnione przez Artura, który wybrał się do ubikacji. Teraz najpewniej zamęczał opowieściami o spłuczkach podtynkowych jakiegoś nieszczęśnika korzystającego z sąsiedniego pisuaru.

- Nie odwracaj się - zaczęła. - Twój nowy kolega siedzi przy barze i ciągle się na ciebie gapi.

- Aha?

- Stara, jak do niego nie zagadasz, to się na ciebie obrażę. Ma tak intrygującą twarz, że gdybym nie miała dziewczyny, sama bym do niego podbiła.

- Kama, a jak tam twoje ostatnie zlecenie? - zapytała Sabina, zmieniając temat z subtelnością słonia w składzie porcelany.

Na samą myśl o podejściu do obcego faceta spociły jej się dłonie. Co niby miałaby powiedzieć? "Cześć, często tu przychodzisz?" "Masz cudowne włosy, chętnie bym cię poczochrała?"

Kamila uniosła brwi, posyłając jej spojrzenie mówiące: "Jesteś beznadziejna, ale tym razem się zlituję", i łaskawie zaczęła opowiadać o podlewaniu buraków w Instytucie Hodowli i Aklimatyzacji Roślin. Sabina udawała, że uważnie słucha i wcale nie czuje przy tym na swoich plecach wzroku fascynującego nieznajomego.

PO PROSTU NIEZNAJOMEGO, kurwa mać.

Wieczór upływał w przyjemnej, coraz mocniej zaprawionej procentami atmosferze, a rozmowy zeszły na obrabianie tyłków znajomym ze studiów. Nikt nie wracał już do dziwnego incydentu, dzięki czemu Sabina mogła w miarę swobodnie obserwować ciemnowłosego mężczyznę, który przeniósł się z miejsca przy barze do stolika pod ścianą. Nie siedział już sam: towarzyszyła mu śliczna blondynka w obcisłej sukience, która, pochylona do niego, właś­nie opowiadała o czymś żywiołowo. Sabina poczuła niepokojące ukłucie w żołądku.

Dokładnie w tej samej chwili nieznajomy podniósł wzrok znad kufla, pochwycił jej spojrzenie i uśmiechnął się lekko. Spłoszona odwzajemniła uśmiech... a przynajmniej taką miała nadzieję, bo mięśnie twarzy stężały jej tak bardzo, że musiało to przypominać szczękościsk. Odwróciła się pospiesznie i utkwiła wzrok w swoim drinku. Serce waliło jej jak młotem.

Boże, była w tym beznadziejna.

- Jesteś w tym beznadziejna - potwierdziła Agata, przysiadając się do niej ze szklanką. - Zdajesz sobie sprawę, że nie wyrwiesz ładnego pana, jeśli będziesz płonić się jak piwonia i chować głowę pod stół za każdym razem, jak na ciebie spojrzy?

- Co ty nie powiesz? Myślałam, że to najlepsza strategia.

- Cholera, chyba masz rację - odezwała się półgębkiem zdumiona Agata, nadal ze wzrokiem utkwionym gdzieś ponad nią. - Idzie tutaj.

Sabina poczuła się tak, jakby do żołądka osunęła jej się wielka kula lodu. Albo magmy. Nie mogła się zdecydować, w każdym razie było to coś, od czego spłycił jej się oddech. Pospiesznie przeczesała włosy palcami i poprawiła bluzkę. Dopiero poniewczasie zdała sobie sprawę, jak idiotycznie musiało to wyglądać.

- A nie, nie idzie. Wychodzi - mruknęła Agata z kwaśną miną.

Sabina głośno wypuściła powietrze i pociągnęła łyk drinka, trochę z ulgą, a trochę z rozczarowaniem. No dobrze, przede wszystkim z rozczarowaniem. Gdzieś głębi ducha łudziła się, że być może naprawdę wpadła mu w oko, ale pewnie po prostu przypominała mu zmarłą prababkę ze strony matki, której zdjęcie znalazł niedawno na strychu i...

- Okej. - Agata sięgnęła po torebkę, wyjęła z niej papierosy i podała przyjaciółce pod stołem. - Masz i zasuwaj.

Sabina przez chwilę patrzyła w milczeniu na zdjęcie poczerniałych płuc palacza. Miała ochotę odpowiedzieć, że to beznadziejny pomysł; że nie będzie łazić za obcym facetem, który prawdopodobnie wcale nie był nią zainteresowany, no bo, umówmy się, kiedy ostatni raz zainteresował się nią ktoś normalny; że na pewno miał dziewczynę, bo faceci z takimi włosami i takim uśmiechem w dziewięciu przypadkach na dziesięć mają dziewczyny. Albo narzeczone. Może nawet żony i dzieci, a ona nie zamierzała rozbijać rodzin, co to to nie.

Zamiast tego wszystkiego powiedziała tylko:

- Ale ja nie palę.

- Od jednego szluga nie umrzesz - wtrąciła się Kamila, na co Artur entuzjastycznie pokiwał głową. - Możesz się nie zaciągać. Ba, możesz w ogóle nie brać go do ust, a w zamian wziąć coś innego - dodała, wymownie unosząc brwi.

- Jesteście beznadziejni - mruknęła Sabina, po czym wstała, zarzuciła sweter na ramiona i schowała papierosy do kieszeni.

Na zewnątrz zaciągnęła się głęboko zimnym powietrzem, które przyjemnie chłodziło rozgrzane od alkoholu policzki. Pod Belzebubem stało kilka roześmianych grupek, ale w żadnej nie zobaczyła długowłosego mężczyzny. Przeszła się powoli wzdłuż ulicy, czując z każdą chwilą rosnący zawód. Pewnie poszedł do domu. Do swojej dziewczyny albo narzeczonej, albo żony i gromadki dzieci...

Doszła do wylotu bocznej alejki i wyjrzała za róg budynku, choć sprawa i tak była już przegrana. Może zdobyłaby się na to, żeby poprosić go o ogień przed wejściem do baru, ale tutaj? Na innej ulicy, dobre pięćdziesiąt metrów od knajpy, po tym jak minęła co najmniej tuzin innych osób, od których mogłaby pożyczyć zapalniczkę? Wcale nie wyszłaby na zdesperowaną kretynkę, ani trochę.

Serce o mało nie wyskoczyło jej z piersi, kiedy zobaczyła go w głębi uliczki, a potem z prędkością zerwanej windy zjechało do żołądka. Nie był sam - towarzyszyła mu blondynka z baru. W dodatku jej towarzystwo było bardzo intensywne: stała tak blisko, że jej niebotyczne szpilki znajdowały się między butami opartego o ścianę budynku nieznajomego, który zdawał się nie mieć nic przeciwko naruszaniu jego przestrzeni osobistej. Sabina zaklęła cicho pod nosem, próbując zamaskować złością dojmujące poczucie zawodu. Przecież wiedziałaś, że nic z tego nie wyjdzie, przypomniał cichy irytujący głosik w jej głowie. Nigdy nie wychodzi.

Patrzyła jeszcze przez chwilę, jak blondynka wchodzi w fazę agresywnego flirtu i odgarnia chłopakowi te piękne ciemne włosy z twarzy - oby jej łapsko uschło, lampucerze jednej - a potem uznała, że czas się stąd zwijać, bo jeszcze przypadkiem i zupełnie niechcący rzuci na tę dwójkę jakąś paskudną klątwę. Natychmiastowe łysienie wydawało jej się bardzo kuszącą opcją.

Już miała się odwrócić, gdy nagle coś ją tknęło. Mężczyzna dyskretnie wsunął prawą rękę do kieszeni, jakby czegoś w niej szukał. Blondynka tego nie zauważyła - zapatrzona w jego twarz, pochylała się do pocałunku. Sabinę nagle ogarnęło złe przeczucie, tym razem zupełnie niezwiązane z romantycznym rozczarowaniem. Chciała krzyknąć, ale głos uwiązł jej w gardle. Blondynka już miała dotknąć wargami ust nieznajomego, gdy nagle zadrżała, zarzęziła i zgięła się wpół. Odsunęła się od mężczyzny chwiejnym krokiem, a wtedy Sabina zobaczyła, że w brzuch ma wbity nóż.

Zakręciło jej się w głowie.

Okej, to zdecydowanie przebijało jej wszystkie dotychczasowe romantyczne niepowodzenia.

Już miała cofnąć się na chwiejnych nogach, popędzić z powrotem do knajpy, zacząć wrzeszczeć na cały głos i wzywać policję, kiedy wydarzyło się coś, co ją sparaliżowało. Zamiast osunąć się na ziemię, raniona nożem dziewczyna wydała nieludzki skrzek, by zaraz złapać mężczyznę za gardło. Jej twarz wydłużyła się i przybrała chorobliwie siną barwę. W rozwartych we wrzasku ustach pojawiły się długie kły, a błyszczące włosy zmieniły się w masę potarganych matowych strąków. Ubranie rozdarło się z trzaskiem pod naporem raptownie pęczniejących mięśni, rozleciało się na strzępy i odsłoniło nagie niebieskawe ciało poznaczone nabrzmiałymi żyłami. W brzuchu maszkary ziała czarna, dymiąca rana po nożu, ale ona zdawała się tym nie przejmować, zaciskając zakończone długimi szponami palce na szyi nieznajomego, który bezskutecznie próbował je rozewrzeć.

Sabinie nogi wrosły w ziemię, a strach wypełnił jej wnętrzności lodowatym zimnem. Nic nie rozumiała z tego, co działo się właśnie na jej oczach, poza jednym - że ten człowiek zaraz zginie.

Mężczyzna zacisnął zęby i podniósł rękę, z której buchnęło nagle jaskrawe światło. Huknęło, a siła uderzenia odrzuciła potwora aż na drugą stronę uliczki, gdzie nagie cielsko rąbnęło o ścianę budynku. Sabina poczuła podmuch gorącego powietrza na twarzy. Nigdy czegoś takiego nie widziała, ale z jakiegoś powodu nie miała wątpliwości co do natury tajemniczego zjawiska.

Nieznajomy użył magii.

Potwór otrząsnął się szybko, ale nie dość szybko. Nim zdążył oderwać się od muru, mężczyzna cisnął kolejnym nożem i wbił mu go prosto w oko. Maszkara wrzasnęła, po czym zaczęła młócić powietrze ramionami, próbując trafić przeciwnika na oślep, ale on odskoczył już na bezpieczną odległość. Wyciągnął rękę i zacisnął pięść.

Nóż tkwiący w czaszce monstrum eksplodował.

Pozbawione głowy cielsko osunęło się na ziemię. Zapadła głęboka cisza. Nieznajomy stał przez chwilę w miejscu, dysząc ciężko. W końcu otarł pot z czoła i podszedł do zwłok, a wtedy nagle sina ręka chwyciła go za kostkę i szarpnęła tak mocno, że aż upadł na bruk. Wrzasnął krótko i wyczarował ogień, który momentalnie zaczął pochłaniać truchło potwora. Po chwili został z niego tylko dymiący kopczyk popiołu.

- Ja pierdolę - mruknął nieznajomy.

Sabina miała ochotę powiedzieć to samo, ale głos uwiązł jej w gardle. Co to było, do ciężkiej cholery? Teraz, kiedy adrenalina opadła, groza uderzyła w nią z całą mocą. Osunęła się po ścianie i kucnęła, usiłując nie przewrócić się na twarz. Zapach krwi i spalonego mięsa przyprawiał o mdłości. Kręciło jej się w głowie, w uszach szumiało, a mechanizm wyparcia zadziałał z całą mocą, jakby umysł Sabiny bronił się w ten sposób przed utratą przytomności.

To się nie mogło wydarzyć. Przywidziało jej się. Może była bardziej pijana, niż sądziła.

Nieznajomy z jękiem dźwignął się na nogi. Zaczął otrzepywać spodnie, ale nagle znieruchomiał i podniósł głowę. Sabina odruchowo schowała się za róg. Kiedy chwilę później zebrała się na odwagę i wyjrzała na uliczkę, nikogo już tam nie było.